Nigdy nie przestanę walczyć - Narges Mohammadi

Reflow text when sidebars are open.
W celi brakowało wentylacji. Nad drzwiami pod samym sufitem było okno zakryte arkuszem perforowanej blachy. Ranek zwiastowały cienkie smugi światła wpadające przez dziurki. Gdy ich złocista poświata zanikała, nadchodził wieczór.
Najbardziej złudne w więziennej izolatce jest odczuwanie upływu czasu. Nie widać wskazówek zegara. Dzień i noc mijają nieodmierzone. Czas staje się strużką światła sączącą się przez otworki w metalowej płycie. Nie miałam odwagi sypiać popołudniami, bo wtedy zupełnie straciłabym poczucie czasu. W świecie na zewnątrz taka drzemka mogłaby trwać dziesięć minut, ale w murach celi, w przestrzeni uwięzionego umysłu, miałam wrażenie, że mijały lata. Kiedy się budziłam, nie wiedziałam, czy to jeszcze dzisiaj, czy może osunęłam się we wczoraj lub dotarłam już do jutra.
Cela jest też masywna. Chyba nic na świecie nie daje się porównać z jej ciężarem, pod którego naciskiem czas zgniata się i marszczy. Wpatrujesz się w dziurki w blasze, poszukując najdrobniejszej oznaki upływu czasu, ale nic się nie zmienia. Nie ma żadnego ruchu. Czas jakby się zatrzymał i gapi się na ciebie. Siadasz, wstajesz, chodzisz, siadasz, wstajesz, chodzisz - ale czas w ogóle nie biegnie.
Po nadejściu nocy czujesz się tak, jak gdyby minął rok - przecież tyle czasu nie może należeć do jednego dnia, musi być sumą wielu. W celi już sam czas może doprowadzić człowieka do szaleństwa.
Niekiedy szorstką ciszę celi oraz długą, brzmiącą echem samotność prowadzącego do izolatki korytarza przerywa dźwięk dzwonka. Kiedy śledczy idą po swoją ofiarę - swoją oskarżoną, swoją więźniarkę - nie wchodzą do sekcji kobiecej. Nie mogą, bo są mężczyznami. Dlatego wciskają dzwonek, a wtedy strażniczka przychodzi po aresztowaną i prowadzi ją do pokojów przesłuchań w innej części więzienia.
Rozległ się dzwonek, a moje serce zaczęło walić. Szuranie plastikowych klapek strażniczki wwiercało mi się w mózg. Podeszła do drzwi oddziału, przez parę minut rozmawiała ze śledczym, po czym szuranie wróciło. Minęła pierwszą celę, potem drugą i wreszcie zatrzymała się przed moją. Serce biło mi jeszcze szybciej. A więc to po mnie przyszli. Jestem gotowa.
Drzwi celi otworzyły się z suchym, zimnym trzaskiem, w którym brzmiała jedynie rozpacz. Odezwał się głos:
- Wstawaj. Przygotuj się.
Do celi wrzucono opaskę na oczy* i czador** - rzeczy, których więźniarce nigdy nie pozwalano trzymać przy sobie. Strażniczka czekała, obserwując mnie, a potem wydała rozkaz:
- Załóż płaszcz i spodnie.
Włożyłam luźne, granatowe ubranie ze sztucznego materiału. Nie znosiłam go, drażniło mi skórę, ale nie miałam wyboru. W więzieniu dano mi też krótkie, znoszone, poprzecierane skarpetki. Je również niechętnie włożyłam. Naciągnęłam granatowe magna'e***, czyli obcisłą muzułmańską opończę okrywającą włosy i górną część ramion, następnie podniosłam z podłogi opaskę i czador. Już miałam wychodzić z celi, gdy strażniczka warknęła:
- Nie! Czador i opaskę wkładasz przed wyjściem.
Posłuchałam. Włożyłam biały czador w kwietne wzory, zawiązałam sobie opaskę na oczach, wzułam stare, rozpadające się plastikowe klapki i ruszyłam za strażniczką. Na końcu korytarza wisiała brudna, cuchnąca plandeka. Miała nas odgradzać od mężczyzn, którzy nie powinni móc zaglądać do naszego korytarza. Ilekroć ją mijałam, zbierało mi się na wymioty. Nigdy nie dotknęłam jej gołą ręką - najpierw owijałam dłoń w skraj czadoru, a dopiero potem odsuwałam ciężką zasłonę, by przejść.
Gdy byłam przy drzwiach, usłyszałam skierowany do strażniczki głos mężczyzny:
- Bardzo ci dziękuję, siostro.
Od tego momentu znalazłam się pod jego opieką.
Ruszyliśmy głównym korytarzem kompleksu więziennego. Minęliśmy rząd izolatek z jednej strony, a pokojów przesłuchań z drugiej. Chodziłam na przesłuchania wielokrotnie i zorientowałam się, że z tego korytarza odbiega dziesięć lub więcej innych, a w każdym jest około pięciu cel - po jednej bardzo małej na początku i na końcu oraz trzy lub cztery średniej wielkości pośrodku.
Weszłam do pokoju przesłuchań wciąż w opasce na oczach i trwałam zawieszona w niepewnej przestrzeni, aż męski głos sprowadził mnie na ziemię:
- Podejdź. Weź krzesło i usiądź.
Przede mną stało krzesło. Usiadłam na nim powoli. Wszystko wydawało mi się niejasne, dziwne, boleśnie obce. W pokoju unosił się smród nienawiści. Nie mogłam oddychać. Nawet ciekawość nie mogła mnie skłonić do poruszenia rękami, stopami lub głową. Siedziałam na krześle przed tymi mężczyznami niczym bryła lodu.
Zaczęło się przesłuchanie****.
* W więzieniu politycznym opaska na oczy to przede wszystkim środek kontroli. Więźniarka nie widzi niczyich twarzy ani otoczenia, a jedynie wąski pasek podłogi bezpośrednio przed sobą. Oczy ma nieustannie zasłonięte podczas przemieszczania się i przesłuchań. Nie odsłania ich nawet, gdy każe jej się pisać. Opaska ma zapobiegać późniejszemu rozpoznaniu funkcjonariuszy oraz miejsc przetrzymywania, a także wywoływać lęk, poczucie podległości i dezorientację.
** W irańskich więzieniach politycznych kobietom nakazuje się noszenie czadoru, przeważnie wykonanego z tkaniny w kwiatowy wzór, niezależnie od wyznania.
