Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Tom 2: Choroba - Jonas Gardell

-
Proszę czekać

W połowie lat osiemdziesiątych w szpitalu gdzieś w USA leżało dziecko, które umierało na chorobę wirusową AIDS.

Dziecko było samo, zostało porzucone przez rodzinę.

W głowach jego łóżka wisiał napis:

"Nie dotykać".

*

Beznadziejnie szary dzień. Niebo, domy, światło i linoleum na podłodze we wszystkich pomieszczeniach ich niewielkiego mieszkania poza pokojem dziennym - wszędzie szarość.

Brudna szarość.

To jeden z tych dni, kiedy świat sprawia wrażenie zamarłego w bezruchu. Nie porusza się nawet zawieszona pod sufitem w rogu pokoju karuzela z drewnianymi mewami.

Na chodnikach i ulicach nie ma już śniegu, jednak asfalt i beton zasypane są pozostałym po zimie piaskiem oraz żwirem.

W wiosennym świetle widać, jak brudne są okna w mieszkaniu, dopiero teraz, kiedy nie ma ujemnych temperatur, będzie można je umyć.

W tym też jest coś beznadziejnego.

Britta zmywa w kuchni po wczorajszym wieczornym studium Biblii. Zaprosili kilka innych rodzin ze zboru, zjedli skromną kolację, a potem studiowali wspólnie Pismo Święte zgodnie z zaleceniem z ostatniego numeru "Przebudźcie się!". Studium miało tytuł "Doceń swoje miejsce w zborze chrześcijańskim!".

Na stole w kuchni nadal leżą notatki Margarety. To jej zwyczajowe bałaganiarstwo!

Są dla niej zbyt pobłażliwi. Jednak po tym, co się stało, nie mają już siły, żeby na serio wziąć się do pokazywania jej, co jest właściwe.

Nie są tak ostrzy i surowi, jak w gruncie rzeczy być powinni.

Wystarczająco trudne jest utrzymanie razem tego, co jest.

Tego, co zostało.

Britta czuje się, jakby zmierzała ku katastrofie, jakby wszystko jej się w życiu wymykało, a ona była pochłonięta już tylko tym, by utrzymać się na powierzchni i mieć wokół siebie porządek.

Właśnie, porządek.

Podczas gdy wszystko bezustannie się wali.

Niemający końca rozpad i ona, która własnym ciałem usiłuje mu przeciwdziałać.

"Doceń swoje miejsce w zborze chrześcijańskim!".

Tytuł studium był jak napomnienie skierowane do niej i Ingmara.

Doceń swoje miejsce!

Żebyś je na pewno mógł zachować. Żebyście nie zostali wykluczeni. Żebyście i wy nie poszli na stracenie.

Czasami zdarza się jej myśleć, że to bardzo niesprawiedliwe.

Jakby ona i jej mąż nie byli dokładnie tak oddani, tak wierni i pełni poświęcenia, jak tylko można było sobie życzyć. "Także jeśli twoja prawa ręka cię gorszy, odetnij ją i odrzuć od siebie".

Czy nie zrobili dokładnie tego, co należało, żeby dochować wierności Jehowie i zostać w zborze jako Jego wierni słudzy?

Tak samo dobrzy jak inni.

A mimo to są z Ingmarem zmuszeni żyć nie tylko w smutku i tęsknocie, wręcz w rozpaczy, która właściwie nigdy ich nie opuszcza i która nadaje wszystkiemu wokół i każdej rzeczy, której się tkną, gorzki smak beznadziei - ale także ze wstydem, wśród znaczących spojrzeń, zarzutów, szeptów za plecami, z widokiem ściągniętych ust i z wyrazami współczucia.

Stali się przez to półludźmi.

Najgorsze ze wszystkiego jest patrzeć, jak to niszczy Ingmara.

Jej przystojnego, postawnego, surowego i oddanego męża. Tego wzorca dla wielu, jednego ze starszych zboru, który z całą pewnością był też jednym z jego przywódców, tak jak Piotr w pierwszym zborze, stanowił podporę!

Wystarczy na niego teraz spojrzeć!

Mężczyzna, który został złamany. Który idzie przygięty do ziemi, chociaż jest w sile wieku i powinien znajdować się u szczytu swojej drogi życiowej.

"Doceń swoje miejsce w zborze chrześcijańskim!".

W trakcie całego studium milczał.

Siedział w kącie, nie tak jak kiedyś, gdy miał zwyczaj siadać na najważniejszym miejscu i narzucać ton innym. Nie, siedział skulony w kącie, robił staranne notatki i uważnie słuchał, jakby bezustannie musiał okazywać pokorę i na nowo uczyć się, gdzie jest jego miejsce.

Przeczytali siedemnasty werset z ostatniego rozdziału Listu do Hebrajczyków:

"Bądźcie posłuszni tym, którzy wśród was przewodzą, i bądźcie ulegli, oni bowiem czuwają nad waszymi duszami jako mający zdać sprawę - żeby mogli to czynić z radością, a nie ze wzdychaniem, bo to wyszłoby wam na szkodę"1.

W przypisie do wersetu było w Biblii napisane, że "bądźcie ulegli" w dosłownym tłumaczeniu brzmi: "bądźcie zawsze podporządkowani".

To właśnie czyni teraz jej mąż, taki teraz jest.

Już nie pewny siebie, stojący na czele, surowy i postawny.

Tylko uległy.

Zawsze się podporządkowujący.

Pozostaje tylko zacisnąć zęby.

Ponieważ Ingmar zaczyna pracę o piątej rano, zmywanie zostało odłożone na przedpołudnie. Przecież i tak późno poszli spać.

Britta zmywa w milczeniu. Zlew jest pełen szarej, brudnej wody.

Nagle słychać stuknięcie otworu na listy w drzwiach wejściowych i na podłogę spada z szelestem dzisiejsza poczta.

Britta przerywa monotonną pracę domową, wyciera ręce w fartuch i idzie do przedpokoju, żeby sprawdzić, co przyszło.

W czasie przerzucania listów nie zachowuje skupienia i jest przez to nieprzygotowana - to także słabość. Wie, że powinna być zawsze czujna, nieustannie uważać, dopiero co rozmawiali o tym podczas wczorajszego studium biblijnego - pomimo to nie jest gotowa, kiedy nagle go widzi. Ten list.

Koperta jest typowa dla niego. Podłużna o nieco grubszej teksturze. W kolorze kości słoniowej.

Tak dobrze jej znany charakter pisma. Równy, wyraźny, staranny.

Serce zaczyna walić wbrew jej woli. Instynktownie ogląda się za siebie, żeby sprawdzić, czy nikt jej nie widzi, chociaż jest przecież sama w domu.

Jednocześnie wie, że ktoś na nią patrzy, rozumie już, że to próba.

Ingmar i Britta Nilsson

Hornsbruksgatan 15

117 34 Stockholm

Mocno ściska list w ręku. Boleśnie poprawny adres. Dlaczego nie miałby taki być?

Włożyła tyle energii w odpychanie świadomości jego istnienia, że sam fakt, iż napisał na kopercie ich nazwisko oraz pełny adres, sprawia, że niemal nie jest w stanie oddychać.

I jeszcze to, że w jego charakterze pisma nie widać wahania, że jest taki, jak wcześniej.

Niezmieniony.

Nieskończenie trudno jest zachowywać równowagę. Najlżejsze pchnięcie i zachwieje się, upadnie. Nie potrafi opanować przyspieszonego oddechu, kiedy odwraca kopertę i czyta nazwisko nadawcy, pomimo tego że wie, iż nie powinna, mimo że jej nie wolno.

Benjamin Nilsson, Svarvargatan 8, 112 49 Stockholm

Ciało przeszywa dreszcz, Britta zamyka oczy. On nie tylko istnieje. Znajduje się też w dokładnie określonym miejscu.

Słońce grzeje powieki. Jest lato. Znajdują się na łódce, do której zamontowali mały silnik, i właśnie udało im się znaleźć zaciszną zatokę obok wyspy. Margareta zasnęła na brzuchu Ingmara. Benjamin wypróbowuje starą wędkę jej brata.

- Mama, patrz! - woła i odwraca się, żeby jej pokazać spróchniały patyk, który wyłowił po nakręceniu kołowrotka. Promienieje radością. Błękitne jak niebo oczy lśnią, włosy są ciemne, skóra brązowa latem. Britta kocha go tak mocno, że aż boli.

Waha się. Zamyka oczy. Naprawdę zaciska powieki.

Potem wzdycha, bierze głęboki oddech i wchodzi do sypialni, w której znajduje się też biurko Ingmara. Otwiera jedną z szuflad i wkłada do niej nieotwarty list.

Zmusza się do obojętnego wyrazu twarzy, który nie ujawnia jej uczuć, mimo że jest sama, chociaż nikogo tu nie ma, przecież wie, że naprawdę nigdy nie jest sama, wie, że poddano ją próbie i że jeśli jej nie sprosta, może stracić swoje miejsce w zborze chrześcijańskim.

W szufladzie, do której wkłada nieotwarty list od syna, leży już kilka innych listów napisanych odręcznie tym samym pięknym, równym stylem, są zaadresowane do nich dwojga.

Ingmar i Britta Nilsson

Hornsbruksgatan 15

117 34 Stockholm

Żaden z listów nie został otwarty. Britta zasuwa szufladę i przekręca kluczyk.

Sprostała próbie.

