Zapadło milczenie.
- Mów, do cholery, i nie trzymaj mnie w niepewności, stresujesz mnie
tym! Chodzi o mamę?
Brat zacmokał i milczał jeszcze przez krótką chwilę.
Odnosiłam wrażenie, że stara się dobrze dobierać słowa, by przypadkiem
nie wyrazić się niejasno. Wiedział, że lubiłam konkrety, a nie robienie
wszystkiego na okrętkę.
- Poniekąd. Głównie o mnie, Helenę, no i tak właściwie to w dużej mierze
o mamę. Nie wiem, czy pamiętasz, jak na Wigilii rozmawialiśmy o tym, że
mam sporą szansę na staż. Pracodawca wspominał wtedy, że dwóch
najlepszych pracowników wyjedzie na Florydę.
- Pewnie, że pamiętam. Czy mam rozumieć, że...
- Tak! Siostra, ja sam w to nie mogę uwierzyć! Rozwaliłem konkurencję i dostałem propozycję sześciomiesięcznego stażu w Stanach! Gdy o tym
pomyślę, to zaczynam się szczypać, czy to aby mi się nie śniło.
Tym razem jego głos brzmiał niczym dzwon, był radosny, donośny i tak
szczery, że nawet mi się udzieliło to Karolowe szczęście. Choć za chwilę
mój brat miał wylać na mnie wiadro zimnej wody.
- Karolku, moje gratulacje! Jestem z ciebie dumna! Wiedziałam, że
wygrasz w cuglach! Super, bardzo się cieszę!
- Ty się tak, siostra, nie ciesz, bo będę musiał prosić cię o przysługę...
Bez twojej pomocy moja szansa legnie w gruzach.
Kolejna zmiana w jego głosie świadczyła o tym, że moja pomoc będzie
niezbędna. Znałam Karola od podszewki. Nawet nie widząc jego twarzy,
potrafiłam z tonu głosu wyczytać, co się święci. Obawiałam się, że
nadciąga burza.
- Jaką przysługę? - spytałam.
- Chodzi o mamę.
No jasne, że o mamę... Cholera jasna.
- Karol, błagam...
- Jagna, to ja błagam! To tylko sześć miesięcy, które zlecą szybciej,
niż myślisz. To moja ogromna szansa i chciałbym, żeby Helena była tam ze
mną. Zrozum mnie... O nic więcej cię nie poproszę. Chcę spróbować, a taka
możliwość nie trafi się drugi raz. Jaguś, no weź...
Potok słów płynących ze słuchawki był nie do zatrzymania. Cieszyłam się,
że nie mam słuchawki przy uchu, bo wtedy groziłoby to wyrzuceniem
smartfona przez okno. Nawet nie próbowałam stopować brata i mu
przerywać, dopóki sam nie skończył, by złapać oddech. Trochę to zajęło.
Miał chłopak gadane, jak mu na czymś zależy, trzeba mu to przyznać!
- I co, miałabym rzucić wszystko i przyjechać, by zająć się matką? Jak
to sobie wyobrażasz? Przecież ona reaguje na mnie tak, jak alergik
uczulony na kota reaguje na sierściucha! Nie wytrzymamy ze sobą... Ja
nawet nie wiem, jak miałabym się nią zająć! Dobrze wiesz, że widujemy
się tylko od święta, i to już za wiele... Nie bez powodu wyjechałam!
- Siostra, nie rób mi tego. Musisz mi pomóc... - Jego głos był stanowczy i błagalny.
Mimo że dzieliły nas setki kilometrów, czułam, jak bardzo zależy mu na
tym wyjeździe. Zapewne gdyby był obok, patrzyłby na mnie jak kot ze
Shreka. Robiłby zbolałą minę, no i te wielkie, maślane oczy.
- Och, nie stawiaj mnie w takiej sytuacji. Doskonale wiesz, jak tego nie
cierpię. I dla jasności, nic nie muszę... - Trochę skłamałam, bo cichutki
głos w mojej głowie, niczym diabełek, który czasem szepcze coś do ucha,
tym razem aż krzyczał: "Przestań się oszukiwać! Dobrze wiesz, że musisz!
Obiecałaś to sobie, już nie pamiętasz? Miałaś mu pomagać! Cokolwiek by
się działo!".
- Skoro nie musisz, to możesz mi pomóc. I o to cię teraz błagam. Padam
na kolana! Słyszysz? Jagna, nie daj się prosić... Wrócisz do swojego domu,
nim skończy się lato. - Brat ewidentnie uruchomił tryb kota ze Shreka.
"Wrócisz, nim skończy się lato". To zdanie dudniło mi w uszach. Było jak
gong, który po uderzeniu rozbrzmiewał jeszcze przez dłuższą chwilę.
Myślałam, że od tego ogłuchnę. Zagryzłam boleśnie wargę. Co robić?,
myślałam, bębniąc brudnymi palcami o kolana.
- Nim skończy się lato? To kiedy kończy ci się ten staż? - Próbowałam
mówić tak, jakby nie targały mną żadne emocje, jednak nawet takie
zagrywki nie wyprowadziłyby mojego brata w pole. Znał mnie równie dobrze
i już wiedział, że teraz jest najlepszy moment na to, by ugrać jak
najwięcej.
- Dwudziestego dziewiątego sierpnia. Właściwie to dwudziestego ósmego,
bo dwudziestego dziewiątego wylatujemy do Polski. Sama widzisz... Wrócisz
do domu na koniec sierpnia. Tylko błagam, zgódź się i pomóż bratu w potrzebie.
