2
EMMA
Teraz
Arden Hill było niczym martwe drzewo w samym środku lasu. Nawet gdy gniło, pojawiało się w nim nowe życie, żywiące się rozkładem. Miejsce żuczków i grzybów zajęli agenci nieruchomości i nowojorscy przybysze i za kilka lat z miasta, w którym dorastała Emma, pozostanie jedynie kupa czarnoziemu pod nowymi przyrostami.
Za miastem krajobraz szpeciły farmy kurze, udekorowane tanimi znakami z napisami TYLKO DLA PAŃ albo KURNIK, z drewnianymi okiennicami i doniczkami na parapetach.
- Moglibyśmy hodować kurczaki - stwierdził Nathan ku zdumieniu Emmy. Całą podróż pokonali w milczeniu, lekkim niczym warstewka kożucha na mleku w kubku pozostawionym na blacie, lecz nieprzerwanym.
- Chciałbyś hodować kurczaki? - zapytała, usiłując sobie wyobrazić Nathana rozsypującego ziarno tuzinowi rozgdakanych kokoszek.
Pokiwał głową z namysłem i zabębnił palcami o kierownicę.
- Mówiłaś, że dom leży na sporym kawałku ziemi, tak?
- Nieco ponad dwa akry - rzuciła nieobecnym tonem.
- Moglibyśmy mieć kurczaki, ogródek warzywny. Cholera, może nawet będziemy hodować kozy - powiedział. Nie wspomniała, że nie ma nawet porządnej pary butów roboczych, ani że jedynym wydatkiem, przy którym się upierał, gdy wprowadzali się do wynajętego bliźniaka, było zatrudnienie firmy projektującej ogrody, by zagospodarowała ich ogródek wielkości znaczka pocztowego.
Nie wspomniała też o tym, że to miało być tymczasowe. Zamiast tego powiedziała:
- Fajnie byłoby mieć świeże jaja.
Uśmiechnął się do niej szeroko, a jej serce zadudniło mocno o żebra, tylko raz. Uda im się. Prawda? Nie był już na nią zły. Mówił o kurczakach.
- Jesteś pewna, że wiesz, co robisz, wracając tam? - zadał jej pytanie Christopher Best. Zadzwoniła do niego trzy dni temu, w samym środku pakowania się. Minęły lata, odkąd widzieli się po raz ostatni, ale od czasu do czasu do niego dzwoniła. Nieco to żałosne, że jej prawnik był dla niej odpowiednikiem najbliższej rodziny. - Ludzie w Arden nie zapominają - dodał. Ale być może się mylił.
Gdy znajdowali się już kilka kilometrów od domu, Emma pokierowała Nathana w stronę stacji benzynowej i sklepu spożywczego przy bocznej drodze. Potrzebowali jedzenia, a poza tym nie wiedziała, czy w domu znajdą podstawowe produkty w rodzaju papieru toaletowego.
Wysiedli z samochodu i rozprostowali kończyny, zesztywniałe od długiego siedzenia. Nathan splótł dłonie za głową i wypiął klatkę piersiową. Jego koszulka podjechała do góry, odsłaniając lekko owłosiony brzuch, szczupły, ale bez wyraźnie zarysowanych mięśni. Emma przyglądała się mu z drugiej strony auta, bezwiednie podjąwszy grę, w którą czasami się bawiła - wyobrażała sobie, że widzi swojego męża po raz pierwszy w życiu, jako nieznajomego. Jak oceniłaby jego zarost na szczęce, jego nadzwyczajnie długie i smukłe palce? Czy gdyby się znów spotkali, umówiliby się na drugą randkę?
Kontynuowała grę, próbując zobaczyć siebie jego oczami. Trzydziestolatka, kasztanowe włosy najczęściej związane w kucyk. Skóra, która łatwo poddaje się opaleniźnie i każdego lata pokrywa się piegami, szafa pełna dżinsów i T-shirtów oraz luźnych swetrów zarzucanych na nie w chłodniejsze miesiące. Zawsze uważała się za nijaką, właśnie dlatego tak bardzo się zdziwiła, kiedy Nathan okazał jej żarliwe i konsekwentne zainteresowanie od samego początku. Nie była specjalnie gadatliwa, czasami cicha aż do przesady. Zawsze czuła się bardziej komfortowo, mogąc rozmawiać z klientami ukryta za anonimowością internetu. Nie najlepiej radziła sobie z bezpośrednimi kontaktami.
