Night Shift - Annie Crown

Kup ebooka

37.90 zł
31.46 zł (26,53 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jeden

OD ZAWSZE UWIEL­BIA­ŁAM biblio­teki po zmroku.

Ta, jedyna cało­do­bowa biblio­teka na Uni­wer­sy­te­cie Cle­menta może nie mieć mar­mu­ro­wych pod­łóg i kate­dral­nych sufi­tów, które zdo­bią tablice na Pin­te­re­ście i podróż­ni­cze Insta­gramy, ale na­dal jest to jedno z moich ulu­bio­nych miejsc na kam­pu­sie. Pomimo sta­ro­mod­nych mebli, podej­rza­nych plam na dywa­nie, sztucz­nych papro­tek i upo­rczy­wego zapa­chu sta­rej kawy, jest coś magicz­nego w tym, jak przez szklany sufit świa­tło księ­życa zalewa cen­tralne atrium, rzu­ca­jąc łagodną, błę­kitną poświatę na puste w więk­szo­ści sto­liki.

Nie ma innego miej­sca, w któ­rym wola­ła­bym być o dzie­sią­tej w piąt­kowy wie­czór.

Oczy­wi­ście pomaga fakt, że płacą mi za nic­nie­ro­bie­nie.

Na początku zmiany zro­bi­łam obchód dru­giego i trze­ciego pię­tra, by zebrać zagu­bione książki, co zajęło mi cały kwa­drans. Teraz, otu­lona naj­więk­szym na świe­cie kar­di­ga­nem, sie­dzę za biur­kiem wypo­ży­czalni. Jest pierw­szy tydzień wrze­śnia - zbyt wcze­śnie na ruch typowy dla połowy seme­stru - więc przy sto­li­kach w atrium jest zale­d­wie kilka osób, pię­cioro czy sze­ścioro stu­den­tów pochło­nię­tych wła­snymi lap­to­pami, grupka dziew­czyn, które wła­śnie zbie­rają się do wyj­ścia, i chło­pak krą­żący od jed­nego ze sta­cjo­nar­nych kom­pu­te­rów do sta­rego ksero, które za pierw­szym razem ni­gdy nie dru­kuje tego, co chcesz.

Biblio­teka wkrótce zacznie przy­po­mi­nać mia­sto duchów, choć na zewnątrz kam­pus tętni stu­denc­kim życiem. Nie­któ­rzy wra­cają do aka­de­mi­ków z wie­czor­nych zajęć, ale więk­szość, mająca już za sobą beforki, zaczyna roz­glą­dać się za jaki­miś impre­zami. Pijacki śmiech i krzyki odbi­jają się echem po dzie­dzińcu, a póź­niej wpa­dają przez prze­szklone fron­towe drzwi biblio­teki. Ze swo­jego miej­sca przy biurku z obo­jętną cie­ka­wo­ścią obser­wuję, jak stu­denci prze­cho­dzą obok chwiej­nym kro­kiem, zupeł­nie jak­bym była po dru­giej stro­nie szyby w zoo.

Nie umiem zde­cy­do­wać, czy jestem gościem, czy też trzy­ma­nym w nie­woli zwie­rzę­ciem.

Może powin­nam czuć się samotna pod­czas tych dłu­gich i cichych noc­nych zmian, ale tak nie jest. Nie, gdy ota­czają mnie książki. A już na pewno nie wtedy, kiedy reszta mojego życia wydaje mi się tak gło­śna, jasna i nie­uchron­nie gorącz­kowa.

Poza tym nie jestem tu cał­kiem sama. Mam przy sobie Mar­gie, moją prze­ło­żoną i nocną biblio­te­karkę uczelni - która, jak na zawo­ła­nie, poja­wia się tuż obok i kła­dzie na biurku stos opa­słych tomów. Choć jest o głowę niż­sza i trzy­krot­nie star­sza ode mnie, jej sil­nych rąk i zasad­ni­czego podej­ścia nie powsty­dziłby się sam sier­żant.

- Leżały na pod­ło­dze przy skrzynce na zwroty - wyja­śnia. - Naj­wy­raź­niej wło­że­nie ich do środka wymaga zbyt wiele wysiłku.

- Ludzie są naj­gorsi. Daj... Wypeł­nię ich karty.

Biurko jest na tyle dłu­gie, że mie­ści pięć sta­no­wisk do wpi­sy­wa­nia wypo­ży­czeń i zwro­tów. W ciągu dnia jest wystar­cza­jąco dużo stu­den­tów, aby obsa­dzić wszyst­kie, ale dziś wie­czo­rem jestem tylko ja i Mar­gie. Kiedy uru­cha­miam kom­pu­ter, by zalo­go­wać się w sys­te­mie biblio­tecz­nym, wyświe­tla się prze­ra­ża­jący ekran łado­wa­nia, więc z wes­tchnie­niem pod­pie­ram brodę dło­nią. Uni­wer­sy­tet Cle­ment może i ma miliar­dowy fun­dusz, ale nasza sieć bez­prze­wo­dowa noto­rycz­nie zawo­dzi.

Dziew­czyny z atrium wresz­cie mijają moje biurko w dro­dze do drzwi. Część z nich zatrzy­muje się tuż obok, by wyrzu­cić do kosza puste kubki po kawie. Docie­rają do mnie strzępki roz­mowy.

- ...pro­fe­sor każe nam prze­czy­tać całą książkę na ponie­dzia­łek.

- Zawsze możesz nie iść na zaję­cia.

- Och, cho­lera, padła mi bate­ria.

- Słu­chaj­cie, Geo­r­gia wła­śnie napi­sała. Podobno jest impreza w domu koszy­ka­rzy. Chcemy naj­pierw wpaść do niej? Ma tequ­ilę.

- Czy przy­pad­kiem w sezo­nie nie obo­wią­zuje ich zakaz urzą­dza­nia imprez?

- Tak, dla­tego to tajem­nica. Tylko dla zapro­szo­nych. Chyba jesz­cze mam jakąś popitkę w...

- Tak na poważ­nie, czy ktoś mi poży­czy łado­warkę?

Za dziew­czy­nami zamy­kają się drzwi, a ich stłu­mione głosy słabną, aż wresz­cie znów zapada cisza. Prze­no­szę wzrok z ekranu kom­pu­tera na tele­fon. Jeśli dru­żyna koszy­kówki orga­ni­zuje pota­jemną imprezę, wła­śnie tam wylą­dują moje współ­lo­ka­torki, Har­per i Nina. Co ozna­cza, że przez kilka kolej­nych godzin będę dosta­wać pijac­kie wia­do­mo­ści.

Nasza trójka jest nie­roz­łączna od chwili zakwa­te­ro­wa­nia w pokoju w aka­de­miku dla stu­den­tów pierw­szego roku. Teraz, już na trze­cim, nauczy­ły­śmy się sza­no­wać dzie­lące nas róż­nice. Har­per nie znosi spek­ta­kli teatral­nych ani roz­mów na temat trzy­ak­to­wej budowy dra­matu. Ninie nie odpo­wiada nic, co doty­czy odzieży spor­to­wej ani kon­taktu z tłu­mem spo­co­nych ciał w uni­wer­sy­tec­kiej siłowni. Mnie nato­miast nie pasują imprezy - za dużo ludzi, cie­płe piwo, bez­na­dziejna muzyka, tak gło­śna, że pękają bębenki. Dla­tego wła­śnie w piątki, kiedy Har­per i Nina idą na imprezę i wra­cają spite na umór, ja biorę nocną zmianę w biblio­tece, zysku­jąc tym samym kilka godzin ciszy i spo­koju.

To ide­alny układ.

Kiedy wresz­cie uda mi się przejść etap wczy­ty­wa­nia i dostać się do sys­temu biblio­tecz­nego, poświę­cam całe pięć minut na wpro­wa­dze­nie otrzy­ma­nego od Mar­gie stosu ksią­żek. Póź­niej, z braku innych pil­nych zajęć, odsu­wam się na krze­śle, by się­gnąć po ple­cak. Jest w nim wszystko, co zwy­kle zabie­ram na nocną zmianę: pełna butelka ter­miczna, smycz z klu­czami do miesz­ka­nia oraz doro­biony klucz do biblio­teki, pla­sti­kowy wore­czek z prze­ką­skami (na wypa­dek ponow­nej awa­rii auto­matu przy win­dach) oraz to, co naj­waż­niej­sze, moja książka tygo­dnia.

