ROZDZIAŁ 3
Obecnie
Do Monachium dotarłam przed wieczorem, po niemal siedmiu godzinach jazdy samochodem. Przez ten czas zatrzymałam się tylko raz, na kawę i szybką przekąskę, więc po zaparkowaniu na hotelowym parkingu nie tylko czułam się zmęczona, ale i umierałam z głodu. Nie sądziłam, że dla mnie, wrocławianki z urodzenia, przyzwyczajonej do stania w miejskich korkach, przedarcie się przez zatłoczone ulice bawarskiej stolicy może okazać się prawdziwym wyzwaniem. Ale kiedy wysiadłam z auta, odetchnęłam z ulgą.
Jestem na miejscu - napisałam wiadomość do Magdy, ale po krótkiej chwili, sama nie wiedząc czemu, wysłałam ją również do mężczyzny, z którym następnego dnia miałam się spotkać. Chyba chciałam mu przypomnieć, że przyjechałam do Monachium, tak jak się umawialiśmy, i że nie powinien o tym zapominać. Obawiałam się, że może mnie zignorować i jutro odpowie, że jednak nie ma dla mnie czasu. W takiej sytuacji z pewnością bym się wściekła, naprawdę wściekła, że przejechałam setki kilometrów na marne, choć w gruncie rzeczy to ja naciskałam na rozmowę.
Ze zdumieniem odczytałam więc po chwili wiadomość zwrotną.
W takim razie zapraszam dziś na kolację.
Mimowolnie uśmiechnęłam się do wyświetlacza.
Jestem zmęczona i nie prezentuję się wyjściowo - odpisałam.
Rozumiem, ale to bardzo nieoficjalne spotkanie - padła odpowiedź.
- No ja myślę - mruknęłam pod nosem. Nie wyobrażałam sobie, że miałby to być jedyny czas na naszą rozmowę o historii winnicy. Co to, to nie. Miałam do Thomasa Rittera mnóstwo pytań, chciałam pokazać mu aktualne zdjęcia i jakoś go zachęcić do szczegółowych zwierzeń na temat Voglów. Teraz czułam się wykończona długą drogą. W dodatku wyglądające na szalenie wygodne łóżko patrzyło na mnie zapraszająco. Nie chciałam jednak robić sobie pod górkę z tym Niemcem, więc odpisałam:
Jestem w hotelu Motel One München - Parkstadt Schwabing.
Po chwili odpisał: Będę za godzinę. Proszę ubrać się wygodnie.
Dla mnie "wygodnie" oznaczało dżinsy i T-shirt, ale uznałam, że prosta koszula będzie bardziej odpowiednia, szczególnie że nie wiedziałam, jakie plany ma mój tajemniczy rozmówca. Spodziewałam się zachowawczego faceta pod krawatem, więc zależało mi na zrobieniu dobrego wrażenia, zwłaszcza przy kolacji. Tacy faceci zawsze zwracali uwagę na wygląd rozmówcy. Dla nich każda wymiana zdań była jak zawieranie transakcji.
Prysznic nieco postawił mnie na nogi, ale zmęczoną twarz musiałam odświeżyć lekkim makijażem. Umyte i na szybko wysuszone długie jasne włosy nie chciały się układać, więc spięłam je w luźny węzeł.
Czułam się dziwnie. Od czasu śmierci Radka nie wychodziłam z nikim na kolację, a już tym bardziej nie stałam przed lustrem i nie próbowałam wyglądać jak człowiek. Wypadek mojego męża mnie zmienił. Kiedyś byłam atrakcyjna i przesadnie dbałam o wygląd, ale po tamtej tragedii przestałam to robić. Nie miało już dla mnie znaczenia, co na siebie założę, szczególnie że większą część pracy zawodowej i tak wykonywałam w domu przed komputerem, gdzie nikt mnie nie widział. Schludny strój i makijaż okazały się zbędne. To było wygodne, ale z drugiej strony sprawiało, że nikłam w oczach, również własnych. Uznałam, że skoro Radek umarł, powinnam żyć tak, jakby mnie też już nie było. Podświadomie starałam się pozostać niewidzialna, zarówno dla siebie, jak i dla otoczenia. Być może w ten sposób przeżywałam żałobę i samotność, ale nie potrafiłam inaczej. Wciąż nie znajdowałam powodu, dla którego miałabym na powrót stać się atrakcyjną kobietą.
