Nikt mi się nie oprze - Susan Elizabeth Phillips

Reflow text when sidebars are open.
Niejeden mieszkaniec Wynette w stanie Teksas uważał, że Ted Beaudine mógłby się ożenić lepiej. Gdyby przynajmniej matka panny młodej nadal była prezydentem Stanów Zjednoczonych. Ale Cornelia Jorik nie sprawowała urzędu już od ponad roku, a Ted Beaudine to w końcu Ted Beaudine.
Młodsi chcieli, by poślubił multiplatynową gwiazdę rocka, tylko że on miał już kiedyś tę szansę i ją odrzucił. To samo dotyczyło aktorki-celebrytki. Jednak większość mieszkańców sądziła, że powinien wybrać kogoś ze świata sportu, a konkretnie z Kobiecego Związku Zawodowego Golfa. Tymczasem Lucy Jorik nawet w golfa nie grała.
Co nie powstrzymało tutejszych handlowców od nadrukowania portretu państwa młodych na specjalną edycję piłek golfowych. Na dołkowanej powierzchni Ted i Lucy wyglądali na trochę zezowatych, więc turyści - którzy tłumnie ściągnęli do miasteczka, żeby choć rzucić okiem na weekendową uroczystość - wybierali raczej bardziej pochlebne dla narzeczonych ręczniki. Do szlagierów zaliczały się też okolicznościowe talerze i kubki, produkowane masowo przez lokalny klub seniora. Dochód z ich sprzedaży miał iść na remont spalonej biblioteki publicznej.
Ulicami Wynette - rodzinnego miasta dwóch największych sław zawodowego golfa - przechadzało się wiele znakomitości, ale z pewnościa nie był to nikt tak ważny jak były prezydent Stanów Zjednoczonych. Wszystkie hotele i motele w promieniu osiemdziesięciu kilometrów zapełnili politycy, sportowcy, gwiazdy filmowe i najwyżsi urzędnicy państwowi. Wszędzie krążyli agenci Secret Service i stanowczo zbyt wielu dziennikarzy zajmowało cenne miejsca przy barze w Roustabout. Jednak Wynette przeżywało ciężkie czasy, bo lokalną gospodarkę podtrzymywał zaledwie jeden zakład przemysłowy, więc mieszkańcy bardzo doceniali ruch w interesie. Szczególną pomysłowością wykazał się Klub Kiwanis, który po dwadzieścia dolarów sprzedawał miejsca na trybunie ustawionej naprzeciw kościoła prezbiteriańskiego.
Ogół społeczeństwa doznał szoku, kiedy Lucy Jorik, zamiast wziąć ślub w stolicy, wybrała na ceremonię małe teksańskie miasteczko. Ale Ted był w każdym calu chłopakiem z Hill Country i miejscowi nawet nie wyobrażali sobie, że mógłby żenić się gdzie indziej. Pod ich czujnym spojrzeniem wyrósł na mężczyznę, znali go równie dobrze jak własną rodzinę. Nikt w Wynette nie mógł powiedzieć o nim złego słowa. Nawet jego eksdziewczyny potrafiły zdobyć się tylko na westchnienia żalu. Właśnie takim facetem był Ted Beaudine.
Meg Koranda mogła pochodzić z królewskiego rodu Hollywood, niemniej była kompletnie spłukana, bezdomna i w rozpaczliwej sytuacji, co wprawiało ją w nastrój niecałkiem odpowiedni do roli druhny na ślubie najlepszej przyjaciółki. Zwłaszcza że podejrzewała, iż poślubiając pupila Wynette w stanie Teksas, ta najlepsza przyjaciółka popełnia błąd życia.
Przyszła panna młoda właśnie zadeptywała dywany apartamentu w zajeździe Wynette Country, który jej znakomita rodzina objęła we władanie na czas uroczystości.
- Oni nie powiedzą mi tego w twarz, Meg, ale każdy w tym mieście jest przekonany, że Ted popełnia mezalians!
