1.
DOCISKAM WALIZKĘ Z WYSIŁKIEM, w końcu udaje mi się ją zamknąć. Pęka w szwach.
Rozglądam się po pokoju, ciągle zostało sporo rzeczy do spakowania. Kilka książek, wielorazowy kubek na kawę, poduszka. Ta ostatnia jest z pieskiem corgi pembroke, więc jej na pewno sobie nie odpuszczę. Może uda się to wszystko upchnąć do płóciennej torby, której używam jako torebki. Tutaj, w Londynie, udało mi się kupić siatkę z wizerunkiem czworonoga, do którego mam słabość, i w ten oto sposób zastąpiła ona torbę używaną przeze mnie wcześniej. No właśnie! Już wiem, do czego zapakuję rzeczy z kuchni. Starą torbę ciągle gdzieś przecież mam.
Schodzę na dół. Kawiarka, butelka na wodę z filtrem, trochę naczyń i opiekacz. Kiedy ja zgromadziłam te wszystkie przedmioty? Pojawiłam się na Wyspach z jednym niewielkim bagażem podręcznym, teraz nie mogę zmieścić się do wielkiej podróżnej walizki na kółkach.
Porządkuję swoją szafkę. Pozostałe są już uprzątnięte, moi współlokatorzy opuścili mieszkanie poprzedniego dnia. Rita, drobna Hiszpanka, zupełnie zrezygnowała z wynajmu, Joseph, krępy Irlandczyk, przeniósł się do znajomego, a Paweł postanowił na czas remontu domu wyjechać na dłuższy urlop do Polski. Prace mają potrwać kilka tygodni, zdecydował o nich właściciel. Wyatt nie chciał przy tym tracić lokatorów, zorganizował lokum zastępcze dla całej naszej czwórki, ale tylko ja skorzystałam z jego propozycji.
Kawiarki i butelki na wodę nie mogę porzucić, codziennie z nich korzystam. Przyglądam się naczyniom, postanawiam nie zabierać ich ze sobą. Trudno mi tylko rozstać się z jednym kubkiem, tym z... corgim pembroke. Naprawdę mam do nich słabość. Kiedyś o mało nie zostałam właścicielką takiego psiaka. Powstrzymała mnie jednak obawa, że nie będę w stanie właściwie się nim zajmować. I miałam rację, bo praca w laboratorium biotechnologicznym od początku była wymagająca. Wkrótce zaczęła pochłaniać coraz więcej mojego czasu.
Wracam na górę. Szukam swojej starej płóciennej torby, znajduję ją niemal na samym dnie spakowanej walizki. Psiocząc pod nosem, od nowa upycham ubrania, bieliznę i kosmetyki. Mogłam przewidzieć, że dodatkowa lniana torba może mi się przydać.
Kiedy wszystko wydaje się gotowe, jeszcze raz rozglądam się po pokoju, aby mieć pewność, że o niczym nie zapomniałam. Wygląda na to, że wreszcie skończyłam i jestem gotowa do drogi.
Zarzucam płócienne torby na ramię, w dłoń chwytam wypchaną walizkę. Jest ciężka, ale oceniam, że sobie z nią poradzę.
Zanim wychodzę z pokoju, spoglądam w lustro. Wisi tuż przy drzwiach. Właściwie je także powinnam ze sobą zabrać, należy do mnie. Przy najbliższej okazji napomknę o nim Wyattowi, chciałabym, aby było tutaj po remoncie.
Podchodzę bliżej gładkiej tafli, wciąż się sobie przyglądając. Włosy mi urosły, już nie zwisają luźno nad ramionami, ale się na nich opierają. Odkąd jestem na Wyspach, nie byłam u fryzjera, aby je podciąć. Jeszcze trochę i będę mogła związać je w kitkę. Może to dobry moment, aby zapuścić włosy jeszcze bardziej. Ostatnio dłuższe niż za ramiona miałam w podstawówce.
Puszczam trzymaną w dłoni walizkę, aby móc sięgnąć swoich włosów. Torba się przewraca, jest zbyt napakowana, by mogła stać stabilnie. Podnoszę ją i opieram o ścianę. A potem zarzucam parę swoich ciemnych kosmyków na oczy. Ciekawe, jak wyglądałabym z grzywką? Po kilku spojrzeniach pod różnym kątem stwierdzam, że... inaczej.
