Nim zakwitnie paproć - Klaudia Błażejczyk-Mazik

Reflow text when sidebars are open.
Wpatrywałam się w swoje zarumienione lico, odbijające się w tafli starego, zakurzonego zwierciadła. Na mojej głowie spoczywał piękny, misternie wykonany wianek spleciony z kolorowych polnych kwiatów. Jednak jego zapach, zamiast koić, zdawał się mnie dusić.
Na moich ustach od niemal godziny gościł blady uśmiech, niesięgający jednak oczu.
Mama stała za mną, starannie związując moje złote włosy w ciasny warkocz, a ja starałam się rozluźnić ramiona i nie dać po sobie poznać, jak bardzo jestem rozdarta.
- Będziesz wyglądać przepięknie! - zawołała, zerkając na moje odbicie w lustrze. Niepokoiła mnie nuta triumfu w jej głosie.
Odpowiedziałam jej kolejnym sztucznym uśmiechem. Jedyną sensowną odpowiedzią, na jaką było mnie stać.
- Rozchmurz się, Janeczko. Zbyszko to dobry chłopak. Pracowity. Nie pije, ręki nie podniesie i jest nawet całkiem niebrzydki. Będzie wam razem dobrze, zobaczysz.
Odwróciłam wzrok, nie mogąc wytrzymać jej przenikliwego spojrzenia odbijającego się w lustrze. Moja dłoń odruchowo powędrowała do dekoltu, gdzie spoczywał bursztynowy medalion. Kiedy się bałam, często bawiłam się nim, obracając go w dłoniach.
W rzeczy samej, mąż, którego wybrali dla mnie rodzice, był nienajgorszym wyborem. W naszej wsi był zresztą chyba jednym z lepszych. Jego rodzina miała kuźnię, dwuizbową chatę, a nawet kilka kóz i krowę. To w zasadzie wystarczyło, by w oczach moich rodziców, Bogumiły i Ciesława, Zbyszko stał się niemal szlachcicem.
Niestety, nigdy nam się nie przelewało. Nasza chata miała jedną nędzną izbę, w której musieliśmy się pomieścić, a pracę w polu zaczęłam już jako dziecko, by pomóc rodzicom nas utrzymać.
Same Borzyce, gdzie przyszło mi się urodzić, były zapomnianą przez bogów wsią, w której znajdowało się kilka równie biednych chat jak nasza, a przez jej obłocone drogi co i rusz przechadzały się zwierzęta gospodarskie należące do naszych zamożniejszych sąsiadów.
Sami mieliśmy tylko kilka kur, kaczek i gęsi, którymi lubiłam się zajmować. Każdej z nich nadałam imię, karmiłam je i otaczałam opieką. Czasem, gdy nikt nie patrzył, śpiewałam im kołysanki i tuliłam je jak niemowlęta. Zupełnie jakbym w tych pierzastych ciałkach szukała namiastki czułości, której brakowało w naszym surowym życiu.
Rodzice latami odkładali każdy miedziak na mój posag, bym odpowiednio wyszła za mąż, i zamartwiali się, że mimo to pozostanę starą panną, gnijącą w kącie ich izby. Nic więc dziwnego, że gdy niedługo po moich dziewiętnastych urodzinach swat w imieniu rodziców Zbyszka zaproponował zaręczyny, w naszej chacie zapanowało małe święto. Matka rzuciła mi się w ramiona, zalewając łzami rękawy mojej jedynej porządnej lnianej sukni. Ojciec zaś, jakby zrzucając z siebie wielki ciężar, jeszcze tego samego wieczoru ruszył z ojcem Zbyszka do karczmy. Nie było go do świtu, a gdy wrócił, okropnie cuchnął gorzałką.
Zdawałoby się, że wszystko wyszło na moją korzyść, a los nad wyraz szczodrze się do mnie uśmiechnął. Miałam wyjść za syna kowala, chłopaka niewiele starszego ode mnie, o rumianych policzkach i ciepłym spojrzeniu. W dodatku był miły i pracowity, co w oczach moich rodziców uzupełniało obraz idealnego zięcia.
A jednak, gdy nadszedł dzień zaślubin, czułam, że nie taki winien być mój los.