Rzu­cam osta­nie spoj­rze­nie, aby upew­nić się, że nikt nie patrzy, dys­kret­nie wyj­muję z cze­lu­ści ple­caka Mafijną księż­niczkę.

Okładka jest gor­sząca. Nie wiem, kto pod­jął decy­zję o umiesz­cza­niu nagich męskich tor­sów na roman­sach, ale podej­rze­wam, że jakiś szef mar­ke­tingu chciał mnie zawsty­dzić i zmu­sić do zakupu czyt­nika e-booków, żeby nikt publicz­nie nie widział mnie z tą książką w dłoni. Kiedy ją otwie­ram i prze­su­wam kciu­kiem po łącze­niu stron, z roz­pa­loną twa­rzą zagłę­biam się ponow­nie w trze­cim roz­dziale kolej­nej opo­wie­ści o mło­dej kobie­cie, miło­śniczce ksią­żek, oraz jej ado­ra­to­rze, ponu­rym i prze­mą­drza­łym samcu alfa.

Zda­niem współ­lo­ka­to­rek jestem bez­na­dziej­nie roman­tyczna. Niech im będzie. To i tak lep­sze niż okre­śle­nie "samotna pustel­niczka".

- Ken­dall.

Pod­ska­kuję prze­stra­szona i wpy­cham książkę na kolana, cho­wa­jąc ją pod biur­kiem. Mar­gie, która stoi mię­dzy mną a drzwiami fron­to­wymi, jest zbyt zajęta prze­szu­ki­wa­niem pęku klu­czy, by zwró­cić uwagę na to, jak dziw­nie wyglą­dają moje ręce i jak pur­pu­rowa jest moja twarz. Za jej ple­cami stoi ten bie­dak krą­żący mię­dzy kom­pu­te­rem a kopiarką. Po jego wło­sach i wyra­zie porażki na twa­rzy zga­duję, że nie­zbyt dobrze mu idzie.

- Co się stało? - pytam.

- Dru­karka znowu nie działa - wyja­śnia Mar­gie. - Zabie­ram tego mło­dzieńca do biblio­teki inży­nie­rów, niech sko­rzy­sta z ich urzą­dzeń. Wrócę za pięt­na­ście minut.

Po tych sło­wach Mar­gie wypro­wa­dza znę­ka­nego stu­denta za drzwi. Gdy tylko znikną, wycią­gam książkę i, umie­ra­jąc z nie­cier­pli­wo­ści, zsu­wam się na krze­śle.

Nie mogę uwie­rzyć, że wła­śnie dosta­łam kwa­drans nie­prze­rwa­nego czy­ta­nia o tak wcze­snej porze - zwy­kle muszę cze­kać do pół­nocy, zanim będę mogła odprę­żyć się z nogami na biurku.

Nawet jeśli Mafijna księż­niczka nie jest arcy­dzie­łem lite­ra­tury, ma wszystko, czego ocze­kuję od romansu. Boha­terka, bły­sko­tliwa praw­niczka, nie jest beksą ani życiową nie­do­rajdą, a boha­ter, były mistrz walk ulicz­nych i zdrajca mafii, nie jest aż tak zabor­czy, by trzeba się go wystrze­gać. Oboje są inte­li­gentni. Oboje pra­gną suk­cesu. Na doda­tek już w trze­cim roz­dziale są dwie świet­nie napi­sane sceny walki. To dobry znak. Auto­rzy wspa­nia­łych scen walki zwy­kle dosko­nale sobie radzą także z innymi sce­nami - a jeśli wnio­sko­wać po prze­ko­ma­rza­niach i roz­pa­lo­nych spoj­rze­niach dwójki głów­nych boha­terów, praw­do­po­dob­nie szybko zbli­żam się do jed­nej z naj­go­ręt­szych scen seksu, jakie kie­dy­kol­wiek czy­ta­łam.

Jestem tak pochło­nięta książką, że nie­mal nie sły­szę dźwięku otwie­ra­nej legi­ty­ma­cją stu­dencką bramki obro­to­wej przy fron­to­wych drzwiach. Może to jedna z dziew­cząt, które nie­dawno opu­ściły biblio­tekę, wró­ciła po zapo­mnianą butelkę wody lub łado­warkę do tele­fonu. A może to Mar­gie z chło­pa­kiem, który chciał coś wydru­ko­wać. Powin­nam pod­nieść wzrok. Ale praw­niczka i jej zdrajca są sami w win­dzie, napię­cie sek­su­alne mię­dzy nimi iskrzy, ich odde­chy są cięż­kie i...

Na moje biurko pada cień.

Nie­chęt­nie pod­no­szę wzrok.

Facet sto­jący za biur­kiem jest wysoki. Naprawdę bar­dzo wysoki. Odchy­lam głowę, by mu się przyj­rzeć i och. Och! Jest nie tylko groźny, ale też przy­stojny. Ma krót­kie, ciemne włosy i oczy koloru świeżo zmie­lo­nej kawy, i spoj­rze­nie, które mogę opi­sać tylko jako wro­gie.

Moje serce naj­pierw fika koziołka, a póź­niej pod­cho­dzi do gar­dła.

Ponie­waż go znam. Ni­gdy nie roz­ma­wia­li­śmy, ale widzia­łam go z daleka na kam­pu­sie i od czasu do czasu na tele­bi­mach. Jest gwiazdą uni­wer­sy­tec­kiej dru­żyny koszy­kówki. Gra­czem, który według prze­wi­dy­wań wszyst­kich komen­ta­to­rów spor­to­wych i fana­ty­ków koszy­kówki będzie wybo­rem pierw­szej rundy dra­ftu. Chło­pa­kiem, który za zła­ma­nie nosa obrońcy rywali moc­nym pra­wym sier­po­wym został wyrzu­cony z zeszło­rocz­nego wiel­kiego meczu.

To Vin­cent Kni­ght.

Dwa

To oczy­wi­ste, że sku­lona w za dużym kar­di­ga­nie, nie­chluj­nym koku i z powie­ścią roman­tyczną w dło­niach zupeł­nie nie jestem przy­go­to­wana ani psy­chicz­nie, ani fizycz­nie na spo­tka­nie z naj­bar­dziej zna­nym człon­kiem uko­cha­nej dru­żyny koszy­kówki na Uni­wer­sy­te­cie Cle­menta.

Vin­cent Kni­ght budzi prze­ra­że­nie. Wygląda o wiele bar­dziej jak były czło­nek mafii z mojej powie­ści niż spor­to­wiec z col­lege'u - może z wyjąt­kiem tem­blaka pod­trzy­mu­ją­cego jego lewe ramię i nie­po­ręcz­nej ortezy owi­nię­tej wokół nad­garstka.

- Cześć - rzu­cam. - W czym mogę ci pomóc?

Vin­cen­towi zaczyna drgać jakiś mię­sień w szczęce. Jego prawa ręka - ta, któ­rej nie trzyma na tem­blaku - jest zaci­śnięta tak mocno wokół legi­ty­ma­cji stu­denc­kiej, że zaraz prze­bije skórę.

- Potrze­buję dzie­więt­na­sto­wiecz­nej poezji bry­tyj­skiej.

Tembr jego głosu, stłu­mio­nego do poziomu odpo­wied­niego dla biblio­teki, prze­rywa ciszę, ude­rza­jąc mnie pro­sto w pierś. Tłu­mię wzdry­gnię­cie.

- Oczy­wi­ście. To na dru­gim pię­trze. Po wyj­ściu z windy skręć w prawo, a póź­niej idź za zna­kami, musisz dotrzeć do końca, mija­jąc...

Vin­cent nie pozwala mi skoń­czyć.

- Czy możesz mi dać jakieś kon­kretne książki?