Wciąż o tym myślę, o tym, że powinnam zmienić wygląd. Że pobyt blisko dwa tysiące kilometrów od rodzinnej miejscowości nie chroni mnie wystarczająco. Miałam przecież uciec dalej, aż do Nowej Zelandii.
Praca na wyższej uczelni zawsze daje dużo możliwości, jedną z nich są współprace międzynarodowe. Nie tylko z uniwersytetami i szeroko pojętymi placówkami państwowymi. Wśród partnerów często pojawiają się prywatne firmy. Etat w nowozelandzkim koncernie biotechnologicznym i, co za tym idzie, perspektywa wyjazdu spadły mi z nieba. Zanim jednak zawitałam do laboratorium po drugiej stronie kuli ziemskiej, postanowiłam pojawić się w Londynie. Musiałam zobaczyć się z Różą, swoją wieloletnią przyjaciółką, i na własne oczy się przekonać, że jest szczęśliwa.
Odgarniam kosmyki z twarzy. Stwierdzam, że przy obecnej długości włosów już samo założenie soczewek dałoby niezły efekt. Gdybym zmieniła swoją naturalną, brązową barwę oczu na jakiś jaśniejszy kolor - może zielony - prezentowałabym się zdecydowanie inaczej.
Odrywam wreszcie wzrok od swojego odbicia w lustrze. Kwestia mojej rozpoznawalności z pewnością byłaby istotniejsza, gdybym wciąż przebywała w kraju. Tutaj, na Wyspach, nie powinna tak bardzo zaprzątać mi głowy. Niestety jest inaczej. Nie czuję się zupełnie bezpieczna. Owszem, do tej pory nikt mnie nie niepokoił, jednak nie daje mi to żadnej gwarancji, że kiedyś do takiej sytuacji nie dojdzie. Nauczyłam się już, że życie lubi wymierzać ciosy z zaskoczenia.
Gdy wychodzę z pokoju, towarzyszy mi większa niż zwykle trwoga. Przeprowadzki mają to do siebie, że destabilizują, zaburzają powtarzany - bywa, że całymi latami - schemat życia. W moim przypadku nie jest to jakiś spektakularnie długi czas, ale i tak ta zmiana niesie ze sobą mnóstwo niepokoju. Sprawia, że na nowo roztrząsam to, jak potoczyło się moje życie.
Zastanawiam się, czy gdybym jednak dotarła wtedy do Nowej Zelandii i tam została, towarzyszyłby mi te same obawy. Czy jest odległość, która zapewniłaby mi wewnętrzny spokój. W dobie wszechobecnego internetu wydaje się to co najmniej wątpliwe, ale jednak perspektywa kilkunastu tysięcy kilometrów dystansu daje obietnicę pewnej ochrony.
Zanim schodzę na dół, odzywa się moja komórka. Sięgam po nią, jak zwykle tkwi w tylnej kieszeni moich dżinsów. Róża od lat mi powtarza, że to nie jest dobre miejsce na trzymanie telefonu i że w końcu ktoś mi go ukradnie. Generalnie się z nią zgadzam, ale trudno zmienić ten nawyk. Zresztą do tej pory nie zostałam w ten sposób pozbawiona smartfona.
- Cześć! - rzucam po zaakceptowaniu połączenia.
- Hola - wita się ze mną Rita po hiszpańsku i zaraz przechodzi na angielski: - Jak przeprowadzka? Jesteś już na Catford?
- Nie, jeszcze nie - odpowiadam z westchnieniem. - Pakowanie zajęło mi więcej czasu, niż zakładałam - przyznaję.
Mój angielski jest całkiem niezły. Nauka języków obcych nigdy nie przysparzała mi problemów. Pewnie dlatego, że od dziecka uczęszczałam do szkoły językowej. Rodzice nie tylko posłali mnie na kurs angielskiego, chcieli także, abym władała francuskim. Nie były to moje ulubione zajęcia, lecz rozwinęły we mnie swobodę, której brak łatwo zaobserwować u osób rozpoczynających swoją przygodę z językiem obcym w wieku dorosłym. A ostatnie miesiące na Wyspach pozwoliły mi nabrać płynności.