Milczałam. Sześć miesięcy poza domem. Pół roku bez pracy i ofiara na
rzecz rozwoju Karola. Dwa kwartały z chorą matką, która na każdym kroku
daje mi do zrozumienia, jak bardzo mnie nie cierpi. Cudowna perspektywa.
Tym razem niewidzialny aniołek przycupnął na moim ramieniu, szepcząc, że
to sześć miesięcy, by naprawić podupadającą relację, która z pozoru
wydaje się nie do naprawienia. Zaczynałam kalkulować. Ja i matka byłyśmy
jak dwa żywioły. Starcie takich wielkich mas mogło doprowadzić do
tragedii. Jasny gwint. Karol potrafił urządzić człowieka lepiej niż
Dorota Szelągowska.
- Słuchaj, muszę to przemyśleć, przespać się z tym. Wiesz, że taka
zmiana to wywrócenie życia do góry nogami. Nie mówię "nie", ale nie
mówię też "tak". Daj mi chwilę na zastanowienie, okej?
- Jagna... Chciałbym, żebyś wiedziała, że to dla mnie okazja, która drugi
raz się nie powtórzy.
- Wiem, braciszku... Zadzwonię jutro.
Rozłączyłam się, nie czekając na pożegnanie.
Rozdział drugi
Nie boję się o jutro, choć czuję strach jak kiedyś.
Miuosh i Zespół Pieśni i Tańca "Śląsk", Igor Herbut, Mantra
W nocy nie spałam dobrze. Przekręcałam się z boku na bok, a oczy nawet
na chwilę nie chciały się przymknąć, bym mogła odpłynąć w regenerujący
sen. A wszystko dzięki mojemu bratu, który postanowił mnie uszczęśliwić
w tak beznadziejny sposób. Chyba najgorszy z możliwych.
Łóżko zaskrzypiało. Być może przez moją wagę, bo przed snem zjadłam
pudełko lodów i porcję frytek. Te były fit, bo pieczone w piekarniku.
Lody jak zawsze wyśmienite, frytki nieco mniej, ale frytki to frytki.
Nawet te gorszej jakości są smaczne.
Miałam dość gapienia się na sufit i ściany, mimo że bardzo je lubiłam.
Niewielką sypialnię urządziłam kiedyś minimalistycznie, acz przytulnie.
Nie brakowało w niej grafik, zdjęć i roślin, które zajmowały każdy
wygospodarowany na to centymetr. Nie wieszałam i nie ustawiałam takich
rzeczy przypadkowo. Wszystko miało swoje miejsce i bardzo o to dbałam.
Byłam pedantką, która walczy o swoje rzeczy i terytorium.
Przez okno wpadało nikłe światło latarni. Otwock tonął we mgle i smogu.
Uroki zimowej aury. Mimo tych drobnych niuansów uwielbiam to miasteczko.
Ma duszę i niepowtarzalny klimat. Nawet na stronie miasta pysznił się
napis: "Otwock - miasto z dobrym klimatem". Coś w tym było. To tu czułam
się jak ryba w wodzie. I niestety z tej wody ktoś chce wyłowić mnie i wsadzić do innej.
Docierało do mnie, jak bardzo boję się nadchodzącej zmiany. Znów zrobię
coś kosztem czegoś, stawiając swoje potrzeby na drugim miejscu. Ten
strach był związany również z tym, że cenię sobie ład i porządek, a tu
moje poukładane życie mój kochany braciszek burzy jednym telefonem.
Przestałam łudzić się, że uda mi się zasnąć. Zegar tykał i tykał,
odliczając upływające sekundy i doprowadzając mnie tym samym do
szewskiej pasji. Tarcza wskazywała 3:47. Odrzuciłam wściekle kołdrę na
bok, spuszczając na zimną podłogę bose stopy.
One na maksa nie pasowały do mojej sylwetki. Jako jedyne były
filigranowe i małe, wówczas gdy wszystko wydawało się większe: twarz
była okrągła, uda masywne, biust spory, a biodra tak pełne, że z trudem
wyszukiwałam dżinsy w sieciówkach. Znalazłam na to dobry patent. Po
prostu przestałam je kupować. Dzięki temu zaoszczędziłam sobie wiele
nerwów. Wolałam nie irytować się, gdy kolejny raz nie mogłam znaleźć
odpowiedniego rozmiaru. Każde spodnie sprawiały wrażenie, jakby ktoś
celowo je zmniejszał, wiedząc, że lada moment będę je mierzyć. Ile ja
godzin przepłakałam po wyjściu ze sklepowych przymierzalni, gdy po raz
kolejny nie potrafiłam znaleźć swojego rozmiaru! Wyłam jak bóbr... Gdy
pewnego razu wróciłam z zakupów bez spodni, za to z pudłem lodów - bo
lody zawsze rozumieją! - wtedy podjęłam decyzję, że nie będę się więcej
katować. Stawiałam więc na zwiewne sukienki, które nosiłam cały rok, bez
względu na panującą za oknem aurę. Ktoś kiedyś zapytał mnie, czy nie
zimno mi w tyłek, gdy przychodzi mróz. Odpowiadałam, że na szczęście w Polsce nie ma takich mrozów i moje pośladki nie mają się czego obawiać.
Najczęściej temat się wtedy kończył, a ja mogłam robić swoje.
Powlokłam się do kuchni, by jak najszybciej uruchomić ekspres. Marzyłam
o kawie. Czarnej, mocnej i tak aromatycznej, żeby zapach rozniósł się po
całym domu. Wiedziałam, że przecież i tak już nie zmrużę oka.
