Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Tom 1: Miłość - Jonas Gardell

-
Proszę czekać

Sierp­nio­wy dzień minął bez jed­nej chmu­ry na nie­bie, ale przez za­mknięte okna izo­lat­ki lato nie prze­do­sta­je się do środ­ka.

Wy­chu­dzo­ny mężczy­zna w łóżku jest bar­dzo zmie­nio­ny przez za­awan­so­wa­ne­go mięsaka Ka­po­sie­go. Zo­stało mu już tyl­ko kil­ka dni życia.

Za­zwy­czaj no­wotwór ten do­ty­ka star­szych mężczyzn w ob­sza­rze ba­se­nu Mo­rza Śródziem­ne­go, a prze­bieg cho­ro­by jest tak po­wol­ny, że cier­piący na nią zdążają umrzeć z in­nych przy­czyn, od pew­ne­go cza­su jed­nak od­no­to­wu­je się licz­ne przy­pad­ki, zwłasz­cza w USA, kie­dy rak sta­je się o wie­le bar­dziej agre­syw­ny.

Ra­mio­na, głowa i szy­ja mężczy­zny w łóżku po­kry­te są wiel­ki­mi brązo­wy­mi pla­ma­mi, cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi dla tego no­wo­two­ru.

Ma kosz­mar­ne odleżyny na poślad­kach i w dol­nej par­tii pleców. Rany za­bez­pie­czo­no pianką po­li­ure­ta­nową, żeby skóra nie ob­cie­rała się w ze­tknięciu z ma­te­ra­cem, ale nie­wie­le to po­ma­ga.

Jest tak chu­dy, że nie­mal prze­zro­czy­sty. Wy­mi­ze­ro­wa­ny z po­wo­du ciągłych bie­gu­nek. Na­wet własne je­li­ta już z sie­bie wy­cisnął.

Mężczy­zna jest sam.

Nikt nig­dy go nie od­wie­dza.

Od ja­kie­goś cza­su już na­wet nie mówi, po­padł w apa­tię, wal­czy bez słów.

Nie­raz płacze. Nikt nie wie, czy z bólu, czy z roz­pa­czy.

W ogołoco­nym po­ko­ju, w którym nig­dy nie otwie­ra się okien i który ma tyl­ko jed­no wyjście, przez śluzę pro­sto na dzie­dzi­niec, dwie ko­bie­ty w mil­cze­niu wy­ko­nują ru­ty­no­we czyn­ności. Krążą wokół ciała w łóżku jak księża posługujący przy ołta­rzu.

Młody mężczy­zna w łóżku wpa­tru­je się w su­fit. Poci się i płacze, ale nic nie mówi.

Ko­bie­ty to star­sza pielęgniar­ka i młoda stażyst­ka. Star­sza od wie­lu lat pra­cu­je w szpi­ta­lu zakaźnym Ro­slag­stull. Młod­sza jest tu od nie­daw­na. Obie mają ręka­wicz­ki ochron­ne, ma­secz­ki i żółte far­tu­chy.

Zmie­niły opa­tru­nek na jed­nej z ran odleżyno­wych i stażyst­ka zdjęła na chwilę brud­ne ręka­wicz­ki, pew­nie żeby po­pra­wić przeście­radło lub coś ta­kie­go.

Na­gle po­chy­la się nad młodym mężczyzną w łóżku i po­spiesz­nie ocie­ra wierz­chem dłoni jego łzy.

Robi to im­pul­syw­nie, w przypływie em­pa­tii i współczu­cia.

Oczy star­szej sio­stry zwężają się z dez­apro­batą.

Cho­ry opusz­cza po­wie­ki. Wciąż płacze.

Po wypełnie­niu swo­ich obo­wiązków ko­bie­ty wy­chodzą bez słowa z po­ko­ju.

- Mam na­dzieję, że porządnie od­ka­zisz ręce!

Do­pie­ro co przeszły przez śluzę między drzwia­mi - każdy pokój jest od­izo­lo­wa­ny dwoj­giem drzwi, które nig­dy nie mogą być otwar­te jed­no­cześnie - stoją te­raz na dzie­dzińcu przed pa­wi­lo­nem z izo­lat­ka­mi.

Star­sza z pielęgnia­rek nie może się po­wstrzy­mać i szorst­ko sztor­cu­je stażystkę. Młod­sza wy­da­je się nie ro­zu­mieć. Star­sza wyjaśnia z iry­tacją:

- Jeśli już mu­sisz się zaj­mo­wać ocie­ra­niem łez, rób to w ręka­wicz­kach ochron­nych!

- Ale on był taki smut­ny! - Nie­doświad­czo­na dziew­czy­na nie umie ukryć żalu.

Star­sza pielęgniar­ka pry­cha.

- Znasz do­brze reguły. Za każdym ra­zem, kie­dy wcho­dzi­my do pa­cjentów, choćby tyl­ko po to, by po­pra­wić przeście­radło lub spy­tać, czy chcą pić, prze­strze­ga­my na­szej ru­ty­ny, sta­ran­nie my­je­my ręce, wkłada­my ręka­wicz­ki, ma­seczkę i żółty far­tuch. Nie ma wyjątków. Pro­ce­du­ry szpi­tal­ne są za­wsze, w każdej chwi­li, ważniej­sze od ludz­kich od­ruchów. Zro­zu­mia­no?

- Ale... - próbuje pro­te­sto­wać młod­sza, jed­nak tam­ta nie daje jej skończyć.

- Te­raz już wiesz. Nig­dy nie ocie­raj łez bez ręka­wi­czek!

Kręci głową.

Po­tem od­cho­dzi.

*

To opo­wieść o pew­nym cza­sie i o pew­nym miej­scu.

To, o czym mówi ta hi­sto­ria, wy­da­rzyło się na­prawdę.

Ro­ze­grało się tu, w tym mieście, w tych dziel­ni­cach, wśród lu­dzi, którzy wiodą tu swo­je życie. W miej­skich par­kach, w ogródkach re­stau­ra­cji, w ba­rach, sau­nach, ki­nach por­no, szpi­ta­lach, kościołach i na cmen­ta­rzach. Wszyst­ko wy­da­rzyło się na uli­cach i w do­mach tego mia­sta, wśród jego miesz­kańców.

To, o czym mówi ta hi­sto­ria, działo się jed­no­cześnie w wie­lu in­nych miej­scach, o tym jed­nak mogą opo­wie­dzieć inni.

To, o czym mówi ta hi­sto­ria, roz­gry­wa się także dziś, dzie­je się przez cały czas, ale nie jest częścią tej opo­wieści, cho­ciaż sięga ona aż do teraźniej­szości.

Opo­wie­dzieć to swe­go ro­dza­ju obo­wiązek.

To sposób na to, by uczcić, opłakać i za­pa­miętać.

To wal­ka pamięci z za­po­mnie­niem.

*

Nie­wiel­ki do­mek nie ma w so­bie nic szczególne­go, ale stoi na wy­so­kiej, stro­mej ska­le, która po­chy­la się nad sa­mym mo­rzem. Widać z nie­go, jak z gniaz­da, wodę.

Mama otrzy­mała ten dom w spad­ku, rze­czy­wiście bar­dziej przy­po­mi­na pta­sie gniaz­do niż let­nią daczę. Kie­dy był bu­do­wa­ny, zde­cy­do­wa­no, że nie będzie stał równo­le­gle do wody, tyl­ko sko­sem do za­to­ki, dzięki cze­mu z we­ran­dy roz­ta­cza się wspa­niały wi­dok na mo­rze i za­cho­dy słońca, a jed­no­cześ­nie jest się chro­nio­nym przed wia­trem, jeśli nie wie­je pro­sto z północy.

- Na­sza własna strażnica! - ma w zwy­cza­ju żar­to­wać oj­ciec. Wszy­scy robią wte­dy za­do­wo­lo­ne miny, bo to prze­cież praw­da.

To jest ich strażnica.

W mieście jest u nich cia­sno i ciem­no, ale tu­taj mają nad­miar nie­mal nie­rze­czy­wi­ste­go światła, a wi­dok roz­ta­cza się tak da­le­ko, jak sięga wzrok.

Przy­po­mi­na to różnicę pomiędzy świa­tem cie­nia, w którym żyje dzi­siaj ludz­kość i który ska­za­ny jest na zagładę, a świa­tem no­we­go porządku, stru­mie­niem światła, które za­pew­ni bli­skość Je­ho­wy, świa­tem, na którego na­dejście cze­kają.

Za jakiś czas, wspo­mi­nając dzie­ciństwo, Ben­ja­min będzie naj­pierw wi­dział ich let­ni dom. Mo­rze, światło - nie­mal nie­re­al­ne - we­randę, wąskie, roz­chy­bo­ta­ne schod­ki pro­wadzące na po­most i plażę; w ten sposób wy­obraża so­bie wiecz­ność.

Jest wio­sen­ny wieczór. Wrzask mew. Słońce świe­ci w dole nad za­toką i ra­zem z nie­bem i mo­rzem od­bi­ja się we wszyst­kich oknach we­ran­dy.

Zima na­resz­cie zo­stała po­ko­na­na.

Już jej nie ma. Tak jak nie będzie mo­rza, kie­dy Je­ho­wa usta­no­wi już swo­je króle­stwo: "I wi­działem nowe nie­bo i nową zie­mię; al­bo­wiem pierw­sze nie­bo i pierw­sza zie­mia prze­minęły, i mo­rza już nie ma"1.