*** Magna'e to typowy kobiecy ubiór w szkołach, urzędach i szpitalach.
**** Przesłuchanie ma na celu wymuszenie zwykle niekorzystnych dla przesłuchiwanego zeznań. Funkcjonariusze wywierają ciągłą presję i szukają słabych punktów u opierających się więźniów. Opór jest niesłychanie wyczerpujący. Więzień musi pozostawać nieustannie skoncentrowany, ponieważ jedno niewłaściwe słowo lub źle sformułowane zdanie mogą zniszczyć życie jemu lub bliskim mu osobom.
Jednak pojawiłam się na świecie
Mama uznała, że nie chce mieć więcej dzieci. Była bardzo młoda, urodziła już zarówno chłopca, jak i dziewczynkę i nie planowała brać na siebie odpowiedzialności za wychowanie kolejnego dziecka. Stosowała różne metody antykoncepcyjne, ale pewnego razu okres zaczął jej się spóźniać i gdy po dwóch miesiącach zrobiła test, okazało się, że jest w ciąży. Bliskie jej kobiety proponowały różne sposoby aborcji i tego samego dnia wypróbowała je wszystkie: zioła, cuchnące napary, gęsty wywar z szafranu, a nawet skakanie z dużej wysokości. Uparty embrion nie chciał jednak opuścić macicy.
Postanowiła więc sięgnąć po poważniejsze środki. Tata się sprzeciwiał, a babka błagała, by tego nie robiła, obiecując pomoc w wychowaniu dziecka, lecz mama nie zmieniła zdania. Przerwanie ciąży wydawało jej się konieczne, by zapewnić dobrostan sobie i swojej rodzinie. Poszła do znajomego lekarza, który zrobił jej zastrzyk. Ostrzegł, że może dostać poważnego, a nawet zagrażającego życiu krwotoku, lecz zapewnił, że płód zginie. Wygląda na to, że go usłyszałam. Jego słowa tylko umocniły moje postanowienie, by przetrwać.
Krwawienie faktycznie było silne. Babka obawiała się, że uparta wola życia płodu doprowadzi do śmierci jej córki. Mama nie umarła, ale długo leżała w łóżku, prawie pozbawiona władzy w nogach i biodrach. Babka orzekła, że tak się mści duch płodu. Dziadek się wściekł, oskarżył żonę i córkę o zbrodnię, po czym przestał się do nich odzywać. Mama broniła własnego prawa do decydowania o swoim ciele, natomiast dziadkowie przyjęli stanowisko konserwatywne, zgodnie z którym embrion miał prawo do życia.
Mama powiedziała mi, że ostatecznie to sam płód podjął decyzję. Nie przekonały go ani argumenty o prawach kobiet, ani długie kazania starszych o potwornym grzechu. Nienarodzone dziecko po prostu bardzo chciało żyć. Samo o siebie walczyło. W końcu, po wypróbowaniu wszystkich środków, mama się poddała. Powiedziała embrionowi:
- Dobra, skoro tak bardzo ci zależy, zostań. Ale jak coś się stanie, to będzie na ciebie.
Tym sposobem, 21 kwietnia 1972 roku, urodziłam się i bardzo głośno rozpłakałam. Miałam wielkie oczy, czarne włosy i krągłe policzki. Szeroko otwarłam powieki, by obejrzeć ten świat, i na cały głos oznajmiłam swoje przybycie.
Babka uniosła mnie i pokazała mamie.
- Ozra, spójrz! - powiedziała. - Prawie ją zabiłaś, a ona żyje. Taka zdrowa, tak pełna życia.
Poczucie wspólnoty
Jako dziecko lubiłam być częścią wspólnoty. Dzięki kochającym dłoniom ojca, czułym spojrzeniom matki i rozbrzmiewającemu podczas zabaw śmiechowi starszego rodzeństwa - Mehdiego i Ro'i - życie wydawało mi się wspaniałe i wartościowe. Czy można porzucić ciepły krąg rodziny, krewnych oraz przyjaciół i nadal odczuwać pełnię życia?
Wielki zielony dom dziadka i babki w Zandżanie, dużym mieście w północno-zachodniej części Iranu, stał tylko o przecznicę od nas i właśnie stamtąd mam najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa. Jeszcze dziś, kilka dekad później, pamiętam zieleniące się drzewa, kanaliki wyżłobione w krętych kamiennych ścieżkach wokół ogrodu i otaczające dziedziniec pokoje. Ten wielki z niebieskimi drewnianymi drzwiami przeznaczono dla gości. Dziadkowie zajmowali mniejsze po obu jego stronach. Korytarz wejściowy prowadził prosto na podwórze i ogród, a gdy po naszym przybyciu otwierano bramę, natychmiast z krzykiem wbiegaliśmy do domu.
Siostra mamy mieszkała obok dziadków. Gdy na podwórzu rozlegało się echo naszych głosów, dołączali do nas jej córka i czterech synów. Mama nauczyła nas, by zwracając się do ciotek i wujów, po imieniu dodawać cząstkę dżan, co po persku znaczy "drogi". Druga siostra i brat mamy mieszkali kawałek dalej, a trzecia siostra - w Teheranie. Gdy jednak ciotki organizowały rodzinny obiad w domu babki, zjeżdżali się wszyscy: pięcioro dorosłych dzieci i dwadzieścioro sześcioro wnucząt.
W takie dni dziadek wcześniej zamykał sklep z tkaninami na wielkim sławnym bazarze Zandżanu zwanym Kejsarije i wracał do domu. Z laską w ręce, w garniturze, okularach i świeżo wypastowanych butach przechadzał się kamiennymi alejkami podwórza i przekomarzał się z wnukami. Nazywaliśmy go Hadżdż Aga*. Był bardzo poważny i nawet podczas zabaw z dziećmi nie tracił na dostojności.
Na ogromnym dziedzińcu zmieściłoby się dwa razy więcej ludzi, mieliśmy więc dość miejsca, żeby robić to, co nam się wymarzy. Moje kręcone włosy, których bez wrzasków nigdy nie pozwalałam mamie rozczesać, budziły rozbawienie u wszystkich - od dziadków po najmłodsze dzieci. Moi starsi kuzyni oraz moje starsze kuzynki, uczęszczający wówczas do szkół średnich albo na studia, zbierali się w żywiołową, kipiącą dyskusjami grupę. Rozmawiali o książkach i różnych ideach, których nie rozumiałam, ale fascynowały mnie ich ubrania, buty i pozy. Nosili okulary i zawsze mieli przy sobie książki.