Lucy wyglądała tak smętnie, że Meg zapragnęła ją przytulić albo może sama chciała się w ten sposób pocieszyć. Jednak poprzysięgła sobie nie dodawać własnej biedy do strapień przyjaciółki.
- Ciekawy wniosek jak na tę wiochę, zważywszy, że jesteś najstarszą córką byłej prezydent Stanów Zjednoczonych. Nie takim znowu nikim.
- Adoptowaną córką. Mówię poważnie. Tutejsi ludzie odpytują mnie. Za każdym razem, kiedy tylko wyjdę z domu.
Nie była to dla Meg całkowita nowość, bo po kilka razy w tygodniu gawędziły przez telefon. Jednak rozmowy nie ujawniały zmarszczek napięcia, chyba już na stałe zarysowanych u nasady zgrabnego nosa Lucy. Meg w zadumie skubała jeden ze srebrnych kolczyków, pamiętających - albo i nie - panowanie dynastii Sung, zależnie od tego, czy wierzyć rikszarzowi z Szanghaju, od którego je kupiła.
- Przypuszczam, że jesteś zbyt łaskawa dla zacnych obywateli Wynette.
- To mnie naprawdę denerwuje. Oni starają się być przebiegli, ale nie mogę przejść ulicą, żeby ktoś nie zaczął się dopytywać, czy wiem, w którym roku Ted wygrał amatorskie mistrzostwa Stanów Zjednoczonych albo w jakim odstępie czasu uzyskał stopnie licencjata i magistra. Podstępne pytanie, bo załatwił to za jednym zamachem.
Meg porzuciła college, zanim uzyskała jakikolwiek stopień, więc myśl o zdobyciu dwóch naraz wydała jej się dość obłędna. Z drugiej strony Lucy mogła mieć lekką obsesję.
- To dla ciebie całkiem nowe doświadczenie i tyle. Nie wszyscy ci się podlizują.
- Uwierz, nie ma takiego zagrożenia. - Lucy wepchnęła pukiel jasnobrązowych włosów za ucho. - Na przyjęciu w zeszłym tygodniu ktoś zapytał mnie od niechcenia, jakby to był najzwyklejszy temat towarzyskich pogaduszek, czy przypadkiem znam IQ Teda. Nie znałam, ale sądziłam, że moja rozmówczyni też nie zna, więc strzeliłam: sto trzydzieści osiem. Ale, och, nie... Okazuje się, że popełniłam ogromny błąd. Ponoć ostatnim razem, kiedy go sprawdzano, osiągnął sto pięćdziesiąt jeden. A barman dodał, że Ted miał wtedy grypę, bo inaczej z pewnością poszłoby mu lepiej.
Meg miała ochotę ją zapytać, czy dobrze przemyślała to małżeństwo, ale w przeciwieństwie do niej, przyjaciółka nigdy nie postępowała impulsywnie.
Spotkały się w college'u, kiedy Lucy była bystrą, ale samotną studentką drugiego roku, a Meg zbuntowaną pierwszoroczniaczką, która wiedziała, jak to jest mieć sławnych rodziców, więc rozumiała nieufność nowej znajomej. Jednak stopniowo zżyły się, mimo bardzo różnych charakterów. Meg szybko dostrzegła coś, czego inni nie zauważali. Pod zaciekłą determinacją, by w żaden sposób nie skompromitować rodziny Jorików, biło serce urodzonej buntowniczki. Chociaż widząc Lucy, nikt by się tego nie domyślił.
