LENA
1
Wrzesień pachnie kwiatami i upałem. Słońce wisi na niebie, odmieniając całą dzielnicę tak bardzo, że wygląda jak stara fotografia w kolorze sepii. Wszystko tonie w powodzi słonecznego światła, samochody zostawiają ciemne ślady opon na rozgrzanym asfalcie. Śmierdzi beton, a tata, z papierosem w ustach, w amerykańskim stetsonie na głowie, przebiega palcami po strunach gitary: A-dur, G-dur, A-dur...
People try to put us d-down
(Talkin' 'bout my generation)
Just because we get around
(Talkin' 'bout my generation)
Things they do look awful c-c-cold
(Talkin' 'bout my generation)
I hope I die before I get old
(Talkin' 'bout my generation)1
W dole przez wał piachu przedziera się pani Kasia.
- Szlag by to! - syczy, kiedy tonie w nim obcas jej buta.
- Witam panią! - woła tata, nie przerywając gry.
- Co tam robicie? - Kasia wygładza spódniczkę i zaraz zaczyna się prężyć, jak zawsze na widok taty.
- Może wpadnie pani do nas na drinka?
Śmieje się i z trudem, machając śmiesznie rękami, pokonuje sypką przeszkodę w swoich klapkach z różowym puszkiem, na wysokich obcasach.
- Może wieczorem?
Wie, że tata na nią patrzy, więc idzie, zalotnie kręcąc biodrami.
Wgryzam się w chleb z cukrem.
- Jesteś na nią za stary.
Parska śmiechem.
- Nigdy nie jest się za starym na rock and rolla, księżniczko!
Pani Kasia wygląda jak Debbie Harry na plakacie, który wisi w naszej toalecie, ma takie same platynowe kosmyki włosów, jej usta błyszczą szkarłatną czerwienią, a rzęsy aż lepią się od czarnego tuszu. Plakat zabieramy w każdą podróż, przejechał z nami pół Polski i wciąż jest cały. Tata uważa, że Debbie to najseksowniejsza piosenkarka naszych czasów. Podejmuje śpiew:
Things they do look awful c-c-cold
(Talkin' 'bout my generation)
I hope I die before I get old...
Powieki trzepoczą, a czas cofa się jeszcze bardziej.
Pod koniec sierpnia przeprowadzamy się do Gdyni. To nie jest nasza pierwsza przeprowadzka, ale w wyniku tego, co się stanie, ostatnia. Wcześniej mieszkaliśmy w Bieszczadach, na rozległej równinie położonej jakieś osiemset metrów nad poziomem morza. Panowała tam wielka, naprawdę wielka cisza, w której wyróżniałam głosy ptaków, dźwięk kroków ludzi podążających w stronę górskich szlaków i muzykę płynącą ze starej gitary taty. Sara kładła się w śpiworze na werandzie, a kiedy przychodził zmierzch i powietrze raptownie zaczynało się ochładzać, wsuwała ręce pod głowę i patrząc w niebo, mówiła, że niczego więcej nie potrzebuje. Niebo w górach jest niezwykłe i nigdy nie uda mi się takiego nieba znaleźć w mieście. A jednak mnie w ciszy górskiej brakowało rozmów z ludźmi, gwaru miasta i przyjaciółek, z którymi mogłabym spędzać czas.
Tata zakochuje się tak często, że mógłby powiedzieć słowami Marilyn Monroe: "Zawsze jestem w kimś zakochany, dziś akurat w tobie!". W Bieszczadach znowu się zakochał i zmusił nas, byśmy wsiadły z nim do pociągu w pogoni za nową miłością, która jechała do Trójmiasta.
Jak zawsze, kiedy opuszczaliśmy dom, już z walizkami w rękach, zatrzymywał się i mówił, żebyśmy spojrzały ostatni raz za siebie, a my posłusznie odwracałyśmy się i po raz ostatni patrzyłyśmy na mury, w których spędziłyśmy czas nie dość długi, by zżyć się z domem, ale wystarczająco długi, by powiedzieć, że "tu mieszkałyśmy".
Siedząc w zapchanym turystami pociągu, powiedziałam do Sary:
- Zobaczysz, w Gdyni będzie naprawdę fajnie.
Ale ona, ze wzrokiem utkwionym w okno, odparła jakoś tak smutno:
- A ja się boję, że w Gdyni zdarzy się coś niedobrego.