Teraz więc czułam się trochę jak nastolatka przed pierwszą randką, a nie jak trzydziestopięcioletnia kobieta, która miała przeprowadzić rzeczową rozmowę z obcym facetem o jego dawnych krewnych. Pomyślałam, że to trochę jak włażenie komuś z butami w życie.
Byłam już gotowa do wyjścia, kiedy na stoliku zawibrowała komórka. Jestem. Czekam przed hotelem - brzmiała wiadomość.
"Idę więc", pomyślałam, ale przed wyjściem z pokoju jeszcze raz zerknęłam w lustro. Wciąż widziałam po sobie zmęczenie podróżą i podkrążone oczy, ale przecież nie przyjechałam tu, żeby się komuś podobać.
Spodziewałam się, że przed hotelem będzie czekał na mnie mężczyzna w najnowszym modelu audi, do tego ubrany jak na biznesmena przystało, a tymczasem kiedy wyszłam przez rozsuwane hotelowe drzwi, moim oczom ukazał się facet w skórzanej kurtce i na motocyklu, niczym Tom Cruise w Top Gun. Cholera, tego nie przewidziałam.
Kompletnie zdumiona, stanęłam jak wryta.
Czy to na pewno Thomas Ritter?
Chyba zauważył moje zaskoczenie, bo uśmiechnął się, choć z pewną powściągliwością.
- Alicja Fedorowicz?
Odwzajemniłam uśmiech i skinęłam głową.
- We własnej osobie.
- Jestem Thomas Ritter - przedstawił się i wyciągnął rękę.
Prezentował się bardzo dobrze, choć nieco zawadiacko w stylowej kurtce i obcisłych spodniach, które podkreślały jego szczupłą, wysportowaną sylwetkę. Moją uwagę przykuły jednak jego ciemne, nieco przydługie włosy, teraz lekko rozwichrzone, niechybnie przez kask, który trzymał w ręku. Na pierwszy rzut oka Thomas wyglądał na faceta, który musiał podobać się kobietom, i zapewne ja też dawniej zawiesiłabym na nim oko. Lata zauroczeń miałam jednak za sobą i bez zbędnego podniecenia mogłam stwierdzić, że Thomas Ritter był po prostu cholernie przystojnym mężczyzną.
Niepewnie wskazałam na motocykl, który przerażał mnie już samym wyglądem.
- Nigdy nie jeździłam... - zaśmiałam się nieco zakłopotana, bo szybko dotarło do mnie, że przecież panicznie boję się takich jednośladów. Radek był chirurgiem i doskonale pamiętałam, ile razy trafiały do niego na stół ofiary wypadków motocyklowych. Nie wszystkie operacje kończyły się powodzeniem.
- O tej porze w tym mieście trudno dostać się samochodem gdziekolwiek, więc to znacznie lepszy środek transportu - odparł lekko. - Obiecuję, że będę jechał wolno.
- To tak się da? - zażartowałam, choć w rzeczywistości byłam przerażona i zastanawiałam się, czy znajdę w sobie odwagę, żeby na to coś wsiąść.
Mój nowy znajomy chyba nie dostrzegł moich wątpliwości albo je zbagatelizował, bo bez wahania wręczył mi drugi kask i dał znak, że mam go włożyć. Zrobiłam to, rozmyślając, że niepotrzebnie przejmowałam się fryzurą.
- Bez obaw, nie zrobię pani krzywdy - zapewnił mnie. Być może jednak wyczuł mój niepokój.
No cóż, moje obawy nie wzięły się znikąd. Radek zginął w wypadku drogowym. Wprawdzie nie na motocyklu, ale przyczyną była zbyt duża prędkość, a jazda na motocyklu kojarzyła mi się wyłącznie z zawrotną prędkością. Nie zamierzałam jednak tłumaczyć tego mężczyźnie, którego ledwo co poznałam. Nie przyjechałam tu również po to, żeby opowiadać o sobie i o swoich dramatach, a jedynie żeby wyciągnąć od tego Niemca jak najwięcej informacji na temat winnicy.
- W pobliskim Englischer Garten jest fajna restauracja i Biergarten. Dobre jedzenie, luźna atmosfera - rzekł.