W ciągu dnia byli na dwo­rze i łowi­li śle­dzie. Te­raz mat­ka stoi przy ku­chen­ce i smaży z nich fi­le­ty ob­to­czo­ne w bułce tar­tej. Ben­ja­min tur­la się do­okoła ze swoją młodszą siostrą, Mar­ga­retą. Przez całą zimę cze­ka­li, żeby przy­je­chać do let­nie­go domu, i na­resz­cie tu są.

Dom po­wo­li ożywa. Kie­dy w so­bot­nie przed­południe otwo­rzy­li drzwi i we­szli do środ­ka, było tak, jak­by przez całą zimę czas stał tu w miej­scu, jak­by ze­gar się za­trzy­mał.

W środ­ku było dusz­no i trochę wil­got­no. Na zie­mi Ben­ja­min zna­lazł za­baw­ki: trzy zie­lo­ne pla­sti­ko­we żołnie­rzy­ki i mały sa­mo­cho­dzik. W kącie leżała za­my­kająca oczy lal­ka Mar­ga­re­ty. Naj­wy­raźniej zeszłej je­sie­ni opuścili dom, za­nim z siostrą skończy­li za­bawę.

Na sto­le leżał rozłożony dzien­nik "Da­gens Ny­he­ter" z datą 7 paździer­ni­ka 1969. Rok temu. Ben­ja­min prze­sy­la­bi­zo­wał tytuł. W zeszłym roku tego nie po­tra­fił. Na­uczył się przez zimę.

W ciągu week­en­du do­ko­na­li otwar­cia domu na nowy se­zon, po­sprzątali, wy­wie­trzy­li i po­wle­kli świeżą pościel. Ben­ja­min i Mar­ga­re­ta głównie bie­ga­li w koło, ska­ka­li i ba­wi­li się. Jak zna­ro­wio­ne cie­la­ki, po­wta­rza za­wsze ze śmie­chem oj­ciec.

Pod­czas gdy mat­ka przy­go­to­wu­je posiłek, oj­ciec myje okna na we­ran­dzie. Nie prze­szka­dza mu, że Ben­ja­min i Mar­ga­re­ta bie­gają do­okoła.

Kie­dy Mar­ga­re­ta wspi­na się na ba­lu­stradę we­ran­dy, oj­ciec nie prze­ry­wa pra­cy, na­wet na nią nie spogląda, tyl­ko upo­mi­na, nie­mal mi­mo­cho­dem.

- Mar­ga­re­to - mówi - nie wspi­naj się na ba­lu­stradę. Możesz spaść.

- Ale ja nie spadnę.

- Tego nie wiesz.

Oj­ciec kon­ty­nu­uje my­cie okien, jest głęboko sku­pio­ny. Ko­cha taką pracę.

Czyścić. Zmy­wać pla­my. Przy­wra­cać porządek.

Jak wte­dy, gdy fala zmy­wa z pia­sku dzie­cięce zam­ki i od­ci­ski stóp, zo­sta­wiając plażę po­now­nie gładką i piękną. W jakiś sposób po­pra­wioną.

Ben­ja­min prze­ry­wa za­bawę i prze­chy­la się przez ba­lu­stradę, pa­trzy w dół na stromą skałę, która scho­dzi do mo­rza. Można od tego do­stać za­wro­tu głowy.

Mat­ka wy­cho­dzi z ta­le­rza­mi, sztućcami i szklan­ka­mi, za­czy­na na­kry­wać do stołu.

- Czy jak ktoś stąd spad­nie, to umrze? - pyta Ben­ja­min.

Znaj­dują się tak wy­so­ko. Spaść byłoby grze­chem.

Kto tak spa­da, rzu­ca wy­zwa­nie Bogu.

- Chcę to zo­ba­czyć!

Jego młod­sza sio­stra też wy­chy­la się z miej­sca, gdzie wspi­nała się po ba­lu­stra­dzie. Ona też chce po­pa­trzeć w prze­paść, tak samo jak star­szy brat. Ben­ja­min prze­chy­la się jesz­cze trochę bar­dziej nad ba­lu­stradą. Mar­ga­re­ta śmie­je się i naśla­du­je go.

Świe­ci słońce. Krzyczą mewy.

Mat­ka układa przy każdym ta­le­rzu nóż i wi­de­lec.

Sta­ran­nie. Me­to­dycz­nie. Na­kry­wając, nuci.

Ben­ja­min czu­je, jak na­pi­nają mu się mięśnie, a ciało szy­ku­je się do sko­ku. Ba­lan­su­je na ba­lu­stra­dzie, aż nie­mal tra­ci równo­wagę, czu­je łasko­ta­nie w brzu­chu. W dole znaj­du­je się głębia.

Mar­ga­re­ta śmie­je się i wspi­na odro­binę wyżej, a po­tem jak­by jesz­cze trochę się prze­chy­la i wte­dy na­gle dzie­je się coś złego - Mar­ga­re­ta pusz­cza ba­lu­stradę i za­czy­na le­cieć przed sie­bie i w dół, naj­pierw po­wo­li, po­tem co­raz szyb­ciej.

W tej sa­mej se­kun­dzie oj­ciec od­ry­wa się gwałtow­nie od my­cia okien i łapie córkę, która na­wet nie zdążyła się wy­stra­szyć. Trzy­mając dziew­czynkę w ra­mio­nach, zdej­mu­je ją z ba­lu­stra­dy, za­nim doj­dzie do wy­pad­ku, i tym sa­mym co wcześniej, spo­koj­nym i zde­cy­do­wa­nym głosem od­po­wia­da na py­ta­nie syna.

- Myślę, Ben­ja­mi­nie, że nie będzie­my tego spraw­dzać.

Nic więcej. Ko­niec dys­ku­sji.

- No, w każdym ra­zie śledź jest już go­to­wy - ogłasza mat­ka i wcho­dzi do domu, żeby przy­nieść je­dze­nie.

Ro­dzi­na sia­da przy sto­le na we­ran­dzie. Oj­ciec roz­po­czy­na mo­dlitwę, po­tem jedzą smażone­go śle­dzia z purée ziem­nia­cza­nym. Dzie­ci pałaszują rybę rękami.

Mat­ka lubi, jeśli obiad, ten czas, kie­dy są ra­zem, wypełnia się roz­mową, dla­te­go za­ga­ja:

- W każdym ra­zie mamy piękną po­godę.

Nie jest to py­ta­nie, więc nie do­sta­je od­po­wie­dzi. To ra­czej przykład, o czym można mówić, kie­dy je się wspólny posiłek. Miłe zda­nie.

- Możemy się po­tem wykąpać? - pyta z pełnymi usta­mi Ben­ja­min.

- Ben­ja­mi­nie, kie­dy jemy, używa­my wi­del­ca - od­po­wia­da oj­ciec, nie pod­nosząc oczu znad ta­le­rza.

- Możemy się po­tem wykąpać? - po­wta­rza Ben­ja­min.

- Tak, to fan­ta­stycz­ne, kie­dy ta­kie wie­czo­ry przy­chodzą już pod ko­niec maja - mówi oj­ciec.

- Możemy się po­tem wykąpać?

- To praw­da, lato robi się dzięki temu ta­kie długie - mówi mat­ka.

Oj­ciec prze­ry­wa.

- Ben­ja­min, masz sie­dem lat. Nie jedz rękami. Używaj wi­del­ca.

Inny szpi­tal. Inny pokój.

Szpi­tal na Söder­malm. Od­dział 53. Sala 5.

Biel.

Na­gie ścia­ny i tyl­ko je­den ob­ra­zek.

Jakaś gra­fi­ka. Za­chodzące na sie­bie pro­stokąty. Kto zde­cy­do­wał, że po­win­na tu wi­sieć? Czy ma na celu stwo­rze­nie do­mo­wej at­mos­fe­ry?

Przy łóżku znaj­du­je się sto­lik z wa­ci­ka­mi, solą fi­zjo­lo­giczną i le­kar­stwa­mi, wa­zon z czer­wo­ny­mi tu­li­pa­na­mi, wczo­raj­sze popołudniówki, 10 mar­ca 1989, ar­ty­kuły o przesłucha­niach Car­la Lid­bo­ma przez Try­bu­nał Kon­sty­tu­cyj­ny w toczącej się bez końca spra­wie Eb­be­go Carls­so­na2, szklan­ka soku ze słomką. W no­gach kroplówka, która za­opa­tru­je młode­go mężczyznę na łóżku w mor­finę, an­ty­bio­ty­ki i płyn in­fu­zyj­ny, mężczyznę na szpi­tal­nym łóżku z rur­ka­mi w no­sie i u ra­mion.

Obok łóżka sie­dzi na krześle dru­gi młody mężczy­zna. Czu­wa. Wcześniej w ciągu dnia to­wa­rzy­szyło mu kil­ku przy­ja­ciół, ale te­raz zo­stał sam. Czy­ta cho­re­mu na głos wier­sze.

- Prze­czy­tam ci wiersz Ka­rin Boye3 - mówi. - Był czas, że na­sze lato trwało wiecz­ność całą. Włóczy­liśmy się w słońcu, bez końca to trwało...

Przez chwilę wygląda na zewnątrz. Jest zima. Chciałby otwo­rzyć okno, ale to nie­możliwe.

Wszyst­ko jest tu po­za­my­ka­ne. Od­izo­lo­wa­ne.

Za­my­ka oczy i przy­wołuje w wy­obraźni wcze­sny ma­jo­wy wieczór. Całko­wi­ty początek cze­goś. Przez otwar­te okno wpa­dał za­pach bzu. Na­resz­cie nad­cho­dziło lato, na które cze­ka­li, które uczy­ni­li swo­im ce­lem.