Nasze życie w tamtej chwili było takie jak rysunki, które Sara zrobiła w Bieszczadach. Na pierwszym widnieją długie tory, wijące się aż po horyzont. Na drugim dwie dziewczynki, trzymając się za ręce, stoją przy ostatnich drzwiach ostatniego wagonu.
2
- W co się pobawimy?
- W to co zawsze.
Oczy błyszczą radością, Sara odwraca się w stronę długiego korytarza pociągu, obrzuca wzrokiem mężczyznę z papierosem, który otworzył okno, spogląda na dwie dziewczynki, którym przeciąg rozwiewa włosy, widzi starszą panią, niecierpliwie wpatrzoną w palącego w oknie mężczyznę, i rzuca się niespodziewanie w wir zabawy.
- Minęło sto lat! - woła.
Sto lat to w sam raz tyle, żeby oddzielić naszą poprzednią zabawę, tę wczorajszą, od dzisiejszej. I nie ma znaczenia, że nasi bohaterowie nie postarzeli się ani odrobinę. Zresztą jakie znaczenie ma sto lat? Dla Sary i dla mnie to tyle co nic.
- Minęło sto pięćdziesiąt lat! - decyduję.
- Dwieście! - licytuje Sara i rzuca się korytarzem do biegu.
- Trzysta! - krzyczę za nią.
Przebiegamy koło pootwieranych drzwi przedziałów. Wszędzie opuszczone okna, ludzie z gazetami w rękach, z książkami i walkmanami, znudzone dziewczyny ze stopami opartymi na kolanach swoich chłopaków. Na korytarzu jest tyle ludzi, że Sara, pędząc, odbija się od ich pleców i nóg, a ja wołam: "Przepraszamy!", i gnam za nią ile tchu.
- Nie latajcie po pociągu! - woła jakaś kobieta. - Co to za zabawy?!
- Minęło pięćset lat! - krzyczy Sara.
Czarne warkocze, nad warkoczami kołtun, nie udało się go rozczesać, więc ojciec się poddał i zagroził, że w Gdyni pójdziemy do fryzjera, plastikowe sandałki w ostrym czerwonym kolorze, siniaki na łydkach od zabaw i obijania się o kamienie.
Pociąg gwiżdże, skręca, korytarz zdaje się wyginać i Sara w biegu odwraca do mnie twarz.
- Jest wojna!
- Stefania i Daisy są w pociągu! - podchwytuję.
Pociąg kołysze się, upadamy na zamknięte drzwi jednego z przedziałów. Zamykam oczy, a kiedy je otwieram, na przedział nasuwa się kalka i zamiast pasażerów widzę kobiety w długich krynolinach, spocone i rozdygotane, z kuferkami u stóp, chłodzące się nerwowo wachlarzami. Marsylia płonie, Stefania i Daisy muszą jak najszybciej wydostać się z miasta. Za oknami pociągu trwa bombardowanie. Jedna bomba, druga, wybuchy jak na kronikach z drugiej wojny światowej, wagonem rzuca, kobiety w przedziale piszczą i zaczynają się modlić.
Zrywamy się z podłogi, bo żołnierze ostrzeliwują pociąg.
- Uciekajmy!
Pędzimy ile tchu wzdłuż przedziałów. Ostrzeliwanie trwa, pociski padają przy naszych stopach, za nami, jeden omal nie razi Daisy. Jedne drzwi wagonu są otwarte, mówię więc szeptem: "Niech nas Bóg strzeże!", i skaczę. Moje stopy lądują w wilgotnej trawie, tuż obok martwego ciała żołnierza.
- Skacz! - krzyczę do Daisy. Widzę ją w drzwiach, suknia rozwiana na wietrze, włosy w nieładzie, przerażenie w oczach. - Skacz, Daisy!
Wykonuje pospieszny znak krzyża i za chwilę leży na trawie tuż przy mnie. Nie mamy wiele czasu na radość, ostrzeliwanie trwa, na pole spadają bomby.
- Biegniemy! - krzyczy Daisy i schylone przedzieramy się przez martwe ciała w stronę lasu. Las jest już w zasięgu oczu, kiedy pocisk trafia przyjaciółkę w plecy.
- Stefanio! - słyszę jęk. - Stefanio!