Moja mama, najmłodsza z rodzeństwa, była rówieśniczką niektórych osób z tego grona i oczkiem w głowie wszystkich krewnych. Była radosna i pełna życia. Podobnie jak moje kuzynki w wieku uniwersyteckim chodziła w butach na szerokim koturnie, tyle że w brązowych, a nie, jak one, w jasnych. Do młodszej części rodziny trendy modowe przybywały z oddalonego o trzysta trzydzieści kilometrów Teheranu, wraz ze studiującymi tam krewnymi.
Po powrocie ze spotkań u babki słanialiśmy się z wyczerpania, ale ponieważ Ro'ja była ode mnie starsza zaledwie o półtora roku, a Mehdi o trzy lata, świetnie się dogadywaliśmy w sprawie przeciągania zabawy aż do chwili, gdy trzeba już było iść do łóżka.
Mehdi często narzekał:
- Ro'ja i Narges są dwie, a ja jeden.
Skłoniło to tatę, by za pomocą prezentów w postaci złotej biżuterii i drogich kamieni przekonać mamę do urodzenia jeszcze jednego dziecka. Liczył na syna. Kiedy przyszłam na świat, na jeden lub dwa dni w tygodniu wynajmował gosposię, by wspomóc mamę w pracach domowych. Miałam siedem lat, gdy w końcu - dzięki wytrwałym staraniom ojca - mama urodziła Hamidrezę, którego nazywaliśmy po prostu Hamidem.
Tata był uszczęśliwiony.
- Teraz mam doskonały komplecik - mawiał.
Nasza rodzina z obu stron miała pochodzenie azerskie. W Iranie Azerowie stanowią mniejszość, lecz są największą grupą etniczną w Zandżanie i całej prowincji o tej samej nazwie. W domu rozmawialiśmy głównie w języku azerskim, który należy do grupy języków tureckich. Inne grupy etniczne na terenie całego kraju także rozmawiają we własnych, innych niż perski, językach - kurdyjskim, arabskim, beludżi czy ormiańskim. Mimo to mama czasem mówiła do nas po persku.
W szkole i w życiu publicznym posługiwano się perszczyzną, ale my, w domowym zaciszu, kultywowaliśmy nasz rodzimy język, który dawał nam poczucie tożsamości i wspólnoty. Kiedy urodziły mi się dzieci, ojciec zachęcał mnie, bym rozmawiała z nimi po azersku. Chciał, by miały szansę nauczyć się tego języka.
Mimo wszystko nawykliśmy do posługiwania się wspólnym, ogólnonarodowym językiem. Naprzeciw naszego domu mieszkała rodzina z dwiema córkami w wieku moim i Ro'i. Ich ojciec ze względu na pracę został wydelegowany do Zandżanu. Ponieważ wiedzieliśmy, że są nowi w mieście, mama bardzo się starała uchronić ich przed samotnością i z czasem bardzo się do siebie zbliżyliśmy.
Mama zawsze zwracała uwagę na potrzeby sąsiadów. Gdy ktoś z okolicy popadał w tarapaty, starała się pomóc. Tata również. Kiedy jeden z jego krewnych, który niedawno się ożenił, miał trudności finansowe, wystarał się o zaopatrzenie go we wszystko, co potrzebne na nowej drodze życia. Troska o innych była najważniejszym składnikiem życia towarzyskiego moich rodziców. Częste spotkania z krewnymi i przyjaciółmi przy zastawionych stołach należą do moich najważniejszych wspomnień z dzieciństwa.
* W Iranie starszych mężczyzn często z szacunku nazywa się Hadżdż Aga, a starsze kobiety - Hadżdż Chanom. Pierwotnie tytuł hadżdż zarezerwowany był dla osób, które odbyły pielgrzymkę do Mekki, lecz dziś stosuje się go powszechnie.
Piękno szkoły
Mehdi i Ro'ja poszli do szkoły przed rewolucją islamską z 1979 roku, a ich schludna, stylowa odzież szybko stała się przedmiotem moich marzeń. Każdego ranka, po ubraniu dzieci i przygotowaniu śniadania, mama układała im włosy. Mehdi, w garniturku z kamizelką, czekał przy drzwiach z szerokim uśmiechem. Ro'ja, w sukience z koronkowym kołnierzykiem i włosami upiętymi w kucyki, wyglądała jeszcze piękniej od niego. Mama wciskała im ostatnie kęsy chleba z masłem i miodem, a potem żegnała się z dziećmi. Rozmarzona patrzyłam na wiązane w kokardkę buty Ro'i i nie mogłam się doczekać, aż sama będę uczestniczyć w takich porannych rytuałach. Mama mawiała, że będzie musiała zaprowadzić mnie do fryzjera, by przyciąć mi włosy i dostosować je do szkolnych wymogów. Ciągle się z nią targowałam o kolor ubranek. Koniecznie chciałam mieć biały kołnierzyk przy sukience.
W końcu mój czas nadszedł. Tyle że wcześniej przydarzyła się rewolucja islamska. Zaczął obowiązywać hedżab - musiały go nosić nawet dziewczynki w moim wieku. Mama mówiła, że według prawa islamskiego hedżab nie jest wymagany do chwili, gdy dziewczynka osiągnie wiek dojrzałości religijnej, czyli dziewięć lat, ale chociaż ja miałam siedem, i tak musiałam go nosić. Pierwszego dnia szkoły mama ubrała mnie zgodnie z zasadami w długi płaszcz i spodnie, po czym zawiązała mi pod brodą granatową wstążkę. Policzki ściągnęły mi się pod naciskiem brzegów chusty. Mama wręczyła mi szkolną torbę i mogłyśmy ruszać. Wszystkie przybory i zeszyty miałam ładne i nowe, a mama, widząc moje niezadowolenie, zapewniała mnie, że pięknie wyglądam. Nie wierzyłam jej. Podkreślała to moja spowodowana koniecznością noszenia chusty naburmuszona mina. Czułam się brzydka i smutna. Każdego ranka na moją buzię wkradał się ten sam wyraz frustracji, a chusta tak dotkliwie pociągała mnie za kręcone włosy, że miałam ochotę krzyczeć.
Wyobrażałam sobie szkołę jako piękne miejsce rodem ze snu, pełne dziewczynek z kolorowymi wstążkami we włosach i w sukienkach z lśniącymi kołnierzykami. Tego świata już jednak nie było. Ro'ja i inne starsze dziewczynki też nosiły już teraz ciemne płaszcze i spodnie.
Tylko że my nie nawykłyśmy do ciemnych ubrań. Mama nie lubiła, kiedy wkładałyśmy coś ciemnego, a zwłaszcza czarnego. Nie nosiłyśmy nawet czarnych rajstop do sukienek i spódnic - zwykle wybierałyśmy cieliste. Nawet na pogrzeby zakładałyśmy najwyżej ciemnoszare. Nie znosiłyśmy obowiązującego kobiety ciemnego dress code'u Republiki Islamskiej. Według nas nie służył on niczemu poza wymuszeniem podporządkowania.