*

Któregoś dnia w zeszłym roku w ciągu trzech godzin spadło 90 milimetrów deszczu. Święty Boże, to był niemal potop. Niebo otworzyło się i zaczęło lać jak z cebra. Jakby Pan Bóg znudził się nieszczęsnymi mieszkańcami Koppom i postanowił ich wszystkich utopić. Dalej w Skönnerud deszcz zmył cały nasyp kolejowy, więc potem nie było już co marzyć o transporcie kolejowym. Zresztą przewóz osób został zawieszony w 1985 roku.

Jest coraz gorzej, to fakt. Na początku lat osiemdziesiątych przemysłowa miejscowość emanowała wiarą w przyszłość - w roku 1981 w Koppom zbudowano dziesięć nowych mieszkań czynszowych. Dziesięć! Za to teraz, pod koniec dekady, nastroje są dość minorowe.

W ostatnich latach okolica podupadła.

Zamknięto kilka sklepów. Zniknął Koppom-shop, w którym sprzedawano markowe dżinsy i ubrania dla dzieci, podobnie jak sklep z butami, sklep elektroniczny i papierniczy.

Po części to ich wina. Sami sobie to zgotowali. Zbyt często nie kupowało się swoich ubrań w Koppom-shop, a butów w miejscowym obuwniczym, tylko jechało się do domu towarowego w Arvice albo wręcz do dużego miasta, Karlstadu, w którym aż się roi od sklepów z ubraniami, butami i czym się da.

Café Philippines znowu zmieniło właściciela - a także nazwę. Zaledwie parę tygodni temu.

Egzotyczne Filipiny zostały zastąpione solidnym szwedzkim "Piekarnia u Hjärnego". Zobaczymy, jak długo to potrwa.

Mamy rok 1989, miesiąc maj, ranek w Koppom.

Na polach i w ogrodach leży szron. Oszronione są też nagrobki i mogiły na przykościelnym cmentarzu.

Dom kultury.

Zakład naprawczy traktorów U Thora, stacje benzynowe Uno X i Shell.

Kiedy Astrid o dziesiątej otwiera drzwi swojego zakładu fryzjerskiego, trzęsie się jeszcze z zimna w za cienkiej dżinsowej kurtce.

Sara wychodzi na dwór w szlafroku i w chodakach wsuniętych na bose stopy, żeby wyjąć ze skrzynki "Nowości Warmlandzkie".

Pokryta szronem trawa i szorstki chłód powietrza, zupełnie jakby to była jesień.

Przyspiesza kroku. Krzyżuje ręce na piersiach.

Margerytki świeżo posadzone wzdłuż posypanej żwirem ścieżki zwiędły.

Jak na złość! Sara lekko trąca stopą jedną z roślin, która przylgnęła do ziemi, jakby uszło z niej powietrze. Wzdycha i wchodzi do domu.

Harald je śniadanie. Dopóki pracował, zawsze wstawał rano, nawet w weekendy. Najpóźniej o szóstej pił już poranną kawę. Teraz ociąga się w łóżku, wstaje dopiero o siódmej czy wpół do ósmej.

Potem siedzi długo przy śniadaniu. Naprawdę przeciąga ten czas. Jest, jak jest. Sara nie wie dokładnie, jak to wygląda w tygodniu, bo sama chodzi wtedy do pracy, ale w soboty Harald potrafi tak wysiadywać godzinami.

Sara podaje mu gazetę.

Poprzedniego dnia w Oskarshamn doszło do wypadku lotniczego, w którym zginął socjaldemokratyczny polityk ze Sztokholmu John-Olle Persson i piętnaście innych osób. Tuż przed lądowaniem samolot nagle wytracił szybkość i zaczął spadać. Po uderzeniu w ziemię eksplodował. Wszyscy na pokładzie zginęli na miejscu.

Zarówno "Raport", jak i "Wiadomości" miały przez cały dzień dodatkowe wydania, więc Harald siedział jak przyklejony do telewizora.

We wtorek dziewiątego maja prawie całą pierwszą stronę "Nowości Warmlandzkich" poświęcono temu strasznemu wydarzeniu. "SZESNAŚCIE OFIAR ŚMIERTELNYCH KATASTROFY LOTNICZEJ" głosi tytuł, a zdjęcie obok przedstawia wrak samolotu, jest też fotka czterdziestosiedmioletniego Hansa Rosengrena, parlamentarzysty z Karlstadu, jednego z czołowych polityków z Warmlandii.

Sara siada przy stole i po zeskrobaniu przypalonej części tostu smaruje go masłem i marmoladą.

- No tak - mówi krótko - i margerytki zwiędły.

Harald nie odpowiada. Sara kontynuuje, jest już nieco zirytowana:

- Mówiłam, że jest za wcześnie, żeby sadzić margerytki. Ale ty mnie nigdy nie słuchasz.

Harald mruczy coś bezgłośnie.

- Mówiłam, żebyśmy poczekali. Nie ma na co czekać, powiedziałeś. Margerytki są takie delikatne, mówiłam. Ale ty - ty koniecznie musiałeś już sadzić. No i teraz zniszczył je mróz. Żebyś wiedział.

Harald podnosi wzrok znad gazety.

- Szesnaścioro zabitych! - wybucha. - Szesnaścioro! Piszą, że miejsce katastrofy wyglądało jak pole bitwy. Prawdziwe piekło, wszędzie ogień i dym! Co to ma znaczyć? Takie rzeczy tu się przecież nie zdarzają! Tu jest Szwecja. Tutaj ma być, no jak to powiedzieć, bezpiecznie.

Przewraca stronę, żeby już nie patrzeć na nieszczęście. Następny artykuł nosi tytuł: "DYSKRYMINACJA HOMOSEKSUALISTÓW. PRZEŚLADOWANI NOSICIELE HIV".

W oczach Haralda pojawia się desperacja, zaciska powieki, żeby nie widzieć, i szybko ponownie przewraca stronę, powtarzając pełne rozpaczy:

- Takie rzeczy tu się nie zdarzają!

Sara nadgryza swój tost.

- Chociaż z drugiej strony, przymrozek w maju... - ciągnie tę samą myśl, nie zwracając w ogóle uwagi na Haralda. - Co to za bzdura, w maju nie powinno być mrozu!

Ogród Sary i Haralda pokrył szron.

Margerytki wyzionęły ducha.

Nie żyje szesnastu pasażerów samolotu, który rozbił się w Oskarshamn, wśród nich parlamentarzysta Hans Rosengren z Warmlandii i znany w całym kraju sztokholmski polityk John-Olle Persson.

Całe Koppom pokryło się szronem. Pola i ogrody, warsztaty, małe zakłady produkcyjne i sklepy, zarówno te działające, jak i te zamknięte.

Zaczął się wspaniały maj. Zima powinna być już przeszłością, to w maju jest zawsze najpiękniej.

W tym samym czasie w Sztokholmie, kilkaset kilometrów dalej, ich ukochany Rasmus, jedyny syn, leży w szpitalnym łóżku, na oddziale 53 szpitala Södersjukhuset.

Z jego ciała wystają plastikowe rurki, które dostarczają mu pożywienia i leków uśmierzających ból.

Już niemal nic z niego nie zostało. Ma dwadzieścia pięć lat i umiera.

W maju nie powinno być mrozu.

*

Jakąś godzinę później Britta jest już na tyle opanowana, że może usiąść za biurkiem. Skończyła zmywanie, powycierała w kuchni, zamiotła i zaniosła notatki Margarety do jej pokoju. W końcu nie zostało jej już nic do roboty.

Biurko jest z mahoniu, dostali je od ojca Ingmara, który był lekarzem, tuż przed jego odejściem na emeryturę. Stało w jego gabinecie przyjęć.

Odkąd Ingmar przystąpił do świadków Jehowy, ma z rodzicami jedynie sporadyczne, grzecznościowe kontakty.

Sam robił, co mógł, żeby pozyskać ich dla zboru, ale pozostali obojętni - a przede wszystkim zawiedzeni, że Ingmar nigdy "nic nie zrobił" ze swoim życiem, w ich oczach "zmarnował" je na Brittę i zbór, a oni uważali, że syn lekarza ma predyspozycje do czegoś innego niż praca sprzątacza - z czasem teściowie oddalili się, byli jak obcy.

Smutne to, ale tak bywa. Britta i Ingmar nie są jedynymi spośród członków zboru, którzy musieli złożyć taką ofiarę.

Britta otwiera środkową szufladę, w której przechowują papier i przybory do pisania. Wyjmuje papier listowy i długopis.

Zmusza się, żeby nie czuć nic poza opanowaniem i wynikającym zeń spokojem.

Pomimo że jest zupełnie sama, nie da się nic wyczytać z jej twarzy.

Gdyby ktoś ją obserwował, pokiwałby aprobująco głową.

Trzeba tak myśleć.

Człowiek w każdej sekundzie powinien postępować, reagować, a nawet czuć tylko we właściwy i słuszny sposób.

Tak przystoi chrześcijanom.

Zaczyna pisać.

Sztokholm, 9 maja 1989

Benjaminie, mój synu.

Znowu piszesz.

Prosiłam, żebyś nie pisał, i proszę Cię o to ponownie.

Długopis śmiga po papierze. Ma staranne pismo, trochę nadmiernie rozwlekłe. Pisze powoli, chociaż wie, co chce mu przekazać.

Musisz zrozumieć - kontynuuje, a następnie robi małą przerwę, pauzę, którą postronny obserwator mógłby zinterpretować jako wahanie.

