Nightshade - Autumn Woods

Kup ebooka

43.90 zł
35.56 zł (43,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1OPHELIA

W tygodniu, kiedy zabito mojego ojca, obiecałam mu, że moja noga nigdy nie postanie na Uniwersytecie Sorrowsong.

Złożyłam mu mnóstwo obietnic, od tych nudnych i zwyczajnych po abstrakcyjne i emocjonalne. Że nie będę zostawiać zapalonego światła w swoim pokoju, że będę podążać za wszystkimi moimi marzeniami. Że nie będę zbyt długo brała prysznica, że zawsze będę kochać siebie.

Moja obecność tutaj symbolizuje upadek ostatniej kostki domina w szeregu niedotrzymanych obietnic.

Brama prowadząca na teren uczelni zdaje się we mnie wpatrywać, rzucając mi wyzwanie, abym zrobiła jeszcze jeden krok. Mewy nad moją głową odfruwają wraz z żałosnym krzykiem, mając na tyle rozumu, aby oddalić się od wybudowanego w dolinie zamku szybciej niż ja.

Dreszcz przeszywa mnie na wskroś, gdy od strony jeziora zaczyna napływać gęsta mgła, a słońce bezskutecznie próbuje się przebić przez zasnuwające niebo szare chmury. Pomimo pogody i tak daję radę odczytać napis pod herbem uczelni.

Scientia potentia est. Wiedza to potęga.

Moje parsknięcie staje się białą smugą w mroźnym powietrzu. Dla uniwersytetu to nie jest zaskakujące motto. Tyle że w Sorrowsong oznacza coś innego niż na pozostałych uczelniach. Tutaj nie chodzi o lek na raka albo szybsze sposoby na dotarcie na księżyc, lecz o szantaż. Papierowe teczki wymieniane w mrocznych alejkach, interesy prowadzone w podziemiu.

W Sorrowsong najbogatszych synów i córki świata kształtuje się na podobieństwo zdemoralizowanych rodziców, a powietrze przesyca woń zmarnowanego potencjału.

Plecak podróżny z całym moim dobytkiem wydaje z siebie niespokojne westchnienie, kiedy stawiam go na ziemi, aby rozmasować bolesne odciski na ramionach. Mimo wycia wiatru i dziwnie kojącego bębnienia deszczu o liście słyszę w oddali gwar innych nowych studentów zmierzających przez most zwodzony w stronę fasady zamku. Jestem już spóźniona, kiedy jednak brama się otwiera, nie potrafię się zmusić, aby przez nią przejść.

Na dnie mojej świadomości kryje się przygnębiająca prawda. W ogóle nie chcę tu być.

Ale nie mam wyboru.

Decyzja nie należała do mnie. Nie jest tak, że stanęłam na rozstaju dróg i starannie wybrałam swoją ścieżkę. Los sprowadził mnie pod te misternie zdobione, czarne wrota. Teraz to ode mnie zależy, czy je przekroczę.

Żyją we mnie dwie dziewczyny: jedna trzyma się kurczowo resztek nadziei, druga zaś pragnie puścić z dymem cały świat. Jedna ciągnie mnie do tyłu, druga pcha w przód.

Stoję jak wrośnięta w ziemię.

Z wewnętrznej debaty wyrywa mnie głośny klakson samochodu, a na wyboistym terenie przede mną pojawia się mój cień. Odwracam się szybko i w zacinającym deszczu staję twarzą w twarz z dwoma jasnymi światłami, z każdą sekundą coraz bliżej mnie. Spanikowana zamieram i zamykam oczy, szykując się na uderzenie.

Tyle że do niego nie dochodzi. Rozlega się jedynie pisk hamulców, a moje uda delikatnie całuje chłodny metal. Unoszę powieki i moje spojrzenie napotyka... anioła? Pochylającą się przede mną kobietę odzianą w srebrną szatę.

Ducha Ekstazy.

Figurka jest delikatna, niemal przepraszająca, nie tak jak reszta klasycznego Rolls-Royce'a Phantoma, którego centymetry dzieliły od wgniecenia mnie w błotnistą drogę. Kurtyna deszczu w blasku reflektorów czyni kierowcę anonimowym, lecz dobiegający zza opuszczonej szyby głęboki, pełen gniewu głos sprawia, że jeżą mi się włoski na karku.

- Co ty, do kurwy nędzy, wyprawiasz? Próbujesz się zabić?

Próbuję? Może i tak. Nie da się ukryć, że moje próby przechodzenia przez tory kolejowe i wyciągania racuszków z tostera są ostatnimi czasy dość nieporadne.

- Co j a wyprawiam?! A co t y wyprawiasz, pędząc tak wąską drogą we mgle?! - odkrzykuję, podnosząc z mokrym plaśnięciem plecak i schodząc na bok.

Czarny Phantom podjeżdża odrobinę, tak że lusterka boczne równają się z moją trzęsącą się postacią. Pochylam się, aby zobaczyć kierowcę, i drżącą dłonią osłaniam oczy przed deszczem.

Na jego widok mój żołądek fika koziołka, a gdzieś w oddali miga znak ostrzegawczy.

Facet za kierownicą wcale nie uspokaja mojego dudniącego serca. Wygląda tak, jakby wcześniej tego ranka został wyciągnięty z sali zarządu na Wall Street. W koszuli tak świeżej jak otaczające mnie powietrze i z linią żuchwy ostrą jak brzytwa wystukuje wiadomość w telefonie, jak gdyby fakt, że o mało mnie nie zabił, stanowił jedynie kolejną niedogodność w jego grafiku.

Kiedy jednak baczniej mu się przyglądam, dostrzegam skazy na wizerunku bankiera inwestycyjnego, jaki dla niego stworzyłam. Spod podwiniętych rękawów koszuli wylewa się czarny atrament. Na muskularnych przedramionach tańczą pnącza, kwiaty i kruki, a spod rozpiętej pod szyją koszuli wygląda skrzydło kolejnego ptaka. Ciemne włosy ma potargane i opadające falami na czoło. Wygląda na trochę ode mnie starszego.

Dreszcz niepokoju przebiega mi po karku i na moment paraliżuje mnie spojrzenie intensywnie zielonych oczu, w których irytacja zamienia się w ciekawość, kiedy odkłada telefon do schowka między siedzeniami i dostrzega, w jak opłakanym stanie jestem.

Między nami rozciąga się cisza i nieznajomy pochyla lekko głowę, aby lepiej mi się przyjrzeć. W posępnym świetle deszczowego dnia wygląda niemal jak istota nie z tego świata.

Coś głęboko w mojej piersi krzyczy, abym uciekała.