Delikatne rysy i gęste rzęsy małej dziewczynki sprawiały, że wyglądała młodziej niż na swoje trzydzieści jeden lat. Lśniące brązowe włosy podrosły jej od czasu college'u. Zazwyczaj przytrzymywała je aksamitnymi opaskami, jakich Meg nie włożyłaby za skarby świata. Podobnie nigdy nie wybrałaby wytwornej, obcisłej zielonkawo-błękitnej sukni z czarnym rypsowym paskiem, którą tego dnia miała na sobie przyjaciółka. Długie, szczupłe ciało Meg spowijały płaty połyskliwego jedwabiu, udrapowane i spięte na ramieniu. Klasyczne sandały gladiatorki - rozmiar jedenaście - oplatały jej łydki, a pomiędzy piersiami spoczywał srebrny wisior. Zrobiła go sama z tabakiery na betel, którą wypatrzyła kiedyś na targowisku w centralnej części Sumatry. Całości dopełniały kolczyki z czasów dynastii Sung, najprawdopodobniej fałszywe, oraz cała kolekcja bransoletek, nabytych za sześć dolarów w T.J. Maxx i upiększonych afrykańskimi koralikami. Modę Meg miała we krwi.
I dochodziła do niej krętą ścieżką, jak mawiał jej wuj, słynny nowojorski projektant.
Lucy bawiła się skromnym sznurkiem pereł wokół szyi.
- Ted jest... On jest najbliższy temu, do czego doszedł świat, wymyślając ideał mężczyzny. Tylko spójrz na mój ślubny prezent. Kto ofiarowuje swojej oblubienicy kościół?
- Muszę przyznać, to robi wrażenie. - Wcześniej tego popołudnia Lucy pokazała przyjaciółce opuszczony drewniany kościółek, przycupnięty przy końcu wąskiej drogi na peryferiach Wynette. Ted kupił go, żeby uchronić przed rozbiórką, a potem mieszkał w nim przez kilka miesięcy, kiedy trwała budowa jego obecnego domu. Chociaż teraz nieumeblowany, kościółek był czarującą starą budowlą i Meg bez trudu rozumiała, dlaczego Lucy go uwielbia.
- Powiedział, że każda mężatka musi mieć swój prywatny kącik, żeby pozostać przy zdrowych zmysłach. Możesz sobie wyobrazić większą troskliwość?
Meg nasuwała się bardziej cyniczna interpretacja. Jaką lepszą strategię mógłby przyjąć bogaty mężczyzna, gdyby zamierzał urządzić dla siebie ustronne lokum? Ale odparła tylko:
- Faktycznie, niewiarygodne. Nie mogę się doczekać, kiedy go poznam. - W duchu przeklinała szereg osobistych i finansowych kryzysów, które przeszkodziły jej wskoczyć do samolotu, żeby spotkać się z wybrańcem Lucy już parę miesięcy temu. Nie dotarła nawet na wieczór panieński, a na ślub musiała jechać z Los Angeles gratem kupionym od ogrodnika rodziców.
Wzdychając, Lucy przysiadła obok niej na sofie.
- Jeśli zamieszkamy w Wynette, zawsze już będę nieudacznicą.
Meg dłużej nie mogła się powstrzymywać i uściskała przyjaciółkę.
- Nigdy nie byłaś nieudacznicą. Ocaliłaś siebie i swoją siostrę od dzieciństwa w rodzinach zastępczych. Mistrzowsko odnalazłaś się w Białym Domu. A jeśli chodzi o umysł... masz stopień magistra.
Lucy poderwała się z sofy.
- Który zdobyłam dopiero po licencjacie.
Meg zignorowała ten przejaw szaleństwa.
- Twoja praca na rzecz dzieci niejednemu z nich zmieniła życie. Moim zdaniem, takie rzeczy liczą się o wiele bardziej niż jakieś astronomiczne IQ.
- Kocham go, ale czasami... - odparła z westchnienie Lucy.
- Co?
Machnęła dłonią. Jej świeżo wymanikurowane paznokcie lśniły najbledszym różem, przeciwieństwem szmaragdowozielonego lakieru, który obecnie preferowała Meg.
- To bzdury. Przedślubna trema. Nie przejmuj się.
Niepokój Meg przybierał na sile.