Wiedziałam, że gdy stanę na ślubnym kobiercu, droga powrotna zniknie na zawsze. Za kilka miesięcy miałam być już brzemienna, a moim głównym zajęciem miało zostać dbanie o dom i gotowanie grochówki, którą winnam z pochylonym czołem nalewać mojemu mężowi.
Rola matki i przykładnej żony była spełnieniem marzeń większości dziewek, jakie znałam. Ja jednak nie czułam się na to gotowa.
Pragnęłam od życia czegoś innego. I choć życzenia te były dość śmiałe, chciałam przemierzać świat. Marzyłam o tym, by zwiedzić przynajmniej dalsze wsie, a może nawet wielkie miasta, o których słyszałam od kupców przemierzających nasze okolice.
Nie miałam jednak odwagi podzielić się moimi wątpliwościami z rodziną. Nazwaliby mnie niewdzięcznicą i wytykali, że wybrali dla mnie wspaniałego męża, a ja śmiem mieć wątpliwości.
Dlatego milczałam.
Drzwi chaty zaskrzypiały przeraźliwie, gdy do środka wślizgnął się mój ojciec. Zdawał się zaniepokojony, a ja ze wstydem odkryłam w sobie iskierkę nadziei. Moją pierwszą myślą (lub nadzieją) było to, że stało się coś strasznego i ślub został odwołany.
- Niech to szlag jasny trafi - syknął, łapiąc się za głowę.
Matka, wciąż ściskając w rękach mój warkocz, odwróciła się do męża.
- Co się stało?
- Gadałem z wójtem. Ponoć znów jakaś połać lasu została zniszczona, jakby sam czort przez nią przeszedł. Drzewa połamane jak zapałki, wszystko dookoła zniszczone. Zwierzę jakie się panoszy albo inne licho.
- Może młodziaki jakie urządzają sobie durne zabawy - prychnęła matka. - Jak który nie wróci na wieczerzę, to będzie wiadomo, że go Leszy za głupotę skarał.
- Nie wiem, Bogusiu, to nie wygląda dobrze, a i zniszczenia są zbyt daleko od wsi, by dziatki się tam wybrały.
W odbiciu lustra zobaczyłam, że matka przewróciła oczami.
- Córa twoja ślub bierze, a ty się jakim lichem leśnym przejmujesz? - ucięła, sadowiąc mnie przed sobą. - Zobacz tylko, jak pięknie wygląda!
Choć na twarzy ojca wciąż błąkał się cień strachu, jego spojrzenie złagodniało, gdy na mnie spoczęło. Cały się rozpromienił, jakby widok panny młodej miał moc odganiania złych uroków.
- Prawda... - szepnął. - Pięknie wyglądasz, Janeczko.
Podszedł i ucałował mnie w czoło. Znów zdołałam wykrzesać z siebie jedynie niezręczny uśmiech, który musiał mu wystarczyć za wyraz radości.
- Potrzebujesz pomocy przy sukni, dziecko? - zapytała matka, ostatni raz omiatając wzrokiem mój warkocz.
- Nie, mamo. Poradzę sobie sama.
Rodzice obdarzyli mnie promiennym uśmiechem, po czym wyszli z chaty.
W końcu mogłam odetchnąć.
Sięgnęłam do skrzyni i wyjęłam z niej lnianą suknię ślubną. Materiał był szorstki, ale zdobiony na rękawach kunsztownym haftem. Przez chwilę tylko wpatrywałam się w te sploty, a między moimi brwiami pojawiła się zmarszczka.
Nie było już odwrotu.
Wsunęłam suknię przez głowę i po raz ostatni obejrzałam swoje odbicie w lustrze. W moich błękitnych oczach czaił się smutek.
Zbyszko zjawił się pod naszą chatą tradycyjnie, w towarzystwie drużbów, których rubaszne śmiechy doprowadzały mnie do mdłości. Sama nie zgodziłam się na obecność druhen w domu, choć moja matka bardzo na to naciskała.
Przynajmniej w tej kwestii mogłam postawić na swoim.
Nie siląc się na tradycjonalizm, niezgrabnie wyszłam na zewnątrz i, obdarzywszy narzeczonego kolejnym mętnym uśmiechem, bez słowa ruszyłam z nimi, wysłuchując pieśni wyśpiewywanych przez mężczyzn.