To niedobrze. Jakoś nie jest w stanie uniknąć tego krótkiego zatrzymania długopisu bez względu na to, jak bardzo uparła się, by nie okazać najmniejszej chwiejności swoich przekonań.

Pisze dalej, jeszcze wolniej, jakby chciała wydłużyć słowa i to, co teraz czuje.

Kocham Cię. Mam nadzieję, że masz się dobrze.

Kolejna pauza, niech Bóg jej wybaczy! Britta zauważa, że ręka, którą mocno ściska długopis, drży, i wie, że także owo drżenie ją odsłania. Nie może temu zaradzić, jest, jak jest.

Kocha go!

Zatem nie zmieniając wyrazu twarzy, kończy zdanie, dokładnie tak, jak jej przykazano, tak lojalnie i zdecydowanie, jak się tego od niej oczekuje.

Kocha go.

Jednak udaję, że nie istniejesz.

*

Niesamowite niebo, niewiarygodnie błękitne. W ciągu zaledwie paru dni wiosna zmieniła skórę i przekształciła się w lato. Jest wczesny czerwiec 1986, dwadzieścia pięć stopni ciepła. Kwitną bzy. Kwitną czeremchy.

- Kwitnie każdy pieprzony kwiatek - oznajmia z radością Paul, który czeka, aż nadążą za nim Seppo i Lars-?ke.

Paul niecierpliwie przestępuje z nogi na nogę na samym szczycie kamiennych schodów, które prowadzą z ulicy Götgatan do Allhelgonalunden, gdzie znajduje się siedziba Wyższej Szkoły Teatralnej. W rękach trzyma gigantyczny bukiet kwiatów opakowany w celofan, zniecierpliwiony stuka nim w poręcz schodów. Woła do Seppa i Larsa-?kego, którzy nadal wspinają się po stopniach:

- Bożeż ty mój! Zaraz zaczyna się przedstawienie, słyszycie to?!

Seppo zwyczajowo nie ulega prowokacjom Paula. Nigdy tego nie robi.

Lars-?ke, który podpiera się laską, mozolnie pokonuje każdy kolejny schodek. Seppo cierpliwie idzie obok swojego chłopaka, on także stawia krok po kroku, gotowy podeprzeć Larsa-?kego ramieniem, gdyby zaistniała taka potrzeba.

- Wszystko w swoim tempie.

Lars-?ke dyszy, z trudem łapiąc oddech; musi przystanąć, żeby odpocząć. Na jego twarzy pojawia się przelotny, wstydliwy uśmiech, jakby prosił o wybaczenie. Na czoło występują mu małe kropelki potu.

- Co za rozlazłość! - wrzeszczy bezlitośnie Paul ze szczytu schodów. Wznosi oczy do nieba. - Kurwa, Seppo, czy ty zawsze musisz się z nim certolić?!

Jakaś nieznajoma para mija dwóch pedałów. Udają, że nie widzą, nie słyszą i nie zauważają, że coś jest nie tak, ale ze sposobu, w jaki sztywno wpatrują się w schody przed sobą, kiedyprzechodzą obok, da się odczytać, że zobaczyli, usłyszeli i zauważyli.

Ze sposobu, w jaki przesuwają się w prawo, gdy wymijają Larsa-?kego i Seppa, z tego, że niemal przy tym na siebie wpadają, bo zależy im na zachowaniu bezpiecznej odległości od dziwnie pocącego się, nienaturalnie chudego mężczyzny z laską i jego partnera.

Z tego da się to odczytać.

Ich strach i niechęć są wręcz namacalne.

To inny rodzaj niechęci niż zwykłe: "O kurwa, dwa pedały, ale obrzydliwość!". To bardziej jak: "Widziałeś, jak on wygląda? O Boże, ta zaraza chyba nie roznosi się drogą kropelkową? Myślisz, że ten pedał dotykał poręczy? Po przyjściu do domu musimy starannie umyć ręce".

Raczej taki rodzaj niechęci.

Seppo krzyczy do Paula:

- Ale piękne kwiaty! To dla Bengta?

Paul przygląda się swojemu bukietowi.

- Z początku tak planowałem, ale tak mi z nimi do twarzy, że chyba je sobie zostawię.

Lars-?ke ponownie rusza w górę schodów.

- Gdzie jest Rasmus? - woła do Paula, jakby chciał powiedzieć coś zwyczajnego, co ukryje jego wysiłek.

Paul wzrusza ramionami.

- No albo jest w Göteborgu, albo umarł. Jedno z dwojga. Nie wiem.

Spogląda na zegarek.

- Ale spróbujcie dojść dzisiaj! Bożeż ty mój, Lars-?ke, przecież masz, do kurwy nędzy, prawo do przewozu dla osób niepełnosprawnych, skorzystaj z tego następnym razem, dobrze?!

Lars-?ke i Seppo nareszcie weszli na górę. Lars-?ke nie może złapać oddechu. Sapie.

- Właśnie że nie mam. Nie chcą mi go przyznać.

Mruży oczy od słońca. Bardzo przyjemny powiew wiatru niesie zapach wczesnego lata.

- A tak w ogóle to piękny dzień!

Paul prycha z dezaprobatą i odpowiada swoim najbardziej ciotowatym dialektem eskilstuńskim:

- A Bengt kończy szkołę aktorską i dziś jest jego przedstawienie dyplomowe, więc możesz się pozachwycać piękną pogodą innego pieprzonego dnia.

Lars-?ke sprawia wrażenie, jakby się nad tym chwilę zastanawiał. Jakby starannie analizował słowa Paula.

- Tak... - mówi, kiwając z ociąganiem głową, a potem kończy zdanie, patrząc Paulowi prosto w oczy: - ...albo i nie mogę.

Prawda jest taka, że Rasmus ani nie umarł, ani nie jest w Göteborgu. Razem ze swoim ukochanym Benjaminem pędzi na rowerze z wynajętego mieszkania w dalszej części Kungsholmen.

Jadą szybko przez most Västerbron, na bagażnikach mają ręczniki, które furkoczą na wietrze.

Raz po raz jeden lub drugi wysuwa się na przód. Śmieją się i poganiają nawzajem, od szybkiego pedałowania o mało nie łapią ich skurcze w łydkach i udach.

Ich związek od zawsze jest taki.

Jak mecz zapaśniczy, w trakcie którego nieustannie oscylują pomiędzy wysiłkiem a odpoczynkiem, żartami a powagą, miłością a agresją.

- Tym dwóm daję dwa tygodnie! - powiedział Paul, kiedy zostali parą, a potem ściągnął usta, brzydko zakasłał i wyciągnął z paczki kolejnego żółtego blenda.

Od czasu, kiedy Paul ściągnął usta i skwitował szanse ich związku atakiem nikotynowego kaszlu, minęło trzy i pół roku.

Fakt jest taki, że Rasmus i Benjamin rozstawali się w tym okresie właściwie tylko po to, by popracować, a czasami nawet wtedy nie.

Po zjeździe z Västebron skręcają w prawo i przejeżdżają obok Lasse w Parku, kawiarni, w której Rasmus w ciągu ostatnich trzech lat dorabiał sobie każdego lata.

Kiedy zbliża się pora zamknięcia, Benjamin, który wcześniej kończy swoją zmianę w sklepie z artykułami żelaznymi, najczęściej siedzi już w ogródku kawiarni, w cieple pozostałym z letniego dnia, i czeka na Rasmusa, który w obcisłym, białym podkoszulku i ciemnym fartuchu zbiera ze stołów ostatnie brudne naczynia.

Po prostu siedzieć blisko niego - czasem to jedyna rzecz, której pragnie Benjamin. Patrzeć z zachwytem na to młode, silne ciało. Gładką skórę, która cała aż lśni po gorącym, dusznym dniu. Benjamin podąża wzrokiem za Rasmusem, który kręci się wśród stołów. Jest jak młody bóg, wiecznie piękny. I jeszcze ta świadomość, że mają dla siebie nieskończenie dużo czasu.

Potem razem jedzą - Benjamin i młody bóg - niesprzedane kanapki z kotletem mielonym, a jeszcze później jadą popływać.

Teraz Rasmus i Benjamin pędzą ścieżką prowadzącą na zachodni cypel L?ngholmen. Rower Benjamina zgrzyta i stuka, bo jeden z pedałów ociera się o obudowę łańcucha. Równy, rytmiczny odgłos. Zgrzyt. Zgrzyt. Zgrzyt. Już na miejscu, na najdalszym końcu zachodniego cypla, rzucają rowery, zeskakują na skały przy wodzie i zaczynają wyścig, który szybciej się rozbierze.

Zawsze to ściganie się.

Benjamin, wierny swoim przyzwyczajeniom, starannie składa koszulę i spodnie, a Rasmus rzuca ubrania byle jak, więc kiedy Rasmus jest już goły, Benjamin jeszcze się rozbiera.

W zasadzie w ogóle nie mają dziś czasu na pływanie, już teraz powinni spotkać się z Paulem i resztą przed Wyższą Szkołą Teatralną, żeby zobaczyć przedstawienie dyplomowe Bengta, jednak kiedy pogoda jest taka jak dziś, po prostu nie sposób się powstrzymać.

To ich pierwsza kąpiel w roku.

Rasmus wskakuje na kamień, który wystaje na metr do góry jak głowa cukru, a potem z pluskiem znika w wodzie.

- O kurde! Ja pierdolę! - parska po wypłynięciu na powierzchnię. - Ależ kurewsko zimno! No wskakuj wreszcie, ty tchórzu!