To cał­kiem zwy­czajna prośba. Niczym nowym nie jest też nutka roz­draż­nie­nia w jego sło­wach. Nawet blado wypada przy tym, z czym spo­ty­kam się pod­czas egza­mi­nów koń­co­wych, kiedy mie­szanka braku snu i despe­ra­cji wydo­bywa z ludzi naj­gor­sze cechy. Naprawdę nie ma powodu, żebym przez jed­nego ponu­rego koszy­ka­rza, który potrze­buje mojej pomocy, miała ochotę zapaść się pod zie­mię z zakło­po­ta­nia.

Nagle przy­po­mi­nam sobie o trzy­ma­nym w dło­niach roman­sie.

Z pło­ną­cymi policz­kami odsu­wam się na krze­śle, by zamknąć książkę, cho­wa­jąc przy tym okładkę na kola­nach i modląc się, by Vin­cent Kni­ght nie umiał czy­tać do góry nogami.

- Nasza nocna biblio­te­karka musiała na chwilę wyjść - oznaj­miam naj­grzecz­niej­szym tonem prze­zna­czo­nym do obsługi czy­tel­ni­ków. - Pocze­kasz na nią, czy...

- A ty nie masz wystar­cza­ją­cych kwa­li­fi­ka­cji?

Na tę rzu­coną szorst­kim tonem uwagę pospiesz­nie zamy­kam usta. Vin­cent Kni­ght musi być przy­zwy­cza­jony do otrzy­my­wa­nia tego, czego chce, kiedy rzuca pro­tek­cjo­nalne uwagi i sta­lowe spoj­rze­nie, które do tej pory widzia­łam tylko na boisku. Przy­znaję, że czuję się onie­śmie­lona - samym jego wzro­stem, zna­cze­niem i sławą wśród stu­den­tów, zim­nym bły­skiem inte­li­gen­cji w jego ciem­nych oczach - ale nie zamie­rzam dać się roz­sta­wiać po kątach.

- Stu­diuję filo­lo­gię angiel­ską i jestem w wyróż­nio­nej gru­pie. Jeśli już, to mam zbyt wyso­kie kwa­li­fi­ka­cje.

- Eks­tra - odpo­wiada nie­wzru­szony. - Pro­wadź.

- Nie­stety odej­ście od tego biurka, by pomóc zepsu­tym dzie­cia­kom w pracy domo­wej, nie należy do moich obo­wiąz­ków.

Zasko­czony Vin­cent unosi brwi. Zerka na sto­jące w atrium sto­liki, gdzie dwoje czy troje stu­den­tów ode­rwało wzrok od lap­to­pów i gapi się na gwiazdę naszej dru­żyny koszy­kówki, jakby było to ostat­nie miej­sce na świe­cie, gdzie można by się go spo­dzie­wać w piąt­kowy wie­czór. To spra­wia, że i ja zaczy­nam się zasta­na­wiać, czemu wła­ści­wie przy­szedł tu z ręką na tem­blaku i pilną potrzebą pozy­ska­nia poezji angiel­skiej. Szcze­gól­nie, kiedy reszta dru­żyny podobno orga­ni­zuje zaka­zaną domówkę.

Skar­cony Vin­cent ponow­nie odwraca do mnie twarz, zaci­ska­jąc przy tym usta.

- Czy mogła­byś zro­bić wyją­tek dla kogoś, kto dys­po­nuje jedną sprawną ręką i ma naprawdę kiep­ski wie­czór?

Choć nieco chowa dumę do kie­szeni, naj­wy­raź­niej nie przy­wykł do pro­sze­nia o pomoc lub prze­pra­sza­nia za opry­skli­wość. Ale Vin­cent przez chwilę wygląda, jakby wie­dział, że zacho­wuje się jak dupek i chciałby prze­stać, co łago­dzi nieco mój gniew. Patrzymy na sie­bie. To ja pod­daję się jako pierw­sza.

- Dobra - oznaj­miam nie­chęt­nie. - W takim razie chyba po pro­stu... Pójdę tam z tobą.

To zaj­mie zale­d­wie pięć minut, a prze­cież nie­wiele mam do roboty poza czy­ta­niem, jak Lorenzo bie­rze Nata­lie przy ścia­nie windy. Odkła­dam Mafijną księż­niczkę na biurko, tak by nie było widać okładki, a póź­niej wywie­szam infor­ma­cję, że wrócę za pięt­na­ście minut.

Dopiero gdy wstaję z krze­sła, zdaję sobie sprawę, jak ogromny jest Vin­cent. Oczy­wi­ście, że musi być wysoki - w końcu jest pierw­szo­li­go­wym koszy­ka­rzem - ale ponie­waż ja mam tro­chę ponad sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu, nie­zbyt czę­sto ktoś nade mną góruje. To budzi we mnie pewien nie­po­kój. W pośpie­chu chwy­tam smycz, klu­cze brzę­czą o butelkę z wodą i zaci­skam pasek wokół pię­ści, masze­ru­jąc naokoło biurka i mija­jąc Vin­centa. Wyczu­wam zapach proszku do pra­nia, a także cze­goś cie­płego i korzen­nego - ale nie zasta­na­wiam się ani jak dobrze pach­nie, ani jak mała się przy nim czuję, ani jak bar­dzo mi się to podoba.

Schody znaj­dują się po dru­giej stro­nie atrium, ale bio­rąc pod uwagę, że byłam zale­d­wie kilka aka­pi­tów od czy­ta­nia o namięt­nym sek­sie w win­dzie, wola­ła­bym nie zna­leźć się w podob­nej sytu­acji z Vin­cen­tem. Podąża tuż za mną, gdy wspi­namy się na dru­gie pię­tro, a póź­niej zagłę­biamy w labi­rynt ksią­żek, lawi­ru­jąc wśród sto­sów niczym polu­jące zwie­rzęta. Zawsze szybko cho­dzi­łam. Har­per i Nina zostają z tyłu, klnąc przy tym i jęcząc, lecz Vin­cen­towi - dzięki dłu­gim kro­kom - udaje się bez słowa skargi dotrzy­mać mi tempa.

Może i ma kij w tyłku, ale przy­naj­mniej nie jest powolny. Lite­ra­tura bry­tyj­ska leży głę­boko w kącie. Jedna ze świe­tló­wek się prze­pa­liła, pozo­sta­wia­jąc ten zaką­tek biblio­teki przy­ciem­niony i dziw­nie intymny. Jeśli ktoś szu­kałby pry­wat­nego miej­sca na kam­pu­sie, aby się obści­ski­wać, to byłoby naj­lep­sze. Nie żeby­śmy z Vin­cen­tem zamie­rzali się cało­wać.

Jezu Chry­ste, karcę samą sie­bie w myślach. Weź się w garść.

Tak się koń­czy czy­ta­nie powie­ści ero­tycz­nych w pracy.

- Oto i ona - dyszę. - Poezja bry­tyj­ska. Wszystko jest tro­chę pomie­szane, ale jeśli nie umiesz korzy­stać z Google'a, pomogę ci wybrać coś z wła­ści­wego stu­le­cia.

Vin­cent wznosi oczy do nieba i mówi:

- Daj mi cokol­wiek.

Prze­chy­liw­szy głowę, prze­su­wam wzro­kiem po grzbie­tach usta­wio­nych na półce ksią­żek, mru­cząc pod nosem tytuły i auto­rów. Przy tak ogól­nym żąda­niu dzie­więt­na­sto­wieczna poezja bry­tyj­ska to dość obszerny dział. Potrze­buję wię­cej danych, żeby to to przy­śpie­szyć i wró­cić do swo­jej książki.

- Na jakie to zaję­cia?

- To ogun z kla­sycz­nej lite­ra­tury bry­tyj­skiej - wyja­śnia Vin­cent. - Do ponie­działku mam przy­go­to­wać ana­lizę wier­sza. Pro­wa­dzący nie spre­cy­zo­wał jakiego rodzaju.

To zna­czy, że nie musi oddać pracy do pół­nocy, a mimo to jest tutaj zamiast na impre­zie z resztą zespołu. Dla­czego nie mógł pocze­kać do rana i po pro­stu przyjść na kacu, jak każdy inny stu­dent?