Kawę parzyłam jak na autopilocie. Jeden guzik, podstawienie filiżanki,
kolejny guzik. Dźwięk młynka i zapach rozdrabnianych ziaren wybudziły
mnie. Przetarłam twarz lekko spoconymi dłońmi i biorąc wypełniony
naparem kubek, szłam niezbyt żwawym krokiem do salonu. Rozsiadłam się na
wygodnej kanapie, roniąc kilka kropel kawy na drewnianą podłogę.
- Cholera jasna...
Odłożyłam naczynie na stolik kawowy i sięgnęłam po chusteczki
higieniczne. Wyciągnęłam ostatnią z tekturowego opakowania i przyklękając, zaczęłam ścierać plamę rozlanej cieczy. Gdy próbowałam się
podnieść, pośladkiem zawadziłam o stolik. Ten poruszył się złowrogo,
kubek zatańczył i runął na podłogę, roztrzaskując się w drobny mak i rozchlapując kawę na wszystkie strony.
- Co jest ze mną nie tak?! - wrzasnęłam i zapłakałam cicho. Rzadko mi
się to zdarzało.
Tego dnia byłam kłębkiem nerwów. Wystarczyła jedna rozmowa z bratem,
która sprawiła, że zamieniłam się w kruchą postać. A przecież jestem
silną babą! Taką twardo stąpającą po ziemi, rozkręcającą swój biznes.
Gdyby nie upór i determinacja, nigdy nie wyjechałabym z domu rodzinnego.
A zrobiłam to i wyszłam na tym całkiem nieźle. Początki były trudne, nie
miałam grosza przy duszy i pomocy ze strony bliskich, ale stanęłam na
nogi. Zbudowałam wszystko dzięki wyrzeczeniom i ciężkiej pracy. Tylko
ten cholerny telefon...
Załzawionym wzrokiem spojrzałam na czarne plamy i skorupki, które
zostały z ulubionego naczynia.
- A jeśli tak właśnie roztrzaska się moje życie? - szepnęłam do siebie.
Chciało mi się wyć. Tak po prostu.
Trzeba by zadzwonić do najlepszej przyjaciółki. Ona zawsze ma do
powiedzenia coś mądrego, co często pokrzepia jak gorąca herbata,
trzymana w zmarzniętych dłoniach. Elka umie mówić rozsądnie i nie raz,
nie dwa strzelała mi w trudnych chwilach motywacyjne pogadanki. Dobra w tym jest, cholera jasna! Człowiek nabierał rozpędu i chciał z marszu
zacząć wszystko zmieniać.
Dlatego tak bardzo musiałam z nią porozmawiać.
Kilka godzin później czekałam na Elżbietę w naszej ulubionej kawiarence.
Była kameralna i cicha, przepełniona zapachem świeżo zmielonych ziaren.
Ściany z czerwonej cegły świetnie współgrały z topornymi regałami, na
których od podłogi aż po sufit piętrzyły się książki. Czarne lampy
dawały przyjemne i ciepłe światło, a przytulności surowemu wnętrzu
dodawało mnóstwo kwiatów, które poustawiane były w każdym wolnym
miejscu: na szerokich parapetach, na ciemnej podłodze oraz na półkach
pośród mniej i bardziej opasłych tomów. W tle szumiała jakaś muzyka,
która grała na tyle cicho, by można było swobodnie skupić się na
rozmyślaniach, czytaniu czy rozmowie.
Rozejrzałam się po otwartym pomieszczeniu. Zawsze to robię. Mam takie
zboczenie. Niektórzy przeskakują spękane płyty chodnikowe, spacerując po
mieście, ja zaś gapię się i rozglądałam, by móc wyłapać ciekawe niuanse.
Kilka stolików pozostawało wolnych, przy innych siedzieli biznesmeni,
pary lub samotne osoby delektujące się napojem, słodkościami i książkami. Lubię to miejsce i niespieszny klimat, jaki tu panuje.
Niejednokrotnie przebywałam tu samotnie lub w towarzystwie przyjaciółki,
która na moje nieszczęście ma nieznośny zwyczaj spóźniania się na
wszystkie spotkania. Tak jest i tym razem.
Mijał kwadrans, a Eli wciąż nie było. Wkurzyłam się. I to do tego
stopnia, że zaczęłam nerwowo bębnić palcami o blat stolika, starając się
robić to na tyle cicho, by nie przeszkadzać innym gościom kawiarenki.
Gdybym miała jakiś przyrząd do mierzenia poziomu mojej irytacji, już
dawno wywaliłoby skalę. Moje życie miało okazję wywrócić się o 180
stopni, a ona zdawała się mieć to w nosie. No cholera jasna! Spóźniała
się, mimo iż prosiłam ją o punktualność. Minuty mijały jedna za drugą, a drzwi kawiarni otwierały się jedynie po to, by wpuścić lub wypuścić
swoich gości. I nie, żadnym z tych gości nie była Spóźnialska Elżunia.
Zrezygnowana, wstałam od stolika i podeszłam do kontuaru, by zamówić
kawę. Nie miałam pojęcia, ile będę musiała jeszcze na nią czekać. Czas
dla Elżbiety był pojęciem względnym: istniał, lecz nie brała go zbytnio
serio. Tu się różniłyśmy. Jej dywagacje na ten temat kompletnie mnie nie
przekonywały. Elka uważała, że należało się spóźniać, ponieważ bycie
punktualnym lub stawianie się gdzieś, o zgrozo, przed czasem było...
niekulturalne. Dodawała też, że w dobrym tonie jest przychodzenie
kilkanaście minut po umówionej godzinie, co dzielnie wcielała w codzienne życie prywatne oraz zawodowe. Zawsze z głośnym śmiechem
pukałam się w głowę, dając jej do zrozumienia, że coś tam jej pod kopułą
nie do końca styka. I proszę, miałam swoje śmieszki... Teraz kilkanaście
minut spóźnialskiej Elżuni zamieniało się w kilkadziesiąt minut. Na
złość mi to robi czy co?