- A Joseph jak? - pyta Rita, bo z naszej czwórki to on miał najtrudniejsze zadanie.
Chłopak jest nałogowym zbieraczem rupieci, niczego nie wyrzuca, wszystko jest mu potrzebne. Co więcej, w wolnych chwilach spaceruje z wykrywaczem metalu i odkopuje starocie, które zwykle nie mają żadnej wartości. Przeważnie są to zwykłe śmieci. Ale nie dla Josepha.
- Zmył się z mieszkania rano - oznajmiam. - A Paweł poleciał już wczoraj.
- A ty dalej się grzebiesz. - Koleżanka się śmieje. Ona wyprowadziła się z domu już w zeszłym tygodniu.
- Nie jest aż tak źle! Jestem już spakowana i gotowa do wyjścia!
- Taa, ciekawe - droczy się ze mną.
- Zrobić fotkę i ci wysłać, co? - Łatwo podejmuję to przekomarzanie się.
- A zrób, zrób. Albo czekaj, zadzwonię przez FaceTime - mówi i niemal w tym samym momencie na mój telefon przychodzi nowe połączenie. - Hola! - wita się ze mną ponownie. Tym razem na wyświetlaczu widzę jej roześmianą twarz. - Pokazuj!
Obracam się dookoła własnej osi, udowadniając koleżance, że jest tak, jak powiedziałam.
- Szkoda, że nie przeprowadziłaś się ze mną - ubolewa po raz enty.
- Szkoda - przytakuję, bo rzeczywiście czułabym się o niebo lepiej, gdybyśmy dalej mogły mieszkać razem. Rita przeniosła się jednak aż na północ Londynu, do swojego chłopaka. Już wcześniej snuła plany o wspólnym mieszkaniu z Diego, konieczność tymczasowej przeprowadzki tylko przyspieszyła decyzję.
Rita namawiała mnie, abym poszukała czegoś w tamtej części miasta, tak żebyśmy miały do siebie blisko, ale ja nie mogłam sobie na to pozwolić, jeśli nie chciałam zmieniać pracy. A nie chciałam. Co prawda wiza pracownicza, o którą się postarałam, kiedy okazało się, że jednak nie mam po co jechać do Nowej Zelandii i zabawię w Londynie dłużej, pozwala mi na podjęcie niemal każdego zatrudnienia, ale dobrze mi tu, gdzie jestem. Wystarczy, że zostałam zmuszona do zmiany miejsca zamieszkania, nie potrzebuję jeszcze nowego środowiska pracy.
- Ale wiesz, jak jest - dorzucam.
- Oj, poszukałybyśmy dla ciebie tutaj jakiejś fajnej roboty.
- Lubię tę, którą mam - zapewniam.
- I na bank nie chcesz poszukać czegoś w zawodzie? Tutaj, na północy, jest blisko do Stevenage, GSK ma tam swoje laboratoria.
- Hmm - mruczę, nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć.
Rita nie po raz pierwszy mi o tym wspomina. Wie, że ukończyłam biotechnologię, że nawet uzyskałam stopień doktora. I że obracałam się w środowisku głównie akademickim, ale mój wyjazd do Nowej Zelandii miał to zmienić. Cóż, pomijając wszystkie inne okoliczności, muszę przyznać, że była to dla mnie bardzo ciekawa perspektywa. Praca w przemyśle farmaceutycznym, a uściślając biotechnologicznym, niosła pewne wyzwanie, z którym od pewnego czasu chciałam się zmierzyć. Podejrzewam, że na terenie Wielkiej Brytanii podobnych placówek jest na pęczki, wspomniane przez Ritę laboratoria brytyjskiego koncernu GlaxoSmithKline na pewno nie są jedynym miejscem, do którego chciałby trafić człowiek z moim wykształceniem. A mimo to, odkąd tutaj jestem, nie próbowałam dostać się do żadnego z nich.