- No przecież idę!

Benjamin poskładał już swoje ubrania w schludny stosik, żeby na pewno się nie zmoczyły. Potem nieporadnie wskakuje na skałę i na niej przykuca.

Waha się. Nie lubi zimna. Niepewnie się uśmiecha.

W końcu wślizguje się do wody i wydaje z siebie dopuszczalnie niemęskie: - Och, ojoj!

Rasmus wybucha śmiechem, podpływa do Benjamina i go całuje.

- Przekleństwa są dozwolone! - mówi. - Nie bądź taki cholernie chrześcijański!

- Dziękuję, jest już dobrze - odpowiada, dygocąc, Benjamin i wykonuje kilka ostrożnych ruchów żabką - ale teraz musimy już wychodzić, żeby nie spóźnić się na przedstawienie Bengta.

- No dobra, ty cholerny zmarźlaku!

- Już jesteśmy spóźnieni...

- Powiedziałem: dobra.

Niecierpliwość. Pędzą przez życie, jakby wiedzieli, że muszą się spieszyć.

Pewnego dnia, nie tak wiele lat później, Benjamin będzie ostrożnie czesał przerzedzone włosy Rasmusa. To będzie dobry dzień. Dzień, kiedy Rasmusowi udaje się usiąść. Postawiony przy oknie wózek inwalidzki. Jakby po to, żeby dało się wyglądać na zatokę ?rstaviken. Rasmus marszczy czoło, jest głęboko skupiony, wpatrzony przed siebie niewidzącymi, ślepymi oczami, ręce złożył na kolanach. Miło mieć czesane włosy.

- Jak to wygląda? - zapyta.

- Będzie ładnie - odpowie Benjamin.

- Gęste i lśniące?

- Gęste i lśniące!

Rasmus uśmiechnie się i będzie to wyglądało, jakby płakał.

Oczywiście wie, że Benjamin kłamie.

Lubi, kiedy Benjamin go okłamuje.

Podobnie jak Benjamin wie, że Rasmus też kłamie.

I on też lubi, kiedy Rasmus go okłamuje.

Paul, Seppo i Lars-?ke sadowią się razem z publicznością w rzędach czarnych, drewnianych ławek.

- Mogę dostać poduszkę!? - prosi Lars-?ke i Seppo podaje mu poduszkę, którą wzięli ze sobą, żeby Lars-?ke miał na czym siedzieć.

Lars-?ke mruczy z irytacją.

- Moja pieprzona, koścista dupa. Nie mogę już nigdzie wysiedzieć.

- A jak się wystroiłeś - zauważa Paul z wyraźnym sarkazmem.

Lars-?ke, który ma na sobie sprane, granatowe bawełniane spodnie od dresu, rozjaśnia się i poklepuje sfatygowany materiał.

- A, moje domowe spodenki? To jedyna rzecz, którą mogę nosić bez bólu. Moje ulubione. Przez jakiś czas planowałem założyć je do trumny.

- Czemu nie? - przerywa Paul. - Sten wziął ze sobą film z Jeffem Strykerem2.

Śmieją się. Paul się rozkręca.

- Co z drugiej strony było totalnie idiotyczne, bo ciota nie zabrał z sobą odtwarzacza wideo.

- Tak, tak - mówi dalej Lars-?ke, prychając z dezaprobatą. - Tak czy siak zdecydowałem, że będę miał na sobie mój najdroższy garnitur od Armaniego.

- Masz własny garnitur od Armaniego? - Paul jest autentycznie zdumiony i pod wrażeniem.

- Tak i jeśli go założę do trumny, to moja rodzinka nie będzie się o niego wykłócała z Seppem, pieprzone sępy!

Benjamin i Rasmus, którzy jadą na rowerach do Wyższej Szkoły Teatralnej, mijają po drodze kiosk. Widoczne w oknie okładki popołudniówek biją w oczy czarnymi literami na żółtym tle.

Rasmus gwałtownie hamuje, kiedy dostrzega tytuły na okładce "Aftonbladet".

Benjamin, który go wyprzedził, woła, że nie mają czasu, ale kiedy Rasmus nie odpowiada, zawraca, żeby sprawdzić, co przykuło jego uwagę.

Gdy widzi okładkę "Aftonbladet", już rozumie.

Trochę szkoda, to był taki szczęśliwy dzień.

Za każdym razem jest to równie niepojęte.

Ta radująca się z cudzego nieszczęścia, nieskrywana nienawiść.

Zwłaszcza w szczęśliwe dni, kiedy niebo jest tak niesłychanie, tak niewiarygodnie błękitne i człowieka w jednej chwili dopadają wszystkie zapachy lata.

Jednak gazeta krzyczy swoje dużymi, czarnymi literami na żółtym tle.

Żeby nikt nie przeoczył, nikt nie omieszkał poczuć, co to.

Nienawiść.

"Pastor o homoseksualistach: DOBRZE, ŻE CHORUJĄ NA AIDS!".

Kilka minut później Rasmus i Benjamin przeciskają się, żeby usiąść obok Paula, Seppa i Larsa-?kego.

- No to wszyscy już są! - stwierdza Paul. - Tylko Reinego brakuje.

Chociaż przedstawienie jeszcze się nie zaczęło, w pozbawionej okien sali teatralnej zrobiło się już gorąco i brakuje tlenu. Oddycha się powietrzem wydychanym przez innych. Ktoś kaszle, ktoś odchrząkuje, ktoś kicha.

Małe kropelki śliny. Pot.

Sala jest wypełniona po brzegi, ludzie siedzą blisko siebie, niemal jeden na drugim w ciasnych rzędach ławek.

Ludzkie ciała ocierają się o siebie, przyciskają.

Ramię w ramię, kolano obok kolana.

Ławki, na których siedzą, są twarde i niewygodne, niektórzy już teraz prężą plecy i szukają innej pozycji.

Gwar publiczności cichnie, ludzie kierują wzrok na scenę. Na jej wytartym, czarnym parkiecie stoi mniejsza scenka teatralna "domowej roboty" z zaciągniętą kurtyną. Zaproszeni goście oraz widzowie, którzy sami z siebie przyszli na przedstawienie absolwentów, są bywalcami teatrów i wiedzą, że pierwszy akt dramatu Czechowa Mewa traktuje o sztuce teatralnej, którą młody Konstanty napisał dla swojej ukochanej Niny.

Lars-?ke szeptem zwraca uwagę, że Rasmus i Benjamin są bardzo spóźnieni. Benjamin cicho przeprasza i mówi, że pojechali się wykąpać.

- Zrzuciliście zimowe palto? - szepcze Seppo. - W Finlandii tak się mówi o pierwszej kąpieli w roku. To zrzucenie zimowego palta!

- W takim razie to zrobiliśmy - odszeptuje Benjamin.

- Dlaczego szepczemy? - szepcze Lars-?ke i zaczyna chichotać.

- A poza tym to a propos Reinego, czytaliście dzisiejsze "Aftonbladet"? - mówi nagle Rasmus demonstracyjnie głośno.

Kilka osób wokół aż podskakuje.

- "Pastor o homoseksualistach: dobrze, że chorują na AIDS!".

Zapada martwa cisza. Rasmus wymachuje gazetą.

Słowa duchownego unoszą się w gorącym, ubogim w tlen powietrzu.

Dobrze, że chorują na AIDS.

Ktoś odwraca się i gapi na niego.

Z przerażeniem czy z dezaprobatą, a może z ciekawością?

Rasmus odpowiada wściekłym spojrzeniem. Potem otwiera gazetę i cytuje na głos:

- Posłuchajcie tego! ""AIDS może mieć dobrą stronę - jeśli dotyka homoseksualistów i sprawia, że schodzą z obranej drogi". Z tym przesłaniem duchowny z Göteborga, Bengt Birgersson, 41, angażuje się w debatę na temat AIDS. "Jeżeli człowiek zachorował na AIDS i dzięki temu dochodzi do wniosku, iż homoseksualne życie było błędem - to choroba spełniła swoje zadanie. Wówczas wynika z niej coś dobrego"".

Oburzony głos Rasmusa roznosi się po zamarłej w ciszy sali. Jak cień, w którym wszyscy zostają pogrążeni.

Lars-?ke blednie. Wygląda, jakby miał problemy z oddychaniem.

- Co to za kapłan? I to ma być pierdolone przesłanie miłości? - szepcze z rozpaczą w głosie.

Rasmus cytuje dalej duchownego z gazety.

- Mówi: "Lepiej być chorym aniżeli żyć jako homoseksualista".

Nagle jakiś zdenerwowany, starszy mężczyzna zaczyna krzyczeć na Rasmusa:

- Proszę przestać, proszę przestać o tym mówić! To nieprzyjemne dla nas wszystkich tu zebranych. Można to chyba zrozumieć.

Rasmus prowokacyjnie kontynuuje czytanie, jeszcze głośniej i dobitniej:

- Dziennikarz zadaje pytanie: "Czy myślałby pan w ten sam sposób, gdyby miał pan syna homoseksualistę?". Pastor odpowiada: "Gdyby AIDS było dla niego jedyną drogą do życia wiecznego, wolałbym to, niż żeby oddawał się czynom homoseksualnym. Wtedy nie miałby już szans na życie wieczne".

Rasmus nie zdąża przeczytać więcej, bo światło na widowni przygasa, a potem gaśnie.

