Nim skończy się lato - Justyna Jelińska

Kup ebooka

49.99 zł
41.82 zł (41,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zapa­dło mil­cze­nie.

- Mów, do cho­lery, i nie trzy­maj mnie w nie­pew­no­ści, stre­su­jesz mnie tym! Cho­dzi o mamę?

Brat zacmo­kał i mil­czał jesz­cze przez krótką chwilę.

Odno­si­łam wra­że­nie, że stara się dobrze dobie­rać słowa, by przy­pad­kiem nie wyra­zić się nie­ja­sno. Wie­dział, że lubi­łam kon­krety, a nie robie­nie wszyst­kiego na okrętkę.

- Ponie­kąd. Głów­nie o mnie, Helenę, no i tak wła­ści­wie to w dużej mie­rze o mamę. Nie wiem, czy pamię­tasz, jak na Wigi­lii roz­ma­wia­li­śmy o tym, że mam sporą szansę na staż. Pra­co­dawca wspo­mi­nał wtedy, że dwóch naj­lep­szych pra­cow­ni­ków wyje­dzie na Flo­rydę.

- Pew­nie, że pamię­tam. Czy mam rozu­mieć, że...

- Tak! Sio­stra, ja sam w to nie mogę uwie­rzyć! Roz­wa­li­łem kon­ku­ren­cję i dosta­łem pro­po­zy­cję sze­ścio­mie­sięcz­nego stażu w Sta­nach! Gdy o tym pomy­ślę, to zaczy­nam się szczy­pać, czy to aby mi się nie śniło.

Tym razem jego głos brzmiał niczym dzwon, był rado­sny, dono­śny i tak szczery, że nawet mi się udzie­liło to Karo­lowe szczę­ście. Choć za chwilę mój brat miał wylać na mnie wia­dro zim­nej wody.

- Karolku, moje gra­tu­la­cje! Jestem z cie­bie dumna! Wie­dzia­łam, że wygrasz w cuglach! Super, bar­dzo się cie­szę!

- Ty się tak, sio­stra, nie ciesz, bo będę musiał pro­sić cię o przy­sługę... Bez two­jej pomocy moja szansa legnie w gru­zach.

Kolejna zmiana w jego gło­sie świad­czyła o tym, że moja pomoc będzie nie­zbędna. Zna­łam Karola od pod­szewki. Nawet nie widząc jego twa­rzy, potra­fi­łam z tonu głosu wyczy­tać, co się święci. Oba­wia­łam się, że nad­ciąga burza.

- Jaką przy­sługę? - spy­ta­łam.

- Cho­dzi o mamę.

No jasne, że o mamę... Cho­lera jasna.

- Karol, bła­gam...

- Jagna, to ja bła­gam! To tylko sześć mie­sięcy, które zlecą szyb­ciej, niż myślisz. To moja ogromna szansa i chciał­bym, żeby Helena była tam ze mną. Zro­zum mnie... O nic wię­cej cię nie popro­szę. Chcę spró­bo­wać, a taka moż­li­wość nie trafi się drugi raz. Jaguś, no weź...

Potok słów pły­ną­cych ze słu­chawki był nie do zatrzy­ma­nia. Cie­szy­łam się, że nie mam słu­chawki przy uchu, bo wtedy gro­zi­łoby to wyrzu­ce­niem smart­fona przez okno. Nawet nie pró­bo­wa­łam sto­po­wać brata i mu prze­ry­wać, dopóki sam nie skoń­czył, by zła­pać oddech. Tro­chę to zajęło. Miał chło­pak gadane, jak mu na czymś zależy, trzeba mu to przy­znać!

- I co, mia­ła­bym rzu­cić wszystko i przy­je­chać, by zająć się matką? Jak to sobie wyobra­żasz? Prze­cież ona reaguje na mnie tak, jak aler­gik uczu­lony na kota reaguje na sier­ściu­cha! Nie wytrzy­mamy ze sobą... Ja nawet nie wiem, jak mia­ła­bym się nią zająć! Dobrze wiesz, że widu­jemy się tylko od święta, i to już za wiele... Nie bez powodu wyje­cha­łam!

- Sio­stra, nie rób mi tego. Musisz mi pomóc... - Jego głos był sta­now­czy i bła­galny.

Mimo że dzie­liły nas setki kilo­me­trów, czu­łam, jak bar­dzo zależy mu na tym wyjeź­dzie. Zapewne gdyby był obok, patrzyłby na mnie jak kot ze Shreka. Robiłby zbo­lałą minę, no i te wiel­kie, maślane oczy.

- Och, nie sta­wiaj mnie w takiej sytu­acji. Dosko­nale wiesz, jak tego nie cier­pię. I dla jasno­ści, nic nie muszę... - Tro­chę skła­ma­łam, bo cichutki głos w mojej gło­wie, niczym dia­be­łek, który cza­sem szep­cze coś do ucha, tym razem aż krzy­czał: "Prze­stań się oszu­ki­wać! Dobrze wiesz, że musisz! Obie­ca­łaś to sobie, już nie pamię­tasz? Mia­łaś mu poma­gać! Cokol­wiek by się działo!".

- Skoro nie musisz, to możesz mi pomóc. I o to cię teraz bła­gam. Padam na kolana! Sły­szysz? Jagna, nie daj się pro­sić... Wró­cisz do swo­jego domu, nim skoń­czy się lato. - Brat ewi­dent­nie uru­cho­mił tryb kota ze Shreka.

"Wró­cisz, nim skoń­czy się lato". To zda­nie dud­niło mi w uszach. Było jak gong, który po ude­rze­niu roz­brzmie­wał jesz­cze przez dłuż­szą chwilę. Myśla­łam, że od tego ogłuchnę. Zagry­złam bole­śnie wargę. Co robić?, myśla­łam, bęb­niąc brud­nymi pal­cami o kolana.

- Nim skoń­czy się lato? To kiedy koń­czy ci się ten staż? - Pró­bo­wa­łam mówić tak, jakby nie tar­gały mną żadne emo­cje, jed­nak nawet takie zagrywki nie wypro­wa­dzi­łyby mojego brata w pole. Znał mnie rów­nie dobrze i już wie­dział, że teraz jest naj­lep­szy moment na to, by ugrać jak naj­wię­cej.

- Dwu­dzie­stego dzie­wią­tego sierp­nia. Wła­ści­wie to dwu­dzie­stego ósmego, bo dwu­dzie­stego dzie­wią­tego wyla­tu­jemy do Pol­ski. Sama widzisz... Wró­cisz do domu na koniec sierp­nia. Tylko bła­gam, zgódź się i pomóż bratu w potrze­bie.