- Trudno cię poznać - powiedział jej Nathan po dwóch miesiącach znajomości. Szkoda, że się nie pochwalił, kiedy już to zrobił. Wówczas mógłby jej wyjaśnić, kim była, jaka była.
- Grosik za twoje myśli - rzucił teraz.
- Po prostu ci się przyglądam - odparła, a on się uśmiechnął z zadowoleniem. Uniosła głowę i zbliżyła twarz do jego twarzy, by go pocałować, po czym ruszyli w stronę sklepu ze splecionymi dłońmi, jak gdyby bali się, że gdy się puszczą, to drugie zniknie.
W środku Nathan od razu skierował się do półki z wymyślnymi kubkami. Emma wzięła koszyk ze stosu przy drzwiach i podeszła do stoiska z pieczywem. Burczało jej w brzuchu, więc robiła zakupy jak wybredny dzieciak - krakersy grahamowe i masło orzechowe, torebka orzeszków prażonych, bochenek chleba, dżem malinowy, płatki śniadaniowe. Zauważyła puszkę kandyzowanego imbiru i również wrzuciła ją do koszyka, ponieważ przypomniała sobie mgliście, że powinien pomóc na mdłości, które ostatnio nadchodziły z brutalną intensywnością, jak gdyby nadrabiały stracony czas. Już od paru dni nie była w stanie zjeść porządnego posiłku.
Dodała do koszyka kilka gotowych mrożonych dań oraz jednorazowe talerzyki i sztućce. W ostatniej chwili chwyciła z półki butelkę białego wina. Nie był to szampan, ale w końcu nie planowali wielkiej parapetówki. Jednak wydawało jej się, że powinni mieć czym wznieść toast, nawet jeśli mogła wziąć tylko mały łyczek. Nathan czekał przy kasie, dzierżąc przed sobą paczkę papieru toaletowego niczym trofeum.
Gdy ekspedientka kasowała zakupy, Nathan zagadywał ją po przyjacielsku, jak to miał w zwyczaju. Lubił rozmawiać z ludźmi. Z nieznajomymi w kolejce, w autobusie, zajmującymi miejsce obok niego w kinie. Ludzie się przy nim otwierali. Opowiadali mu o swoich chorych dziadkach, pustych kontach bankowych i strachu przed rakiem, zanim jeszcze zdążyli poznać jego imię. Dobrze było mieć go u swojego boku. Gdy był przy niej, nikt nigdy nie zagadywał Emmy.
- Poproszę dowód - odezwała się kasjerka z zaokrąglonymi od uśmiechu policzkami, nadal patrząc na Nathana. Emma podała jej swój dokument. Kobieta zerknęła na niego, podniosła wzrok, znów na niego spojrzała, po czym jej uśmiech zamienił się w krzywy grymas. - Emma Palmer? - rzuciła nieco zbyt głośno.
- Mogę już odzyskać dowód? - poprosiła Emma. Starała się mówić normalnie, ale jej głos również podniósł się o ton. Tylko nie to. Nie znowu. Minęło już zdecydowanie zbyt wiele czasu.
Kasjerka się wzdrygnęła, po czym oddała Emmie dokument. Skończyła podliczanie reszty produktów, nie nawiązując już kontaktu wzrokowego. Kiedy tylko wszystkie zakupy znalazły się w torbach, Emma chwyciła je i szybkim krokiem ruszyła do wyjścia, ignorując wyciągniętą do pomocy rękę Nathana. Nie zwolniła, dopóki nie podeszli do auta, gdzie wpakowała zakupy na tylną kanapę. Potem się zatrzymała, oparła dłoń o nagrzany od słońca dach samochodu, a lekka bryza rozwiała kosmyki włosów wpadające jej do oczu.