Jego spojrzenie przenosi się ze mnie na ponurą ścieżkę, po czym znowu wraca do mnie. Ciekawość ustępuje miejsca emocji, przed którą instynktownie cofam się o krok.

- Wolisz zginąć niż tam wejść? - pyta.

Na jego twarzy pojawia się swobodny uśmiech. Aksamitny baryton jego głosu budzi we mnie niepokój - nie współgra ani z jego aurą, ani z szelmowskim błyskiem w oku. Jego akcent pozostaje dla mnie zagadką.

Odklejam od ust mokre pasmo włosów, mierząc go nieufnym spojrzeniem.

- Coś w tym stylu.

Dwoma palcami wrzuca wsteczny bieg.

- Cofnę się. Mogę zrobić tak, aby wyglądało to na wypadek. Byłabyś trzecią, którą dziś załatwiłem.

Uśmiechnęłabym się, gdybym twarzy nie miała tak wysmaganej przez przejmujący wiatr.

- Fantastycznie. Tylko po wszystkim zepchnij mnie, proszę, z mostu.

- Słyszałem, że rybom przyda się karma. - Idealnie skrojona koszula opina szeroką klatkę piersiową nieznajomego, kiedy ten się odchyla, aby odblokować drzwi od strony pasażera. A kiedy leniwie opiera rękę o opuszczoną szybę od swojej strony, mojemu spojrzeniu nie umyka znajdujący się na nadgarstku zegarek Patek Philippe. - Wskakuj.

Pośród woni mokradeł i skąpanego w deszczu lasu uderza mnie fala zapachu skóry i dymu. Cała jego postać wręcz krzyczy starym bogactwem i reprezentuje on sobą dokładnie taki typ człowieka, którego miałam unikać zgodnie z obietnicą złożoną matce i ojcu. Na dnie świadomości pojawia się ponury cień żałoby, lecz uderzenie plecaka o plecy, gdy zarzucam go na ramię, przywraca mi na tyle rozsądku, aby odejść.

Jednak od razu dogania mnie spojrzenie zielonych oczu i arogancki uśmiech, a niecierpliwe palce bębnią o drzwi samochodu.

- Co się stało, rybia karmo? Boisz się tego, jak jeżdżę?

Zatrzymuję się i odwracam w jego stronę.

- Czy jest jakiś powód, dla którego tak desperacko pragniesz zwabić do swojego auta niewinną dziewczynę?

- Niewinną - powtarza.

Testuje to słowo. Pozwala, aby wisiało między nami, i czeka, aż ugnę się pod ciężarem mojego kłamstewka. Mamroczę pod nosem przekleństwo i macham na pożegnanie, ale samochód z cichym pomrukiem silnika rusza do przodu i zatrzymuje się na mojej ścieżce. Jako że droga odwrotu jest teraz zablokowana, zerkam na las znajdujący się po obu stronach błotnistej drogi.

W Posępnym Lesie czają się złe rzeczy, Ophelio. Nigdy tam nie chodź.

Złe rzeczy czają się także w luksusowych samochodach, mamo, ale nie ma cię tu teraz, abyś mogła mi pomóc.

Odwracam się tyłem do nieznajomego i obchodzę maskę auta, krzywiąc się na widok każdego kamienia, kałuży i gałązki. Dźwięk otwieranych drzwi sprawia, że serce podchodzi mi do gardła. Spanikowana oglądam się przez ramię. Chłopak z gracją pantery wyślizguje się z samochodu.

Powinnam była wybrać las.

W moją stronę zmierza ponad metr osiemdziesiąt mięśni, a każdy ruch jest płynny i przemyślany. Odruchowo sięgam po kryjący się w kieszeni scyzoryk. Dwa czarne buty zatrzymują się tuż przed moimi i czuję, jak ucho łaskocze mi gorący oddech nieznajomego.

- Tak z ciekawości: gdzie byś mnie dźgnęła?

Utrzymuję niewzruszony ton, choć serce trzepocze mi niespokojnie. Nawet go nie pytam, skąd wiedział o scyzoryku. Sprawia wrażenie osoby, przed którą czoło chyli samo przeznaczenie.

- Przypuszczalnie w krtań. To chyba jedyny sposób, abyś się w końcu zamknął.

Jego śmiech, ciepły i gęsty niczym miód, łagodzi uczucie chłodu na mojej skórze. Nim zdążę zareagować, cztery palce wsuwają się pod pasek plecaka i jednym ruchem przerzucają go na tylne siedzenie samochodu. Dłonie w kieszeniach kurtki zaciskam w pięści.

- Oddaj mi go.

- Wsiadaj do auta.

- Przejdę się.

Przygryza wargę, zduszając w ten sposób uśmiech, a w moim brzuchu tańczą motyle. Przysięgam, że tam, gdzie się wychowałam, nie ma mężczyzn, którzy tak wyglądają.

- A co to robi ze mnie? Bagażowego?

- Robi to z ciebie złodzieja.

- Wolałbym być porywaczem - odpowiada, wskazując na drzwi od strony pasażera.

Zaczynam iść w stronę zamku, coś mnie jednak zatrzymuje. W plecaku mam telefon. Przez przyciemnioną szybę dostrzegam kołyszący się na uchwycie szczęśliwy brelok od taty i wiem już, że ta walka jest przegrana. Wolę stracić dumę niż ten drobiazg, który mi po nim pozostał.

Burczę pod nosem obelgę, na tyle jednak głośno, aby usłyszał, i siadam na fotelu pasażera, pozwalając, aby moje mokre włosy zmoczyły kremową skórę. Krzywię się na widok moich butów, po czym otrzepuję z nich błoto na beżową wycieraczkę.

Kiedy nieznajomy zajmuje miejsce obok mnie, unosi ciemną brew.

- A teraz co? Naplujesz do schowka?

Patrzę mu w oczy.

- Nie, nasram na deskę rozdzielczą.

Kolejny śmiech, tym razem głośniejszy i niebezpiecznie atrakcyjny. Dotyka kilku przycisków i wtedy tapicerka pod moim udami zaczyna się rozgrzewać, a z głośników sączą się ciche dźwięki fortepianu. Jest to komfortowe, ale nie pozwalam sobie na odprężenie. Jest w nim coś, co przypomina gumkę, czekającą tylko, by pęknąć.

- Mam wrażenie, że musi istnieć w tym przypadku jakiś pośredni krok, rybia karmo. Nasranie na deskę rozdzielczą jest czymś ekstremalnym, mogłabyś chociaż...

- Nasikać do uchwytu na kubek?

Nadal nie ruszył z miejsca. To był błąd. Kiepsko będę wyglądać w gazetach. Dziewczyna ginie w szkockiej dolinie po tym, jak wsiadła do samochodu nieznajomego.