Zawracam, mimo że obok wybucha bomba, i gdy pył opada, ukazuje się wielki lej. Daisy leży na ziemi, włosy uwolnione z koka, teraz ubrudzone ziemią i błotem, zakrywają jej część twarzy, gorset unosi się i opada rytmicznie, zabarwiony krwią. Przymyka oczy i szepcze:
- Weź klejnoty, jeśli je sprzedasz, uda ci się dotrzeć do Paryża...
W panice błądzę dłońmi po jej zakrwawionej sukni.
- Och, Daisy, zaraz znajdę lekarza i wszystko będzie dobrze... Pojedziemy do Paryża razem...
Jej powieki są coraz cięższe, rozchyla spękane usta.
- Powiedz Bertiemu... - mówi tak cicho, że muszę przyłożyć ucho do jej ust.
- Co mówisz, Daisy? Powtórz, proszę...
- Powiedz Bertiemu, że... - Słowa cichną i Daisy umiera.
Potrząsam jej nieruchomym ciałem, krzyczę:
- Och, Daisy! Nie możesz mnie teraz zostawić, błagam, nie teraz! Co ja zrobię bez ciebie?
Daisy nie żyje, ale przypomina mi cichym szeptem:
- Pojedziesz do Paryża i odnajdziesz Bartłomieja...
- Sara! Lena! - woła znajomy głos.
Zdruzgotana, odwracam się od martwej przyjaciółki i widzę ojca - wychyla się z drzwi przedziału, trzyma w rękach kanapki w sreberku.
- Dziewczynki, powinnyście coś zjeść.
Sara ma na kolanie krwawiący strup, który pewnie rozdrapała sobie podczas ucieczki z pociągu. Nie zwraca uwagi na ojca, ale łapie mnie za rękę i przekonuje podekscytowanym głosem:
- To co? Minęło ze sto lat i Stefania dojeżdża do Paryża, co? Ja będę Bartłomiejem...!
Rzucam się za nią w pogoń, zostawiając za sobą kanapki i ojca. Woła coś, ale głos ginie w huku hamującego pociągu, w szeleście gazet, które nerwowo przeglądają paryżanie, szukając wiadomości z frontu. Za oknami rozpościera się cudowny widok na wieżę Eiffla i srebrzącą się w słońcu Sekwanę.
3
Oto nasza nowa dzielnica: wszędzie stoją dźwigi, spychacze i koparki, a wieżowce wyrastają szare i brzydkie, takie same jak ten, w którym tata wynajął dla nas mieszkanie. Plac zabaw znajduje się między dwoma wieżowcami: dwie pary huśtawek, drabinki, piaskownica i nowe, pomalowane na czerwono koniki.
- Idźcie się pobawić, dziewczynki, a ja zajmę się rozpakowywaniem rzeczy.
Wychodzimy przed blok i nie wiemy, co ze sobą zrobić. Nie znamy tego osiedla, nie wiemy, gdzie mogłybyśmy pójść. Przy drabinkach widzimy dziewczynki jakby wycięte z jednego kolorowego czasopisma: wszystkie w różowych sukienkach i z frotkami na rękach, ćwiczą układ choreograficzny do piosenki Sabriny Boys, boys. Równo unoszą ręce, robią wykrok i śpiewają bardzo poważnie:
- Boys, boys, boys, I'm looking for a good time...!
Przesuwając palcami po chropowatym murze, staramy się nie wyjść z cienia rzucanego przez wieżowiec, balansujemy po krawężnikach, rozkładając ręce na boki, potem Sara proponuje, żebyśmy poszły zalaną słońcem, prostą drogą na wojskowe lotnisko, gdzie wczepiwszy się palcami w ogradzającą je siatkę, będziemy obserwować start samolotu.
Pierwszej nocy mam zły sen, który z rana zapisuję na luźnej kartce papieru. Śnię o naszym mieszkaniu, ale tak, jakbym je oglądała po jakiejś wielkiej zagładzie. Chodzę we śnie z pokoju do pokoju i patrzę na nasze rzeczy. Wszystko wygląda jak w tych programach o opustoszałych domach: na stole stoi w filiżance kawa taty, o popielniczkę oparty jest jego papieros, w naszym pokoju leżą ubrania i zabawki - wszystko jakby porzucone przed sekundą.