Zrobiła głęboki wdech i dopiero wówczas zdała sobie sprawę, że Nathan pyta, czy wszystko w porządku.
- Spoko. - Żwir zachrzęścił pod jej stopami. Dolatujący z pobliskiej stacji zapach benzyny sprawił, że zawirowało jej w żołądku.
- Wiedziała, kim jesteś - zauważył neutralnym tonem.
- Na to wyglądało - odparła.
- Czy to się będzie często zdarzało? - chciał wiedzieć.
- Nie wiem - odwarknęła.
Uniósł dłonie zdziwiony, w geście poddania się.
- Hej, spokojnie. Tylko pytam - powiedział. - Chcę wiedzieć, co nas tu czeka.
- Jedźmy do domu. - Emma ucięła temat.
Przez chwilę wydawało się, że będzie się sprzeciwiał. Ale kiwnął tylko głową i wsiadł za kierownicę. Emma wślizgnęła się niemrawo na miejsce pasażera.
Dom zlokalizowany był we wschodniej części dzielnicy mieszkalnej Arden Hill. Ulice były tam węższe, bardziej kręte, ze ślepymi zaułkami wyłaniającymi się zza zakrętów. Przy skręcie prowadzącym do rzeki Emma wydała ostrzegawcze mruknięcie do Nathana, by zwolnił, a on rzucił jej rozdrażnione spojrzenie - po czym dał po hamulcach, gdy droga ostro skręciła, przechodząc w wąski drewniany most ze stromymi zboczami po obu stronach. Złamana barierka była świadectwem tego, że ktoś inny popełnił podobny błąd. Wystraszony Nathan przejechał przez most żółwim tempem.
- Dzięki za ostrzeżenie - burknął. Emma zacisnęła usta, nie komentując.
W przeciwieństwie do farm i zarośniętych pastwisk, które mijali wcześniej, po tej stronie rzeki wszystko było wypielęgnowane i jednolite. Samochody były nowe, a domy schowane za bramami i bezlitośnie przyciętymi żywopłotami. Nathan zmarszczył lekko brwi, a do Emmy dotarło, że go na to nie przygotowała.
Skręt na podjazd był łatwy do przeoczenia, skrywał się pomiędzy drzewami.
- To tutaj - powiedziała miękko i Nathan przyhamował, by wjechać do środka. Zatrzymał się przed żeliwną bramą, na której obu skrzydłach pyszniła się wykaligrafowana zawijasami litera P.
Za nią ciągnął się długi podjazd, prowadzący do okrągłego dziedzińca z nieczynną fontanną pośrodku, otoczonego pagórkowatymi trawnikami, a za domem rosły rzadko posadzone drzewa. Brzegi trawników i chodników obsadzone były krzewami. Po jednej stronie dziedzińca wznosiła się powozownia z bielonymi ścianami i otwartymi, drewnianymi okiennicami, które idealnie pasowały do tych zamontowanych w domu, który wnosił się przed nimi. Sam dom zbudowany był w stylu kolonialnym, solidna biała bryła z dwiema kondygnacjami - trzema, jeśli wziąć pod uwagę strych - zdobiona przed wejściem prostymi, dumnymi kolumnami. Drzwi wejściowe były czarne i z oddali mogłyby wyglądać jak ziejąca, czarna dziura, gdyby nie blask mosiężnej kołatki pośrodku.
Emmie oddech zamarł w gardle. Dom, pomyślała, marząc jednocześnie, by nie wydawało jej się to takie prawdziwe.
- TO jest twój dom? - wyjąkał zdumiony Nathan.
- Nie tego się spodziewałeś? - rzuciła Emma trochę złośliwie, bo przecież nigdy mu o nim nie opowiadała. Udawała, że żyje w prawdzie, ale nie była nawet blisko, a to był dopiero początek.
- Myślałem...