Unosi jedną rękę, podczas gdy drugą wrzuca pierwszy bieg.

- Otóż to. W dzisiejszych czasach wszyscy strasznie szybko popadają w skrajności. - Samochód nadal stoi w miejscu, a jego kierowca prześlizguje się spojrzeniem po moim sfatygowanym stroju i plecaku. - Przebrałaś się za Olivera Twista?

- Pierdol się. - Lustruję jego niedorzecznie elegancki ubiór. - A ty kto jesteś, Artful Dodger?

Kątem oka dostrzegam jego przebiegły uśmiech.

- Inteligentny i czarujący?

- Nie, po prostu irytujący.

Sięgam do klamki, aby wysiąść, ale on w geście poddania unosi obie ręce i powoli zaczyna jechać. Jego sposób bycia może wydawać się swobodny, jest w nim jednak coś niepokojącego. W tych zielonych oczach kryje się coś, co nie jest ani rozbawieniem, ani irytacją. To coś głębszego. Coś mrocznego i nienasyconego.

Z kieszeni na drzwiach od strony pasażera wystaje szkicownik. Aż mnie korci, aby go dotknąć, aby zajrzeć w głąb umysłu, który nie jest moim.

- Nie.

- Nie zamierzam krytykować twojego fanartu z Myszką Miki.

Parska śmiechem i nie odrywając wzroku od drogi, omija zwalony konar.

- Jestem fanem Minnie.

- Co tam jest?

Błysk w jego oku budzi mój strach.

- Rysunki przedstawiające wszystkie moje dotychczasowe ofiary.

No cóż, sama sobie jestem winna.

- Rozwiedzione, ze ściętą głową, nieżywe?

Posyła mi wilczy uśmiech, pozbawiony ciepła i otuchy.

- A potem rozwiedzione i ponownie pozbawione głowy. Możliwe więc, że przy odrobinie szczęścia tobie uda się przeżyć.

Fantastycznie.

Samochód jedzie płynnie po wyboistej drodze wiodącej do kampusu. Dopiero teraz mam okazję dokładnie się wszystkiemu przyjrzeć. Mijane przez nas gargulce płaczą deszczem, a każdy kolejny sprawia wrażenie coraz bardziej udręczonego. Posępny Las otoczono żelaznym ogrodzeniem zwieńczonym kolcami. Gdyby jednak ktoś miał ochotę przedostać się do lasu, w ogóle by go to nie powstrzymało.

Ja nie mam.

Wzdłuż pleców przebiega mi dreszcz i dopiero teraz, po siedmiogodzinnej podróży pociągiem i trzech godzinach spędzonych w autobusie, dociera do mnie, jak bardzo to miejsce jest odcięte od świata.

Nad nami góruje Zamek Sorrowsong, kilkusetletnia twierdza wtapiająca się w górskie zbocze. Z grubych kamiennych murów wyrastają wieżyczki, dumnie podtrzymując pokryty gontem dach pod grafitowym niebem. Żywioły sponiewierały okolicę, ale zamek trwa niewzruszenie ponad rzeką, jeziorem i drzewami o szarych pniach. Jest tak, jakby stworzycielowi świata zabrakło tutaj farby. Nawet trawa ma zgaszony odcień zieleni.

Czuję ściskanie w żołądku, kiedy wyciągam telefon z kałuży, jaka się tworzy na dnie mojego plecaka. Brak zasięgu. Co prawda nie mam nikogo na liście kontaktów, ale i tak robi mi się niedobrze.

Trzy lata. Muszę tu przetrwać trzy lata, potem zaś moja noga nigdy już nie postanie w tym miejscu.

Jedna wielka dłoń spoczywa na kierownicy, natomiast druga stuka w udo, kiedy nieznajomy przerywa krępującą ciszę.

- Nie powiedziałaś, jak masz na imię, rybia karmo.

- A ty nie zdradziłeś mi swojego.

Skręca z nierównej drogi tak nagle, że uderzam wilgotną dłonią o zimną szybę. Samochód wjeżdża na jedno z dwóch miejsc ze złotymi tabliczkami z napisem "Rektor" i mój nowy znajomy - który szczerze wątpię, aby był rektorem - gasi silnik.

- Alex. Mam na imię Alex.

Alex. Coś w nim wydaje się znajome. Gdzieś w moim umyśle zapala się czerwona lampka, ale nie potrafię rozgryźć przyczyny. Nie bez powodu moja dłoń nie puściła w kieszeni scyzoryka; muszę po prostu rozpracować, o co chodzi.

Umilkł pomruk silnika i trzask gałązek pod oponami, towarzyszy mi teraz jedynie ciche bębnienie deszczu w przednią szybę. Po raz pierwszy spojrzenie Alexa omiata mnie całą, leniwie ślizgając się po widocznym spod kurtki fragmencie mokrej koszuli. Po chwili wraca do moich oczu, a kiedy z metalowego pudełka w desce rozdzielczej wyjmuje papierosa, kącik jego ust unosi się w uwodzicielskim uśmiechu. Wkłada go między wargi, a płomyk zapalniczki podkreśla jeszcze szelmowski błysk w jego oczach.

- Może porównanie do Olivera Twista było nieco zbyt surowe.

Pociągam lekko za skraj spódniczki, po czym sięgam po plecak i torbę. Nie patrząc na Alexa, mamroczę słowa pożegnania i wysiadam. Puszczam się biegiem w stronę prowadzącej do zamku bramy. Czuję z tyłu głowy jego palące spojrzenie, wcale mnie to jednak nie cieszy.

Nie zjawiłam się tutaj po to, aby kręcić z facetami, którzy są wręcz nieprzyzwoicie przystojni. Jestem tu wyłącznie z dwóch powodów: ukończyć jedyną uczelnię wyższą na tej planecie, która miała dla mnie miejsce, i dowiedzieć się, dlaczego moi rodzice zginęli półtora kilometra od miejsca, w którym się teraz znajduję.

Rozdział 2OPHELIA

Każdy krok na deskach mostu wywołuje niepokojąco głuchy pogłos, jakby pod ich gładką powierzchnią coś gniło, pragnąc mnie pochłonąć. Nie ma jednak czasu na rozmyślania; z ogromnym wysiłkiem ja i mój wypchany plecak wkraczamy do imponującej Wielkiej Sali.

Dziwna jest myśl, że nigdy tu nie byłam, mimo że mieszkałam w pobliżu przez większość dzieciństwa. Moi rodzice pozostawali wierni naszemu osiedlu komunalnemu i mimo że pracowali tu przez dziesięć lat i otrzymali propozycję zamieszkania w domku służbowym na terenie posiadłości, nigdy mnie tu nie zabrali. Mój ojciec bardzo się starał, aby dzień z mojego dzieciństwa nie został spędzony w tych murach, nawet jeśli wymagało to samotnych nocy i długich dojazdów.