- Idealnie.
Nie miałam wyjścia, musiałam wsiąść na motocykl i zachować przy tym tyle godności, ile tylko zdołam.
Pełna obaw włożyłam kask i dosiadłam smoka, który tak cholernie mnie przerażał. To było nowe, zupełnie obce doświadczenie i wiedziałam, że gdyby nie okoliczności, sama z siebie nigdy nie zdecydowałabym się na taką przejażdżkę. Ciasno otoczyłam Rittera ramionami w pasie i przylgnęłam do jego pleców. O zachowaniu jakiegokolwiek dystansu mogłam zapomnieć. Ale no cóż... nie wypadało narzekać już na wstępie. Poza tym o ile mnie ta nagła, wymuszona bliskość peszyła, o tyle dla Rittera z pewnością była naturalna.
Ryk silnika sparaliżował mnie na moment, aż się wzdrygnęłam. Po chwili wyjechaliśmy na ruchliwą jezdnię. Powtarzałam sobie, że wcale się nie boję, że przecież Thomas na pewno wie, co robi, i po chwili jakimś cudem udało mi się odrobinę rozluźnić. Po kilkuset metrach, kiedy to kurczowo obejmowałam Rittera, zdołałam nawet dojść do wniosku, że jazda na motocyklu może być całkiem przyjemna. Mężczyzna chyba rzeczywiście przejął się moim niepokojem, bo jechał nadzwyczaj ostrożnie, a do Englischer Garten dotarliśmy w kilka minut.
- Odwiedziła już pani kiedyś Monachium? - spytał, gdy zostawiliśmy smoka na parkingu i ruszyliśmy w stronę widocznej z daleka restauracji z ogródkiem piwnym.
- Mówmy sobie po imieniu - zasugerowałam, mając w pamięci fakt, że przecież przed chwilą przylegałam do niego ciasno niemal całym ciałem. - Nie, nie byłam dotąd w Monachium. To mój pierwszy raz. Berlin i sporo innych niemieckich miast zwiedziłam wielokrotnie, ale do Monachium dotarłam po raz pierwszy.
- Będę zatem pierwszym przewodnikiem po Englischer Garten. To największy park w Monachium i chyba najładniejszy.
- Wiem - przyznałam z uśmiechem. - Zawsze nim przyjadę do jakiegoś miasta, staram się co nieco o nim dowiedzieć.
- Świetnie. - Uśmiechnął się lekko, a ja dostrzegłam w kącikach jego oczu drobne zmarszczki. Musiał być mniej więcej w moim wieku, może odrobinę starszy. - Więc pewnie wiesz także, że podają tu najlepsze w Monachium Kaissermann. To wprawdzie tradycyjny deser austriacki, ale taki, że palce lizać. Musisz spróbować.
- Chyba macie nadzwyczajną słabość do tego, co austriackie - rzekłam z dozą uszczypliwości i natychmiast tego pożałowałam, widząc wbity we mnie wzrok Thomasa.
- Zrozumiałem aluzję, ale muszę cię rozczarować, Alicjo. Hitler to dla nas przeszłość, o której nie chcemy rozprawiać, a tym bardziej nie mamy do niej słabości - odparł dyplomatycznie, a ja poczułam się głupio, że sprowokowałam go w ten sposób.
- Wybacz. Po prostu... Monachium to dawny bastion nazistów, a nam, Polakom, wciąż to siedzi w głowie.
- Wierz mi, że nam też, tylko że my nauczyliśmy się o tym milczeć albo mówić szeptem.
Uznałam, że nie warto ciągnąć tego niezręcznego tematu. Bardziej interesował mnie Englischer Garten, więc w drodze do jednej ze znajdujących się tu restauracji rozglądałam się wokół z ciekawością. Niby nie różnił się od innych wielkomiejskich parków, a jednak w otaczającej nas różnorodnej i gęstej zieleni panowała aura niewymuszonego uroku. Choć zapadł już wieczór, spacerowało tu sporo ludzi, par, rodzin z dziećmi. Było miło i przyjemnie.
- Jestem głodna jak wilk, więc nie obraź się, ale nie mam ochoty na deser, a raczej na coś konkretnego - wyznałam z przepraszającą miną.