Oby do lata, mówili so­bie, to za nie trzy­ma­li kciu­ki. Myśle­nie o tym po­tra­fi go wpędzić w to­talną roz­pacz.

Otwie­ra oczy, wra­ca do rze­czy­wi­stości. Za­mknięte okno. W po­ko­ju uno­si się za­pach środków de­zyn­fek­cyj­nych i cze­goś nie­określo­ne­go, mdląco słod­kie­go, co już za­wsze będzie mu się ko­ja­rzyło z tym po­miesz­cze­niem.

Nie ma lata. Jest zima.

- Więcej nie dam rady. Mogę po­sprzątać ze stołu? - pyta Mar­ga­re­ta.

- Najadłaś się już? - pyta mat­ka.

Syn wsta­je, nie­cier­pli­wi się.

- Ja też się najadłem! Możemy się te­raz wykąpać?

Ben­ja­min od­wra­ca się i na­po­ty­ka wzro­kiem swo­je od­bi­cie w świeżo umy­tym oknie.

- Nie jest aby za zim­no? - opo­nu­je oj­ciec.

- Wca­le nie jest za zim­no - upie­ra się Mar­ga­re­ta.

- Tego nie wiesz - uci­na mat­ka. - In­g­ma­rze, na­pi­jesz się kawy?

- Bar­dzo chętnie, naj­droższa. Tak czy owak, mu­si­cie od­cze­kać pół go­dzi­ny, żeby nie do­stać skur­czu.

Ben­ja­min przegląda się w świeżo umy­tym oknie.

Za­nu­rza się w swo­im od­bi­ciu. Cza­sa­mi robi coś ta­kie­go.

Po­wo­li pod­no­si ramię i wi­dzi, jak jego od­bi­cie robi to samo. Stu­diu­je swo­je oczy, twarz, prze­krzy­wia lek­ko głowę naj­pierw w jedną, po­tem w drugą stronę.

A po­tem na­gle przy­ci­ska obie dłonie do szy­by. Po­wsta­je na niej ich wyraźny od­cisk.

- No i co ty zro­biłeś? - wy­bu­cha z iry­tacją oj­ciec. - Prze­cież przed chwilą to okno umyłem!

Do­pie­ro te­raz Ben­ja­min robi się na nowo obec­ny. Ze zdzi­wie­niem przygląda się od­ci­skom swo­ich dłoni.

Myśli: "Je­stem tu­taj".

To potężna, wspa­niała myśl.

Ben­ja­min od­krył, że ist­nie­je.

Przez całe życie będzie pamiętał tę chwilę. Let­ni wieczór, we­ran­da, mo­rze. Od­ci­ski dłoni na szkle. To, że do­strzegł sie­bie.

W lu­strze szy­by za­uważył coś. To coś od­po­wia­dało na jego spoj­rze­nie i jak­by przy­ta­kująco kiwało głową. Po­zo­sta­nie jed­nym z jego naj­wcześniej­szych wspo­mnień.

- Masz za­raz pójść po ścierkę i płyn do my­cia okien, żeby zmyć te ślady.

Oj­ciec kon­ty­nu­uje je­dze­nie. Za­wsze tak postępuje. Nie pod­no­si głosu. Nie robi się zły. Po­sta­na­wia coś i po­tem tak już ma być. Inni muszą się do­sto­so­wać. Chcą być posłuszni.

Ben­ja­min ko­cha ojca. Ko­cha też jego oj­cow­ski au­to­ry­tet. To, że tata de­cy­du­je, jak ma być.

- Chętnie - od­po­wia­da radośnie. - My­cie okien jest faj­ne.

Młody mężczy­zna na łóżku otwo­rzył oczy. Prze­su­wa nie­spo­koj­nie wzro­kiem po su­fi­cie.

Poci się. Od­dy­cha. Upar­cie, z prze­rażeniem.

Od­dy­cha­nie sta­no­wi wysiłek. Cho­ry leży z unie­sio­ny­mi do góry dłońmi, jak do mo­dli­twy. Jęczy. Jest bar­dzo zmęczo­ny i bar­dzo się boi.

Po jego twa­rzy płyną łzy. Wciąż płacze. Młody mężczy­zna, który sie­dzi obok, usiłuje nie za­uważać tego płaczu. Próbuje się kon­cen­tro­wać na czy­ta­nym wier­szu.

Nie pod­no­sić głosu.

Nie dać się za­ra­zić nie­po­ko­jem.

Za­cho­wać spokój. Po­wagę. Czu­wać z tą po­wagą nad cho­rym.

Miłość i kon­tro­la. Nie da się ich od­dzie­lić. W rze­czy­wi­stości chciałby wrzesz­czeć i szar­pać uko­cha­ne­go, wtrząsnąć w nie­go życie, bić, pieścić, po­cie­szać: "Nie płacz, mój uko­cha­ny, nie wol­no ci płakać!".

Ale nie krzy­czy. Nie bije, nie pieści, nie po­cie­sza, za­miast tego czy­ta wiersz Ka­rin Boye, za­nu­rza się w słowach:

- Nur­ko­wa­liśmy w bez­den­nej głębi woni i zie­le­ni...

Głos załamu­je się wbrew jego woli. Musi wziąć głęboki od­dech, żeby zdu­sić wzbie­rający płacz, zmu­sza się, żeby czy­tać da­lej, spo­koj­nie, trzeźwo, dokład­nie tak, jak go na­uczo­no w dzie­ciństwie, tak, jak by to robił jego oj­ciec.

- Nur­ko­wa­liśmy w bez­den­nej głębi woni i zie­le­ni, wy­zby­ci oba­wy przed go­dziną cie­ni...

Cho­ry w gorączce rzu­ca nie­spo­koj­nie głową. Ma roz­bie­ga­ne oczy.

Dusi się. To stąd nie­pokój i strach. Jest bli­ski udu­sze­nia się.

Młody mężczy­zna na łóżku ma umrzeć i do­brze o tym wie.

Bar­dzo boi się śmier­ci.

*

Nadzy Mar­ga­re­ta i Ben­ja­min bawią się na brze­gu mo­rza w popołudnio­wym słońcu. Na dwo­rze jest nie więcej niż szes­naście stop­ni, ale oni tak bar­dzo cze­ka­li na wiosnę i na lato, że nie mogą już cze­kać dłużej.

Ro­dzi­ce przyglądają im się. Oj­ciec wy­ko­rzy­stu­je okazję, żeby czyścić plażę z ka­mie­ni, wrzu­ca je z po­wro­tem do mo­rza. Na­wet te­raz, pod wieczór, słońce świe­ci tak moc­no, że piach wygląda, jak­by się palił. Woda się iskrzy, przy pomoście żarzą się brzo­zy i osi­ki.

- Te­raz się za­nurzę - de­cy­du­je na­gle syn i robi kil­ka kroków w głąb wody.

- Ależ Ben­ja­min, woda jest lo­do­wa­ta! - opo­nu­je mama, która stoi na plaży obok taty.

Chłopiec nie słucha jej, wcho­dzi co­raz głębiej. Na­prawdę jest lo­do­wa­to zim­no, ale i tak to zro­bi.

- Nie da­lej niż do pępka! - krzy­czy oj­ciec.

Ben­ja­min za­trzy­mu­je się, krzyżuje ra­mio­na i wciąga po­wie­trze.

Po­tem po­wo­li i zde­cy­do­wa­nie za­nu­rza się w zim­nej wo­dzie.

Młody mężczy­zna, który leży w łóżku, poci się i płacze, po­nie­waż ma umrzeć. Dru­gi młody mężczy­zna, siedzący na krześle, usiłuje za­pa­no­wać nad uczu­cia­mi, czy­tając wiersz Ka­rin Boye.

- Gdzie te­raz jest ta wiecz­ność? Co nam po niej? Jak mo­gliśmy wy­rzu­cić z pamięci to święte nie­od­gad­nio­ne? Dzień nam się rap­tem skrócił...

Młody mężczy­zna nad książką kon­ty­nu­uje czy­ta­nie.

To jak zaklęcie.

Jak mo­dli­twa, te­raz, gdy już nie może się mo­dlić, gdy stra­cił pra­wo do mo­dlitwy.

Myśli: "My, co nie mamy już wia­ry, także się mo­dli­my, tyl­ko że nikt nie słucha na­szych mo­dlitw".

- Zma­ga­my się w kon­wul­sjach - czy­ta młody mężczy­zna na krześle - w twórczej wal­ce pochłania nas - pomiędzy każdym zda­niem robi małą przerwę - dzieło wiecz­ne - a jego istotą...

Pod­no­si wzrok na cho­re­go w łóżku - na chwilę się uspo­koił i zno­wu za­mknął oczy. Dwie pielęgniar­ki, które zmie­niły leżącemu opa­trun­ki na ra­nach i przewróciły go na bok, zro­biły, co miały zro­bić, i opusz­czają w mil­cze­niu pokój.

- ...jest czas.

Młody mężczy­zna na krześle ostrożnie odkłada tom z wier­sza­mi Ka­rin Boye, an­to­lo­gię ku­pioną w lu­tym na wy­prze­daży. Śle­dzi od­dech tego dru­gie­go. Nadal jest płytki i przy­spie­szo­ny, jak u prze­rażone­go pta­ka. Głowa wciąż ru­sza się na boki na po­dusz­ce, te­raz jed­nak dużo mniej gwałtow­nie.

Młody mężczy­zna wsta­je z krzesła, żeby umyć cho­re­mu twarz. Cho­ry jęczy, jak­by ktoś go nie­po­koił. Młody mężczy­zna głasz­cze go po klat­ce pier­sio­wej.