Nigdy nie rozumiałam dlaczego. Nie brakuje tu dram, ale głównie dotyczy to dzieci rywalizujących ze sobą rodzin. Osobę z zewnątrz zostawiono by w spokoju. A może to tylko pobożne życzenie.

Choć sala jest pusta, w powietrzu drga jeszcze echo gwaru, jakby przed chwilą tętniła życiem. Nade mną lekko kołysze się żyrandol, a jego wypolerowane kryształy cicho pobrzękują, gdy wiatr wślizguje się przez szczeliny między dachówkami. Pod stopami mam mozaikę z herbem szkoły w zgaszonych odcieniach bieli i brązu, ale moja uwaga skupia się natychmiast na tym, co stanowi centralny punkt sali.

Obraz naprzeciwko mnie ma ponad cztery metry wysokości i zajmuje ogromny fragment ściany między dwiema spiralnymi klatkami schodowymi. Widoczna na nim kobieta jest brudna i pokryta kurzem i opiera się o kamień pośród pustkowia. Na zapadniętych policzkach widnieją łzy i świeża krew, a mimo to spod posklejanych pasm włosów wyłania się szaleńczy uśmiech. Kolory są wyblakłe, jakby obraz latami cierpiał zaniedbanie, lecz cztery przedmioty w jej dłoni pozostają tak żywe, jakby namalowano je dziś rano. Nie trzeba być geniuszem, aby się domyślić, czym są; widnieją na wszystkich sztandarach zwisających z wieżyczek.

Hemlock1, Nightshade2, Cortinar3 i Snakeroot4. Cztery trujące rośliny. Cztery dwory Uniwersytetu Sorrowsong. Na jakiej uczelni są d w o r y? To brzmi jak żywcem wyjęte z jakiejś mrocznej powieści fantasy.

Kiedy moje spojrzenie wraca do jej twarzy, staję się świadoma obecności innej osoby.

- Piękny, prawda?

Mężczyzna stojący po mojej prawej stronie ma tego rodzaju klasyczną urodę, która opiera się upływowi lat. W nieskazitelnym fraku o odcieniu czerwieni tak głębokim, że zdaje się wysysać blask z jego poszarzałej skóry, jawi się niczym duch przypadkowo uwięziony w tych murach w niewłaściwym stuleciu. Jego bujne wąsy powinny wyglądać niedorzecznie, lecz świetnie dopełniają wizerunek wiktoriańskiego grabarza.

Wielka Sala traci nagle swoją przestronność, a obecność mężczyzny jest tak dominująca, że mimowolnie się zastanawiam, czy starczy tu powietrza dla nas obojga.

Wytrącona z równowagi ponownie wbijam wzrok w obraz. Tak po prawdzie to nie uważam go za piękny. Nie potrafię pojąć, dlaczego ktoś powiesił taki niepokojący obraz w sali, gdzie ma się tańczyć, jeść, uczyć się i prowadzić życie towarzyskie.

- Pewnie tak, jeśli lubi się tego rodzaju rzeczy - mówię cicho. Z jakiegoś powodu martwię się, że kobieta z obrazu mnie usłyszy.

Zatopiony w zadumie, wygładza wąsy palcem środkowym i kciukiem.

- To jest Achlys.

Patrzę w jego dziwnie ciemne oczy i wzruszam ramionami.

- Nie słyszałam o niej.

- Jest uważana za personifikację smutku. Kiedy lord MacArtain budował ten zamek, przed zakończeniem robót jego żona strasznie się rozchorowała. Dzień po dniu patrzył, jak uchodzi z niej różany rumieniec życia, ustępując miejsca przygaszonym tonom zieleni i szarości. Oszalały z rozpaczy utrzymywał, że jego żona to wcielenie samej Achlys. - Mężczyzna wzdycha. - Nawet za życia miała taką smutną duszę. Jej mąż przysięgał, że podczas bezsennych nocy w hulającym po dolinach wietrze słyszy jej żałosne zawodzenie. Twierdził nawet, że w wodzie jeziora słyszy jej cichy płacz. Podobno do dzisiaj nawiedza zamek.

- Och, fantastycznie. - Przypuszczalnie zdążyłam już wkurzyć ducha.

Sorrowsong. W sumie ta nazwa ma teraz sens5. Historia ta przenika mnie chłodem aż do szpiku kości. Miłość ostatecznie czyni z nas wszystkich głupców. Zaakceptowałam samotność. Pragnę takiego życia. Gdybym zamiast gorącej miłości do rodziców żywiła wobec nich nienawiść, byłoby mi znacznie prościej.

Czuję na sobie spojrzenie Achlys i raz jeszcze odwracam się w jej stronę. Nie wygląda, jakby przepełniał ją smutek - może ciało, ale na pewno nie duszę. Jej uśmiech jest złowieszczy.

- Skoro ma ona reprezentować smutek, to dlaczego się uśmiecha?

Mężczyzna się śmieje, jakbym powiedziała coś zabawnego, i przesuwa między palcami złoty łańcuszek zegarka kieszonkowego.

- W rzeczy samej, dlaczego? I dlaczego dała Herze trujące rośliny? Smutni ludzie nie zawsze zasługują na nasze współczucie. Każdy dochodzi do punktu, w którym odrzuca własne zasady moralne, Ophelio Winters, nawet ty.

Próbuję sobie przypomnieć, czy powiedziałam mu, jak się nazywam. Nie. Jestem tego pewna. W dusznym powietrzu między nami unoszą się jego słowa, wkradając się do mojej świadomości, mimo że wcale ich tam nie chcę.

Z nagłym klaśnięciem w dłonie staje przede mną i wpatruje się we mnie przenikliwie, jakby odczytywał księgę moich najmroczniejszych myśli i najskrytszych pragnień. Czy dostrzega moje przeżarte zgnilizną serce? Widzi tę bezkresną furię, która zmusza go do bicia? Ciekawe, czy uznaje je za interesujące, czy też blednie ono w porównaniu z innymi tutejszymi potworami.

- No dobrze. Czekają mnie jeszcze inne obowiązki. Mam nadzieję, że zdaje sobie pani sprawę, jak niespotykane jest, aby ta uczelnia przyjęła kogoś wyłącznie z dobroci serca. Proszę nie odstawać od reszty, inaczej stanie się pani łatwą zdobyczą.

- Zostałabym stąd wydalona?