Mil­cza­łam. Sześć mie­sięcy poza domem. Pół roku bez pracy i ofiara na rzecz roz­woju Karola. Dwa kwar­tały z chorą matką, która na każ­dym kroku daje mi do zro­zu­mie­nia, jak bar­dzo mnie nie cierpi. Cudowna per­spek­tywa.

Tym razem nie­wi­dzialny anio­łek przy­cup­nął na moim ramie­niu, szep­cząc, że to sześć mie­sięcy, by napra­wić pod­upa­da­jącą rela­cję, która z pozoru wydaje się nie do napra­wie­nia. Zaczy­na­łam kal­ku­lo­wać. Ja i matka były­śmy jak dwa żywioły. Star­cie takich wiel­kich mas mogło dopro­wa­dzić do tra­ge­dii. Jasny gwint. Karol potra­fił urzą­dzić czło­wieka lepiej niż Dorota Sze­lą­gow­ska.

- Słu­chaj, muszę to prze­my­śleć, prze­spać się z tym. Wiesz, że taka zmiana to wywró­ce­nie życia do góry nogami. Nie mówię "nie", ale nie mówię też "tak". Daj mi chwilę na zasta­no­wie­nie, okej?

- Jagna... Chciał­bym, żebyś wie­działa, że to dla mnie oka­zja, która drugi raz się nie powtó­rzy.

- Wiem, bra­ciszku... Zadzwo­nię jutro.

Roz­łą­czy­łam się, nie cze­ka­jąc na poże­gna­nie.

Rozdział drugi

Nie boję się o jutro, choć czuję strach jak kie­dyś.

Miu­osh i Zespół Pie­śni i Tańca "Śląsk", Igor Her­but, Man­tra

W nocy nie spa­łam dobrze. Prze­krę­ca­łam się z boku na bok, a oczy nawet na chwilę nie chciały się przy­mknąć, bym mogła odpły­nąć w rege­ne­ru­jący sen. A wszystko dzięki mojemu bratu, który posta­no­wił mnie uszczę­śli­wić w tak bez­na­dziejny spo­sób. Chyba naj­gor­szy z moż­li­wych.

Łóżko zaskrzy­piało. Być może przez moją wagę, bo przed snem zja­dłam pudełko lodów i por­cję fry­tek. Te były fit, bo pie­czone w pie­kar­niku. Lody jak zawsze wyśmie­nite, frytki nieco mniej, ale frytki to frytki. Nawet te gor­szej jako­ści są smaczne.

Mia­łam dość gapie­nia się na sufit i ściany, mimo że bar­dzo je lubi­łam. Nie­wielką sypial­nię urzą­dzi­łam kie­dyś mini­ma­li­stycz­nie, acz przy­tul­nie. Nie bra­ko­wało w niej gra­fik, zdjęć i roślin, które zaj­mo­wały każdy wygo­spo­da­ro­wany na to cen­ty­metr. Nie wie­sza­łam i nie usta­wia­łam takich rze­czy przy­pad­kowo. Wszystko miało swoje miej­sce i bar­dzo o to dba­łam. Byłam pedantką, która wal­czy o swoje rze­czy i tery­to­rium.

Przez okno wpa­dało nikłe świa­tło latarni. Otwock tonął we mgle i smogu. Uroki zimo­wej aury. Mimo tych drob­nych niu­an­sów uwiel­biam to mia­steczko. Ma duszę i nie­po­wta­rzalny kli­mat. Nawet na stro­nie mia­sta pysz­nił się napis: "Otwock - mia­sto z dobrym kli­matem". Coś w tym było. To tu czu­łam się jak ryba w wodzie. I nie­stety z tej wody ktoś chce wyło­wić mnie i wsa­dzić do innej.

Docie­rało do mnie, jak bar­dzo boję się nad­cho­dzą­cej zmiany. Znów zro­bię coś kosz­tem cze­goś, sta­wia­jąc swoje potrzeby na dru­gim miej­scu. Ten strach był zwią­zany rów­nież z tym, że cenię sobie ład i porzą­dek, a tu moje poukła­dane życie mój kochany bra­ci­szek burzy jed­nym tele­fo­nem.

Prze­sta­łam łudzić się, że uda mi się zasnąć. Zegar tykał i tykał, odli­cza­jąc upły­wa­jące sekundy i dopro­wa­dza­jąc mnie tym samym do szew­skiej pasji. Tar­cza wska­zy­wała 3:47. Odrzu­ci­łam wście­kle koł­drę na bok, spusz­cza­jąc na zimną pod­łogę bose stopy.

One na maksa nie paso­wały do mojej syl­wetki. Jako jedyne były fili­gra­nowe i małe, wów­czas gdy wszystko wyda­wało się więk­sze: twarz była okrą­gła, uda masywne, biust spory, a bio­dra tak pełne, że z tru­dem wyszu­ki­wa­łam dżinsy w sie­ciów­kach. Zna­la­złam na to dobry patent. Po pro­stu prze­sta­łam je kupo­wać. Dzięki temu zaosz­czę­dzi­łam sobie wiele ner­wów. Wola­łam nie iry­to­wać się, gdy kolejny raz nie mogłam zna­leźć odpo­wied­niego roz­miaru. Każde spodnie spra­wiały wra­że­nie, jakby ktoś celowo je zmniej­szał, wie­dząc, że lada moment będę je mie­rzyć. Ile ja godzin prze­pła­ka­łam po wyj­ściu ze skle­po­wych przy­mie­rzalni, gdy po raz kolejny nie potra­fi­łam zna­leźć swo­jego roz­miaru! Wyłam jak bóbr... Gdy pew­nego razu wró­ci­łam z zaku­pów bez spodni, za to z pudłem lodów - bo lody zawsze rozu­mieją! - wtedy pod­ję­łam decy­zję, że nie będę się wię­cej kato­wać. Sta­wia­łam więc na zwiewne sukienki, które nosi­łam cały rok, bez względu na panu­jącą za oknem aurę. Ktoś kie­dyś zapy­tał mnie, czy nie zimno mi w tyłek, gdy przy­cho­dzi mróz. Odpo­wia­da­łam, że na szczę­ście w Pol­sce nie ma takich mro­zów i moje pośladki nie mają się czego oba­wiać. Naj­czę­ściej temat się wtedy koń­czył, a ja mogłam robić swoje.

Powlo­kłam się do kuchni, by jak naj­szyb­ciej uru­cho­mić eks­pres. Marzy­łam o kawie. Czar­nej, moc­nej i tak aro­ma­tycz­nej, żeby zapach roz­niósł się po całym domu. Wie­dzia­łam, że prze­cież i tak już nie zmrużę oka.