Przez kilka sekund jest zupełnie ciemno. Później zapalają się reflektory z ciepłym, żółtym światłem miękko rozjaśniającym małą scenkę teatralną z drewna wznoszącą się na sfatygowanym parkiecie sceny. Spacerują po niej, gawędząc ze sobą, młoda kobieta i mężczyzna. Kobieta ma na sobie czarną sukienkę z początku dwudziestego wieku. Widać, że oboje drżą z napięcia i zdenerwowania.

Mężczyzna, który gra Miedwiedienkę, rozpoczyna pytaniem:

- Dlaczego pani zawsze ubiera się na czarno?3

Aktorka grająca Maszę odpowiada:

- To żałoba po moim życiu. Jestem nieszczęśliwa.

Spektakl się zaczął.

*

Samotny nie jest, ma przecież Gerta.

Tak jak miał Paula i Seppa, Larsa-?kego i całą resztę. Jak tam im było na imię. Im wszystkim, których miał.

Czas jest niczym. Umyka. Wyparowuje.

Jak poranna rosa na trawie.

Właściwie nie ma w tym nic szczególnego, myśli Reine. Jest tak, jak zawsze było.

Zawsze trzymał się na uboczu.

Często tak się zachowywał, kiedy był mały, chodził swoimi drogami, odrobinę się wycofywał, trzymał innych na odpowiednio odmierzony dystans.

Nieraz bywał taki w domu, z mamą, ojczymem i przyrodnimi braćmi, i jeszcze częściej w szkole.

Był sam w czasie przerw, samotnie jadł w szkolnej stołówce, można by wręcz powiedzieć, że go tam nie było.

To nie jest takie proste, ale Reine wcześnie odkrył, że jeśli się odpowiednio skoncentruje, może być niemal zupełnie niewidzialny, jakby go nie było.

Człowiek staje się wtedy duchem, który może poruszać się w całym wszechświecie. Kiedy już staniesz się niesłyszalny i niewidzialny, robisz się też kompletnie wolny, a chłopiec, który stoi na szkolnym dziedzińcu, jest tylko skorupą, w której nie ma istoty ludzkiej. Mogą się wydzierać, ile wlezie, mogą sobie krzyczeć, jaki jest beznadziejny.

Nie słyszy ich, bo już go nie ma, jest w innym świecie.

Kiedy inni są dla niego źli, on, całkowicie spokojny, zamyka oczy lub patrzy gdzieś niewidzącym wzrokiem.

Pochyla twarz nad chłodnym, lśniącym blatem szkolnej ławki, który czuć środkami do mycia, albo gapi się przez okno, podczas gdy nauczycielka gada i gada.

W domu to samo. Jednak tam też można się ukryć. Na górze, w swoim pokoju. Można przestać istnieć. To kwestia koncentracji.

Chociaż to dziwne, zapach środków do mycia błyszczącego blatu szkolnej ławki podąża za nim przez szkolny dziedziniec i teraz, kiedy jest już w domu, zapach środka dezynfekcyjnego też jest tutaj, emanuje z narzuty na tapczanie, na którym Reine leży zwrócony twarzą do ściany, unosi się z odpływu w kuchennym zlewie. Zapach dochodzi ze wszystkich stron. Napiera.

Reine otwiera oczy. Przejmuje go strach i ból.

Niespokojnie błądzi wzrokiem. Usiłuje się zorientować, gdzie trafił. Białe ściany, biały sufit. Zamknięte okno. Zapach środka dezynfekcyjnego szczypie w nos. Pojękuje. Przypomniał sobie.

Chce krzyczeć, jednak krzyk nie przychodzi. Powstrzymuje się.

I tak nikt nie usłyszałby jego wołania.

A jeśli krzyczysz i nikt cię nie słyszy, to czy w ogóle krzyczałeś?

Musi się skupić. Uciec przed bólem. I strachem. Wydostać się z tego przerażającego pomieszczenia.

To trudne. Wszystko się ze sobą miesza. Wszystko dzieje się naraz. Całe jego życie. Najpierw w Sztokholmie, potem na wyspie Resö, potem znów w Sztokholmie i na koniec tutaj, w tym białym pokoju.

Izolatka numer 2.

Sprawdził to w encyklopedii. W 1893 roku został otwarty szpital, w którym teraz leży, Sztokholmski Szpital Chorób Zakaźnych, jak to zostało sformułowane, położony w północnej części miasta, sto metrów od Roslagstull, 2,7 kilometra od Gustav Adolfs Torg i 30 metrów nad poziomem morza, zlituj się nade mną, miłościwy Boże, i spraw, by to wystarczyło!

Szpital położony jest na wzgórzu i oddzielony od otoczenia niemal ze wszystkich stron stromymi zboczami.

W niskich, pomalowanych na żółto drewnianych barakach znajdują się izolatki, w których pacjenci leżą pojedynczo, do każdego pokoju prowadzą drzwi ze śluzą, niektóre mają śluzę i wyjście prosto na dwór.

Na dziedzińcu znajduje się żółty budynek z cegły, w którym umieszczono pokoje dla personelu i tym podobne. Na terenie jest też oczywiście kaplica, a także własne krematorium.

Oddzielny, mały świat.

Leżące poniżej miasto tu nie dociera.

Żadne dźwięki, żaden ruch, żadne życie.

Szpital funkcjonuje obok tego, co w dole, na zewnątrz tego, co nadal się dzieje, podczas gdy tutaj wszystko się jakby zatrzymało.

Jakby samo życie wstrzymało oddech. Żeby na koniec w ogóle przestać oddychać.

Trzydzieści metrów nad poziomem morza, sto metrów od Roslagstull i 2,7 kilometra od Gustav Adolfs Torg.

Jego odpowiednio odmierzony dystans.

Na wiele sposobów opowieść o Reinem jest historią o tym, jak mały i niepozorny chłopiec, w którym w zasadzie nie ma nic osobliwego, w końcu stał się jednak szczególnie godny uwagi, wyjątkowo nietypowy.

Z powodu budzącego strach i przerażenie, ze sposobu, w jaki umiera.

Grzechu, który sam przyniósł sobie karę.

Urodził się w takim kraju i czasie, kiedy była jeszcze tylko czarno-biała telewizja. Potem oczywiście zrobiła się kolorowa, jak i cała reszta, ale kiedy Reine się urodził, wszystkie programy były czarno-białe, podobnie jak cały świat jego dzieciństwa we wspomnieniach, czarno-biały i szary.

Kiedy jechało się pociągiem przez ten czarno-biały kraj, było w nim zupełnie cicho.

Stacje nazywały się Flen. Mogły mieć też nazwę Katrineholm i Lax?. Czasami zwały się nawet Herrljunga, a jeśli tak było, to wysiadało się z pociągu i przesiadało do autobusu szynowego.

Autobus szynowy w zasadzie nie był autobusem, tylko pociągiem, takim jak wszystkie inne, ale nazywał się autobusem, żeby trudniej się było zorientować.

Jak wiele innych rzeczy autobus szynowy był czymś innym, niż się człowiekowi wydawało, i już na tym etapie ludzkość powinna była wyciągnąć wnioski, co najmniej ta część ludzkości, która zamieszkiwała okolice na trasie autobusów szynowych w Västergötland.

Być może autobus szynowy nazywa się autobusem, choć jest pociągiem, jedynie po to, by pomóc człowiekowi zrozumieć, że życie ma głębszy, mistyczny wymiar, Bóg jest niepojęty, jego dzieło jest niezrównane (w dosłownym znaczeniu!), a jego zamysł i cel ukryte.

Boska rzeczywistość i bogactwo różnorodności objawiają się we wszystkim - także w tym, jak koleje nazywają swoje wagony - jest to element tego, co w Bogu niepojęte.

Albo wpływ działania morfiny.

Może jedno i drugie.

Można się wyćwiczyć w nierozumieniu Boga.

Na przykład da się pomyśleć: Bóg nie jest niedobry, a zaraz potem, że nie jest dobry, żeby Go nie umniejszyć, czyniąc Go możliwym do zrozumienia.

Następnie można też myśleć, że Bóg nie jest niemądry, ale potem trzeba natychmiast tę myśl rozwinąć i uznać, że oczywiście Boga nie da się też opisać jako mądrego, bo nie należy Go umniejszać ani pozbawiać którejś z jego nieskończenie wielu postaci, form i zdolności.

Ćwiczenia tego typu uelastyczniają nam mózg i świadomość, co tworzy wewnątrz nas ciemną, pustą przestrzeń, w której Bóg może jeszcze urosnąć, przyjmując nowe postaci i formy oraz zyskując kolejne zdolności, jako nieustannie tworzące i odtwarzające się bóstwo, o którym mawia się, że nic nie jest dlań niemożliwe.

Być może myśl, że pociąg nie jest pociągiem, a autobus autobusem, jest zdrowa. Rzeczy nie są tym, czym się zdają, każdy twór jest nowy i niesprawdzony, i powinien rozwijać się w swoim unikalnym kierunku w nieskończonym spektrum możliwości i bogactwie gatunków.

Tak czy owak kolejna przesiadka jest na stacji Uddevalla.

Pomiędzy Uddevallą a końcową stacją Strömstad znajduje się wiele małych stacji, co charakterystyczne, na wszystkich stoją identyczne, nieduże budynki z żółto-czerwonej cegły, w których na parterze jest poczekalnia i okienko z biletami, a na piętrze mieszkanie zawiadowcy stacji. Na fasadach wszystkich tych domków widnieje szyld z informacją o położeniu samej stacji ze wskazaniem odległości do Göteborga czy Strömstad oraz dokładnej wysokości położenia wyrażonej w metrach nad poziomem morza.