- Jasne, rozumiem. W takim razie zapraszam cię do Chinesischen Turm. Na Kaissermann przyjdziemy następnym razem.
Restauracja, o której wspominał mój przewodnik, okazała się kolejnym ogródkiem piwnym, w dodatku w samym sercu Englischer Garten, przy tak zwanej chińskiej wieży. O tej porze było tu mnóstwo ludzi, ale gwar przyjemnie zachęcał, by zająć stolik. W dodatku z wieży dochodziła miła dla ucha muzyka pogrywającego lokalnego zespołu.
Idąc za radą Thomasa, zamówiłam patelnię Schupfnudeln, czyli niemieckie kluski z ziemniaków ze świeżymi targowymi warzywami i oczywiście kufel piwa Hofbräu. Thomas pozostał przy napoju bezalkoholowym i prostej sałatce.
Obserwowałam go ukradkiem, zaskoczona jego uprzejmością i otwartością. Przez telefon wydawał się sztywny, raczej niedostępny, a teraz zachowywał się, jakbyśmy byli dobrymi znajomymi. W dodatku wyglądał świetnie w przyjemnej dla oka skórzanej kurtce i prostym T-shircie, tak że z trudem odrywałam od niego spojrzenie, co w przeszłości mi się nie zdarzało. Od kiedy pamiętam, raczej dystansowałam się od mężczyzn i nie zajmowałam sobie głowy analizowaniem ich atrakcyjności. Szybko wyszłam za mąż, nie byłam więc łasa na ich zainteresowanie ani sama szczególnie im go nie okazywałam. Nie licząc miłostek w wieku nastoletnim, jedynym mężczyzną w moim życiu był Radek i to do niego należały wszelkie moje spojrzenia i myśli. Teraz z zaskoczeniem odkrywałam, że Thomas Ritter ma w sobie coś, co sprawia, że z przyjemnością na niego patrzę i słucham jego niskiego głosu. I kiedy on ukradkiem na mnie zerkał, co nie umknęło mojej uwagi, robiło mi się ciepło.
- Zastanawiałem się, czy kiedykolwiek ktoś ją kupi - rzekł niespodziewanie, przyglądając mi się, kiedy konsumowałam kolację. Spojrzenie miał przenikliwe, intensywne. Jego niebieskie oczy, okolone ciemnymi rzęsami, emanowały ciekawością, jakiej dawno nie doświadczyłam.
- Co takiego?
- Weingut Vogel. Przez tyle lat stała opuszczona, bez szans na wskrzeszenie. A teraz ty ją kupiłaś.
Zaskoczona uniosłam brwi.
- Interesowałeś się tą winnicą?
Wzruszył ramionami.
- Ja nieszczególnie, ale moja matka bardzo. Nigdy tam nie była, ale wiem, że to miejsce ma dla niej wyjątkowe znaczenie ze względu na pamięć o prababci Gretel. Historie rodzinne nie wzbudzają we mnie wyjątkowego poruszenia, jednak moja mama przechowuje je głęboko w sercu. Znała całkiem dobrze prababcię, dużo z nią rozmawiała. Prababcia opowiadała jej o winnicy.
- Rozumiem, że twoja prababcia mieszkała w tej winnicy?
- Tak, to był jej rodzinny dom, tam się urodziła.
- Czy za jej czasów winnica dobrze prosperowała?
- Z tego, co wiem, to tak.
- Może mogłabym porozmawiać o tym z twoją mamą? - spytałam z wahaniem, gotowa na to, że odmówi.
- Podobno chciałaś rozmawiać ze mną.
Uśmiechnęłam się z przekąsem.
- Bo to do ciebie dostałam numer od doktora Kurasia, ale jeśli istnieje jeszcze ktoś, kto opowie mi dużo więcej...
Roześmiał się, a ten śmiech przyjemnie rozpogodził jego twarz.
Thomas okazał się zupełnie innym facetem niż ten, za jakiego go brałam w trakcie rozmowy telefonicznej. Teraz już uzmysłowiłam to sobie wyraźnie. Pod płaszczykiem powierzchownej sztywności krył się otwarty człowiek, który nie próbował na siłę utrzymywać dystansu. To raczej ja pielęgnowałam między nami rezerwę, jeśli w ogóle można o tym mówić, biorąc pod uwagę, jak go obejmowałam, siedząc z nim na motocyklu.