Mama miała zaledwie osiemnaście lat, gdy urodziła Mehdiego, była więc od nas niewiele starsza, co sprawiało, że czuliśmy się raczej jak jej bliscy przyjaciele niż potomstwo. Pamiętam, że uwielbiała rysować. Wieczorami, gdy starsze dzieci siedziały przy książkach i zadaniach domowych, wyjmowała notes i rysowała piękne, kolorowe kwiaty, podpatrzone na narzutach na łóżka i zasłonach, albo wzory z obrusów, chust i ubrań. Ro'ja i Mehdi stali przy niej i oceniali jej prace. Niekiedy je nawet poprawiali. Mama potrafiła z niewiarygodną precyzją przenieść te wzory na swoje robótki ręczne bez użycia papieru milimetrowego. Do dziś pamiętam żółty sweter z różyczkami, który zrobiła małemu Hamidowi, oraz wykonaną dla mnie białą kamizelkę w piękne kwietne wzory. Ilekroć wkładałam coś, co zrobiła na drutach, ludzie pytali: "Kto to zrobił?". Nie potrafili ukryć podziwu.
Dzięki robótkom mamy mroźne zimy Zandżanu stawały się znośniejsze. Kupiła specjalną wełnę w sklepie brata, a u bratowej - włóczki w niespotykanych barwach. My wybieraliśmy sobie kolory, ale o wzorze decydowała sama. Nawet tata ustawił się w kolejce. A gdy jeden z jego bliskich przyjaciół skomplementował sweter z czystej wełny, dostał podobny. Dłonie mamy zawsze były źródłem ciepła i miłości.
Kiedy urodził się Hamid, a ja zaczęłam naukę, przeprowadziliśmy się do nowego domu w dzielnicy Darwaze-je Ark* w historycznym centrum Zandżanu. Chodziłam do szkoły imienia Honoru - Namus - co oznaczało, że na barki dzieci złożono niemałe brzemię**. Placówka znajdowała się bardzo blisko domu, więc nie trzeba mnie było podwozić ani odprowadzać. Naprzeciw szkoły znajdował się sklep spożywczy prowadzony przez bardzo miłą panią. Kupowałam tam ciastka, chrupki kukurydziane i chipsy, dzięki którym dzień w szkole upływał przyjemniej. Mama pakowała nam też pyszne zdrowe przekąski na każdą przerwę, ale Ro'ja często przynosiła je z powrotem do domu, co martwiło rodziców. Ja swoje zjadałam w całości. Chociaż byłam dość duża na swój wiek, mama i tata zawsze mnie chwalili, że jestem zdrowa i jem, jak należy.
Nasz nowy, duży dom został zbudowany w tradycyjnym perskim stylu. Dwa przestronne pokoje gościnne zawsze lśniły czystością i czekały na gości, a łączył je frontowy golam-gardesz***. Otwierały się na niego zdobione geometrycznymi witrażykami drzwi pokojów, a jego wielkie okna wychodziły na zielony ogród. Światło wypełniało to przejście - i moje życie - ciepłem.
Po drugiej stronie podwórza mieściły się nasze własne pokoje, które wspomniany korytarz łączył z kuchnią i szeregiem innych pomieszczeń użytkowych, takich jak łazienki i toalety. Z Mehdim często się ganialiśmy. Pewnego razu w gorączce zabawy wbiegłam prosto w szklane drzwi wejściowe. Poraniłam się i rozbiłam szybę. Jednak nawet wtedy nikt mnie nie okrzyczał. Rodzice byli bardzo cierpliwi i tolerancyjni.
Zwłaszcza tata wykazywał się wobec nas, dziewczynek, wielką wyrozumiałością i poświęcał nam szczególną uwagę. W wielu innych rodzinach córki musiały łączyć naukę szkolną z obowiązkami domowymi - od nas tego nie wymagano. Tata uważał, że nauka jest już dostatecznie trudna, i oczekiwał, że skupimy się wyłącznie na niej. Mnie i Ro'i ufał bezgranicznie, nie ukrywając tego przed krewnymi i znajomymi. Nie pozwalał nikomu - nawet mojemu starszemu bratu - zwracać nam uwagi na zachowanie. W czasach, gdy starsi bracia i męscy krewni często narzucali swą wolę młodym dziewczynom, było to czymś zupełnie niezwykłym.
Tata należał do ludzi o spokojnym temperamencie i szerokich horyzontach. W przeciwieństwie do tradycyjnych ojców nigdy mnie nie kontrolował ani nie przychodził sprawdzić, co robię. Całkowicie mi ufał i tak wyznaczał granice, bym zachowała poczucie wolności.
Nigdy nie czułam się osądzana. Zamiast tego otaczano mnie troską i bez słów akceptowano moją niezależność.
* Darwaze-je Ark w Zandżanie to jedna z ocalałych budowli historycznego dziewiętnastowiecznego kompleksu obronnego z epoki dynastii Kadżarów. Służyła za północną bramę do twierdzy stanowiącej siedzibę władz i garnizonu.
** Po persku słowo namus (?????) znaczy nie tylko "honor" - odnosi się też do moralnej reputacji rodziny i kontroli nad zachowaniem i ciałami kobiet. Nadanie szkole dla dziewcząt takiego imienia obarcza więc dzieci ciężkim jarzmem. Nakłada na nie wymogi skromności i moralnego zachowania od bardzo wczesnego wieku.
*** Golam-gardesz ("korytarz dla służby") to korytarz, który otacza centralny pokój. W tradycyjnej perskiej architekturze mieszkaniowej pozwalał służbie na przemieszczanie się między różnymi częściami domostwa i spełnianie potrzeb mieszkańców bez potrzeby przechodzenia przez pokoje i naruszania czyjejkolwiek prywatności (mahramijjat). Korytarze te izolowały ponadto wnętrza przed upałem i mrozem.
Wzrastanie w miłości, gdy wokół panuje przemoc
Gdy byłam dzieckiem, musiałam się zmierzyć z koncepcjami stanowczo zbyt trudnymi i niezrozumiałymi dla mojego młodego umysłu.
Z nadejściem Chomejniego* - szyickiego duchownego, któremu przyznano tytuł imama, i twórcy nowego reżimu - zadekretowano, że wszystkie kobiety, niezależnie od wyznania, muszą nosić hedżab. Było to jedno z wielu wydarzeń ukazujących to, że rewolucja nie tylko przeobraziła krajobraz polityczny Iranu, lecz także wprowadziła zasady ścisłej kontroli społeczeństwa, które fundamentalnie zmieniły życie tutejszych kobiet.
