Pewien aspekt wyścigów samochodowych, który dzisiaj jest na porządku dziennym, tak naprawdę pojawił się dopiero we wczesnych latach 70. Przedtem tego nie było. Mam na myśli kupowanie sobie fotela. Z tego, co mi wiadomo, pierwszym kierowcą, który zapłacił za fotel wyścigowy w Formule 1 z własnej kieszeni, był Hiszpan Alex Soler-Roig. Była to druga strona medalu profesjonalizacji wyścigów samochodowych. Trafiało tam coraz więcej pieniędzy, wszystko stawało się większe, bardziej rozbudowane i droższe, przez co słabsze zespoły mogły pozwolić sobie tylko na jednego kierowcę. Kokpit samochodu numer dwa przyjmował tego, kto zapłaci.
W tamtych czasach do najciekawszych zespołów Formuły 2 należał March. Ich podstawowym kierowcą był młody gwiazdor Ronnie Peterson. W rezultacie nie czuli tam szczególnej potrzeby, by ich drugim samochodem koniecznie jeździł ktoś bardzo dobry. Byli gotowi przyjąć kogoś takiego jak ja, pod warunkiem oczywiście, że opłacę sobie te starty. Moje dotychczasowe wyniki były nie najgorsze, umiałem jeździć i prawdopodobnie potrafiłem lepiej uzasadnić powierzenie tego fotela właśnie mnie niż większość innych 21-latków, którzy chcieli się wyrwać z Formuły 3.
Podpisałem kontrakt z Marchem, jeszcze zanim zebrałem żądaną przez nich sumę, czyli 20 tysięcy funtów. Następnie zawarłem kontrakt reklamowy z Erste österreichische Spar-Casse, jednym z głównych austriackich banków. Nie muszę pewnie dodawać, że moje nazwisko rodowe nieco ułatwiło mi negocjacje w tym konkretnym przypadku.
W sezonie 1971 dużo się od Petersona nauczyłem, ale pod koniec tegoż sezonu do uregulowania miałem jeszcze dwie trzecie należnej kwoty, a poza tym potrzebowałem zastrzyku świeżego kapitału, by opłacić sobie fotel w kolejnym sezonie. Uznałem, że powinienem iść na całość i spróbować dogadać z Marchem łączony program startów w Formule 2 i w Formule 1. Zespół był bardzo zadowolony z mojej postawy, ale absolutnie nie byli gotowi zaproponować mi startów za darmo, a o jakimkolwiek wynagrodzeniu dla mnie nie było nawet mowy. Tym razem March podbił cenę do 100 tysięcy funtów.
Odpowiedziałem krótko i rzeczowo: "panowie, nie ma problemu". Jawiłem się jako młody człowiek, który potrafi uporać się z wszelkimi przeszkodami na swojej drodze.
Sponsorujący mnie bank był zadowolony ze zwrotu z inwestycji w postaci reklamy, więc wszystko wskazywało na to, że przedłużenie umowy na kolejny rok jest jak najbardziej możliwe. Dyrektor zarządzający powiedział mi, że bank odnosi się do tego przychylnie, więc poleciałem do Londynu, żeby podpisać kontrakt z Marchem. Po powrocie dowiedziałem się, że cały projekt został odrzucony przez zarząd banku - stary przemysłowiec Mautner Markhof uznał, że powinien wyświadczyć przysługę swojemu wieloletniemu kumplowi, Staremu Laudzie. Mój dziadek bardzo cieszył się z tego rozwoju wydarzeń, ponieważ "młodzieniec miał w końcu pójść po rozum do głowy".
Zadzwoniłem do Starego Laudy i zapytałem, co on sobie wyobraża. W odpowiedzi pojechał klasykiem: "O Laudach powinno się czytać na stronach finansowych, a nie na sportowych". Trzasnąłem słuchawką i już nigdy więcej z nim nie rozmawiałem. Jeśli chodzi o potężnego Mautnera Markhofa, wysłałem do niego pełen wściekłości list, w którym zwymyślałem go tak, jak potrafi tylko młody człowiek. Już nigdy więcej niczego takiego nie napisałem. Tak się złożyło, że Mautner Markhof sam przechodził trudny okres jako przewodniczący Austriackiego Komitetu Olimpijskiego, ponieważ Karl Schranz i Avery Brundage toczyli spór o status amatora przypisywany pierwszemu z nich.