Uważ­nie mu się przy­glą­dam, prze­su­wa­jąc wzro­kiem po jego zmierz­wio­nych wło­sach i nie­wiel­kich cie­niach pod ciem­nymi oczami. Wygląda, jakby przy­dało mu się osiem godzin snu i odro­bina dobrej zabawy. Być może ta praca stre­suje go bar­dziej, niż chce przy­znać. A może za skwa­szoną minę należy winić rękę na tem­blaku i opóź­niony począ­tek sezonu koszy­kar­skiego. Gdy­bym miała przy sobie tele­fon, mogła­bym ukrad­kiem wysłać SMS-a do Har­per i Niny, by spraw­dzić, czy wie­dzą coś wię­cej.

Ale mój tele­fon jest na dole, a Vin­cent stoi obok mnie, wysoki, ponury i wyraź­nie poru­szony, wpa­tru­jąc się w ota­cza­jące nas książki.

Tłu­mię wes­tchnie­nie. Jeden pro­blem naraz.

- Na co masz ochotę? - pytam, wyj­mu­jąc z półki kilka tomów, w tym Byrona, Word­swor­tha i Blake'a, po czym ukła­dam je w zgię­ciu łok­cia, ocze­ku­jąc na apro­batę. - Poezja sta­rego bia­łego faceta czy może poezja sta­rego bia­łego faceta?

Vin­cent nie śmieje się z mojego żartu. Zamiast tego bie­rze leżący na górze tom Byrona, by spoj­rzeć na tył okładki.

Mój wzrok pada na jego dłoń. Jest nie­mal dwa razy więk­sza od mojej, a poru­sza się pew­nie i zwin­nie co jest, nie­stety, bar­dzo atrak­cyjne. Gdyby to był romans, Vin­cent Kni­ght byłby jej boha­te­rem. Bez­dy­sku­syj­nie. Jest wysoki, ma sze­ro­kie ramiona, ciemne włosy i jest przy­stojny w naj­bar­dziej nik­czemny spo­sób. Mógłby być mafij­nym egze­ku­to­rem, sam­cem alfa, bez­względ­nym miliar­de­rem z zabu­rzo­nymi rela­cjami z ojcem - mógłby pod­nieść mnie zdrową ręką, wci­snąć ple­cami w sto­jący gdzieś w głębi regał, a póź­niej mnie wypeł­nić. Szep­tałby mi też do ucha różne nie­przy­zwo­ite słowa. Nie tek­sty z kiep­skiej jako­ści porno, lecz z poezji. Słowa namięt­no­ści.

To jed­nak nie jest romans. A po spo­so­bie, w jaki Vin­cent marsz­czy brwi na skom­pi­lo­wane dzieła zebrane lorda Byrona, raczej nie powin­nam ocze­ki­wać od niego jakie­kol­wiek poezji.

Prze­stań myśleć o sek­sie, ty żało­sna dziew­czyno.

- To był tylko żart - rzu­cam, żeby prze­rwać ciszę. - Wszy­scy wie­dzą, że naj­lepsi dzie­więt­na­sto­wieczni poeci to kobiety.

Vin­cent oddaje mi Byrona.

- Masz może... - prze­rywa z waha­niem - coś prost­szego?

- Oba­wiam się, że Dr. Seuss był dwu­dzie­sto­wiecz­nym Ame­ry­ka­ni­nem.

Rzuca mi ziry­to­wane spoj­rze­nie. Pod­no­szę pod­bró­dek, odma­wia­jąc prze­pro­sin.

- Słu­chaj - oznaj­mia gder­li­wie - prze­pra­szam. Nad­gar­stek mnie dobija, nie spa­łem dobrze przez cały tydzień i jestem daleko poza moją strefą kom­fortu z tą gów­nianą poezją. - Po tych sło­wach na policzki wypływa mu rumie­niec, choć z pew­no­ścią to tylko złu­dze­nie. - Angiel­ski ni­gdy nie nale­żał do moich ulu­bio­nych przed­mio­tów.

Wszyst­kie trzy książki wkła­dam z powro­tem na półkę.

- Wiele osób ma z nim kło­pot - przy­znaję. - Szcze­gól­nie z poezją. Choć tak naprawdę nic w tym dziw­nego przy takim naucza­niu.

Vin­cent pry­cha z gory­czą.

- W szkole śred­niej nie cier­pia­łem angiel­skiego. Byłem bez­na­dziejny. W pierw­szej kla­sie pra­wie musia­łem zre­zy­gno­wać z koszy­kówki, bo nauczy­ciel chciał mnie oblać, kiedy nie nauczy­łem się na pamięć jakie­goś wier­sza Szek­spira. - Znów na mnie zerka. - Oczy­wi­ście popra­wi­łem oceny. Byłem wystar­cza­jąco mądry, żeby skoń­czyć liceum.

- To, że poezja ni­gdy do cie­bie nie tra­fiła, nie ozna­cza, że nie jesteś inte­li­gentny. Poezja to... to pra­wie jak inny język. Nie ma zna­cze­nia, czy potra­fisz wyre­cy­to­wać każde słowo z pamięci. Nauka słow­nic­twa na nic się nie zda, jeśli nie poznasz gra­ma­tyki i kon­tek­stu kul­tu­ro­wego.

Nawet jeśli Vin­cent uznaje mój mono­log za żenu­jąco pre­ten­sjo­nalny, nie mówi ani słowa. W jego oczach widać cier­pli­wość. Sku­pie­nie. Jego uwaga dodaje mi pew­no­ści sie­bie, by kon­ty­nu­ować. Prze­su­wam wzro­kiem po rzę­dach sto­ją­cych przed nami ksią­żek, a póź­niej wyj­muję z półki znany, bar­dzo gruby tom Anto­lo­gii Eng­mana, wyda­nie dwu­na­ste z roz­sze­rzo­nym pro­lo­giem, po czym zaczy­nam go kart­ko­wać w poszu­ki­wa­niu roz­działu poświę­co­nego Eli­za­beth Bar­rett Brow­ning.

- Okej, ten będzie dobry - stwier­dzam, wska­zu­jąc stronę pal­cem.

Vin­cent staje bli­żej, by móc czy­tać przez moje ramię. Nie ruszam się, zde­ter­mi­no­wana, by się nie wzdry­gnąć ani nie pochy­lić w stronę żaru jego dużego ciała.

- "Jeśli musisz mię kochać" - czyta, cie­płem odde­chu paląc mój oboj­czyk oraz grzbiet wycią­gnię­tej dłoni.

- To sonet - mówię, zaci­ska­jąc dłoń w pięść. - Czter­na­ście wer­sów, pen­ta­metr jam­biczny. Bar­dzo łatwo to wyła­pać. Sztuczka z sone­tami polega na tym, by wypa­try­wać puenty na końcu. Zwy­kle znaj­duje się ją w ostat­nim kuple­cie, czyli dwu­wier­szu, jeśli reszta utworu jest podzie­lona na trzy strofy z kwar­ty­nami...

- Czyli czte­ro­wier­szami, tak?

Pod­no­szę wzrok, by spoj­rzeć na Vin­centa. To błąd. Stoi tak bli­sko, że dostrze­gam piegi na nosie i maleńką, jasną bli­znę tuż pod prawą brwią. Nie patrzy na wiersz. Patrzy na mnie.

- Hm, tak. - Odchrzą­kuję, a póź­niej znów patrzę w książkę. - Czte­ro­wier­sze. Ale spójrz, to sonet wło­ski. Jedna oktawa i sek­stet. To ozna­cza, że puenta znaj­duje się w sek­ste­cie, czyli w ostat­nich sze­ściu wer­sach.

- "Jeśli musisz mię kochać, niech miłość ta będzie / Za nic" - czyta pierw­szy wers.

- "Za miłość tylko samą" - cią­gnę.

Ota­cza­jące nas powie­trze gęst­nieje, a świat zawęża się do tego jed­nego zakątka biblio­teki. Na głos czy­tam pozo­stałą część sonetu, i choć mylę się w kilku sło­wach, Vin­cent ani nie par­ska śmie­chem, ani mnie nie popra­wia. Mil­czy. Naboż­nie. Odczy­ty­wa­nie słów dawno nie­ży­ją­cej kobiety w kaplicy wybu­do­wa­nej dla uczcze­nia słów i ich twór­ców wydaje się świę­to­ścią.

- "Dla Miło­ści mię jeno kochaj, wiecz­nie nowa, / By mogła trwać na wieki - Ta, co nie umiera"1.