Wy­czu­wa żebra. Za­trzy­mu­je rękę.

Czu­je ser­ce, które jesz­cze bije.

Ben­ja­min za­nu­rzył się i szyb­ko wy­bie­ga z wody.

- Wi­dzie­liście, jak za­nur­ko­wałem? - krzy­czy z dumą, pełen we­rwy, i na­tych­miast wbie­ga z po­wro­tem do mo­rza.

- Wspa­nia­le! - od­po­wia­da oj­ciec, cho­ciaż na­wet na nie­go nie zerknął, bo pil­nu­je siedzącej w mo­krym pia­sku Mar­ga­re­ty.

- Wy­chodźcie już, bo za­mar­z­nie­cie.

Brit­ta wsu­wa rękę w dłoń In­g­ma­ra, żeby choć na se­kundę prze­stał nad wszyst­kim czu­wać. W grun­cie rze­czy ko­cha go za jego po­trzebę kon­tro­li, za od­po­wie­dzial­ność, jaką na sie­bie bie­rze, i za au­to­ry­tet, są jed­nak ta­kie chwi­le, kie­dy człowiek po­wi­nien odpuścić, po­zwo­lić, żeby wszyst­ko przez mo­ment było ta­kie, ja­kie jest.

Spogląda na gładką jak lu­stro wodę i kąpiące się dzie­ci. Wzdy­cha z radością.

- "Był czas, że na­sze lato trwało wiecz­ność całą"... - mówi i de­li­kat­nie ści­ska rękę męża.

On jed­nak chy­ba nie roz­po­znał wer­su z wier­sza Ka­rin Boye ani nie za­uważył uści­sku dłoni żony, bo ją pusz­cza i pod­no­si z pia­sku duży plażowy ręcznik. Jak za­wsze, kie­dy uwa­ga In­g­ma­ra sku­pia się na czymś in­nym, prze­szy­wa ją dreszcz za­wo­du. Tak łatwo mu to przy­cho­dzi. Odtrące­nie żony to dla nie­go pest­ka.

- Wyłaźcie już, dzie­cia­ki, po­wie­działem! - krzy­czy In­g­mar, unosząc do góry ręcznik, jak na­po­mnie­nie dla Ben­ja­mi­na, nadal za­nu­rzo­ne­go po pas w wo­dzie o tem­pe­ra­tu­rze piętna­stu stop­ni, i dla Mar­ga­re­ty, której pupa wciąż znaj­du­je się na zim­nym mo­krym pia­sku.

- Wyłaźcie już, mówię, czas się wy­trzeć!

Dzie­ci wy­chodzą posłusznie, biegną w jego ra­mio­na.

Otu­la je swo­im ciepłem jak Anioł Stróż.

Ben­ja­min śpi na górnym łóżku, a Mar­ga­re­ta na dol­nym. Dokład­nie tak, jak być po­win­no.

Chłopiec ma na so­bie za małą spłowiałą piżamę w słoni­ki, które stoją na czymś, co przy­po­mi­na piłki plażowe. Piżama zo­stała na zimę w let­nim domu, za­po­mnia­na. Ben­ja­min obwąchu­je ją. Jego wa­ka­cyj­na piżama.

Prze­sunął się, żeby zro­bić na po­dusz­ce miej­sce dla dwóch ulu­bio­nych plu­szaków, znisz­czo­ne­go mi­sia i szma­cia­ne­go kot­ka. Lubi do­pil­no­wać, żeby miały jak naj­wy­god­niej­sze miej­sca, a sam chętnie kuli się na ma­te­ra­cu tuż obok po­dusz­ki.

Mar­ga­re­ta jak zwy­kle ma w łóżku ko­mik­sy z Ka­czo­rem Do­nal­dem. Mama sie­dzi na ta­bo­re­cie przy krawędzi dol­ne­go łóżka i czy­ta im wie­czorną mo­dlitwę. Ro­le­ta w oknie lek­ko się kołysze uno­szo­na przez bryzę, do po­ko­ju wpa­da stru­ga chłod­niej­sze­go po­wie­trza. Wszyst­ko jest pre­cy­zyj­nie za­pla­no­wa­ne przez Boga. Wszyst­ko jest ta­kie, jak być po­win­no.

Mat­ka zma­wia za nich na głos pa­cie­rze.

- Je­ho­wo Boże - za­czy­na.

Ben­ja­min i Mar­ga­re­ta za­my­kają oczy, żeby le­piej słyszeć mat­czy­ny głos i we­zwa­nia: "Je­ho­wo Boże. Je­ho­wo Boże".

Bóg, który ob­ja­wił się Mojżeszo­wi w płonącym krza­ku. Który prze­pro­wa­dził swój lud przez pu­sty­nię. Który na­ka­zał, by Mo­rze Czer­wo­ne rozstąpiło się i jego wy­brańcy prze­szli suchą nogą po mor­skim dnie. Który spra­wił, że z nie­ba spadła man­na, żeby mo­gli się pożywić.

- Je­ho­wo Boże - mo­dli się mat­ka - dzięku­je­my Ci za ten dzień i za to, że możemy być two­imi świad­ka­mi. Pro­si­my Cię, żebyś w nocy miał w swo­jej opie­ce Mar­ga­retę i Ben­ja­mi­na, a także mnie i tatę, tak byśmy mo­gli do­brze się wy­spać i obu­dzić ju­tro do no­we­go dnia, a po­tem da­lej czcić i chwa­lić Two­je imię po­przez wszyst­ko, co czy­ni­my...

Ben­ja­min zwi­ja się na ma­te­ra­cu w po­zy­cji em­brio­nal­nej. Na chwilę pod­no­si oczy, żeby upew­nić się, że miś i ko­tek leżą tam, gdzie po­win­ny, na po­dusz­ce. Słyszy głos mat­ki. W oknie roz­po­star­ta jest siat­ka na ko­ma­ry, przez którą wpa­da chłodny wieczór. Chłopiec syci się bez­pie­czeństwem, którym jest Je­ho­wa. Po­now­nie za­my­ka oczy i gdy­by mama spoj­rzała na nie­go, zo­ba­czyłaby, że się uśmie­cha.

In­g­mar sprząta ze stołu po ko­la­cji. Przez ramię prze­rzu­cił so­bie ścierkę ku­chenną. Uwiel­bia zbie­rać na­czy­nia i myć je do czy­sta, przy­wra­cać porządek, na­pra­wiać. Również wte­dy, gdy to jego żona zo­bo­wiąże się po­sprzątać w kuch­ni, po­tra­fi cho­dzić za nią ze ścierką i prze­cie­rać wszyst­ko po raz ostat­ni, żeby było ide­al­nie. Nie cho­dzi o skry­ty­ko­wa­nie pra­cy żony, tyl­ko o to, że ta czyn­ność spra­wia mu wielką przy­jem­ność. Przycho­dzi mu wte­dy do głowy być może nie­mo­ral­na myśl, że to samo mu­siał czuć Je­ho­wa w siódmym dniu stwo­rze­nia, kie­dy spoj­rzał na całe swo­je dzieło i zo­ba­czył, że jest do­bre.

Dokład­nie tak czu­je się In­g­mar: za­do­wo­lo­ny, spra­wujący kon­trolę i czy­sty.

Te­raz może już na­dejść noc, a po­tem następny dzień, jeśli tego pra­gnie Bóg.

Są przy­go­to­wa­ni.

Na­gle do­strze­ga od­cisk ręki syna na błyszczącej w wie­czor­nym słońcu szy­bie.

W końcu nie zo­stał wy­tar­ty. Ben­ja­min posłusznie po­szedł po ścierkę, In­g­mar to pamięta, jed­nak po­tem coś mu­siało odwrócić jego uwagę, tak to jest z dziećmi.

Te­raz już się położyły i nie po­win­no się ich zry­wać z łóżka z ta­kie­go po­wo­du, ale In­g­mar nie może zo­sta­wić brud­nej szy­by.

Zdej­mu­je z ra­mie­nia ścierkę i pod­cho­dzi do okna. Od­cisk dłoni jest do­brze wi­docz­ny w wie­czor­nym świe­tle. To tłuszcz ze śle­dzia, którego Ben­ja­min jadł rękami.

Oj­ciec za­trzy­mu­je się i przygląda śla­do­wi zo­sta­wio­ne­mu przez syna.

Pięć palców u każdej dłoni. Jest w tym jakaś do­sko­nałość. Na mo­ment obezwład­nia go wdzięczność. Za to, że mu za­ufa­no i mógł zo­stać oj­cem. Że Je­ho­wa po­da­ro­wał mu coś tak wspa­niałego, jak opie­ka nad dwo­ma ludz­ki­mi ist­nie­nia­mi.

Przez chwilę czu­je się obezwład­nio­ny nad­mia­rem miłości. Stoi bez ru­chu i pa­trzy. Chce po­dziękować Je­ho­wie i chwa­lić go za ten mo­ment. Chce się po­mo­dlić, by dwójka jego dzie­ci stała się do­bry­mi sługa­mi Je­ho­wy, żeby swo­im życiem nie­ustan­nie czciły imię Boże.

Długo pa­trzy na ów ślad ręki. Stoi tak, jak­by chciał coś za­trzy­mać.

Dłonie syna, ta­kie małe. Roz­cza­pie­rzo­ne pa­lusz­ki. Przy­po­mi­nają ry­sun­ki z epo­ki ka­mien­nej we fran­cu­skich ja­ski­niach, wi­dział je na zdjęciach.