Kawę parzy­łam jak na auto­pi­lo­cie. Jeden guzik, pod­sta­wie­nie fili­żanki, kolejny guzik. Dźwięk młynka i zapach roz­drab­nia­nych zia­ren wybu­dziły mnie. Prze­tar­łam twarz lekko spo­co­nymi dłońmi i bio­rąc wypeł­niony napa­rem kubek, szłam nie­zbyt żwa­wym kro­kiem do salonu. Roz­sia­dłam się na wygod­nej kana­pie, roniąc kilka kro­pel kawy na drew­nianą pod­łogę.

- Cho­lera jasna...

Odło­ży­łam naczy­nie na sto­lik kawowy i się­gnę­łam po chu­s­teczki higie­niczne. Wycią­gnę­łam ostat­nią z tek­tu­ro­wego opa­ko­wa­nia i przy­klę­ka­jąc, zaczę­łam ście­rać plamę roz­la­nej cie­czy. Gdy pró­bo­wa­łam się pod­nieść, poślad­kiem zawa­dzi­łam o sto­lik. Ten poru­szył się zło­wrogo, kubek zatań­czył i runął na pod­łogę, roz­trza­sku­jąc się w drobny mak i roz­chla­pu­jąc kawę na wszyst­kie strony.

- Co jest ze mną nie tak?! - wrza­snę­łam i zapła­ka­łam cicho. Rzadko mi się to zda­rzało.

Tego dnia byłam kłęb­kiem ner­wów. Wystar­czyła jedna roz­mowa z bra­tem, która spra­wiła, że zamie­ni­łam się w kru­chą postać. A prze­cież jestem silną babą! Taką twardo stą­pa­jącą po ziemi, roz­krę­ca­jącą swój biz­nes. Gdyby nie upór i deter­mi­na­cja, ni­gdy nie wyje­cha­ła­bym z domu rodzin­nego. A zro­bi­łam to i wyszłam na tym cał­kiem nie­źle. Początki były trudne, nie mia­łam gro­sza przy duszy i pomocy ze strony bli­skich, ale sta­nę­łam na nogi. Zbu­do­wa­łam wszystko dzięki wyrze­cze­niom i cięż­kiej pracy. Tylko ten cho­lerny tele­fon...

Załza­wio­nym wzro­kiem spoj­rza­łam na czarne plamy i sko­rupki, które zostały z ulu­bio­nego naczy­nia.

- A jeśli tak wła­śnie roz­trza­ska się moje życie? - szep­nę­łam do sie­bie. Chciało mi się wyć. Tak po pro­stu.

Trzeba by zadzwo­nić do naj­lep­szej przy­ja­ciółki. Ona zawsze ma do powie­dze­nia coś mądrego, co czę­sto pokrze­pia jak gorąca her­bata, trzy­mana w zmar­z­nię­tych dło­niach. Elka umie mówić roz­sąd­nie i nie raz, nie dwa strze­lała mi w trud­nych chwi­lach moty­wa­cyjne poga­danki. Dobra w tym jest, cho­lera jasna! Czło­wiek nabie­rał roz­pędu i chciał z mar­szu zacząć wszystko zmie­niać.

Dla­tego tak bar­dzo musia­łam z nią poroz­ma­wiać.

Kilka godzin póź­niej cze­ka­łam na Elż­bietę w naszej ulu­bio­nej kawia­rence. Była kame­ralna i cicha, prze­peł­niona zapa­chem świeżo zmie­lo­nych zia­ren. Ściany z czer­wo­nej cegły świet­nie współ­grały z topor­nymi rega­łami, na któ­rych od pod­łogi aż po sufit pię­trzyły się książki. Czarne lampy dawały przy­jemne i cie­płe świa­tło, a przy­tul­no­ści suro­wemu wnę­trzu doda­wało mnó­stwo kwia­tów, które pousta­wiane były w każ­dym wol­nym miej­scu: na sze­ro­kich para­pe­tach, na ciem­nej pod­ło­dze oraz na pół­kach pośród mniej i bar­dziej opa­słych tomów. W tle szu­miała jakaś muzyka, która grała na tyle cicho, by można było swo­bod­nie sku­pić się na roz­my­śla­niach, czy­ta­niu czy roz­mo­wie.

Rozej­rza­łam się po otwar­tym pomiesz­cze­niu. Zawsze to robię. Mam takie zbo­cze­nie. Nie­któ­rzy prze­ska­kują spę­kane płyty chod­ni­kowe, spa­ce­ru­jąc po mie­ście, ja zaś gapię się i roz­glą­da­łam, by móc wyła­pać cie­kawe niu­anse. Kilka sto­li­ków pozo­sta­wało wol­nych, przy innych sie­dzieli biz­nes­meni, pary lub samotne osoby delek­tu­jące się napo­jem, słod­ko­ściami i książ­kami. Lubię to miej­sce i nie­spieszny kli­mat, jaki tu panuje. Nie­jed­no­krot­nie prze­by­wa­łam tu samot­nie lub w towa­rzy­stwie przy­ja­ciółki, która na moje nie­szczę­ście ma nie­zno­śny zwy­czaj spóź­nia­nia się na wszyst­kie spo­tka­nia. Tak jest i tym razem.

Mijał kwa­drans, a Eli wciąż nie było. Wku­rzy­łam się. I to do tego stop­nia, że zaczę­łam ner­wowo bęb­nić pal­cami o blat sto­lika, sta­ra­jąc się robić to na tyle cicho, by nie prze­szka­dzać innym gościom kawia­renki. Gdy­bym miała jakiś przy­rząd do mie­rze­nia poziomu mojej iry­ta­cji, już dawno wywa­li­łoby skalę. Moje życie miało oka­zję wywró­cić się o 180 stopni, a ona zda­wała się mieć to w nosie. No cho­lera jasna! Spóź­niała się, mimo iż pro­si­łam ją o punk­tu­al­ność. Minuty mijały jedna za drugą, a drzwi kawiarni otwie­rały się jedy­nie po to, by wpu­ścić lub wypu­ścić swo­ich gości. I nie, żad­nym z tych gości nie była Spóź­nial­ska Elżu­nia.

Zre­zy­gno­wana, wsta­łam od sto­lika i pode­szłam do kon­tu­aru, by zamó­wić kawę. Nie mia­łam poję­cia, ile będę musiała jesz­cze na nią cze­kać. Czas dla Elż­biety był poję­ciem względ­nym: ist­niał, lecz nie brała go zbyt­nio serio. Tu się róż­ni­ły­śmy. Jej dywa­ga­cje na ten temat kom­plet­nie mnie nie prze­ko­ny­wały. Elka uwa­żała, że nale­żało się spóź­niać, ponie­waż bycie punk­tu­al­nym lub sta­wia­nie się gdzieś, o zgrozo, przed cza­sem było... nie­kul­tu­ralne. Doda­wała też, że w dobrym tonie jest przy­cho­dze­nie kil­ka­na­ście minut po umó­wio­nej godzi­nie, co dziel­nie wcie­lała w codzienne życie pry­watne oraz zawo­dowe. Zawsze z gło­śnym śmie­chem puka­łam się w głowę, dając jej do zro­zu­mie­nia, że coś tam jej pod kopułą nie do końca styka. I pro­szę, mia­łam swoje śmieszki... Teraz kil­ka­na­ście minut spóź­nial­skiej Elżuni zamie­niało się w kil­ka­dzie­siąt minut. Na złość mi to robi czy co?