Kiedy wybrzmiał ostatni wers, nastą­piła chwila ciszy, prze­ry­wana tylko wspól­nym odde­chem.

Po chwili Vin­cent pyta:

- O co w tym cho­dzi, pani pro­fe­sor?

Śmieję się, cichutko wypusz­cza­jąc powie­trze. Cie­szę się, że to on roz­ła­do­wał napię­cie.

- Eli­za­beth napi­sała to dla swo­jego męża. Nie podo­bał jej się pomysł, że mógłby ją kochać za inte­li­gen­cję lub urodę. Ona tego nie chce. To może ulec zmia­nie. Zesta­rzeje się. Może zacho­ro­wać. Może się po pro­stu... zmie­nić. A pra­gnie, by kochał ją bez­wa­run­kowo.

Vin­cent cofa się o krok. Jesz­cze przez moment czuję żar jego ciała, lecz potem znów mi zimno. Zamy­kam anto­lo­gię, po czym odwra­cam się do niego.

- Cho­lera - stwier­dza, a na jego ustach poja­wia się uśmiech, zdra­dza­jący oszo­ło­mie­nie. - Dobra jesteś.

Jego słowa roz­pa­lają moje ciało. Chyba zro­bi­łam się wil­gotna. To upo­ka­rza­jące, że tak na mnie wpływa jeden głupi kom­ple­ment. Dwa dobre słowa w cichym zakątku biblio­teki mogą spra­wić, że płonę.

- Wła­śnie za to tyle mi płacą - rzu­cam żar­to­bli­wie sła­bym gło­sem, poda­jąc Vin­cen­towi książkę. - Tak naprawdę dostaję naj­niż­szą pen­sję. I kilka dodat­ko­wych dolców za nocną zmianę, co bar­dzo mi się podoba.

Vin­cent waży na zdro­wej dłoni Anto­lo­gię Eng­mana, jakby się nad czymś zasta­na­wiał.

- Do któ­rej pra­cu­jesz?

Zupeł­nie nie mam poję­cia, dla­czego pyta.

- Hmm, powin­nam stąd wyjść przed piątą. To zna­czy zakła­da­jąc, że ten, kto przyj­dzie na poranną zmianę nie okaże się kuta­sem i fak­tycz­nie dotrze tu o cza­sie.

Mój towa­rzysz gwiż­dże pod nosem.

- Jezu. To straszne. Jak czę­sto pra­cu­jesz w nocy?

- Zwy­kle zgła­szam się na ochot­nika w piątki - odpo­wia­dam, wzru­sza­jąc przy tym ramio­nami.

- Dla­czego? - w jego gło­sie brzmi coś na kształt urazy. - Wszy­scy wie­dzą, że naj­lep­sze imprezy są w piątki.

- Nie prze­pa­dam za nimi. To zna­czy, oczy­wi­ście lubię się napić z przy­ja­ciółmi, ale raczej na spo­koj­nie. Tłum spra­wia... nie wiem. - Na myśl o ogłu­sza­ją­cej muzyce i ciem­nych poko­jach zatło­czo­nych cał­ko­wi­cie obcymi oso­bami aż się wzdry­gam. - Ale pro­wa­dzę życie towa­rzy­skie. Impre­zuję na swój spo­sób. Co czwar­tek piję wino i orga­ni­zuję wie­czory fil­mowe ze współ­lo­ka­tor­kami, a w nie­dziele zakra­piane późne śnia­da­nia.

Kącik ust Vin­centa unosi się w zna­czą­cym uśmieszku.

- Więc - mówi - impre­zu­jesz w czwartki i nie­dziele.

- Mhm.

- A w piątki sie­dzisz za biur­kiem i czy­tasz porno.

Trzy

Z zasko­cze­nia otwie­ram usta.

- Nie czy­tam... To nie było... To nie jest porno.

Vin­cent unosi ręce do góry, wycią­ga­jąc dło­nie w geście kapi­tu­la­cji.

- Słu­chaj, prze­cież odro­bina przy­jem­no­ści nie zaszko­dzi. Nie zamie­rzam cię oce­niać. I obie­cuję, że nie doniosę na cie­bie za czy­ta­nie w pracy, jeśli o to się mar­twisz.

Dro­czy się ze mną. Zamiast paniki czuję teraz roz­draż­nie­nie. Kiedy z unie­sio­nym pod­bród­kiem wbi­jam w niego wzrok zdra­dza­jący nie­po­ha­mo­waną wście­kłość, Vin­cent nie wygląda na spe­szo­nego, lecz po pro­stu zaci­ska usta, by powstrzy­mać śmiech.

- Fik­cja - rzu­cam ze zło­ścią - to zdrowy spo­sób na ćwi­cze­nie wyobraźni...

- Daj spo­kój. Ty aku­rat nie potrze­bu­jesz wyobraźni. Możesz wejść na naj­bliż­szą domówkę i ustawi się kolejka face­tów chęt­nych speł­nić wszyst­kie twoje pra­gnie­nia. - Gdy tylko prze­staje mówić, marsz­czy nos, jakby pomysł brzmiał lepiej w jego gło­wie.

Zakła­dam ręce na pier­siach. Mój brak doświad­cze­nia w rela­cjach intym­nych to bole­sne miej­sce, a on wło­żył w nie palec niczym w otwartą ranę.

- Mogę sobie kogoś zna­leźć, jeśli zechcę - stwier­dzam. - Ale tego nie robię, bo chło­paki z uczelni to nie­doj­rzałe małe grem­liny, które grają w gry wideo w obskur­nych piw­ni­cach, mówią mizo­gi­ni­styczne bzdury dla zabawy i nie potra­fią zna­leźć łech­taczki. Boha­te­ro­wie moich powie­ści są namiętni, uta­len­to­wani oraz...

- Fik­cyjni.

Na widok mojego miaż­dżą­cego spoj­rze­nia Vin­cent unosi brew, pro­wo­ku­jąc mnie do powie­dze­nia, że się myli.

Zamiast tego mówię tylko:

- Czyli przy­zna­jesz, że chło­paki z uczelni są do niczego?

Wybu­cha śmie­chem. By nie czuć dumy, że udało mi się wydo­być z niego ten dźwięk, odwra­cam się do pó­łek, prze­bie­ga­jąc wzro­kiem po grzbie­tach ksią­żek, choć tak naprawdę nie widzę ani nazwisk auto­rów, ani tytu­łów.

Kiedy ponow­nie zer­kam na Vin­centa, uśmie­cha się do mnie, zupeł­nie jakby zna­lazł ostatni naroż­nik bar­dzo trud­nych puz­zli.

- Teraz rozu­miem - stwier­dza.

- Co rozu­miesz? - pytam gło­sem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu.

Vin­cent pod­nosi książkę.

- Nie bez powodu tak bar­dzo podoba ci się ten wiersz.

- A niby dla­czego?

- Bo ty też się boisz.

Śmieję się, choć to raczej prze­jaw roz­go­ry­cze­nia niż humoru.

- Czego się boję?

- Jest piąt­kowy wie­czór. Jesteś młoda i dość... Dość inte­li­gentna, a na doda­tek tak głę­boko zanu­rzy­łaś się w roman­sie, że nie­mal musia­łem cię stam­tąd wycią­gać siłą. To zna­czy, że albo masz się za kogoś lep­szego, albo boisz się tam poka­zać. Nie chcesz rezy­gno­wać z kon­troli i robić cze­goś, jeśli nie możesz zer­k­nąć na spoj­lery umiesz­czone na ostat­niej stro­nie. "Kochaj mnie dla miło­ści samej". Książki są nie­zmienne. Ludzie się zmie­niają. Jesteś... - wska­zuje na mnie Anto­lo­gią Eng­mana - jesteś tchó­rzem.

Wście­kłość zalewa mnie jak dziki ogień, tak gorąca i straszna, że aż szczy­pie w oczy.

- Mylisz się.

- Czyżby?

Nie, szep­cze głos w mojej gło­wie.

- Abso-kurwa-lut­nie.

Nie odry­wam od niego wzroku. On robi to samo. A póź­niej, tylko jeden raz - tak szybko, że mogła­bym mru­gnąć i tego nie zauwa­żyć - pewny sie­bie wzrok Vin­centa prze­nosi się na moje usta.