Słońce zniża się nad lśniącą jak lu­stro za­toką.

Waha się.

Młody mężczy­zna leżący na łóżku jesz­cze od­dy­cha. Każdy od­dech przy­cho­dzi z tru­dem. Wszyst­ko w po­ko­ju kon­cen­tru­je się wokół tych mo­zol­nych, ury­wa­nych za­czerp­nięć po­wie­trza. Młody mężczy­zna, który sie­dzi na krześle obok, wpa­tru­je się w jego usta i nadal unoszącą się grdykę - są jak woda o wyrównujących się fa­lach.

Waha się, ale nie po­zwa­la so­bie na wątpli­wości.

Wa­ha­nie jest szko­dli­we, może naj­bar­dziej ze wszyst­kie­go.

Dla­te­go już bez na­mysłu oj­ciec wy­cie­ra od­cisk rąk syna z okien­nej szy­by, aż prze­chodzą go ciar­ki.

Coś, co musi zo­stać zro­bio­ne.

Szkło jest znów czy­ste. Od­bi­ja się w nim tyl­ko za­chodzące słońce i nie­bo.

Młody mężczy­zna w łóżku za­ci­ska na­gle dłonie. Ści­ska moc­no, moc­no. Po­tem roz­luźnia się.

Młody mężczy­zna, który sie­dzi na krześle, pod­no­si oczy, jak­by przed chwilą nie uważał.

- Ra­smus?

Gwałtow­nie pod­ry­wa się z miej­sca.

*

- Ra­smus?

Słyszy jej głos, ale jak­by do nie­go nie do­cie­rał. Jest da­le­ko, nie musi się nim przej­mo­wać. Jeśli się po­sta­ra, to prze­cież i tak go znaj­dzie. Nie scho­wał się ani nic ta­kie­go. Po pro­stu zno­wu zniknął w so­bie. Jak ma to wytłuma­czyć, że zagłębia się w so­bie, ma tam cały wszechświat. Inną rze­czy­wi­stość. Świat ze szkła. Ra­smus jest szkla­nym chłopcem.

Ra­smus stoi przy oknie w dużym po­ko­ju z twarzą tuż przy szy­bie. Na zewnątrz znaj­du­je się ogród, w którym za­wsze pa­nu­je spokój - ogro­do­we me­ble, do­brze przy­strzyżony traw­nik, sta­ran­nie wy­pielęgno­wa­ne jabłonie, różane ra­ba­ty i mar­ge­ryt­ki wzdłuż wy­sy­pa­nej żwi­rem ścieżki do furt­ki; za nią i za płotem roz­ciąga się dro­ga, szo­sa przez Kop­pom, która pro­wa­dzi da­lej, da­le­ko stąd.

Kop­pom jest małą miej­sco­wością. Rzecz ja­sna są tu wąskie uli­ce, jak uli­ca Sta­ra, uli­ca Grzy­bo­wa albo Wrzo­so­wa, ale tyl­ko jed­na szo­sa z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, Dro­ga Kop­pom. Jeśli skręci się w pra­wo, pro­wa­dzi do ?mot­fors, a jeśli w lewo, to do ?rjäng.

Przez całe życie Ra­smus będzie ko­ja­rzył lewo i pra­wo z ?mot­fors i ?rjäng. Wi­tając się, wyciąga ?mot­fors, dzień do­bry, dzień do­bry, ale po­nie­waż Ra­smus jest le­woręczny, pi­sze ?rjäng.

Są ta­kie dni, kie­dy Ra­smus może go­dzi­na­mi stać przy płocie i tyl­ko pa­trzeć na szosę, w dal.

Można nią wy­je­chać. Wy­do­stać się stąd.

Stoi tam, prze­pełnio­ny tęsknotą, patrząc na prze­jeżdżające sa­mo­cho­dy.

Są w dro­dze dokądś.

Wy­obraża so­bie lu­dzi, którzy je pro­wadzą - kim są, dokąd zmie­rzają. W jego ma­rze­niach za­wsze są bar­dzo szczęśliwi i za­wsze są mężczy­zna­mi.

- Ra­smus?

Za­raz wyj­dzie z kuch­ni i za­cznie go szu­kać. Robi tak za­wsze, pełna nie­po­ko­ju, że coś mu się przy­tra­fiło.

Ra­smus opie­ra czoło o szybę. Na pa­ra­pe­cie stoi rząd do­ni­czek z nie­wiel­ki­mi pe­tu­nia­mi. Za­wsze tu stoją. Te same małe do­nicz­ki. Te same nie­wiel­kie pe­tu­nie. Tak jak wszyst­ko, co mają w domu. Wszyst­ko, co tu jest, za­wsze się tu znaj­do­wało.

Któregoś razu, kie­dy Ra­smus miał trzy lata, z wiel­kim sku­pie­niem po­zry­wał wszyst­kie kwiat­ki. Opo­wia­dają o tym, kie­dy od­wie­dzają ich goście. O tym, jak ich sy­nek ze­rwał kwiat­ki. Po­tem się śmieją.

Ra­smus chu­cha na szybę. Pi­sze coś pal­cem na za­pa­ro­wa­nej po­wierzch­ni.

- Ra­smus!

Te­raz stoi w drzwiach do po­ko­ju. Za­uważa go i uspo­ka­ja się.

- Aha, tu je­steś. A nie mógłbyś od­po­wia­dać, jak się cie­bie woła?

Pod­cho­dzi do nie­go i de­li­kat­nie prze­su­wa ręką po jego włosach i kar­ku.

- Co tu ro­bisz? Dla­cze­go nie ba­wisz się na dwo­rze?

Sied­mio­la­tek nie ru­sza się z miej­sca, jego twarz jest tyl­ko kil­ka cen­ty­metrów od szy­by. Za­fa­scy­no­wa­ny wpa­tru­je się w na­pis. Nie może się ode­rwać od tego cudu.

- Na­pi­sałem swo­je imię. Zo­bacz! Na­pi­sałem Ra­smus.

Jego imię.

- Jest na­pi­sa­ne Ra­smus, tak!

Mat­ka zmie­nia te­mat roz­mo­wy. Sta­ra się, żeby jej głos brzmiał dziar­sko i po­god­nie.

- Wiesz, wi­działam, że Erik bawi się na dwo­rze z ja­kimś ko­legą. Nie za­py­tasz, czy mógłbyś się z nimi po­ba­wić?

Jak zwy­kle za­cho­wu­je się, jak­by jej nie słyszał, cho­ciaż stoi tuż obok nie­go. Jest całko­wi­cie zagłębio­ny w swo­im świe­cie.

- Patrz, mama! - woła zdu­mio­ny i kiwa głową w stronę szy­by; li­te­ry, które na­pi­sał pal­cem, za­czy­nają właśnie zni­kać.

- Moje imię! Zni­ka!

Do po­ko­ju wbie­ga pielęgniar­ka. Szyb­ki­mi zde­cy­do­wa­ny­mi ru­cha­mi naciąga ręka­wicz­ki. Part­ner pa­cjen­ta moc­no przy­ci­ska ucho do ust cho­re­go, głasz­cze go po czo­le i prze­raźli­wie krzy­czy, że jego chłopak nie od­dy­cha.

Pielęgniar­ka wyciąga z kie­sze­ni małe lu­ster­ko i przy­trzy­mu­je je tuż nad usta­mi pa­cjen­ta.

Chciałaby po­wie­dzieć: "Proszę nie hi­ste­ry­zo­wać!".

Nie mówi tego jed­nak.

- Ależ tak, od­dy­cha. Proszę spoj­rzeć! - uspo­ka­ja.

Lu­ster­ko jest lek­ko za­pa­ro­wa­ne.

Li­te­ry jego imie­nia widać jesz­cze na za­pa­ro­wa­nej szy­bie.

Mat­ka gładzi go po po­licz­ku, jest zmar­twio­na i pełna po­dzi­wu. Syn jest jej wiel­kim i je­dy­nym cu­dem. On je­den na­da­je sens jej życiu.

Do­ty­ka go tak ostrożnie, jak­by się bała, że w rze­czy­wi­stości nie ist­nie­je, że jest tyl­ko maleńką ska­listą wy­sepką, do której do­cie­ra się tyl­ko raz i już nig­dy więcej, jak­by był wodą pa­rującą pod wpływem ciepła jej rąk, jak­by w każdej chwi­li mógł się roz­puścić i zniknąć.

On, je­dy­ny cud jej życia.

Jej miłość do nie­go - oczy­wiście, że jest radością, szczęściem i tak da­lej - ale jest też za­wsze nie­po­ko­jem i smut­kiem.

Wie, że nie wol­no jej tak czuć, ale tak czu­je.

Smu­tek jest gęsty jak sza­re za­chmu­rzo­ne nie­bo, jak potężny ucisk w pier­siach, z którym, wie o tym, musi się na­uczyć żyć, bo to brze­mię to ciężar jej syna. Albo ra­czej - nie­obec­ności jej syna.

Ból fan­to­mo­wy.

Kie­dy był nie­mow­la­kiem, sta­wał na jej pier­siach, pod­trzy­my­wała go rękami, a on się śmiał, jego oczy były pełne szczęścia i radości, czuła jego ciężar na­ci­skający na jej ciało.

Ten sam ucisk, to samo brze­mię czu­je za­wsze, a zwłasz­cza wte­dy, gdy nie ma go przy niej.