- Popro­szę dużą, mocną, czarną kawę - powie­dzia­łam, siląc się na uśmiech.

Nie byłam w humo­rze. Per­spek­tywa pod­ję­cia decy­zji bar­dzo mnie męczyła. Nie­prze­spana noc też dawała o sobie znać. Mia­łam wra­że­nie, że bez względu na to, jaką decy­zję podejmę, żadna z nich nie będzie tą dobrą. Zna­la­złam się mię­dzy mło­tem a kowa­dłem. Wybie­ra­jąc swoje życie, urażę rodzinę, nato­miast pomoc bratu zruj­nuje moje poukła­dane życie. Co z moją firmą? Kilka mie­sięcy to nie tydzień urlopu. To nie mogło się udać. Należy wybrać mniej­sze zło. Tylko jak? Wybrać firmę i zamknąć na zawsze roz­dział "rodzina"? Brat ni­gdy mi tego nie wyba­czy. Cho­lera jasna. Na co mi było się tak spie­szyć do tej doro­sło­ści? Co złego w byciu uczniem? Z per­spek­tywy czasu dopiero widzę, jak pro­blemy tam­tego okresu były błahe w porów­na­niu z tymi, które mam teraz.

- Czy podać coś jesz­cze? Mamy wyśmie­nity ser­nik na kaka­owym spo­dzie! - Bari­sta wyrwał mnie z zamy­śle­nia.

- Za cia­sto podzię­kuję, jak widać, i tak dobrze wyglą­dam. - Pokle­pa­łam się po brzu­chu, pró­bu­jąc wykrzy­wić usta w gry­ma­sie, który miał przy­po­mi­nać uśmiech. Żeby nie było! Mia­łam ogromną chęć na cia­sto, jed­nak posta­no­wi­łam nie kusić losu, bo na jed­nym kawałku mogłam nie poprze­stać. - Ale popro­si­ła­bym jesz­cze o szklankę nie­ga­zo­wa­nej wody.

- Oczy­wi­ście. Zaraz pani przy­niosę.

- Dzię­kuję bar­dzo!

Odwró­ci­łam się i skie­ro­wa­łam do ulu­bio­nego sto­lika. Mia­łam stąd widok na całe pomiesz­cze­nie. Uwiel­bia­łam obser­wo­wać ludzi. Cza­sem patrząc na ich gesty, w myślach two­rzy­łam im histo­rie, a że wyobraź­nię mia­łam wyjąt­kową, to dzia­łało lepiej niż w nie­jed­nym hicie z Net­flixa. Histo­rie były więc różne: pełne szczę­ścia lub dra­ma­tów, nie­raz służ­bowe, gdzie komuś nad głową wisiał deadline, ktoś robił coś na ASAP. Ktoś pla­no­wał coś nie­zgod­nego z pra­wem... Sie­dzia­łam tak i wymy­śla­łam nie­stwo­rzone rze­czy, zer­ka­jąc na prze­wi­ja­ją­cych się ludzi, któ­rzy mimo iż byli mi zupeł­nie obcy, sta­wali się bliżsi w tych histo­riach, które sobie skrzęt­nie kle­ci­łam w gło­wie.

Tak było i teraz. Nie mia­łam nic lep­szego do roboty, a ofiary nawi­nęły się same. Zer­ka­łam więc i wymy­śla­łam. Widzia­łam bru­netkę w wieku zbli­żo­nym do swo­jego. Sie­działa z kobietą, któ­rej jasne włosy mocno przy­pró­szyła siwi­zna, a zadbaną twarz zna­czyło wiele zmarsz­czek. Dło­nie zdra­dza­jące jej lata wła­śnie przy­kry­wały gład­kie ręce dziew­czyny. Kobiety uśmie­chały się do sie­bie, roz­ma­wiały. Miały w oczach tań­czące iskierki. Matka z córką w wyda­niu, któ­rego ja ni­gdy nie doświad­czę. I już dokła­da­łam im histo­rię, żeby nie było zbyt cukier­kowo. Bru­netka z matką bawiły się w czarne wdowy. Roz­ko­chi­wały w sobie boga­tych męż­czyzn, by przed samą śmier­cią poło­żyć łapę na majątku. I teraz cie­szyły się z kasy, którą wycią­gnęły od umie­ra­ją­cego klienta.

Czy gdyby nie chi­chot losu i cho­roba matki, mogły­by­śmy tak kie­dyś wspól­nie spę­dzać czas? Prze­sta­łam wymy­ślać histo­rię innym. Popa­da­łam w zadumę i melan­cho­lię, którą prze­rwał odgłos sta­wia­nej szklanki z wodą oraz fili­żanki i aro­mat świeżo zapa­rzo­nej kawy. Tro­chę nie­obec­nym wzro­kiem spoj­rza­łam na bari­stę i znów wymu­sza­jąc uśmiech, kiw­nę­łam w podzię­ko­wa­niu głową. Zanu­rzy­łam wargi w gorą­cym napoju, delek­tu­jąc się głę­bo­kim sma­kiem.

Drzwi kawia­renki otwo­rzyły się, wpra­wia­jąc w ruch przy­cze­pione u szczytu dzwo­neczki. Elż­bieta, wcho­dząc do środka, wpu­ściła nieco chłod­nego powie­trza. Szybko rzu­ciła okiem na sto­liki i wyszcze­rza­jąc zęby w uśmie­chu, ruszyła do naszego ulu­bio­nego, przy któ­rym sie­dzia­łam już dobre pół godziny.

- O cho­lerka, tłoczno dzi­siaj! Cześć, kochana! - Rzu­ciła torbę na wolne krze­sło, zdjęła dwu­rzę­dowy kar­me­lowy płaszcz i powi­tała mnie cmok­nię­ciem w poli­czek.

- Wcze­śniej było mniej osób... - Nie omiesz­ka­łam pod­kre­ślić pierw­sze słowo.

Ela mach­nęła ręką, pobrzę­ku­jąc zło­tymi bran­so­let­kami.

- Wiem, wiem, co chcesz przez to powie­dzieć... Spóź­ni­łam się i biję się w pierś. Ale to rap­tem ile, pięć minut?

- Dodaj jesz­cze trzy­dzie­ści.