- Udo­wod­nij to.

Zupeł­nie jakby zie­mia zaczęła mi się koły­sać pod sto­pami. Zupeł­nie jak­bym nie­spo­dzie­wa­nie stała się Ali­cją w kró­li­czej norze lub Lucy Peven­sie, która prze­szła przez szafę - dziew­czynką wpa­da­jącą na łeb na szyję do świata fan­ta­zji.

Może cho­dzi o wyzwa­nie w ciem­nych oczach Vin­centa, a może o moją złość, która dodaje mi odwagi i deter­mi­na­cji, by mu udo­wod­nić, że o niczym nie ma poję­cia. Nie­za­leż­nie od powodu, w jed­nej chwili z przy­spie­szo­nym odde­chem i galo­pu­ją­cym ser­cem patrzę na niego, a w następ­nej wspi­nam się na palce, opie­ram dło­nie na jego ramio­nach i głę­boko wbi­jam paznok­cie w czarny, baweł­niany T-shirt. Zupeł­nie jak­bym chciała go uka­rać, że dopro­wa­dził mnie do szału, że jest tak pewny sie­bie, by mnie pod­da­wać psy­cho­ana­li­zie w mojej świę­tej prze­strzeni.

A potem go całuję. Mocno.

Vin­cent jęczy, jego wargi roz­chy­lają się, a serce dudni pod moimi dłońmi. Przez moment jestem dumna, bo myślę, że go zasko­czy­łam, a potem czuję rzep jego ortezy na koszulce i dociera do mnie, że pomię­dzy nami znaj­duje się jego chora ręka.

Odry­wam się od niego i chwiej­nie cofam o krok.

Czy naprawdę to zro­bi­łam?

- Cho­lera, prze­pra­szam - mówię zdy­szana i zawsty­dzona. - Twoja ręka...

Nie udaje mi się nawet dokoń­czyć.

Vin­cent upusz­cza Anto­lo­gię Eng­mana. W chwili, gdy ląduje u naszych stóp z cięż­kim stu­ko­tem, jego teraz wolna dłoń ląduje na moim karku. Może i jest zbu­do­wany jak ceglana ściana, ale w spo­so­bie, w jaki jego dłoń mnie obej­muje, jest łagod­ność. Nie jest wyma­ga­jąca. To cier­pliwy, wspie­ra­jący dotyk.

Deli­kat­nie ści­ska moją szyję, bez słów pro­sząc, bym spoj­rzała mu w oczy. I to wła­śnie robię. Pło­nie w nich ogień, który pasuje do ognia we mnie.

- Prze­stań prze­pra­szać - mówi bar­dzo poważ­nie - i zrób to jesz­cze raz.

To sza­leń­stwo.

W jaki spo­sób spra­wia, że czuję się, jak­bym to ja rzą­dziła? Że to ja wyszłam z ini­cja­tywą? Ponie­waż wszystko wska­zuje na to, że to on trzyma mnie w dłoni, chro­niąc moje ciało przed roz­bi­ciem na milion kawa­łecz­ków.

- Ni­gdy nie cało­wa­łam nikogo na trzeźwo - przy­znaję z zaru­mie­nioną twa­rzą.

Mina mu łagod­nieje.

- To poćwicz na mnie - pro­po­nuje. - Jestem tutaj. Cały twój.

Nie pró­buję ani naci­skać, ani prze­ko­ny­wać. Po pro­stu stoi spo­koj­nie i nie­wzru­sze­nie - jak skała, na któ­rej mogę się oprzeć w przy­pły­wie nie­po­koju - i daje mi czas, któ­rego potrze­buję, aby zebrać myśli.

Pra­gnę go poca­ło­wać. To oczy­wi­ste. A jeżeli Vin­cent nie jest naj­bar­dziej prze­ko­nu­ją­cym na świe­cie kłamcą, on także zde­cy­do­wa­nie nie ma nic prze­ciwko temu. Jed­nak mam w gło­wie taki chaos, że zupeł­nie nie umiem pojąć tego rów­na­nia. Nor­malni ludzie, jeśli nie są pijani w sztok, nie rzu­cają się na sie­bie w ciągu dzie­się­ciu minut od spo­tka­nia - nawet jeśli te dzie­sięć minut poświę­cili na żar­liwe prze­ko­ma­rza­nia i czy­ta­nie sone­tów w ciem­nym rogu nie­mal pustej biblio­teki.

Praw­dziwe życie ni­gdy nie przy­po­mina powie­ści.

Gdzie jest haczyk?

Vin­cent błęd­nie odbiera moje waha­nie.

- Jeśli nie masz ochoty, możesz wró­cić do książki. Przy­rze­kam, że moje ego dziel­nie znie­sie ten cios. Ale nie odma­wiaj mi ze stra­chu.

Te słowa na nowo pod­sy­cają mój żar.

- Nie boję się...

Jego dłoń ponow­nie zaci­ska się na moim karku, tym razem pona­gla­jąco.

- To chodź tutaj - mru­czy.

Pie­przyć to, mówię do sie­bie. Tak, moje włosy są w nie­ła­dzie, a maki­jaż ma kilka godzin. Tak, flu­ore­scen­cyjne świa­tła i wypło­wiały dywan nie­ko­niecz­nie budują nastrój. Chcia­ła­bym czuć się bar­dziej poukła­dana, bar­dziej przy­go­to­wana na bycie trzy­maną i doty­kaną.

Ale Vin­cen­towi nie prze­szka­dza, że nie jestem ide­alna i może tylko to się liczy.

Życie jest zde­cy­do­wa­nie zbyt krót­kie, żeby nie sko­rzy­stać z szansy poczu­cia się jak boha­terka romansu.

Biorę więc głę­boki wdech, by dodać sobie odwagi, a póź­niej ponow­nie uno­szę twarz i zbli­żam ku Vin­cen­towi swoje usta. Z kciu­kiem w miej­scu wyczu­wal­nego pulsu i pal­cami w moich wło­sach, pochyla głowę, po czym całuje mnie deli­kat­nie jeden, a póź­niej drugi raz. Dotyk jego ust jest prze­lotny, lekki jak piórko - zupeł­nie jakby się ze mną draż­nił. Wyrywa mi się nie­cier­pliwy dźwięk, podej­rza­nie przy­po­mi­na­jący skom­le­nie, a Vin­cent się śmieje.

Potem całuje mnie jak należy.

Wzdy­cham, gdy usta Vin­centa doty­kają moich. Roz­chy­lam wargi, nasze języki muskają się, naj­pierw nie­śmiało, a potem coraz śmie­lej, eks­plo­ru­jąc i wiru­jąc. Zupeł­nie nie przy­po­mina to nie­zdar­nych, prze­siąk­nię­tych alko­ho­lem poca­łun­ków, jakie znam - to coś cał­ko­wi­cie innego. Zde­cy­do­wa­nego. Nie­śpiesz­nego.

Dokład­nie tak wygląda poca­łu­nek, kiedy całą wypeł­nia mnie despe­racka potrzeba pozna­nia smaku dru­giej osoby.

Vin­cent wodzi po mojej dol­nej war­dze naj­pierw języ­kiem, a póź­niej deli­kat­nie zębami. Dyszę. Mocne bicie serca zagłu­sza wszyst­kie inne dźwięki. Kiedy męż­czy­zna scho­dzi niżej, by lek­kimi poca­łun­kami pie­ścić linię szczęki, z drże­niem wkła­dam dłoń w jego ciemne włosy. Są gęste i jedwa­bi­ście gład­kie.

Spraw­dzam, co się sta­nie, gdy lekko za nie pocią­gnę.