- No, dlaczego nic nie mówisz? - naciska koleżanka. - Masz dobry zawód. Tutaj, w Anglii, nieźle płatny. A twój angielski, zapewniam cię, jest zupełnie wystarczający. Poradziłabyś sobie.
- Język branżowy to całkiem inna sprawa niż taka rozmowa o niczym - stwierdzam, korzystając z furtki, jaką dała mi sama Rita.
Nie mogę zaprzeczyć. Gdy podejmowałam zatrudnienie w Anglii, towarzyszyła mi obawa o moje umiejętności językowe. Świat nauki bazuje na szerokiej wymianie informacji, a sporo rzetelnych źródeł wiedzy jest w języku angielskim, lecz nigdy nie pracowałam w środowisku, które wymagałoby ode mnie komunikowania się wyłączenie w obcym języku. Muszę jednak przyznać, że to nie kwestia językowej poradności była najistotniejsza przy wyborze mojego zatrudnienia na Wyspach.
- Uważasz, że gadamy o niczym? - prycha z udawaną pretensją Hiszpanka. - Indignante!
Śmieję się głośno, bo "oburzające" to ulubione słowo dziewczyny, powtarza je nieustannie. Kawa rozpuszczalna? Indignante! Mrożona ryba? Indignante! Brak czasu na kolację w restauracji? Indignante! Ktoś ci się wepchnął w kolejkę? Indignante! Gdy myślę o Ricie, od razu w uszach dźwięczy mi wypowiadane podniesionym głosem indignante!
- Wiesz, co mam na myśli - mówię, wciąż uśmiechając się pod nosem.
- A wiesz, że stąd, z północy Londynu, dojazd do Stevenage samochodem to zaledwie trzydzieści, no może trzydzieści pięć minut? - Moja rozmówczyni się nie poddaje. - Na londyńskie warunki to nic!
- Zdecydowanie wolę korzystać z komunikacji publicznej - oświadczam, czując, jak zaczyna ściskać mnie w dołku. Dzieje się tak, ilekroć choćby pomyślę o tym, że miałabym wsiąść za kółko.
- Tam akurat najwygodniej dojechać autem. Zwłaszcza z Finchley. - Koleżanka wciąż nie odpuszcza.
- Więc tym bardziej to nie dla mnie - kwituję.
- Masz w ogóle prawo jazdy?
- Nie. I nie potrzebuję.
- Indignante! W dzisiejszych czasach prawko to podstawa.
Wzdycham. Nie chcę bardziej zagłębiać się w ten temat.
- Pomyśl o tym - prosi Rita. - Bo mówiłam ci, że mam koleżankę, która pracuje w GSK, no nie?
- A nie zaledwie znajomą?
- Może bardziej znajomą - przyznaje dziewczyna. - Ale nie przeszkadza to w tym, aby poprosić ją o pomoc, gdybyś jednak chciała spróbować się tam dostać.
Wzdycham ponownie.
- Serio, to nie problem. Mogę z nią pogadać.
Milczę, bo poniekąd podzielam chęci Rity. Byłoby mi zdecydowanie raźniej, gdybym miała ją blisko siebie, ale dojazd na poranną zmianę do klubu golfowego, w którym pracuję, byłby zwyczajnie niemożliwy.
- Pogadać z nią? - Hiszpański upór wciąż nie pozwala koleżance odpuścić.
- Na razie muszę się przeprowadzić - ucinam wątek.
Kilka chwil później kończę rozmowę z poczuciem jeszcze większego niepokoju. Z Ritą nawiązałam stabilną nić koleżeństwa, Joseph i Paweł także okazali się sympatycznymi ludźmi, a co najważniejsze: nikt z nich nie wie... kim jestem. Chociaż muszę przyznać, że początkowo Paweł wzbudzał moje obawy. Chłopak pochodzi z Gliwic, a to przecież wcale nie tak daleko od mojego rodzinnego Krakowa.
Zanim opuszczam dom, zaglądam jeszcze raz do kuchni, aby upewnić się, że spakowałam wszystko, co chciałam ze sobą zabrać. Wreszcie wychodzę. Zatrzaskuję za sobą drzwi i nie mam już odwrotu. Klucze do mieszkania zostały w środku.