Myślał, że dom będzie wyglądał jak wiele innych, które mijali. Urocze niewielkie gospodarstwa i pamiętające lepsze czasy domy kolonialne, które zdobiły krajobraz pomiędzy sercem Arden i tą okolicą na jego krańcach.
- Twoi rodzice byli zamożni - powiedział, ni to stwierdzając, ni pytając. Pomiędzy dwoma ostatnimi słowami zrobił niewielką pauzę, jak gdyby nie był do końca pewien, jakie słowo odda to grzeczniej. Jak gdyby "bogaci" było czymś złym, nieuprzejmym. Emma podejrzewała, że to może być prawda, jeśli się nad tym dobrze zastanowić. To dziwne, jak często ludzie bywają urażeni, kiedy wypomni się im, że mają pieniądze.
- Owszem, byli - odparła. - No bo... - Wskazała na dom. Nie potrzeba było innych dowodów.
- Okej. - Potarł się dłonią po twarzy. - Okej.
- Otworzę bramę - powiedziała.
- Jasne. - Odruchowo skinął głową, a w myślach snuł już skomplikowane obliczenia. Nie znała aktualnej wartości domu. Chociaż to i tak nie miało znaczenia, skoro Daphne i Juliette nie zgodziły się na sprzedaż.
Wysłała każdej z nich wiadomość z informacją, że razem z Nathanem przez jakiś czas zamieszkają w domu. Nie rozwijała tematu, jeszcze nie. Daphne w ogóle nie odpowiedziała. Juliette wysłała tylko jedno słowo - "OK". Nie miała bladego pojęcia, co na ten temat myślą.
Podeszła do żeliwnej bramy. Wisiał na niej gruby łańcuch zakończony ciężką kłódką, owinięty przez oba skrzydła. Mimo to pociągnęła za niego, wywołując nieprzyjemny metaliczny zgrzyt.
- Nie masz klucza? - zawołał Nathan. Wysiadł z auta i stał w otwartych drzwiach, osłaniając się nimi niczym tarczą. Rozumiała ten impuls. Zerknęła ponad jego ramieniem. Drzewa osłaniały ich niemal całkowicie, ale i tak dostrzegła dom po drugiej stronie drogi i poruszającą się firankę w oknie.
- Nie - odpowiedziała ponuro. - Mam tylko klucz do domu.
- Serio, Emmo? - rzucił Nathan. Ruch ponad jego ramieniem zamarł. - Kto w takim razie go ma? Ktoś tu przychodzi opiekować się domem. - Wskazał na wypielęgnowane trawniki.
- Opłacamy firmę. Ktoś przyjeżdża tutaj co parę miesięcy. Jestem pewna, że dostaniemy od nich klucz - powiedziała szybko, uspokajająco. - Jutro rozprawimy się z bramą. Zostaw samochód tutaj, wrócimy po niego. Nic mu nie będzie.
- Ogrodzenie nie ciągnie się wokół całej posesji?
- Nie, tylko od frontu, dla samochodów - zapewniła go niemal radośnie. Otworzyła bagażnik i wyciągnęła z niego torbę z niezbędnymi rzeczami.
- Ja to wezmę - powiedział, podchodząc do niej.
- Nie jestem inwalidką - zaprotestowała, chociaż po długiej jeździe czuła mrowienie w kończynach i marzyła jedynie o tym, by położyć się do łóżka, jakiegokolwiek łóżka, i spać przez tydzień.
- Nie bądź taka uparta - skarcił ją, zabierając od niej torbę. Tym razem mu na to pozwoliła i cofnęła się bezradnie, gdy wyciągał także swoją walizkę.
Emma wzięła siatkę z lżejszymi zakupami i ruszyli na prawo od bramy. Imponująca wysokość żeliwa ustąpiła miejsca murkowi sięgającemu klatki piersiowej, a potem nawet i on się skończył, pozostawiając jedynie rzędy drzew, które osłaniały posesję od drogi. Kierując się w stronę domu, Nathan z ograniczonym powodzeniem ciągnął swoją walizkę po trawie.
- Czy to prawdziwa powozownia? - spytał, spoglądając z powątpiewaniem na dodatkowy budynek.