Czu­je jego ciężar, wagę, gdy­by tyl­ko mogła go zo­ba­czyć, spraw­dziłaby, czy się śmie­je, czy ma ra­do­sne oczy, ale nie może go wi­dzieć, może tyl­ko zawołać, jak echo albo cień, i wte­dy ro­zu­mie, czym byłaby praw­dzi­wa roz­pacz: stra­cić go, nig­dy więcej nie móc zo­ba­czyć, nig­dy więcej do­tknąć, mieć tyl­ko ów ciężar i brze­mię, i fan­to­mo­wy ból w pier­si.

Jego brak.

Po­tra­fi być bli­ska płaczu na­wet wte­dy, gdy ma go przy so­bie, kie­dy stoi tuż obok niej, a ona z nie­do­wie­rza­niem głasz­cze go po kar­ku, po włosach, bo wie, że on za­cznie się od­da­lać. W końcu tak się musi stać: od­da­li się od niej.

Rozpłynie się jak para, jak po­ran­na mgła.

Taki kru­chy, taki dro­go­cen­ny.

Do­ty­ka go obezwład­nio­na czułością i nie­po­ko­jem, wi­dzi, jak Erik sąsiadów bawi się z ja­ki­miś dzie­cia­ka­mi po dru­giej stro­nie uli­cy, Ra­smus nie po­wi­nien być tu z nią, po­wi­nien być tam, z in­ny­mi, po­wi­nien bie­gać do­okoła i hałaso­wać, a nie stać tu­taj, chu­chać na szybę i pisać pal­cem swo­je imię na za­pa­ro­wa­nym szkle.

- Dla­cze­go nie pójdziesz na dwór po­ba­wić się z in­ny­mi dziećmi?

Nie ocze­ku­je od­po­wie­dzi. Jest tak, jak­by już te­raz był gdzieś da­le­ko.

W in­nym świe­cie.

Mi­jają lata. Przed ocza­mi prze­su­wają się kra­jo­bra­zy. Ra­smus wygląda na zewnątrz. Odeszło dzie­ciństwo. Jego twarz od­bi­ja się w szy­bie.

Prze­dział, w którym sie­dzi, jest pu­sty. Cza­sem zagląda na pa­pie­ro­sa jakiś mężczy­zna z części dla nie­palących, pali, nie mówiąc do Ra­smu­sa ani słowa, na­wet nie kiw­nie głową w jego stronę. Po­tem wy­cho­dzi. Me­ta­lo­we po­piel­nicz­ki są pełne petów. Na małej ta­blicz­ce pod oknem na­pis, że nie wol­no się wy­chy­lać ani wy­rzu­cać przed­miotów mogących wywołać pożar lub wyrządzić inne szko­dy.

Ra­smus ma na so­bie bu­drysówkę taty. Jest trochę za duża, może się w niej scho­wać, owinąć nią. Na zewnątrz pola i lasy, jakaś szo­sa, jakaś mała miej­sco­wość.

Prze­dział to kap­suła. Ra­smus znaj­du­je się w dro­dze. Wyj­dzie stąd w swo­je nowe życie. Już nig­dy nie powróci. Jest w dro­dze do domu, którego nig­dy nie wi­dział.

Drzwi otwie­ra kon­duk­tor. Jego mun­dur wzbu­dza re­spekt. Ma sze­roką brodę, ciem­ny kil­ku­dnio­wy za­rost. Ciepłe, brązowe oczy.

- Następna sta­cja Ka­tri­ne­holm - mówi. - Po­tem Södertälje södra.

Ra­smus próbuje uchwy­cić jego wzrok. Ich spoj­rze­nia na chwilę się spo­ty­kają. Jak­by się wza­jem­nie spraw­dza­li, za­wie­ra­li ro­dzaj umo­wy. A może tak się tyl­ko Ra­smusowi zda­je.

Kon­duk­tor za­my­ka drzwi prze­działu i idzie da­lej wzdłuż pociągu. Ra­smus drży, po­chy­la się do przo­du, zasłania oczy rękami, po­tem znów przy­ci­ska twarz do szy­by.

Pew­ne­go razu na po­go­to­wiu młody le­karz do­tknął go z ostrożną miękkością, która całko­wi­cie go obezwładniła. On też miał ciepłe brązowe oczy, ta­kie jak kon­duk­tor.

Pew­ne­go razu w pociągu z ?mot­fors do Char­lot­ten­berg obcy mężczy­zna sie­dział tak bli­sko, że go do­ty­kał. Przy­ci­skał ko­la­no do ko­la­na Ra­smu­sa, cho­ciaż nie mu­siał. Spędzi­li w ten sposób nie­mal całą drogę.

Był to ro­dzaj umo­wy.

Pew­ne­go razu na ba­se­nie w Arvi­ce jakiś star­szy fa­cet zaczął się do­ty­kać, kie­dy zo­sta­li tyl­ko we dwóch w sau­nie. Ra­smus czuł na­ra­stającą pa­nikę. Nie miał ręczni­ka, żeby się za­kryć. Fa­cet był dość przy­stoj­ny. Ra­smus miał może szes­naście lat. Później fa­cet próbował go zwa­bić do swo­jej ka­bi­ny w prze­bie­ral­ni. Było to tak prze­możne, że aż nie do udźwi­gnięcia.

A te­raz kon­duk­tor, który po­pa­trzył mu prze­ciągle w oczy. Małe, krótkie, prze­lot­ne kon­tak­ty. Ni­cze­go źle nie zro­zu­miał, nie sądzi, by tak było. Coś się między nimi zda­rzyło. Przy­na­leżeli do sie­bie.

Już pora, żeby na­deszło coś więcej. Ma dzie­więtnaście lat. Musi się wy­do­stać na po­wierzch­nię. I właśnie to robi. Dla­te­go sie­dzi w kap­su­le.

Gdy wysiądzie, wej­dzie w coś in­ne­go.

Chu­cha na szybę i pi­sze swo­je imię. Przed ocza­mi prze­su­wają się kra­jo­bra­zy.

Po­przed­nie­go wie­czo­ru, kie­dy Ra­smus się pa­ko­wał, do jego po­ko­ju weszła Sara z ubra­nia­mi i rze­cza­mi, które jej zda­niem po­wi­nien z sobą za­brać. Świeżo wy­pra­so­wa­ne ko­szu­le, ręczni­ki, na ko­niec w ręce zo­stała jej jego ma­tu­ral­na czap­ka, zakręciła nią.

- Może przy­da ci się ta czap­ka?

- Mamo, błagam, na co mi ona w Sztok­hol­mie?

- Tak... nie... ja... no nie wiem.

Zro­bił jej przy­krość. Za­uważył to. Do­tknięta strzepnęła czapkę ręką.

- Aha. Wo­bec tego ja ją so­bie zo­sta­wię. Na ra­zie.

Po­tem położyła czapkę jak tro­feum w sa­lo­nie na re­pre­zen­ta­cyj­nej półce. Żeby zro­bić dla niej miej­sce, ze złością od­sunęła fo­to­gra­fię ślubną. Do­praw­dy, niech chłopak zo­ba­czy, jak cen­na jest ta czap­ka! Na półce stoją ro­dzin­ne zdjęcia i piękny chiński wa­zon, poza tym kil­ka książek. Ha­rald za­pi­sał się do klu­bu wy­daw­nic­twa Do­bre Książki i te­raz zbie­ra ich wie­lo­to­mo­wy słownik. Na ra­zie mają czte­ry części, ale cały czas wy­chodzą ko­lej­ne.

Ha­rald oglądał te­le­wizję.

W dzien­ni­ku po­ka­zy­wa­li wy­wiad ze zwy­cięzcą wy­borów, Olo­fem Pal­mem. Przez cienką ścianę swo­je­go po­ko­ju Ra­smus słyszał jego do­bit­ny głos.

Te­raz tata jest za­do­wo­lo­ny, wie­dział o tym. So­cjal­de­mo­kra­ci wrócili do władzy, zakończyło się sześć lat bez­sen­sow­ne­go błądze­nia rządów burżuazyj­nych.

Wy­so­kie nie­bo. Zim­ny dzień mimo słońca. Dzień, w którym zo­sta­wia za sobą swo­je dzie­ciństwo. Za­pach je­sie­ni i roz­sta­nia. Drze­wa pełne jabłek.

Otwar­ty bagażnik. Ha­rald pa­ku­je wa­liz­ki. Sara cho­dzi w tę i z po­wro­tem między sa­mo­cho­dem a do­mem, napięta jak stru­na. Krzyżuje ra­mio­na na pier­siach. Jak­by się bała, że o czymś za­po­mni.

Po dru­giej stro­nie dro­gi przy sta­cji ben­zy­no­wej stoją młodzi chłopcy.

- Zo­bacz tam, jest Erik i resz­ta! - Nie może się po­wstrzy­mać Sara.

Ma­cha ręką na po­wi­ta­nie. Może chce, żeby ją zo­ba­czy­li. W końcu to ko­le­dzy Ra­smu­sa z dzie­ciństwa. Woła do nich.

- Erik!

Chłopcy widzą ich, ale od­wra­cają się ple­ca­mi. Ra­smus też od­wra­ca twarz.

Sara opusz­cza rękę. Nie­pew­nie. Nie wie, co zro­bić. Myśli o wszyst­kich chwi­lach, kie­dy próbowała tych cho­ler­nych gównia­rzy jakoś prze­ku­pić. Ciast­ka­mi, bułecz­ka­mi, cu­kier­ka­mi. Chodźcie po­ba­wić się z Ra­smu­sem! Ha­rald za­trzas­kuje bagażnik. Rzu­ca spoj­rze­nie na chłopaków po dru­giej stro­nie dro­gi. Po­tem ze spo­ko­jem sa­do­wi się na miej­scu kie­row­cy.