Tata czasem mówi:
- Jak ktoś będzie chciał skrzywdzić moje małe księżniczki, to złoję mu skórę!
Mówi też:
- Nic złego nie może wam się stać, bo schowam was do kieszeni!
Kazał nam przysiąc, że jakby działo się coś niedobrego, mamy mu od razu o tym powiedzieć. Przysięgłyśmy, ale Sara za plecami skrzyżowała palce.
- Po co to zrobiłaś? - spytałam później.
Wzruszyła ramionami, jak to ona.
- On nie musi wiedzieć o wszystkim, prawda?
Nasz pokój jest niewielki, kwadratowy. Stoi tu segment z wieloma półkami i szafkami, które trzeba będzie zagospodarować. Nasze rzeczy na razie wciąż leżą w kartonach między dwoma identycznymi tapczanami.
- Ja będę spać tutaj. - Sara z impetem rzuca się na tapczan pod oknem i kładzie jak martwa na plecach. - Ty spałaś pod oknem w Wetlinie!
Przysuwam do siebie pierwszy karton z brzegu i zaczynam wyciągać po kolei rzeczy. Wyciąganiu towarzyszy strach, że przy pakowaniu o czymś ważnym zapomniałam. Jak byłam młodsza i zapomniałam z poprzedniego domu jakiejś zabawki albo ulubionego sweterka, tata mówił, że napiszemy list i wszystko zostanie nam odesłane. Mając dziesięć lat, dobrze wiem, że nigdy taki list nie powstał i nie powstanie i jeśli coś zostawiłam w Bieszczadach, to znaczy, że straciłam to na zawsze.
- Dzisiaj nie ma obiadu! - woła tata gdzieś z głębi domu. - Pójdziemy do baru mlecznego, a jutro coś się ugotuje, dobrze?
- Chodźmy na pizzę! - krzyczy Sara i zrywa się energicznie z łóżka. - Chodźmy na pizzę nad morze!
Kiedy przeprowadzamy się tak często, zmiany powszednieją. Nowy dom, chociaż nie ma jeszcze firan w oknach, a półki i szafki są zupełnie puste, wydaje się znajomy, jakby kontynuował nasze poprzednie mieszkanie. Nawet nie pachnie inaczej.
Na półkach, bez większych sentymentów, ustawiam różowe aniołki, które dostałam od babci, fotografię w ramce, na której jesteśmy z tatą w trójkę na krzesełkach wyciągu górskiego, swoje ulubione książki, w tym nieoddanego do biblioteki Białego mustanga Sath-Okh. I nasze stare lalki, Biankę i Tycjankę. Oczy Bianki pozbawione są rzęs, Tycjanka ma warkoczyki na całej głowie. Nie bawimy się nimi od wielu miesięcy, tak samo jak Sara przestała się już interesować księżycowym kamieniem, który kiedyś na mszy w kościele zaczął świecić w jej kieszeni. Zabieramy jednak te rzeczy ze sobą jak talizman w każdą podróż, bez nich nowy segment byłby tylko nowym segmentem.
- Twój pamiętnik. - Wyciągam niebieski zeszyt w kształcie serca, w sztywnej okładce.
Mój jest identyczny, tyle że czerwony. Kartkuję go odruchowo: "Na górze róże, na dole bez, niech twoje życie mija bez łez. Najlepszej przyjaciółce Lenie - Basia...". "Nie zaginaj karteczki, bo ci spadną majteczki. Wpisała się Dominika Kownacka". "Wszyscy się wpisują, lecz o tym nie wiedzą, że ten twój pamiętnik kiedyś myszki zjedzą. Dnia 18 czerwca, na wieczną pamiątkę Lenie - Rysia". "Miłość i kartofel to dwa uściski, miłość ściska serce, a kartofel kiszki. Na pamiątkę przyjaciółce - Magda".
W pamiętniku Sary rzuca mi się w oczy śliczny rysunek pawia z kolorowymi piórami obrysowanymi złotym pisakiem. Niewprawne pismo informuje: "Kiedy będziesz babcią już, okulary na nos włóż, weź do ręki album swój i przeczytaj wierszyk mój. Na pamiątkę wpisała się Bożena".
- Kto to jest Bożena?
Sara przyczepia do tapety nad swoim łóżkiem rysunek przedstawiający duchy - trzymają się za ręce i unoszą nad górami.