Musiałam przyznać, że rodzice nie próżnowali. Miałam wrażenie, że całe Borzyce wyległy na nawsie, by być świadkami mojego zamążpójścia. Nad placem unosił się zapach pieczonego mięsa i dymu z wielkiego ogniska. Niektórzy goście już sączyli gorzałkę przy dębowych stołach, uginających się od kaszy i świeżego chleba, inni zaś gawędzili żywo, przekrzykując dźwięki bębnów i fletów.
Czułam się nieco przytłoczona liczbą ludzi, zwłaszcza że już za moment wszystkie oczy miały się zwrócić ku mnie.
Pod wiekowym dębem ustawiono weselny łuk ze świeżych brzozowych witek. Stał przy nim żerca Radosław, przygotowujący się do ceremonii. Przyjrzałam mu się ukradkiem, czując nagły dreszcz. Służył on bogom od niepamiętnych czasów, czego świadectwem były zdobiące jego twarz głębokie bruzdy i siwizna uwydatniająca jasną karnację. Choć powszechnie uznawano go za poczciwego człowieka, jego posępny wyraz twarzy studził zapał każdego śmiałka, który ośmieliłby się uchybić prawom bogów.
Ruszyliśmy w jego kierunku, ściągając na siebie uwagę wszystkich gości. Moja matka i ojciec, a także rodzice Zbyszka, poszli za nami, by pobłogosławić nasze małżeństwo, publicznie pochwalając ten związek. Starałam się przybrać naturalny wyraz twarzy, ale ścisk, który czułam w sercu, skutecznie mi to utrudniał.
Gdy podeszliśmy bliżej, muzyka nagle ucichła, jakby ucięta nożem. Nawet wiatr, dotąd szumiący w liściach dębu, zamarł w bezruchu. Przysięgłabym, że Radosław podejrzliwie zmrużył oczy, zerkając w moją stronę. Z trudem powstrzymałam się od prychnięcia. Nawet jeśli jakimś cudem bogowie donieśli mu o moich wątpliwościach co do zamążpójścia, to przecież robiłam to, co trzeba. W końcu odwrócił ode mnie wzrok i zawołał, zwracając się do zebranych:
- Słuchajcie, ludzie! Dziś stajemy w świętym kręgu, pod okiem bogów i duchów przodków, aby połączyć dwa losy w jeden. Niechaj świadkami tego będą bogowie, którzy czuwać będą nad dostatkiem i głębią życia tych dwojga! - Poczułam, jak serce podchodzi mi do gardła. - Oto Janka i Zbyszko, którzy od dziś staną się nierozrywalną jednością. I jako słońce i ziemia, jako ogień i woda, tako oni różni, a przecie nierozłączni pozostaną.
Radosław zwrócił się bezpośrednio do nas, a jego oczy wydawały się teraz dwiema ciemnymi studniami.
- Niechaj bogowie obdarzą was płodnością i opieką nad domowym ogniskiem. Przysięgnijcie teraz przed nami i przed zebranymi, że w radości i w trudzie razem trwać będziecie, że chleb dzielić i troskę nieść wspólnie będziecie, aż po kres dni wyznaczonych wam przez los. Podajcie sobie dłonie, a wy, zgromadzeni, bądźcie świadkami chwili, w której oboje połączą się na wieczność!
Zbyszko mocno chwycił moją dłoń, splatając swoje palce z moimi.
I wtedy zapanował chaos.
Niebo, przed chwilą błękitne i bezkresne, w ułamku sekundy pociemniało, przybierając barwę siniaka. Zaraz potem zerwał się lodowaty deszcz. Jedni z gości zaczęli głośno przeklinać, inni spoglądali na nas z niepokojem. Nagle nawsiem wstrząsnął krzyk dziecka, zagłuszony niemal natychmiast przez potężny huk. Nieboskłon pękł, rozdarty oślepiającą, błękitną błyskawicą. Piorun uderzył w dąb z taką siłą, że ziemia pod moimi stopami zadrżała. Drzewo, święty symbol trwałości, w jednej chwili stanęło w słupie ognia, który mimo ulewy chciwie lizał konary.
- To... to bogowie! Perun się na nas gniewa! - zawołał jeden z chłopów.
- Uciekajcie! - krzyknęła jakaś kobieta, niemal potykając się o własne nogi.