- No to do­bra. Je­dzie­my.

W sa­mo­cho­dzie siedzą w mil­cze­niu. Ha­rald pro­wa­dzi. Ra­smus sie­dzi z tyłu. Prze­jeżdżają po­wo­li przez Kop­pom.

Ra­smus spogląda na domy, skle­py i warsz­ta­ty po dro­dze: sklep z narzędzia­mi, z obu­wiem, sta­cja ben­zy­no­wa, jego sta­ra pod­stawówka, gim­na­zjum i Kop­pom-shop, w którym można kupić naj­bar­dziej bez­na­dziej­ne dżinsy świa­ta oraz ubran­ka dla dzie­ci.

Mi­jają sklep żela­zny, pa­pier­nik U Wal­de­ma­ra, Astrid - Fry­zjer­stwo Dam­skie i sklep elek­tro­nicz­ny. Ar­ty­kuły bu­dow­la­ne, kie­dyś był tu też przy­sta­nek szy­no­bu­su. Bank spółdziel­czy, sklep spożyw­czy, Wo­jewódzka Kasa Oszczędności i bi­blio­te­ka. W jej piw­ni­cy działał klub młodzieżowy pro­wa­dzo­ny przez pa­sto­ra, Ra­smus nie­na­wi­dził go chy­ba naj­bar­dziej z całego Kop­pom.

Prze­jeżdżają obok ko­lej­ne­go spożyw­cze­go, sta­cji ben­zy­no­wej Shell, Fa­ger­grens - Kon­fek­cja Dam­ska, domu kul­tu­ry i cu­kier­ni U Bos­se­go, która rok temu zy­skała no­we­go właści­cie­la, a że jego żona po­cho­dziła z Fi­li­pin, spo­wo­do­wało to zmianę na­zwy na Café Phi­lip­pi­nes. Obok cu­kier­ni widać daw­ne zakłady pra­cy, Frank Dahl­bergs AB, gdzie za­trud­nio­ny był nie­gdyś Ha­rald, za­nim fir­ma zban­kru­to­wała w 1973 roku. Po­tem przyjęli go do fa­bry­ki amu­ni­cji Nor­ma w ?mot­fors, gdzie pra­cu­je do dziś na sta­no­wi­sku sze­fa działu w wytwórni na­bojów.

Mi­jają stację ko­le­jową, Kasę Ubez­pie­czeń, pocztę i Bank Warm­landz­ki, ap­tekę, w której pra­cu­je Hol­ger, i ośro­dek zdro­wia, gdzie pra­cu­je mama.

Jadą przed sie­bie, widząc to wszyst­ko, a Ra­smus myśli, że to po raz ostat­ni. Już nig­dy tu nie wróci.

Za­ra­zem wie, że przy­je­dzie po­now­nie na święta.

- Mo­gli się cho­ciaż przy­wi­tać - przeżywa mama.

Ra­smus wzdy­cha.

- Ja też się nie przy­wi­tałem.

- No prze­cież cho­dzi­liście przez dzie­więć lat do jed­nej kla­sy - wy­bu­cha mama, w jej głosie słychać roz­pacz.

Ta­kie nie­po­wo­dze­nie. Ko­le­ga z dzie­ciństwa, który miesz­kał na­prze­ciw­ko przez wszyst­kie lata, po pro­stu od­wra­ca się tyłem.

Milczą, aż tata czu­je, że musi coś po­wie­dzieć.

- Och, Ra­smus to do­bry chłopak - mówi.

*

- Łapać go!

Krzyk na szkol­nym dzie­dzińcu. Zima do­pi­sała. Spadło mnóstwo śnie­gu. Trud­no biec przez śnieg w kom­bi­ne­zo­nie, bu­tach z cho­lew­ka­mi, czap­ce uszan­ce i ręka­wicz­kach. Nie sposób się po­ru­szać. Ser­ce wali pod ciepłym pod­ko­szul­kiem, swe­trem i kurtką. Ra­smus się poci. Ko­le­dzy z kla­sy gonią go, do­pa­dają, prze­wra­cają na ple­cy. Gdzieś tam jest słońce, ale nie­mal go nie widać na sza­rym nie­bie. Tchórzli­wy świa­dek. Na­gie drze­wa. Na dzie­dzińcu brzyd­kie brud­ne kopy śnie­gu ze­pchnięte przez pług śnieżny.

Je­den chłopak sia­da mu na klat­ce pier­sio­wej, rozkłada ra­mio­na, przy­ci­ska je ko­la­na­mi i rękami.

Dru­gi chłopak, Erik, ten ze sta­cji ben­zy­no­wej na­prze­ciw­ko ich domu, wrzesz­czy prze­raźli­wie, żeby go nie pusz­cza­li.

Jego głos przy­po­mi­na rżenie ko­nia.

Ra­smus ma jesz­cze trochę siły. Wal­czy, żeby się wy­rwać. Nie może się po­ru­szać w ciepłych ubra­niach i w kom­bi­ne­zo­nie. Wszyst­ko jest jak­by stłumio­ne. Chłopak, który sie­dzi mu na pier­si, utrzy­mu­je się tam bez żad­ne­go pro­ble­mu.

Erik nadal wy­krzy­ku­je swo­je wrza­skli­we roz­ka­zy, jak ofi­cer.

- Wy­ta­rza­ja­cie go! Kur­wa, wy­ta­rzaj­cie!

Ko­lej­ny chłopak na­bie­ra śnie­gu i na­cie­ra go nim. Wci­ska mu go w twarz, wpy­cha pod ko­szulkę, na pier­si i brzuch. Zmrożony śnieg kłuje w twarz.

Jest zim­ny, ostry i su­chy.

Ko­lej­ny chłopak przy­bie­ga ze śnie­giem ob­si­ka­nym przez psa. Jest zupełnie żółty. Wcie­rają mu go w twarz, wci­skają w usta, między war­gi.

W oknie po­ko­ju na­uczy­ciel­skie­go stoi na­uczy­ciel, scho­wa­ny do połowy za fi­ranką. Pali i wygląda na dwór z obojętną miną, wi­dzi chłopców, którzy przewrócili ko­legę na zie­mię i na­cie­rają go śnie­giem. Słyszy ich pod­nie­co­ne wrza­ski, ale do­chodzące do nie­go dźwięki są wy­ci­szo­ne, od­ległe, nie ob­chodzą go.

Mężczy­zna zaciąga się pa­pie­ro­sem, wy­pusz­cza dym przez nos. Za nim sta­je inny na­uczy­ciel z filiżanką kawy. Mie­sza łyżeczką. On też wygląda przez okno. Wi­dzi to samo. Czu­je, że spra­wa wy­ma­ga ko­men­ta­rza. Może dla­te­go, że należy wyjaśnić, cze­mu za­trzy­mał się tuż przy ko­le­dze. Wy­pa­dałoby po­wie­dzieć coś grzecz­nościo­we­go.

- No tak, chłopa­ki! - mówi.

Po­tem pod­no­si filiżankę do ust i wy­pi­ja łyk kawy.

Dru­gi mężczy­zna wy­dmu­chu­je no­sem dym i wzdy­cha.

- Tak.

Przez chwilę mil­czy. Pa­trzy na dzie­dzi­niec. Na chłopców bijących przewróco­ne­go na zie­mię dzie­cia­ka. Na sza­re nie­bo. Na słońce, które nie może się prze­bić zza chmur.

Zno­wu wzdy­cha.

- Ależ roz­ra­biają.

Z na­mysłem zaciąga się jesz­cze raz. Wy­pusz­cza dym. Dru­gi na­uczy­ciel od­cho­dzi, żeby od­sta­wić brudną filiżankę.

*

Był czas, że na­sze dzie­ciństwo trwało wiecz­ność całą.

Cho­ciaż można je zmie­rzyć tym, z cze­go wyrośliśmy, co spłowiało, sprało się.

Ubra­nia­mi już nie do użycia, które upra­no, upra­so­wa­no i powkłada­no do pudeł, gdzie będzie się je prze­cho­wy­wać. Jak re­li­kwie.

Samo do­ra­sta­nie jest jed­nak nie­zau­ważalne, chy­ba że przyglądamy mu się z pew­nej od­ległości - przy­cho­dzi­my tyl­ko cza­sem w od­wie­dzi­ny, po­wiedz­my raz na pół roku, i możemy wte­dy za­uważyć, jak ktoś wy­strze­lił w górę.

Jeśli je­steś bli­sko, wy­da­je się, że nic się nie zmie­nia.

Jeśli je­steś uwięzio­ny bez dro­gi uciecz­ki.

Wcze­sny ra­nek. Jest gru­dzień, jesz­cze przez parę go­dzin będzie ciem­no.

Ra­smus zjadł śnia­da­nie. Płatki ku­ku­ry­dzia­ne z cu­krem i mle­kiem oraz bułka maślana z to­pio­nym ser­kiem. Stoi te­raz w swo­jej brązo­wej piżamie o zbyt krótkich no­gaw­kach. Są na niej ra­do­sne na­gie ko­bie­ty na ro­we­rach.

- Co za ab­sur­dal­ny wzór na dzie­cięcą piżamę! - syknęła Sara, kie­dy Chri­sti­ne, ciot­ka Ra­smu­sa, mu ją przy­niosła. Ra­smus ko­chał jed­nak tę piżamę bar­dziej niż ja­kie­kol­wiek inne ubra­nie, a te­raz piżama jest zużyta, spłowiała i za mała, niedługo Sara w ostat­nim geście miłości upie­rze ją, wy­pra­su­je, złoży i gdzieś scho­wa.