- Kto? - pyta zdziwiona.
- Bożena. Masz jej wpis w pamiętniku.
Marszczy brwi, ale tylko na chwilę. Nie pamięta Bożeny, tak samo jak ja nie potrafię już sobie przypomnieć Basi, Dominiki Kownackiej czy Rysi. Dziewczynki, z którymi przyjaźniłyśmy się jeszcze nie tak dawno, migają pod powiekami jak długa czarno-biała klisza fotograficzna. Niektóre mają twarze, ubrania albo chociaż łączą się z kawałkami pejzażu, a inne czernieją, jakby ktoś zaczął palić kliszę.
Mrużę oczy, spoglądając na fotografię, na której jesteśmy na górskim wyciągu. Zdjęcie zdaje się nierealne, ogarnia mnie pewność, że takie chwile stają się ważnymi wspomnieniami już w momencie, gdy spada migawka aparatu fotograficznego. Dziwne, ale Bieszczady, gdzie byliśmy jeszcze przedwczoraj, są teraz odległe tak bardzo, jakbym oglądała je na filmie.
4
Pod furtką szkoły tata unosi w górę kciuki, jakby chciał nam dodać odwagi, a potem patrzy, jak mieszamy się z tłumem dzieci na szkolnym boisku, jak skręcamy na schody i w ostatniej chwili przypominamy sobie, że on tam stoi, więc trzeba się odwrócić i mu pomachać.
- Pa, tatusiu! - woła Sara.
Trzeciego września jesteśmy ubrane w niebieskie fartuszki z tarczami szkoły, które pani Kasia przyszyła nam do kieszonek. Sara uczesana jest w dwa grube warkocze, związane niebieskimi wstążkami, a ja mam na głowie koński ogon. Oczywiście na stopach lakierowane buciki z przeceny - tata mówi, że nikt nie zauważy, bo są naprawdę ładne. Białe podkolanówki, białe kołnierzyki i ręka ściskająca rękę.
- Trzymaj się! - mówię do Sary.
Jesteśmy już na korytarzu szkoły i czas się rozejść. Zobaczymy się na chwilę po apelu, a potem dopiero po spotkaniu z nauczycielami.
- No to na razie... - szepcze Sara. - Poczekam na ciebie przed szkołą. Jakby coś, to ty na mnie poczekaj.
5
Na dach prowadzą trzy poprzeczne metalowe pręty i drzwi, na których wisi atrapa kłódki. Tak tu ciemno, że potrzebujemy chwili, żeby rozróżnić czarny zarys kominów i niewielkie obramowanie dachu. Siadamy, Sara zapala latarkę, a ja wyciągam spod bluzki zdjęcia.
- No to oglądamy. Dobrze wszystko widzisz?
- Tak, pewnie...
Na starej, pogiętej przez czas i ciągłe przeprowadzki fotografii widać jasnowłosą śmiejącą się kobietę - stoi w tak ciasnym pokoju, że rozłożywszy ręce, dotyka równocześnie obu ścian.
- To zdjęcie z akademika - wyjaśniam. - No wiesz, kiedy studiowała.
Sara niemal nabożnie kiwa głową.
- A to?
Na kolejnym zdjęciu ta sama kobieta i nasz ojciec stoją na zacienionym chodniku. Ona ma na sobie długą do ziemi sukienkę z białej tkaniny, a on elegancki garnitur. Śmiesznie wyglądają z długimi włosami, hipisowskimi bransoletkami na rękach. Na fotografii tego nie widać, ale na stopie kobiety znajduje się pierścionek zaręczynowy. Kiedyś mi go pokazała, powiedziała, śmiejąc się, że z ojcem nigdy nic nie jest zwyczajne.
- To zdjęcie jest zrobione na podwórku, tuż przed ich ślubem - objaśniam.
Dwa zdjęcia, perły, które w dotyku wcale nie są ciepłe, więc pewnie nie są też prawdziwe, broszka z bursztynem, którą Sara kiedyś zanurzyła w solance, żeby zobaczyć, czy bursztyn wypłynie na powierzchnię, i złoty pierścionek z pustym miejscem po oczku - oto cała szkatułka. Otwieram ją tylko dla Sary, przesypuję klejnoty przez palce i tkam z nich opowieść.