Weselni goście, dotąd radośni i rozśpiewani, rozpierzchli się w mgnieniu oka, uciekając przed boskim gniewem. Widziałam, jak moja matka i ojciec z przerażeniem znikają w strugach deszczu, zapominając o córce, którą przed chwilą tak dumnie prowadzili do ślubu.
W końcu pod płonącym dębem pozostały tylko trzy osoby: ja, Zbyszko, ściskający moją dłoń z całej siły, i żerca, wpatrujący się w nas z niemym przerażeniem.
Siedzieliśmy ściśnięci w mroku stodoły, chroniąc się przed deszczem i... gniewem bogów. Lodowate krople spływały nam po czołach, a dookoła unosił się ciężki zapach wilgotnego siana i obornika. W milczeniu, unikając palących spojrzeń sąsiadów, wpatrywałam się w swoje przemoczone trzewiki, z których wyciekało błoto.
Wiedziałam, co wszyscy myślą: bogowie nie godzą się na tę swaćbę. Ukarali nas.
Ale dlaczego? Czyżby to Zbyszko miał coś na sumieniu? Może pod tym jego ciepłym spojrzeniem krył się jakiś straszny grzech, o którym inni nie wiedzieli?
Zerknęłam na matkę, surowo przenoszącą spojrzenie ze mnie na mojego niedoszłego męża, który siedział obok, chowając twarz w drżących dłoniach.
Gdy tylko ulewa przeszła w rzadką mżawkę, wybiegłam na zewnątrz jako pierwsza, a za moimi plecami natychmiast rozległy się szepty.
Ruszyłam przed siebie, nie patrząc na nikogo. Łzy piekły mnie pod powiekami, a włosy, tak starannie zaplecione o świcie, puszyły się od wilgoci, zmieniając misterną fryzurę w żałosną ruinę. Nie dbałam o to, że błoto mlaska pod stopami, niszcząc moje ślubne obuwie. Chciałam tylko uciec od tych wszystkich spojrzeń.
- Janko! - Wołanie Zbyszka sprawiło, że przyspieszyłam jeszcze bardziej. - Janko, zaczekaj! Proszę!
Jego kroki chlupały w kałużach. Był coraz bliżej, ale we mnie coś pękło. Nie chciałam jego pocieszeń, nie chciałam patrzeć w jego zawiedzione oczy. Wiedziałam, że od dziś wszyscy będą mnie wytykać palcami jako tę, której samo niebo odmówiło błogosławieństwa.
Zbyszko w końcu się zatrzymał. Może zabrakło mu tchu, a może odwagi. Dopadłam do naszych drzwi, szarpnęłam je i zatrzasnęłam z taką siłą, że aż sypnął się kurz z półek. Opadłam na klepisko, opierając się plecami o chłodne drewno, i wreszcie zaniosłam się szlochem, który dławił mnie od momentu uderzenia pioruna. Jak zwykle w takich chwilach, zacisnęłam dłoń na wisiorze, jakby miał mi dodać otuchy.
Nie rozumiałam swojej reakcji. Przecież, zgodnie z moim życzeniem, ślub został przerwany, prawda? Może bogowie wysłuchali moich myśli i spełnili te prośby, których jednak nigdy nie śmiałam bezpośrednio do nich kierować.
Jeśli tak właśnie było, to ich łaska okazała się moją zgubą. To przeze mnie moja rodzina i rodzina Zbyszka staną się teraz obiektem plotek i kpin. To ja złamałam serce temu poczciwemu człowiekowi, na którego nie potrafiłam nawet spojrzeć, by nie przyznawać przed samą sobą, że jestem współwinna tej katastrofy.
Drzwi chaty uderzyły o ścianę. Do środka wpadli moi rodzice, przemoczeni do suchej nitki, ociekający błotem i... wściekli.
- No, mów, dziecko - fuknęła matka, stając nade mną z rękami na biodrach. Woda skapywała z jej włosów prosto na klepisko. - Mów natychmiast!
- Co mam powiedzieć, mamo? - wykrztusiłam, tuląc kolana do piersi.
- Co żeś w modłach bogom naopowiadała, że zaślubiny przeklęli?!
A więc tak to widziała.
- Nic, zupełnie nic, przysięgam! - zawołałam, dławiąc się łzami. - To znaczy... miałam pewne wątpliwości, ale bogom ich w modłach nie zdradzałam! Przysięgam!