Zacząłem rozmowy z innym bankiem, Raiffeisenkasse, gdzie poznałem człowieka o świetnym wyczuciu tego, co wykonalne jest, a co nie: Karlheinza Oertela. Uruchomił mi linię kredytową na 100 tysięcy funtów powiązaną z umową sponsorską, w ramach której bank zrzekał się oprocentowania kredytu i godził się opłacić moją obowiązkową polisę na życie. Pieniądze przekazałem zespołowi, więc mi nie zostało z tego nic poza olbrzymim zadłużeniem. Pozytywne było w tym wszystkim jedynie to, że zupełnie się tym nie martwiłem. Uznałem, że to właściwy sposób, żeby szybko dostać się tam, gdzie toczy się gra o najwyższą stawkę.
Mieszkałem wówczas z Mariellą Reininghaus w malutkim mieszkanku w Salzburgu. Poznałem ją na nartach w Gastein. Przyjechała tam ze znajomymi z Grazu, wśród których był Helmut Marko. Właśnie zaliczyłem spektakularną wywrotkę, ale naprawdę spektakularną - leżałem z rozrzuconymi rękami i nogami. Mariella pomogła mi się pozbierać i zapytała, czy nic mi nie jest. Powiedziałem, że wszystko ze mną w porządku i od razu zapytałem, czy nie poszłaby ze mną na Jägerball? (W tamtych latach Bal Myśliwych był chyba najbardziej ekscytującym wydarzeniem, jakie Wiedeń miał do zaoferowania swoim jeunesse dorée). Zgodziła się i kilka dni później przyjechała z Grazu do Wiednia.
Na Jägerball wytrzymaliśmy całe dziesięć minut, totalna nuda. Oboje mieliśmy na sobie tradycyjne kostiumy, Mariella przywdziała Dirndl, a ja założyłem krótkie spodnie i muchę, ale wyszliśmy stamtąd i poszliśmy na kawę do tradycyjnej wiedeńskiej kawiarni.
Natychmiast między nami zaiskrzyło i od tamtej pory spędzaliśmy razem prawie 24 godziny na dobę. Wkrótce wprowadziliśmy się do mieszkania w Salzburgu.
Dlaczego Salzburg? Powodów było kilka. Po pierwsze, Salzburg to po prostu przepiękne miasto. Po drugie, miałem już serdecznie dość Wiednia, mojej rodziny oraz tak zwanej wiedeńskiej śmietanki towarzyskiej, zarówno tej młodej, jak i tej starej. Po trzecie, Salzburg leży dobre 280 kilometrów na zachód od Wiednia, a to oznaczało ponad 500 kilometrów mniej jeżdżenia na najważniejsze imprezy wyścigowe i z powrotem.
Mariella była piękna i bardzo inteligentna, a także ułożona i zrównoważona. W tamtych pierwszych, szalonych latach mojego ścigania się jej spokój i racjonalne podejście do życia mocno mi się udzielały, jej towarzystwo miało istotny wpływ na mój charakter. Naprawdę wiele jej zawdzięczam.
Przez większość czasu byliśmy w drodze: Mariella jeździła ze mną praktycznie na wszystkie wyścigi. Jedną z jej niewiarygodnych zalet było to, że potrafiła milczeć, wycofywać się w głąb siebie. Mogła godzinami siedzieć obok mnie w samochodzie i nie odezwać się ani słowem. Gdy zdarzyło mi się zostawić ją samą gdzieś na torze, mogłem założyć, że wrócę tam kilka godzin później i zastanę ją w tej samej pozie.
Nigdy wcześniej i już nigdy później nie wystartowałem w jednym sezonie w tylu wyścigach co w 1972 roku. Formuła 1, Formuła 2, samochody turystyczne, wyścigi długodystansowe - łącznie ?? startów. Mimo wszystko był to sezon rodem z koszmaru, ponieważ mój podstawowy samochód, March w Formule 1, okazał się kolosalnym fiaskiem od strony mechanicznej.