Postanawiam wierzyć, że to miał właśnie na myśli, a nie coś bardziej złowieszczego. Coś takiego nie wchodzi w grę. Nie, jeśli pragnę się wyrwać z nieskończonego kręgu beznadziei, w którym tkwię, odkąd skończyłam siedemnaście lat.

Na jego twarzy pojawia się niepokojący uśmiech, przez który marszczy mu się cienka jak pergamin skóra wokół oczu. Robi kilka kroków w tył, uchyla kaszkiet, po czym odwraca się na pięcie bordowych mokasynów i otwiera wtopione w obraz drzwi, których istnienia nigdy bym się nie domyśliła.

- W Sorrowsong możliwe są gorsze rzeczy niż wydalenie. Proszę wejść schodami po prawej, drugie drzwi po lewej stronie.

Po tych słowach znika, pozostawiając mnie w sali przepełnionej duszną i ciężką atmosferą. Serce dudni mi w uszach, tłumiąc dźwięk trzepotu skrzydeł latających wysoko pod krokwiami kruków. Z kominka na drugim końcu pomieszczenia dobiega krakanie wrony, przez co tym szybciej udaję się w stronę właściwych schodów.

Nie podoba mi się ta sala. Coś w niej wydaje się złowieszcze i zdecydowanie zniechęcające mnie do spędzania w niej czasu. To miejsce, tamten człowiek, obraz - to wszystko przyprawia mnie o gęsią skórkę.

Propozycja opłaconych z góry studiów w Sorrowsong wydawała się niebywałym zrządzeniem losu. Była zdecydowanie zbyt szczodra, aby jej nie przyjąć. Kiedy jednak docieram do kolejnego zasnutego pajęczynami i kiepsko oświetlonego korytarza, wzdłuż pleców przebiega mi dreszcz i zastanawiam się, czy za pobyt tutaj przyjdzie mi zapłacić cenę znacznie wyższą niż pieniądze. Ale nie mam innego wyjścia - to moja ostatnia szansa i jednocześnie ostatnia deska ratunku.

Mężczyzna w Sali Achlys postawił sprawę jasno: jedno potknięcie i mogę się pożegnać z Sorrowsong.

Jeśli mam tu zostać, muszę osiągać doskonałość.

Pierwsze drzwi po lewej to wielkie, podwójne wrota ze złotą tabliczką oświetlone blaskiem świec i błyskawicami, jakie funduje szalejąca na zewnątrz burza. Dwór Cortinar.

Między nerwowym patrzeniem przez okno a snuciem marzeń o każdym innym życiu niż moje trochę w pociągu poczytałam. Przydział do jednego z dworów jest uzależniony od eseju na pięć tysięcy słów, dołączanego do podania o przyjęcie na studia. Dwór Cortinar słynie z bezwzględnego i logicznego podejścia do wszystkiego, a z bystrych twórców tworzy najbardziej bezwzględnych ludzi biznesu. Trafia tu wielu studentów prawa i ekonomii.

Dwór Hemlock jest dla silnych i zdeterminowanych, którzy wyróżniają się podczas wyzwań fizycznych i prób odporności psychicznej. Program nauczania jest całkiem zróżnicowany, ale większość studentów należy do drużyn sportowych.

Dwór Snakeroot może się poszczycić długą tradycją kształcenia najlepszych chirurgów na świecie. To tam trafia wielu studentów medycyny. Szkoda tylko, że większość z nich po ukończeniu trzydziestki porzuca opiekę nad pacjentami na rzecz kariery żerującej na ogromnym popycie na farmaceutyki.

No i jest Nightshade. Chełpi się niemającą końca listą sławnych absolwentów: dyrektorów zarządzających, potentatów w branży nieruchomości i bankierów inwestycyjnych, a także seryjnych zabójców, synów i córek mafii oraz znanych płatnych morderców. Nie bez powodu jest jedynym dworem oddalonym od głównego dziedzińca zamku. Jeśli od studiowania na tej uczelni nie odstraszy roczne czesne w kwocie siedemdziesięciu tysięcy funtów, może to uczynić jej mroczna reputacja. Nie ma roku, żeby jakiś student nie zaginął albo nie został znaleziony martwy, i najczęściej winny okazuje się ktoś z Nightshade. Gdyby dyplom Sorrowsong nie był równoznaczny ze złotym biletem na Wall Street, wątpię, aby ktokolwiek ośmielił się przekroczyć próg tego uniwersytetu.

Cieszę się, że nigdy nie będziesz studiować w Sorrowsong, O. Życie tam toczy się według zupełnie innych zasad.

Słowa ojca czają się w zaułkach mojej świadomości, tam, gdzie znajdują się wspomnienia o nim i mojej matce. Często wracał z pracy zmęczony i z całym bagażem opowieści o haniebnych występkach studentów: eksplodujących nocą samochodach, osobach, które zostały związane i porzucone w lesie, jadowitych wężach w poszewkach poduszek. Nigdy nie miałam pewności, ile w tym prawdy, a ile jego bujnej wyobraźni.

Na szczęście ja będę w Hemlock. Sądzę, że jedynym powodem, dla którego rektor pozwolił mi tu studiować, było moje miejsce w krajowym rankingu pływackim. Za to ja zdecydowałam się przyjąć jego propozycję wyłącznie z powodu niemal pewnego miejsca w Hemlock.

- O, super, ty też jesteś spóźniona. Na mowę powitalną to tędy? - Z myśli wyrywa mnie żeński głos z silnym akcentem. Wysoka, opalona, długonoga blondynka w białej sukience o prostym kroju obdarza mnie serdecznym uściskiem, jakbyśmy znały się od lat. Pachnie kwiatami i banknotami, jakby doskonale wiedziała do czego służą te wszystkie noże i widelce w różnych rozmiarach. - Colette DuPont. Strasznie miło cię poznać, no i tak dobrze tu być!

- Ehm... - Poprawiam plecak na ramieniu i niezręcznie ściskam jej wyciągniętą rękę. - Ophelia Winters i nie jestem pewna. Jestem tak samo zagubiona jak ty.

Cmoka powietrze obok moich policzków i piszczy z radości, jakbym powiedziała coś niesamowitego.

- Co za piękne imię. Co studiujesz?

- Psychologię. - Ze skromnej listy ośmiu dostępnych kierunków w Sorrowsong ten był jedynym możliwym do zniesienia. - A ty?

- Sztuki piękne. Mój ojczym powiedział, że kiedy skończę studia, pomoże mi otworzyć własną galerię. Ależ by był rozczarowany, gdyby się dowiedział, że pierwszego dnia się spóźniłam. Mój kierowca przesadnie uważał na drodze. - Zaciska dłoń na uchwytach torebki od Herm?sa i zasypuje mnie wartkim potokiem słów, w którym angielski miesza się z francuskim, gdy razem zbliżamy się do drugich drzwi po lewej stronie. - Czy to ciebie widziałam wcześniej w rolls-roysie z Alexem Corbeau-Greenem? Przedstawiłabyś mnie?