O jej narodzinach w pralni w Poznaniu. Przez całą długość pralni przeciągnięte były linki, na których schło pranie, pachniało tam krochmalem i kurzem osiadającym na rozgrzanych kaloryferach. Przynajmniej raz w tygodniu wpadał administrator i straszył, że wezwie kogoś z opieki albo z policji, bo dzieci nie mogą się tak chować.
- To nie są warunki dla małych dzieci! - krzyczał. - Albo znajdziecie normalne mieszkanie, albo zabiorą wam dziewczynki!
Mieszkaliśmy w pralni kilka miesięcy! Ludzie z bloku przynosili nam jedzenie, pieluchy i ubranka dla Sary, mama gotowała obiady na małej, campingowej kuchence gazowej, a tata grywał nocami w knajpach i wracał zawsze umordowany, śmierdzący papierosami i wódką, kiedy na dworze już świtało. Gdy się budził, brał mnie na ręce, wrzucał do magnetofonu taśmę z nagraniem Michaela Jacksona It's the falling in love i wirował ze mną po całej pralni.
- Wiesz, co to za piosenka, księżniczko?! - wołał, a ja śmiałam się głośno, próbując odsunąć się od jego twarzy, ocierającej się ostrym zarostem o moje policzki. - Wiesz, co to za kawałek?
It's the falling in love była moja. Kiedy się urodziłam, ta piosenka szła wszędzie: w toaletach publicznych, w pubach, kawiarniach i królowała na listach przebojów. Tata mówił, że każdy ma swoją piosenkę przewodnią i tylko ostatnie żołędne dupki o tym nie wiedzą. Ja miałam numer Jacksona, ta piosenka będzie towarzyszyć mi przez całe życie i nadawać mu rytm.
- Urodziłaś się w najważniejszym roku dla muzyki! - Przytrzymywał mnie i łaskotał po stopach i brzuchu, aż krzyczałam, zanosząc się śmiechem. - Musisz to wiedzieć, księżniczko! To był rok, kiedy Pink Floyd nagrali genialne Another brick in the wall! To był rok, kiedy Bon Scott, wokalista AC/DC, udławił się własnymi wymiocinami! To był rok, kiedy Queen nagrali Another one bites the dust! Twój rok, Leno. Rok największych wydarzeń w muzyce!
W szkatułce można zanurzyć ręce głęboko, tak głęboko, jak nie sięga nawet moja pamięć. Wówczas mogę opowiedzieć Sarze o tym, jak nasi rodzice się zaręczyli. Tata przyjechał do babci z wielkim bukietem kwiatów, wręczył go zamaszystym gestem i zapytał, czy może prosić o rękę córki. Babcia była kobietą elegancką i z klasą. Na pierwszy rzut oka oceniła możliwości ojca jako męża dla córki i niestety, nie wypadło to korzystnie. Powiedziała chłodnym głosem, który tata naśladował potem latami, opowiadając mi tę scenę: "Michał, nie będę robiła problemów, bo Judyta wybrała sobie ciebie. Ale mnie nie podoba się ten wybór. Nie takiego męża dla córki chciałam".
O drugiej babci mogę opowiedzieć więcej, bo znam ją osobiście. Całe życie, zupełnie jak my, jeździła z miejsca na miejsce. Ona i dziadek wybudowali trzy domy, z których wszystkie zostały zniszczone: jeden przez Ukraińców, drugi przez Niemców, a trzeci odebrali jej Rosjanie. Kiedy dziadek przywiózł ją pod chatę krytą strzechą i powiedział, że w tym miejscu postawi kolejny dom, babcia ostro zaprotestowała. Z chustką na głowie, z cienkim warkoczem siwiejących włosów, za który kiedyś ciągnęli chłopcy, siedziała potem latami na krzywej ławce pod ścianą chałupy, mamlała językiem w bezzębnych ustach i snuła historię swojej rodziny. Opowiadała o walkach Polaków z Ukraińcami. O gwałtach i strachu, z którym żyła na co dzień. Mówiła o dzieciach, które rodziła, wędrując po Polsce: trzech synach i dwóch córkach. Taka była wściekła, gdy okazywało się, że znowu jest w ciąży. Mąż jej nie pomagał, sama wychowywała piątkę dzieci i doglądała całego gospodarstwa. Czasem pod koniec dnia nie miała już siły na nic. Kładła się na łóżku i zasypiała w ubraniu, niezdolna się rozebrać.