Model 721X, samochód ze skrzynią biegów umieszczoną przed dyferencjałem, był uznawany za projekt iście rewolucyjny. W ekipie March upatrywano w nim przepustki do sukcesu w mistrzostwach świata, maszyny na miarę niezrównanego Ronniego Petersona.
Pierwsze testy modelu 721X odbyły się na torze Jarama, tuż przed Grand Prix Hiszpanii. Za kółkiem usiadł oczywiście Peterson, ale ja też mogłem być obecny. Od samego początku Ronnie kręcił czasy na poziomie Jackiego Stewarta w Tyrrellu, a w tamtych czasach to właśnie Szkot był dla reszty punktem odniesienia. Wszyscy w ekipie byli zachwyceni i najwyraźniej nikt tam nie dopuszczał do siebie myśli, że przez całe dwa dni Stewart miał problemy z amortyzatorem - jego czasy okrążeń nie miały tak naprawdę większego znaczenia. Przysłuchiwałem się, jak Ronnie rozpływa się w zachwytach nad nowym samochodem oraz jak podekscytowany Robin Herd sam się nakręca.
Nazajutrz w końcu osobiście mogłem się przekonać, jak jest. Według mnie nie dało się tym jeździć. Od razu wypadłem z toru, i to nie raz, a dwukrotnie. Samochód zachowywał się niesamowicie agresywnie, szczególnie zdradliwy był tył. W ogóle nie mogłem się z nim dogadać, przez co moje czasy okrążeń były wyraźnie słabsze niż rezultaty Petersona. Tego wieczoru w hotelu Robin Herd usiłował podnieść mnie na duchu: "Gdy będziesz miał tyle doświadczenia co Ronnie, też zapanujesz nad taką maszyną".
Pogadałem z Ronniem, a ten powtórzył, że z samochodem wszystko jest w porządku oraz że źródłem problemów muszę być ja. Mocno mnie to przygnębiło, więc zabrałem Mariellę na kilka dni odpoczynku w Marbelli. Przerwa nie za bardzo mi się przysłużyła, ponieważ całymi dniami i nocami zachodziłem w głowę, dlaczego March 721X i ja się nie dogadujemy. Po raz pierwszy w życiu zabrakło mi pewności siebie: może nie byłem tym fantastycznym kierowcą, za którego się miałem? (Do tego momentu pierwsze bezpośrednie porównania z Ronniem Petersonem były zachęcające - miałem poczucie, że brakuje mi do niego bardzo niewiele, choć nie mam najmniejszych wątpliwości, że myślałem tak tylko ja jeden).
W Grand Prix Hiszpanii wypadliśmy blado, ale March i Ronnie wymyślili jakieś rozbudowane wyjaśnienie. W Monako ostatecznie dotarło do nich, że ich cudowna maszyna pozostawiała wiele do życzenia. Po kolejnej rundzie testów było już jasne, że z samochodem wszystko jest nie tak i żadne przeprojektowywanie w niczym tutaj nie pomoże. Istniało tylko jedno rozwiązanie: należało postawić kreskę na modelu 721X i wyciągnąć wnioski z popełnionych błędów.
Dla mnie wnioski te były bardzo pokrzepiające. Po pierwsze, przekonałem się, że powinienem pokładać większą wiarę w moje wyczucie techniczne. Po drugie, dowiedziałem się, że zdarzają się projektanci, którzy dają się ponieść własnej euforii i idą po bandzie. Po trzecie, przekonałem się, że istnieją znani kierowcy, którzy wolą próbować poskromić samochód trudny w prowadzeniu niż powiedzieć projektantowi wprost, na czym polegają problemy tej maszyny i jak można je naprawić.