- Lucy, od dwunastu lat jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. Znamy swoje najgorsze sekrety. Jeśli coś...
- Właściwie wszystko jest w porządku. Po prostu denerwuję się ślubem i całym tym zainteresowaniem, które wzbudza. Dziennikarze są dosłownie wszędzie. - Usiadła na brzegu łóżka i przytuliła do piersi poduszkę, tak jak za czasów college'u, kiedy czymś się gryzła. - A... a jeśli Ted okaże się dla mnie za dobry? Jestem inteligentna, ale on jest inteligentniejszy. Jestem ładna, ale on jest olśniewający. Staram się być przyzwoitym człowiekiem, ale on jest praktycznie święty.
Meg zdusiła narastające uczucie złości.
- Zrobili ci pranie mózgu.
- Wszyscy troje dorastaliśmy pod opieką sławnych rodziców. Ty, ja i Ted... Ale Ted zbił własną fortunę.
- Niezbyt sprawiedliwe porównanie. Ty pracowałaś w organizacjach non profit. To słaba odskocznia do kariery multimilionerki. - Lucy utrzymywała się sama, z czym Meg nigdy sobie nie radziła, bo była zbyt zajęta jeżdżeniem w różne odległe miejsca pod pretekstem studiów nad lokalną specyfiką i etnicznymi rzemiosłami. W rzeczywistości traktowała te podróże jak dobrą zabawę. Kochała swoich rodziców, ale nie podobało jej się, że w taki sposób się od niej odcięli. I dlaczego akurat teraz? Może gdyby zrobili to, kiedy miała dwadzieścia jeden lat a nie trzydzieści, nie czułaby się kompletną ofiarą losu.
Lucy oparła drobny podbródek o brzeg poduszki, która zmarszczyła się wokół jej policzków.
- Rodzice go ubóstwiają, a przecież wiesz, jaki mieli stosunek do facetów, z którymi się spotykałam.
- Nawet w przybliżeniu nie tak otwarcie wrogi jak moi do tych, z którymi ja się umawiam.
- Bo ty się umawiasz z koszmarami światowej klasy.
W tej kwestii Meg nie mogła się spierać. Stosunkowo niedawno do grona jej wybrańców dołączyli schizoidalny surfer, którego spotkała w Indonezji, i australijski przewodnik raftingowy z poważnym problemem kontrolowania gniewu. Niektóre kobiety uczą się na swoich błędach. Najwyraźniej ona nie była jedną z nich.
Lucy cisnęła poduszkę na bok.
- Ted dorobił się majątku w wieku dwudziestu sześciu lat, bo wynalazł jakiś genialny system oprogramowania, który pomaga lokalnym społecznościom zapobiegać marnotrawstwu energii. To wielki krok w kierunku stworzenia krajowej sieci czystej elektryczności. Teraz może przebierać w ofertach prac konsultingowych. Kiedy jest w domu, jeździ starym fordem furgonetką z wodorowym ogniwem paliwowym, które sam skonstruował, podobnie jak system klimatyzacji napędzany energią słoneczną i masę innych niezrozumiałych dla mnie urządzeń. Masz pojęcie, ile wynalazków Ted opatentował? Nie? Cóż, ja też nie, chociaż jestem pewna, że w Wynette wie to każda ekspedientka ze spożywczego. Najgorsze, że nic go nie jest w stanie rozwścieczyć. Nic!
- Zupełnie jak Jezus. Tyle że bogaty i seksowny.
- Uważaj, Meg. W tym miasteczku za żarty z Jezusa możesz zarobić kulkę. Nigdy nie widziałaś tylu uzbrojonych wiernych. - Jej spłoszona mina sugerowała, że Lucy mogła się niepokoić, by samej nie oberwać.
Zbliżała się pora próby w kościele, więc Meg nie miała już czasu na subtelności.
- A co z waszym życiem intymnym? Irytująco skąpiłaś mi szczegółów, poza informacją o tym głupim trzymiesięcznym seksualnym moratorium, przy którym się uparłaś.