- Twoja mama mieszka w Monachium?
- Mój dom rodzinny znajduje się nad jeziorem Tegernsee. To godzinę drogi od miasta.
- Może będzie lepiej, jeśli zadzwonię? Nie chciałabym się wpraszać ani okazać się zbyt nachalna.
- A nie po to tu przyjechałaś? - spytał z rozbawieniem.
- Nie... - Utkwiłam spojrzenie w jego niebieskich oczach i złapałam się na myśli, że mam ochotę odgarnąć mu niesforną grzywkę z czoła. Zadziwiało mnie, że znam go tak krótko, a czuję się przy nim nadzwyczaj swobodnie. On chyba też czuł się dobrze w moim towarzystwie. - Chciałabym jedynie dowiedzieć się jak najwięcej o miejscu, które kupiłam - tłumaczyłam. - To wyjątkowa, choć zapomniana winnica i piękny stary dom. Wyczuwam tam dobre wibracje. Czuję, że mieszkał tam ktoś wyjątkowy, i chciałabym...
- Wskrzesić duchy. Tak mówiłaś przez telefon.
Skinęłam głową.
- Ale mam również świadomość, że historia może być bolesna - dodałam.
Thomas odchylił się na krześle.
- Nasza podobno była.
- Podobno?
Ponownie wzruszył ramionami.
- Jak wspominałem, nie bardzo interesują mnie dawne dzieje. Ja nie lubię duchów. Wolę życie tu i teraz. Jestem raczej twardo stąpającym po ziemi pogromcą zła. Dawniej pewnie byłbym rycerzem w lśniącej zbroi.
Zaskoczona uniosłam brew i uśmiechnęłam się krzywo.
- Rycerzem w lśniącej zbroi? - powtórzyłam z przekąsem.
- Tak niegdyś mówiono o tych, którzy walczyli o dobro i o sprawiedliwość. - W oczach Thomasa zatańczyły wesołe ogniki. Musiałam przyznać, że podobał mi się jego dystans do siebie. Podobały mi się też jego oczy. Cały mi się podobał.
- Brzmi intrygująco. Więc kim jesteś dziś, dawny rycerzu?
- Cholernie dobrym prawnikiem.
No proszę, i zaskoczył mnie po raz kolejny. Miałam go raczej za rekina finansowego, który po godzinach odreagowuje stresy na motocyklu. Nigdy bym nie przypuszczała, że jest prawnikiem. Nie wyglądał na prawnika.
- Sądziłam, że zajmujesz się biznesem - odparłam zaskoczona.
- Bo po części tak jest. Prowadzę kancelarię prawniczą, jedną z największych w Monachium, i zatrudniam sporo ludzi. A ty czym się zajmujesz? Oprócz grzebania w czyichś sekretach rodzinnych?
Odgarnęłam za ucho kosmyk włosów, który wysunął się z upięcia, i uśmiechnęłam się lekko.
- Sekrety rodzinne to moje najnowsze hobby. A na co dzień jestem architektką wnętrz.
- No proszę! Szkoda więc, że nie poznaliśmy się pół roku wcześniej, kiedy kończyłem urządzać moją nową kancelarię. Przyznam, że z panią architekt, którą zatrudniłem, miałem sporo na pieńku.
- Może bywasz zbyt wymagający?
- Tamta architektka powiedziałaby, że raczej pozbawiony gustu.
Zaśmiałam się.
- I jak to się skończyło?
- Odeszła.
- Tak po prostu?
Uniósł ręce w geście bezradności.
- Zostawiła mnie na lodzie, choć płaciłem jej tyle, że na jej miejscu wykonywałbym swoją robotę z dziką rozkoszą.
- Może zwyczajnie nie wiesz, co sprawia kobietom dziką rozkosz - wypaliłam i natychmiast pożałowałam, że nie zdążyłam ugryźć się w język. Mój Boże, czy ja z nim flirtowałam? Widziałam jego iskrzący wzrok, gdy lustrował moją twarz, i domyśliłam się, o czym w tym momencie pomyślał. Mimo woli zarumieniłam się jak nastolatka.
- Sądzę, że mam w tej kwestii pewne doświadczenie - rzekł, nie spuszczając ze mnie spojrzenia.