- Trzy­dzie­ści pięć?! Jasny gwint, nie­źle popły­nę­łam. No nic, pozo­staje mi jedy­nie prze­pro­sić, że musia­łaś na mnie cze­kać. Wybacz, Jagna, nie wie­dzia­łam, że stracę tyle czasu na sta­cji ben­zy­no­wej. - Pochy­liła się, kon­spi­ra­cyj­nie zni­ża­jąc głos do szeptu. - Przy­je­cha­łam samo­cho­dem Mariu­sza, on ma wlew z dru­giej strony i kom­plet­nie się zamo­ta­łam. Zablo­ko­wa­łam się przy tych cho­ler­nych dys­try­bu­to­rach. Na bank jutro znaj­dziesz nagra­nie z moni­to­ringu na jakichś głup­ko­wa­tych stro­nach! Ile ja się wstydu naja­dłam!

Od razu oczami wyobraźni zoba­czy­łam to, jak przy­ja­ciółka pró­buje manew­ro­wać rodzin­nym kombi, tara­nu­jąc wszyst­kich i wszystko dookoła. Nawet szcze­rze uśmiech­nę­łam się na te wyima­gi­no­wane obrazy.

- Pójdę coś zamó­wić i zaraz powiesz mi, co było tak ważne, że zadzwo­ni­łaś do mnie o tak cho­rej porze.

Odpro­wa­dzi­łam wzro­kiem przy­ja­ciółkę. Widzia­łam, jak bari­sta mówi coś do Eli, wyszcze­rza­jąc przy tym zęby w sze­ro­kim uśmie­chu, a ona, śmie­jąc się dono­śnie, prze­chyla głowę do tyłu.

Kokietka, psia jego mać! Tak. Elka bez wąt­pie­nia potrafi kokie­to­wać jak nikt inny, zarze­ka­jąc się za każ­dym razem, że robi to zupeł­nie nie­świa­do­mie. Być może fak­tycz­nie miała wro­dzoną kokie­te­rię, któ­rej mnie bra­ko­wało. To by uspra­wie­dli­wiało fakt, że jestem samotna. Nie umia­łam flir­to­wać i reago­wać na zaczepki będące wstę­pem do flirtu. Widocz­nie sta­łam w innej kolejce, gdy roz­da­wano talenty. Chwilę póź­niej przy­ja­ciółka wró­ciła do sto­lika i klap­nęła nie­zbyt ele­gancko.

- To opo­wia­daj, co się przy­da­rzyło. Bo widzę, że musiało być grubo, skoro sie­dzisz teraz jak na szpil­kach.

- Dzwo­nił do mnie Karol.

- I co w związku z tym? To prze­cież twój brat. Nor­malne, że cza­sem zadzwoni, no nie? - zapy­tała i posłała kolejny uśmiech bari­ście, który przy­niósł zamó­wie­nie do sto­lika.

Ela sku­siła się na duże cap­puc­cino oraz ser­nik, o któ­rym mówił męż­czy­zna. Cia­sto fak­tycz­nie wyglą­dało sma­ko­wi­cie. Przez chwilę żało­wa­łam, że nie wzię­łam małej por­cji dla sie­bie.

- A to, że chce mi tro­chę namie­szać w życiu...

- Jezu, brzmi poważ­nie... Co znowu wymy­ślił? - Przy­ja­ciółka wpa­ko­wała sobie do ust potężny kawa­łek cia­sta, przez co zro­zu­mie­nie jej gra­ni­czyło z cudem.

- Pro­sił mnie o przy­sługę, która jest dla mnie czymś prak­tycz­nie nie do przej­ścia. Dostał pro­po­zy­cję stażu. Zagra­niczny wyjazd na sześć mie­sięcy. Twier­dzi, że to dla niego wielka szansa, i w tym aku­rat dosko­nale go rozu­miem.

- "Jedna taka szansa na sto..." - zaśpie­wała Elka, po czym upiła łyk gorą­cego cap­puc­cino. Piana osia­dła na jej gór­nej war­dze, two­rząc zabawne mleczne wąsy, które szyb­ciutko obli­zała koniusz­kiem języka.

- Tak, wła­śnie tak. - Uśmiech­nę­łam się krzywo na wspo­mnie­nie tek­stu pio­senki. - I tu mam wejść ja, cała na biało.

- Oho! Niech zgadnę! - Przy­mknęła oczy, doty­ka­jąc skroni pal­cami wska­zu­ją­cymi, jakby uda­wała, że bawi się w medium. - Karo­lek wyjeż­dża ze swoją dziu­nią, a ty masz zosta­wić swoje życie na poczet jego kształ­ce­nia? Zosta­wić Otwock i wyje­chać na pół roku do Mika­szówki?

- Tak, wła­śnie tak. Kurde, Ela... Ja się do tego nie nadaję... Jeż­dżę do matki na święta, a i tak czuję się wtedy jak intruz! - Wyda­łam z sie­bie żało­sny jęk.

Rzadko prze­kli­nam, tylko że jedy­nie wul­ga­ry­zmy cisnęły mi się na usta. Z tru­dem powstrzy­my­wa­łam się przed uży­ciem cięż­szych słów.

- Uuu, widzę, że fak­tycz­nie sytu­acja z tych nie­przy­jem­nych. Ale wiesz, co ci powiem? Może to jest jakaś szansa?

- Bła­gam, Elka... Niby jaka i na co? Żeby­śmy się z matką poza­bi­jały? Prze­cież gdy znowu będę musiała słu­chać tych nie­przy­jem­no­ści i bzdur na swój temat, to zwa­riuję. Wyje­cha­łam z domu rodzin­nego bez gro­sza przy duszy, bo matka mnie obwi­niała o to, co się stało!

Przy­ja­ciółka poło­żyła dłoń na moim udzie. Nie polep­szyło to mojego samo­po­czu­cia, ale zauwa­ży­łam, że w jej twa­rzy coś się zmie­niło. Oczy Elż­biety wyglą­dały jak dwa pło­myki. Musiała wpaść na jakiś pomysł. Ten wzrok zawsze to ozna­czał. Coś cho­dziło po jej gło­wie i jedy­nie sekundy dzie­liły mnie od tego, by dowie­dzieć się, co jej przy­szło na myśl. Co prawda jej pomy­sły nie zawsze były trafne, ale może tym razem mogła wpaść na coś, na co ja jesz­cze nie zdą­ży­łam?