Vin­cent jęczy z twa­rzą ukrytą w mojej szyi. Czuję to głę­boko w kościach, roz­brzmiewa jak echo i ude­rza mnie pro­sto mię­dzy nogi. Wtu­lam się w niego, a kiedy pod cien­kimi, czar­nymi spodniami poczuję jego twar­dość, gwał­tow­nie łapię powie­trze. Nie mam poję­cia, co mnie tak zaska­kuje. Z moich obszer­nych badań lite­rac­kich wiem, jak to wszystko działa. Na samą myśl, że to ja jestem powo­dem wzwodu Vin­centa, czuję przy­pływ pożą­da­nia. Natych­miast zaczy­nam żało­wać, że na dro­dze stają nam jego spodnie i moje leg­ginsy. Chcę się ich pozbyć. Pra­gnę dotyku nagiej skóry. Pra­gnę, by Vin­cent przy­tu­lał mnie taką otwartą, roz­pa­loną, wil­gotną i chętną. Prze­su­wam dłoń na jego biceps, chwy­tam za przy­kryty baweł­nianą koszulką twardy mię­sień, a póź­niej, wsparta na nim, ocie­ram się o niego bio­drami.

- Cho­lera - rzuca tuż przy moim policzku. - Pani pro­fe­sor, zabije mnie pani.

Po tych sło­wach zaci­skają mi się mię­śnie brzu­cha. I wtedy przy­cho­dzi mi do głowy straszna myśl: on nawet nie zna mojego imie­nia.

Cztery

Odsu­wam się, by wcią­gnąć do płuc chłodne powie­trze, pró­bu­jąc się uspo­koić. Vin­cent korzy­sta z oka­zji, by pochy­lić głowę i zło­żyć czułe poca­łunki na moim odsło­nię­tym oboj­czyku.

Jest w tym dobry. Podej­rza­nie dobry.

- Czy masz zwy­czaj uwo­dze­nia kobiet w biblio­te­kach, czy to dla cie­bie nowość? - Chcę, żeby zabrzmiało to jak żart, ale jestem pewna, że sły­szy nie­po­kój w moim gło­sie.

Składa ostatni poca­łu­nek na mojej szyi i pro­stuje się, by na mnie spoj­rzeć.

- Nie - mówi, po czym wyja­śnia: - To zna­czy uwo­dzi­łem kobiety, ale ni­gdy w biblio­tece. I nie mia­łem takiego zamiaru. Naprawdę na ponie­dzia­łek muszę napi­sać pracę i ta durna, pie­przona orteza - pod­nosi uszko­dzoną rękę, któ­rej po chwili pozwala opaść na pierś - też jest praw­dziwa. Skrę­ci­łem nad­gar­stek pod­czas let­nich tre­nin­gów. To nie jest tylko próba zdo­by­cia współ­czu­cia.

Obser­wuję go spod zmru­żo­nych powiek.

- Tylko skrę­ci­łeś? - pytam.

- Upa­dłem na niego po dwu­tak­cie z obroną.

- Hmm. Ten tem­blak wygląda poważ­nie.

- Tre­ner - odpo­wiada Vin­cent z napię­ciem - praw­do­po­dob­nie prze­sa­dził. Nie chce, żebym stra­cił wię­cej roz­gry­wek niż to konieczne.

Zaci­skam usta, przy­po­mi­na­jąc sobie wszyst­kie oglą­dane rela­cje, w któ­rych na boisku do koszy­kówki bru­tal­nie trak­to­wał człon­ków prze­ciw­nej dru­żyny. Zanim zdążę się zasta­no­wić, wyrywa mi się pyta­nie:

- Na pewno nikomu nie przy­ło­ży­łeś?

Vin­cent z wes­tchnie­niem odchyla głowę do tyłu, wbi­ja­jąc wzrok w sufit.

- Zakła­dam, że wiesz, kim jestem.

- To, że nie cho­dzę na imprezy, nie ozna­cza, że nie mam poję­cia, co się dzieje na uczelni.

- Byłaś kie­dyś na meczu koszy­kówki?

- Nie, ale widzia­łam, jak rok temu zła­ma­łeś tam­temu face­towi nos.

Vin­cent się krzywi.

- To nie był naj­lep­szy pomysł. Ale ten dupek na to zasłu­żył.

- Co takiego zro­bił?

Przez chwilę wydaje się zasko­czony, zupeł­nie jakby nasta­wił się na kaza­nie, że prze­moc ni­gdy nie jest dobrym roz­wią­za­niem.

- Powie­dział coś, czego nie powi­nien.

- Do cie­bie?

- Nie. Do mojego współ­lo­ka­tora, Jaba­riego.

- Rozu­miem. - Marsz­czę brwi. - No cóż, w takim razie dałeś ciała, Kni­ght.

- Naprawdę?

- Mhm. Powi­nie­neś wal­nąć go jesz­cze co naj­mniej ze trzy razy, zanim odcią­gnęli cię sędzio­wie.

Na jego twa­rzy poja­wia się nieco zaże­no­wany uśmiech, który na mnie działa w jakiś dziwny spo­sób. Zdrową dłoń opiera mi na ramie­niu. Zasta­na­wiam się, czy wie, że każde prze­su­nię­cie kciuka po oboj­czyku wywo­łuje we mnie dresz­cze przy­jem­no­ści.

- To nie w porządku, że ty znasz moje imię, a ja nie znam two­jego - mru­czy.

Do tej pory nie zda­wa­łam sobie sprawy, że moja ano­ni­mo­wość to taki kom­fort. Oczy­wi­ście mogłam mu podać nie­praw­dziwe imię, ale na samą myśl o kłam­stwie żołą­dek skręca mi się w poczu­ciu winy.

- Jestem Ken­dall - mówię cicho.

- A zatem Ken­dall - szep­cze, wyma­wia­jąc moje imię tak deli­kat­nie, jak gdyby był to puch - ten tem­blak nie służy mi do pod­rywu, jeśli tym się mar­twisz.

Powstrzy­muję uśmiech.

- Nie podej­rze­wa­łam cię o to. To byłby dość kiep­ski pod­ryw. Nie mam poję­cia, jak miał­byś porząd­nie prze­le­cieć dziew­czynę opartą o półkę z książ­kami, mając tylko jedną sprawną...

Jedy­nym ostrze­że­niem jest szel­mow­ski błysk w jego ciem­nych oczach.

Potem obej­muje swoją zdrową ręką moją talię pod swe­trem i pod­nosi mnie do góry. Wyrywa mi się upo­ka­rza­jący pisk zasko­cze­nia i zarzu­cam mu ramiona na szyję, jedną dło­nią chwy­ta­jąc go za włosy, a drugą za koszulkę. Nie jestem drobna. Nie jestem zbu­do­wana jak boha­terki, które można swo­bod­nie prze­kła­dać po sypialni, nazy­wa­jąc przy tym słod­kimi lub zadzior­nymi. Pomimo sze­ro­kich bar­ków Vin­centa i impo­nu­ją­cego obwodu jego bicep­sów, tro­chę się boję, że bar­dzo szybko może się zda­rzyć coś przy­krego.

- To był żart. Tylko żar­to­wa­łam.

- Ale ja nie.

Po pro­stu chwyta mnie pew­niej. Palce wbija w moje bio­dro na tyle, by spra­wić mi nie­zwy­kle przy­jemny ból. Może będę miała siniaki. Nie mam poję­cia, czemu ta myśl tak mnie pod­nieca.

- Nie upuść mnie - ostrze­gam.

- Wiesz, że mógł­bym pod­nieść cię z przy­siadu, prawda?

Wystar­cza­ją­cym potwier­dze­niem jego słów jest jędrna linia jego poślad­ków, którą czuję na łyd­kach.

- Tak tylko mówię.

Vin­cent się śmieje, muska­jąc przy tym moją skórę gorą­cym odde­chem.

- Daj mi chwilę. Przy­naj­mniej pozwól mi się posta­rać. Obie­cuję, że cię utrzy­mam, Ken­dall.

Na dźwięk wła­snego imie­nia w jego ustach znów płonę pożą­da­niem. Vin­cent też musiał to odczuć, bo robi krok do przodu, aż czuję za ple­cami coś twar­dego - to półka. Jest przy­krę­cona do ściany, więc wiem, że praw­do­po­dob­nie nie uda nam się jej prze­wró­cić, ale na­dal nie czuję się pew­nie w tej pozy­cji, gdy nie mam na czym oprzeć stóp.

To wszystko jest bar­dzo nie­bez­pieczne.

- Co mówi­łaś - mru­czy - o mnie, przy­ci­ska­ją­cym cię do regału z książ­kami? Bo wydaje mi się, że nie ma wąt­pli­wo­ści, że sobie z tym pora­dzę.