- Tak. Choć już od wieków nie widziała żadnego powozu - wyjaśniła Emma. - Słupki też są oryginalne. - Kiwnęła głową w stronę wspomnianych mosiężnych rzeźbionych elementów przeznaczonych do przywiązywania koni, gdzieniegdzie pokrytych rdzą.
- A dom? - dopytywał Nathan.
Jej oddech przyspieszył, serce zaczęło galopować. Wmawiała sobie, że to ze zmęczenia. Że ten słodko-słony posmak w ustach i ssanie w żołądku to tylko poranne mdłości. Że w miarę jak podchodziła do schodów, a jej wzrok stawał się coraz bardziej mglisty...
- Hej. - Palce Nathana musnęły jej ramię. Podskoczyła, odsuwając się od niego, i rozchyliła ze zdumienia usta.
Wariatka, zachowujesz się jak wariatka, pomyślała, widząc oczyma wyobraźni swoje rozczochrane od wiatru włosy, otwarte szeroko oczy, rozszerzone źrenice. Zacisnęła powieki i wzięła głęboki, uspokajający wdech przez nos.
- Dom, tak. Dom jest... ten został zbudowany w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Oryginalny dom spłonął.
- Dobrze się czujesz? - zapytał Nathan cicho.
- Po prostu wejdźmy do środka - powiedziała.
W górę po schodach. Walizki na bok. Znaleźć klucz. Wsunąć klucz do zamka, opanować trzęsące się ręce...
- Ja to zrobię - oświadczył Nathan, wyciągając jej klucz z dłoni. Obrócił go. Pchnął drzwi. Popatrzył na nią, pytając wzrokiem, czy chce wejść pierwsza. Pokręciła głową. Nie mogła. Ale on już wchodził do środka, a ona złapała go za przedramię, zacisnęła palce na rękawie jego koszuli, wciągnęła powietrze przez zęby. Nie mógł tam wejść. Nikt nie mógł tam wejść.
- Emmo? - zwrócił się do niej pytająco.
- Nic, nic - odpowiedziała, mętnie świadoma, że to nie jest żadna odpowiedź i że on w sumie nie zadał żadnego pytania. - Przepraszam. Idź. - Zwolniła uścisk na jego ręce.
Wciąż wpatrując się bardziej w nią niż przed siebie, Nathan przekroczył próg.
- Jezu - rzucił. Zesztywniała i weszła za nim, przepełniona dziką wściekłością, której nie potrafiła wyjaśnić, jednak kiedy przekroczyła próg, natychmiast się zatrzymała.
Stali w wielkim holu, jak nazywała go jej matka, choć nie był szczególnie okazały. Schody wiodły na górę do sypialni. Pokój dzienny znajdował się po prawej, oficjalny salon-jadalnia po lewej, a na wprost korytarz prowadzący do kuchni, do "pokoju ćwiczeń", w którym znajdowało się najcenniejsze trofeum jej matki - pianino, oraz do gabinetu jej ojca. Witryna z bronią, znajdująca się w holu zawsze, odkąd Emma sięgała pamięcią, nadal stała na swoim honorowym miejscu. W latach świetności wystawiona w niej była ponad połowa kolekcji ojca, zawierająca dubeltówki, strzelby, pistolety, kunsztowną kombinację antyków oraz każdej nowoczesnej broni, która przykuła jego uwagę, lecz aktualnie była pusta.
Jednak to nie jej przyglądał się Nathan. Jego wzrok skupiony był na ścianie po prawej stronie, na której wymalowano jaskrawoczerwone graffiti.
NIECH ŻYJE SZATAN, było napisane, a pod spodem jeszcze: DOM MORDU. Emma widziała końcówkę innego zdania, napisanego w jadalni. Odrętwiała podążyła za nim.