Cofnięto wiele zdobyczy w dziedzinie dotyczącego nas prawa, takich jak podwyższenie legalnego wieku zamążpójścia i poszerzenie uprawnień w razie rozwodu i późniejszej opieki nad dziećmi. Nowe zasady oparto na prawie islamskim.
Każdy protest mógł się okazać groźny i życie naszej dużej rodziny - podobnie jak tysięcy innych irańskich rodzin - wywróciło się do góry nogami. Aresztowania, egzekucje i nowo narzucony ład społeczno-obyczajowy zdruzgotały znany nam świat. Społeczeństwo opanował strach. Represje sięgnęły uniwersytetów. Młodzi mężczyźni i młode kobiety z naszej rodziny i naszego kręgu przyjaciół żyli odtąd w cieniu przypadkowych, brutalnych, masowych aresztowań**.
Każdego dnia mama otrzymywała sprawiające jej coraz większy ból wiadomości na temat ukochanych lub bliskich osób. Nieustannie kontaktowała się z krewnymi i przyjaciółmi, by sprawdzić, czy są bezpieczni. Uwięziono męża i syna jej siostry - obu groziła kara śmierci za sprzeciwianie się nowej władzy. Wykształcone dziewczyny w naszej rodzinie także nie uniknęły prześladowań i dwie z nich przeszły przez areszt. Wyraźnie pamiętam ich twarze.
Pierwszą zamknięto Szahin - młodą kobietę z rodziny ojca. Była szanowaną nauczycielką o wielkim sercu.
Pewnego razu zobaczyliśmy, jak w balii na podwórzu gniecie i depcze swoje nowe ubrania.
Jej matka powiedziała do mojej z nutką sarkazmu w głosie:
- Patrz, co robi moja wykształcona córka. Trze w balii swoje nowe ciuchy, żeby je zeszmacić.
Mama spytała Szahin, czemu to robi.
- Niektórzy moi uczniowie nie mają nowych ubrań na obchody nowego roku - usłyszała w odpowiedzi. - Byłoby im przykro, gdybym przyszła do klasy odstawiona w nowe, kolorowe rzeczy.
Innym razem matka Szahin wyznała mojej, że jej córka co miesiąc po otrzymaniu wypłaty kupuje po cichu lodówki i inne sprzęty AGD rodzinom, których nawet nie zna. Gdy pytano ją, co to za osoby, dziewczyna odpowiadała pewnym, spokojnym głosem:
- To po prostu ludzie, których nie stać. - To jedno zdanie mówiło o niej wszystko.
Drugą z aresztowanych kobiet z grona moich krewnych przetrzymywano w niejawnej lokalizacji. W obliczu tego koszmaru jej rodzice twierdzili, że od życia w niewiedzy woleliby już chyba po prostu zobaczyć jej ciało.
Realia były bowiem wprost niewyobrażalne. W owych latach z ust do ust rozchodziły się pogłoski o torturowaniu aresztowanych kobiet i gwałtach na nich. Czasem dochodziły mnie strzępki rozmów między mamą, ciotkami i kuzynostwem. Nie rozumiałam wszystkich szczegółów, ale na widok łez w oczach ciotki, którą mama próbowała łagodnie pocieszać, przechodził mnie dreszcz przerażenia. Zwykle jednak dorośli, kiedy zaczynali rozmowę na takie tematy, kazali nam iść się pobawić na podwórku. Chcieli nas chronić, ale my wyczuwaliśmy powagę sytuacji.
Na każdym następnym rodzinnym zjeździe brakowało kolejnej osoby. Najpierw aresztowano wujka. Potem kuzyna. Później kolejnych - początkowo mężczyzn, następnie także kobiety. Po każdym zniknięciu nasz radosny krąg kochających się osób malał, a do mnie docierały mroczne, okropne słowa: "więzienie" i "tortury". Oznaczały one, że kogoś znów nam odebrano, a straciliśmy już tak wielu. Ale czy słowa te przypominały mi jedynie o wykradzionych nam kuzynach czy wujkach? A może odzierały nasze życie z czegoś jeszcze - czegoś fundamentalnego?
* Ajatollah Ruhollah Mostafawi Musawi Chomejni (1902-1989) był irańskim politykiem i duchownym szyickim, a od 1979 roku do śmierci najwyższym przywódcą pierwszej na świecie republiki islamskiej.
** Irańska rewolucja kulturalna (1980-1983) była państwową kampanią mającą na celu islamizację społeczeństwa i usunięcie zachodnich wpływów. Rozpoczęła się od zamknięcia wszystkich uniwersytetów. Ministerstwo Kultury wprowadziło ścisłą cenzurę książek, muzyki i filmów, zakazano alkoholu i życia nocnego, zlikwidowano niezależne media.
Nasze drzewo rodowe się kurczy
Pewnego dnia, kiedy bawiłam się z Mehdim i Ro'ją na podwórzu, z salonu dobiegł nas straszny hałas. Na stole stał włączony czarno-biały telewizor, a moja matka leżała nieprzytomna na podłodze. Obok niej siedział Hamid, wciąż jeszcze malutki. Mama oglądała wiadomości, gdy z listy straconych odczytano nazwisko naszego kuzyna. Ukończył Politechnikę w Isfahanie i jawił mi się kimś wspaniałym. Był wysoki i miał czarne, zaczesane do tyłu włosy. Pamiętam jego schludny garnitur i łagodny, czuły ton. Wpadał z nieoczekiwanymi wizytami do naszej najmłodszej ciotki, a mama śmiała się, obejmując go na powitanie. To moje najcenniejsze wspomnienia o tym biednym chłopaku.
Ojciec gorzko po nim płakał. Pamiętam, jak powtarzał, że to taki dobry człowiek. W pierwszych latach po rewolucji, kiedy reżim konsolidował władzę, nie wolno było demonstrować żałoby po straconych. Mama opłakiwała kuzyna za zamkniętymi drzwiami. Podobnie robiły jego siostry, a nawet jego własna matka - ciotka Sogra. Zadano nam głęboką ranę, ale dramaty się na tym nie skończyły. Inni kuzyni nadal siedzieli w więzieniu, w tym w izolatkach, i baliśmy się o ich życie. Czemu spotkało nas takie nieszczęście?