Peterson uciekł z tonącego okrętu i przeszedł do Lotusa, a Laudzie w oczy zajrzało widmo potrójnego bankructwa: sezonu pełnego koszmarnych wyników (co nie mogło pozytywnie wpłynąć na mój wizerunek w oczach moich wierzycieli), zadłużenia w wysokości 80 tysięcy funtów (20 tysięcy spłaciłem z tego, co zarobiłem w wyścigach samochodów turystycznych) oraz braku widoków na nowy kontrakt. Owszem, March dostrzegał we mnie jakiś potencjał, ale chcieli wystawiać mnie jedynie w Formule 2, a poza tym miałbym być kierowcą testowym i rezerwowym. Moje miejsce miał zająć ich najnowszy nabytek, Chris Amon.
Ten ostatni element niedobrych wieści dotarł do mnie dopiero pod koniec października, czyli w okresie, gdy kierowca nie może mieć już nadziei na zapewnienie sobie kontraktu na następny sezon. Kierowca, który musiał znaleźć fortunę na opłacenie sobie fotela wyścigowego, a przy tym nie miał na koncie spektakularnych wyników, znajdował się w jeszcze gorszym położeniu.
Kiedy wracałem z Bicester, z mojej ostatniej ostrej rozmowy z ludźmi z Marcha, po raz pierwszy i jedyny przeszło mi przez myśl, żeby ze sobą skończyć. Wiedziałem, że za kilka kilometrów dojadę do skrzyżowania z drogą poprzeczną, za którą znajduje się mur. Wystarczyło, że wcisnę gaz w podłogę.
Na szczęście zdążyłem spojrzeć na to inaczej. Wiedziałem natomiast, że powrót do cywilnego życia nie wchodzi w grę. Nie miałem żadnego wykształcenia, nie miałem zawodu. Byłbym nieszczęśliwy i potrzebowałbym wielu lat na spłacenie długów (co najmniej 20-30 lat, a jeśli wziąć pod uwagę odsetki i wysokość moich potencjalnych zarobków, to pewnie bliżej 40 lat). Czyli wszystko jasne. Nie było dla mnie innej drogi niż wyścigi samochodowe. Tylko taką przyszłość umiałem sobie wyobrazić i tylko ta ścieżka kariery wydawała się mieć jakikolwiek sens. Wiedziałem również, że by zrealizować "Projekt 1973", nie mogę sięgać po kolejne pożyczki. Nie było mowy, żebym miał narobić sobie jeszcze większych długów.
Kiedyś poznałem przelotnie Louisa Stanleya, szefa zespołu BRM. Słyszał o mnie trochę dobrego. Jego ekipa radziła sobie jako tako, mieli dobrych techników i imponujący, acz skomplikowany 12-cylindrowy silnik. Największe sukcesy odnosili w latach 60. i to raczej na początku tamtej dekady - w 1962 roku tytuł mistrzowski w barwach tego zespołu wywalczył Graham Hill, który był fundamentem wciąż napędzającej ich legendy.
Zostałem zaproszony na testy na torze Paul Ricard. Ich kierowcą numer jeden był Clay Regazzoni, barwna postać. Poprosiłem go, żeby pokazał mi tor, a on obwiózł mnie po nim swoim prywatnym Ferrari Daytona. Już na drugim okrążeniu przy niemal 200 kilometrach na godzinę obróciło nas w zakręcie. Byłem wtedy w wieku, w którym takie atrakcje wydają się pożądane.
Same testy przebiegały dość frustrująco, ponieważ przez pierwsze dwa dni do samochodu wpuszczano jedynie Regazzoniego i Verna Schuppana. Ja dostałem mizerne 20 okrążeń trzeciego, ostatniego dnia. Mimo to okazałem się szybszy od Schuppana.
Pierwszą przeszkodę pokonałem i zostałem wezwany do Dorchester w Londynie, gdzie na co dzień stacjonował Stanley. Kawa na ławę: Stanley weźmie mnie do zespołu, ale muszę za to zapłacić. Kierowców, którzy pobierali wynagrodzenie, Stanley już miał (Regazzoniego i Beltoise'a). Schuppan szedł do odstrzału.