- Chcę, żeby nasza noc poślubna była czymś wyjątkowym. - Lucy przygryzła dolną wargę. - Ted jest najbardziej niesamowitym kochankiem, jakiego kiedykolwiek miałam.
- Nie najdłuższa lista na świecie.
- On już przeszedł do legendy. I nie pytaj, skąd o tym wiem. To kochanek marzeń. Całkowicie pozbawiony egoizmu. Romantyczny. Taki, który domyśla się, czego kobieta chce, jeszcze zanim sama to sobie uświadomi. - Westchnęła przeciągle. - I jest mój. Na całe życie.
Jednak wcale nie wyglądała na tak uszczęśliwioną tym faktem, jak można by się było spodziewać. Meg podciągnęła pod siebie kolana.
- Musi mieć chociaż jedną wadę.
- Żadnej.
- Czapka baseballowa daszkiem do tyłu. Poranny oddech. Sekretne upodobanie do Kida Rocka. Musi coś być.
- Hm... - Wyraz bezradności przemknął po twarzy Lucy. - Ted to ideał. I to jest właśnie problem.
Meg od razu pojęła, w czym rzecz. Lucy nie umiała zaryzykować, że rozczaruje ludzi, których kocha, a teraz jej przyszły mąż stał się jeszcze jedną osobą, której oczekiwania musiała spełnić.
Matka Lucy, była prezydent Stanów Zjednoczonych, wybrała właśnie ten moment, żeby wetknąć głowę do sypialni.
- Kochane, już pora iść.
Meg poderwała się z sofy. Chociaż dorastała wśród znanych osobistości, w obecności prezydent Cornelii Case Jorik, nigdy nie przestała odczuwać szacunku połączonego z lekką obawą.
Spokojna, arystokratyczna twarz Nealy Jorik, jej rozjaśnione włosy o barwie miodu i kostiumy od wybitnych projektantów były powszechnie znane z tysięcy fotografii, ale tylko nieliczne zdjęcia ukazywały za wpiętą w klapę amerykańską flagą prawdziwą osobę, skomplikowaną kobietę, która kiedyś uciekła z Białego Domu, żeby powłóczyć się po kraju, dzięki czemu spotkała Lucy i jej siostrę Tracy, a także swego ukochanego męża, dziennikarza Mata Jorika.
Nealy wpatrywała się w nie.
- Widzieć was razem... Wydaje się, że zaledwie wczoraj obie byłyście studentkami. - Warstewka łez rozrzewnienia zmiękczyła stalowy błękit oczu przywódczyni wolnego świata. - Meg, zawsze byłaś dla Lucy dobrą przyjaciółką.
- Ktoś musiał.
Pani prezydent się uśmiechnęła.
- Przykro mi, że twoi rodzice nie mogli przyjechać.
Meg wcale nie było przykro.
- Nie potrafią długo bez siebie wytrzymać, a tylko teraz mama miała szansę wyrwać się z pracy, żeby skoczyć do taty, dopóki kręci zdjęcia w Chinach.
- Z niecierpliwością czekam na jego następny film. Twój ojciec jest kompletnie nieprzewidywalny.
- Rodzice na pewno żałują, że nie mogą widzieć ślubu Lucy - odparła Meg. - Zwłaszcza mama. Zresztą pani wie, jaki ona ma do niej stosunek.
- Taki sam, jak ja do ciebie - odparła pani prezydent. Zbyt uprzejmie, bo w porównaniu z przyjaciółką Meg okazała się wielkim rozczarowaniem. Jednak obecny moment nie wydawał się najwłaściwszy, by roztrząsać dawne porażki i ponurą przyszłość. Meg musiała się zastanowić, bo narastało w niej przekonanie, że jej najlepsza przyjaciółka znalazła się o krok od popełnienia pomyłki życia.