Co tydzień mama z siostrami i ich dziećmi szła odwiedzić ukochanego wujka w więzieniu. Ciotki odwiedzały też swoich synów i córki. Wstawaliśmy wczesnym rankiem, żeby zdążyć się przygotować. Lubiliśmy te dni odwiedzin, stały się regularną częścią naszego życia. Co tydzień na przemian albo my jechaliśmy do domu wuja, albo czworo naszego kuzynostwa przychodziło do nas, tak by dzieci zostawały razem, gdy dorośli wyjeżdżali. Mama starannie pakowała jedzenie do czerwonego koszyka zarezerwowanego specjalnie na odwiedziny. Uważnie wszystko dogadywała z żoną wuja, żeby nie dublować zawartości paczek. Po wizytach kobiety często się zastanawiały, czy to, co zaniosły, w ogóle dotrze do ukochanych, ale cieszyły się, że mogą chociaż zostawiać paczki w więziennym biurze inspekcji. Mama chodziła w odwiedziny do wuja przez prawie siedem lat. Więzienie stało się mi bliższe niż parki, zjeżdżalnie czy huśtawki, mimo że mama starała się zapewniać nam rozrywki i zabierała nas w plener.
Słowo "egzekucja" po raz drugi wtargnęło do mojego umysłu w okolicznościach jeszcze straszniejszych niż poprzednio. Odebrano nam naszą życzliwą, piękną kuzynkę Szahin.
Jej brat przyszedł, kiedy bawiliśmy się na dworze. Wraz z Ro'ją z ciekawości przerwałyśmy zabawę i ukradkiem zerknęłyśmy przez geometryczny witrażyk do wnętrza salonu. Mama i brat Szahin rozmawiali, usłyszałyśmy ich płacz. Po cichu otworzyłyśmy drzwi i w milczeniu stanęłyśmy po obu stronach mamy. On wsunął zdjęcie w jej drżące dłonie. Byłam mała, więc wspięłam się na palce, by zobaczyć, co przedstawia. To była Szahin. Długie, brązowe włosy i lśniąca grzywka częściowo zasłaniały jej twarz, ale nie cudowne, teraz zamknięte oczy. Leżała na ziemi.
Mama powiedziała:
- Kochanie, ona odeszła na zawsze.
Pomyślałam sobie: "Co teraz poczną jej uczniowie? Przecież mówiła, że niektórzy z nich są biedni i trzeba im pomagać". Ogarnęła mnie tęsknota. Dlaczego ona odeszła? Ostatnim razem, gdy się widziałyśmy, jadłyśmy razem obiad. Posadziła mnie sobie na kolanach w salonie, śpiewała mi piosenki, łaskotała mnie i rozśmieszała. Tyle zabawy!
W moim dziecięcym umyśle egzekucja była brzydkim, wykoślawionym, dręczącym mnie potworem, wobec którego odczuwałam wprost fizyczną, żarliwą nienawiść. Nienawidziłam tego, że widmo egzekucji zawisło nad całą naszą dużą rodziną. Mama powiedziała ciotce Sarze, że na szczęście moi dziadkowie - Hadżdż Aga i Aba Dżan - nie dożyli tych gorzkich, trudnych czasów. Obie siostry odnalazły pocieszenie w tym, że ich rodzicom, których wciąż jeszcze opłakiwały, oszczędzono takich okrucieństw.
Moi dziadkowie mieli wypadek samochodowy w drodze powrotnej z Meszhedu, miasta w północno-wschodnim Iranie, gdzie mieści się mauzoleum Imama Rezy, ważny ośrodek pielgrzymkowy. Na krótko przed śmiercią byli przykuci do łóżek. Widok babki w jej ostatnich dniach napawał szczególnym smutkiem - miała wgniecenie w czaszce i liczne rany, w które wdała się infekcja. Dziadek był do niej bardzo przywiązany, po jej śmierci nie pożył długo. Mimo to do ostatnich chwil pozostawał schludny i nosił białą koszulę oraz garnitur. Przy czytaniu zsuwał okulary na koniuszek nosa. Od czasu do czasu zerkał na nas znad ich krawędzi i z powagą w głosie - tą samą, która mimowolnie kazała nam zachowywać się w obecności dziadka grzecznie i cicho - wypowiadał pod naszym adresem jakieś miłe słowo. Był jednym z najbardziej szanowanych kupców w mieście, dobrze znanym zarówno w dzielnicy Szogi, gdzie mieszkał, jak i na bazarze Kejsarije, gdzie mieścił się jego sklep. Teraz on także odszedł.
Tymczasem lata uwięzienia mojego wujka i kuzyna ciągnęły się w nieskończoność. Myśl o więzieniu politycznym wpisała się w naszą codzienność.
Moja mama i ciotka Zahra miały piękne głosy, a przy akompaniamencie tradycyjnego tamburynu dajere potrafiły rozweselić naszą rodzinę i zagrzać jej członków do tańca. Gdy jednak śpiewały turecką balladę dla brata, w ich głosach można było wyczuć nieopisaną melancholię:
Ali, wyczyszczę ci buty,
Przystroję je kwiatami.
Czasem śpiewały też inną turecką balladę, która - choć apolityczna - oddawała ducha czasów:
Mój piękny kanarek wyleciał z klatki,
A ja szukam go wszędzie, o Boże,
Szukam, aż tchu mi brak.
Niekiedy zaś, by rozgrzać atmosferę, zwiększały tempo i głośno śpiewały popularną azerską piosenkę Bari bach:
Kamyk trafił w okno,
Hej, popatrz na mnie, hej,
Łzy płyną z pięknych oczu,
Hej, popatrz na mnie, hej.
Naszej gromady nie dało się łatwo unicestwić. Nie mieliśmy zamiaru ani ochoty odejść w niepamięć. Rozwijaliśmy się, wzrastaliśmy, szliśmy przez podstawówkę, gimnazjum, liceum. Przetrwaliśmy. Żyliśmy z pasją i samym tym życiem opieraliśmy się tyranii, która chciała nas zmiażdżyć. Postanowiliśmy, że straty, których doznaliśmy, nas nie złamią.
W nowym reżimie kobiety nie mogły już śpiewać, czy to publicznie, czy prywatnie. Zakazano kobiecych koncertów, nawet jeśli widownia także składała się z samych kobiet. Zupełnie wymazano kobiecy śpiew, a za ulegnięcie jego pokusie można było trafić do więzienia. Lecz w domu, wbrew prawu, śpiewem wciąż łączyliśmy paciorki dni. Trwaliśmy na przekór wszelkim smutkom. Utrzymywaliśmy w rodzinie jedną główną zasadę: ucz się, kończ szkoły, służ rodakom. Mama nieustannie powtarzała, że musimy zyskać wysokie kwalifikacje i przynieść zaszczyt wspólnocie. Po przetrwaniu aresztów, tortur i masowych egzekucji lat osiemdziesiątych dorośli trzymali się z dala od polityki i skłaniali nas do skupienia się na edukacji. Mama wprost bała się polityki. Wierzyła, że możemy zmienić świat jako lekarki, inżynierki, wykładowczynie - nie jako aktywistki.