Zasugerowałem, że mój sponsor, Oertel i jego Raiffeisenkasse, dalej będą mnie wspierać finansowo, choć podejrzewałem, że nic z tego nie wyjdzie. Od dnia, w którym kwotą 1750 funtów po raz pierwszy poratowała mnie babcia, zadłużałem się coraz bardziej. Znajdowałem się na najlepszej drodze do tego, by spłacać te długi do końca życia. Musiałem raz jeszcze zastanowić się nad moim planem działania.
Zrozumiałem, że tym razem nie mogę liczyć na cały sezon spokoju, że muszę pokazać coś spektakularnego w trzech pierwszych wyścigach - coś na tyle spektakularnego, żeby od razu przeskoczyć z kategorii kierowców płacących do elity kierowców etatowych. Postanowiłem w taki sposób rozłożyć harmonogram moich (nieistniejących jeszcze) wpłat sponsorskich, żeby pierwsza rata pozwoliła mi obsłużyć dotychczasowe zadłużenie. Plan był taki, że zanim będę musiał wpłacić drugą ratę, stanę się już gwiazdą.
Przed Bożym Narodzeniem w 1972 roku Louis Stanley przyjechał do Wiednia, żeby sfinalizować kontrakt. Ewidentnie oczekiwał spotkania z moim sponsorem, więc przekonałem doktora Oertela, żeby ze mną poszedł. Po angielsku w zasadzie nie mówił, więc pełniłem funkcję tłumacza. Rzeczywisty plan postanowiłem zachować dla siebie. Zależało mi na tym, by pożyczkę za nowy sezon w wysokości 80 tysięcy dolarów rozłożyć na trzy raty, z których pierwszą miałem zapłacić wówczas, gdy będę już w stanie uiścić ją z własnych pieniędzy uzyskanych ze startów w BRM i w wyścigach samochodów turystycznych. Gdy trzeba będzie zapłacić drugą ratę, miałem być już gwiazdą mogącą renegocjować warunki pożyczki.
Negocjacje odbyły się na wiedeńskim lotnisku. Łatwo nie było, ale w końcu ustaliłem ze Stanleyem, że zostawię go na chwilę i pojadę uzyskać akceptację mojego sponsora. W swojej książce Behind the Scenes Stanley tak oto opisuje, jak spędził w Wiedniu godziny oczekiwania na mój powrót:
Lauda pojechał po akceptację i promesę przekazania środków. Ja udałem się do Wiednia, posłuchałem kolęd w wykonaniu chóru chłopięcego w katedrze św. Szczepana, pospacerowałem Kärnterstraße, poszedłem na kawę do Sachera, co stanowi ulubioną rozrywkę wiedeńczyków, skosztowałem również Kastanien mit Schlag - gotowanych kasztanów z bitą śmietaną. Później ponownie spotkałem się z Laudą na lotnisku, a ten podpisał kontrakt na uzgodnionych warunkach.
Tak oto powiększyłem moje zadłużenie o kolejne 80 tysięcy funtów, co na koniec 1972 roku dawało już łącznie 160 tysięcy.
Gdyby ktoś zapytał mnie dzisiaj, czy nie uważam, że wsiadanie za kierownicę samochodu wyścigowego przy tak wielkim zadłużeniu było szaleństwem, z pewnością odpowiedziałbym twierdząco. Szaleństwem było jednak to, że dopuściłem do tak dużego nagromadzenia długów - że wpakowałem się w tę trudną sytuację finansową. Nie miało to natomiast żadnego wpływu na moje występy. Gdy wsiadasz do kokpitu, naprawdę nie myślisz o pieniądzach. Poza tym ja do tych moich długów przywiązywałem równie niską wagę jak do fortuny, którą zarabiałem już parę lat później. Pieniądze - czy na plusie, czy na minusie - nigdy nie wpływały na to, jak jeździłem.
Żaden z trzech kierowców BRM nie mógł zaliczyć sezonu ???? do udanych. Najlepszym wynikiem uzyskanym przez nas w ?? startach było czwarte miejsce Beltoise'a. Mnie raz, na Zolder, udało się zająć piąte miejsce, a to oznaczało dwa punkty do klasyfikacji mistrzostw świata - pierwsze w mojej karierze.