Reine i jego mama wysiadają przy żółto-czerwonym budynku stacji Kragenäs, dzieje się to zawsze na początku czerwca i to wtedy wszystko się zaczyna.

To początek.

Wszystkie małe miejscowości na północy Bohuslän zbudowane są w ten sposób, żeby zarazem odsunąć się od morza i być blisko niego.

Od morza, które przez setki lat dawało i odbierało, rodziło i zabijało z tą samą wspaniałą obojętnością.

Wioski na stałym lądzie mają z tyłu góry - strome, zarośnięte drzewami skały, które uniemożliwiają wsiom rozrastanie się, a ich mieszkańcom ucieczkę.

Pasek płaskiego gruntu, na którym ludzie zbudowali swoje domy, jest chroniony jedynie wtedy, gdy wiatr wieje ze wschodu, w przeciwnym razie pozostaje odsłonięty i bezbronny, wciśnięty pomiędzy zawrotną wysokość gór a pochłaniające głębiny morza.

Być może informacja o odległości do Göteborga i Strömstad oraz o wysokości nad poziomem morza to rodzaj zaklęcia, modlitwy o litość: patrzcie, jesteśmy tak daleko od bezpiecznej cywilizacji w Strömstad i GÖteborgu, ale mimo to znajdujemy się sporo metrów nad poziomem morza, zlituj się nade mną, miłościwy Boże, i spraw, by to wystarczyło!

Jednak w czym może to ostatecznie pomóc? Ileż metrów nad poziomem morza znajduje się teraz? Pokój w baraku jest przecież na wzgórzu, ponad wszystkim.

Być może chodzi tu o magię liczb. Liczby i ich wewnętrzne właściwości od czasów Pitagorasa są wszak uznawane za klucz do praw harmonii, które kierują wszechświatem i symbolizują, innymi słowy, boski porządek świata; chwała Bogu, jak ze śmiechem opowiadała Reinemu jego mama: Jeden jest Bóg, który wszystko stworzył. Dwójka określa budowę wszechświata - yin i yang, kobiecość i męskość, niebo i ziemia, ciemność i światło, ciało i dusza. Omne trinum perfectum, trzy są wszystkie dobre rzeczy, trzy życzenia, które spełnią wróżki z bajek, i trójjedyny jest Bóg - Ojciec, Syn i Duch Święty. W liczbie cztery występują żywioły, strony świata i krańce ziemi. W znaku pentagramu znajdujemy piątkę, podczas gdy szóstkę wyraża heksagram, Gwiazda Dawida i pieczęć Salomona. Siedem to święta liczba Boga, chwała Mu, a dzień Wielkiej Nocy, kiedy Chrystus zmartwychwstał, uznawany jest za ósmy dzień stworzenia, od którego zaczynają się nowe czasy. Istnieje dziewięć planet, a dziesięć to liczba doskonała dla wszystkich, którzy potrafią liczyć na palcach. Mamy też dziesięcioro Bożych Przykazań, na których opiera się całe prawo, i tak dalej.

Reine dowiaduje się, iż istnieje przekonanie, że niektóre budowle, na przykład piramidy egipskie, zostały tak zbudowane, że ich różne długości, głębokość, objętości, rozmiary i odstępy stanowią wróżbę, przepowiadają przyszłość.

Możliwe, że tyczy się to też, myśli, tamtych żółto-czerwonych budynków stacji w Bohuslän.

Tak, być może budynki na stacjach w północnym Bohuslän także były przepowiednią.

Zapowiedzią, że będzie on, jego matka, jego życie i tęsknoty, a także cierpienie i śmierć.

W izolatce jest się rzecz jasna wyizolowanym.

O to właśnie chodzi. Wszak sama nazwa na to wskazuje.

Jest się oddzielonym. Wypchniętym.

Jak wtedy, gdy było się dzieckiem, które chodziło własnymi drogami, trochę się odsuwało, trzymało innych na odpowiedni dystans.

Tam w dole, u stóp tego wzniesienia znajduje się miasto. To tam są inni, tam nadal tańczą, życie toczy się, jakby nic się nie wydarzyło.

Jakby nikt nie został wykluczony.

Usunięty.

Jak wtedy, gdy Bóg rozkazał Izraelitom w Czwartej Księdze Mojżeszowej, by "usunęli z obozu wszystkich trędowatych, wszystkich cierpiących na wyciek i wszystkich, którzy się zanieczyścili przez zetknięcie ze zmarłym. Usuńcie zarówno mężczyznę, jak kobietę poza obóz, usuńcie ich, aby nie zanieczyszczali swojego obozu, gdzie Ja mieszkam pośród nich"4.

Tak było wtedy, tak jest i teraz.

Zadaniem społeczeństwa zawsze była zarówno ochrona jednostki, jak i ochrona przed jednostką.

To tutaj uciekł.

To tu wymierzono mu jego karę.

W izolatce Szpitala Chorób Zakaźnych na wzgórzu na obrzeżach miasta jest sam, tak kompletnie sam, że jego samotność jest jak otaczający go futerał.

Z wyjątkiem pielęgniarek i lekarzy, którzy zajmują się nim ubrani w ochronne fartuchy, ochronne rękawice i maski na twarzach, Reine nie spotyka żadnych ludzi. Tak, jeden raz był u niego Paul. Wyjątkowo. Reine nie życzy sobie nawet dyżurów nocnych.

Umrze bez kogoś, kto by przy nim czuwał.

Starannie dopilnował, żeby nikt z zewnątrz nie dowiedział się, gdzie jest.

Ani rodzina, ani przyjaciele.

Nikt nie wie.

W ten sposób już nie żyje.

Chodzi tylko o to, by wytrzymać końcówkę.

Ból, którego nie da się wyrazić.

Potem będzie już duchem podróżującym po wszechświecie.

Duchem, który nie słyszy ani nie widzi i którego nie słychać ani nie widać, może wtedy będzie nareszcie wolny.

*

Jego mama jest psychologiem szkolnym, a tata rybakiem. To znaczy nie jego prawdziwy ojciec, tylko ten, z którym dorastał i który jest jego ojczymem, ma na imię Tord.

Wujek Tord.

Na początku Reine i jego mama wynajmują na lato górne piętro domu Torda na wyspie Resö, chociaż to tylko jeden pokój, bo reszta piętra jest składzikiem.

Na górne piętro prowadzą strome drewniane schody, ich pokój mieści się z prawej strony i na jego umeblowanie składają się dwa piętrowe łóżka, mały stolik z drewnianymi taboretami oraz kuchenny blat z balią do zmywania i kuchenką.

Wodę przynoszą ze studni. Tak naprawdę to na parterze jest dojście do bieżącej wody, ale z jakichś powodów mama i on nie mogą jej czerpać stamtąd, tylko muszą ją nosić ze studni, która znajduje się trzydzieści metrów dalej, u stóp zbocza.

Mama stęka, nosząc kilka razy dziennie dziesięciolitrowe wiadra.

Zdarza się, że wujek Tord i jego dwaj synowie siedzą przy stole w kuchni z otwartymi drzwiami do sieni i bez cienia zażenowania patrzą, jak mama, postękując, przechodzi obok nich z wiadrami.

Mama uśmiecha się mężnie i kiwa im głową, starając się ukryć wysiłek. Wujek Tord zachowuje kamienną twarz. Jeden z jego synów podchodzi demonstracyjnie do kranu, żeby nalać sobie wody do szklanki, trzyma palec pod strumieniem, czekając, aż zrobi się zimny.

Tord mieszka z synami w zachodniej, biedniejszej części wyspy, tej, która nazywana jest "zewnętrzną". Większość jej mieszkańców stanowią rybacy, zarówno szalupowi, którzy samotnie wypływają w drewnianych łajbach, żeby łowić makrele, jak i mający większe łodzie poławiacze krewetek.

Wschodnia strona wyspy, ta nazywana "właściwą", jest bardziej zadbana i to tam mieszkają zamożniejsi gospodarze.

Choć tak mała, że jej całoroczni mieszkańcy to niespełna dwieście osób, wyspa jest światem.

Ci z "zewnętrznej" niechętnie opuszczają zachodnią część wyspy, żeby odwiedzić część wschodnią, a ci, którzy mieszkają w części "właściwej", nie odwiedzają zachodniej.

Nie wiadomo, czemu tak jest, ale jest.

Wujek Tord ma łódź do połowu krewetek, na której pomaga mu współpracownik Ove, ale kiedy dorośnie Gert, to znaczy tego roku, gdy zda do siódmej klasy, on też będzie mógł pływać z nimi podczas wakacji, a po skończeniu dziewiątej klasy zastąpi Ovego.

Pierwszego lata, kiedy wynajmują piętro na Resö, Reine ma zaledwie rok. Potem co roku wyjeżdża tam z mamą na czas, gdy szkoły mają wakacje, wracają do domu dopiero w sierpniu, na początek roku szkolnego. Niemal dwa miesiące mieszkają w małym, wynajętym pokoju, w którym siedzieć można tylko na drewnianych taboretach i nie ma się gdzie położyć z wyjątkiem wąskich piętrowych łóżek.

Ściany zostały udekorowane przez wujka Torda kilimkami z religijnymi motywami. Nad kuchennym blatem wisi mała tabliczka z tekstem: "JESUS IS THE MASTER OF THIS HOUSE, THE UNSEEN GUEST AT EVERY MEAL, THE SILENT LISTENER TO EVERY CONVERSATION!".