Jej ostrożność była uzasadniona w bezlitosnym klimacie tak zwanej rewolucji kulturalnej - polegającej na kompletnej islamizacji irańskiego życia publicznego, wymazaniu wszelkich śladów wpływów Zachodu oraz uciszaniu krytyków za pomocą gróźb i przemocy, a także usuwaniu ich ze wszelkich sfer życia publicznego i prywatnego. Reżim postanowił całkowicie podporządkować sobie uniwersytety. Ponadto stosował szeroko zakrojone represje polityczne - eliminował ugrupowania opozycyjne i tłumił głosy sprzeciwu.
Z uczelni wydalono wielu studentów i wykładowców, a wielu innych odniosło obrażenia podczas brutalnych pacyfikacji ruchów studenckich. Bahaici zostali całkowicie usunięci z uniwersytetów i od tego czasu byli regularnie wykluczani z systemu wyższej edukacji w Iranie - nie mieli do niego wstępu w roli zarówno studentów, jak i wykładowców. Reżim zmienił uniwersytety: ich bramy zamknięto, organizacje studenckie rozwiązano, zarządzono gruntowną lustrację pracowników. Parę lat później kampusy otwarto ponownie, ale pod ścisłym nadzorem władz. Wprowadzono zislamizowany program nauczania. Było to fundamentalne naruszenie praw człowieka, w tym praw do swobody wyrazu, do edukacji, myślenia i przemawiania bez strachu przed represjami.
Mimo starań mojej mamy polityka wkrótce wdarła się w moje życie.
Mama uczy mnie feminizmu
Feminizm wymaga świadomości, precyzyjnego rozeznania w warunkach życia kobiet oraz wiedzy o przyczynach ich podporządkowania. Walka z opresją i dyskryminacją ukształtowała podstawowe idee feministyczne ostatnich dwóch wieków. Wiele kobiet, zwłaszcza na Bliskim Wschodzie, nie nabywa tego rodzaju świadomości w klubach ani na warsztatach edukacyjnych. Zakazy, zniewagi i represje dotykają je na co dzień, a one starają się im przeciwstawić tak, jak potrafią najlepiej.
Mojej matce, pomimo dobrej sytuacji finansowej jej ojca, za młodu nie pozwolono na kontynuowanie edukacji. Jej siostrzeniec i rówieśnik podjął studia na Uniwersytecie Teherańskim - najbardziej prestiżowej uczelni w Iranie - podczas gdy ona została wydana za mąż, a potem w półtorarocznych odstępach urodziła troje dzieci. Szybko musiała przyjąć obowiązki żony i matki.
Mama była bardzo przywiązana do swojej rodziny i całkowicie się jej poświęcała. Miała też jednak nowoczesny światopogląd i szerokie horyzonty. Ponieważ nie była dużo starsza od trojga spośród swoich dzieci, a do tego wykazywała się życiową elastycznością, połączyły nas z nią silne więzy przyjaźni. Nierzadko nawet ubierała się podobnie do swoich córek, a na imprezach przyćmiewała mnie i Ro'ję wyczuciem stylu.
Chociaż w tamtych czasach w społeczeństwie wciąż dominowały tradycyjne poglądy i wiele osób - zwłaszcza w atmosferze ideologicznej panującej po rewolucji z 1979 roku - traktowało najbardziej podstawowe prawa dziewcząt i kobiet jak tabu, moja matka nigdy nie zakazywała nam się malować, regulować brwi czy wypuszczać kosmyków włosów spod obowiązkowych chust. Pilnowała, żebyśmy zawsze ubierały się schludnie i miały czyste, zadbane włosy. Jednocześnie czy to w domu, czy w gronie przyjaciół, znajomych albo sąsiadów tak bardzo wspierała mnie i Ro'ję, że nabrałyśmy znacznie więcej śmiałości i pewności siebie niż nasze rówieśniczki.
Miało to spore znaczenie w Republice Islamskiej, gdzie normy genderowe wyznaczono według restrykcyjnych reguł i utrwalono w systemie prawnym: macierzyństwo i skromność stały się zasadniczymi pojęciami oficjalnej ideologii władzy. Niespokrewnieni ze sobą blisko chłopcy i dziewczęta nie mogli przebywać ze sobą sam na sam, a przestrzeń publiczną podzielono na męską i damską.
Pamiętam wesele jednego z kuzynów mamy w latach osiemdziesiątych. Nowy mizogiński reżim zadekretował, że śpiew i taniec są kobietom zakazane (haram) i będą karane jako grzech. Zresztą samo społeczeństwo, jak już wspominałam, także było wówczas tradycyjne. Mimo to mama walczyła o nasze prawo do głosu i pozwalała Ro'i oraz mnie śpiewać nie tylko podczas dużych rodzinnych zjazdów, lecz czasem także na weselach w obecności mężczyzn. To konkretne wesele było wyjątkowo liczne, a wraz z panną i panem młodymi przybyli na nie także męscy krewni. Traf chciał, że znalazł się wśród nich jeden z kuzynów mamy, który o mnie zabiegał. Mama grała gościom do tańca na dajere, a mnie i Ro'ję namówiła do śpiewania radosnych azerskich pieśni. Kiedy wychodziłyśmy, pretendent do mojej ręki poprosił moją mamę, by pozwoliła mu odprowadzić nas do drzwi, bo zrobiło się późno, a nie było z nami ani mojego ojca, ani Mehdiego. Kilka dni później postanowił się oświadczyć - tym razem za pośrednictwem starszych rodziny - ale moja mama stanowczo go odrzuciła.
Ro'ja, wówczas wciąż jeszcze dziewczynka, miała do niej o całą tę sytuację pretensje.
- Wiedziałaś, że on tamtej nocy zakochał się w Narges, ale pozwoliłaś jej śpiewać. I nawet zgodziłaś się, żeby odprowadził nas do drzwi.
Mama odpowiedziała twardo:
- Nie będę ograniczać Narges z uwagi na chłopców.
Jakiś czas później ojciec tego chłopaka przyszedł do naszego domu w towarzystwie krewnych ze skargą.
- Tamtej nocy, kiedy grałyście i śpiewałyście, a twoje córki miały uszminkowane usta, mój syn się zakochał. Oto skutek twojego wolnościowego wychowywania córek. Teraz mój syn ma złamane serce.