Z technicznego punktu widzenia zespół BRM znajdował się w fazie schyłkowej. Ta ekipa już nigdy więcej nie wygrała żadnego wyścigu. Zmagaliśmy się z kolejnymi problemami i niedoróbkami mechanicznymi, z których część wynikała ze zwykłej nieuwagi, a część z niewystarczających nakładów na badania i rozwój. Pod każdym względem zespół był mentalnie zakorzeniony w latach 60.
Louis Stanley stanowił istną karykaturę filantropa sportowego. Możliwość rozmowy z nim występowała tylko w dwóch sytuacjach - albo dzwonił do ciebie w środku nocy (twierdził, że za dnia nie mógł się dodzwonić), albo zapraszał do siebie na popołudniową herbatę w Dorchester. Robiłem tam oszałamiające wrażenie, ponieważ dzięki mojemu cudownemu wychowaniu do perfekcji opanowałem sztukę całowania dam w rękę, więc niezwykle skutecznie obdarowywałem pocałunkami dłoń Frau Stanley.
Zależało mi na tym, żeby coś się zaczęło dziać, chciałem zainteresować Stanleya kwestiami technicznymi. Podczas kolejnej audiencji w Dorchester tłumaczyłem mu, że bestia, z której był tak dumny, produkuje zbyt mało koni mechanicznych jak na jednostkę 12-cylindrową. Słuchał mnie cierpliwie i odpowiadał tak cicho i oficjalnie, że musiałem się bardzo starać, by w ogóle go usłyszeć. Herbatę pochłaniał natomiast w zadziwiającym tempie. Kiedy opróżnił już tyle filiżanek, że musiał iść do toalety, na odchodnym oświadczał, że bezzwłocznie znajdzie rozwiązanie poruszonego przeze mnie problemu technicznego. Wracał po mniej więcej dziesięciu minutach i oznajmiał coś w stylu: "Właśnie rozmawiałem z naszym działem technicznym. Wyciągnęliśmy dodatkowe 20 koni z układu wydechowego".
Tak oto rozważania techniczne były ucinane. Kwestionowanie prawdziwości jego zapewnień było nie do pomyślenia. W następnym wyścigu oczywiście żadnych dodatkowych 20 koni nie było - nie wyciągnięto ich ani z układu wydechowego, ani w żaden inny sposób.
Gdy jeździłem w BRM, pozostawałem pod nieodpartym wrażeniem, że posiadanie zespołu Grand Prix stanowiło zbytek, bardzo mocno ograniczany finansowo przez rodzinę Owenów. Nie znajduję żadnego innego uzasadnienia dla tamtego zupełnie obojętnego podejścia do kwestii technicznych. Na przykład pompy paliwa padały nam regularnie. Mechanicy mówili, że pochodziły jeszcze z drugiej wojny światowej. Gdy zapytałem, czy to te same, z których korzystali Pedro Rodríguez i Jo Siffert, odparli, że prawdopodobnie tak.
W tej sytuacji dalsze próby motywowania Louisa Stanleya uznałem za bezcelowe. Kwestie techniczne w ogóle go nie interesowały, za to lubował się w swojej roli właściciela i pojawiał się na wszystkich wydarzeniach towarzyskich, stanowiących nieodłączny element tego sportu. Należał do wymierającego pokolenia. Ani technicznie, ani komercyjnie nie był właściwym człowiekiem, by wprowadzać w nową erę zespół, który kiedyś mógł się pochwalić takimi sławami jak Fangio, Hawthorn, Behra, Brooks, Trintignant czy Stirling Moss.
Moje dochody ze startów w wyścigach samochodów turystycznych - gdzie jeździłem w odnoszącym sukcesy zespole BMW-Alpina - ledwo starczyły na pokrycie pierwszej raty uzgodnionej w kontrakcie z BRM. Drugą ratę miałem uiścić w maju, ale nie miałem już grosza przy duszy. Topór wierzycieli miał spaść na moją głowę tuż po Grand Prix Monako. W treningu wykręciłem szósty czas, pokonując dwóch pozostałych kierowców BRM. W wyścigu jechałem na trzecim miejscu - za Jackiem Stewartem i Emersonem Fittipaldim - przez całe 25 okrążeń, jednak wtedy padła mi skrzynia biegów. Mimo wszystko to był mój wyścig.