Na górnym piętrze czuwa nad nimi Jezus, a na parterze czuwa wujek Tord. Jezus i wujek Tord widzą i słyszą wszystko, co mówią i robią. W ten sposób Reine uczy się, żeby zawsze mówić szeptem.

Reine całe życie mówi szeptem.

Jeśliby spojrzeć z pewnej odległości, można uznać, że tylko sobie samotnie stoi i rusza ustami. Trzeba podejść naprawdę blisko, żeby usłyszeć, co mówi.

Ale to przyjdzie potem.

Żeby do tego dojść, trzeba zacząć od początku. A u źródła znajdowały się wakacje na Resö.

Co lato wyspa Resö, Reine i jego mama. Razem. Jak zamknięty, perfekcyjny układ z jednym słońcem i jedną kręcącą się wokół niego planetą.

W piękne letnie dni mama Reinego robi kanapki z serem i dżemem morelowym, a potem wybierają się na jakąś wysepkę, skalistą plażę lub szkier i zostają tam przez cały dzień.

Na wysepkach wspinają się po skałkach, łapią rękami bałtyckie krewetki i łowią kraby brzegowe. W deszczowe dni Reine leży na górze, na którymś z piętrowych łóżek, i czyta Kaczora Donalda albo gra z mamą przy stole kuchennym w "Superpamięć", słuchając norweskiego radia.

Każdego lata jadą pociągiem do Herrljunga, gdzie przesiadają się w autobus szynowy, potem przesiadają się jeszcze w Uddevalli w pociąg do Strömstad i wysiadają przy stacji Kragenäs, która znajduje się 63 kilometry od Strömstad, 138 kilometrów od Göteborga i 27 metrów od morza.

Na stacji odbiera ich pan Allan, który po tym, jak otworzył razem z siostrą pensjonat, kupił też samochód, żeby móc podwozić ze stacji swoich i innych letników.

Kragenäs nie jest w zasadzie miejscowością, tylko zaledwie stacją kolejową, która ma ułatwiać życie mieszkańcom wysp, przede wszystkim Resö, ale także L?ngsjö i Västbacken, a nawet Lindö, Kalvö i Hällsö, gdzie ciągle jeszcze jest po trzydziestu-czterdziestu mieszkańców całorocznych.

Jednak przede wszystkim chodzi o letników, to dla nich jest stacja Kragenäs. Latem ruch na niej jest duży, a zimą niemal zamiera.

Pan Allan wozi pasażerów i ich gości przez wyspę Galtö, a potem długim, wąskim kamiennym mostem na Resö. Reine z mamą wysiadają przy domu wujka Torda, gdzie czekają już jego synowie, by pomóc im z walizkami.

Sam Tord też wychodzi, żeby się przywitać, poinstruować mamę w kwestii sprzątania i wziąć zaliczkę.

Reine właściwie nigdy nie widuje, żeby mama i wujek Tord ze sobą rozmawiali, ale czasem po południu w te dni, kiedy nie pływa krewetkowcem, wujek Tord wchodzi po stromych, drewnianych schodach do stołujących się na piętrze gości, siada przy ich kuchennym stole i jest pijany.

Siedzi tak, wzdycha i patrzy na mamę Reinego. Kiedy wypije, ma coś miękkiego i mokrego w oczach, prawie za każdym razem płacze.

Reine zawsze czeka, żeby mama odprawiła wujka Torda, żeby powiedziała do niego swoim stanowczym tonem, iż czas pójść na dół do siebie. Reine uważa, że spokojnie mogłaby mu powiedzieć, że ponieważ nigdy nie pomaga im w noszeniu wody ze studni, nie powinien tu przychodzić po pociechę.

Jednak nie robi tego. Pozwala, żeby tak siedział jak smutny pies. Chociaż to jest wpychanie się na siłę. Chociaż im przeszkadza!

Reine oczywiście wie, że jego mama jest psychologiem szkolnym, a jej praca w Sztokholmie polega na wysłuchiwaniu dzieci, które są smutne i mają problemy. Może mama myśli, że jest szkolną psycholożką wujka Torda, bo pozwala mu gadać, właśnie jemu, który niemal nigdy nie wypowiada ani słowa, i słucha wszystkiego z powagą, chociaż nawet Reine, który jest przecież bardzo mały, rozumie, że wujek Tord mówi te rzeczy tylko dlatego, że jest pijany.

Wujek Tord nabija fajkę, pali, a potem wystukuje kwaśny nikotynowy popiół na spodeczek i spogląda mokrymi oczami w stronę Reinego.

Reine próbuje stać się niewidzialny albo ześlizguje się z piętrowego łóżka i znika na dworze.

Któregoś razu, kiedy wujek Tord ich odwiedza, mama wręcz proponuje, żeby Reine wyszedł się pobawić.

W ogóle mama jest podczas tych wizyt jakaś nieobecna, jakby nie była wtedy jego mamą, tylko jakąś inną osobą, której Reine nie zna.

Reine nie okazuje swoich uczuć, ale jest głęboko zraniony. Jakby uderzenie mieczem przecięło go na pół, dokładnie jak wtedy, gdy król Salomon nakazał przepołowić dziecko, bo dwie kobiety nie mogły zdecydować, która jest jego mamą. W Biblii dla najmłodszych jest ilustracja przedstawiająca żołnierza, który w jednej ręce trzyma za nóżkę odwrócone głową do dołu niemowlę, a w drugiej miecz, którym ma przeciąć dziecko pośrodku - właśnie tak czuje się Reine, kiedy jest wyrzucany przez matkę za drzwi, jak rozprute na pół dziecko.

Wchodzi na znajdujące się na plaży skały i chciałby, żeby mama i wujek Tord umarli.

Reine boi się wujka Torda. Boi się jego dwóch synów, wyższych od niego z pewnością o dwadzieścia centymetrów, chociaż są niemal w tym samym wieku.

Tak naprawdę to Reine boi się dokładnie wszystkiego, jeśli nie ma przy nim mamy.

Boi się wszystkich dorosłych i wszystkich dzieci.

Boi się ciemności i cieni, wszystkiego, co się rusza, i wszystkiego, co pozostaje w bezruchu.

Boi się potworów schowanych w szafie, pod łóżkiem i za wszystkimi drzwiami.

Boi się też potwora, który mieszka w jego własnych oczach.

Którego widzi, kiedy patrzy w lustro.

Tylko mama jest jak lampa oświetlająca wszystko wokół i dająca bezpieczeństwo.

W jej blasku świat jest przyjazny i nie ma w nim nic groźnego. Gdy jest razem z mamą, potrafi opanować swój strach.

Kiedy są w ich mieszkaniu w mieście, mama znajduje się w świetle, które wpada do pokoju dziecięcego przez otwarte drzwi na korytarz. Jest w ściszonym szumie telewizora w salonie, kiedy Reine zasypia. Jest w delikatnym zapachu kremu, który zostaje na jego policzku, kiedy pogładzi go ręką.

Reine boi się przez bardzo wiele lat, a mama jest jego jedyną opoką i dlatego musi pozostać nietknięta, nie może się zepsuć.

Może to z tego powodu Reine w swoim czasie posunie się tak daleko, żeby z kolei ją chronić. Jednak na to przyjdzie pora później, kiedy Reine będzie już dorosły. Po raz kolejny próbuje teraz uprzedzać fakty.

Musi się skoncentrować, wszystko ma swoją kolej, trzeba wrócić na Resö do wujka Torda, który siedzi na drewnianym taborecie w pokoju dla letników i jest pijany, podczas gdy mama nagle nie jest już jego mamą.

Nadal znajdujemy się na samym początku.

Początku życia, początku nocy, początku marzenia, jeszcze zanim stanie się ono koszmarem.

Noc czuwania.

Nikt inny nie czuwa. Tylko on.

Wujek Tord, mama, wynajęty pokój na piętrze.

Mama.

Obraz matki rozmywa się, wypiera go ból, Reine nie może już jej dostrzec. Ma tak strasznie sucho w gardle. Przełykanie śliny sprawia ból. Tak okropnie jest oddychać. Nie może złapać powietrza.

Chciałby krzyczeć, ale nie jest w stanie.

Nie można już o nim powiedzieć, że cierpliwie znosi cierpienie. Nie ma przecież wyboru.

Bez względu na to, czy jest cierpliwy, czy nie.

Nie może już krzyczeć.

Świta, a on czeka na tych, którzy nadejdą, żeby go stąd zabrać. Do czegokolwiek.

Czeka go wyzwolenie czy wyrok?

Leżący na łóżku Reine płacze, oddycha, czuwa.

Czeka na jakieś kroki. Bardzo się ich boi.

Czeka na stukanie do drzwi. Bardzo boi się stukania do drzwi.

Białych drzwi z okienkiem na górze.

Białych drzwi z okienkiem, które prowadzą do wąskiej śluzy i do kolejnych drzwi. Obie pary drzwi nigdy nie mogą być jednocześnie otwarte. Ci, którzy mają do niego wejść, myją się w śluzie i ubierają w ochronne stroje.

Chronią to, co musi podlegać ochronie.

Reine leży na łóżku, czekając, aż drzwi zostaną sforsowane, jest zamroczony morfiną, którą mu podają, nie wie, co oni zamierzają z tymi drzwiami zrobić, zawołają ślusarza, walną siekierą, a może wyjmą je z zawiasów i podniosą do góry, naprawdę nie wie.

Jednak wtargną do środka i go tu znajdą.

Czeka na nich.