- Szansa na pojed­na­nie! Pomyśl tylko. Będzie­cie we dwie. Ona będzie na cie­bie, nazwijmy to bru­tal­nie, ska­zana. Czu­jesz ten kli­mat, nie? To sześć mie­sięcy, pod­czas któ­rych może­cie zła­pać nić poro­zu­mie­nia. Możesz odzy­skać więź i nieco ją wzmoc­nić, wyja­śnić to głu­pie nie­po­ro­zu­mie­nie. Będziesz jedyną osobą, na którą Lidia będzie mogła liczyć. To ide­alny czas! Spójrz na to z tej per­spek­tywy! Jako genialny moment na naprawę pogru­cho­ta­nej rela­cji. Potrze­bu­jesz urlopu, więc potrak­tuj to jako odpo­czy­nek i zmianę kli­matu. Przy­jem­niej żyje się na skraju pusz­czy przy samym jezio­rze niż w mie­ście, prawda? A i Karol po tym wszyst­kim zosta­nie twoim dłuż­ni­kiem, co będziesz mogła wyko­rzy­stać. Jak to mówią, win-win!

- Elka, to tylko tak wspa­niale wygląda. Patrzysz na to zbyt opty­mi­stycz­nie, gdy ja jestem totalną realistką i już widzę, jak na dzień dobry nad Mika­szówką zawi­sają burzowe chmury. Wielu wypo­wie­dzia­nych słów nie da się ot tak zapo­mnieć i cof­nąć, więc napra­wia­nie tej rela­cji jest dla mnie tak trudne i nie­bez­pieczne, jak wej­ście na ośmio­ty­sięcz­nik! Zasa­pię się na pierw­szych metrach podej­ścia.

- Trudne, ale nie nie­moż­liwe. Ktoś musi być twoim szerpą i jakoś dasz radę.

Mil­cza­łam i ana­li­zo­wa­łam to, co powie­działa. Ow­szem, miała sporo racji. Nie było to wszystko nie­moż­liwe. Każdy kie­dyś przy­cho­dzi po rozum do głowy, tylko czy oby­dwie strony kon­fliktu wytrzy­mają ze sobą do tego momentu? Ta myśl nie dawała mi spo­koju.

- Okej. Załóżmy, że powiem Karo­lowi, że się zga­dzam. Co ze skle­pem? Mam zamó­wie­nia. Nie zawie­szę firmy. Sta­wa­łam na rzę­sach, by to wszystko ogar­nąć i być tu, gdzie jestem.

- Skoro mówisz "załóżmy", to już wiem, że się pra­wie zde­cy­do­wa­łaś. I super! A o firmę się nie martw. Dasz mi klu­cze, ogarnę wysyłki goto­wych zamó­wień. Spraw­dzimy, czy w oko­licy Mika­szówki jest jakaś pra­cow­nia cera­miczna lub miej­sce, gdzie możesz zro­bić wypał. Lepić możesz nie­mal wszę­dzie, a naj­wy­żej poin­for­mu­jesz klien­tów o tym, że koszt ich naczyń nieco wzro­śnie. Posta­wisz sprawę jasno; albo pocze­kają sześć mie­sięcy po sta­rej cenie lub z nie­wiel­kim raba­tem, albo dorzucą parę gro­szy wię­cej i ich naczy­nia będą o cza­sie. Jagna... Pora­dzimy sobie, serio. Masz szansę coś odbu­do­wać. Pomyśl tylko, matki kie­dyś zabrak­nie. Będziesz umiała spoj­rzeć na sie­bie w lustro, wie­dząc, że nie spró­bo­wa­łaś wypro­sto­wać tam­tych spraw?

Jasne, nie umia­ła­bym...

Odwró­ci­łam głowę, by ukryć zbie­ra­jące się w kąci­kach oczu łzy. Zer­ka­łam w dal, zawie­sza­jąc wzrok na matce i córce, które chi­cho­tały przy jed­nym ze sto­li­ków. Nie mogła­bym sobie tego daro­wać. Wciąż mia­ła­bym do sie­bie żal. Tak jak wtedy, gdy zmarł ojciec.

- Mówi­łam ci już, że jesteś moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką? - powie­dzia­łam wresz­cie nieco łamią­cym się gło­sem.

- Nie raz, nie dwa. - Uśmiech­nęła się sze­roko. - Nie trzy­maj go dłu­żej w nie­pew­no­ści, zadzwoń, jak tylko wró­cisz do domu.

Poki­wa­łam głową i czu­jąc przy­jemne pokrze­pie­nie, uśmiech­nę­łam się szcze­rze, a zły nastrój zaczął ze mnie scho­dzić niczym powie­trze spusz­czane z nadmu­cha­nego balona.

Rozdział pierwszy

Pamię­taj, że czło­wiek się zmie­nia, jed­nak jego prze­szłość ni­gdy.

Becca Fitz­pa­trick, Szep­tem

W pra­cowni pano­wał pół­mrok. Zupeł­nie mi to nie prze­szka­dzało. Wła­ści­wie to bar­dzo lubię ten moment. Koja­rzy mi się ze spo­ko­jem. Okej, być może po czę­ści rów­nież z samot­no­ścią, lecz do niej zdą­ży­łam się już przy­zwy­czaić. Moją mini­ma­li­stycz­nie urzą­dzoną pra­cownię oświe­tliła wysoka lampa sto­jąca na stole. Dawała cie­pły, przy­jemny blask, pod­czas gdy za oknem było nie­przy­jem­nie i dżdży­ście. Luty zde­cy­do­wa­nie nikogo nie roz­piesz­czał i nie wyglą­dał jak ten z pięk­nych foto­gra­fii, gdzie błę­kit nieba fan­ta­stycz­nie kon­tra­stuje z bielą śniegu. Mokry, zimny, wietrzny. Taki wła­śnie był ten mie­siąc, który naj­chęt­niej prze­spa­ła­bym zako­pana po uszy w swo­jej przy­tul­nej sypia­lence. Dla pew­no­ści zosta­wi­ła­bym jesz­cze kartkę: "Nie budzić do wio­sny!", gdyby ktoś uprzejmy pró­bo­wał wyrwać mnie z tego snu zimo­wego.

Po śnież­nej, cudow­nie bia­łej pucho­wej koł­drze pozo­stało jedy­nie wspo­mnie­nie. Niebo zasnuły ciemne chmury i mimo że był śro­dek dnia, zda­wać by się mogło, że wie­czór na dobre roz­go­ścił się w Otwocku. Czu­łam to. Smętna i senna aura dawała mi się we znaki. Wypi­łam już dwie kawy, które wciąż nie posta­wiły mnie na nogi. A były naprawdę mocne! Zie­wa­łam raz za razem, pró­bu­jąc zmo­bi­li­zo­wać się do pracy. Tej mia­łam cał­kiem sporo. Część naczyń cze­kało na pierw­szy wypał, inne zaś na szkli­wie­nie. Mia­łam też kilka goto­wych pro­duk­tów, które pla­no­wa­łam tego dnia wysłać, lecz pada­jący deszcz chciał siłą zatrzy­mać mnie w domu. Wła­ści­wie bar­dzo dobrze mu to szło! Z nosem przy szy­bie zer­ka­łam na pły­nące strugi, choć czu­łam wyraź­nie gdzieś na ple­cach, że coś lub ktoś spo­gląda na mnie z wyrzu­tem.