- Głupia! - Matka aż zakipiała. - Przecie bogowie wszelkie myśli słyszą, nie potrzebują modłów! I co my teraz z ojcem zrobimy?! Jak ludziom w oczy spojrzymy? Będziemy pośmiewiskiem!
- Bogusiu... - zaczął ostrożnie ojciec. - A może to nie żaden gniew, a tylko nagła zmiana pogody? To się zdarza, nawet w słoneczny dzień...
- Ślepy jesteś, Ciesławie, czy cię jakie licho omamiło?! - matka zwróciła się ku niemu z furią. - Niebo było czyste jak łza, a w jednej chwili rozdarło się nad nami piekło! To było jawne ostrzeżenie!
- A może to nie Janka? - Ojciec nie dawał za wygraną, a ja spojrzałam na niego z wdzięcznością. - Może to Zbyszko nie ma czystego serca? Może to oni coś przed nami zataili?
Matka zaśmiała się gorzko i oskarżycielsko wskazała na mnie palcem.
- Dobrze wiesz, że ta niewdzięczna dziewucha od początku tych zaślubin nie chciała! Tylko jej głupoty w głowie! Idealnego męża żeśmy jej wyszukali, z dobrego domu, gdzie miałaby pewną przyszłość... A teraz? Żaden chłop na nią nie spojrzy. Zostanie nam w chacie jako stara panna, zakała rodziny!
- Nie chciałaś zaślubin? - Głos, który dobiegł z progu, był cichy, ale uderzył we mnie jak krzyk.
Zamarłam na widok stojącego w drzwiach Zbyszka. Wyglądał żałośnie, a jego mokra koszula lepiła się do ramion. Za nim, niczym cienie, stali jego rodzice. W ich spojrzeniach dostrzegłam jedynie urazę.
Zbyszko postąpił krok do przodu, ignorując karcące spojrzenie swojego ojca. Patrzył tylko na mnie, a w jego oczach smutek mieszał się z niedowierzaniem. Skierowałam wzrok ku swoim ubłoconym trzewikom, czując, jak pod powiekami palą mnie świeże łzy. Nie śmiałam spojrzeć mu w twarz. Nie chciałam widzieć tlącego się w niej zawodu, za który czułam się w pełni odpowiedzialna. Moje milczenie było dla niego najgorszym potwierdzeniem.
Moja niedoszła teściowa zaczerpnęła głośno powietrza i przemówiła, przerywając duszącą ciszę:
- Niezależnie od tego, czego wy dwoje chcecie, do zaślubin dojść musi. Umowa została zawarta. Jeśli to bogowie są odpowiedzialni za tę nawałnicę, to jasne jest, że musimy poznać powód, dla którego sprzeciwiają się ożenkowi m-o-j-e-g-o syna. Gniew bogów można przebłagać, ale najpierw trzeba wiedzieć, czym się im uchybiło.
Wciąż nie podnosząc wzroku, powoli skinęłam głową. Gdzieś na dnie serca poczułam dziwną ulgę na myśl o tym, że oskarżenia o moją złą wolę przynajmniej na chwilę ucichły.
- A jak chciałabyś go poznać, Żywio? - spytała moja matka z nieskrywaną, gorzką nutą ironii w głosie. - Przecie Radosław stał jak skamieniały, sam nie wiedział, co począć.
- Radosław służy bogom, ale to nie znaczy, że zwierzą mu się ze swoich wątpliwości. Trzeba pogadać z kimś, kto potrafi dostrzec więcej. Trzeba się udać do guślarza.
W końcu odważyłam się unieść wzrok. Otaczające mnie twarze, okolone mokrymi pasmami włosów, miały surowy, nieprzejednany wyraz. Jeśli istniał choćby cień szansy na uratowanie reputacji naszych rodzin i zmycie ze mnie piętna przeklętej, wiedziałam, że muszę się na to zgodzić. Niezależnie od ceny, jaką zawoła guślarz.
- Ja pójdę - odezwał się nagle Zbyszko, a jego głos odzyskał dawną stanowczość. - To o moją żonę chodzi. Pójdę do guślarza choćby zaraz.
- Nie, synu - matka położyła mu ciężką dłoń na ramieniu, a jej oczy spoczęły bezpośrednio na mnie, świdrując moją duszę na wskroś. - Waszą dwójkę bogowie odepchnęli od ołtarza, więc musicie iść razem.