- Poproszę dużą, mocną, czarną kawę - powiedziałam, siląc się na
uśmiech.
Nie byłam w humorze. Perspektywa podjęcia decyzji bardzo mnie męczyła.
Nieprzespana noc też dawała o sobie znać. Miałam wrażenie, że bez
względu na to, jaką decyzję podejmę, żadna z nich nie będzie tą dobrą.
Znalazłam się między młotem a kowadłem. Wybierając swoje życie, urażę
rodzinę, natomiast pomoc bratu zrujnuje moje poukładane życie. Co z moją
firmą? Kilka miesięcy to nie tydzień urlopu. To nie mogło się udać.
Należy wybrać mniejsze zło. Tylko jak? Wybrać firmę i zamknąć na zawsze
rozdział "rodzina"? Brat nigdy mi tego nie wybaczy. Cholera jasna. Na co
mi było się tak spieszyć do tej dorosłości? Co złego w byciu uczniem? Z perspektywy czasu dopiero widzę, jak problemy tamtego okresu były błahe
w porównaniu z tymi, które mam teraz.
- Czy podać coś jeszcze? Mamy wyśmienity sernik na kakaowym spodzie! -
Barista wyrwał mnie z zamyślenia.
- Za ciasto podziękuję, jak widać, i tak dobrze wyglądam. - Poklepałam
się po brzuchu, próbując wykrzywić usta w grymasie, który miał
przypominać uśmiech. Żeby nie było! Miałam ogromną chęć na ciasto,
jednak postanowiłam nie kusić losu, bo na jednym kawałku mogłam nie
poprzestać. - Ale poprosiłabym jeszcze o szklankę niegazowanej wody.
- Oczywiście. Zaraz pani przyniosę.
- Dziękuję bardzo!
Odwróciłam się i skierowałam do ulubionego stolika. Miałam stąd widok na
całe pomieszczenie. Uwielbiałam obserwować ludzi. Czasem patrząc na ich
gesty, w myślach tworzyłam im historie, a że wyobraźnię miałam
wyjątkową, to działało lepiej niż w niejednym hicie z Netflixa. Historie
były więc różne: pełne szczęścia lub dramatów, nieraz służbowe, gdzie
komuś nad głową wisiał deadline, ktoś robił coś na ASAP. Ktoś planował
coś niezgodnego z prawem... Siedziałam tak i wymyślałam niestworzone
rzeczy, zerkając na przewijających się ludzi, którzy mimo iż byli mi
zupełnie obcy, stawali się bliżsi w tych historiach, które sobie
skrzętnie kleciłam w głowie.
Tak było i teraz. Nie miałam nic lepszego do roboty, a ofiary nawinęły
się same. Zerkałam więc i wymyślałam. Widziałam brunetkę w wieku
zbliżonym do swojego. Siedziała z kobietą, której jasne włosy mocno
przyprószyła siwizna, a zadbaną twarz znaczyło wiele zmarszczek. Dłonie
zdradzające jej lata właśnie przykrywały gładkie ręce dziewczyny.
Kobiety uśmiechały się do siebie, rozmawiały. Miały w oczach tańczące
iskierki. Matka z córką w wydaniu, którego ja nigdy nie doświadczę. I już dokładałam im historię, żeby nie było zbyt cukierkowo. Brunetka z matką bawiły się w czarne wdowy. Rozkochiwały w sobie bogatych mężczyzn,
by przed samą śmiercią położyć łapę na majątku. I teraz cieszyły się z kasy, którą wyciągnęły od umierającego klienta.
Czy gdyby nie chichot losu i choroba matki, mogłybyśmy tak kiedyś
wspólnie spędzać czas? Przestałam wymyślać historię innym. Popadałam w zadumę i melancholię, którą przerwał odgłos stawianej szklanki z wodą
oraz filiżanki i aromat świeżo zaparzonej kawy. Trochę nieobecnym
wzrokiem spojrzałam na baristę i znów wymuszając uśmiech, kiwnęłam w podziękowaniu głową. Zanurzyłam wargi w gorącym napoju, delektując się
głębokim smakiem.
Drzwi kawiarenki otworzyły się, wprawiając w ruch przyczepione u szczytu
dzwoneczki. Elżbieta, wchodząc do środka, wpuściła nieco chłodnego
powietrza. Szybko rzuciła okiem na stoliki i wyszczerzając zęby w uśmiechu, ruszyła do naszego ulubionego, przy którym siedziałam już
dobre pół godziny.
- O cholerka, tłoczno dzisiaj! Cześć, kochana! - Rzuciła torbę na wolne
krzesło, zdjęła dwurzędowy karmelowy płaszcz i powitała mnie cmoknięciem
w policzek.
- Wcześniej było mniej osób... - Nie omieszkałam podkreślić pierwsze
słowo.
Ela machnęła ręką, pobrzękując złotymi bransoletkami.
- Wiem, wiem, co chcesz przez to powiedzieć... Spóźniłam się i biję się w pierś. Ale to raptem ile, pięć minut?
- Dodaj jeszcze trzydzieści.