Stały tam i patrzyły, choć nie miały oczu.

Schnące kubki, spodeczki i tacki dosłow­nie pię­trzyły się na rega­łach. Żeby tylko zna­leźć na wszystko czas!, pomy­śla­łam, zabie­ra­jąc się do pracy.

Nieco zre­zy­gno­wana zer­k­nę­łam raz jesz­cze na zło­żone poprzed­niego dnia zamó­wie­nie. Stała klientka z Gdań­ska zamó­wiła kolejne miseczki z mor­skim moty­wem. Muszę przy­znać, że aku­rat te uwiel­bia­łam two­rzyć naj­bar­dziej. Spo­śród wszyst­kich dotych­czas wyko­na­nych prac naj­bliż­sze memu sercu były wodno-pla­żowe motywy. To one spra­wiały, że pra­co­wa­łam z przy­jem­no­ścią. Jasny pia­sek, szma­ragd i błę­kit wód, spię­trzone białe fale, któ­rymi zdo­bi­łam wypa­lone naczy­nia, przy­po­mniały mi o jed­nym.

Czas na urlop. Naj­le­piej gdzieś, gdzie każ­dego ranka będzie witał mnie deli­katny szum morza lub oce­anu. Jak ja marzę o wyle­gi­wa­niu się nad cie­plutką wodą! Marze­nie ścię­tej głowy.

Odkąd otwo­rzy­łam cera­miczny biz­nes, zapo­mnia­łam, czym tak naprawdę są waka­cje. Wła­ści­wie to wykre­śli­łam słowo "urlop" z mojego słow­nika. Zupeł­nie prze­stało dla mnie ist­nieć. Było mi żal odpo­czy­wać, gdy wie­dzia­łam, że czeka na mnie masa pracy. A tej było naprawdę sporo. Cza­sem za dużo jak na jedną osobę, ale sta­ra­łam się nie narze­kać. Biz­nes się krę­cił, ja mia­łam z czego żyć, nie przy­mie­ra­łam gło­dem i speł­nia­łam się w swo­jej pasji. Mówią, że gdy robisz to, co kochasz, nie trak­tu­jesz tego jak pracę. Może coś w tym jest...

Zamó­wie­nia co rusz spły­wały na fir­mową skrzynkę, inter­ne­towy skle­pik wciąż infor­mo­wał poten­cjal­nych klien­tów, że przed­mioty zostały wyprze­dane. Dawało mi to potęż­nego kopa do dal­szego dzia­ła­nia. O wypo­czynku nie było więc mowy. Zwłasz­cza że firmę pro­wa­dzi­łam sama, bez niczy­jej pomocy. Zła­pa­łam moty­wa­cyjny wiatr w żagle i chcia­łam wyci­snąć z tego moż­li­wie jak naj­wię­cej. Dopóki mam na to wszystko siłę.

- Dwie duże miski na owoce, mor­ski motyw, wykoń­cze­nie szkliwo i angoba - prze­czy­ta­łam na głos, by upo­rząd­ko­wać myśli.

Tego dnia wyjąt­kowo galo­po­wały, sam jeden Bóg wie dokąd. Zamiast być tu i teraz, wędro­wa­łam w inne miej­sca. Wszyst­kie były już odle­głe, prze­żyte jak znak minio­nych cza­sów, ale musia­łam do tego wra­cać, zapi­su­jąc myśli, tak jak zale­ciła moja tera­peutka.

PsychoTERAP nr 1

Pro­si­łaś, bym noto­wała to, co wyda mi się istotne dla tera­pii. Droga, to ci się spodoba. Dzi­siaj prze­ana­li­zu­jemy to, co było lata temu. Zawsze powta­rzasz, że warto cofać się, by wycią­gnąć z tam­tego czasu to, co naj­waż­niej­sze i istotne. Wróćmy więc. Jesteś gotowa? To pierw­sza notatka. Posta­ram się zebrać myśli, choć te mogą być cha­otyczne. Jesz­cze nie mam wprawy, sama rozu­miesz. To dla mnie trudne...

Gdy się­gam do wspo­mnień ze szkoły, przy­po­mi­nam sobie coś jesz­cze, co wyjąt­kowo nie paso­wało moim rówie­śni­kom. Moja waga. Tak, tak! Błahe, prawda? A jed­nak. Ni­gdy nie byłam szczu­płą dziew­czyną, jak więk­szość żeń­skiej czę­ści mojej klasy. Zawsze mia­łam gdzieś "za dużo" lub "zbyt wiele". Gdy teraz w modzie jest to, by być WYSTAR­CZA­JĄCĄ, ja zawsze mia­łam cze­goś ponad stan i normę. Waga była moją zmorą.

Odkąd pamię­tam, moje życie toczyło się wokół wsze­la­kich diet, które za każ­dym razem zaczy­nały się "od ponie­działku", a koń­czyły się z pierw­szym wie­czor­nym napa­dem głodu, gdy po całym dniu jedze­nia sałat opy­cha­łam się fryt­kami macza­nymi w roz­pusz­czo­nych lodach wani­lio­wych. Nie­któ­rych mdliło takie połą­cze­nie, a ja je kocha­łam. Czu­łam się jak Wene­zu­elki, które ubó­stwiają łączyć smaki. Nie chcę sie­bie teraz uspra­wie­dli­wiać. Pró­bo­wa­łam wszyst­kiego, by spro­stać ocze­ki­wa­niom innych, jeśli cho­dzi o syl­wetkę, ale za bar­dzo lubi­łam jedze­nie, które nie­jed­no­krot­nie trak­to­wa­łam jako małe nagrody czy coś, co jest namiastką pocie­sze­nia po przy­krych wyda­rze­niach dnia codzien­nego. To mnie gubiło. I gubi do tej pory, jeśli mam być szczera.

Aktyw­ność fizyczna koń­czyła się zazwy­czaj na spa­ce­rach, które utrzy­my­wały moją kon­dy­cję w jako takich ryzach. Cho­ciaż muszę teraz przy­znać, że i te wykrę­cane na nogach kilo­me­try tra­fiały się ostat­nio nie­zbyt czę­sto. Pro­wa­dzi­łam sie­dzący tryb życia i nie­stety zbie­ra­łam jego nie­przy­jemne żniwo w postaci bólu krę­go­słupa i dodat­ko­wych kilo­gra­mów. Gdy zer­ka­łam w lustro, widzia­łam, że mam tu i ówdzie "za dużo". Mie­rząc ubra­nia w roz­mia­rze 42 czy nawet 44, tęsk­nie zer­ka­łam na te z cyfrą 38. Kie­dyś się uda, Jagna!, dopin­go­wa­łam sie­bie, cho­ciaż sama nie wie­rzy­łam, że to "kie­dyś" nastąpi i wresz­cie mi się uda.