Tego wieczoru Stanley zaproponował, żebyśmy zapomnieli o kolejnej racie. Stwierdził, że zespół będzie mi płacił za jazdę w ich samochodzie, o ile zobowiążę się do spędzenia dwóch kolejnych sezonów w BRM.
Nie miałem innego wyboru. Zgodziłem się.
Okazało się, że zwróciłem wtedy uwagę Enzo Ferrariego, który wyścig w Monako oglądał w telewizji. Postanowił się upewnić, że chce właśnie mnie, więc osobiście pofatygował się na Zandvoort. Akurat było tam deszczowo, a ja byłem najszybszy na treningu.
Zandvoort 1973 to wyścig tragiczny, podczas którego miliony telewidzów oglądały, jak Roger Williamson powoli umiera w płomieniach. O tym dniu powiedziano i napisano tak wiele, że chciałbym się tutaj nad nim pochylić i wyjaśnić pewne nieporozumienia.
Po wyścigu mówiono, że jestem bezwzględny i że mam gdzieś to, że jakiś kierowca płonie żywcem. Tak przy okazji napomknę, że Roger nie był "jakimś kierowcą", tylko jednym z najmilszych facetów na świecie. Tak po ludzku go lubiłem, utrzymywałem też bliską znajomość z jego sponsorem, Tomem Wheatcroftem, człowiekiem uprzejmym i inteligentnym. Przyjaźniliśmy się jeszcze z czasów Formuły 3, to nie była zwykła znajomość z torów wyścigowych.
Żeby zrozumieć, co tam zaszło, tragedię tę należy przeanalizować z zupełnie innych punktów widzenia.
Zacznijmy od tego, co się faktycznie wydarzyło. Na ósmym okrążeniu samochód Williamsona nieoczekiwanie wypada z toru w jego szybkim, lecz zwykle nieproblematycznym fragmencie. W toku późniejszego dochodzenia ujawniono na nawierzchni ślady, które mogły sugerować awarię zawieszenia, ale równie dobrze mogło chodzić o problemy z oponą - błąd kierowcy należy raczej wykluczyć. Samochód uderza w barierę i zostaje wyrzucony z powrotem na tor, kilkakrotnie koziołkuje. Zatrzymuje się do góry kołami, oparty o barierę energochłonną po drugiej stronie toru.
Teraz przeanalizujmy, co widział David Purley. Purley, najlepszy przyjaciel Williamsona, w chwili wypadku jedzie tuż za nim. Wszystko widzi. Daje po hamulcach, zjeżdża na porośnięte trawą pobocze i biegnie do samochodu przyjaciela. Bolid Williamsona w tym momencie już płonie, ale płomienie nie są jeszcze szczególnie alarmujące. Purley podejmuje intensywne próby przewrócenia maszyny Williamsona na koła, ale brakuje mu siły, by zrobić to w pojedynkę. Porządkowi i strażacy zamiast mu pomóc odciągają go od wraku. W transmisji telewizyjnej widać, jak Purley raz za razem ciągnie ich do rozbitego samochodu, ale nikt mu nie pomaga. Szarpie się na próżno. Zdenerwowani kibice usiłują przedostać się przez ogrodzenie, ale uniemożliwia im to policja. Kierowcy na prostej startowej sygnalizują wypadek sędziom, jednak ci nie wiedzą, jak interpretować te gesty. Nie ma połączenia telefonicznego, nie ma sygnału do przerwania wyścigu, nic nie ma. Na miejscu wypadku samotnie walczy David Purley, co na żywo pokazuje telewizja.
Teraz opowiem, co widzieliśmy my, pozostali kierowcy. Płomienie i dym nie pozostawiają żadnych wątpliwości - miał miejsce poważny dzwon. Widzimy jednak, że kierowca wydostał się z wraku i próbuje gasić pożar. Tak naprawdę to Purley usiłujący ratować Williamsona, ale my nie możemy tego wiedzieć, ponieważ samochód Purleya stoi na trawie, poza naszym polem widzenia (być może zasłaniał go dym, trudno jest mi to już sobie przypomnieć).