Lucy zdecydowała, że będzie mieć tylko cztery druhny, swoje trzy siostry i Meg. Czekając na pana młodego i jego rodziców, wszyscy zgromadzili się przed ołtarzem. Holly i Charlotte, biologiczne córki Mata i Nealy, skupiły się koło matki i ojca, razem z przyrodnią siostrą Lucy, osiemnastoletnią Tracy i ich adoptowanym siedemnastoletnim afroamerykańskim bratem, Andre. Kiedyś w swojej poczytnej rubryce Mat oświadczył: "Skoro rodziny mają rodowody, nasza to amerykański mieszaniec". Meg ścisnęło w gardle. Chociaż jej bracia budzili w niej poczucie niższości, teraz za nimi tęskniła.
Nagle drzwi kościoła rozwarły się. I stanął w nich on: ciemna sylwetka na tle zachodzącego słońca. Theodore Day Beaudine.
Rozległ się dźwięk trąbek. Autentyczne trąbki dmące Hallelujah.
- Jezu! - szepnęła Meg.
- Wiem - odszepnęła Lucy. - Takie rzeczy zdarzają mu się przez cały czas. Twierdzi, że to przypadek.
Mimo wszystkich opowieści przyjaciółki Meg wcale nie była przygotowana na to, co ujrzała. Ted Beaudine miał idealnie zarysowane kości policzkowe, nieskazitelnie prosty nos i kwadratową szczękę filmowego gwiazdora. Śmiało mógłby zstąpić z billboardu na Times Square, tyle że nie było w nim nic ze sztuczności fotomodeli.
Szedł środkową nawą długim, swobodnym krokiem. Ciemnobrązowe włosy połyskiwały miedzią. Roziskrzone światło z okiennych witraży ciskało mu pod stopy drogocenne klejnoty, jakby zwykły czerwony dywan nie był dla tego mężczyzny wystarczająco dobry. Meg prawie nie zwróciła uwagi na państwa Beaudine'ów, podążających kilka kroków za synem. Nie mogła oderwać oczu od od przyszłego męża swojej najlepszej przyjaciółki.
Niskim, przyjemnym głosem powitał rodzinę narzeczonej. Dźwięk trąbek na balkonie chóru osiągnął apogeum, kiedy Ted się odwrócił. Meg jakby dostała znienacka pięścią w brzuch.
Te oczy... Złocisto-bursztynowe z nutą miodu i ciemnoszarą obwódką. Oczy błyszczące inteligencją i spostrzegawczością. Oczy, które przewiercały na wylot. Stojąc przed nim, czuła, że Ted Beaudine wnika w nią spojrzeniem i zauważa wszystko, co z takim trudem starała się ukryć - jej pozbawione celu życie, nieprzystosowanie, całkowitą porażkę wobec roszczeń do wartościowego miejsca w świecie.
Obydwoje wiemy, że zawsze wszystko zawalasz, mówiły jego oczy, ale jestem pewien, że kiedyś z tego wyrośniesz. A jeśli nie... No cóż... Czego można oczekiwać po rozpieszczonym dziecku Hollywoodu?
Lucy właśnie przedstawiała ich sobie.
- ...cieszę, że wreszcie możecie się poznać. Moja najlepsza przyjaciółka. Mój przyszły mąż.
Meg zawsze była dumna z umiejętności zachowywania pozorów, ale tym razem ledwie się zdobyła na zdawkowe powitanie.
- Uprzejmie proszę o uwagę... - powiedział pastor.
Narzeczony uścisnął rękę Lucy, spoglądając z uśmiechem w uniesioną ku niemu twarz; czułym, zadowolonym uśmiechem, który ani trochę nie zakłócił obojętnego wyrazu jego tygrysich oczu. Niepokój Meg narastał. Jakiekolwiek uczucia żywił Ted do jej przyjaciółki, brakowało wśród nich gorącej miłości, na jaką Lucy w pełni zasługiwała.
Dalsza część rozdziału w pełnej wersji książki