Popra­wi­łam nie­dbały blond koczek na środku głowy, który zwy­kłam piesz­czo­tli­wie nazy­wać "cebulą", po czym zabra­łam się do pracy. Uję­łam blok ulu­bio­nej gliny. Odcię­łam śred­niej wiel­ko­ści kawa­łek żyłką, odło­ży­łam odmie­rzoną część, a resztę z powro­tem zawi­nę­łam w folię i odło­ży­łam na półkę. Wszystko w mojej pra­cowni miało swoje miej­sce.

Wła­ści­wie to z per­spek­tywy czasu widzę, że całe moje życie jest poukła­dane. Może z wyjąt­kiem życia rodzin­nego. To było mocno zagma­twane. Odej­ście, a dokład­niej śmierć ojca, spo­tę­go­wało cho­robę matki. Nie widy­wa­ły­śmy się zbyt czę­sto. Spo­tka­nia odby­wały się dwa lub trzy razy do roku. Na Wiel­ka­noc i pod­czas świąt Bożego Naro­dze­nia. Obcho­dzi­li­śmy rów­nież uro­dziny matki, cho­ciaż na te nie zawsze się wybie­ra­łam. Nie dla­tego, że duma mi na to nie pozwa­lała. Po pro­stu nie czu­łam się mile widziana w domu, w któ­rym się wycho­wy­wa­łam i spę­dzi­łam całe dzie­ciń­stwo. Wyglą­dało to tak, jakby raz na zawsze wyrzu­cono mnie z gniazda. Ot, wyjazd z bile­tem w jedną stronę.

Nie chcia­łam wpro­wa­dzać do poukła­da­nego życia cha­osu. I nie mia­łam tu na myśli tylko swo­jego życia. Egzy­sten­cja mojej matki była w miarę upo­rząd­ko­wana, póki nie prze­kra­cza­łam progu rodzin­nego domu. Wtedy wszystko sta­wało na gło­wie, jakby ten wypra­co­wany ład w jed­nej chwili runął niczym domek z kart. Awan­tura goniła awan­turę, pię­trzyły się nie­po­ro­zu­mie­nia. Rzadko kiedy atmos­fera bywała przy­ja­zna. Dla­tego wola­łam nie kusić losu i uni­ka­łam zbyt czę­stych spo­tkań. Dla dobra nas wszyst­kich. A zwłasz­cza mamy.

Chwy­ci­łam odcięty kawa­łek gliny i prze­no­sząc go na stół robo­czy, zaczę­łam nim rzu­cać o blat, by pozbyć się pęche­rzy­ków powie­trza. Robi­łam to szybko i pre­cy­zyj­nie, bo zbyt dłu­gie mizia­nie gliny powo­duje póź­niej pęka­nie naczyń.

Cera­mika jest dość kapry­śnym hobby. Przy­go­to­wy­wa­nie zamó­wień za każ­dym razem wią­zało się z wielką nie­wia­domą. Pod­czas pierw­szego wypału wycho­dziło na jaw, czy biskwit popęka, czy nie. Szkli­wie­nie i kolejny wypał rów­nież nie­jed­no­krot­nie mnie zaska­ki­wały. Szkliwa, które dobrze zna­łam, potra­fiły roz­lać się po pracy lub wypa­lały się w dziwny spo­sób, dając na naczy­niu zupeł­nie inny efekt, niż pla­no­wa­łam. Może to wydać się dziwne, ale lubi­łam tę nutkę nie­pew­no­ści, kiedy eks­pe­ry­men­to­wa­łam. Zara­zem iry­to­wało mnie okrut­nie, gdy mia­łam sztywne ramy ze strony klien­tów, a ci nie­stety nie zawsze przyj­mo­wali wyja­śnie­nia, że towar nie jest w stu pro­cen­tach gotowy i taki, jaki sobie wyma­rzyli. Potknię­cia i nie­spo­dzianki się zda­rzały, mimo iż w pracę z gliną wkła­da­łam całe serce.

Spraw­nymi ruchami ufor­mo­wa­łam spo­rej wiel­ko­ści kulę. Gdy mia­łam już kształt, który wyda­wał mi się bli­ski ide­ału, zato­pi­łam w nim kciuk, two­rząc wgłę­bie­nie. Stale prze­krę­ca­jąc kulę, powięk­sza­łam i roz­sze­rza­łam miej­sce zagłę­bie­nia do momentu, aż powstało pół­kole przy­po­mi­na­jące miseczkę. Uwiel­bia­łam ten moment. Z kawałka pozor­nie bez­kształt­nej masy zaczy­nało powsta­wać "coś". Dawa­łam życie cze­muś nowemu, co będzie słu­żyć kupu­ją­cym przez długi czas. O ile rzecz jasna kurier nie postawi sobie za punkt honoru spraw­dzić wytrzy­ma­ło­ści kar­tonu i jako­ści wypeł­nie­nia chro­nią­cego naczy­nia.

Raz za razem wygła­dza­łam nowy przed­miot, two­rząc takie kra­wę­dzie, by glina nie popę­kała pod­czas susze­nia i wypału. Nie mogły być ani zbyt cien­kie, ani za grube. Deseczką wyrów­ny­wa­łam wszyst­kie nie­rów­no­ści i zama­zy­wa­łam odbite gdzie­nie­gdzie palce. Z pie­ty­zmem pra­co­wa­łam nad miseczką, by spro­stać wyma­ga­niom waż­nej klientki. Mogła­bym przy­siąc, że nie­jed­no­krot­nie wywa­la­łam jęzor na wierzch pod­czas naj­więk­szego sku­pie­nia. Jak to mówią, ten typ tak ma.

Gdy wstępne naczy­nie było gotowe, ostrym noży­kiem ścię­łam wierzch, by rant był gładki i równy. Zwil­żo­nym w wodzie kawał­kiem tka­niny prze­cie­ra­łam kra­wędź i miej­sca, które wyma­gały popra­wek. Odsta­wi­łam gotową pracę na dobrze oświe­tlone miej­sce, przy­glą­da­jąc jej się kry­tycz­nie z każ­dej strony...

Tym­cza­sem ode­zwał się mój tele­fon, gwał­tow­nie prze­ry­wa­jąc ciszę.

- Szlag by to - jęk­nę­łam.

Wytar­łam ręce o wysłu­żony far­tuch i zer­k­nę­łam na wyświe­tlacz.

Imię brata zda­wało się wibro­wać na ekra­nie.