Czekał na nich przez całe życie, na ten moment, kiedy zostanie im wydany.

Został ukarany za swoje grzechy i zniósł karę, a może i nie zniósł, jednakże teraz, już wkrótce, nadejdzie wyzwolenie, jego długa pokuta skończy się i przywita go Pan Bóg, który obejmie go we wszystko wybaczającym lub potępiającym uścisku.

Płynie czas, mijają zimy i lata, Reine urósł, zaraz skończy dziesięć lat i czwartą klasę. Jest takim szczęśliwym, kochanym i cudownym dzieckiem.

Mama właśnie zadzwoniła i powiadomiła pana Allana z pensjonatu, którym pociągiem przyjeżdżają.

Na wyspie nie ma jeszcze sieci telefonicznej, wszystkie rozmowy muszą być łączone przez Lisę z centrali, a aparaty telefoniczne ma tylko pensjonat i kilku najbogatszych gospodarzy, tak że najczęściej idzie się do Lisy w centrali, żeby odebrać rozmowę lub samemu zatelefonować.

Lisa ma otwarte od dziewiątej do pierwszej i między siedemnastą a dwudziestą. Jeśli chce się do kogoś zadzwonić lub odebrać rozmowę, trzeba się dostosować do tych godzin, a poza tym należy liczyć się z tym, że Lisa każdą rozmowę podsłuchuje - podobnie jak Pan Jezus Lisa to the silent listener to every conversation.

Następnego dnia rano po zakończeniu szkoły mają jak zawsze jechać na Resö, ale tym razem mama, niczego nie tłumacząc, kazała Reinemu spakować więcej rzeczy niż zwykle - ma wziąć ze sobą wszystkie ubrania, nawet kombinezony zimowe, czapki i rękawiczki. Ma też spakować książki i duże pudło klocków Lego.

Bagażu jest tak dużo, że sami nie poradzą sobie ze wszystkim, więc w dzień wyjazdu muszą wstać wyjątkowo wcześnie, żeby zdążyć zostawić swoje pakunki na stacji.

Mama wyjaśniła mu, że nazywa się to "przesyłka konduktorska".

Wyślą swój bagaż "przesyłką konduktorską", Reine cieszy się, że poznał nowe wyrażenie. Powtarza je sobie na głos wiele razy i zapisuje w zeszycie, pisze się to przez "rz" i "u" zwykłe, muszę to zapamiętać, myśli Reine, bo takie słowa mogą się pojawić na dyktandzie w szkole.

Po nadaniu przesyłki wsiadają jak zwykle do pociągu na peronie dziesiątym i Reine wyjmuje notatnik, w którym sobie coś pisze, a mama siedzi i przygląda mu się, a kiedy po postoju w Södertälje otwierają wagon restauracyjny, mama zaprasza Reinego na naleśniki z lodami i mówi mu, że w tym roku nie wrócą do domu na rozpoczęcie szkoły, bo zostaną na Resö i będą tam mieszkać przez cały rok.

Najpierw Reine wybucha radością, bo nie rozumie, co mama ma na myśli, ale potem to do niego dociera i wtedy zaczyna płakać.

Reine zaczyna płakać, chociaż znajdują się w wagonie restauracyjnym i patrzą na nich różne panie i różni panowie. W gardle, ustach, nosie i oczach zbiera się nagle tyle smutku, że naleśniki przestają mu smakować, chociaż naleśniki to według Reinego najlepsze danie świata.

Z tego powodu wszystko robi się w jakiś sposób jeszcze smutniejsze - to, że siedzi tak i je naleśniki z lodami, które są najlepszym daniem świata, podczas gdy jego życie rozpada się na kawałki.

Naleśniki rosną mu w ustach, a mama wygląda na załamaną i Reine też nie może przestać rozpaczać. Pociąg pędzi dalej przez kraj, stukoce na szynach, dźwięczą przemykające za oknem szlabany.

Flen, Katrineholm, Lax?.

Za oknem jest wczesne lato, krowy, pola rzepaku, gospodarstwa rolne, leśne gęstwiny, Reine wygląda na zewnątrz, patrzy na naleśniki, a w końcu na swoją mamę i już wie, że został oszukany, i nienawidzi jej za to.

Reine nienawidzi matki, bo go oszukała. Matka próbuje oświetlać go swoją lampą, ale Reine robi unik, wpatruje się w cień i światło matki go nie dosięga.

Pierdolona mama, myśli uparcie, chociaż wie, że to najohydniejsze przekleństwo, nawet jeśli wypowiada się je tylko w myślach.

Pierdolona mama, myśli, pierdolona mama, pierdolona mama, pierdolona mama, pierdolona mama, pierdolona mama, pierdolona mama.

Powtarza to sobie tak długo, aż mama zaczyna słyszeć jego myśli i wtedy jej też łzy napływają do oczu, a Reine żałuje, że tak myślał, chociaż nie chce tego żałować.

- Ale co ze mną? - szepcze zaniepokojona mama. - Co będzie ze mną?

I Reine chce ją wziąć w ramiona, przytulić i pocieszyć, żeby już nigdy się nie smuciła, chce się do niej zwrócić i ponownie przyjąć światło jej lampy, ale ponieważ siedzą naprzeciw siebie w wagonie restauracyjnym pociągu, nie może nic zrobić, pociąg stukoce po torach i wszyscy na nich patrzą, więc nie robi nic, a wtedy mama odwraca od niego twarz, odwraca się od niego i dalej płacze.

Obiema rękami trzyma szklankę piwa, jakby chodziło o to, żeby szklanka się nie przewróciła, jeśli pociągiem nagle zarzuci, jakby ta szklanka przed nią była jedynym bytem, którego można się uchwycić.

Mama szepcze najcichszym głosem, tak cicho, że Reine rozumie, iż nie chodzi nawet o to, żeby on ją usłyszał, mama mówi do siebie.

- Nie mam już siły być sama.

Wtedy Reine znowu zaczyna płakać, bo on jej jednak nie wystarcza.

- Ale masz mnie! - odpowiada szeptem. - Masz przecież mnie!

Mama nie reaguje i kiedy tak nic nie mówi, Reinemu robi się lodowato na duszy. Jak wtedy, gdy syn Izaaka, Ezaw, wołał do ojca: "Pobłogosław także mnie, ojcze mój!", a tata nie miał dla niego żadnego błogosławieństwa.

- Masz przecież mnie, mamo! - powtarza Reine, kładąc siebie całego na szali.

Wtedy mama wygląda przez okno, pociąga nosem, odchrząkuje, a potem mówi nagle dorosłym głosem, jakby zdecydowała, że teraz już koniec szeptania i bycia małą:

- Nie mam już siły być sama!

Zatem zostało postanowione.

Potem milczą.

Oboje nadal trochę pochlipują, ale nie ma już nic do dodania.

Życie Reinego jest zrujnowane, życie mamy też, co o tym można powiedzieć?

W wagonie restauracyjnym Reine dowiaduje się, że musiał w jakiś sposób zawieść matkę. Nie jest dostatecznie dobrym dzieckiem. Nie wystarcza.

Teraz to rozumie.

Nie wystarcza. Jego miłość nie jest dostateczna. Dlatego został odrzucony i można to zrozumieć.

To z tego powodu zamyka się w ciszy.

W wagonie restauracyjnym w drodze do Herrljunga, w którym siedzieli i płakali.

Coś się skończyło, coś zaczęło.

Jakby słońce odwróciło się od jedynej planety w zamkniętym, perfekcyjnym układzie słonecznym, a owa jedyna planeta została wyrzucona na nową i przerażająco obcą orbitę.

Kiedy późnym popołudniem dojeżdżają do Kragenäs, na stacji odbiera ich jak zwykle pan Allan, ale tym razem towarzyszy mu wujek Tord, który wygląda uroczyście, kiedy wita ich w swoim ciemnym odświętnym garniturze.

Mama Reinego i wujek Tord witają się ze sobą, przytulając dość niepewnie i niezgrabnie. Trudno powiedzieć, czyja obecność bardziej ich krępuje, Reinego czy pana Allana. Przytulają się pospiesznie i niezdarnie, tak żeby nikt tego nie zobaczył, i rzeczywiście nikt nie widzi, przynajmniej nie Reine, chociaż tak naprawdę widzi, tylko udaje, że nie.

Potem wujek Tord spogląda na Reinego bladoniebieskimi, zupełnie okrągłymi, świńskimi oczkami i mówi coś niezrozumiałego brzydkim dialektem z Bohuslän.

Reine nic nie rozumie, ponieważ go tu w ogóle nie ma. Jest tylko pustą skorupką.

W okresie dorastania Reine nigdy nie nauczy się w pełni rozumieć, co mówi do niego wujek Tord. Jest to forma sprzeciwu. Jednak tamtego razu w rzeczywistości usłyszał jego słowa, po wszystkim musi to przyznać, chodzi tylko o to, że słów nie dało się zrozumieć, bo były tak kompletnie nie do pomyślenia.

Wujek Tord powiedział:

- No tak, to od tej pory możesz mnie nazywać tatą.

Potem Reine musiał wspiąć się na siedzenie pomiędzy mamę a Torda i ruszyli w drogę. W ramionach ściskał swoją małą, czerwoną walizeczkę. Tę, którą wujek Tord nazywał babską walizką. Ale to nie była babska walizka, bo należała do Reinego.

Sam Reine był wtedy podróżującym po wszechświecie duchem, a ten, który siedział w furgonetce, stanowił jedynie skorupkę.