Samotny marsz uliczkami południowego Londynu nie poprawia mi nastroju. Nie mam pojęcia, na kogo trafię w nowym miejscu. Na Wyspach mieszka mnóstwo Polaków, bardzo łatwo spotkać rodaka w brytyjskiej stolicy. Zdążyłam się o tym przekonać na własnej skórze. W klubie golfowym pracuje kilkunastu, wśród graczy także pojawiają się krajanie.
Kółeczka walizki, którą za sobą ciągnę, głośno klekoczą na nierównym chodniku. I dobitnie przypominają mi o tym, że wcale nie przestałam uciekać. Choć ostatnie miesiące wydawały się spokojne i pozwoliły mi poczuć pewną równowagę, chyba nawet przyniosły odrobinę zapomnienia, to tak naprawdę nic się nie zmieniło.
Zapadający zmrok potęguje mój niepokój. Niestety okolica nie należy do najbezpieczniejszych, nie wiedziałam o tym, decydując się na wynajem pokoju w tej części miasta. Miałam jednak nóż na gardle, musiałam natychmiast zniknąć z mieszkania Anity.
Na szczęście po chwili zostawiam za sobą wysokie szeregowce z charakterystycznymi dla całego Londynu wykuszami i docieram do serca dzielnicy. Do tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego piątego roku Croydon stanowiło samodzielne miasto, później - podobnie jak szereg innych miejscowości - stało się częścią Wielkiego Londynu. Tworzy to bardzo ciekawą infrastrukturę, centra niegdyś samodzielnych miast są tętniącymi życiem obszarami, a pomiędzy nimi rozciągają się sieci wąskich ulic ciasno zabudowane domami. Ma to swój urok, któremu zaczęły zagrażać coraz częściej powstające bloki. Brak wolnej przestrzeni i zapotrzebowanie na nowe mieszkania zmuszają miasto do ich budowania. Mam nadzieję, że powstającym jak grzyby po deszczu apartamentowcom nigdy nie uda się zdominować tutejszej zabudowy i tym samym zniszczyć tego wyjątkowego klimatu Zewnętrznego Londynu.
W pobliżu stacji West Croydon kręci się mnóstwo ludzi. Mżawka, która nagle się pojawia, sprawia, że przyspieszam. Lawiruję między przechodniami, aby jak najszybciej dotrzeć na przystanek tramwajowy. Chmury, które nadciągnęły, nie zwiastują łagodniej aury na ten wieczór.
Kiedy wchodzę na peron, mżawka znacząco przybiera na intensywności. Słyszałam od ludzi, że początek wiosny jest w tym roku na Wyspach wyjątkowo deszczowy. Nie mam porównania, jestem tutaj od ubiegłego lata, jednak faktycznie w ostatnich miesiącach dużo padało. Dopiero w zeszłym tygodniu dało się odczuć, że słońce częściej wychodzi zza gęstych chmur.
Chowam się pod wiatą. Zadaszenie jest niewielkie, ale z łatwością znajduję wolną przestrzeń. Wielu pasażerom coraz silniejsza mżawka zupełnie nie przeszkadza, londyńczycy są do deszczu przyzwyczajeni. Z kolei ja ciągle nie przywykłam do błyskawicznie zmieniającej się aury, a tym bardziej do tego, że nagle może złapać mnie niezapowiedziana ulewa. Poza tym mam bagaże, a w nich cały swój dobytek, i nie chcę, aby zamokły.
Po chwili na przystanku pojawia się seledynowy tramwaj. Co ciekawe, ten środek transportu można spotkać tylko w południowym Londynie.
Wsiadam do wagonu wdzięczna za brak jakichkolwiek stopni. Odwracam się, by przyjrzeć się mapie zawieszonej nad zamykającymi się drzwiami. Londyńska komunikacja miejska jest olbrzymią siecią wielorakich środków transportu i nietrudno się w niej pogubić.
Kiedy jestem pewna, że znalazłam się we właściwym tramwaju, wszystkie siedzenia w wagonie są już zajęte. Wzdycham, bo przede mną aż dziewięć przystanków. A potem przesiadka na pociąg Southeastern.