Mama bez chwili wahania odparła:
- Nie będę więzić córek w domu tylko po to, żeby twoi synowie się w nich nie zakochali. A jeśli tak się stanie, nie będę ich zmuszać do małżeństwa. Narges musi kontynuować naukę. Jeszcze nie czas na męża.
Jej stanowisko w sprawie córek było absolutnie jasne. Nawet moi kuzyni, ci wykształceni na uniwersytetach, zdumiewali się tym, jak wiele swobody i wsparcia moja mama zapewniała nam - dziewczynom - gdy chodziłyśmy jeszcze do szkoły.
Również w domu była naszą największą obrończynią. Ilekroć Ro'ja albo ja miałyśmy do ojca jakąś prośbę, której ten nie chciał spełnić, zawsze negocjowała w naszym imieniu. Często poświęcała nawet własne interesy, by uzyskać coś dla nas albo swoich dwóch synów. Chłopców jednak nie trzeba było zbytnio wspierać - irańskie, a zwłaszcza azerskie, rodziny bardzo faworyzują męskich potomków. W tych okolicznościach wsparcie, jakie otrzymywałyśmy od mamy, było zupełnie wyjątkowe.
Gdy chodziłam do ósmej klasy, miałam chłopaka, który mieszkał po sąsiedzku. W większości innych rodzin nic podobnego nie mogłoby mieć miejsca. Najczęściej dziewczynka zostałaby zamknięta na wiele dni w domu i byłaby odprowadzana do szkoły albo karana fizycznie. Tymczasem tata nie powiedział ani jednego złego czy obraźliwego słowa, nie wspominając o groźbach lub przemocy. Mama tylko przypominała mi o konieczności dalszej nauki i o tym, że wszyscy moi kuzyni poszli na studia.
Spotykałam się z tym chłopcem przez parę miesięcy, ale mama starała się łagodnie mnie od niego odwieść. Mówiła na przykład:
- Jesteś za młoda i nie byłoby dobrze, gdybyś opuściła się w nauce. Masz przed sobą przyszłość. Nie powinnaś marnować czasu.
Po pewnym czasie się rozstaliśmy.
Inne znane mi dziewczyny nie miały tyle szczęścia. Jedna z moich koleżanek z klasy - niezwykle piękna - również zaczęła się spotykać z chłopakiem z sąsiedztwa. Kiedy nagle przestała przychodzić do szkoły, my, jej koleżanki, bardzo się zmartwiłyśmy. Dobrze wiedziałyśmy, co się może stać, jeśli mężczyźni w jej rodzinie dowiedzą się o tej relacji. Mieszkająca niedaleko niej koleżanka powiedziała nam później, że dziewczyna siedzi zamknięta w domu. Już nigdy nie wróciła do szkoły.
W dziesiątej klasie inna koleżanka wyznała mi, że ojciec surowo ją ukarał, kiedy się dowiedział, że zaprzyjaźniła się z wysokim, przystojnym kierowcą szkolnego autobusu.
Jej matka, nauczycielka, była porażona tymi wieściami. Powtarzała ciągle:
- Sprowadziłaś na nas wstyd, upokorzyłaś nas przed wszystkimi.
A przecież ich relacja była całkowicie niewinna - po prostu od czasu do czasu ze sobą rozmawiali.
Moja mama wbrew normom i oczekiwaniom społecznym okazywała mi w tamtych decydujących latach wyjątkowo dużo miłości. Zdecydowała się nie podążać tradycyjną, przedeptaną przez rzesze ludzi ścieżką. Choć inni mogliby uznać, że źle postępuje, ja dzięki temu nie zostałam pozbawiona żadnych wygód ani szans.
By pocieszyć mnie po epizodzie z chłopakiem podarowała mi nawet różowe kimono z gałązką róży wyhaftowaną na piersi i czerwoną aksamitną spódnicę. Zabrała mnie do sklepu obuwniczego, a potem kupiła piękny materiał i poleciła krawcowi uszyć mi stylowe ubranie. Czułam, że otacza mnie troską i opieką.
Godne podziwu było także jej codzienne nastawienie do innych osób - nie tylko do własnych dzieci, lecz także do męża. Każdemu członkowi rodziny okazywała lojalność i bezinteresowną pomoc, przy czym dbała również o swoją niezależność. Wiele razy widziałam, jak obstaje przy swoim w sprzeczkach z mężem. Czasem musiała zapłacić za to wysoką cenę. Zawsze chroniła własną tożsamość i otwarcie wyrażała swoje opinie, nawet gdy go to irytowało.
Mama nie pracowała i nie miała własnych dochodów. Chociaż sytuacja finansowa taty była dobra i nigdy niczego nam nie brakowało, ona postrzegała te sprawy trochę inaczej. Nigdy nie podobało jej się to, że nie ma pełnej autonomii. Wciąż pytała:
- Czemu nie mogę sama się utrzymywać?
Codziennie przypominała mnie i Ro'i, że kobieta pozbawiona niezależności finansowej nigdy nie będzie w pełni wolnym człowiekiem.
- Nadchodzi moment - mówiła - że osoba finansowo zależna musi pochylić głowę, a wówczas przestaje być sobą.
Chciała, byśmy osiągnęły wszystko to, czego jej odmówiono, i często wspominała, że mimo pochodzenia z zamożnej, szacownej rodziny nie mogła pójść na studia. W rezultacie wysłanie Ro'i i mnie na uczelnię stało się dla niej ważniejsze niż wyższa edukacja Mehdiego i Hamida. Można było odnieść wrażenie, że walcząc o naszą przyszłość, próbuje odzyskać swoje skradzione marzenia.
Mama śmiało sprzeciwiała się też nakazom religijnym. Mimo ustroju panującego w Republice Islamskiej odmawiała podporządkowania się jakimkolwiek zasadom, które jej nie odpowiadały. Regularnie widziałam, jak zawzięcie sprzeciwia się męskiej dominacji, chociaż wspierała ojca i bardzo się o niego troszczyła. Nie szczędziła wysiłków, by podnieść nasz standard życia. Zdarzało się jej oddawać mężowi czy nawet synowi złoto, monety lub inne oszczędności, które odziedziczyła po swoim ojcu, by mogli doinwestować swój biznes. Nigdy nie oczekiwała zwrotu.
Mama nauczyła mnie, że niezależność finansowa i obrona własnej godności są całkowicie zgodne z poświęceniem się życiu rodzinnemu. Pokazała mi, że o dobro wspólne oraz o swoje prawa - czy to w domu, czy to w społeczeństwie - trzeba walczyć nieustannie.
Dalsza część w wersji pełnej