Jadalnia, z jasnoniebieskimi tapetami w pasy i otwartą przestrzenią, była łatwiej dostępna. Wysmarowano tam słowa MORDERCZYNI, ZABÓJCZYNI i PSYCHOLKA, niedbały pentagram oraz coś, co mogłoby być szubienicą. Wszystko zostało namalowane tym samym kolorem, ale dało się rozróżnić kilka charakterów pisma, jak gdyby sprawcy przekazywali sobie puszkę ze sprejem.
- To jest serio popieprzone - stwierdził Nathan. - Powinniśmy się stąd wynosić. Jeśli jest tu ktoś niebezpieczny...
Spojrzała na niego tępo, po czym się roześmiała, zaskakując ich oboje.
- Niech żyje szatan? Mało kreatywnie - powiedziała rozbawionym głosem. - Gabriel wspominał coś o dzieciakach próbujących się włamać - przypomniała sobie. Kiedy to było? W zeszłym roku? Rok wcześniej?
Nagle uświadomiła sobie, że nie uprzedziła go o swoim przyjeździe, jej wnętrze wypełniło oczekiwanie na spotkanie oraz niepokój na myśl o tym, że znów go zobaczy. Nigdy nie wyjechał z Arden Hill. Nawet po tym wszystkim, co się stało.
- Kim jest Gabriel? - zapytał Nathan. - I czemu ktoś miałby wypisywać takie rzeczy? Powiedziałaś... że ludzie myślą... - Wydawał się zagubiony. Na skraju paniki. Ale ona już nie. Wyciągnęła rękę i ujęła dłoń męża, nie puściła jej nawet, gdy się wzdrygnął.
- Chodź ze mną - powiedziała. Odciągnęła go od szpetnego graffiti, od starego dębowego stołu okrytego plastikową narzutą i od chińskiej porcelany nadal wyeksponowanej w zabytkowym regale w rogu. Zaprowadziła go z powrotem do holu i szła dalej, mijając pokój ćwiczeń z zakurzonym pianinem, po czym skierowała się do gabinetu ojca.
Nadal tam były, kilka kroków od drzwi gabinetu: ciemne plamy na dębowej podłodze. Kiedy je zobaczyła, krew nie była już żywą plamą czerwieni. Nawet przez chwilę nie była w stanie sobie wyobrazić, że mogła zrobić cokolwiek, by pomóc swojej matce.
- Tutaj ją znalazłam - powiedziała.
- Kogo? - zapytał Nathan.
- Moją matkę. Tutaj została zamordowana - wyjaśniła Emma, patrząc mu w oczy, ponieważ nie chciała przeoczyć jego reakcji. Musiała wiedzieć, na czym stoi.
Jego twarz wykrzywiło skrępowanie. Przełknął, jego jabłko Adama poruszyło się w górę i w dół.
- Aha - rzucił. Jedna sylaba, która przerwała ciszę. - A twój ojciec...
Kiwnęła, wskazując za jego plecy. Nathan odwrócił się szybko, jak gdyby coś się za nim czaiło, ale był tam tylko pusty hol. Drzwi gabinetu były zamknięte.
- Był w gabinecie, siedział w swoim fotelu. Został postrzelony w głowę.
Takie były fakty. Okrutne, lecz prawdziwe, a ona była w stanie o nich mówić bez załamywania się.
- Myśleli, że ty to zrobiłaś - powiedział Nathan.
- Teoria była taka, że umawiałam się ze starszym chłopakiem, którego moi rodzice nie akceptowali, więc razem ich zabiliśmy. Żeby zeszli nam z drogi albo dla pieniędzy, albo tak po prostu - wyjaśniła Emma. Fakty.
- To oczywiście nie była prawda - rzucił Nathan.
- Oczywiście. - Niekończące się pomieszczenia, na przemian lodowato zimne i upalne. Dorośli, usiłujący ją pocieszać, zastraszać ją, zaprzyjaźniać się z nią, grozić jej. Pod koniec zrezygnowali z zadawania jej jakichkolwiek pytań, poza jednym, kiedy skończyli już snuć teorie na temat tego, co na pewno się wydarzyło: "Czy tak właśnie było?".
Ale nigdy się do niczego nie przyznała.
I nigdy nikomu nie powiedziała.