Dla mnie szkatułka ma drugie dno - o tym nie rozmawiam z Sarą. Zanurzam dłonie i przesuwam między palcami łańcuch drobnych, błyszczących pereł.
Mama dotykała ich ustami, leżąc na materacu w pralni. Malutka Sara przewracała się z pleców na brzuszek w zaimprowizowanym przez tatę kojcu. Pot zbierał się nad górną wargą mamy. Leżałyśmy obok siebie, mama przymykała oczy, rozchylała usta. Oglądała perły, pierścionek, który jeszcze wtedy miał oczko, i tamtą broszkę z bursztynem. Którejś nocy obudziła mnie i powiedziała szeptem: "Pamiętaj, Lenka, że bardzo was kocham". Byłam tak senna, że oczy nie chciały się otworzyć. Pod powiekami drgały obrazy ze snu, mama, stojąca nade mną w ciemności, mieszała się z nimi i już sama nie wiedziałam, co jest prawdą, a co snem.
Rano, kiedy się obudziłam, nie było jej przy nas. Nie zostawiła żadnego listu ani adresu, pod którym można by jej szukać. To, czego tata nie wyrzucił wtedy ze złości, spakowałam do szkatułki. Uratowałam też dwa zdjęcia, bo wszystkie inne podarł na kawałki, powtarzając: "Co za suka!".
I to jest wszystko. W szkatułce, której strzegę jak oka w głowie, znajduje się cała historia naszej rodziny.
6
Ostatni wieczór z Sarą ma kolor czerwonej szminki Marilyn Monroe. Siedzimy w trójkę przed telewizorem, pożeramy paluszki, a przez otwarte na oścież drzwi balkonowe wpada do pokoju powiew wieczornego powietrza i porusza firaną, którą, kiedy byłyśmy w szkole, zawiesiła na oknie pani Kasia. Oczywiście nie zauważamy firany, zauważamy za to, że dom robi się coraz bardziej znajomy i przytulny.
- To jest ten film, w którym na końcu ją zamordują? - marudzi Sara.
Tata rzuca jej rozbawione spojrzenie spod amerykańskiego stetsona. Z puszką piwa i nagim torsem wygląda jak facet z reklamy telewizyjnej.
- Tak, to ten!
Siostra, znudzona, kieruje się na balkon.
- Ach, no to zawołajcie mnie, jak ją będą mordować, dobrze?
Dołączam do niej. Wieczór wciąż jest ciepły, na niebie pojawiły się już pierwsze gwiazdy i duży srebrzysty księżyc. Cała nasza nowa dzielnica wygląda nierealnie, na tle księżyca nawet zastygłe w bezruchu dźwigi wydają się baśniowe.
Sara jest senna, ale chce doczekać do sceny morderstwa. Zamyka oczy i opiera twarz na dłoniach. Delikatny podmuch wiatru porusza pasemkami jej włosów, które wymknęły się z warkoczy. Stoję obok i czuję, jak przepełnia mnie szczęście, tak wielkie, że aż trudne do uniesienia. Wszystko, co czeka nas w Gdyni, wydaje mi się takie niezwykłe: nowe koleżanki, nowe życie, jutro zapiszemy się do biblioteki i może wezmę udział w konkursie czytelniczym, mamy nowych sąsiadów, nowe mieszkanie - całkiem ładne w porównaniu z naszym ostatnim lokum. Zamykam oczy i nabieram głęboko powietrza. Sara mamrocze:
- W mojej klasie są wszystkie tamte dziewczyny od tej głupiej piosenki Sabriny na placu zabaw. A wychowawczyni przekręciła moje nazwisko z Gerson na Garsonka i cała klasa się śmiała... Lenka, jak zasnę, to obudź mnie na morderstwo, dobrze?...
1 Ludzie chcą nas stłamsić/ (Mówię o moim pokoleniu)./ Podobno im przeszkadzamy/ (Mówię o moim pokoleniu)./ Wszystko to wygląda fatalnie/ (Mówię o moim pokoleniu)./ Liczę, że umrę, zanim się zestarzeję (Mówię o moim pokoleniu). (My Generation/Pete Townshend. Teksty piosenek angielskich przełożyła Małgorzata Warda).