- Trzydzieści pięć?! Jasny gwint, nieźle popłynęłam. No nic, pozostaje
mi jedynie przeprosić, że musiałaś na mnie czekać. Wybacz, Jagna, nie
wiedziałam, że stracę tyle czasu na stacji benzynowej. - Pochyliła się,
konspiracyjnie zniżając głos do szeptu. - Przyjechałam samochodem
Mariusza, on ma wlew z drugiej strony i kompletnie się zamotałam.
Zablokowałam się przy tych cholernych dystrybutorach. Na bank jutro
znajdziesz nagranie z monitoringu na jakichś głupkowatych stronach! Ile
ja się wstydu najadłam!
Od razu oczami wyobraźni zobaczyłam to, jak przyjaciółka próbuje
manewrować rodzinnym kombi, taranując wszystkich i wszystko dookoła.
Nawet szczerze uśmiechnęłam się na te wyimaginowane obrazy.
- Pójdę coś zamówić i zaraz powiesz mi, co było tak ważne, że
zadzwoniłaś do mnie o tak chorej porze.
Odprowadziłam wzrokiem przyjaciółkę. Widziałam, jak barista mówi coś do
Eli, wyszczerzając przy tym zęby w szerokim uśmiechu, a ona, śmiejąc się
donośnie, przechyla głowę do tyłu.
Kokietka, psia jego mać! Tak. Elka bez wątpienia potrafi kokietować jak
nikt inny, zarzekając się za każdym razem, że robi to zupełnie
nieświadomie. Być może faktycznie miała wrodzoną kokieterię, której mnie
brakowało. To by usprawiedliwiało fakt, że jestem samotna. Nie umiałam
flirtować i reagować na zaczepki będące wstępem do flirtu. Widocznie
stałam w innej kolejce, gdy rozdawano talenty. Chwilę później
przyjaciółka wróciła do stolika i klapnęła niezbyt elegancko.
- To opowiadaj, co się przydarzyło. Bo widzę, że musiało być grubo,
skoro siedzisz teraz jak na szpilkach.
- Dzwonił do mnie Karol.
- I co w związku z tym? To przecież twój brat. Normalne, że czasem
zadzwoni, no nie? - zapytała i posłała kolejny uśmiech bariście, który
przyniósł zamówienie do stolika.
Ela skusiła się na duże cappuccino oraz sernik, o którym mówił
mężczyzna. Ciasto faktycznie wyglądało smakowicie. Przez chwilę
żałowałam, że nie wzięłam małej porcji dla siebie.
- A to, że chce mi trochę namieszać w życiu...
- Jezu, brzmi poważnie... Co znowu wymyślił? - Przyjaciółka wpakowała
sobie do ust potężny kawałek ciasta, przez co zrozumienie jej graniczyło
z cudem.
- Prosił mnie o przysługę, która jest dla mnie czymś praktycznie nie do
przejścia. Dostał propozycję stażu. Zagraniczny wyjazd na sześć
miesięcy. Twierdzi, że to dla niego wielka szansa, i w tym akurat
doskonale go rozumiem.
- "Jedna taka szansa na sto..." - zaśpiewała Elka, po czym upiła łyk
gorącego cappuccino. Piana osiadła na jej górnej wardze, tworząc zabawne
mleczne wąsy, które szybciutko oblizała koniuszkiem języka.
- Tak, właśnie tak. - Uśmiechnęłam się krzywo na wspomnienie tekstu
piosenki. - I tu mam wejść ja, cała na biało.
- Oho! Niech zgadnę! - Przymknęła oczy, dotykając skroni palcami
wskazującymi, jakby udawała, że bawi się w medium. - Karolek wyjeżdża ze
swoją dziunią, a ty masz zostawić swoje życie na poczet jego
kształcenia? Zostawić Otwock i wyjechać na pół roku do Mikaszówki?
- Tak, właśnie tak. Kurde, Ela... Ja się do tego nie nadaję... Jeżdżę do
matki na święta, a i tak czuję się wtedy jak intruz! - Wydałam z siebie
żałosny jęk.
Rzadko przeklinam, tylko że jedynie wulgaryzmy cisnęły mi się na usta. Z trudem powstrzymywałam się przed użyciem cięższych słów.
- Uuu, widzę, że faktycznie sytuacja z tych nieprzyjemnych. Ale wiesz,
co ci powiem? Może to jest jakaś szansa?
- Błagam, Elka... Niby jaka i na co? Żebyśmy się z matką pozabijały?
Przecież gdy znowu będę musiała słuchać tych nieprzyjemności i bzdur na
swój temat, to zwariuję. Wyjechałam z domu rodzinnego bez grosza przy
duszy, bo matka mnie obwiniała o to, co się stało!
Przyjaciółka położyła dłoń na moim udzie. Nie polepszyło to mojego
samopoczucia, ale zauważyłam, że w jej twarzy coś się zmieniło. Oczy
Elżbiety wyglądały jak dwa płomyki. Musiała wpaść na jakiś pomysł. Ten
wzrok zawsze to oznaczał. Coś chodziło po jej głowie i jedynie sekundy
dzieliły mnie od tego, by dowiedzieć się, co jej przyszło na myśl. Co
prawda jej pomysły nie zawsze były trafne, ale może tym razem mogła
wpaść na coś, na co ja jeszcze nie zdążyłam?
- Szansa na pojednanie! Pomyśl tylko. Będziecie we dwie. Ona będzie na
ciebie, nazwijmy to brutalnie, skazana. Czujesz ten klimat, nie? To
sześć miesięcy, podczas których możecie złapać nić porozumienia. Możesz
odzyskać więź i nieco ją wzmocnić, wyjaśnić to głupie nieporozumienie.