Czuję falę oszo­ło­mie­nia. Odchy­lam głowę tak, że moje usta muskają jego ucho.

- Udo­wod­nij to - szep­czę.

Zamiast śmie­chu w piersi Vin­centa wzbiera pomruk - niski i podej­rza­nie przy­po­mi­na­jący war­cze­nie. Po chwili znów zaczyna mnie cało­wać. Już nie tak deli­kat­nie. Od pożą­da­nia, z jakim spo­ty­kają się nasze usta, aż zaci­ska mi się żołą­dek.

On nie może być praw­dziwy. Szybko odpy­cham tę myśl, bo chło­pak zaczyna ocie­rać się o mnie bio­drami. Skąd on się wziął? Bo cho­ler­nie faj­nie jest pro­wa­dzić z nim małą wojnę słowną, czy­tać moje ulu­bione wier­sze, a potem obści­ski­wać się pod ścianą i nie mogę uwie­rzyć, że prze­ży­łam pra­wie dwa­dzie­ścia jeden lat mojego życia, nie czu­jąc się w ten spo­sób. Nie jestem w sta­nie jasno myśleć. Mój świat ogra­ni­cza się teraz do ogrom­nego, cie­płego, męskiego ciała, ota­cza­ją­cych mnie ramion, które doci­skają mnie coraz moc­niej, oraz jego ust, które...

Z mojej lewej strony coś spada na zie­mię z gło­śnym łosko­tem.

Zasko­czona, odska­kuję od Vin­centa.

To książka.

Musia­łam zrzu­cić ją z półki. Będę musiała odło­żyć ją na miej­sce, żeby Mar­gie nie...

Och, cho­lera.

Mar­gie.

Zde­cy­do­wa­nie minęło już pięt­na­ście minut, co ozna­cza, że jest bar­dzo praw­do­po­dobne, że przyj­dzie tu odło­żyć książki.

Gorącz­kowo ude­rzam Vin­centa w ramię.

- Postaw mnie, pro­szę.

Natych­miast to robi.

Gdy tylko staję na pod­ło­dze, wymi­jam go i odsu­wam się co naj­mniej o metr. Jego zdrowa ręka opada z powro­tem na bok. Pozba­wiona bli­sko­ści jego gorą­cego ciała przy­po­mi­nam sobie, jak lodo­wato robi się w biblio­tece, udaje mi się jed­nak nie owi­nąć szczel­nie swe­trem i nie scho­wać się w nim. Nie będę tego robić. A przynaj­mniej nie wtedy, gdy przede mną stoi zaru­mie­niony Vin­cent z ustami spuch­nię­tymi od poca­łun­ków, z roz­czo­chra­nymi wło­sami i oszo­ło­mioną miną.

To moja sprawka, mówię do sie­bie. To przeze mnie tak wygląda.

Moje współ­lo­ka­torki krzy­cza­łyby, gdyby mogły mnie teraz zoba­czyć. Har­per i Nina przez lata wci­skały mi kit, że jestem tą doma­torką, tą roz­sądną, tą mamuśką z naszej grupy. A dzi­siaj? Jestem nie do pozna­nia. Postra­da­łam zmy­sły. Zupeł­nie jak nie ja.

- Mówi­łam ci - stwier­dzam ze spo­ko­jem, któ­rego tak naprawdę nie czuję. - Nie boję się.

Jego usta drgają.

- Masz rację.

Na dźwięk jego niskiego, ochry­płego głosu zaczy­nam drżeć. Muszę jed­nak myśleć bar­dziej prag­ma­tycz­nie. Jestem w pracy. Mam prze­ło­żoną, która wkrótce może przyjść mnie szu­kać. A co potem? Stracę dzie­wic­two w ciem­nym kącie jedy­nej cało­do­bo­wej biblio­teki w Cle­ment, z chło­pa­kiem, któ­rego dopiero pozna­łam?

Logika i roz­są­dek są okrutne.

Wygła­dzam przód koszulki i chrzą­kam.

- Naprawdę powin­nam wra­cać do pracy. Ale jeśli pój­dziesz ze mną, pomogę ci wypo­ży­czyć tę książkę.

Po tych sło­wach cofam się o krok. Uśmiech na twa­rzy Vin­centa przy­po­mina bar­dziej gry­mas.

- Spo­tkamy się na dole - mówi. Pod wpły­wem mojego zacie­ka­wio­nego spoj­rze­nia wska­zuje gestem na kro­cze. Choć jest dość ciemno, a na doda­tek ma czarne spodnie, i tak udaje mi się dostrzec jego impo­nu­jącą erek­cję. - Zejdę za chwilę.

Na twarz wypływa mi rumie­niec.

- Och. Och, rozu­miem.

Mam wra­że­nie, że powin­nam powie­dzieć coś jesz­cze - coś, co potwier­dzi­łoby zna­cze­nie tego, co się wła­śnie wyda­rzyło - ale jest zbyt wiele do omó­wie­nia. Nie wiem, od czego zacząć.

Odcho­dząc od rega­łów, nie oglą­dam się za sie­bie, bo jest duża szansa, że jeśli to zro­bię, wrócę tam, by skoń­czyć to, co zaczę­li­śmy.

Na szczy­cie scho­dów waham się przez chwilę, zanim ruszam kory­ta­rzem, by pobiec do dam­skiej toa­lety. Nie­zna­joma dziew­czyna patrząca na mnie w lustrze umiesz­czo­nym nad rzę­dem umy­wa­lek ma sze­roko otwarte oczy, a usta zaró­żo­wione i opuch­nięte. W gar­dle wzbiera mi zdu­szony śmiech. Ja chyba śnię. Prze­cież nie obści­ski­wa­łam się przed chwilą z Vin­cen­tem Kni­gh­tem. W biblio­tece. Na swo­jej zmia­nie. Po (naj­wy­raź­niej nie­zwy­kle pod­nie­ca­ją­cym) gło­śnym czy­ta­niu wier­sza Eli­za­beth Bar­rett Brow­ning.

Co teraz? Mam się z nim umó­wić? Czy Vin­cent Kni­ght cho­dzi w ogóle na randki? A może to będą tylko oka­zjo­nalne spo­tka­nia, gdy będzie przycho­dził do biblio­teki na moje nocne zmiany i będziemy wymy­ślać milion spo­so­bów na pro­fa­na­cję wszyst­kich dzia­łów? Może za dużo sobie wyobra­żam. Może to tylko dzi­waczne, jed­no­ra­zowe zda­rze­nie. Chwila namięt­no­ści, którą obró­cimy w żart, zanim każde z nas pój­dzie w swoją stronę.

Nie mam poję­cia, co będzie dalej. Stra­ci­łam cho­lerny wątek.

Drżącą dło­nią odkrę­cam kran, by lodo­watą wodą ochla­pać roz­pa­lone policzki. Mijają minuty - nie wiem ile, bo nie mam przy sobie tele­fonu - ale moje ciało naj­wy­raź­niej nie zamie­rza ochło­nąć.

Muszę się spo­tkać z Vin­cen­tem przy biurku wypo­ży­czalni.

Czemu więc nie jestem w sta­nie się poru­szyć?

- Do dia­bła - rzu­cam na głos. Te słowa odbi­jają się echem od pustych kabin. Kiedy ponow­nie patrzę w oczy wła­snemu odbi­ciu w lustrze, wstrzą­sa­jąco jasno dociera do mnie, że Vin­cent mógł mieć rację.

Może fak­tycz­nie jestem tchó­rzem.

Gdy w końcu znaj­duję w sobie dość siły, by opu­ścić dam­ską toa­letę, pośpiesz­nie scho­dzę na dół i kie­ruję się pro­sto do biurka, kuląc ramiona ze wstydu. Mar­gie wró­ciła, prze­kłada książki na jed­nym z nie­wiel­kich wóz­ków słu­żą­cym nam do ich prze­wo­że­nia pod półki.

Nie ma śladu po Vin­cen­cie.

- Udało się wydru­ko­wać? - pytam.

Mar­gie potwier­dza ski­nie­niem głowy.

- Rano ten biedny dzie­ciak bie­rze udział w tar­gach kariery, a nie mógł sobie pora­dzić z usta­wie­niem mar­gi­ne­sów w CV.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki