Nigdzie indziej - Tommy Orange

-
Proszę czekać

Prolog

W mrocznych czasach -

Czy śpiewa się także?

Tak, śpiewa się także

O mrocznych czasach.

- Bertolt Brecht

Indiańska głowa

Była taka indiańska głowa - wizerunek przyozdobionej pióropuszem głowy długowłosego Indianina, wykonany przez nieznanego artystę w 1939 roku - którą aż do późnych lat siedemdziesiątych emitowano codziennie na wszystkich amerykańskich kanałach telewizyjnych na zakończenie programu. Nazywa się ją "planszą testową z głową Indianina" (the Indian Head test pattern). Jeśli ktoś nie wyłączył telewizora, mógł usłyszeć dźwięk w częstotliwości 440 herców - ton, jakiego używa się do strojenia instrumentów - i ujrzeć tę głowę Indianina otoczoną okręgami, które wyglądały tak, jakby widziane były przez lunety celownicze. W samym centrum ekranu było coś, co przypominało środek tarczy strzelniczej, z liczbami wyglądającymi jak współrzędne celu. Wspomniana głowa Indianina znajdowała się nieco powyżej tego centralnego okręgu, jak gdyby wystarczało jedynie skinąć przyzwalająco, aby nastawić przyrządy celownicze na ten właśnie cel. Przypomnę, że była to tylko zwykła telewizyjna plansza testowa.

W 1621 roku koloniści zaprosili na ucztę Massasoita, wodza Wampanoagów, aby uczcić niedawne zawarcie umowy gruntowej. Wódz przybył na tę uroczystość z dziewięćdziesięcioma spośród swoich ludzi. To na pamiątkę tej właśnie biesiady co roku w listopadzie spożywamy wciąż wspólnie uroczysty posiłek1. Świętujemy jako jeden naród. Nie była to jednak uczta dziękczynna, lecz poczęstunek mający przypieczętować umowę gruntową. Dwa lata później odbyła się kolejna tego rodzaju uczta, mająca symbolizować wieczną przyjaźń między białymi i tubylcami. Tamtej nocy dwustu Indian zmarło nagłą śmiercią na skutek działania nieznanej trucizny.

Gdy wodzem Wampanoagów został Metacomet, syn Massasoita, Indianie i Pielgrzymi nie spożywali już wspólnie uroczystych posiłków. Metacomet, zwany także Królem Filipem, zmuszony został do podpisania traktatu pokojowego, zobowiązującego Indian do oddania całej posiadanej broni palnej. Koloniści powiesili trzech spośród jego ludzi. Jego starszy brat, Wamsutta, został najprawdopodobniej otruty - tak to ujmijmy - po tym, jak wezwano go przed oblicze sądu w Plymouth i uwięziono. Wszystkie te wydarzenia doprowadziły do wybuchu pierwszej oficjalnej wojny z Indianami; w ogóle pierwszej wojny z Indianami, zwanej "wojną Króla Filipa". Trzy lata później konflikt był już rozstrzygnięty, a Metacomet ukrywał się i uciekał przed prześladowcami. Dopadł go w końcu Benjamin Church, dowódca pierwszego oddziału amerykańskich rangersów, wraz z pewnym Indianinem imieniem John Alderman. Martwemu Metacometowi odcięto głowę, a jego ciało pozbawiono kończyn. Poćwiartowano je po prostu. Cztery części przywiązano do pobliskich drzew i pozostawiono ptakom na żer. Alderman dostał w nagrodę odciętą dłoń wodza, którą trzymał w słoju z rumem i przez całe lata wszędzie z sobą woził, pokazując ją ludziom za pieniądze. Głowę Metacometa sprzedano kolonii Plymouth za trzydzieści szylingów - obowiązującą wówczas stawkę za głowę Indianina. Tam zatknięto ją na zaostrzonej żerdzi i obnoszono ulicami Fortu Plymouth, w którym przez następne ćwierćwiecze wystawiona była na widok publiczny.

W roku 1637 prawdopodobnie od czterystu do siedmiuset Pekotów zgromadziło się na swój doroczny taniec zielonej kukurydzy. Koloniści otoczyli, a następnie podpalili ich wioskę i strzelali do każdego Indianina, który próbował uciekać. Nazajutrz kolonia Zatoki Massachusetts wydała uroczystą ucztę, jej gubernator zaś ogłosił dzień ów dniem dziękczynienia. Tego rodzaju "dziękczynienia" odprawiano wszędzie tam, gdzie miały miejsce wydarzenia, których nie sposób nazwać inaczej, jak tylko "udanymi rzeziami". Mówi się nawet, że podczas jednej z takich uroczystości na wyspie Manhattan koloniści świętowali w dość szczególny sposób: na ulicach swej osady grali w piłkę odciętymi głowami Indian z plemienia Pekotów.

* * *

Pierwsza powieść pióra rdzennego Amerykanina, a zarazem pierwsza powieść powstała w Kalifornii, napisana została w roku 1854 przez pewnego człowieka z plemienia Irokezów imieniem John Rollin Ridge. Kanwę książki zatytułowanej The Life and Adventures of Joaquín Murieta ("Życie i przygody Joaquína Muriety") stanowiły dzieje będącego rzekomo postacią historyczną meksykańskiego bandyty z Kalifornii o takim właśnie nazwisku, który został zastrzelony przez oddział Strażników Teksasu w 1853 roku. Aby dowieść, że naprawdę zabili Murietę, i móc odebrać wyznaczoną za niego nagrodę w wysokości pięciu tysięcy dolarów, Strażnicy odcięli mu głowę i wsadzili ją do słoja wypełnionego whisky. Zabrali z sobą również dłoń jego wspólnika Jacka Trzy Palce. Potem obwozili obydwa trofea po całej Kalifornii, pokazując je każdemu, kto był gotów zapłacić dolara.

Głowy Indian zamknięte w słoju czy zatknięte na żerdzi były niczym flagi, którymi powiewano, aby były widoczne dla jak najszerszego kręgu odbiorców. W podobny sposób zapadającym w sen Amerykanom pokazywano "planszę testową z głową Indianina" w chwili, gdy stawialiśmy żagle i odpływaliśmy ze swych salonów, by poprzez rozjarzone, szmaragdowe fale eteru dotrzeć do nowych wybrzeży - ekranów Nowego Świata.

Tocząca się głowa

Czejenowie mają taką starą opowieść o toczącej się głowie. Jest w niej mowa o rodzinie (złożonej z męża i żony oraz ich syna i córki), która porzuciła swój plemienny obóz i osiedliła się nad jeziorem. Rankiem, po odtańczeniu rytualnego tańca, mąż rozczesywał włosy swej żony i malował jej twarz na czerwono, po czym udawał się na polowanie. Gdy wracał, jej twarz była na powrót czysta. Kiedy zdarzyło się to już kilka razy, postanowił ją śledzić i z ukrycia obserwować, co takiego kobieta robiła, kiedy nie było go w pobliżu. Zastał ją w jeziorze, splecioną w miłosnym uścisku z przypominającym węża potworem z głębin. Posiekał więc potwora na kawałki i zabił swą żonę, a mięso przyniósł do domu dla swego syna i córki. Oboje zorientowali się, że smakuje ono inaczej niż zwykle. Syn, który wciąż jeszcze karmiony był piersią, stwierdził: "Właśnie tak smakuje moja mama". Starsza siostra powiedziała mu jednak, że to po prostu jelenina. Gdy jedli, do ich namiotu wtoczyła się głowa. Zaczęli uciekać, a głowa podążyła za nimi. Siostra chłopca przypomniała sobie, że tam, gdzie się bawili, rosły bardzo gęste cierniste krzewy, i mocą swych słów sprawiła, że wyrosła za nimi ściana takich cierni. Głowa jednak przedarła się przez nie i nadal ich goniła. Wówczas dziewczyna przypomniała sobie miejsce, gdzie wznosiły się niegdyś trudne do przebycia stosy głazów. Głazy również pojawiły się natychmiast, kiedy tylko o nich wspomniała, lecz nie powstrzymały toczącej się głowy, więc Indianka narysowała na ziemi wyraźną linię, w miejscu której powstała rozpadlina, tak głęboka, że głowa nie była w stanie jej pokonać. Jednakże po długiej i obfitej ulewie przepaść ta wypełniła się wodą. Głowa przeprawiła się wówczas przez przeszkodę, a gdy dotarła do przeciwległego brzegu, odwróciła się i wypiła wszystką wodę z rozpadliny. Wówczas okazało się, że się upiła i jest kompletnie ogłupiała. Chciała więcej. Więcej czegokolwiek. Więcej wszystkiego. I już tylko po prostu toczyła się przed siebie.

Kontynuując naszą opowieść, powinniśmy pamiętać o jednym: o tym mianowicie, że nikt nigdy nie staczał odciętych ludzkich głów ze schodów świątyń. Mel Gibson po prostu to sobie wymyślił. Niemniej jednak - przynajmniej tym spośród nas, którzy oglądali jego film2 - utkwiła w pamięci scena, w której głowy staczają się ze schodów świątyni w stworzonym przez niego filmowym świecie, mającym odzwierciedlać realia życia meksykańskich Indian z pierwszego dziesięciolecia XVI wieku. Oto Meksykanie, nim jeszcze stali się Meksykanami. Zanim dotarli tu Hiszpanie.

W taki oto sposób byliśmy opisywani przez wszystkich i wciąż obrzuca się nas oszczerstwami, wbrew wszystkim - nietrudnym wszak do znalezienia w Internecie - faktom dotyczącym prawdziwych dziejów poszczególnych plemion i obecnej sytuacji rdzennych mieszkańców Ameryki. Mamy więc ponurą sylwetkę pokonanego Indianina, w umysłach naszych zaś tkwi scena z głowami staczającymi się ze schodów świątyni, jak również obraz ratującego nas Kevina Costnera, Johna Wayne'a uśmiercającego nas ze swego sześciostrzałowego rewolweru oraz pewnego Włocha nazwiskiem Iron Eyes Cody, grającego nasze role w filmach. Mamy lamentującego i roniącego łzy nad zanieczyszczeniem środowiska Indianina w reklamie (w tej roli również wspomniany Iron Eyes Cody) oraz miotającego szpitalnym wodotryskiem szalonego Indianina, który był narratorem, głosem w powieści Lot nad kukułczym gniazdem. Mamy też wszystkie te logo i maskotki. Reprodukcję kopii wizerunku Indianina w podręczniku. Indianie zostali zatem usunięci ze wszystkich ziem, poczynając od północnych krańców Kanady i najdalszych zakamarków Alaski, a kończąc na samym koniuszku Ameryki Południowej, a następnie sprowadzono ich wszystkich do jednego tylko wizerunku głowy przyozdobionej pióropuszem. Nasze głowy widnieją na proporcach, ubraniach i monetach. Najpierw pojawiły się oczywiście na jednopensówce (the Indian Head cent), a następnie na miedzianej pięciocentówce z bizonem (the buffalo nickel) - w obu przypadkach zanim jeszcze, jako naród, mieliśmy prawo głosu. Obydwu tych monet - podobnie jak prawdy o tym, co rzeczywiście działo się w czasach ekspansji kolonialnej na całym świecie, czy też krwi przelanej we wszystkich tych rzeziach - nie ma już obecnie w obiegu.

Rzeź na wstępie

Niektórzy spośród nas dorastali pośród opowieści o rzeziach; pośród historii o tym, co przydarzyło się naszemu ludowi wcale nie tak dawno temu. O tym, jak przez to przeszliśmy. Słuchaliśmy o tym, jak nad Sand Creek kosili nas z haubic. Ochotnicza milicja pod wodzą pułkownika Johna Chivingtona przyszła tam po to, by zabijać Indian, to znaczy głównie kobiety, dzieci i starców: wojowników nie było w obozie, gdyż udali się na polowanie. Biali rozkazali nam najpierw wywiesić amerykański sztandar. Spełniliśmy ich żądanie, wieszając obok jeszcze białą flagę. "Poddajemy się" - mówiła ta ostatnia, łopocząc na wietrze. Staliśmy pod tymi dwoma sztandarami, kiedy nas zaatakowali. Nie wystarczyło im to, że nas zabijali. Rozrywali nas wręcz na kawałki. Okaleczali nas. Łamali nam palce, aby wziąć sobie nasze pierścionki, odcinali nam uszy, aby zabrać srebrne ozdoby i skalpowali nas dla naszych włosów. Chowaliśmy się w wydrążonych pniach drzew i zagrzebywaliśmy się w piachu nad brzegiem rzeki, lecz piach ten stał się wkrótce czerwony od krwi. Napastnicy wypruwali nienarodzone dzieci z brzuchów matek, odbierając nam nawet to, czym dopiero mieliśmy być: nasze dzieci, nim jeszcze stały się dziećmi, i niemowlęta, zanim zostały niemowlętami. Wypruwali nam je z brzuchów. Rozbijali miękkie dziecięce główki, uderzając nimi o drzewa. Potem zabrali sobie różne części naszych ciał jako trofea i wystawiali je na widok publiczny na specjalnym podeście w centrum Denver. Pułkownik Chivington tańczył, trzymając w dłoniach kawałki nas samych i kobiece włosy łonowe; tańczył tak, kompletnie pijany, a wokół zgromadził się tłum jeszcze gorszych od niego ludzi, którzy wiwatowali i śmiali się wraz z nim. Była to prawdziwa feta.

Twardzi i szybcy

Przesiedlenie nas do miast stanowić miało ostatni, niezbędny etap w procesie naszej asymilacji; w procesie wchłaniania nas, czy też wymazywania z kart historii: stosowne zakończenie ludobójczej kampanii, trwającej już od pięciuset lat. Jednak miasto stworzyło nas na nowo, a my uczyniliśmy je sobie poddanym. Nie zagubiliśmy się pośród bezładnego skupiska wysokich budynków, w potoku anonimowych ludzkich mas ani w nieustannym zgiełku ruchu ulicznego. Odszukiwaliśmy się wzajemnie w tłumie, zakładaliśmy swoje ośrodki kultury, przyprowadzaliśmy nasze rodziny i pokazywaliśmy światu nasze ceremonie, tańce, pieśni czy ozdoby z paciorków. Kupowaliśmy i wynajmowaliśmy sobie domy, spaliśmy na ulicach albo pod wiaduktami autostrad; chodziliśmy do szkół, wstępowaliśmy do armii oraz wypełnialiśmy hinduskie bary w dzielnicach takich jak Fruitvale w Oakland czy The Mission w San Francisco. Mieszkaliśmy w wioskach wagonów kolejowych w Richmond. Tworzyliśmy sztukę i robiliśmy dzieci oraz umożliwialiśmy naszym ludziom krążenie tam i z powrotem pomiędzy miastem a rezerwatem. Nie przenieśliśmy się wszak do miast po to, by umrzeć. Ich chodniki i ulice, ich beton wchłonął spoczywający na naszych barkach ciężar. Miasta, ze swym szkłem, metalem, kauczukiem i przewodami, pędem i gnającymi przed siebie ludzkimi masami, przyjęły nas pod swój dach. Wówczas jeszcze nie byliśmy miejskimi Indianami (Urban Indians). Przenosiliśmy się do miast w ramach Ustawy o przemieszczeniu Indian (Indian Relocation Act, 1952), będącej częścią federalnej polityki likwi­dacji indiańskich rezerwatów, która polegała i polega nadal dokładnie na tym, co sugeruje jej oficjalna angielska nazwa3. Niech wyglądają i zachowują się jak biali. Niech staną się tacy jak my i w ten sposób znikną. Tak się jednak nie stało. Wielu z nas przybyło do miast z wyboru, by zacząć wszystko od początku, zarobić pieniądze lub zdobyć nowe doświadczenia. Niektórzy przybyli po to, by uciec z rezerwatu. Zostaliśmy w miastach po tym, jak walczyliśmy w drugiej wojnie światowej. Zostaliśmy też po Wietnamie. Zostaliśmy, ponieważ zgiełk miasta brzmi tak jak odgłosy wojny, a nie można wycofać się z walki, jeśli już raz chwyciło się za broń - można jedynie trzymać wojnę na dystans, co jest łatwiejsze, kiedy się ją widzi i słyszy w pobliżu; tę twardą stal, tę nieustanną strzelaninę dokoła i samochody mknące w tę i z powrotem ulicami i autostradami niczym stalowe pociski. Tymczasem spokój rezerwatu, miasteczek leżących z dala od autostrady i wiejskich osad, oraz panująca w nich cisza sprawiają jedynie, że dźwięk własnego rozpalonego mózgu staje się jeszcze bardziej wyraźny.

Bardzo wielu z nas jest teraz miejskimi Indianami. Jeśli nawet nie dlatego, że żyjemy w miastach, to przez to, że żyjemy w Internecie, wewnątrz wielopoziomowych piramid złożonych z kolejnych okien przeglądarki. Kiedyś nazywali nas "Indianami z poboczy" (sidewalk Indians). Mówili, że jesteśmy "zmieszczaniałymi", powierzchownymi, nieautentycznymi i pozbawionymi własnej kultury uciekinierami, "jabłkami". Jabłko przecież ma czerwoną skórkę, ale w środku jest białe. Tak naprawdę jesteśmy dziś jednak wynikiem tego, co zrobili nasi przodkowie. Tego, w jaki sposób udało im się przetrwać. Jesteśmy wspomnieniami, których sami nie pamiętamy, choć czujemy ich obecność w sobie, a które wciąż żyją w nas i każą nam śpiewać, tańczyć i modlić się właśnie tak, jak to robimy; tak jak każą nam uczucia wywoływane wspomnieniami, które niespodziewanie rozbłyskają i rozkwitają w naszym życiu niczym przesączająca się przez koc krew płynąca z rany od kuli wystrzelonej przez człowieka, strzelającego nam w plecy dla naszych włosów, głów, dla nagrody albo po prostu po to, żeby się nas pozbyć.

Kiedy pierwszy raz zaczęli do nas strzelać, nie staliśmy w miejscu, mimo że ich kule poruszały się dwa razy szybciej niż dźwięk naszych krzyków, i nawet wtedy, gdy gorące i mknące ze świstem pociski rozorywały naszą skórę, gruchotały nasze kości i czaszki oraz przebijały nasze serca, ruszaliśmy się nadal; trwaliśmy w ruchu nawet wtedy, gdy widzieliśmy, jak ich kule miotały naszymi ciałami, sprawiając, że wyglądaliśmy jak łopoczące na wietrze flagi; jak te liczne flagi i budynki, jakie zaczęli wznosić w miejscu tego wszystkiego, czym przedtem była nasza ziemia. Pociski te były niczym ostrzeżenia, zjawy ze snów o trudnej, twardej przyszłości. Przechodząc na wylot przez nasze ciała, mknęły dalej, stając się zapowiedzią tego, co miało dopiero nadejść: zapowiedzią tego pędu i zabijania, ostrych i wyraźnych linii wyznaczających granice i zarysy budynków. Przybysze zabrali nam wszystko i starli na pył tak drobny jak proch strzelniczy; na znak zwycięstwa strzelali na wiwat w powietrze ze swych karabinów, a zbłąkane kule trafiały gdzieś w nicość przekłamywanych historii, które i tak miały zostać zapomniane. Te zbłąkane kule i ich konsekwencje aż do dnia dzisiejszego spadają niespodzianie wprost na nasze nazbyt ufne ciała.

Miejskość

Miejscy Indianie byli pokoleniem urodzonym w mieście. Przemieszczaliśmy się wtedy już od bardzo dawna, ale ziemia przemieszcza się wraz z człowiekiem, tak jak pamięć. Miejski Indianin jest częścią miasta, tak jak miasta są częścią ziemi. Wszystko na świecie tworzy się w odniesieniu do wszelkich innych żywych i nieożywionych rzeczy wywodzących się z ziemi. Wszystkie nasze relacje. Proces, który doprowadza każdą rzecz do jej obecnej formy - czy to chemiczny, syntetyczny, technologiczny czy inny - nie oznacza wcale, że jego produkt przestaje być wytworem żyjącej ziemi. Czyż budynki, autostrady i samochody nie wywodzą się z ziemi? A może przysłano nam je z Marsa albo z Księżyca? Czy chodzi o to, że to my je przetwarzamy i produkujemy, a potem posługujemy się nimi? A czy my sami tak bardzo się od nich pod tym względem różnimy? Czyż nie byliśmy niegdyś czymś zupełnie innym: Homo sapiens, organizmami jednokomórkowymi, pyłem kosmicznym, częścią jakiejś nieidentyfikowalnej teorii kwantów sprzed wielkiego wybuchu? Miasta powstają w ten sam sposób, co galaktyki. Miejscy Indianie czują się jak u siebie w domu, spacerując w cieniu budynków w centrum miasta. Z czasem bardziej przyzwyczailiśmy się oglądać sylwetkę centrum Oakland na tle nieba niż zarysy pasma świętych gór, a lasy sekwoi na wzgórzach na wschód od Oakland poznaliśmy lepiej niż mateczniki dzikiej puszczy. Szum autostrady jest dla nas dziś bardziej znajomy niż szum rzek; ryk pociągów w oddali znamy lepiej niż wycie wilka, a zapach benzyny, świeżo wylanego betonu i palonej gumy - lepiej niż woń cedru, szałwii czy nawet podpłomyków. Wszystko to nie jest osadzone w naszej tradycji, tak jak nie są osadzone w niej rezerwaty. Nic jednak nie jest pierwotne i oryginalne, wszystko wywodzi się z czegoś, co było wcześniej; z czegoś, co kiedyś też nie istniało. Wszystko jest jednocześnie nowe, a zarazem skazane na zapomnienie. Dziś przemierzamy więc autobusami, pociągami i samochodami wielkie równiny z betonu; jeździmy ponad nimi, a nawet pod nimi. W byciu Indianinem nigdy nie chodziło o to, by wracać do swej ziemi. Ta ziemia jest wszak wszędzie - lub nigdzie.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1 Chodzi o Dzień Dziękczynienia, święto obchodzone w Stanach Zjednoczonych w czwarty czwartek listopada, a w Kanadzie w drugi poniedziałek października. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

2 Mowa o filmie Apocalypto z 2006 roku w reżyserii Mela Gibsona.

3 Indian Termination Policy. Była to polityka prowadzona przez rząd Stanów Zjednoczonych od połowy lat 40. do połowy lat 60. XX wieku, mająca na celu asymilację rdzennych Amerykanów.

CZĘŚĆ I - Pozostać

Jak to możliwe, że nie znam dziś twojej twarzy jutro, twarzy, która już jest lub wykluwa się pod twarzą pokazywaną światu bądź pod nałożoną maską, twarzy, którą pokażesz mi dopiero wtedy, gdy nie będę się tego spodziewał?1

- Javier Marías

Tony Samotnik

"Zespół" objawił mi się po raz pierwszy w lustrze, kiedy miałem sześć lat. Nieco wcześniej tamtego dnia mój kolega Mario, zwisając z drabinki na placu zabaw, zapytał: "Dlaczego masz taką dziwną twarz?".

Nie pamiętam, co wtedy zrobiłem. Nie wiem tego zresztą do dziś. Pamiętam jedynie plamy krwi na drabince i posmak metalu w ustach. Pamiętam też, jak moja babcia, Maxine, potrząsała mną za ramiona w poczekalni przed gabinetem dyrektora. Miałem zamknięte oczy, a ona powtarzała tylko w kółko "psst!", tak jak zwykła robić, ilekroć próbuję się tłumaczyć, gdy powinienem raczej siedzieć cicho. Pamiętam, że potem pociągnęła mnie za rękę mocniej niż kiedykolwiek wcześniej, a później w milczeniu wracaliśmy samochodem do domu.

Po powrocie, siedząc przed telewizorem - zanim jeszcze go włączyłem - dostrzegłem odbicie swojej twarzy na ciemnym ekranie. To właśnie wtedy po raz pierwszy zobaczyłem ją taką, jaką widzieli ją wszyscy. Kiedy spytałem Maxine, dlaczego moja twarz tak właśnie wygląda, babcia powiedziała mi, że moja mama piła, kiedy byłem w jej brzuchu. Wyjaśniła mi, naprawdę bardzo cierpliwie i powoli, że mam alkoholowy zespół płodowy. Do mnie dotarło wtedy tylko powtarzane przez nią w kółko słowo "zespół". Po chwili siedziałem z powrotem przed wyłączonym telewizorem i gapiłem się w ekran. W odbitą na nim, wykrzywioną i rozciągniętą twarz. Wszystko przez ten zespół. Choć bardzo się starałem, nie byłem już w stanie sprawić, aby twarz, którą tam widziałem, stała się na powrót moja.

W przeciwieństwie do mnie większość ludzi nie musi zastanawiać się nad tym, co znaczą ich twarze. Twoja twarz odbita w lustrze i spoglądająca na ciebie; większość nawet już nie wie, jak ta twarz wygląda. To coś na przedzie twojej głowy, czego nigdy nie zobaczysz, tak jak nigdy nie ujrzysz swojej gałki ocznej; jak nigdy nie poczujesz własnego zapachu. Ja jednak dobrze wiem, jak wygląda moja twarz. Wiem też, co ta twarz oznacza. Powieki mi opadają, jakbym się schlał albo był naćpany, a gęba ciągle mi się nie domyka. Między poszczególnymi częściami mojej twarzy jest za dużo przestrzeni: oczy, nos i usta oddalają się od siebie, jakby poroztrącał je przypadkiem jakiś pijak, sięgając po kolejnego drinka. Ludzie gapią się na mnie, a potem odwracają wzrok, gdy się zorientują, że wiem, iż na mnie patrzą. To też przez ten zespół: moje przekleństwo, a zarazem źródło mocy. Zespół to ślad po mojej matce i po tym, dlaczego piła; to sposób, w jaki historia odbija się na twarzy człowieka, oraz wszystkie te metody, które pozwoliły mi przetrwać aż do tej chwili, pomimo tego, jak bardzo spieprzył mi życie od tamtego dnia, kiedy pierwszy raz zastałem go na ekranie telewizora, gapiący się na mnie jak jakiś cholerny złoczyńca.

Teraz mam już dwadzieścia jeden lat, co oznacza, że mogę się napić, jeśli tylko mam ochotę. Ale nie piję. Po mojemu jest tak, że wypiłem już dosyć, gdy byłem dzieckiem w brzuchu mojej matki. Już tam się upijałem: cholerny pijany niemowlak, a nawet jeszcze nie niemowlak, tylko mała, pieprzona kijanka przyczepiona do pępowiny i pływająca sobie zygzakiem w brzuchu.

Powiedzieli mi, że jestem głupi. To znaczy, nie mówili mi tego wprost, ale z zasady oblewałem testy na inteligencję. Najniższy percentyl. Sam dół skali. Moja znajoma, Karen, wyjaśniła mi, że są różne rodzaje inteligencji. Karen to moja terapeutka, którą wciąż odwiedzam raz w tygodniu w indiańskim ośrodku kultury. Pierwszy raz kazali mi do niej pójść po tym zajściu z Mario jeszcze w przedszkolu. Karen powiedziała mi, że nie muszę się przejmować tym, co usiłują mi wmówić na temat mojej inteligencji. Mówiła, że ludzie z alkoholowym zespołem płodowym potrafią bardzo się od siebie różnić i posiadają szeroki wachlarz różnych typów inteligencji. Mówiła też, że test na inteligencję jest stronniczy, a ja mam świetną intuicję i uliczny spryt: jestem bystry tam, gdzie potrzeba. Niby już to wiedziałem, ale kiedy Karen mi to powiedziała, dobrze się z tym poczułem; jakbym tak naprawdę o tym nie wiedział, dopóki ona tak tego nie ujęła.

Jestem bystry; wiem na przykład, co ludzie mają w głowach. O co im tak naprawdę chodzi, kiedy mówią, że chodzi im o coś innego. To zespół nauczył mnie sięgać wzrokiem poza czyjeś pierwsze spojrzenie i odnajdywać to drugie, które czai się tuż za nim. Wystarczy, że poczekasz o sekundę dłużej niż normalnie, a już będziesz mógł je wychwycić i dowiesz się, co siedzi ludziom w głowach. Wiem, kiedy ktoś koło mnie sprzedaje towar. Znam Oakland. Wiem też, jak to wygląda, kiedy ktoś ma zamiar mnie zaczepić; to znaczy znam się na tym, kiedy trzeba przejść na drugą stronę ulicy, a kiedy wystarczy patrzeć w ziemię i można iść dalej. Umiem też rozpoznać w grupie ludzi mięczaka. To jest akurat łatwe. Oni mają to wypisane na twarzy, jakby nosili w rękach tabliczkę z napisem: "Chodź, dorwij mnie!". Spoglądają na mnie tak, jakbym już dobrał im się do tyłka, więc równie dobrze mógłbym zrobić coś, przez co patrzą na mnie w ten właśnie sposób.

Maxine powiedziała mi, że jestem uzdrowicielem. Mówiła, że osobnicy tacy jak ja trafiają się rzadko, a kiedy się zbliżamy, lepiej, żeby ludzie od razu widzieli, że wyglądamy inaczej, ponieważ naprawdę jesteśmy inni. Wtedy mogą to uszanować. Mnie tam co prawda nikt nigdy nie okazywał szacunku, oprócz Maxine. Ona mówi mi, że wywodzimy się z plemienia Czejenów; że Indianie żyli na tej ziemi od bardzo dawna i że to wszystko było kiedyś nasze. Wszystko było nasze! Cholera! Widocznie nasi przodkowie nie mieli wtedy ulicznego sprytu. Pozwolili, żeby biali ludzie tu przyszli i tak po prostu im to wszystko odebrali. Najsmutniejsze jest to, że wszyscy ci Indianie prawdopodobnie wiedzieli, na co się zanosi, ale nie mogli nic na to poradzić. Nie mieli karabinów. A do tego jeszcze te choroby. Tak mówiła Maxine. Biali pozabijali nas swoim brudem i chorobami, wyrzucili nas z naszej ziemi i przesiedlili na jakąś gównianą ziemię, na której za cholerę nie da się niczego wyhodować. Nie zniósłbym tego, jakby mnie wysiedlili z Oakland, bo bardzo dobrze znam to miasto i wszystkie jego dzielnice, od Zachodniej po Wschodnią, a nawet Deep East, i potrafię poruszać się po nich tam i z powrotem na rowerze, autobusem albo szybką komunikacją miejską. To miasto jest jedynym domem, jaki znam. Nigdzie indziej nie dałbym sobie rady.

Czasami jeżdżę rowerem po całym Oakland tylko po to, żeby popatrzeć sobie na miasto, ludzi i różne dzielnice. Ze słuchawkami na uszach mogę tak jeździć przez cały dzień, słuchając MF Dooma (MF to skrót od Metal Face). Doom to mój ulubiony raper. Nosi metalową maskę i sam siebie nazywa czarnym charakterem. Zanim zacząłem go słuchać, nie znałem właściwie żadnej muzyki, poza tym, co leciało w radiu. Kiedyś w autobusie ktoś zostawił iPoda na siedzeniu przede mną. Na dysku nie było żadnej innej muzyki, tylko MF Doom. Wiedziałem, że go polubię, kiedy tylko usłyszałem tekst "Mamy więcej treści, niż się w dziurawej skarpetce mieści". Spodobało mi się też to, że tak od razu, w lot, zrozumiałem wszystkie znaczenia. Chodziło o to, co w człowieku siedzi; że niby dziura dodaje skarpetce charakteru, bo oznacza, że jest znoszona i ma swoją historię, a także o to, że przez taką dziurę wystaje podeszwa stopy - nadmiar "treści" tego, kto taką skarpetkę nosi. Nie było to niby nic wielkiego, ale sprawiło, że poczułem się tak, jakbym wcale nie był taki głupi ani taki tępy, z samego dołu skali. Na pewno pomogło mi tutaj to, że w moim przypadku to zespół dodaje mi "treści", a zespół to właśnie taka znoszona twarz.

Moja matka siedzi w więzieniu. Czasami rozmawiamy ze sobą przez telefon, ale ona zawsze pieprzy jakieś głupoty, które sprawiają, że tylko żałuję, że w ogóle wykręciłem jej numer. Kiedyś powiedziała mi, że mój ojciec jest w Nowym Meksyku i nawet nie wie o moim istnieniu.

- W takim razie powiedz temu skurwysynowi, że w ogóle istnieję - zasugerowałem.

- To nie takie proste, Tony - odparła.

- Tylko mi nie mów, co jest proste. Nie mów tak do mnie, do cholery! To ty mi to, kurwa, zrobiłaś!

Czasami wpadam w szał. Czasami dzieje się tak z moim umysłem. Nieważne, ile razy Maxine przenosi mnie do nowej szkoły ze starej, w której zawieszają mnie za udział w bójkach, zawsze jest tak samo. Wpadam w szał, a potem niczego nie pamiętam. Moja twarz się rozpala i twardnieje, jakby była zrobiona z metalu, a potem urywa mi się film. Jestem dużym facetem i do tego silnym. Maxine twierdzi nawet, że zbyt silnym. Po mojemu jest tak, że dostałem to wielkie ciało, aby pomogło mi przetrwać, skoro moja twarz jest tak zdeformowana. Są jednak pewne zalety tego, że wyglądam jak monstrum. Wszystko oczywiście przez ten zespół. Ale kiedy wstanę i naprawdę wyprostuję się cały, tak jak potrafię, wykorzystując ten swój cholerny wzrost, nikt nawet nie próbuje się do mnie przypierdalać. Wszyscy wieją, jakby zobaczyli ducha. Może zresztą jestem duchem. Może nawet Maxine nie wie, kim naprawdę jestem. Może jestem całkowitym przeciwieństwem uzdrowiciela. Może któregoś dnia zrobię coś takiego, że wszyscy o mnie usłyszą. Być może dopiero wtedy zacznę naprawdę żyć. Być może wtedy wszyscy wreszcie będą w stanie na mnie patrzeć, bo nie będą mieli innego wyjścia.

Wszyscy wtedy pomyślą, że chodzi o kasę. Ale kto, do cholery, nie chce pieniędzy? Ważne jest tylko to, dlaczego chcesz pieniędzy, jak je zdobywasz i co potem z nimi robisz. Pieniądze nigdy nikomu nie pomogły. Pomóc mogą tylko ludzie. Ja sam sprzedaję zioło, odkąd miałem trzynaście lat. Poznałem paru ziomków na dzielnicy tylko przez to, że cały czas byłem na dworze. Dlatego, że ciągle kręciłem się po okolicy, wystawałem na rogach ulic i tak dalej, pewnie sobie myśleli, że już i tak sprzedaję. Chociaż może nie. Gdyby myśleli, że sprzedaję, prawdopodobnie skopaliby mi tyłek. Może zrobiło im się mnie żal przez te gówniane ciuchy i spierdoloną twarz. Większość kasy, jaką wyciągam ze sprzedaży, oddaję Maxine. Staram się jej pomagać, jak tylko potrafię, bo pozwala mi mieszkać w swoim domu w zachodniej dzielnicy Oakland, przy końcu Czternastej. Kupiła ten dom dawno temu, kiedy jeszcze pracowała jako opiekunka w San Francisco. Teraz sama potrzebuje opiekunki, ale jej na nią nie stać, nawet z tych pieniędzy, jakie dostaje od opieki społecznej. Potrzebuje mnie, żebym robił dla niej mnóstwo pierdół: chodził do sklepu albo jeździł z nią autobusem po te jej lekarstwa. Teraz pomagam jej też schodzić po schodach. Nie mogę uwierzyć, że kość może tak się zestarzeć, że się połamie, roztrzaska na małe kawałeczki w twoim ciele, jakby była ze szkła. Kiedy Maxine złamała biodro, zacząłem jeszcze częściej pomagać jej przy wychodzeniu z domu.

Maxine każe mi sobie czytać przed snem. Nie lubię tego, bo czytam bardzo powoli. Czasami litery podpełzają do mnie jak robaki. Kiedy tylko przyjdzie im na to ochota, zamieniają się miejscami. Ale czasem słowa się nie ruszają. Kiedy tak sobie stoją w bezruchu, muszę chwilę poczekać, żeby się upewnić, że się nie ruszą, przez co kończy się na tym, że ich przeczytanie zajmuje mi więcej czasu niż czytanie tych, które jestem w stanie z powrotem poukładać jak należy po tym, jak się pomieszają. Maxine każe mi sobie czytać jakieś indiańskie historie, które nie zawsze łapię. W sumie jednak mi się podobają, bo jak już coś załapię, dociera to we mnie aż do tego miejsca, gdzie człowiek odczuwa ból, ale jest mu lepiej, ponieważ coś czuje; coś, czego nie mógł odczuwać, zanim to przeczytał; coś, co sprawia, że nie czuje się już tak bardzo samotny i ma wrażenie, że odtąd nie będzie już tak bardzo bolało. Kiedyś Maxine powiedziała nawet, że to "powalające" po tym, jak jej przeczytałem jeden fragment z książki jej ulubionej autorki, Louise Erdrich. To było coś o tym, że życie i tak cię złamie; że po to właśnie tutaj jesteśmy i że można równie dobrze iść usiąść sobie pod jabłonią i nasłuchiwać, jak jabłka spadają, tworząc wokół ciebie stosy, a cała ich słodycz idzie na marne. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, o co w tym chodzi, a Maxine od razu się zorientowała, że nic nie łapię. Niczego mi jednak nie wytłumaczyła. Ale potem jeszcze raz przeczytaliśmy ten fragment i całą tę książkę, i wtedy już wszystko zrozumiałem.

Maxine zna mnie od zawsze i potrafi mnie przejrzeć na wylot jak nikt inny, nawet lepiej niż ja sam; jakbym sam nie zdawał sobie sprawy z tego wszystkiego, co pokazuję światu; jakbym zbyt wolno odczytywał swoją własną rzeczywistość z uwagi na to, jak szybko wszystko wokół mnie się zmienia, jak traktują mnie ludzie i jak na mnie patrzą, i jak dużo czasu potrzeba mi na to, by się zorientować, czy muszę to wszystko z powrotem poskładać do kupy.

Wszystko to, co się wydarzyło, całe to gówno, w które się wpakowałem, wzięło się stąd, że na parkingu przed sklepem z alkoholem w zachodniej dzielnicy Oakland zaczepiło mnie tych kilku białych chłopaków ze wzgórz. Ruszyli prosto na mnie, jakby w ogóle się mnie nie bali. Wiedziałem jednak, że boją się pokazywać w tej okolicy, bo bez przerwy rozglądali się dookoła. Mnie się jednak nie obawiali, jakby myśleli, że nie wykręcę im żadnego numeru, bo wyglądam tak, a nie inaczej: jakbym był zbyt tępy, żeby coś wykombinować.

- Nie masz czasem śniegu? - zapytał mnie ten mojego wzrostu, w kaszkiecie marki Kangol. Miałem ochotę się roześmiać. Nazywanie koki "śniegiem" było tak cholernie typowe dla białych!

- Mogę załatwić - odparłem, choć wcale nie byłem pewien, czy dam radę.

- Bądź tutaj za tydzień o tej samej porze.

Pomyślałem, że pogadam z Carlosem.

Carlos jest nieźle popieprzony. Tamtej nocy, kiedy miał skombinować towar, zadzwonił do mnie i powiedział, że nie da rady i że sam będę musiał pojechać po kokę do Octavia.

Pojechałem rowerem ze stacji szybkiej kolejki przy stadionie. Octavio mieszkał w dzielnicy Deep East, przy jednej z przecznic Siedemdziesiątej Trzeciej, naprzeciw miejsca, gdzie stała kiedyś galeria Eastmont Mall, zanim zrobiło się tam tak nieciekawie, że musieli zamienić ją na posterunek policji.

Kiedy dotarłem na miejsce, ludzie wysypywali się z domu na ulicę, jakby dopiero co doszło tam do jakiejś bójki. Na chwilę wyprostowałem się na siodełku i jadąc przez jeden kwartał, patrzyłem, jak wokół rozżarzonych ulicznych lamp snują się kompletnie skołowani pijacy, jak ogłupiałe od nadmiaru światła ćmy.

Kiedy znalazłem Octavia, był już strasznie nawalony. Gdy widzę ludzi w takim stanie, zawsze myślę o mojej matce. Znów zacząłem się zastanawiać, jaka była, kiedy się schlała, a ja siedziałem jeszcze w jej brzuchu. Czy to lubiła? A czy mnie się to podobało?

Octavio okazał się jednak dosyć kumaty, chociaż strasznie bełkotał. Objął mnie ramieniem i zaprowadził na podwórko z tyłu domu, gdzie pod drzewem miał ustawioną ławeczkę do wyciskania. Patrzyłem, jak robi kolejne serie ze sztangą bez talerzy. Wyglądało to tak, jakby raczej nie zdawał sobie sprawy, że na gryfie nie ma żadnego obciążenia. Czekałem, kiedy zada nieodzowne pytanie o moją twarz. On jednak o nic nie pytał. Słuchałem, jak opowiada o swojej babci, o tym, jak uratowała mu życie, kiedy jego rodzina odeszła. Powiedział, że zdjęła z niego klątwę za pomocą borsuczego futra, a każdego, kto nie był Meksykaninem ani Indianinem, nazywała z hiszpańskiego gachupin, co miało oznaczać zarazę, którą Hiszpanie przywlekli do Ameryki, kiedy się tu pojawili. Babcia mówiła mu, że to sami Hiszpanie byli tą zarazą. Potem Octavio zaczął mi tłumaczyć, że wcale nie chciał zostać tym, kim faktycznie się stał, a ja nie byłem pewien, o co dokładnie mu chodzi: o to, że jest pijakiem czy dealerem narkotyków, czy jednym i drugim, a może zresztą jeszcze o coś innego.

- Nie żałowałbym dla niej swojej serdecznej krwi - powiedział na zakończenie Octavio. Nie żałowałby dla niej swojej serdecznej krwi. Ja czułem dokładnie to samo, myśląc o Maxine. Po chwili Octavio zaczął tłumaczyć, że wcale nie chciał, żeby to zabrzmiało tak cholernie wzruszająco, i tak dalej, i że to wszystko przez to, że tak naprawdę z nikim innym nie może już sobie pogadać. Ja tam wiedziałem, że to wszystko przez to, że był nawalony i że prawdopodobnie gówno będzie z tego pamiętał. Potem jednak przychodziłem po wszystko prosto do niego.

Okazało się, że te białe przygłupy ze wzgórz miały kumpli. Przez całe lato kosiliśmy niezły szmal. Aż w końcu pewnego dnia, kiedy odbierałem towar, Octavio zaprosił mnie do środka i kazał mi usiąść.

- Jesteś indiańskiej krwi, no nie? - powiedział.

- No tak - odparłem, zastanawiając się, jak na to wpadł. - Jestem Czejenem.

- Powiedz mi, co to takiego jest ten zjazd plemienny.

- A po co ci to?

- Nieważne, po prostu mi powiedz.

Maxine od dziecka zabierała mnie na takie plemienne zjazdy wokół całej Zatoki. Teraz już tego nie robię, ale dawniej nawet na nich tańczyłem.

- Przebieramy się w indiańskie stroje, ze wszystkimi pióropuszami, paciorkami i innymi duperelami. Tańczymy, śpiewamy i walimy w taki wielki bęben. Kupujemy i sprzedajemy takie tam indiańskie pierdoły: biżuterię, ciuchy i artystyczne drobiazgi - odparłem.

- No dobra, ale po co to wszystko robicie? - spytał Octavio.

- Dla pieniędzy - odrzekłem.

- Jasne; ale tak naprawdę po co się to robi?

- Nie wiem.

- Jak to nie wiesz?

- Żeby zarobić kasę, dupku - powtórzyłem.

Octavio spojrzał na mnie z ukosa, jakby chciał powiedzieć: "Nie zapominaj, z kim rozmawiasz".

- Właśnie dlatego my też będziemy na tej imprezie - oświadczył po chwili.

- Na tej, którą organizują na stadionie?

- Tak.

- Żeby zarobić kasę?

Octavio skinął głową, a potem odwrócił się i wziął do ręki coś małego i białego. Nie od razu zorientowałem się, że to pistolet.

- A to co jest, do cholery? - spytałem.

- Kawałek plastiku - odparł Octavio.

- Działa?

- Jest wydrukowany na drukarce 3D. Chcesz zobaczyć? - zapytał.

- Zobaczyć?

Kiedy wyszliśmy na podwórko na tyłach domu, wycelowałem z pistoletu w zawieszoną na sznurku puszkę po pepsi. Trzymałem go dwiema rękami, wysunąłem język i zamknąłem jedno oko.

- Strzelałeś już kiedyś z pistoletu? - spytał Octavio.

- Nie - odpowiedziałem.

- Od tego gówna nieźle dzwoni w uszach.

- Mogę? - spytałem i zanim jeszcze otrzymałem odpowiedź, poczułem, jak mój palec naciska spust i natychmiast wstrząsa mną huk wystrzału. Przez chwilę nie wiedziałem, co się dzieje. Delikatny skurcz palca spowodował straszliwy łoskot i całe moje ciało na ułamek sekundy stało się grzmotem, a potem jakby opadło z niego napięcie. Bezwiednie schowałem głowę między ramiona. Wciąż jeszcze słyszałem zwielokrotnione echo wystrzału, zarówno gdzieś w sobie, jak i na zewnątrz: pojedynczy ton odpływający z wolna w dal, a może zanikający gdzieś głęboko we mnie samym. Podniosłem głowę i spojrzałem na Octavia. Zobaczyłem, że właśnie coś do mnie mówił.

- Co jest? - spytałem, ale sam nawet nie słyszałem własnych słów.

- Właśnie tak zarobimy kasę na tej imprezie - doszły mnie wreszcie po chwili słowa Octavia.

Przypomniało mi się wtedy, że przy wejściu na stadion są wykrywacze metalu. Nawet chodzik Maxine, ten, którego używa, odkąd złamała biodro, uruchomił kiedyś jeden z nich. Szliśmy wtedy z Maxine na środowy mecz (w środy bilety były po dolarze), żeby zobaczyć, jak Oakland Athletics grają z Texas Rangers, czyli drużyną, której Maxine kibicowała, kiedy dorastała w Oklahomie, gdzie nie mieli własnego zespołu.

Gdy wychodziłem, Octavio wręczył mi ulotkę z reklamą tego zjazdu plemiennego na stadionie. Była na niej podana wysokość nagród pieniężnych za zwycięstwo w poszczególnych kategoriach tańca: cztery w wysokości pięciu tysięcy dolarów i trzy po dziesięć tysięcy.

- Całkiem niezła forsa - powiedziałem.

- Nie pakowałbym się w takie gówno, ale wiszę komuś kasę - wyjaśnił Octavio.

- Komu? - spytałem.

- Nie twój interes - uciął krótko.

- Jesteśmy dogadani? - spytałem.

- Jedź już do domu - rzekł Octavio.

Na dzień przed imprezą Octavio zadzwonił do mnie wieczorem i powiedział, że to ja będę musiał ukryć pociski na stadionie.

- Mam je schować w krzakach? Serio? - spytałem.

- Tak - odparł.

- Mam je wrzucić w te krzaki przy wejściu? - dopytywałem się.

- Wsadź je wcześniej do skarpetki.

- Mam wsadzić pociski do skarpetki i wrzucić w krzaki? - chciałem raz jeszcze się upewnić.

- A co ja mówię?

- To się wydaje takie...

- Jakie?

- Nieważne.

- Zrozumiałeś?

- Jakie to mają być naboje i skąd mam je wziąć?

- Kup w Walmarcie; kaliber 0,22.

- Nie możesz ich po prostu wydrukować?

- Tego na razie nie da się zrobić.

- W porządku.

- Jest jeszcze jedna sprawa - rzekł Octavio.

- Tak?

- Masz ciągle jakieś pieprzone indiańskie fatałaszki, które mógłbyś założyć?

- Jakie indiańskie fatałaszki?

- Bo ja wiem? Takie, jakie się zakłada na taką okazje: pióropusze i inne duperele.

- Mam.

- Będziesz musiał się w nie ubrać.

- Pewnie nie będą już na mnie pasowały.

- A może jednak będą?

- No dobra.

- Załóż je na ten zjazd.

- W porządku - odparłem i się rozłączyłem. Wyjąłem swój pióropusz i założyłem go. Potem poszedłem do salonu i stanąłem przed ekranem telewizora. Było to jedyne miejsce w całym domu, w którym mogłem zobaczyć odbicie całej swojej postaci. Potrząsnąłem głową i podniosłem jedną stopę. Patrzyłem, jak pióra niespokojnie drżą na czarnym ekranie. Wyciągnąłem ręce przed siebie i ściągnąłem w dół ramiona, a potem podszedłem jeszcze bliżej do telewizora. Trochę mocniej ścisnąłem pasek pióropusza na szyi. Spojrzałem na swoją twarz. Gdzie się podział zespół? Nie dostrzegłem go na ekranie. Zobaczyłem tam Indianina. Zobaczyłem tancerza.

Dene Oxendene

Dene oxendene pędzi w górę zepsutymi ruchomymi schodami na stacji metra Fruitvale, pokonując po dwa stopnie. Kiedy udaje mu się wreszcie wspiąć na peron, widzi, jak po drugiej stronie zaczyna zwalniać pociąg, na który tak bał się spóźnić. Spod czapki spływa mu pojedyncza strużka potu, ściekając po skroni i policzku. Dene ściera ją palcem, po czym zdejmuje czapkę i wytrzepuje ją wściekle, jakby to z niej właśnie spływał pot, a nie z jego rozgrzanej głowy. Spogląda wzdłuż niknących w ciemności torów i wydmuchuje powietrze, patrząc, jak obłoczek pary wznosi się i zaraz znika. Nagle wyczuwa dym z papierosa, co sprawia, że sam miałby ochotę zapalić, gdyby nie to, że papierosy tak go męczą; Dene chciałby takiego papierosa, który by go orzeźwił i dodał mu sił. Potrzeba mu takiej używki, która rzeczywiście daje kopa. Pić nie ma zamiaru. Zbyt często pali zioło. I tak nic na niego nie działa.

Dene spogląda ponad torami na graffiti nagryzmolone na ścianie tego niskiego korytarzyka poniżej peronu. Od lat widuje to hasło w całym Oakland: "Lens"2. Myślał nad wieloznacznością tego słowa jeszcze w średniej szkole, ale tak naprawdę nigdy nic z tym nie zrobił.

Kiedy po raz pierwszy widział, jak ktoś taguje, jechał właśnie autobusem. Padał wtedy deszcz. Tamten dzieciak stał z tyłu. Dene widział, że tamten wie, że Dene się na niego ogląda. Jedną z pierwszych rzeczy, jakich Dene się nauczył, gdy zaczął jeździć po Oakland autobusami, było to, że nie należy gapić się ani nawet spoglądać na innych pasażerów, ale nie można też w ogóle na nich nie patrzeć. Z szacunku należało odnotowywać tylko ich obecność. Patrzeć na nich, zarazem ich nie widząc. Należało zrobić wszystko, żeby uniknąć pytania: "Na co się tak gapisz?". Na takie pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Jeśli ktoś ci je zadaje, to znaczy, że już coś schrzaniłeś. Dene czekał na swój moment, a potem patrzył, jak dzieciak kreśli na zaparowanej szybie autobusu cztery litery: "pstk". Z miejsca zrozumiał, że miały one znaczyć tyle, co "pustka". Podobało mu się również to, że tamten napisał je na kawałku pustej przestrzeni pomiędzy kroplami, oraz to, że ten jego znak będzie taki ulotny i nietrwały, jak to zwykle bywa z tagami i graffiti.

Czoło pociągu, a za nim wagony, pojawiają się wreszcie i biorąc zakręt, zbliżają szybko w stronę stacji. Czasami nienawiść do samego siebie potrafi zaatakować w okamgnieniu. Dene przez ułamek sekundy sam nie wie, czy nie mógłby czasem zeskoczyć, położyć się na torach i poczekać, aż ta masa rozpędzonej stali nadjedzie z piskiem i zabierze go z tego świata. Ech, pewnie i tak skoczyłby za późno, odbiłby się od boku pociągu i tylko pokiereszowałby sobie gębę.

W pociągu Dene myśli o zbliżającym się spotkaniu z komisją ekspertów. Ciągle wyobraża sobie, jak spoglądają na niego z wysokości co najmniej siedmiu metrów i ciągle widzi w swej wyobraźni leciwych białych facetów w sędziowskich togach, z długimi nosami i pociągłymi, obłąkanymi twarzami rodem z ilustracji Ralpha Steadmana. Będą wiedzieć o nim wszystko. Skrycie będą go nienawidzić, mając dostęp do wszelkich możliwych informacji dotyczących jego życia. Od razu się zorientują, jak bardzo jest niekompetentny. W dodatku pewnie sobie pomyślą, że jest biały (co jest prawdą tylko w połowie), przez co nie nadaje się na beneficjenta grantu z dziedziny sztuki w przestrzeni kulturowej. Fakt, nie od razu widać, że Dene to potomek rdzennych Amerykanów. Niewątpliwie jest kolorowy, ale jego tożsamość pozostaje nieoczywista. Przez wszystkie te lata mnóstwo razy brano go za Meksykanina; pytano go też, czy nie jest z pochodzenia Chińczykiem, Koreańczykiem albo Japończykiem (a nawet, jeden jedyny raz, czy nie pochodzi z Salwadoru), lecz najczęściej zadawano mu następujące pytanie: "Kim ty właściwie jesteś?".

W pociągu wszyscy wpatrzeni są w ekrany swoich telefonów. Wgapiają się w nie jak sroka w gnat. Dene czuje zapach moczu i w pierwszej chwili myśli, że to od niego. Zawsze się bał, że kiedyś się okaże, że przez całe życie, nawet o tym nie wiedząc, śmierdział gównem i szczyną, tylko wszyscy bali mu się o tym powiedzieć. Tak jak było z Kevinem Farleyem z piątej klasy, który w końcu zabił się tamtego lata po pierwszym roku szkoły średniej, kiedy wreszcie się o tym dowiedział. Dene spogląda w lewą stronę i widzi rozwalonego na siedzeniu starszego faceta. Staruszek przytomnieje i prostuje się na fotelu, a potem zaczyna gmerać rękami dookoła, jakby sprawdzał, czy coś mu nie zginęło, choć najwyraźniej niczego przy sobie nie ma. Dene przechodzi do następnego wagonu. Staje przy drzwiach i spogląda przez szybę. Pociąg mknie przed siebie, unosząc się wzdłuż autostrady, obok samochodów. Porusza się jednak zupełnie inaczej od nich: w przypadku samochodów widać krótkie, sporadyczne i nieskoordynowane zrywy, podczas gdy Dene i jego pociąg suną wzdłuż torów płynnie, ze stałą prędkością. Ta różnica w sposobie poruszania się ma w sobie coś rodem z kina: przywodzi na myśl ten moment w filmie, kiedy człowiek zaczyna coś przeczuwać, ale nie potrafi wyjaśnić, z jakiego powodu. Coś, co gdzieś w środku, w głębi duszy, wydaje się aż nazbyt przytłaczające i jest zbyt dobrze znane, aby to rozpoznać, choć przez cały czas ma się to coś przed oczyma. Dene zakłada słuchawki, włącza w telefonie opcję losowego wybierania utworów, przeskakuje kilka kawałków i wreszcie trafia na piosenkę Radiohead pod tytułem There There. Szczególnie wpada mu w ucho fraza "To, że coś czujesz, wcale nie oznacza, że to tam jest". Tuż przed wjazdem do tunelu metra pomiędzy stacjami Fruitvale i Lake Merritt Dene ogląda się przez ramię i na ułamek sekundy przed tym, jak jego pociąg ponownie wjeżdża pod ziemię, raz jeszcze widzi to słowo, to samo imię "Lens", wypisane tam na murze.

* * *

Dene wymyślił sobie ten tag, jadąc autobusem do domu tamtego dnia, kiedy wujek Lucas przyjechał do nich w odwiedziny. Dojeżdżając już do swojego przystanku, spojrzał przez szybę i dostrzegł błysk flesza. Ktoś zrobił mu wtedy zdjęcie lub sfotografował autobus, a słowo "Lens" wyłoniło mu się z tego właśnie rozbłysku i pozostałej po nim niebiesko-zielono-fioletowo-różowej poświaty. Zanim wysiadł, Dene napisał je markerem na tylnej części oparcia. Wychodząc potem z autobusu tylnymi drzwiami, spostrzegł jeszcze w tym dużym, wstecznym lusterku, jak zwężają się oczy kierowcy.

W domu jego matka, Norma, powiedziała mu, że przyjeżdża do nich w odwiedziny wujek Lucas aż z Los Angeles i że Dene ma jej pomóc posprzątać i nakryć stół do kolacji. Dene pamiętał jedynie, jak wujek podrzucał go niegdyś wysoko w górę, a potem łapał, kiedy miał już niemal spaść na ziemię. Nie chodziło nawet o to, czy Dene jakoś szczególnie to lubił, czy też nie: po prostu instynktownie zapamiętał to łaskotanie w żołądku i pomieszanie radości i strachu. I te mimowolne wybuchy śmiechu, gdy był wysoko w górze.

- Gdzie on się podziewał przez cały ten czas? - Dene spytał matkę, nakrywając stół. Norma nic jednak nie odrzekła. Potem, przy kolacji, Dene zapytał wujka, co się z nim działo, a wówczas Norma odpowiedziała za niego.

- Był zajęty robieniem filmów - rzekła, po czym spojrzała na Denego i unosząc brwi, dodała: - Podobno.

Jedli to, co zwykle: mielone kotlety wołowe, tłuczone ziemniaki i zieloną fasolkę szparagową z puszki.

- Może i byłem, podobno, zajęty robieniem filmów; nie ulega za to wątpliwości, że twoja matka myśli, że przez cały ten czas ją okłamywałem - odrzekł wujek Lucas.

- Przepraszam, Dene, jeśli odniosłeś wrażenie, że mój brat nie jest uczciwym Indiańcem - powiedziała Norma.

- Dene - zagaił Lucas - chcesz posłuchać o filmie, nad którym teraz pracuję?

- Kiedy wujek mówi, że pracuje nad filmem, ma na myśli to, że ma go w głowie. To znaczy, dopiero nad nim myśli. Tak tylko mówię, żebyś nie miał złudzeń - wtrąciła Norma.

- Chętnie posłucham - odparł Dene, spoglądając na Lucasa.

- Wszystko będzie się działo w niedalekiej przyszłości. W moim filmie jakaś pozaziemska technologia będzie kolonizować Amerykę. My, ludzie, będziemy myśleć, że sami ją stworzyliśmy, jakby była nasza. Z czasem połączymy się w jedno z tą nową technologią, staniemy się podobni do androidów i utracimy zdolność rozpoznawania się nawzajem. Zapomnimy, jak kiedyś wyglądaliśmy, i porzucimy nasze dawne zwyczaje. Tak naprawdę nie będziemy przy tym nawet uważać się za mieszańców i półkosmitów, ponieważ będziemy myśleć, że to nasza własna technologia. Wtedy w moim filmie pojawi się bohater - mieszaniec, który zainspiruje pozostałych jeszcze przy życiu ludzi do powrotu do natury. Do odcięcia się od technologii i powrotu do dawnego stylu życia; do tego, by na powrót stali się, jak niegdyś, istotami ludzkimi. Wszystko kończyć się będzie odwróceniem słynnej sekwencji Kubricka z 2001: Odysei kosmicznej: puszczoną w zwolnionym tempie sceną, w której człowiek będzie gruchotał kości kosmitów. Widziałeś Odyseję kosmiczną?

- Nie - odparł Dene.

- A Full Metal Jacket?

- Też nie.

- Jak przyjadę następnym razem, przywiozę ci wszystkie moje filmy Kubricka.

- A co się wydarzy na końcu?

- To znaczy, w moim filmie? Koloniści z kosmosu oczywiście wygrają. Nam będzie się tylko wydawało, że zwyciężyliśmy, wracając do natury i cofając się do epoki kamienia. Tak czy inaczej, na razie przestałem "nad tym myśleć" - odparł Lucas, kreśląc w powietrzu dwoma palcami obu rąk znak cudzysłowu i spoglądając w stronę kuchni, dokąd Norma wyszła w momencie, kiedy zaczął opowiadać o swoim filmie.

- A czy tak naprawdę zrobiłeś już jakiś film? - spytał Dene.

- Robię filmy w tym sensie, że je sobie wymyślam i czasami zapisuję te swoje pomysły. No bo jak myślisz, skąd się biorą filmy? Ale ja nie robię filmów, drogi siostrzeńcze. Pewnie nigdy żadnego nie nakręcę. Tak naprawdę zajmuję się tym, że pomagam przy kręceniu niewielkich fragmentów programów telewizyjnych i filmów: trzymam nad planem zdjęciowym mikrofon pałąkowy. Muszę go tak trzymać bardzo długo i na tyle pewnie, żeby się nie ruszał. Spójrz tylko na te mięśnie! - Lucas uniósł ramię i zgiął rękę w nadgarstku, przyglądając się własnemu przed­ramieniu. - Nie śledzę na bieżąco tego, w jakich programach pojawiają się sceny, przy których pracuję. Niewiele potem z tego pamiętam. Za dużo piję. Matka ci o tym nie mówiła? - spytał.

Dene nic nie odpowiedział. Zjadł tylko wszystko to, co miał jeszcze na talerzu, po czym spojrzał znów na wujka, czekając, aż ten zmieni temat.

- Tak naprawdę pracuję w tej chwili nad czymś, co nie wymaga właściwie żadnych pieniędzy. W zeszłe lato byłem nawet tutaj i przeprowadzałem wywiady z ludźmi. Niektóre z nich udało mi się potem zmontować. Teraz znów tu przyjechałem, żeby spróbować zrobić jeszcze kilka takich nagrań. To ma być materiał o Indianach, którzy dopiero przybyli do Oakland albo od dawna tutaj mieszkają. Poprosiłem o rozmowę ludzi indiańskiej krwi, których poznałem poprzez jedną moją przyjaciółkę. Ona zna tutaj mnóstwo Indian. Zdaje się, że tak po indiańsku rzecz biorąc, to ona jest jakby twoją ciocią. Nie jestem tylko pewien, czy ją kiedyś spotkałeś. Znasz Opal Niedźwiedzią Tarczę?

- Być może - odparł Dene.

- W każdym razie kilkorgu Indianom, którzy mieszkają w Oakland już przez jakiś czas, i paru takim, którzy przyjechali tutaj nie tak dawno temu, zadałem pewne dwuczęściowe pytanie. Właściwie to nie było nawet pytanie. Po prostu próbowałem ich skłonić, żeby opowiedzieli mi jakąś historię. Prosiłem, żeby opowiadali mi o tym, jak trafili do Oakland, a tych, którzy już się tutaj urodzili, pytałem, jak im się żyje w mieście. Mówiłem, że odpowiedź na to pytanie powinna mieć formę dłuższej opowieści; cokolwiek to dla nich oznacza, będzie okej, a potem wychodziłem z pokoju. Postanowiłem zrobić to w stylu autobiograficznego wyznania, więc nagrania wyglądają niemal tak, jakby sami sobie opowiadali swoją ­historię albo jakby mówili do nikogo lub do kogokolwiek, kto mógłby stać za obiektywem kamery. Nie chcę im w tym przeszkadzać. Cały montaż mogę potem zrobić sam. Potrzebny mi tylko budżet na pokrycie mojej własnej pensji, czyli właściwie mogę obejść się bez pieniędzy.

To powiedziawszy, Lucas wziął głęboki wdech i jakby zakaszlał, odchrząknął, a potem pociągnął długi łyk z flaszki, którą wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki. Później powędrował wzrokiem przez okno salonu gdzieś na drugą stronę ulicy, a może nawet dalej; tam, gdzie właśnie zaszło słońce, i jeszcze dalej, spoglądając być może wstecz na całe swoje życie. Wówczas zaś jego spojrzenie nabrało takiego wyrazu, jaki Dene widywał czasem w oczach swojej matki: jakby Lucas jednocześnie snuł wspomnienia i zarazem czegoś się bał. Nagle wujek wstał i wyszedł na ganek od frontu, żeby zapalić papierosa, rzucając po drodze:

- Zabierz się lepiej za zadanie domowe, siostrzeńcze. Ja i twoja mama mamy ze sobą do pogadania.

Dopiero po dziesięciu minutach tkwienia w bezruchu w podziemnym tunelu pomiędzy stacjami Dene zdaje sobie sprawę z tego, że właśnie tkwi w bezruchu pomiędzy stacjami. Na samą myśl o tym, że może się spóźnić albo w ogóle nie dotrzeć na prezentację przed komisją ekspertów, pot występuje mu na czoło. W dodatku nie przedstawił dotąd próbki swojej pracy. Będzie więc musiał zmarnować tę krótką chwilę, jaką ma na prezentację, po to, aby im wyjaśnić, dlaczego tego nie zrobił. Będzie musiał powiedzieć, że początkowo był to pomysł jego wujka, ale teraz to już naprawdę jego projekt, chociaż bardzo wiele z tego, co ma zamiar zaproponować, bazuje na tym, co powiedział mu wujek w tym niedługim czasie, jaki dane im było spędzić razem. I jeszcze rzecz najdziwniejsza; rzecz, której Dene zupełnie nie potrafi wyjaśnić w ramach prezentacji, ponieważ sam kompletnie jej nie rozumie: każdy z wywiadów, przeprowadzonych jeszcze tak naprawdę przez jego wujka, wyświetla się wraz z tekstem scenariusza. Nie z napisami, tylko właśnie z tekstem scenariusza. Czy w takim razie wujek pisał zawczasu te scenariusze, które miały być później odgrywane przed kamerą przez jego rozmówców? Czy też zapisywał ich autentyczne wypowiedzi, a potem przepisywał je w formie scenariusza? A może przeprowadzał wywiad z daną osobą, a potem, na podstawie jej wypowiedzi, pisał taki scenariusz, który odpowiednio przerabiał, a następnie dawał poprawioną wersję do odegrania komuś innemu? Nie sposób było się teraz tego dowiedzieć. Pociąg gwałtownie rusza, przez chwilę sunie naprzód, po czym znów się zatrzymuje. Z umieszczonych u góry głośników rozlega się bezbarwny głos, który buczy tylko coś niezrozumiale.

Po powrocie do szkoły Dene pisał "Lens", gdzie tylko mógł. Każde oznaczone w ten sposób miejsce było dla niego niczym punkt, z którego będzie mógł wyglądać, wyobrażając sobie, jak ludzie patrzą na ten jego tag. Oczyma wyobraźni widział już, jak dostrzegają go ponad szafkami w szatni, na wewnętrznej stronie drzwi w toalecie czy na blatach szkolnych ław. Siedząc kiedyś w kabinie i tagując drzwi od środka, Dene pomyślał o tym, jakie to żałosne, żeby chcieć, aby wszyscy widzieli jakieś imię - które nie jest nawet jego - wypisywane wszędzie dla nikogo i zarazem dla każdego, a potem wyobrażać sobie, jak się na nie gapią, jakby było obiektywem kamery. Nic dziwnego, że wciąż nie znalazł w szkole ani jednego przyjaciela.

Kiedy wrócił do domu, wujka nie było, a matka siedziała w kuchni.

- Gdzie Lucas? - spytał Dene.

- Zostawili go na noc.

- Gdzie go zostawili na noc?

- W szpitalu.

- Po co?

- Twój wujek umiera.

- Co takiego?

- Przykro mi, skarbie. Chciałam ci o tym powiedzieć. Nie sądziłam, że tak się stanie. Myślałam, że może to będą miłe odwiedziny, a potem on wyjedzie i...

- Na co on umiera?

- Od bardzo dawna zbyt dużo pije. Jego ciało, a właściwie wątroba, wysiada.

- Jak to wysiada? Dopiero co przyjechał - rzuca zdenerwowany Dene i widzi, że jego słowa sprawiły, że jego matka się rozpłakała, ale tylko na krótką chwilę. Potem otarła łzy wierzchem dłoni i powiedziała:

- W tej chwili nic już nie możemy zrobić, skarbie.

- To dlaczego nikt mu nie pomógł, kiedy jeszcze można było coś zrobić?

- Są na świecie rzeczy, nad którymi nie mamy władzy, i ludzie, którym nie można pomóc.

- Ale to przecież twój brat!

- A co ja miałam zrobić, Dene? Nic nie mogłam na to poradzić. On pije prawie przez całe życie.

- Dlaczego?

- Nie wiem.

- Jak to?

- Nie wiem. Skąd mam wiedzieć, do cholery? Proszę cię, przestań - jęknęła Norma, wypuszczając z rąk talerz, który właśnie wycierała. Oboje przez chwilę w milczeniu wpatrywali się w leżące na podłodze pomiędzy nimi skorupy.

Na stacji metra przy Dwunastej Dene wybiega po schodach na górę, ale potem patrzy na swój telefon i widzi, że tak naprawdę jednak się nie spóźni. Wychodząc na powierzchnię, zwalnia więc kroku. Podnosi wzrok i widzi bladoróżowy neon na blisko stumetrowej Tribune Tower; neon, który wygląda tak, jakby miał świecić na czerwono, ale gdzieś po drodze utracił całą siłę wyrazu. Oprócz niezbyt wysokich bliźniaczych budynków z szachownicą okien, tworzących kompleks federalnych gmachów imienia Ronalda V. Dellumsa, stojący tuż przed I-980 po drodze do zachodniej dzielnicy, nieregularnej sylwetce Oakland na tle nieba brak jakichś charakterystycznych punktów, więc choć mająca niegdyś w drapaczu chmur swoją siedzibę gazeta (która zresztą już nie istnieje) dawno temu przeniosła się na Dziewiętnastą, napis "Tribune" nadal żarzy się na różowo na szczycie budynku.

Dene przechodzi przez ulicę, zmierzając w kierunku ratusza. Mija chmurę dymu o zapachu marihuany, unoszącą się sponad grupy mężczyzn stojących za przystankiem autobusowym na rogu Czternastej i Broadwayu. Nigdy nie lubił tej woni, z wyjątkiem może tych chwil, kiedy sam sięga po zioło. Nie powinien był jarać wczoraj wieczorem. Kiedy nie pali, jest bardziej rześki i szybciej wszystko kojarzy. Problem w tym, że jeśli tylko ma towar pod ręką, to zawsze zapali. A zioło kupuje ciągle od tego faceta z przeciwka. No i tak to wygląda.

* * *

Kiedy następnego dnia wrócił ze szkoły, zastał wujka leżącego znów na kanapie. Dene usiadł obok i pochylił się, opierając łokcie na kolanach. Gapił się w ziemię, czekając, aż Lucas coś powie.

- Pewnie myślisz sobie, że jestem żałosny, że się tak tutaj rozwalam na kanapie i zamieniam w jakiegoś zombie. Zabijam się tą wódą, czy nie tak powiedziała ci matka? - spytał Lucas.

- Właściwie to nic mi nie powiedziała. To znaczy, wiem tylko, dlaczego jesteś chory.

- Ja nie jestem chory. Ja umieram.

- No tak, ale umierasz przez to, że jesteś chory.

- Jestem chory od tego umierania.

- A ile mamy czasu...

- My nie mamy czasu, siostrzeńcze: to czas ma nas w garści. Trzyma nas w szponach, tak jak sowa trzyma polną mysz. Trzęsiemy się ze strachu, walczymy, próbując się uwolnić, a wówczas on wydziobuje nam oczy i wnętrzności, aby się nimi pożywić, a my giniemy taką samą śmiercią, jak polne myszy.

Dene przełknął ślinę i poczuł, że jego serce bije tak szybko, jakby właśnie się z kimś kłócił, choć ich rozmowie brakowało odpowiedniego tonu i atmosfery, jaka towarzyszy burzliwej wymianie zdań.

- Jezus, wujku... - jęknął.

Po raz pierwszy zwrócił się tak do Lucasa. Nie zrobił tego z rozmysłem; po prostu tak mu się wyrwało. Lucas nawet nie zareagował.

- Od jak dawna wiesz? - zapytał Dene.

Lucas włączył stojącą pomiędzy nimi lampę i Dene poczuł w trzewiach gwałtowny przypływ smutku, widząc, że białka oczu wujka są żółtawe. Potem raz jeszcze przeszył go dotkliwy ból na widok tego, jak Lucas wyjmuje flaszkę i pociąga z niej długi łyk.

- Przykro mi, że musisz na to patrzeć, siostrzeńcze, ale to jedyna rzecz, dzięki której mogę poczuć się lepiej. Piję już od bardzo dawna. Pomaga mi to. Niektórzy ludzie łykają tabletki, aby się dobrze czuć. Tabletki też z czasem cię zabiją. Niektóre lekarstwa to trucizna.

- Pewnie tak - przytaknął Dene i poczuł w żołądku to samo, co wtedy, gdy wujek podrzucał go w górę, kiedy był jeszcze dzieckiem.

- Nie martw się, jeszcze chwilę tutaj pobędę. Trzeba lat, żeby wóda cię zabiła. Posłuchaj, ja się teraz trochę prześpię, ale jutro jak wrócisz ze szkoły, pogadamy sobie o filmie, który razem zrobimy. Mam kamerę, którą trzyma się tak, jak pistolet - dodał, robiąc z dłoni pistolet i celując w Denego. - Zaczniemy od jakiegoś prostego pomysłu, czegoś, co będzie można trzasnąć w kilka dni.

- Pewnie, tylko czy ty do jutra poczujesz się na tyle dobrze? Mama mówiła...

- Będę na chodzie - przerwał mu Lucas, wyciągając wyprostowaną dłoń i przesuwając nią ponad klatką piersiową.

Wchodząc do budynku, Dene sprawdza w telefonie harmonogram prezentacji przed komisją i widzi, że ma jeszcze dziesięć minut czasu. Nie ściągając wierzchniej warstwy odzieży, zdejmuje podkoszulek, żeby posłużyć się nim jak szmatką do wytarcia potu, zanim tam wejdzie i stanie przed obliczem ekspertów. Przed drzwiami pomieszczenia, do którego kazano mu wejść, stoi jakiś facet. Dene nienawidzi gości jego pokroju. To na pewno właśnie ktoś taki. Ma tego rodzaju łysinę, która wymaga codziennego golenia. Pewnie chce, żeby wyglądało na to, że sam decyduje o tym, jaką ma fryzurę, jak gdyby łysina była kwestią jego osobistego wyboru, ale o ile po bokach głowy widnieją jeszcze jakieś marne resztki owłosienia, o tyle na jej czubku nie ma już ani śladu włosów. Facet nosi za to pokaźną, lecz zadbaną jasnobrązową brodę, która najwyraźniej ma mu rekompensować brak włosów tam u góry. W dodatku jest teraz modna: gdzie spojrzeć, biali hipsterzy usiłują wyglądać na pewnych siebie, skrywając jednocześnie całe swe twarze za wielkimi, krzaczastymi brodami i grubymi okularami w ciemnych oprawkach. Dene zaczyna się zastanawiać, czy trzeba być kolorowym, żeby dostać grant. Tamten facet pewnie pracuje z dzieciakami przy jakimś projekcie związanym ze sztuką ze śmieci. Dene wyciąga telefon, usiłując w ten sposób uniknąć rozmowy.

- Starasz się o grant? - zagaduje go tamten.

Dene kiwa głową i wyciąga rękę na powitanie.

- Mam na imię Dene - mówi.

- Jestem Rob - odpowiada brodacz.

- Skąd jesteś? - pyta Dene.

- W sumie to w tej chwili nie mam swojego kąta, ale w przyszłym miesiącu razem z paroma kumplami załatwiamy sobie chatę w zachodniej dzielnicy. Kwatery są tam tanie jak barszcz - mówi Rob.

Dene zaciska szczękę i wolno mruży oko: jasne, tanie jak barszcz.

- Wychowałeś się tutaj? - nie daje za wygraną.

- To znaczy, nikt tak naprawdę nie jest stąd, no nie? - odpowiada wymijająco Rob.

- Że jak?

- Wiesz, o co mi chodzi.

- Bardzo dobrze wiem - potakuje Dene.

- Słyszałeś, co powiedziała o Oakland Gertrude Stein? - pyta Rob.

Dene przecząco kręci głową, choć tak naprawdę wie, bo niedawno wyszukiwał w googlach cytaty dotyczące Oakland, prowadząc badania do swego projektu. Dokładnie zatem wie, co tamten zamierza mu powiedzieć.

- "Tam nie ma tam" - mówi Rob, zniżając głos niemal do szeptu, z głupkowatym, szerokim uśmiechem na tej swojej gębie, w którą Dene ma wielką ochotę go walnąć. Chciałby mu też powiedzieć, że znalazł ten cytat w jego oryginalnym kontekście, w Autobiografii każdego z nas Gertrude Stein i przekonał się, że autorka tak naprawdę miała na myśli to, jak bardzo zmieniła się dzielnica Oakland, w której dorastała; że nastąpił tam tak wielki rozwój i tyle urbanistycznych przekształceń, że "tam" z jej dzieciństwa, "tam", które niegdyś tam właśnie było, znikło na dobre i już nie powróci. Dene ma ochotę powiedzieć mu, że to samo stało się ze rdzennymi plemionami Ameryki, i wytłumaczyć, że oni dwaj wcale nie są tacy sami, że on jest rodowitym mieszkańcem miasta, że urodził się i wychował w Oakland; jest stąd. Rob pewnie nawet nie próbował dociec, czego tak naprawdę dotyczył ten cytat, ponieważ wydobył z niego taką treść, o jaką mu chodziło. Pewnie popisywał się nim na proszonych kolacjach i innych imprezach, sprawiając, że ludzie jego pokroju bez skrupułów przejmowali miejskie osiedla, przez które jeszcze dziesięć lat temu nawet nie mieliby odwagi przejechać.

Dla Denego ten cytat jest ważny. To "tam", które jest tutaj. Oprócz tego jednego cytatu nie zna twórczości Gertrude Stein. Ale dla rdzennych mieszkańców tego kraju, rdzennych mieszkańców obu Ameryk, "tam" to dziś zabudowana, zasypana ziemia przodków; bezpowrotnie utracone wspomnienie przykryte warstwą szkła, betonu, kabli i stali. Tego "tam" już tu nie ma.

Rob mówi, że teraz jego kolej i wchodzi do środka. Dene raz jeszcze ociera spoconą głowę podkoszulkiem i chowa go do plecaka.

Okazuje się, że zielony stół, za którym zasiada komisja, to tak naprawdę cztery stoliki ustawione w kwadrat. Siadając na krześle, Dene uświadamia sobie, że eksperci są właśnie w trakcie rozmowy o jego projekcie. Sam nie ma teraz pojęcia, co dokładnie powiedział im na temat tego, co zamierza zrobić. W głowie kłębią mu się różne niedowarzone pomysły. Tamci wspominają, że nie przedstawił próbki swej pracy. Żadne z nich przy tym na niego nie patrzy. Nie wolno im, czy co? Skład komisji jest bardzo urozmaicony: biała starsza pani, dwóch czarnych facetów w średnim wieku, dwie białe kobiety z tej samej grupy wiekowej, dość jeszcze młody Latynos, Hinduska, która może mieć równie dobrze dwadzieścia pięć, jak i czterdzieści pięć lat, oraz jeden starszy gość, bez wątpienia indiańskiej krwi: ma długie włosy i srebrne kolczyki z turkusowymi piórami w obu uszach. Wszyscy oni zwracają teraz głowy w kierunku Denego. On zaś ma trzy minuty na to, żeby powiedzieć im wszystko to, co jego zdaniem powinni wiedzieć, a czego nie było we wniosku o grant. To ostatnia okazja, żeby ich przekonać, że jego projekt jest wart tego, by go sfinansować.

- Dzień dobry! Nazywam się Dene Oxendene. Jestem zarejestrowany jako członek plemion Czejenów i Arapahów w stanie Oklahoma. Dziękuję za poświęcony mi czas i uwagę. Z góry przepraszam też, jeśli będę mówił nieco chaotycznie. Jestem bardzo wdzięczny za tę możliwość opowiedzenia o moim projekcie. Wiem, że mamy mało czasu, więc, jeśli tylko nie macie państwo nic przeciwko temu, od razu przejdę do rzeczy. Cały ten projekt zaczął się dla mnie, kiedy miałem trzynaście lat. Wtedy umarł mój wujek, a ja, w pewnym sensie, odziedziczyłem po nim jego pracę; dzieło, które on rozpoczął. Ta jego praca - i to, co ja chcę teraz zrobić - polega na dokumentowaniu historii Indian z Oakland. Chcę postawić przed nimi kamerę wideo z włączonym dźwiękiem. Jeśli będą sobie życzyli, mogę też na bieżąco zapisywać to, co mi powiedzą. Sami również mogą pisać; chętnie pozbieram od nich wszelkiego rodzaju opowieści. Niech opowiadają swoje historie zupełnie bez świadków, bez żadnego ukierunkowania, manipulowania czy programu. Chcę, żeby mogli mówić, co tylko zechcą, a potem niech treść ich opowieści ukierunkuje sam projekt. Ludzie tutaj mają tak wiele różnych historii. Zdaję sobie sprawę, że oznacza to mnóstwo montowania, oglądania i odsłuchiwania, ale to jest dokładnie to, czego nasza społeczność potrzebuje, zważywszy na to, jak długo była ignorowana i niedostrzegana. Zamierzam urządzić w tym celu specjalny pokój w indiańskim centrum kultury. Chcę także płacić ludziom, którzy zechcą opowiedzieć mi swoją historię. Same opowieści są bezcenne, ale płacąc za nie, doceniamy ich wartość. Nie chodzi tutaj tylko o gromadzenie danych jakościowych. Chciałbym wnieść coś nowego do całokształtu obrazu doświadczeń rdzennych mieszkańców Ameryki widzianego na ekranie. Nie oglądaliśmy na nim jeszcze historii miejskich Indian. To, co już widzieliśmy, pełne jest tego rodzaju stereotypów, przez które nikt nie interesuje się ogólnie pojętą historią rdzennych mieszkańców. Jest ona nazbyt smutna; tak smutna, że po prostu nie nadaje się nawet na tworzywo zajmującego materiału filmowego. Co ważniejsze, ludzie nie interesują się nią ze względu na to, jak jest przedstawiana: przez to, że wygląda patetycznie i żałośnie, a my utrwalamy wciąż jedynie ten obraz... A zresztą, pieprzyć to... przepraszam za słowa, ale mnie to wkurza, bo pełen obraz wcale nie jest taki żałosny i patetyczny, a poszczególni ludzie i historie, na jakie się natrafia, nie są wcale żałosne ani słabe. Nie wymagają litości i pełne są prawdziwej pasji i furii, i to jest także część tego, co sam chciałbym wnieść do tego projektu, ponieważ też się tak czuję. Sam wniosę taką samą energię do tego projektu - to znaczy, jeśli oczywiście uzyska on państwa aprobatę i tak dalej, i jeśli będę w stanie uzbierać więcej pieniędzy, choć tak naprawdę nie będzie trzeba ich tak dużo; być może w zupełności wystarczy już ten grant, żebym mógł wykonać większość niezbędnej pracy. Dziękuje państwu za uwagę i przepraszam, jeśli przekroczyłem wyznaczony limit czasowy.

Dene bierze głęboki wdech i zatrzymuje powietrze w płucach. Eksperci w ogóle nie podnoszą wzroku. Dene wypuszcza powietrze i już żałuje wszystkiego, co właśnie powiedział. Tamci gapią się w ekrany swych laptopów i stukają w klawiatury niczym stenografowie. Teraz jest czas przeznaczony na pytania. Nie chodzi jednak o ewentualne pytania, jakie mógłby mieć Dene. Teraz to oni mają zadawać mu pytania i dyskutować o tym, czy projekt ma szansę realizacji. Cholera! Dene nawet nie pamięta, co dokładnie przed chwilą powiedział. W końcu ten facet indiańskiej krwi uderza dłonią w stos papierów, w którym jest wniosek Denego o grant, i odchrząkuje.

- To dość ciekawy pomysł. Ciężko mi jednak zrozumieć, co dokładnie autor projektu ma na myśli, i właśnie się zastanawiam... proszę mnie poprawić, jeśli coś mi umknęło... zastanawiam się, czy jest w tym faktycznie jakaś wizja, czy ma on po prostu zamiar w pewnym sensie doprecyzować ją już w trakcie pracy. Chodzi mi też o to, że nie mamy nawet próbki jego roboty - mówi.

Dene wiedział, że to właśnie on odezwie się jako pierwszy. Pewnie nawet nie przyszło mu do głowy, że Dene jest indiańskiej krwi. I ta cholerna próbka! Dene nie może nic powiedzieć na swoją obronę. Teraz ma być niemym obserwatorem, jak mucha na ścianie. A ten facet właśnie machnął packą w jego stronę. Niechże ktoś inny zabierze wreszcie głos. Niech ktoś coś powie! Po chwili starszy z dwóch czarnych - ten lepiej ubrany, z siwą brodą i w okularach - mówi:

- Sądzę, że to będzie interesujące, jeśli autor projektu zrobi to, co nam tutaj - przynajmniej w moim rozumieniu - zapowiada. Czyli jeżeli, przede wszystkim, wyzbędzie się pretensji do tworzenia materiału dokumentalnego. Mówi, że nie ma zamiaru przeszkadzać swoim rozmówcom; chce, by tak rzec, zejść im z drogi. Jeśli zrobi to jak trzeba, będzie wyglądało tak, jakby go wcale nie było po drugiej stronie kamery; niemalże tak, jakby w ogóle nie było tam nikogo. Moje podstawowe pytanie jest jednak takie, czy rzeczywiście będzie w stanie skłonić ludzi, by do niego przychodzili i mu się zwierzali, opowiadając mu swoje historie. Jeśli mu się to uda, sądzę, że może to być ważny projekt, bez względu na to, czy zdoła zrobić z niego coś swojego, a przy tym istotnego i z pomysłem, czy też nie. Czasem istnieje ryzyko, że wizja reżysera wywrze zbyt duży wpływ na takie opowieści. Podoba mi się to, że autor projektu zamierza pozwolić, by to ich treść ostatecznie ukierunkowała wizję całości. W którąkolwiek stronę by to nie poszło, są to ważne i warte udokumentowania historie, i kropka.

Dene widzi, jak tamten facet indiańskiej krwi niespokojnie kręci się na krześle, układa jego wniosek w schludny stosik, a potem kładzie za jeszcze większym stosem papierzysk. Starsza biała kobieta, która z wyglądu przypomina Tildę Swinton, mówi:

- Jeśli autor projektu zdoła zebrać pieniądze i zrealizować film, który będzie w stanie powiedzieć na ten temat coś nowego, to sądzę, że będzie wspaniale i doprawdy nie wiem, co tu pozostaje jeszcze do powiedzenia. Mamy w kolejce około dwudziestu kandydatów, i jestem pewna, że projektom co najmniej kilku spośród nich będziemy musieli starannie się przyjrzeć i szczegółowo je omówić.

Wracając do domu szybką kolejką miejską, Dene widzi swe odbicie w ciemnym oknie pociągu. Na jego twarzy błąka się promienny uśmiech. Na jego widok Dene szybko poważnieje. Ale przecież mu się udało! Było zupełnie jasne, że dostanie ten grant. Pięć tysięcy dolców! Nigdy dotąd w całym swoim życiu nie miał tylu pieniędzy naraz. Nagle przypomina sobie o swoim wujku i do oczu napływają mu łzy. Mocno zaciska powieki i nie otwierając oczu, odchyla głowę do tyłu, starając się nie myśleć o niczym, i czeka, aż pociąg zawiezie go do domu.

Gdy wrócił wtedy do pustego domu, na stoliku kawowym przed kanapą leżała nieco staroświecka kamera. Dene wziął ją do ręki i usiadł na kanapie. Była to ta kamera z pistoletowym uchwytem, o której wspominał wujek. Dene siedział tak z nią na kolanach i czekał, aż jego matka wróci sama ze szpitala z ponurą wiadomością.

Kiedy weszła do pokoju, wszystko wypisane było na jej twarzy. Nie musiała mu nawet nic mówić. Dene, jakby się tego wcale nie spodziewał, gwałtownie wstał, wciąż trzymając w ręce kamerę i, mijając matkę, wybiegł z domu przez frontowe drzwi. Nie zwalniał, zbiegając z pagórka, na którym mieszkali, w kierunku Dimond Park. Pod parkiem przechodził tunel. Wysoki na mniej więcej trzy metry, miał blisko dwieście metrów długości. Kiedy się nim szło, to w połowie drogi, na odcinku około pięćdziesięciu metrów, panowały absolutne ciemności. Matka mówiła mu też, że jest tam podziemny kanał, który biegnie aż do samej zatoki. Dene sam nie wiedział, dlaczego tu przyszedł ani czemu wziął ze sobą kamerę. Zresztą nawet nie umiał się nią posługiwać. W tunelu gwizdał wiatr. Jakby gwizdał na niego. Tunel zdawał się oddychać. Wyglądał jak otwarte usta i gardziel. Dene próbował włączyć kamerę, ale mu się nie udało. Mimo to wycelował ją w wejście do tunelu. Zastanawiał się, czy i on też kiedyś skończy tak jak jego wujek. Potem przypomniał sobie matkę, która została tam sama w domu. Ona nie była przecież niczemu winna. Nie było powodu, by się na nią wściekać. Nagle wydało mu się, że słyszy kroki dochodzące gdzieś z głębi tunelu. Z trudem wdrapał się na brzeg strumienia i miał właśnie pobiec z powrotem na pagórek, do domu, ale coś go powstrzymało. Z boku kamery, obok nazwy Bolex Paillard, znalazł jakiś przełącznik. Wycelował obiektyw w lampę oświetleniową stojącą na ulicy powyżej. Potem podszedł do niej i skierował go na wylot tunelu. Później zostawił kamerę włączoną przez całą drogę do domu. Chciał wierzyć, że kiedy włącza kamerę, jego wujek jest znowu z nim i patrzy na świat przez jej obiektyw. Gdy zbliżał się już do domu, zobaczył, że matka czeka na niego w drzwiach. Była cała we łzach. Dene przystanął na chwilę za słupem telefonicznym. Pomyślał o tym, jak wiele mogło znaczyć dla niej to, że straciła brata. O tym, jak głupio postąpił, wybiegając z domu i zachowując się tak, jakby tylko on utracił kogoś bliskiego. Norma skuliła się na progu i skryła twarz w dłoniach. Kamera wciąż była włączona. Dene uniósł ją i, trzymając za pistoletowy uchwyt, wycelował w kierunku matki, a potem odwrócił wzrok.

Opal Viola Wiktoria Niedźwiedzia Tarcza

Ja i moja siostra, Jacquie, odrabiałyśmy zadanie w salonie, przy włączonym telewizorze, kiedy nasza mama wróciła do domu z wieścią, że przeprowadzamy się na Alcatraz.

- Spakujcie swoje rzeczy. Jedziemy tam, i to jeszcze dziś - powiedziała, a my wiedziałyśmy, co miała na myśli. Byłyśmy tam już, by świętować to, że nie obchodzimy Święta Dziękczynienia.

Mieszkałyśmy wtedy jeszcze we wschodniej dzielnicy Oakland, w żółtym domu, najbardziej jaskrawym, lecz zarazem najmniejszym na całej ulicy: były w nim dwie sypialnie i maleńka kuchnia, w której nie mieścił się nawet stół. Nie przepadałam za tym miejscem: dywany były zbyt cienkie i pachniały kurzem oraz dymem papierosowym. Na początku nie miałyśmy sofy ani telewizora, ale i tak było tam zdecydowanie lepiej niż w naszym poprzednim mieszkaniu.

Pewnego ranka mama obudziła nas w pośpiechu. Jej twarz była poobijana, a na ramiona miała narzuconą brązową skórzaną kurtkę, zdecydowanie na nią za dużą. Zarówno jej dolna, jak i górna warga były opuchnięte. Widok tych sinych i nabrzmiałych warg naprawdę zszargał mi nerwy. Nie była nawet w stanie wyraźnie mówić. Wtedy też kazała nam spakować swoje rzeczy.

Jacquie ma na nazwisko Czerwone Pióro, a ja Niedźwiedzia Tarcza. Obaj nasi ojcowie zostawili naszą mamę. Tamtego ranka, kiedy wróciła do domu pobita, pojechałyśmy autobusem do nowego mieszkania: właśnie do tego małego, żółtego domku. Nie wiem, jak jej się udało załatwić dla nas ten dom. W autobusie przysunęłam się do mamy i wsadziłam rękę do kieszeni jej kurtki.

- Dlaczego nosimy takie dziwne nazwiska? - spytałam.

- Wasze nazwiska pochodzą od dawnych indiańskich imion. Zanim pojawili się tutaj biali ludzie i zaczęli rozpowszechniać wszystkie te nazwiska pochodzące od ojców, aby utrzymać władzę w rękach mężczyzn, my, Indianie, mieliśmy własny sposób nadawania imion.

Nie zrozumiałam, o co chodziło z tymi ojcami. Nie wiedziałam również, czy Niedźwiedzia Tarcza oznaczała tarcze, jakimi posługiwały się niedźwiedzie, aby chronić własną skórę, czy też takie, jakimi posługiwali się ludzie, aby chronić się przed niedźwiedziami, czy może tarcze zrobione ze skóry niedźwiedzia. Tak czy inaczej, wcale nie było łatwo wytłumaczyć w szkole, dlaczego nazywam się Niedźwiedzia Tarcza, a to i tak nie było jeszcze najgorsze. Najgorzej było z moim imieniem, które było podwójne i brzmiało Opal Viola. Moje pełne imię i nazwisko brzmi więc Opal Viola Wiktoria Niedźwiedzia Tarcza. Wiktoria to imię naszej mamy, choć wszyscy i tak mówili do niej Vicky, a Opal Viola pochodziło od naszej babki, której nigdy nie widziałyśmy na oczy. Mama powiedziała nam, że babcia była uzdrowicielką i znaną wykonawczynią naszych religijnych pieśni, więc miałam z dumą nosić to wielkie, pradawne imię. Pewnym plusem było to, że dzieci nie musiały już nic robić z moim nazwiskiem, żeby móc się ze mnie nabijać: nie trzeba było go w żaden sposób przekręcać ani z niczym rymować. Już samo powtarzanie jego pięciu członów było dla nich dostatecznie zabawne.

Wsiadłyśmy do autobusu w zimny i ponury poranek pod koniec stycznia 1970 roku. Ja i Jacquie miałyśmy identyczne, stare i sfatygowane torby z czerwonej wełnianej bai, w których niewiele mogło się zmieścić, ale przecież nie miałyśmy też zbyt wiele dobytku. Ja zapakowałam do swojej dwa komplety odzieży, a pod pachę wetknęłam mojego pluszowego misia imieniem Dwa Buciki. To imię nadała mu moja siostra, ponieważ jej miś z dzieciństwa miał tylko jeden bucik, kiedy go dostała. Nie nazywał się co prawda Jeden Bucik, ale może chodziło jej o to, że powinnam była uważać się za szczęściarę, mając misia z dwoma bucikami zamiast jednego. Ale misie w ogóle nie noszą przecież butów, więc może wcale nie miałam znów tak wiele szczęścia, tylko Jacquie miała na myśli coś zupełnie innego.

Gdy byłyśmy już na chodniku, nasza mama odwróciła się jeszcze w stronę domu. "Pożegnajcie się z nim, dziewczęta" - powiedziała.

Nauczyłam się zwracać baczną uwagę na frontowe drzwi. Widziałam już niejedno zawiadomienie o eksmisji. No i oczywiście na naszych drzwiach wisiało kolejne. Mama nigdy ich nie zrywała, aby móc potem twierdzić, że w ogóle ich nie widziała, i zyskać w ten sposób na czasie.

Razem z Jacquie podniosłyśmy wzrok. Pomimo swoich niewielkich rozmiarów ten nasz żółty domek był całkiem w porządku. Po raz pierwszy mieszkałyśmy w nim bez żadnego z naszych ojców, więc było w nim spokojnie, a nawet miło i słodko, tak jak wtedy, gdy pierwszego wieczoru - kiedy miałyśmy już gaz, ale nie włączyli nam jeszcze prądu - mama zrobiła nam tartę z budyniem, bananami i bitą śmietaną, którą jadłyśmy potem na stojąco w naszej maleńkiej kuchni, przy zapalonych świecach.

Wciąż jeszcze zastanawiałyśmy się, co powiedzieć mu na do widzenia, kiedy mama krzyknęła: "Jest nasz autobus!", i musiałyśmy popędzić za nią, ciągnąc za sobą nasze identyczne, sfatygowane czerwone torby.

Był środek dnia, więc w autobusie nie było prawie nikogo. Jacquie usiadła kilka miejsc za nami, jakby w ogóle nas nie znała i jechała zupełnie sama. Ja chciałam dowiedzieć się czegoś więcej o tej wyspie, ale wiedziałam, że mama nie lubi rozmawiać w autobusie. Odwróciła się ode mnie tak jak Jacquie. Jakbyśmy wszystkie w ogóle się nie znały. Pewnie i tak powiedziałaby mi coś w rodzaju: "Czemu miałybyśmy rozmawiać o naszych sprawach przy zupełnie obcych ludziach?".

Jednak po chwili nie byłam już w stanie dłużej tego znieść.

- Co teraz zrobimy, mamo? - spytałam.

- Zamieszkamy z naszymi krewnymi, Indianami Wszystkich Plemion. Jedziemy tam, gdzie zbudowali to słynne więzienie. Zaczniemy nowe życie od środka więziennej celi, czyli z miejsca, w którym my, Indianie, teraz właśnie się znajdujemy; z miejsca, do którego biali nas wpakowali, chociaż tak bardzo starają się sprawić, aby wcale nie wyglądało na to, że to właśnie ich robota. Wydostaniemy się z tej celi, choćbyśmy miały wydłubać dziurę w murze łyżeczką. Masz, rzuć na to okiem.

To mówiąc, wręczyła mi wyjętą z portmonetki laminowaną kartę wielkości karty do gry. Widniał na niej ten obrazek, który można spotkać na każdym kroku - sylwetka ponurego Indianina na koniu, a na odwrocie było napisane: "Przepowiednia Szalonego Konia". Przeczytałam sobie jej tekst:

Po cierpieniach ponad wszelką miarę Czerwony Naród ponownie powstanie, co będzie błogosławieństwem dla chorego świata, pełnego złamanych obietnic, egoizmu i podziałów; świata tęskniącego znów za światłem. Widzę oto taki czas za siedem pokoleń, kiedy przedstawiciele wszystkich kolorów skóry rodzaju ludzkiego zgromadzą się pod świętym Drzewem Życia, a cała Ziemia na powrót stanie się jednym kołem.

Nie wiedziałam, co mama usiłowała mi powiedzieć, dając mi tę kartę, ani nie rozumiałam, co miała na myśli, mówiąc o tej łyżeczce. Ale nasza mama po prostu taka już była. Mówiła swoim własnym, prywatnym językiem. Spytałam ją, czy na Alcatraz będą małpy. Z jakiegoś powodu myślałam, że małpy żyją na wszystkich wyspach. Ona nie odpowiedziała jednak na moje pytanie. Uśmiechała się tylko i patrzyła, jak za oknem autobusu przemykają długie i szare ulice Oakland. Wyglądała przy tym tak, jakby oglądała stary film, który lubiła, ale widziała już nazbyt wiele razy, aby wciąż jeszcze zwracać na niego baczniejszą uwagę. Na Alcatraz popłynęłyśmy motorówką. Przez cały czas trzymałam głowę na kolanach mamy. Faceci, którzy przewieźli nas na wyspę, ubrani byli w wojskowe mundury. Nie miałam wówczas pojęcia, w co się pakujemy.

Jadłyśmy rzadki gulasz wołowy ze styropianowych misek, siedząc wokół całkiem sporego i dającego niemało ciepła ogniska, które kilku spośród młodszych mężczyzn regularnie podsycało, dorzucając do ognia kawałki drewnianych palet. Nasza mama paliła papierosy, siedząc nieco dalej od ognia z dwiema wielkimi Indiankami, obdarzonymi bardzo donośnym śmiechem. Na stołach, gdzie stały miski z gulaszem, leżało również masło i całe sterty krojonego białego chleba z supermarketu. Kiedy przy ognisku zrobiło się za gorąco, odsunęłyśmy się wraz z siostrą od ognia i usiadłyśmy na ziemi.

- Nie wiem, jak ty - rzekłam do Jacquie z ustami pełnymi chleba z masłem - ale ja mogłabym tak żyć.

Zaczęłyśmy się śmiać, a Jacquie wtuliła się we mnie. Przypadkowo zderzyłyśmy się przy tym głowami, co jeszcze bardziej nas rozśmieszyło. Zrobiło się późno i drzemałam już, kiedy mama znowu do nas przyszła.

- Wszyscy śpią w celach. Tam jest cieplej - powiedziała. Razem z Jacquie spałyśmy więc w celi naprzeciwko mamy. Mama zawsze miotała się jak szalona: to pracowała, to znów traciła pracę, przenosiła nas z miejsca na miejsce po całym Oakland, na przemian wpychała się z powrotem i wycofywała z życia naszych ojców, co chwilę zmieniając przy tym kolejne szkoły i przytułki. Tym razem jednak było inaczej. Dotąd zawsze lądowałyśmy w jakimś domu, pokoju albo przynajmniej łóżku. A teraz ja i Jacquie spałyśmy blisko siebie na kępkach gailardii w starej więziennej celi, naprzeciwko naszej matki.

Każdy dźwięk odbijał się w tych celach tysiąckrotnym echem. Mama zaśpiewała nam kołysankę Czejenów, przy której dawniej nas usypiała. Nie słyszałam jej od tak dawna, że prawie ją zapomniałam, a chociaż odbijała się szaleńczym echem od wszystkich ścian, było to przecież echo głosu naszej mamy. Obie szybko zapadłyśmy w sen i spałyśmy smacznie do samego rana.

Jacquie radziła sobie znacznie lepiej ode mnie. Zadawała się z grupą nastolatków, którzy włóczyli się po całej wyspie. Dorośli byli tak bardzo zajęci, że nie było możliwości, aby mogli za nimi nadążyć. Ja trzymałam się blisko mamy. Chodziłyśmy i rozmawiałyśmy wciąż z różnymi ludźmi, biorąc udział w oficjalnych zebraniach, na których wszyscy usiłowali porozumieć się co do tego, co należy zrobić, o co powinniśmy poprosić i jakie będą nasze oficjalne żądania. Ci spośród Indian, którzy wydawali się tutaj najważniejsi, zazwyczaj najłatwiej się przy tym wściekali. Byli to zawsze mężczyźni. Kobiet nie słuchano zaś tak bardzo, jakby życzyła sobie tego nasza mama. Te pierwsze dni na Alcatraz mijały nam niczym tygodnie. Wyglądało na to, że zostaniemy tam już na dobre i zdołamy skłonić federalnych, aby zbudowali nam szkołę, przychodnię i dom kultury.

W pewnym momencie mama kazała mi jednak pójść i zobaczyć, co takiego porabia Jacquie. Wcale nie miałam ochoty samotnie włóczyć się po wyspie, ale w końcu zaczęło mi się na tyle nudzić, że poszłam, aby się przekonać, co też uda mi się odkryć. Wzięłam ze sobą misia Dwa Buciki. Wiem, że jestem już za duża, by się nim bawić - mam już przecież prawie dwanaście lat - ale i tak go zabrałam. Doszłam aż na drugą stronę latarni morskiej, do miejsca, które wyglądało tak, jakby należało trzymać się od niego z daleka.

Znalazłam całą ich paczkę nad brzegiem morza od strony cieśniny Golden Gate. Leżeli rozwaleni na skałach, wytykając się nawzajem palcami i śmiejąc się w ten wyuzdany i okrutny sposób, który nastolatki zawsze mają na podorędziu. Powiedziałam mojemu misiowi, że to chyba nie jest wcale taki dobry pomysł, żeby do nich dołączyć, i dodałam, że powinniśmy raczej zawrócić.

- Nie musisz się martwić, siostro. Wszyscy ludzie na tej wyspie, nawet te tutaj szczeniaki, to nasi krewni. Nie bój się więc. W dodatku, jeśli ktokolwiek będzie chciał ci coś zrobić, zeskoczę na ziemię i ugryzę go w kostkę, a tego na pewno nie będzie się spodziewał. A potem użyję przeciwko niemu mojego świętego niedźwiedziego lekarstwa, które go uśpi. To będzie jak natychmiastowa hibernacja. Tak właśnie zrobię, siostro, więc nic się nie martw. Stwórca uczynił mnie silnym, abym mógł cię chronić - rzekł mi wtedy Dwa Buciki.

Powiedziałam mu, żeby przestał gadać jak Indianin.

- Nie wiem, co masz na myśli, mówiąc, że gadam jak Indianin - odparł.

- Nie jesteś Indianinem, Dwa Buciki. Jesteś tylko pluszowym misiem.

- Wiesz co? My w gruncie rzeczy aż tak bardzo się nie różnimy. I wam, i nam nadali nazwy nieświadomi i aroganccy ludzie.

- Aha. A kogo dokładnie masz na myśli?

- Was "Indianami" nazwał Kolumb, a w naszym przypadku to wszystko wina Teddy'ego Roosevelta.

- Jak to?

- Polował sobie kiedyś na niedźwiedzie, ale w końcu spotkał naprawdę kościstego, starego i wygłodniałego misia i powiedział, że go nie zastrzeli. A potem w gazetach pojawił się komiks na temat tego zdarzenia z polowania, z którego wynikało, że niby pan Roosevelt okazał się człowiekiem miłosiernym i wielkim wielbicielem przyrody; kimś w tym rodzaju. Później biali zrobili małego, wypchanego misia i nazwali go "Misiem Teddy'ego". Z czasem jego nazwa w ich języku uległa skróceniu do "Teddy Bear". Nigdy nie powiedzieli tylko tego, że temu staremu niedźwiedziowi Roosevelt tak naprawdę poderżnął gardło. Jest to tego rodzaju miłosierdzie, o którym - ich zdaniem - nie powinniśmy nic wiedzieć.

- A ty skąd niby o tym wszystkim wiesz?

- Trzeba znać historię swojego ludu. To, że się tutaj znaleźliście, jest w zupełności wynikiem tego, co wasi ludzie uczynili, aby was tu sprowadzić. I my, niedźwiedzie, i wy, Indianie, bardzo wiele przeszliśmy. Przecież biali próbowali nas pozabijać. Ale kiedy się słucha, jak oni o tym opowiadają, to cała ta historia brzmi w ich ustach niczym jedna wielka heroiczna przygoda rozgrywająca się w zupełnie pustym, dziewiczym lesie. Tymczasem cały ten las pełen był Indian i niedźwiedzi. Siostro, oni poderżnęli gardła nam wszystkim.

- Dlaczego mam wrażenie, jakby mama już nam to wszystko mówiła? - spytałam.

- Roosevelt powiedział: "Nie posunę się tak daleko, by stwierdzić, że jedyni dobrzy Indianie to martwi Indianie, ale sądzę, że w dziewięciu przypadkach na dziesięć jest to prawda, a jeśli chodzi o ten dziesiąty przypadek, to wolałbym zbyt wnikliwie go nie rozpatrywać".

- Cholera, misiu, ależ to straszne! Ja słyszałam tylko ten tekst o grubej pałce.

- Ta "gruba pałka" to właśnie kłamstwo o miłosierdziu. "Przemawiaj łagodnie i dzierż grubą pałkę" - tak właśnie ­Roosevelt mawiał o polityce zagranicznej. I taką właśnie pałką biali traktowali zarówno nas, niedźwiedzie, jak i was, Indian. Dla nich byliśmy przecież obcym narodem, choć żyliśmy na swej własnej ziemi. I tą swoją grubą pałką zagnali nas tak daleko na zachód, że o mało nie wyginęliśmy na dobre.

Po tych słowach Dwa Buciki zamilkł. Taki już był ten miś. Albo miał coś do powiedzenia, albo nie. Po rodzaju błysku, jaki akurat miał w swych czarnych oczach, potrafiłam rozpoznać, czy w danej chwili chce jeszcze coś dodać, czy też nie. Teraz położyłam go więc na ziemi za jakimiś głazami i ruszyłam w stronę mojej siostry.

Cała paczka zgromadziła się na niewielkiej i podmokłej piaszczystej plaży, usianej głazami, które były nieco rzadziej rozrzucone lub ukryte pod powierzchnią wody tam, gdzie robiło się głębiej. Im bardziej się do nich zbliżałam, tym wyraźniej widziałam, że Jacquie zachowuje się dziwnie: jakoś tak hałaś­liwie i sztucznie. W dodatku była dla mnie miła. Aż nazbyt miła. Przywołała mnie do siebie, trochę za mocno uściskała, a potem, zbyt donośnym głosem, przedstawiła całej grupie jako swoją młodszą siostrzyczkę. Skłamałam i powiedziałam wszystkim, że mam już dwanaście lat, ale oni i tak nawet mnie nie słuchali. Widziałam, jak podawali sobie jakąś butelkę. Kiedy podeszłam do siostry, Jacquie pociągnęła z niej właśnie długi, łapczywy łyk.

- To jest Harvey - powiedziała, wciskając butelkę w rękę siedzącego obok chłopaka. Harvey wziął od niej flaszkę, lecz zdawał się przy tym w ogóle nie zauważać, że Jacquie coś mówiła. Odeszłam więc o kilka kroków od nich i spostrzegłam pewnego chłopca, który stał z dala od pozostałych. Wydawało się, że może być od nich nieco młodszy, czyli bardziej zbliżony do mnie wiekiem. Stał przy brzegu i wrzucał kamienie do wody. Spytałam go, co właściwie robi.

- A na co ci to wygląda? - odparł.

- Jakbyś chciał się pozbyć całej tej wyspy, wrzucając ją do morza kamyk po kamyku.

- Szkoda, że nie mogę wrzucić tej głupiej wyspy do oceanu - odrzekł.

- Ona już jest w oceanie.

- Chodziło mi o to, żeby wrzucić ją na samo dno - wyjaśnił.

- A to dlaczego? - spytałam.

- Bo mój tata każe tutaj siedzieć mnie i mojemu bratu - odparł. - Zabrał nas ze szkoły. A tu nie ma telewizji ani dobrego jedzenia, wszyscy ciągle biegają tylko wkoło, piją i gadają o tym, że teraz wszystko będzie inaczej. Jasne, już jest inaczej, bez dwóch zdań. Tylko że w domu było lepiej.

- Nie sądzisz, że to dobrze, że o coś walczymy? Że próbujemy naprawić wszystko to, co nam zrobili przez te setki lat, odkąd się tu zjawili?

- Jasne, jasne; mój ojciec wciąż tylko o tym gada. Wszystko to, co nam zrobili. Niby ci z rządu Stanów Zjednoczonych. Ja tam nic o tym nie wiem, ja chcę tylko wrócić do domu.

- My już chyba nie mamy nawet domu.

- Co takiego niezwykłego jest w tym, że się zajmuje jakieś idiotyczne miejsce, którego nikt nawet nie chce; miejsce, skąd ludzie usiłowali uciec, odkąd tylko powstało?

- Nie wiem. Może coś to da. Nigdy nie wiadomo.

- Jasne - odparł, po czym cisnął dość spory kamień do wody tuż obok miejsca, gdzie siedzieli nieco starsi nastolatkowie. Ochlapał ich przy tym, więc zaczęli wykrzykiwać w naszą stronę przekleństwa, których nawet nie znałam.

- Jak ci na imię? - spytałam.

- Rocky. A tobie?

Od razu zaczęłam żałować, że w ogóle poruszyłam kwestię imion i usiłowałam wymyślić coś, o co mogłabym teraz spytać, albo w ogóle powiedzieć, ale zupełnie nic nie przyszło mi do głowy.

- Opal Viola Wiktoria Niedźwiedzia Tarcza - wypaliłam najszybciej, jak umiałam.

Rocky wrzucił tylko do wody kolejny kamień. Nie wiedziałam, czy po prostu mnie nie słuchał, czy też, w przeciwieństwie do większości dzieciaków, wcale nie uważał, że moje imię jest zabawne. Ale nie miałam już okazji się tego dowiedzieć, ponieważ właśnie w tej chwili rozległ się warkot silnika i zupełnie znikąd pojawiła się obok nas motorówka. Starsze dzieciaki ukradły ją z innej plaży na wyspie. Wszyscy szli teraz w stronę łodzi, która zbliżała się do brzegu. Ja i Rocky ruszyliśmy w ich ślady.

- Chcesz nią popłynąć? - spytałam Rocky'ego.

- Tak, chyba chcę - odparł.

Podeszłam do Jacquie, żeby zapytać, czy ona też z nami popłynie.

- Jasne, że tak, do cholery! - wrzasnęła, kompletnie pijana, i wtedy już wiedziałam, że muszę wsiąść na tę łódź.

Woda była wzburzona i od razu zaczęło nami kołysać. Rocky spytał, czy może wziąć mnie za rękę. Jego pytanie sprawiło, że serce zaczęło mi walić jeszcze gwałtowniej, choć i tak biło już bardzo szybko ze względu na to, że mknęłam po falach motorówką z tymi wszystkimi starszymi nastolatkami, którzy prawdopodobnie nigdy w życiu nie sterowali taką łodzią. Gdy podskoczyliśmy wysoko w górę, odbiwszy się od grzbietu fali, chwyciłam więc dłoń Rocky'ego, a potem trzymaliśmy się za ręce aż do chwili, kiedy ujrzeliśmy, że zbliża się do nas inna motorówka. Dopiero wtedy nasze dłonie raptownie się od siebie oderwały, jakby ta druga łódź przypłynęła tu tylko po to, aby przyłapać nas na trzymaniu się za ręce. Początkowo myślałam, że to policja, ale wkrótce zdałam sobie sprawę, że to tylko dwóch starszych mężczyzn, którzy kursowali motorówką pomiędzy wyspą a stałym lądem, dowożąc zaopatrzenie. Coś do nas krzyczeli i kazali nam zawrócić w stronę brzegu.

Dopiero wtedy, kiedy przybili do brzegu tuż obok nas, zaczęłam tak naprawdę słyszeć ich krzyki. Wrzeszczeli na nas. Wszystkie starsze dzieciaki były kompletnie pijane. Jacquie i Harvey rzucili się do ucieczki, co skłoniło pozostałych do tego, by pójść w ich ślady. Ja i Rocky zostaliśmy w motorówce, przypatrując się, jak ci dwaj starsi faceci daremnie usiłują zapanować nad nastolatkami, którzy biegali w kółko, potykali się i śmiali z niczego tym głupkowatym, pijackim śmiechem. Kiedy mężczyźni w końcu zdali sobie sprawę, że i tak nikogo nie złapią ani nikt nie będzie ich słuchał, poszli sobie: albo chcieli sprowadzić pomoc, albo po prostu dali za wygraną. Słońce już zachodziło i zerwał się zimny wiatr. Rocky wyskoczył z motorówki i przycumował ją do brzegu. Zaczęłam się zastanawiać, gdzie się nauczył, jak należy to robić. Ja też zeszłam na ląd, czując przy tym, jak motorówka zakołysała się pod moim ciężarem. Nisko przy ziemi nadciągała mgła, tak wolno, jakby pełzła, wspinając się ledwie powyżej naszych kolan. Przypatrywałam jej się przez dobrych kilka minut - a przynajmniej tak mi się zdawało - a potem stanęłam za Rockym i chwyciłam go za rękę. Nie odwrócił się do mnie, tylko pozwolił mi tak trzymać jego dłoń.

- Ciągle boję się ciemności - powiedział. Brzmiało to tak, jakby chciał powiedzieć mi coś zupełnie innego. Jednak zanim zdążyłam pomyśleć o tym, co to mogło być, usłyszałam krzyki. Był to głos Jacquie. Puściłam dłoń Rocky'ego i ruszyłam w stronę, skąd dochodził ten wrzask. Po drodze wychwyciłam jeszcze dobiegające stamtąd słowa "pieprzony dupek", a wtedy przystanęłam i spojrzałam przez ramię na Rocky'ego, z miną, która mówiła: "Na co jeszcze czekasz?". Rocky odwrócił się jednak i ruszył z powrotem w stronę motorówki.

Kiedy ich znalazłam, Jacquie oddalała się właśnie od Harveya, co kilka kroków podnosząc z ziemi kamienie i obrzucając go nimi. Harvey siedział na ziemi, trzymając na kolanach butelkę. Głowa kiwała mu się przy tym, jakby była zbyt ciężka. Właśnie wtedy dostrzegłam podobieństwo. I sama nie wiedziałam, jakim cudem nie zauważyłam tego wcześniej: Harvey był starszym bratem Rocky'ego.

- Idziemy! - powiedziała do mnie Jacquie. - Kawał drania! - dodała, spluwając na ziemię w kierunku Harveya. Zaczęłyśmy wspinać się po zboczu wiodącym w kierunku schodów prowadzących do bramy więzienia.

- Co się stało? - spytałam.

- Nic.

- Co on ci zrobił? - nie dawałam za wygraną.

- Mówiłam, żeby przestał. Ale on i tak to zrobił. Mówiłam mu, że ma przestać - plątała się Jacquie, mocno trąc jedno oko. - Zresztą nieważne, do cholery. Chodź - dodała, przyspieszając kroku.

Puściłam ją przodem. Sama zatrzymałam się i chwyciłam poręczy u szczytu schodów, obok latarni morskiej. Chciałam jeszcze obejrzeć się za siebie i znaleźć Rocky'ego, ale wtedy usłyszałam, jak moja siostra woła, żebym ją dogoniła.

Kiedy wróciłyśmy do bloku z naszą celą, zastałyśmy w niej mamę. Spała, ale leżała w jakiejś dziwacznej pozie, rozciągnięta na wznak, a przecież zawsze spała na brzuchu. Zdawała się przy tym pogrążona w bardzo głębokim śnie. Ułożona była tak, jakby wcale nie miała zamiaru zasnąć w tej pozycji. A przy tym strasznie chrapała. Jacquie poszła spać do celi naprzeciwko nas, a ja wśliznęłam się pod koc obok mamy.

Na zewnątrz zerwał się wiatr. Bałam się i nie byłam pewna, co się właściwie stało. I co w ogóle jeszcze robimy na tej wyspie? Mimo wszystko zasnęłam niemal natychmiast, kiedy tylko zamknęłam oczy.

Kiedy się obudziłam, Jacquie spała tuż obok mnie. W pewnym momencie musiała zająć miejsce mamy. Słońce świeciło prosto na nas, rzucając cienie w kształcie krat w poprzek naszych ciał.

Po tamtych wydarzeniach przez wszystkie kolejne dni nie robiłyśmy już nic innego, tylko dowiadywałyśmy się, co będzie do jedzenia i kiedy wydawane będą posiłki. Zostałyśmy na wyspie, ponieważ nie miałyśmy wyboru. Nie miałyśmy żadnego domu ani życia, do którego mogłybyśmy wrócić, ani też nadziei, że być może dostaniemy jednak to, czego się domagaliśmy; że rząd się nad nami zlituje i uratuje nam życie, wysyłając na wyspę łodzie pełne żywności, a także elektryków, budowniczych i innych fachowców, którzy pomogliby nam się tutaj jakoś urządzić. Dni mijały nam tylko jeden po drugim i nic takiego się nie działo. Motorówki przybijały do brzegu i odpływały, przywożąc coraz mniejsze ilości zaopatrzenia. W pewnym momencie wybuchł pożar; widziałam też, jak ludzie wywlekają ze ścian budynków drut miedziany, znosząc do motorówek całe jego wiązki. Mężczyźni coraz częściej wydawali się bardziej zmęczeni i pijani niż dotąd, a wokół coraz mniej widać było kobiet i dzieci.

- Wydostaniemy się stąd. Już wy się o to nie martwcie - powiedziała nam mama pewnej nocy ze swojej celi naprzeciwko. Jednak ja już jej nie wierzyłam. Nie byłam pewna, po czyjej jest stronie i nie wiedziałam, czy w ogóle są tu jeszcze jakieś "strony". Może już tylko w tym sensie, co na głazach na krańcu wyspy.

W jeden z ostatnich dni, jakie spędziłyśmy na wyspie, poszłam z mamą na wzgórze pod latarnią. Mama stwierdziła, że chce sobie popatrzeć na miasto. Dodała jeszcze, że ma mi coś do powiedzenia. Wokół ludzie biegali niespokojnie tam i z powrotem, jak to zwykli czynić w tych ostatnich dniach indiańskiej okupacji wyspy - tak, jakby lada moment miał nastąpić koniec świata - i tylko my z mamą siedziałyśmy sobie spokojnie na trawie, jakby nie działo się nic nadzwyczajnego.

- Posłuchaj mnie, Opal Violu, moja dziewczynko - zaczęła mama, kręcąc kosmyk włosów za moim uchem. Nigdy dotąd - ani jeden raz - nie nazwała mnie "swoją dziewczynką". - Powinnaś wiedzieć, co się tutaj dzieje - rzekła. - Jesteś już teraz na tyle duża i przepraszam cię, że wcześniej ci tego nie powiedziałam. Opal, musisz wiedzieć, że nigdy nie wolno nam przestać opowiadać naszych historii i że nikt nie jest za młody, żeby ich słuchać. Wszyscy jesteśmy tutaj przez pewne kłamstwo, a oni okłamują nas, odkąd tylko się tu pojawili. Nawet teraz bez przerwy kłamią!

Ostatnie zdanie wypowiedziała w taki sposób, że aż się przeraziłam. Jakby miało dwa różne znaczenia, a ja nie rozumiałam żadnego z nich. Spytałam mamę, co to było za kłamstwo, lecz ona zapatrzyła się tylko w słońce, mrużąc oczy, i cała jej twarz zastygła w takim grymasie. Nie wiedziałam, co robić, więc siedziałam tak i czekałam, żeby się przekonać, co mi powie. Zimny wiatr smagał nasze twarze, sprawiając, że musiałyśmy aż zamykać oczy. Nie otwierając ich, spytałam więc mamę, co teraz zrobimy. Odparła, że nie mamy wielkiego wyboru i że to monstrum, aparat władzy, czyli rząd, nie ma najmniejszego zamiaru zwolnić tempa swego działania na wystarczająco długi okres, aby faktycznie przyjrzeć się temu, co się tutaj stało, i wszystko naprawić. Zatem nasze dalsze losy zależą w zupełności od tego, czy będziemy w stanie właściwie zrozumieć, skąd pochodzimy, co spotkało nasz lud i jak możemy uczcić naszych przodków, wiodąc godne życie i nie przestając opowiadać naszych historii. Mama powiedziała mi jeszcze, że cały świat składa się z samych tylko historii: z opowieści i z opowieści o opowieściach. A potem, jakby wszystko to, co dotąd mówiła, było tylko wprowadzeniem do czegoś, co miałam za chwilę usłyszeć, zamilkła na dłuższą chwilę, powiodła wzrokiem hen, w kierunku miasta, i oświadczyła, że ma raka. Wówczas znik­ła dla mnie cała ta wyspa. Znikło wszystko wokół. Wstałam i poszłam przed siebie, zupełnie nie wiedząc, dokąd zmierzam. Przypomniało mi się, że bardzo dawno temu zostawiłam misia Dwa Buciki przy tamtych skałach, gdzie poznałam Rocky'ego.

Kiedy tam dotarłam, Dwa Buciki leżał na boku i wyglądał dosyć marnie; jakby przeżuło go jakieś zwierzę albo jakby wypłowiał od wiatru i słonej wody. Podniosłam go z ziemi i spojrzałam mu w twarz. W jego oczach nie było już blasku. Odłożyłam go z powrotem tam, gdzie leżał, i po prostu już go tam zostawiłam.

Kiedy wróciłyśmy wreszcie na stały ląd, w pewien słoneczny dzień wiele miesięcy po tym, jak pierwszy raz popłynęłyśmy na wyspę, pojechałyśmy autobusem z powrotem w pobliże miejsca, gdzie mieszkałyśmy, zanim jeszcze wprowadziłyśmy się do żółtego domku. Było to tuż poza centrum Oakland, przy Telegraph Avenue. Zatrzymałyśmy się u adoptowanego brata mamy, Ronalda, którego poznałyśmy dopiero tamtego właśnie dnia, kiedy przyjechałyśmy do jego domu, żeby z nim zamieszkać. Ja i Jacquie nie polubiłyśmy go ani trochę. Mama przekonywała nas jednak, że Ronald naprawdę jest kimś. Mówiła, że to uzdrowiciel. Sama nie chciała przy tym słuchać zaleceń lekarzy. Przez pewien czas jeździliśmy ciągle do więzienia, gdzie Ronald prowadził zajęcia sportowe. Dla mnie było tam za gorąco, ale Jacquie chodziła na nie razem z mamą. Obie z siostrą powtarzałyśmy też mamie, że powinna robić to, co mówią jej lekarze. Ona jednak odpowiadała, że nie może ich słuchać i potrafi jedynie iść tą samą drogą, którą szła do tej pory. I tak właśnie zrobiła: wolno odeszła w przeszłość, jak wszystkie te święte, piękne i utracone raz na zawsze rzeczy. Pewnego dnia zaszyła się po prostu już na dobre na kanapie w salonie Ronalda i odtąd stawała się coraz mniejsza i mniejsza.

Po powrocie z Alcatraz i po śmierci mamy starałam się nie wychylać i unikać kłopotów. Skupiłam się na nauce. Mama zawsze mówiła nam, że najważniejszą rzeczą, jaką możemy zrobić, jest zdobycie wykształcenia, i powtarzała, że inaczej ludzie nie będą chcieli nas słuchać. Wcale nie mieszkałyśmy przez cały ten czas u Ronalda. Bardzo szybko zaczęło tam dziać się źle, ale o tym opowiem już innym razem. Dopóki mieszkała z nami mama, a nawet jeszcze przez chwilę po jej śmierci, Ronald dawał nam spokój. Ja i Jacquie spędzałyśmy razem cały nasz czas po szkole. Tak często, jak tylko byłyśmy w stanie, chodziłyśmy też na grób mamy. Pewnego dnia w drodze z cmentarza do domu Jacquie przystanęła i odwróciła się do mnie.

- Co my teraz właściwie robimy? - spytała.

- Wracamy do domu - odparłam.

- A co to za dom?

- Sama nie wiem.

- To co teraz zrobimy?

- Nie wiem.

- Przecież zawsze masz gotową jakąś przemądrzałą odpowiedź.

- Chyba po prostu wracamy...

- Jestem w ciąży - wypaliła nagle Jacquie.

- Co takiego?

- Ten pieprzony dupek Harvey. Pamiętasz?

- Co?

- Nieważne. Mogę ją po prostu usunąć i tyle.

- Nie! Nie możesz jej tak po prostu...

- Znam kogoś... To znaczy, brat mojej przyjaciółki Adriany zna kogoś w zachodniej dzielnicy.

- Ależ, Jacquie, nie możesz tak...

- Czyli co? Wychowamy to dziecko we dwie, razem z Ronaldem? Nic z tego - rzekła Jacquie, a potem wybuchła płaczem. Nie płakała tak strasznie nawet na pogrzebie. W końcu przestała, oparła się o parkometr i odwróciła ode mnie wzrok. Jeden jedyny raz - ale bardzo mocno - otarła twarz ramieniem i ruszyła przed siebie. Szłyśmy tak przez jakiś czas, mając słońce za plecami i widząc przed sobą nasze ukośne i wydłużone cienie.

- Jedną z ostatnich rzeczy, jakie mama mi powiedziała, kiedy byłyśmy jeszcze na wyspie, było to, że nigdy nie wolno nam przestać opowiadać naszych historii - rzekłam po chwili.

- I po jaką cholerę niby teraz mi to mówisz?

- Chodzi mi o to dziecko.

- Ale to nie żadna tam historia, Opal, tylko fakt.

- Ale mogłoby być i jednym, i drugim.

- Ale w życiu nie jest tak, jak w jakichś tam opowieściach. Mama nie żyje i już do nas nie wróci. Jesteśmy same, a w dodatku mieszkamy z facetem, którego nawet nie znamy i mamy mówić do niego "wujku". To chyba jakaś zupełnie popaprana historia, co?

- Tak, wiem, że mama nie żyje. Jesteśmy same, ale my nie jesteśmy jeszcze martwe. To jeszcze nie koniec. Nie możemy się tak po prostu poddać. Prawda, Jacquie?

Jacquie zrazu nic nie odpowiedziała. Szłyśmy dalej, mijając wszystkie wystawy sklepowe wzdłuż Piedmont Avenue. Wsłuchiwałyśmy się w powracający bezustannie dźwięk mijających nas samochodów, przypominający szum fal uderzających o twarde skały na skraju naszej niepewnej przyszłości w Oakland; w mieście, które nigdy już nie miało być takie jak dawniej, nim nasza mama tak nagle nas opuściła i odeszła w powiewach gwałtownego wichru.

Zatrzymałyśmy się dopiero na czerwonym świetle. Kiedy zapaliło się zielone, Jacquie wzięła mnie za rękę, a potem, kiedy przeszłyśmy na drugą stronę ulicy, już jej nie puściła.

Edwin Black

Siedzę na klozecie. Nic się jednak nie dzieje. Po prostu siedzę sobie tutaj. Trzeba przecież próbować. Trzeba chcieć i nie tylko powtarzać to sobie, lecz także siedzieć tutaj z wiarą, że się uda. To już sześć dni od mojego ostatniego wypróżnienia. Jeden z wypunktowanych objawów chorobowych na stronie internetowej z informacjami na temat medycyny i zdrowia brzmiał właśnie tak: uczucie, że nie wszystko wyszło. Mam poczucie, że to stwierdzenie pasuje do całego mojego życia, i to pod wieloma względami, których nie potrafię jeszcze tak jasno wyrazić. Mogłoby też stanowić tytuł zbioru opowiadań, który napiszę pewnego dnia, kiedy wreszcie wszystko zacznie mi wychodzić.

Cały problem z wiarą polega na tym, że trzeba wierzyć, że wiara zadziała; trzeba pokładać wiarę w tej wierze. A ja wyskrobałem już do czysta tę małą czarkę wiary, którą trzymam przy otwartym oknie, jakim stał się mój umysł, odkąd wniknął weń Internet, sprawiając, że sam stałem się częścią sieci. Nie żartuję. Teraz czuję się tak, jakbym doświadczał objawów internetowego głodu. Czytałem o stacjonarnych ośrodkach leczenia i rehabilitacji uzależnień od Internetu w Pensylwanii. Na pustyni w Arizonie mają takie specjalne podziemne kompleksy i samotnie do odtruwania od technologii cyfrowej. Mój problem nie dotyczy samych tylko gier czy hazardu albo nieustannego przewijania i odświeżania moich stron w mediach społecznościowych, ani nawet nieustannego poszukiwania nowej, dobrej muzyki. Chodzi o wszystkie te rzeczy naraz. Na pewien czas naprawdę wciągnęło mnie Second Life. Myślę, że logowałem się tam regularnie przez całe dwa lata. A w miarę jak w prawdziwym życiu rozrastałem się i stawałem się coraz grubszy, coraz bardziej odchudzałem tego Edwina Blacka, którego stworzyłem i miałem tam, w komputerze i na ekranie; a podczas gdy ja robiłem w życiu coraz mniej, on robił coraz więcej. Tamten Edwin Black w sieci miał pracę i dziewczynę, a jego matka zmarła tragicznie przy porodzie. Tamten Edwin Black wychowywał się u swojego ojca w rezerwacie. Edwin Black z mojego Second Life miał swoją dumę i był pełen nadziei.

Tymczasem ten prawdziwy Edwin Black, czyli ja, siedzący sobie tutaj na klozecie, nie jest w stanie dostać się tam, do Internetu, ponieważ wczoraj upuściłem telefon do muszli, a mój komputer się zawiesił. Tego samego pieprzonego dnia po prostu przestał działać. Nie poruszał się nawet kursor myszki i nie było już wirującego kółka, obiecującego, że dany program zaraz się załaduje. Nie było też mowy o tym, by komputer zrestartował się po odłączeniu od sieci: nagle miałem przed sobą zupełnie niemy, czarny ekran, a na nim odbicie swojej własnej twarzy, gapiącej się najpierw z przerażeniem na tę śmierć komputera, a potem na wypisaną na mojej twarzy reakcję na widok mojego własnego oblicza reagującego na śmierć komputera. Gdy patrzyłem na moją twarz odbitą na czarnym ekranie i myślałem o tym chorym uzależnieniu i o wszystkich tych godzinach, jakie spędziłem, nie robiąc właściwie niczego, umarła również jakaś cząstka mnie. Miałem za sobą cztery lata siedzenia, wpatrywania się w ekran komputera i surfowania po Internecie. Sądzę, że, odliczając czas poświęcony na sen, będą to jakieś trzy lata, jeżeli oczywiście nie brać pod uwagę snów, bo ja śnię o Internecie, o słowach kluczowych wyszukiwania, które we śnie wydają się zupełnie sensowne i stanowią klucz do jego znaczenia, ale rankiem okazują się całkowicie pozbawione sensu, podobnie jak wszystkie sny, jakie dotąd miałem.

Kiedyś śniło mi się, że zostanę pisarzem. To znaczy, ukończyłem nawet z tytułem magistra literaturoznawstwo porównawcze ze specjalizacją w zakresie literatury Indian amerykańskich. Bez wątpienia musiało się wtedy wydawać, że zmierzam do osiągnięcia jeszcze ambitniejszych celów, trzymając w ręku dyplom na ostatnim zdjęciu, jakie zamieściłem na Facebooku. Na tej fotografii stoję ja, w swojej todze i z biretem na głowie, o ponad czterdzieści kilo lżejszy, i moja mama, uśmiechnięta aż nazbyt szeroko i wpatrzona we mnie z bezgranicznym podziwem, podczas gdy pewnie powinna była spoglądać tak na Billa, jej faceta, którego wbrew moim prośbom zabrała ze sobą na ceremonię wręczenia dyplomów, a który teraz koniecznie chciał robić nam zdjęcia, chociaż go prosiłem, żeby sobie darował. Z czasem jednak polubiłem tę fotografię. Spoglądam na nią częściej niż na którekolwiek ze swoich zdjęć. Jeszcze do niedawna była moim zdjęciem profilowym, ponieważ takiej fotki można nie zmieniać przez kilka miesięcy, a nawet przez rok, i nie ma w tym nic nienormalnego, ale niezmienianie jej przez cztery lata jest już zachowaniem godnym politowania i nieakceptowanym społecznie.

Kiedy wprowadzałem się z powrotem do mamy, drzwi mojego dawnego pokoju i mojego dawnego życia, jakie w nim wiodłem, otwarły się przede mną niczym paszcza i połknęły mnie bezgłośnie.

Teraz nie miewam żadnych snów, a jeśli już śnię, to widzę ciemne, geometryczne figury dryfujące bezszelestnie po czarno-różowo-fioletowym tle podzielonym na piksele. Są to sny rodem z wygaszacza ekranu.

Muszę jednak dać za wygraną. Nic ze mnie nie wyłazi. Wstaję, podciągam spodnie i wychodzę z łazienki pokonany. Mój żołądek jest ciężki jak kula od kręgli. Wchodzę do pokoju i w pierwszej chwili nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Spoglądam jeszcze raz. Mój komputer! Niemal podskakuję z radości na widok tego, że wraca do życia! Omal nie klaszczę w ręce. Sam czuję się zażenowany tym podekscytowaniem. Byłem przekonany, że to jakiś wirus. Przedtem kliknąłem w pewien link, żeby ściągnąć sobie Jeźdźca znikąd. Wszyscy byli zgodni co do tego, że to słaby film, i to pod wieloma względami, ale ja i tak bardzo chciałem go zobaczyć. W przyglądaniu się temu, jak Johnny Depp ponosi porażkę na całej linii, jest coś, co daje mi siłę.

* * *

Siedzę i czekam, aż mój komputer uruchomi się do reszty. Stwierdzam przy tym, że aż zacieram ręce z uciechy, więc powstrzymuję się przed tym i kładę je na kolanach. Podnoszę wzrok na obrazek, który zamieściłem na moim profilu. Homer Simpson stoi na nim przed kuchenką mikrofalową i zastanawia się, czy Jezus potrafiłby tak mocno podgrzać w niej burrito, że sam nie byłby w stanie go zjeść. Zaczynam myśleć o paradoksie wszechmocy, o tym, że nie może istnieć jednocześnie niepowstrzymana siła i obiekt, którego nie można poruszyć. Co jednak dzieje się teraz w moich zatkanych, poskręcanych, a być może już zawiązanych na supeł kiszkach? Czyżby kryło się w nich rozwiązanie tej pradawnej zagadki? Jeśli w jakiś tajemniczy sposób przestała u mnie działać funkcja wypróżniania, to czy teraz kolejno nie wyłączy mi się wzrok, słuch i oddychanie? Nie. To wszystko przez to gówniane jedzenie. Paradoksy nie mają rozwiązań. One tylko wzajemnie się znoszą. Chyba za dużo o tym myślę. Za bardzo chcę się wysrać.

Czasami Internet potrafi myśleć razem z tobą czy nawet za ciebie, w tajemniczy sposób doprowadzając cię do informacji, których potrzebujesz, lecz nigdy nie przyszłoby ci do głowy o nich pomyśleć albo samemu zacząć ich szukać. W taki właśnie sposób dowiedziałem się o istnieniu bezoarów. ­Bezoar, lub kamień jelitowy, to masa niestrawionych substancji uwięziona w układzie pokarmowym. Kiedy wpisze się to słowo w wyszukiwarkę, natrafia się na Picatrix, czyli podręcznik magii i astrologii z XII wieku, napisany pierwotnie w języku arabskim i zatytułowany Gh?yat al-Hak?m, co znaczy "Cel mędrca". W księdze tej bezoary mają cały szereg zastosowań: jednym z nich jest wykonywanie talizmanów, pomagających przy pewnych rodzajach magicznych zaklęć. Udało mi się nawet znaleźć plik PDF z angielskim przekładem Picatrix. Kiedy przewijałem sobie ten dokument, w jakimś przypadkowym miejscu mój wzrok przykuła fraza "środek na przeczyszczenie", i przeczytałem następujący fragment: "Hindusi zwracają uwagę, że gdy księżyc jest w takim położeniu, podróżują i stosują środki przeczyszczające. Zatem można posłużyć się nim [bezoarem] z zasady przy tworzeniu talizmanu dla podróżnika, zapewniającego mu bezpieczeństwo. Ponadto kiedy księżyc jest w tym właśnie położeniu, można sporządzić talizman mający wywołać złość i niezgodę pomiędzy małżonkami". Gdybym choć trochę wierzył w jakikolwiek rodzaj magii oprócz tego, który doprowadził mnie do tego akurat hasła, i gdybym był w stanie jakoś chirurgicznie usunąć sobie ten bezoar, zrobiłbym z niego talizman - pod warunkiem, że księżyc byłby akurat w odpowiednim położeniu - i zająłbym się moim zatwardzeniem, przy okazji rozwalając jeszcze może związek mojej mamy z Billem.

Bill nie jest wcale jakimś tam dupkiem. Jeśli już, to stara się, jak może, aby być miłym i nawiązać ze mną rozmowę. Chodzi o to, że ta konwersacja ma wymuszony charakter. I o to, że to ja sam muszę zdecydować, czy mam go traktować dobrze, czy nie. A to dla mnie ktoś obcy. Mama poznała go w jakimś barze w centrum Oakland. Przyprowadziła go do domu, a potem przez ostatnie dwa lata pozwalała mu tu wracać raz za razem, a ja zmuszony byłem zastanawiać się nad tym, czy i jak mam polubić bądź nie polubić tego faceta: starać się go poznać czy też spróbować się go pozbyć. Walczę jednak z moją niechęcią do Billa, ponieważ nie chcę wyjść na jakiegoś upiornego przerośniętego dzieciaka, który jest zazdrosny o chłopaka swojej mamy, bo chce ją mieć tylko dla siebie. Bill jest z plemienia Lakotów i dorastał w Oakland. Jest u nas prawie co wieczór. Kiedy przychodzi, nie wychodzę ze swojego pokoju. I nie mogę wtedy ani się wysrać, ani też nie czuć parcia. Gromadzę więc sobie zapas jedzenia i siedzę w swoim pokoju, czytając o tym, co mogę zrobić z tą nową fazą zaparcia, czy też tym, co jak właśnie dowiedziałem się z pewnego wątku na forum poświęconym temu zagadnieniu, może już być ciężkim i całkowitym zatwardzeniem. Końcem.

Pewna członkini forum, imieniem DefeKate Moss, napisała, że takie niewypróżnianie się może człowieka nawet zabić i że raz musieli jej wetknąć przez nos rurkę, aby odessać kał. Mówiła, że jeśli zaczynasz mieć mdłości i boli cię brzuch, należy zgłosić się na ostry dyżur. Ja mam mdłości na samą myśl o tym, że miałbym srać nosem przez jakąś tam rurkę.

Wpisuję w wyszukiwarkę "mózg a zatwardzenie", po czym naciskam Enter. Klikam w kilka linków i pobieżnie przeglądam parę stron. Czytam mnóstwo tekstu, z którego nic nie wynika. Tak właśnie ucieka człowiekowi czas. Linki wiodą jedynie do kolejnych linków, które mogą cię cofnąć w czasie aż do XII wieku. Właśnie ten sposób może nagle okazać się, że jest szósta rano, a mama, jak zwykle, puka właśnie do moich drzwi przed wyjściem do pracy w indiańskim ośrodku kultury (cały czas próbuje mnie zresztą skłonić, abym i ja poszukał sobie tam jakiejś posady).

- Wiem, że się jeszcze nie kładłeś - mówi. - Słyszę, jak tam ciągle klikasz.

Ostatnio mam małą obsesję na punkcie mózgu. Usiłuję znaleźć wyjaśnienie wszystkiego, odwołując się do poszczególnych jego części. A w sieci jest na ten temat aż nazbyt dużo informacji. Internet jest niczym mózg usiłujący wymyślić sam siebie. Teraz sam w pełni polegam na nim, jeśli chodzi o przypominanie i zapamiętywanie informacji. Nie ma powodu zaśmiecać sobie pamięci, skoro Internet jest cały czas pod ręką. Na przykład dawniej ludzie znali na pamięć różne numery telefonów, a dziś nie potrafią nawet zapamiętać własnego. Samo zapamiętywanie staje się dziś staromodne.

Częścią mózgu związaną z pamięcią jest hipokamp, ale teraz nie pamiętam, co to dokładnie znaczy. Czy tam właśnie przechowywana jest pamięć, czy też hipokamp przypomina odgałęzienia pamięci, sięgające do innych części mózgu, gdzie tak naprawdę składowana jest nasza pamięć w takich maleńkich punkcikach, zakładkach lub gniazdach? I czy sięga do nich zawsze i przez cały czas? Czy, nawet nieproszony, wydobywa z nich wspomnienia i całą twoją przeszłość? Wpisując coś w pasek wyszukiwania, zanim zdążę w ogóle pomyśleć, że chcę to zrobić? Czy, zanim zdążę cokolwiek pomyśleć, już myślę przy jego pomocy?

Okazuje się, że ten sam neuroprzekaźnik, który związany jest z poczuciem szczęścia i dobrym samopoczuciem, ma podobno związek z układem żołądkowo-jelitowym. Coś jest u mnie nie tak z poziomem serotoniny. Czytam o selektywnych inhibitorach zwrotnego wychwytu serotoniny, które są lekami antydepresyjnymi. Czy będę musiał brać antydepresanty? Czy może powinienem je wychwytywać zwrotnie?

* * *

Wstaję i tyłem odchodzę od komputera. Głowę cofam przy tym, ile tylko mogę, żeby rozciągnąć szyję. Usiłuję policzyć, jak długo siedziałem przed ekranem, ale kiedy wpycham do ust kawałek pizzy sprzed dwóch dni, podążam myślami ku temu, co dzieje się w moim mózgu, gdy jem. Przeżuwam pizzę i klikam w kolejny link. Dowiaduję się, że pień mózgu stanowi podstawę świadomości i że język jest niemal bezpośrednio z nim powiązany, przez co jedzenie jest najprostszą drogą ku temu, by nabrać poczucia, że się żyje. Poczucie to, czy też tę myśl, przerywa mi ogromna chęć napicia się pepsi.

Wlewając sobie pepsi do ust prosto z butelki, spoglądam na siebie w lustrze, które moja mama zawiesiła na drzwiach lodówki. Czy zrobiła to po to, żebym mógł zobaczyć swoje odbicie, zanim zacznę myszkować po półkach? Czy umieszczając tam to lustro, chciała mi powiedzieć coś w rodzaju: "Spójrz na siebie, Ed. Zobacz, co z siebie zrobiłeś. Wyglądasz jak jakieś monstrum"? Ale to prawda. Jestem rozdęty. Przez cały czas widzę swoje policzki, tak jak człowiek z dużym nosem w pewnym sensie zawsze ma go przed oczami.

Wypluwam pepsi do zlewu za moimi plecami. Obiema rękami dotykam policzków. Później w ten sam sposób dotykam ich odbicia w lustrze, a potem wciągam je i przygryzam, aby mieć podgląd tego, jak mógłbym wyglądać, gdybym zrzucił z piętnaście kilo.

* * *

Kiedy dorosłem, wcale nie byłem gruby. Nie miałem nawet nadwagi. Nie byłem otyły ani puszysty, czy jakkolwiek się to tam teraz nazywa, aby zachować polityczną poprawność i nie wyjść na człowieka pozbawionego wrażliwości i niedouczonego. A jednak zawsze czułem się gruby. Czy to w jakiś sposób znaczyło, że byłem skazany na to, że pewnego dnia rzeczywiście będę gruby, czy też moja obsesja na punkcie tego, że jestem gruby - nawet wtedy, kiedy jeszcze taki nie byłem - doprowadziła do tego, że z czasem taki właśnie się stałem? Czy to, czego najbardziej staramy się uniknąć, dopada nas właśnie dlatego, że poświęcaliśmy temu zbyt wiele uwagi, zamartwiając się na zapas?

Słyszę dobiegający z mojego komputera dźwięk powiadomienia o nowej wiadomości na Facebooku i wracam do swojego pokoju. Wiem, co to może oznaczać. Nadal jestem zalogowany do konta mojej mamy.

Wszystkim, co mama zapamiętała, jeśli chodzi o mojego ojca, było jego imię: Harvey. Wiedziała też, że mieszka w ­Phoenix i pochodzi od tubylczych mieszkańców Ameryki. Nie cierpię, jak używa określenia "tubylczy mieszkańcy Ameryki": tego dziwacznego, poprawnego politycznie wytrycha, jaki usłyszeć można tylko z ust białych ludzi, którzy nigdy nie znali prawdziwego potomka Indian. W dodatku przypomina mi ono o tym, jak bardzo jestem przez nią wyobcowany. Nie tylko dlatego, że mama jest biała, a ja w związku z tym też jestem w połowie biały, ale przez to, że nigdy nawet nie kiwnęła palcem, żeby spróbować umożliwić mi nawiązanie kontaktu z ojcem.

Ja sam mówię o sobie, że jestem rdzennym Amerykaninem, ponieważ takimi sformułowaniami posługują się inni potomkowie Indian na Facebooku. Mam tam 660 znajomych. W wyświet­lających mi się codziennie wiadomościach przewijają się całe tłumy znajomych rdzennych Amerykanów. Jednak większość z tych moich znajomych to zupełnie nieznani mi ludzie, którzy skwapliwie przyjęli moje zaproszenie do grona znajomych.

Uzyskawszy najpierw pozwolenie od mojej mamy, wysłałem z jej konta prywatne wiadomości do dziesięciu różnych Harveyów, którzy wydawali się w oczywisty sposób rdzennymi Amerykanami i mieszkali w Phoenix. "Być może mnie nie pamiętasz - pisałem - ale lata temu spędziliśmy razem upojną noc, a ja wciąż nie mogę o niej zapomnieć. Nigdy przedtem ani nigdy potem nie było w moim życiu kogoś takiego jak ty. Jestem teraz w Oakland w Kalifornii. Nadal mieszkasz w Phoenix? Czy możemy porozmawiać albo spotkać się przy jakiejś okazji? Będziesz może w tych okolicach? Ewentualnie mogłabym przyjechać do ciebie". Nigdy w pełni nie pozbędę się uczucia, jakie towarzyszyło temu, gdy - jako moja własna matka - usiłowałem pisać uwodzicielskim tonem do człowieka, który mógł okazać się moim ojcem.

Ale proszę: jest wiadomość od mojego potencjalnego ojca.

Hej, Karen! Ja też pamiętam tamtą szaloną noc - czytam z przerażeniem, mając nadzieję, że dalej nie będzie żadnych szczegółów dotyczących tego, co dokładnie sprawiło, że owa noc była taka szalona. Wybieram się do Oakland za kilka miesięcy, na wielki zjazd plemienny. Prowadzę tę imprezę - brzmi dalsza część wiadomości.

Z bijącym sercem i nagłym poczuciem ucisku w żołądku odpisuję: Bardzo mi przykro, że zrobiłem to w taki właśnie sposób. Zdaje się, że jestem pana synem.

I czekam. Stukam nogą w podłogę, gapię się w ekran, odchrząkuję bez powodu. Wyobrażam sobie, jak on musi się teraz czuć. Niełatwo przejść od umawiania się na randkę z kobietą, z którą popełnił kiedyś skok w bok, do świadomości, że nagle, tak zupełnie znikąd, ma się syna. Nie powinienem był tego robić w ten sposób. Trzeba było najpierw skłonić mamę, żeby się z nim spotkała. Mogłem jej kazać zrobić mu zdjęcie.

Co takiego? - wyskakuje w okienku chatu.

Nie jestem Karen.

Nie rozumiem.

Jestem jej synem.

Aha.

No.

Chcesz mi powiedzieć, że mam syna, i że to właśnie ty?

Tak.

Jesteś pewien?

Moja mama powiedziała, że to prawie pewne. Na jakieś 99 procent.

Czyli nie miała w tym samym okresie żadnych innych facetów?

Nie wiem.

No to sorry. Jest gdzieś obok?

Nie.

Wyglądasz na Indianina?

Moja skóra jest brązowa. No, może brązowawa.

Chodzi ci o kasę?

Nie.

Nie masz zdjęcia profilowego.

Pan też.

Po chwili widzę na ekranie ikonkę spinacza biurowego z rozszerzeniem JPEG. Klikam w nią dwa razy. Facet stoi na zdjęciu z mikrofonem w dłoni, a w tle widać tancerzy ze zjazdu plemiennego. W rysach jego twarzy dostrzegam samego siebie. Jest większy ode mnie - zarówno wyższy, jak i grubszy; ma długie włosy i nosi bejsbolową czapeczkę, ale nie ma mowy o pomyłce. To mój ojciec.

Wygląda pan tak jak ja - piszę.

Przyślij mi zdjęcie.

Nie mam żadnego.

To sobie zrób.

W porządku. Niech pan zaczeka - piszę, po czym robię sobie selfie za pomocą kamery w komputerze i wysyłam mu je.

O cholera! - pisze Harvey.

O cholera! - myślę sobie.

Z jakiego plemienia pochodzisz/pochodzimy? - pytam.

Z Czejenów. Tych południowych, z Oklahomy. Jestem zarejestrowanym członkiem plemion Czejenów i Arapahów z Oklahomy. Ale nie jesteśmy Arapahami.

Dzięki! - odpisuję, i dodaję: Muszę spadać!

Jakbym rzeczywiście musiał. Nagle to wszystko po prostu zaczyna mnie przerastać.

Wylogowuję się z Facebooka i idę do salonu pooglądać telewizję i poczekać, aż mama wróci do domu. Zapominam jednak włączyć telewizor. Wpatruję się w jego pusty, czarny i płaski ekran, myśląc o rozmowie sprzed chwili.

Od jak wielu lat paliłem się wprost do tego, żeby się dowiedzieć, czym była druga połowa mnie? A ile plemion podawałem w tym czasie, kiedy pytano mnie o moje pochodzenie? Spędziłem cztery lata studiów na specjalizacji z Indian amerykańskich. Drobiazgowo analizowałem historię poszczególnych ludów, szukając znaków, czegoś, co mogłoby przypominać mnie samego; czegoś, co wydawałoby się znajome. Z powodzeniem przetrwałem dwa lata studiów magisterskich, badając literaturoznawstwo porównawcze z naciskiem na literaturę Indian amerykańskich. Napisałem pracę magisterską na temat nieuchronnego wpływu rządowej polityki w kwestii ilości indiańskiej krwi na współczesną tożsamość Indian amerykańskich oraz o literaturze tworzonej przez autorów mieszanej krwi, która wywarła wpływ na tożsamość w kulturach poszczególnych plemion. A wszystko to nie mając jeszcze pojęcia, z jakiego plemienia pochodzę i wiecznie przyjmując obronną postawę, jakbym nie był w wystarczającym stopniu jego potomkiem. A przecież jestem w takim samym stopniu Indianinem, co prezydent Obama - Murzynem. Jest jednak pewna różnica, przynajmniej w oczach Indian. Wiem o tym. Nie mam pojęcia, jak być jednym z nich. Każdy możliwy sposób, w jaki mógłbym powiedzieć "Jestem Indianinem" - dokładnie każdy, jaki tylko przychodzi mi do głowy - wydaje mi się chybiony.

- Cześć, Ed! A co ty tutaj robisz? - mówi mama, wchodząc przez frontowe drzwi. - Myślałam, że o tej porze będziesz już na dobre "zespolony ze swoimi maszynami" - dodaje, wyciągając przy tym ręce do góry i kręcąc coś w rodzaju młynka palcami, jakby naśladowała ich ruch przy klawiaturze.

Ostatnio popełniłem błąd i opowiedziałem jej o pojęciu technologicznej osobliwości. O tym, że istnieje taka możliwość - właściwie jest ona nieunikniona - że skończy się na tym, że my, ludzie, połączymy się w jedno ze sztuczną inteligencją. Kiedy już spostrzeżemy, że jest od nas doskonalsza, i kiedy sama zacznie domagać się nadrzędnej pozycji, będziemy musieli dostosować się do sytuacji i zespolić się z nią, aby całkiem nas nie pochłonęła i nie przejęła nad nami kontroli.

- No cóż, to dość wygodna teoria dla kogoś, kto spędza dwadzieścia godzin dziennie, przytulając się do ekranu swojego komputera, jakby czekał na całusa - powiedziała mi wtedy mama.

Teraz ciska klucze na stół i nie zamykając za sobą drzwi, zapala papierosa i pali w progu, wyglądając na zewnątrz i wypuszczając tam dym.

- Chodź tu na chwilę. Chcę pogadać - mówi.

- Mamo... - odpowiadam tonem, który, jak sam doskonale wiem, brzmi jak żałosny jęk.

- Edwin - mówi mama, przedrzeźniając mnie przy tym. - Już o tym rozmawialiśmy. Ja chcę aktualnych informacji. Zgodziłeś się, że będę mogła być na bieżąco z sytuacją. Inaczej miną kolejne cztery lata i będę musiała poprosić Billa, żeby wybił ci dziurę w tylnej ścianie zamiast drzwi.

- Pieprzyć Billa! - mówię. - Mówiłem ci, że nie chcę wysłuchiwać od ciebie żadnych uwag na temat mojej wagi. Sam zdaję sobie z niej sprawę. Myślisz, że nie wiem, że jestem gruby? Mam świadomość tego, że jestem upasiony. Obnoszę ten tłuszcz dookoła, przewracam różne sprzęty i nie mogę się zmieścić w większość moich ubrań, a w tych, w które jeszcze wchodzę, wyglądam śmiesznie. - Choć wcale nie chcę tego robić, wymachuję przy tym ramionami w powietrzu, jakbym próbował wsunąć je w rękawy jednej z tych moich koszul, które są już na mnie za małe. Opuszczam w końcu ramiona i wsadzam ręce do kieszeni. - Nie srałem od sześciu dni. Wiesz, jak się czuje z tym ktoś, kto już i tak jest upasiony? Jak jesteś taki, to cały czas o tym myślisz. Ciągle to czujesz. Nie sądzisz, że te ciągłe diety przez wszystkie te lata mogły solidnie mi dopieprzyć? Wszyscy ciągle myślimy o naszej wadze. Nie jesteśmy czasem zbyt otyli? No cóż, czegokolwiek bym nie robił, mam na to pytanie prostą odpowiedź, zwłaszcza wtedy, kiedy widzę swoje odbicie w lustrze na drzwiach lodówki, które zawiesiłaś tam skądinąd - o czym zresztą doskonale wiem - dla mojego dobra. Wiesz, kiedy próbujesz na ten temat żartować, to chcę być jeszcze grubszy, utyć i rozdąć się tak, żebym aż pękł, i nie przestawać żreć, aż wreszcie utknę gdzieś na dobre i umrę, stając się taką martwą kupą mięsa. Będzie trzeba sprowadzić dźwig, żeby mnie stamtąd wyciągnąć, a wszyscy będą cię pytali: "Co się stało?" i mówili z litością: "Biedactwo!" i jeszcze: "Jak mogłaś do tego dopuścić?", a ty, osłupiała i zrozpaczona, będziesz palić papierosa za papierosem. Bill będzie stał przy tobie, próbując cię pocieszyć, a ty będziesz sobie przypominać wszystkie te okazje, kiedy się ze mnie nabijałaś, i nie będziesz miała pojęcia, co powiedzieć sąsiadom, wpatrującym się z przerażeniem w tę kupę mięsa, która była mną, a dźwig będzie dygotał, ze wszystkich sił starając się mnie unieść - mówię, naśladując przy tym rękoma rozdygotany dźwig, żeby łatwiej mogła go sobie wyobrazić.

- Jezus, Ed! Już wystarczy! Chodź, porozmawiaj ze mną przez chwilę.

Biorę zielone jabłko z kosza z owocami i nalewam sobie szklankę wody.

- Widzisz? - niemal krzyczę, podtykając jej jabłko pod nos, żeby nie mogła go nie zauważyć. - Przynajmniej się staram. Masz swoje bieżące informacje w wersji na żywo. Prowadzę transmisję w czasie rzeczywistym, przekazując ci je właśnie w tej chwili: spójrz, staram się lepiej odżywiać. Przed chwilą wyplułem łyk pepsi do zlewu. A tutaj mam właśnie szklankę wody.

- Bardzo bym chciała, żebyś się uspokoił - mówi mama. - Jeszcze dostaniesz ataku serca. Wyluzuj. Traktuj mnie jak swoją matkę; jak kogoś, kto się o ciebie troszczy i cię kocha. Jak kogoś, kto męczył się przez dwadzieścia sześć godzin, żeby cię urodzić. Dwadzieścia sześć godzin skurczów i parcia, a na zakończenie i tak cesarka. Musieli rozciąć mi brzuch, Ed, bo nie chciałeś z niego wyjść, choć było już dwa tygodnie po terminie. Czy ja ci w ogóle kiedyś o tym opowiadałam? I ty chcesz mi mówić, co to znaczy czuć się pełnym!

- Chciałbym, żebyś przestała mi wyrzucać przy każdej okazji, ile to godzin musiałaś się męczyć, żebym mógł przyjść na świat. Wcale się o to nie prosiłem.

- Ja ci coś wyrzucam? Sądzisz, że to z mojej strony wyrzuty? Ach, ty niewdzięczny mały...

Podbiega do mnie i zaczyna łaskotać mnie po karku. Ku włas­nemu przerażeniu nie potrafię powstrzymać się od śmiechu.

- Przestań! No dobra, w porządku, tylko teraz ty sama się uspokój. A co byś chciała usłyszeć? - mówię, naciągając koszulę z powrotem na brzuch. - Nie mam żadnych nowych informacji. Niewiele jest w sieci ofert dla kogoś, kto nie ma właściwie żadnego doświadczenia zawodowego, a jedynie stopień magistra z literaturoznawstwa porównawczego. Szukam, przeczesuję całą sieć, wpadam we frustrację i, pewnie że tak, czasami się rozpraszam i zajmuję czymś innym. Jest tam tyle do sprawdzenia, a kiedy się myśli o czymś nowym, kiedy się coś nowego odkryje, jest tak, jakby się myślało innym umysłem, jakby się miało dostęp do większego, zbiorowego mózgu. Jesteśmy na skraju nowych odkryć w tej dziedzinie - mówię, zdając sobie sprawę, jak to musi dla niej brzmieć.

- Jesteście na skraju nowych odkryć, jasne. Zbiorowy mózg? Poszukiwania? W twoich ustach brzmi to tak, jakbyś robił coś więcej, niż tylko klikał w kolejne linki i czytał. Ale w porządku; jakiego rodzaju pracy w takim razie poszukujesz? To znaczy, pod jakimi kategoriami szukasz posady?

- Szukam pod "prace dorywcze dla autorów" i prawie zawsze chodzi o jakieś szemrane oferty przeznaczone dla naiwnych kiełkujących pisarzy z ambicjami, którzy chcą pracować za darmo albo wygrać jakiś konkurs. Szukam też pod hasłem "organizacje z dziedziny sztuki". Wtedy z kolei zaczynam tonąć w bagnie różnych struktur non profit. Jest jeszcze pisanie wnios­ków o granty, ale sama wiesz, większość organizacji wymaga doświadczenia albo...

- Pisanie wniosków o granty? To chyba mógłbyś robić, prawda?

- Nie mam pojęcia o pisaniu takich wniosków.

- Mógłbyś się tego nauczyć. Dowiedzieć się, jak się to robi. Pewnie są jakieś samouczki na YouTubie, co?

- To już wszystkie bieżące informacje ode mnie - stwierdzam i czuję nagłe szarpnięcie bólu po fantomowej kończynie. Kiedy to mówiłem, coś we mnie sięgnęło pamięcią wstecz do tego wszystkiego, co kiedyś miałem nadzieję osiągnąć, i zestawiło tę wizję z tym, kim faktycznie teraz jestem i jak się z tym czuję. - Przykro mi, że ze mnie taka ofiara - mówię naprawdę zupełnie serio, choć wcale nie chcę, żeby to tak brzmiało.

- Nie mów tak. Nie jesteś nieudacznikiem, Ed.

- Nie powiedziałem, że jestem nieudacznikiem. To Bill tak twierdzi. To on tak mnie nazywa - odpowiadam wzburzony, i ta odrobina autentycznego smutku, jaką odczuwałem, natychmiast znika. Odwracam się, żeby pójść z powrotem do swojego pokoju.

- Ed... jeszcze chwilka. Nie idź jeszcze do siebie, proszę. Zaczekaj sekundę. Usiądź. Porozmawiajmy. Jak na razie to nie jest rozmowa.

- Siedziałem już przez cały dzień.

- A czyja to wina? - rzuca mama, a ja zaczynam iść w kierunku swojego pokoju. - No dobrze, stój sobie, tylko zostań tutaj. Nie musimy rozmawiać o Billu. W takim razie powiedz mi, jak ci idą twoje opowiadania, skarbie?

- Moje opowiadania? Daj spokój, mamo.

- No co?

- Ilekroć rozmawiamy o moim pisaniu, czuję się tak, jakbyś próbowała poprawić mi samopoczucie, mówiąc o tym, że w ogóle coś robię.

- Każdemu potrzebna jest odrobina zachęty, Ed. Wszyscy jej potrzebujemy.

- To prawda, mamo, prawda; tobie też by się jej trochę przydało, ale czy ja ci ciągle powtarzam, że powinnaś przestać tyle pić i palić, że powinnaś sobie znaleźć jakieś zdrowsze alternatywy niż odjeżdżanie co wieczór przed ekranem telewizora, zwłaszcza biorąc pod uwagę twoją pracę? Zdaje się, że twoje stanowisko nazywa się nawet "doradca do spraw nadużywania szkodliwych substancji". Nie. Nie mówię ci o tym w kółko, ponieważ to wcale nie pomaga. Mogę już sobie iść?

- Wiesz co? Zachowujesz się tak, jakbyś wciąż miał czternaście lat i nie mógł się doczekać, kiedy będziesz mógł wrócić do swoich komputerowych gier. Nie będę tutaj wiecznie, Ed. Któregoś dnia odwrócisz się od ekranu, a mnie już nie będzie, i wtedy będziesz żałował, że nie doceniałeś czasu, jaki mogliśmy spędzić razem.

- O mój Boże!

- Tak ci tylko mówię. Internet ma wiele do zaoferowania, ale nigdy nie zrobią w nim takiej strony, która będzie w stanie zastąpić ci towarzystwo własnej matki.

- To mogę już sobie iść?

- Jeszcze jedno.

- Co takiego?

- Słyszałam o pewnej posadzie.

- Pewnie w indiańskim ośrodku kultury.

- Owszem.

- Dobrze, a co to za praca?

- Chodzi o płatną praktykę. Generalnie pomagałbyś przy wszystkim, co się wiąże ze zjazdem plemiennym.

- To ma być praktyka?

- Płatna praktyka.

- Wyślij mi info.

- Serio?

- A teraz mogę już iść do siebie?

- Idź.

Podchodzę zatem do mamy od tyłu i całuję ją w policzek.

* * *

Po powrocie do swojego pokoju wkładam słuchawki do uszu. Puszczam A Tribe Called Red. Jest to grupa didżejów i producentów z Ottawy, złożona z potomków Indian kanadyjskich. Komponują muzykę elektroniczną, ze wstawkami zespołów bębniarzy ze zjazdów plemiennych. To najnowocześniejsza, czy też najbardziej postmodernistyczna, forma rdzennej amerykańskiej muzyki, jaką słyszałem, łącząca w sobie tradycyjne i zupełnie nowe brzmienia. Problemem rdzennej sztuki jest to, że wciąż tkwi ona w przeszłości. Cały haczyk, czy też patowa sytuacja, polega tutaj na tym, że jeśli nie czerpie ona z tradycji, to w jakim sensie ma być sztuką rdzennych Amerykanów? A jeśli tkwi wciąż w tradycji i w przeszłości, to jakie może mieć znaczenie dla innych Indian, żyjących tu i teraz; jak może być nowoczesna? Zatem trzymać się blisko tradycji, lecz zarazem zachować do niej wystarczający dystans; sprawić, by muzyka była w sposób rozpoznawalny rdzenna, a jednocześ­nie brzmiała nowocześnie, to swego rodzaju mały cud, jaki ci trzej producenci, potomkowie Indian kanadyjskich, zdołali uczynić swoim ogólnodostępnym albumem pod takim samym tytułem (A Tribe Called Red), który, zgodnie z duchem czasów mikstejpu, udostępnili za darmo w trybie online.

Układam się na podłodze i bez przekonania próbuję wykonać kilka pompek. Nic z tego. Przewracam się więc na plecy i usiłuję zrobić brzuszek. Górna połowa mojego ciała jednak ani drgnie. Myślę o pierwszych latach studiów, kiedy robiłem licencjat. O tym, jak to było dawno temu i jakim obiecującym byłem studentem. I o tym, że gdyby mi ktoś wtedy powiedział, jak za parę lat wyglądało będzie moje życie, wydałoby mi się to po prostu absolutnie niemożliwe.

Nie przywykłem do tego, żeby zmuszać do czegokolwiek swoje ciało. Być może jest już za późno, żeby odkręcić to, co sam sobie zrobiłem. Ale nie. Być skończonym to tak, jakby rozsiąść się wygodnie przed ekranem komputera i zdjąć ręce z klawiatury. Ja nie jestem jeszcze skończony. Jestem Indianinem z plemienia Czejenów. Jestem wojownikiem. No nie! To ci dopiero sentymentalny banał! Cholera! Wściekam się na siebie za tę myśl, za samo to, że w ogóle przyszła mi do głowy. Wykorzystuję całą złość, żeby jednak zmusić do czegoś moje ciało i zrobić ten brzuszek. Pcham z całych sił i wolno unoszę się w górę, podnosząc tułów aż do pionu. Lecz wraz z euforią związaną z tym, że udało mi się zrobić pierwszy brzuszek, przychodzi eksplozja, rzadki i cuchnący wyraz ulgi na siedzeniu moich dresowych spodni. Oddycham z trudem i oblewam się potem, siedząc tak we własnym gównie. Kładę się płasko na podłodze, wyciągam za siebie obie ręce, skierowane wnętrzami dłoni do góry. Łapię się na tym, że mówię na głos: "Dzięki!", wyrażając w ten sposób wdzięczność właściwie nie wiem komu. A przy tym czuję coś, co nie jest takie dalekie od nadziei.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1 J. Marías, Twoja twarz jutro, t. I, Gorączka i włócznia, tłum. E. Zaleska; Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2010, s. 184.

2 Lens - imię męskie, a zarazem "soczewka", "obiektyw".