Będziesz jedyną osobą, na którą Lidia będzie mogła liczyć. To idealny
czas! Spójrz na to z tej perspektywy! Jako genialny moment na naprawę
pogruchotanej relacji. Potrzebujesz urlopu, więc potraktuj to jako
odpoczynek i zmianę klimatu. Przyjemniej żyje się na skraju puszczy przy
samym jeziorze niż w mieście, prawda? A i Karol po tym wszystkim
zostanie twoim dłużnikiem, co będziesz mogła wykorzystać. Jak to mówią,
win-win!
- Elka, to tylko tak wspaniale wygląda. Patrzysz na to zbyt
optymistycznie, gdy ja jestem totalną realistką i już widzę, jak na
dzień dobry nad Mikaszówką zawisają burzowe chmury. Wielu
wypowiedzianych słów nie da się ot tak zapomnieć i cofnąć, więc
naprawianie tej relacji jest dla mnie tak trudne i niebezpieczne, jak
wejście na ośmiotysięcznik! Zasapię się na pierwszych metrach podejścia.
- Trudne, ale nie niemożliwe. Ktoś musi być twoim szerpą i jakoś dasz
radę.
Milczałam i analizowałam to, co powiedziała. Owszem, miała sporo racji.
Nie było to wszystko niemożliwe. Każdy kiedyś przychodzi po rozum do
głowy, tylko czy obydwie strony konfliktu wytrzymają ze sobą do tego
momentu? Ta myśl nie dawała mi spokoju.
- Okej. Załóżmy, że powiem Karolowi, że się zgadzam. Co ze sklepem? Mam
zamówienia. Nie zawieszę firmy. Stawałam na rzęsach, by to wszystko
ogarnąć i być tu, gdzie jestem.
- Skoro mówisz "załóżmy", to już wiem, że się prawie zdecydowałaś. I super! A o firmę się nie martw. Dasz mi klucze, ogarnę wysyłki gotowych
zamówień. Sprawdzimy, czy w okolicy Mikaszówki jest jakaś pracownia
ceramiczna lub miejsce, gdzie możesz zrobić wypał. Lepić możesz niemal
wszędzie, a najwyżej poinformujesz klientów o tym, że koszt ich naczyń
nieco wzrośnie. Postawisz sprawę jasno; albo poczekają sześć miesięcy po
starej cenie lub z niewielkim rabatem, albo dorzucą parę groszy więcej i ich naczynia będą o czasie. Jagna... Poradzimy sobie, serio. Masz szansę
coś odbudować. Pomyśl tylko, matki kiedyś zabraknie. Będziesz umiała
spojrzeć na siebie w lustro, wiedząc, że nie spróbowałaś wyprostować
tamtych spraw?
Jasne, nie umiałabym...
Odwróciłam głowę, by ukryć zbierające się w kącikach oczu łzy. Zerkałam
w dal, zawieszając wzrok na matce i córce, które chichotały przy jednym
ze stolików. Nie mogłabym sobie tego darować. Wciąż miałabym do siebie
żal. Tak jak wtedy, gdy zmarł ojciec.
- Mówiłam ci już, że jesteś moją najlepszą przyjaciółką? - powiedziałam
wreszcie nieco łamiącym się głosem.
- Nie raz, nie dwa. - Uśmiechnęła się szeroko. - Nie trzymaj go dłużej w niepewności, zadzwoń, jak tylko wrócisz do domu.
Pokiwałam głową i czując przyjemne pokrzepienie, uśmiechnęłam się
szczerze, a zły nastrój zaczął ze mnie schodzić niczym powietrze
spuszczane z nadmuchanego balona.
Rozdział pierwszy
Pamiętaj, że człowiek się zmienia, jednak jego przeszłość nigdy.
Becca Fitzpatrick, Szeptem
W pracowni panował półmrok. Zupełnie mi to nie przeszkadzało. Właściwie
to bardzo lubię ten moment. Kojarzy mi się ze spokojem. Okej, być może
po części również z samotnością, lecz do niej zdążyłam się już
przyzwyczaić. Moją minimalistycznie urządzoną pracownię oświetliła
wysoka lampa stojąca na stole. Dawała ciepły, przyjemny blask, podczas
gdy za oknem było nieprzyjemnie i dżdżyście. Luty zdecydowanie nikogo
nie rozpieszczał i nie wyglądał jak ten z pięknych fotografii, gdzie
błękit nieba fantastycznie kontrastuje z bielą śniegu. Mokry, zimny,
wietrzny. Taki właśnie był ten miesiąc, który najchętniej przespałabym
zakopana po uszy w swojej przytulnej sypialence. Dla pewności
zostawiłabym jeszcze kartkę: "Nie budzić do wiosny!", gdyby ktoś
uprzejmy próbował wyrwać mnie z tego snu zimowego.
Po śnieżnej, cudownie białej puchowej kołdrze pozostało jedynie
wspomnienie. Niebo zasnuły ciemne chmury i mimo że był środek dnia,
zdawać by się mogło, że wieczór na dobre rozgościł się w Otwocku. Czułam
to. Smętna i senna aura dawała mi się we znaki. Wypiłam już dwie kawy,
które wciąż nie postawiły mnie na nogi. A były naprawdę mocne! Ziewałam
raz za razem, próbując zmobilizować się do pracy. Tej miałam całkiem
sporo. Część naczyń czekało na pierwszy wypał, inne zaś na szkliwienie.
Miałam też kilka gotowych produktów, które planowałam tego dnia wysłać,
lecz padający deszcz chciał siłą zatrzymać mnie w domu. Właściwie bardzo
dobrze mu to szło! Z nosem przy szybie zerkałam na płynące strugi, choć
czułam wyraźnie gdzieś na plecach, że coś lub ktoś spogląda na mnie z wyrzutem.
Stały tam i patrzyły, choć nie miały oczu.
Schnące kubki, spodeczki i tacki dosłownie piętrzyły się na regałach.
Żeby tylko znaleźć na wszystko czas!, pomyślałam, zabierając się do
pracy.
Nieco zrezygnowana zerknęłam raz jeszcze na złożone poprzedniego dnia
zamówienie. Stała klientka z Gdańska zamówiła kolejne miseczki z morskim
motywem. Muszę przyznać, że akurat te uwielbiałam tworzyć najbardziej.
Spośród wszystkich dotychczas wykonanych prac najbliższe memu sercu były
wodno-plażowe motywy. To one sprawiały, że pracowałam z przyjemnością.
Jasny piasek, szmaragd i błękit wód, spiętrzone białe fale, którymi
zdobiłam wypalone naczynia, przypomniały mi o jednym.
Czas na urlop. Najlepiej gdzieś, gdzie każdego ranka będzie witał mnie
delikatny szum morza lub oceanu. Jak ja marzę o wylegiwaniu się nad
cieplutką wodą! Marzenie ściętej głowy.
Odkąd otworzyłam ceramiczny biznes, zapomniałam, czym tak naprawdę są
wakacje. Właściwie to wykreśliłam słowo "urlop" z mojego słownika.
Zupełnie przestało dla mnie istnieć. Było mi żal odpoczywać, gdy
wiedziałam, że czeka na mnie masa pracy. A tej było naprawdę sporo.
Czasem za dużo jak na jedną osobę, ale starałam się nie narzekać. Biznes
się kręcił, ja miałam z czego żyć, nie przymierałam głodem i spełniałam
się w swojej pasji. Mówią, że gdy robisz to, co kochasz, nie traktujesz
tego jak pracę. Może coś w tym jest...
Zamówienia co rusz spływały na firmową skrzynkę, internetowy sklepik
wciąż informował potencjalnych klientów, że przedmioty zostały
wyprzedane. Dawało mi to potężnego kopa do dalszego działania. O wypoczynku nie było więc mowy. Zwłaszcza że firmę prowadziłam sama, bez
niczyjej pomocy. Złapałam motywacyjny wiatr w żagle i chciałam wycisnąć
z tego możliwie jak najwięcej. Dopóki mam na to wszystko siłę.
- Dwie duże miski na owoce, morski motyw, wykończenie szkliwo i angoba -
przeczytałam na głos, by uporządkować myśli.
Tego dnia wyjątkowo galopowały, sam jeden Bóg wie dokąd. Zamiast być tu
i teraz, wędrowałam w inne miejsca. Wszystkie były już odległe, przeżyte
jak znak minionych czasów, ale musiałam do tego wracać, zapisując myśli,
tak jak zaleciła moja terapeutka.
PsychoTERAP nr 1
Prosiłaś, bym notowała to, co wyda mi się istotne dla terapii. Droga, to
ci się spodoba. Dzisiaj przeanalizujemy to, co było lata temu. Zawsze
powtarzasz, że warto cofać się, by wyciągnąć z tamtego czasu to, co
najważniejsze i istotne. Wróćmy więc. Jesteś gotowa? To pierwsza
notatka. Postaram się zebrać myśli, choć te mogą być chaotyczne. Jeszcze
nie mam wprawy, sama rozumiesz. To dla mnie trudne...
Gdy sięgam do wspomnień ze szkoły, przypominam sobie coś jeszcze, co
wyjątkowo nie pasowało moim rówieśnikom. Moja waga. Tak, tak! Błahe,
prawda? A jednak. Nigdy nie byłam szczupłą dziewczyną, jak większość
żeńskiej części mojej klasy. Zawsze miałam gdzieś "za dużo" lub "zbyt
wiele". Gdy teraz w modzie jest to, by być WYSTARCZAJĄCĄ, ja zawsze
miałam czegoś ponad stan i normę. Waga była moją zmorą.
Odkąd pamiętam, moje życie toczyło się wokół wszelakich diet, które za
każdym razem zaczynały się "od poniedziałku", a kończyły się z pierwszym
wieczornym napadem głodu, gdy po całym dniu jedzenia sałat opychałam się
frytkami maczanymi w rozpuszczonych lodach waniliowych. Niektórych
mdliło takie połączenie, a ja je kochałam. Czułam się jak Wenezuelki,
które ubóstwiają łączyć smaki. Nie chcę siebie teraz usprawiedliwiać.
Próbowałam wszystkiego, by sprostać oczekiwaniom innych, jeśli chodzi o sylwetkę, ale za bardzo lubiłam jedzenie, które niejednokrotnie
traktowałam jako małe nagrody czy coś, co jest namiastką pocieszenia po
przykrych wydarzeniach dnia codziennego. To mnie gubiło. I gubi do tej
pory, jeśli mam być szczera.
Aktywność fizyczna kończyła się zazwyczaj na spacerach, które
utrzymywały moją kondycję w jako takich ryzach. Chociaż muszę teraz
przyznać, że i te wykręcane na nogach kilometry trafiały się ostatnio
niezbyt często. Prowadziłam siedzący tryb życia i niestety zbierałam
jego nieprzyjemne żniwo w postaci bólu kręgosłupa i dodatkowych
kilogramów. Gdy zerkałam w lustro, widziałam, że mam tu i ówdzie "za
dużo". Mierząc ubrania w rozmiarze 42 czy nawet 44, tęsknie zerkałam na
te z cyfrą 38. Kiedyś się uda, Jagna!, dopingowałam siebie, chociaż sama
nie wierzyłam, że to "kiedyś" nastąpi i wreszcie mi się uda.
Poprawiłam niedbały blond koczek na środku głowy, który zwykłam
pieszczotliwie nazywać "cebulą", po czym zabrałam się do pracy. Ujęłam
blok ulubionej gliny. Odcięłam średniej wielkości kawałek żyłką,
odłożyłam odmierzoną część, a resztę z powrotem zawinęłam w folię i odłożyłam na półkę. Wszystko w mojej pracowni miało swoje miejsce.
Właściwie to z perspektywy czasu widzę, że całe moje życie jest
poukładane. Może z wyjątkiem życia rodzinnego. To było mocno zagmatwane.
Odejście, a dokładniej śmierć ojca, spotęgowało chorobę matki. Nie
widywałyśmy się zbyt często. Spotkania odbywały się dwa lub trzy razy do
roku. Na Wielkanoc i podczas świąt Bożego Narodzenia. Obchodziliśmy
również urodziny matki, chociaż na te nie zawsze się wybierałam. Nie
dlatego, że duma mi na to nie pozwalała. Po prostu nie czułam się mile
widziana w domu, w którym się wychowywałam i spędziłam całe dzieciństwo.
Wyglądało to tak, jakby raz na zawsze wyrzucono mnie z gniazda. Ot,
wyjazd z biletem w jedną stronę.
Nie chciałam wprowadzać do poukładanego życia chaosu. I nie miałam tu na
myśli tylko swojego życia. Egzystencja mojej matki była w miarę
uporządkowana, póki nie przekraczałam progu rodzinnego domu. Wtedy
wszystko stawało na głowie, jakby ten wypracowany ład w jednej chwili
runął niczym domek z kart. Awantura goniła awanturę, piętrzyły się
nieporozumienia. Rzadko kiedy atmosfera bywała przyjazna. Dlatego
wolałam nie kusić losu i unikałam zbyt częstych spotkań. Dla dobra nas
wszystkich. A zwłaszcza mamy.
Chwyciłam odcięty kawałek gliny i przenosząc go na stół roboczy,
zaczęłam nim rzucać o blat, by pozbyć się pęcherzyków powietrza. Robiłam
to szybko i precyzyjnie, bo zbyt długie mizianie gliny powoduje później
pękanie naczyń.
Ceramika jest dość kapryśnym hobby. Przygotowywanie zamówień za każdym
razem wiązało się z wielką niewiadomą. Podczas pierwszego wypału
wychodziło na jaw, czy biskwit popęka, czy nie. Szkliwienie i kolejny
wypał również niejednokrotnie mnie zaskakiwały. Szkliwa, które dobrze
znałam, potrafiły rozlać się po pracy lub wypalały się w dziwny sposób,
dając na naczyniu zupełnie inny efekt, niż planowałam. Może to wydać się
dziwne, ale lubiłam tę nutkę niepewności, kiedy eksperymentowałam.
Zarazem irytowało mnie okrutnie, gdy miałam sztywne ramy ze strony
klientów, a ci niestety nie zawsze przyjmowali wyjaśnienia, że towar nie
jest w stu procentach gotowy i taki, jaki sobie wymarzyli. Potknięcia i niespodzianki się zdarzały, mimo iż w pracę z gliną wkładałam całe
serce.
Sprawnymi ruchami uformowałam sporej wielkości kulę. Gdy miałam już
kształt, który wydawał mi się bliski ideału, zatopiłam w nim kciuk,
tworząc wgłębienie. Stale przekręcając kulę, powiększałam i rozszerzałam
miejsce zagłębienia do momentu, aż powstało półkole przypominające
miseczkę. Uwielbiałam ten moment. Z kawałka pozornie bezkształtnej masy
zaczynało powstawać "coś". Dawałam życie czemuś nowemu, co będzie służyć
kupującym przez długi czas. O ile rzecz jasna kurier nie postawi sobie
za punkt honoru sprawdzić wytrzymałości kartonu i jakości wypełnienia
chroniącego naczynia.
Raz za razem wygładzałam nowy przedmiot, tworząc takie krawędzie, by
glina nie popękała podczas suszenia i wypału. Nie mogły być ani zbyt
cienkie, ani za grube. Deseczką wyrównywałam wszystkie nierówności i zamazywałam odbite gdzieniegdzie palce. Z pietyzmem pracowałam nad
miseczką, by sprostać wymaganiom ważnej klientki. Mogłabym przysiąc, że
niejednokrotnie wywalałam jęzor na wierzch podczas największego
skupienia. Jak to mówią, ten typ tak ma.
Gdy wstępne naczynie było gotowe, ostrym nożykiem ścięłam wierzch, by
rant był gładki i równy. Zwilżonym w wodzie kawałkiem tkaniny
przecierałam krawędź i miejsca, które wymagały poprawek. Odstawiłam
gotową pracę na dobrze oświetlone miejsce, przyglądając jej się
krytycznie z każdej strony...
Tymczasem odezwał się mój telefon, gwałtownie przerywając ciszę.
- Szlag by to - jęknęłam.
Wytarłam ręce o wysłużony fartuch i zerknęłam na wyświetlacz.
Imię brata zdawało się wibrować na ekranie.