Kiedy później dowiedzieliśmy się, co się tam stało, wszyscy byliśmy wstrząśnięci. Do śmierci nie zapomnę widoku skulonej postaci Toma Wheatcrofta, który zalewał się łzami. Później okazało się, jak różne były perspektywy kierowców i telewidzów. Miliony oglądające nasz sport w telewizji śledziły haniebne widowisko, w którym - z wyjątkiem Davida Purleya - kierowcy nie kiwnęli nawet palcem, by ratować jednego z nich, tylko nabijali kolejne kółka, trzy- lub czterokrotnie mijając miejsce tragedii i się nie zatrzymując.
Często uważa się nas za gruboskórnych, egoistycznych i wyrachowanych, ale zapewniam, że każdy z nas zrobiłby wszystko, co w jego mocy, by wyciągnąć drugiego kierowcę z płonącego wraku. Niestety w przypadku Rogera Williamsona doszło do zbiegu najróżniejszych czynników: koszmarnie niewłaściwej postawy porządkowych, tchórzostwa, braku informacji, niekompetentnego kierowania wyścigiem oraz tego, że kierowcy całkowicie błędnie zinterpretowali to, co widzieli na własne oczy.
Bezpośrednio po wyścigu powiedziałem kilka nieprzemyślanych słów, które wyciągano mi potem przez wiele lat. Dzisiaj, gdy minęło już tyle czasu, mogę powiedzieć tylko tyle, że nie było moim zamiarem wyjść na cynika czy aroganta. Wszyscy byliśmy skrajnie wstrząśnięci, a dosłownie chwilę później oblegli nas dziennikarze. W takich okolicznościach nietrudno jest rzucić jakąś gburliwą odpowiedź, żeby pozbyć się niechcianego, agresywnego rozmówcy. Zandvoort 1973 wspominam jako jeden z najmroczniejszych dni w całej mojej karierze zawodowej.
W lipcu 1973 roku Enzo Ferrari nie miał już wątpliwości - chciał, żebym dla niego jeździł. Wysłał emisariusza z tą właśnie wiadomością.
Ferrari i BRM - cóż za kontrast! Dziennikarz Helmut Zwickl zauważył wówczas, że to trochę tak, jak gdyby porównywać NASA z grupą miłośników latawców...
Oczywiście, że chciałem przejść do Ferrari, ale byłem związany kontraktem z BRM na dwa kolejne sezony. Długo się nad tym zastanawiałem i ostatecznie znalazłem trzy dobre powody, by jesienią 1973 roku złamać uzgodnienia z BRM. Całą tę sytuację zracjonalizowałem sobie następująco: po pierwsze, Louis Stanley zalegał mi z wypłatą wynagrodzenia (wtedy było powszechnie wiadomo, że BRM grubo zalega z regulowaniem zobowiązań); po drugie, z każdego kontraktu można się wykupić, o ile ma się na to fundusze (a Ferrari było gotowe dać mi pieniądze na uregulowanie kary umownej za wcześniejsze rozwiązanie kontraktu); po trzecie, w całej ekipie BRM brakowało motywacji i pomysłów technicznych (nie ulegało wątpliwości, że upadek tego zespołu pozostaje już tylko kwestią czasu).
Nie mogłem się raczej spodziewać, że Louis Stanley będzie mi życzył powodzenia. Jego zespół zniknął ze sceny wyścigowej, pozostawiając po sobie jedynie dumny dorobek znakomitych kierowców z lat 60. Sam Stanley regularnie pojawiał się w środowisku, a po moim wypadku na Nürburgringu w 1976 roku zaproponował mi usługi najlepszego brytyjskiego chirurga. Później, w Londynie, miałem sposobność osobiście podziękować mu za tę jakże hojną ofertę. Gdy dzisiaj wspominam moje kontakty i relacje z Louisem Stanleyem, mniej pamiętam go jako nieporadnego mecenasa wyścigów, a bardziej jako dżentelmena z krwi i kości.