Zatrzymuję się jak wryta. Pogodna opowiastka Colette o tym, że Alex ma na Instagramie ćwierć miliona więcej obserwujących niż ona, ginie w wysokim, natarczywym pisku w moich uszach.

Otaczający mnie świat rozsypuje się na kawałki i nie stoję już na korytarzu. Klęczę przed telewizorem w maleńkiej kuchni moich rodziców, patrząc, jak znad powalonych drzew unoszą się kłęby czarnego dymu. Po raz setny słyszę, jak próba dodzwonienia się do ojca kończy się komunikatem poczty głosowej, a mimo to ponownie wybieram jego numer. Z jego sejfu wyjmuję awaryjną gotówkę i błagam taksówkarza, aby jechał szybciej.

A potem stoję na skraju tego koszmaru, czołgam się pod żółtą taśmą i przedzieram przez morze śledczych, inżynierów, reporterów i strażaków. Wpatruję się w potworną plątaninę metalu owiniętą wokół pnia drzewa, krztuszę się czarnym dymem i pytam boga, w którego nigdy nie wierzyłam, dlaczego to oni, a nie ja.

Moje wspomnienia z tamtego dnia są chaotyczne, ale jeden szczegół wrył mi się w pamięć i od czterech lat nie daje mi spokoju. Wśród zgliszcz, na wbitym w ziemię kawałku okopconego metalu widniały dwa słowa: Green Aviation.

Przed moją twarzą pojawiają się dwa pstrykające palce z perfekcyjnym manicure'em.

- Ziemia do Ophelii! Pytałam, skąd masz te buty.

Kręcę głową, odsuwając od siebie dźwięk własnego krzyku. Zawartość żołądka podchodzi mi do gardła, gdy usiłuję oswoić myśl, że jest tu jeden z nich. Alex to jedyna osoba, z którą w życiu nie zamierzałam nawiązać przyjacielskich stosunków, i już w pierwszej godzinie poniosłam fiasko. Nigdy więcej. Wypuszczam z drżeniem powietrze, pragnąc zdusić ogarniającą mnie panikę i udawać, że świat wokół mnie się nie chwieje.

- Yhm... nie pamiętam. Chyba z second handu.

- Nie dość, że urocza, to jeszcze dbająca o środowisko - chichocze Colette, kiedy docieramy do drzwi. - Naprawdę muszę ograniczyć kupowanie nowych rzeczy. To te drzwi, tak?

Zatrzymuję się z zapartym tchem, czując jednocześnie zwykłą, normalną tremę i paraliżujący egzystencjalny lęk. To ten moment. Uciekaj albo wejdź do środka. Pozostań zwyczajną osobą albo stań się absolwentką Sorrowsong. Unikaj ryzyka albo...

Colette otwiera podwójne drzwi i z budzącą podziw pewnością siebie i olśniewająco białym uśmiechem wkracza do środka. Pośród wielkich, zwisających z wysokiego sufitu aksamitnych banerów rozbrzmiewa echem stukot jej obcasów. Pomieszczenie okazuje się niemal równie imponujące jak Sala Achlys: po obu jego stronach stoją rzędy ławek, zaś długie przejście między nimi prowadzi do znajdującego się na końcu podwyższenia. Robiąca wrażenie architektura sugeruje, że pierwotnie była to kaplica, jakoś jednak wątpię, aby obecnie często to pomieszczenie było wykorzystywane w tym właśnie celu.

- Przepraszamy za spóźnienie!

Kierują się na nas spojrzenia stu pięćdziesięciu par oczu. Najbliżej siebie rozpoznaję Murę Sayari, tylko dlatego, że ta dziewiętnastoletnia supermodelka i dziedziczka japońskiego imperium technologicznego znajduje się na okładce kryjącego się w mojej torbie magazynu o modzie. Kupiłam go wyłącznie z tego powodu, że na dworcu autobusowym zabrakło krzyżówek. Od chwili, kiedy wsiadłam do autobusu, dorobiłam się dziesięciu nowych kompleksów. Czym są hip dips? Dlaczego dręczy mnie myśl, że mogę je mieć? Połowę drogi zajęły mi rozważania, czy mam oczy sarnie czy kocie.

Najwyraźniej cztery lata nurzania się w rozpaczy pozostawiły mnie w tyle za światem.

Efektowne wejście Colette zniweczyło mój plan wślizgnięcia się tu niepostrzeżenie. Łudzę się jeszcze, że da to się odkręcić, ale nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Są jak wrośnięte w ziemię, a coś - ktoś - przeszywa mnie palącym wzrokiem. Jakaś niemożliwa do odparcia siła każe mi spojrzeć w górę i pośród morza twarzy moje spojrzenie ląduje natychmiast na tej jednej. Czas staje w miejscu, a policzki pieką mnie z powodu nietypowej dla mnie wściekłości.

Czyli on także rozpoczyna tu studia.

Alex Corbeau-Green z szelmowskim uśmiechem stuka dwukrotnie w swój zegarek i kręci głową. "Niegrzeczna", wypowiada bezgłośnie, a jego usta pieszczą każdą sylabę w sposób zdecydowanie zbyt sugestywny jak na miejsce, które swego czasu było kaplicą.

Pół godziny temu może i uznałabym to za czarujące, teraz jednak, kiedy wiem, kim jest, przyprawia mnie to o mdłości. Siedzi w grupie tych z Nightshade. Jakżeby inaczej, doskonale się tam wpasuje. Kręcę głową, próbując wyrwać się spod uroku, który chyba zawładnął moim umysłem. Gdy odwracam wzrok, szczękają mi zęby. Na bank dopadło mnie przeziębienie.

Odchrząknięcie przypomina mi po raz kolejny, że stoję pośrodku przejścia, a wokół moich nóg tworzy się kałuża. Mężczyzna, którego poznałam w Sali Achlys, pomarszczonym palcem stuka niecierpliwie o podium, wbijając w nas spojrzenie pełne dezaprobaty. Jak dobrze, że przynajmniej nie jestem sama. Myślę, że większość męskiej uwagi w tej sali skupia się na tym, co się znajduje między kolanami Colette a brzegiem jej krótkiej sukienki. Z wyjątkiem uwagi Alexa, ale ignoruję to, jak się we mnie wpatruje.

- Colette DuPont. Twój ojczym gardzi tymi, którzy się spóźniają. Zajmij miejsce obok kolegów i koleżanek z Dworu Cortinar.

- Wiem, rektorze Carmichael, najmocniej przepraszam - rzuca i wślizguje się na ławkę obok grupki roześmianych dziewczyn, z którymi najwyraźniej się już zna.

Czy ona powiedziała "rektorze"? A ja naprawdę wytknęłam mu jego malarskie upodobania? Czy mogę zacząć ten dzień od nowa i spróbować raz jeszcze? Najlepiej bez sceny, w której pomiot szatana niemal mnie potrąca?

- A ty, Ophelio, dołącz do reszty Nightshade.

Z westchnieniem ulgi opadam na skrzypiącą ławkę po mojej lewej stronie, po czym wyciągam wilgotny zeszyt, aby zanotować ewentualne mądrości z mowy powitalnej. Może jakoś uda mi się skierować ten dzień na właściwe tory.

Kiedy podnoszę głowę i odgarniam z oczu miedziane pasma, dostrzegam, że wszyscy nadal się na mnie patrzą. Alex opiera umięśnione ramię o oparcie ławki i odwraca się, aby mieć lepszy widok. W jego oczach błyszczy to samo nienazwane coś, które zauważyłam w samochodzie. Wydaje mi się, że coś pomiędzy głodem a frustracją. Przyprawia mnie to o gęsią skórkę.

Spuszczam wzrok, aby się upewnić, że moja koszulka w kolorze khaki nie jest przezroczysta na tyle, aby widać mi było sutki, po czym spoglądam pytająco na dziekana.

- Nightshade, panno Winters. Nie Hemlock.

W uszach mi dzwoni. Dudnienie serca staje się jeszcze głośniejsze. Zerkam na otaczające mnie sympatyczne twarze. Te osoby wyglądają na... życzliwe. Bezpretensjonalne. Miłe. To w ich gronie jest moje miejsce. Zdążyłam już się z nimi w duchu zaprzyjaźnić.

- To... musi być jakaś pomyłka.

Rozlega się kilka prychnięć, które przerywa współczujący jęk ze strony Colette. Alex się nie śmieje, lecz wbija we mnie coraz mroczniejsze spojrzenie, kiedy tak siedzę jak ostatnia idiotka w ławce na końcu sali. Dziekan stuka dwukrotnie knykciami w mównicę.

- Nightshade, Ophelio. Ale już.

To się nie może dziać naprawdę. Może rzeczywiście Alex mnie przejechał, a to jest jakaś okrutna kara pośmiertna. Chryste, mam przecież na sumieniu tylko kilka drobnych kradzieży. No i może przebiłam jedną czy dwie opony. Albo cztery. Ale serio, ta kara jest kompletnie niewspółmierna do winy.

Siedząca obok dziewczyna szturcha mnie łokciem, a ja wstaję i pod ciężarem setek spojrzeń przechodzę na drugą stronę sali. Wślizguję się do ławki stojącej najdalej od Alexa i czekam na moment, aż się obudzę i przekonam, że to tylko sen. Student ze Snakeroot nachyla się i szczerzy zęby w uśmiechu, po czym strzela balonem z gumy do żucia prosto w moją twarz.

- Zjedzą cię tam żywcem.

Rozdział 3OPHELIA

Gdzieś pomiędzy dwudziestą a trzydziestą minutą przemowy rektora Carmichaela serce zwalnia mi na tyle, abym w końcu była go w stanie słuchać. Jego głos, niewzruszony i zimny, monotonnie opowiada o spuściźnie byłych studentów, o tym, co naprawdę oznacza bycie absolwentem Sorrowsong, i że wszelkie uchybienia w osiągnięciach akademickich spotkają się z surową karą.

- Ta instytucja nie ma problemów finansowych. Choć może to zabrzmieć surowo, wszystkich was tutaj nie potrzebuję. Nie będę opłakiwał utraty jednego z was, dwojga czy nawet i dziesięciorga. Jeśli nam nie udowodnicie, że przyjęcie was tutaj nie było błędem, zostaniecie skreśleni z listy studentów.

Pozwalając, aby jego głos stał się białym szumem, skupiam się na znajdujących się z przodu formularzach z zapisami do drużyn sportowych. W drużynie pływackiej są dostępne cztery miejsca i jedno z nich należy do mnie. Potrzebuję tego o wiele bardziej niż większość tych dzieciaków z funduszami powierniczymi. To pierwszy szczebel drabiny prowadzącej do faktycznego ukończenia tej uczelni.

Kończąc, Carmichael przypomina nam, że wkrótce spotkają się z nami kierownicy dworów, którzy zaprowadzą nas do odpowiednich budynków. Potem zaś opuszcza salę, w której aż kipi od rywalizacji i ambicji.

Rzucam się w stronę leżących na pulpicie arkuszy. Kiedy otwieram na stronie drużyny pływackiej, z radością się przekonuję, że wpisanych jest tylko kilka nazwisk.

Sięgam po długopis, ten jednak nieruchomieje w powietrzu, trzymany na drugim końcu przez inną dłoń. Mruga do mnie znajomy złoty pierścionek na małym palcu.

- Puść ten długopis.

- Prawdziwy z ciebie promyczek, Ophelio. Ktoś ci to kiedyś mówił?

- Puszczaj.

Twarz Alexa nachyla się ku mojej, a w jego zielonych oczach tańczy rozbawienie. Jesteśmy tak blisko siebie, że czuję jego wodę toaletową. Tak blisko, że na starej bliźnie na jego brwi dostrzegam mały siniak. Tak blisko, że widzę, jak ulatuje z niego dobry nastrój.

- Kiepsko ci wychodzi zaprzyjaźnianie się, co?

Jego słowa uderzają w czuły punkt. Kiedyś byłam w tym dobra, teraz jednak jest inaczej. Mój palec zaciska się na srebrnym długopisie. To małostkowe. J a jestem małostkowa. Ale nie pozwolę, aby ta rodzina odebrała mi coś jeszcze.

- Nie ma żadnej drużyny sportowej dla pozbawionego kręgosłupa moralnego bananowego dziecka - mówię.

Palcami wolnej ręki przeczesuje włosy, po czym posyła mi udawany uśmiech. Jestem pewna, że większość kobiet daje się na to złapać, ale nie ja. Nie kiedy wiem, że w jego żyłach krąży samo zło.

- Carmichael od kilku tygodni ignoruje moje maile dotyczące dodania do sylabusa bycia pozbawionym kręgosłupa moralnego bananowym dzieckiem.

- Mówię poważnie.

Tłumi ziewnięcie, a gorąco jego skóry dociera do mojej.

- Wiesz, zamierzałem zapisać się do drużyny rugby, ale nagle sobie przypomniałem, że świetnie pływam.

Przysuwam się bliżej, tak że jego nos prawie dotyka mojego. Jego źrenice się rozszerzają, ja zaś niemal czuję, jak moje zwężają się z odrazy.

- Nawet się nie waż. I tak byś się nie dostał.

Drga mu mięsień w żuchwie.

- Tak? No bo ty rzeczywiście wyglądałaś na typ sportowca, kiedy stałaś w bezruchu, zapraszając mnie, abym cię przejechał.

- Myślę, że każdy myślałby, żeby zakończyć to wszystko, gdyby czekała go perspektywa trzech lat spędzonych w takim, a nie innym towarzystwie.

Z mrocznym śmiechem puszcza długopis.

- Moglibyśmy odtworzyć Romea i Julię.

Nie, nie, nie. Przyciskam czubek długopisu do środka jego muskularnej klatki piersiowej, unoszącej się i opadającej równie szybko jak moja. W ten gest przelewam całą swoją nienawiść, całą pogardę wobec jego rodziny.

- Nie nabierzesz mnie, Alex. Jeśli ci się wydaje, że nie widzę, że gnijesz od środka, grubo się mylisz. Trzymaj się z dala ode mnie, a ja odwzajemnię się tym samym.

Kiedy chcę wpisać swoje nazwisko, zauważam, że na górze listy ktoś już napisał ledwie czytelnie "Ophelia Winters". Niepewnie wycieram o spódniczkę wilgotne dłonie.

- Ty to napisałeś?

Pochyla się nade mną, a ciepło jego ciała rozgrzewa moją zmarzniętą skórę.

- Wygląda na to, że dzięki swojemu radosnemu usposobieniu zdobyłaś tajemniczego wielbiciela.

Moja cierpliwość się kończy.

- Zrobiłeś to czy nie?

- W sumie to nie dałaś mi niczego, co mógłbym w sekrecie wielbić.

To nieszkodliwy żart, a może nawet przysługa, ale tak jak wtedy, gdy jechałam z Alexem samochodem, w mojej głowie miga wielki neon z napisem "kłopoty". Od momentu, kiedy taksówka wysadziła mnie na skraju Doliny Sorrowsong, a jej kierowca odmówił podjechania bliżej, noszę w sobie to dziwne uczucie, że ktoś mnie obserwuje.

Choć pozbawione jest to sensu, coś mi mówi, że już zdążyłam dorobić się tu wroga.

Podczas gdy Alex zapisuje swoje nazwisko na formularzu w kolorze kości słoniowej, odwracam się na pięcie i wracam do małej grupy studentów z Nightshade, gapiących się na mnie tak, jakby w ciągu dwóch ostatnich minut wyrosła mi druga głowa. Po chwili Alex dołącza do tych stojących na przedzie grupy, lekko szturchając ich ramieniem. W kaplicy echem rozbrzmiewa jego chłodny śmiech.

Zajmuje miejsce obok potężnego chłopaka, którego twarz pokrywa labirynt blizn o wiele liczniejszych, niż powinna mieć osoba w naszym wieku. Natychmiast przechodzą na włoski i rozmawiają swobodnie w języku, którego nie znam. Alex mówi coś cicho i w tym momencie obaj się odwracają i wpatrują we mnie przez długą, krępującą chwilę, dopóki z bocznych drzwi nie przywołuje nas piękna, ciemnowłosa kobieta.

Dźwigam z ziemi bagaże i udaję się za grupą, zatrzymuję się jednak w progu, kiedy moją uwagę przyciąga witrażowe okno. Nie przypomina to zupełnie witraży z kościołów z mojego dzieciństwa. Nie przedstawia żadnej biblijnej wizji. To znowu Achlys, skąpana w przygaszonych odcieniach zieleni i brązu. Mam wrażenie, że nigdy nie uda mi się uciec przed jej czujnym spojrzeniem.

Gdyby nie Achlys, która przemienia ciszę w złowrogi bezgłos, to puste pomieszczenie byłoby teraz spokojne. Nawet kurz tkwi nieruchomo, zawieszony w czasie pośród bladych promieni słońca.

- To dzieło także ci się nie podoba?

Podążając za głosem, unoszę głowę i widzę przyglądającego mi się z półpiętra rektora Carmichaela. Powiew zimnego powietrza muska gęsią skórkę na moich rękach i zastanawiam się bezwiednie, czy ten człowiek nie jest zjawą. Nie wchodzę z nim w polemikę.

- Moje miejsce jest w Hemlock, rektorze. Na pewno pan to widzi.

- Jeśli uważasz, że nastąpiła pomyłka, zgłoś to do zarządu.

Przesuwam dłonią po twarzy, a między moimi palcami ulatuje westchnienie. Nie miałoby to znaczenia, gdyby nie wiązało się z codzienną konfrontacją z osobą, której rodzina przyczyniła się do śmierci moich rodziców. Ponownie unoszę głowę i napotykam czujne spojrzenie Carmichaela. Nie potrafię rozgryźć tego człowieka. Nie mam pewności, czy chce mnie wesprzeć, czy złamać. Łagodny uśmiech igrający na jego ustach stoi w sprzeczności z jadowitym błyskiem w oczach.

- Jedno z nich przypuszczalnie mnie zabije.

Zerka na zegarek kieszonkowy, po czym go zatrzaskuje, burząc spokój w kaplicy.

- Atakuj albo bądź atakowana, Ophelio. Wybór należy do ciebie. - Odwraca się, ale przez chwilę stoi jeszcze przy balustradzie. - Widzę, że zdążyłaś się już zapoznać z synem Caina Greena.

Mój żołądek fika koziołka.

- To znaczy?

Carmichael się nie odwraca, niemal jednak widzę niepokojący wyraz jego twarzy.

- Na twoim miejscu byłbym bardzo ostrożny w kontaktach z Corbeau-Greenami.

Co takiego?

- Dlaczego? Co pan wie?

Cofam się o kilka kroków, aby mieć lepszy widok na półpiętro, tyle że rektor zdążył już zniknąć.

Czując, jak w plecy wwierca mi się drwiące spojrzenie Achlys, opuszczam pospiesznie kaplicę i wchodzę do ponurego tunelu. Jestem zagubiona w upiornym zamku, ale to najmniejsze z moich zmartwień. Co Carmichael miał na myśli? Jeśli rzeczywiście coś wie, to czy specjalnie jest taki tajemniczy, żeby mnie dręczyć?

Rodzina Corbeau-Green odegrała istotną rolę w śmierci moich rodziców, tego jestem pewna. Pewnego dnia doprowadzę do sytuacji, w której wszyscy się o tym dowiedzą. Doprowadzę ich dynastię do upadku. Potrzebny mi do tego tylko jeden, ostatni dowód.