Odruchowo pochwyciłam kufel piwa i upiłam spory łyk. Było zimne, więc nieco mnie orzeźwiło.
- Kto zatem dokończył dzieła? - spytałam, by szybko zmienić temat.
- Moja dziewczyna.
Ta odpowiedź też mnie zaskoczyła, choć w sumie nie wiedziałam dlaczego. Przecież powinnam była się tego domyślić. Ritter nie wyglądał na singla. Nie byłoby również niczym dziwnym, gdyby okazało się, że jest żonaty i ma gromadkę dzieci.
- Twoja dziewczyna zna się na tym? - spytałam, udając, że ta wiadomość nie zbiła mnie z tropu.
- Ma świetny gust. Poradziła sobie doskonale. A ty? Domyślam się, że masz męża?
To bezpośrednie pytanie nieco mnie oszołomiło. Zerknęłam na swoją dłoń, na której wciąż nosiłam obrączkę. Bezwiednie zacisnęłam palce.
- Od dwóch lat jestem wdową.
Zauważyłam, że Thomas natychmiast spoważniał. Być może chciał się odezwać, ale przezornie milczał, a ja byłam mu za to wdzięczna.
- A skąd pomysł na starą winnicę? - dodał po chwili.
- Potrzebowałam zmian. Chciałam zaszyć się w odludnym miejscu, zupełnie innym od tego, które dotąd znałam. Całe życie mieszkałam we Wrocławiu, a tę winnicę pod Zieloną Górą znalazłam w internecie i... coś mnie poruszyło. Nie umiem tego wyjaśnić, po prostu zapragnęłam ją mieć.
- Kiedy ją kupiłaś?
- Osiem miesięcy temu. Ale mieszkam tam od niedawna. Dom wciąż jest w stanie głębokiego remontu i jeszcze długo taki pozostanie, na szczęście udało mi się wygospodarować przestrzeń dla siebie. Chciałabym przy urządzaniu dworku w dużej mierze trzymać się jego korzeni, zachować dawny styl.
- To trudne zadanie.
Przytaknęłam.
- Ale nie niewykonalne. Pamiętaj, że jestem architektką, i uważam, że całkiem nieźle się na tym znam.
Nie wiem, kiedy minął nam czas, ale nagle zorientowałam się, że zrobiło się zupełnie ciemno. Otaczające nas zewsząd parkowe drzewa w barwach nocy wydawały się magiczne, atmosfera sprzyjała rozmowom, spojrzeniom, subtelnym uśmiechom. Z lekkością poddałam się tej niecodziennej aurze, nieświadoma, jak bardzo za tym tęskniłam. Za byciem z kimś, za rozmową, za ludzką obecnością. Spoglądałam na Thomasa ze swobodą, nie analizując już, skąd ta niespodziewana łatwość w nawiązaniu między nami relacji. Czułam się z nim dobrze. Znaliśmy się ledwie dwie godziny, a było tak, jakbyśmy znali się znacznie dłużej. O dziwo, nie czułam nawet zmęczenia, które ogarnęło mnie tuż po przyjeździe do hotelu. W tajemniczy sposób opuściło mnie pod wpływem towarzystwa Thomasa.
Po kolacji poszliśmy na krótki spacer po oświetlonych latarniami alejach Englischer Garten, a potem Thomas odwiózł mnie do hotelu.
- Jutro z samego rana muszę wpaść do kancelarii, żeby przejrzeć kilka papierów, ale później biorę wolne. Możemy pojechać na obiad do mojego rodzinnego domu - zaproponował, gdy się żegnaliśmy.
- Czy tak wypada?
- Mama się ucieszy, szczególnie że będziemy musieli zostać tam na noc, a ona uwielbia gości. Ale dzięki temu spokojnie z nią porozmawiasz.
Uśmiechnęłam się, zadowolona z propozycji. Nie zamierzałam pytać, co na to jego dziewczyna; uznałam, że wszyscy jesteśmy dorośli i potrafimy odróżnić przysługę od czegoś, co w czyichś oczach mogłoby wyglądać podejrzanie czy nieprzyzwoicie.
- Przypominam ci, że ty też miałeś mi coś opowiedzieć - powiedziałam przekornie.
Uśmiechnął się.
- W drodze nad Tegernsee opowiem ci wszystko, co wiem na temat winnicy.