Gołe sto­py na zim­nej podłodze. Uda przy­ciśnięte do ciepłego ka­lo­ry­fe­ra. Jak za­wsze Ra­smus stoi tu i wygląda przez okno w sa­lo­nie. W szy­bie oprócz jego twa­rzy od­bi­ja się elek­trycz­ny sied­mio­ra­mien­ny świecz­nik ad­wen­to­wy. Już wkrótce święta. Przyjdą cio­cia Kjer­stin z mężem Sti­giem i cio­cia Chri­sti­na, i sąsiad Hol­ger, który nie ma ro­dzi­ny, on też tu będzie.

Ra­smus będzie je­dy­nym dziec­kiem. Za­wsze tak było. Kjer­stin i Stig nie mają dzie­ci. Wszyst­ko robi się dla Ra­smusa. To on znaj­du­je się w cen­trum uwa­gi. Dźwiga tę od­po­wie­dzial­ność z dużą po­wagą.

Zo­stały jesz­cze dwa ty­go­dnie do końca se­me­stru. Za dzień, dwa Sara wyciągnie pudła z kra­sna­la­mi i mikołaja­mi.

Mają tyle kra­sna­li, że aż trud­no w to uwie­rzyć.

Na jabłoniach, krza­kach róży i me­blach ogro­do­wych leży nie­wzru­sze­nie ciężki śnieg.

Na jed­nej jabłonce Ha­rald za­wie­sił huśtawkę.

Ra­smus bujał się, aż wy­pa­trzy­li go chłopcy z sąsiedz­twa. Stanęli przy płocie i się ga­pi­li. Próbował ich zi­gno­ro­wać, ale w końcu tak się za­wsty­dził, że już nie dało rady. Od tej pory huśta się tyl­ko wte­dy, gdy oj­ciec robi mu wy­rzu­ty, że nig­dy nie ko­rzy­sta z huśtaw­ki.

Wszyst­ko jest nie­ru­cho­me. Jabłonie. Me­ble ogro­do­we. Huśtaw­ka.

Za do­mem sąsiadów nie­bo ma różowy od­cień. W ich kuch­ni pali się światło. Pew­nie sie­dzi tam Erik i je śnia­da­nie.

Ra­smus opie­ra czoło o szybę. Chu­cha na szkło, pi­sze na za­pa­ro­wa­nej po­wierzch­ni.

Z łazien­ki wy­cho­dzi Ha­rald. Goli się elek­tryczną ma­szynką. Robiąc to, za­wsze cho­dzi między łazienką a kuch­nią, w tę i z po­wro­tem, i nuci coś pod no­sem. Ra­smus lubi, kie­dy oj­ciec się goli. Nie wie dla­cze­go.

Tata jest z wy­kształce­nia inżynie­rem i pra­cu­je w la­bo­ra­to­rium ba­daw­czym fir­my Frank Dahl­berg AB, która znaj­du­je się w świa­to­wej czołówce, jeśli cho­dzi o kol­ce do opon kol­co­wa­nych. Pro­duk­cja od­by­wa się w miej­sco­wości Skil­ling­mark, tuż przy gra­ni­cy z Nor­we­gią. W Kop­pom pro­du­kują ma­te­riały wygłuszające dla prze­mysłu sa­mo­cho­do­we­go, sa­mo­przy­lep­ne izo­la­cje do sa­mo­chodów, które wy­ci­szają re­zo­nans i tym po­dob­ne - mają też właśnie la­bo­ra­to­rium ba­daw­cze, gdzie za­trud­nio­ny jest Ha­rald.

Tata przy­sta­je, bo za­uważył Ra­smu­sa.

- Jesz­cze nie­ubra­ny? - woła zdu­mio­ny. - Sara? - krzy­czy. - Ra­smus jest nadal w piżamie!

Sara wy­cho­dzi z kuch­ni w szla­fro­ku, pa­pi­lo­tach i oku­la­rach do czy­ta­nia, z ga­zetą "Nowości Warm­landz­kie" w ręku.

- Ależ Ra­smus - mówi z wy­rzu­tem - prze­cież spóźnisz się do szkoły! Chy­ba tego nie chcesz?

Ra­smus nie od­po­wia­da. Słyszy, co mówi mat­ka, ale to do nie­go nie do­cie­ra. Opie­ra czoło o szybę, czu­je tyl­ko chłód na skórze.

- Ra­smus! Słyszysz, co mówię? Spóźnisz się do szkoły!

Mama jest jak roz­gnie­wa­ny ptak, który chce roz­dzio­bać jego chłodną powłokę. Dla­cze­go musi to robić?

Pa­trzy na nią. Nie ro­zu­mie, dla­cze­go ona to robi.

Dla­cze­go go zmu­sza.

Po­tem od­wra­ca od niej głowę i wy­mio­tu­je.

Cza­sa­mi, kie­dy Ra­smus jest w szko­le, wcho­dzi do jego po­ko­ju z jakąś małą sprawą, może to być książka lub za­baw­ka, którą trze­ba od­sta­wić na miej­sce. Zda­rza się, że przy­siądzie na jego łóżku i przez jakiś czas sie­dzi tam, gładząc ręką na­rzutę.

To ro­dzaj mo­dli­twy. Pokój syna jest jak mała ka­plicz­ka. Kie­dy wy­su­wa szu­fladę, żeby włożyć do niej ja­kieś ubra­nie, coś się w niej roz­pa­da. Ubra­nia w szu­fladach Ra­smu­sa są tak sta­ran­nie złożone, że przy­po­mi­nają sztyw­ne małe pa­czusz­ki lub moc­no zaciśnięte pięści.

Ra­smus sam je tak układa.

Po­tra­fi całymi go­dzi­na­mi wyj­mo­wać w głębo­kim sku­pie­niu wszyst­kie ubra­nia na podłogę, a po­tem składać je i cho­wać z po­wro­tem.

To właśnie wte­dy, gdy Sara wi­dzi skru­pu­lat­nie poskłada­ne ko­szul­ki i spodnie, coś się w niej roz­pa­da. Jakże zdoła ochro­nić swo­je­go maleńkie­go?

Te wszyst­kie równo złożone, sztyw­no po­zwi­ja­ne ubra­nia.

Nig­dy, nig­dy nie myślała, że można tak bar­dzo kogoś ko­chać.

Ha­rald wkłada wa­liz­ki Ra­smu­sa na półkę bagażową.

Ra­zem z Sarą wszyst­ko mu zor­ga­ni­zują. Tak, wszyst­ko się kręci wokół Ra­smu­sa. Nic nie można na to po­ra­dzić. Jest ich je­dy­nym dziec­kiem.

To w ogóle cud, że Ha­rald zo­stał jed­nak oj­cem. Przez wie­le lat nie wie­rzył, że to możliwe. Nie on. Już pra­wie po­go­dził się z tym, że zo­stanie sta­rym ka­wa­le­rem, zro­zu­miał, że pew­nie taki już jego los.

Tu­taj w północ­no-za­chod­niej Warm­lan­dii nie było to zno­wu ta­kie nie­ty­po­we. Żeby się nie ożenić. Wy­star­czy po­pa­trzeć na Hol­ge­ra, ich sąsia­da i przy­ja­cie­la.

W końcu jed­nak Ha­rald spo­tkał Sarę, zupełnie przez przy­pa­dek. Dokład­nie tak, jak w pio­sen­ce Mo­ni­ki Z. Byli już obo­je ciut po trzy­dzie­st­ce, tak, Sara na­wet o rok star­sza.

Za­le­cał się do jej sio­stry, Kjer­stin, która miesz­kała wte­dy w Karl­stad. To zna­czy za­le­cał, nie za­le­cał, mie­li iść do kina i z ja­kie­goś po­wo­du Kjer­stin za­py­tała, czy jej star­sza sio­stra mogłaby pójść z nimi. Przy­je­chała właśnie w od­wie­dzi­ny do Karl­stad, no i tak to się zaczęło.

Kjer­stin wyszła po­tem za chłopa­ka o imie­niu Stig, więc wszyst­ko się dla wszyst­kich szczęśli­wie skończyło.

- Pokaż bi­let!

Ra­smus pod­no­si bi­let, Sara prze­krzy­wia głowę i mruży oczy, żeby le­piej wi­dzieć.

- Miej­sce siódme, to tam, przy oknie!

Po­ka­zu­je pal­cem.

- Co za szczęście! Będziesz mógł so­bie po­wyglądać, nie będziesz się nu­dził...

- No, jeśli sami nie chce­my po­je­chać, to mu­si­my wy­sia­dać - prze­ry­wa Ha­rald, spoglądając na ze­ga­rek.

Ha­rald, Sara i Ra­smus wy­chodzą, żeby się pożegnać na małym pe­ro­nie w ?mot­fors.

Tuż obok sta­cji znaj­du­je się nowe miej­sce pra­cy Ha­ral­da. Nor­ma. Fir­ma pro­du­kująca amu­nicję. W su­mie to nie taka nowa pra­ca. Ha­rald jest tam, odkąd przed­siębior­stwo Frank Dahl­berg zban­kru­to­wało dzie­sięć lat temu.

Te­raz stoją na sta­cji. Tak to już jest.

W ich gmi­nie jest tyl­ko za­wodówka i szkoła go­spo­dar­stwa do­mo­we­go. Żeby pójść do praw­dzi­wej szkoły śred­niej ze spro­fi­lo­wa­ny­mi kla­sa­mi, trze­ba składać pa­pie­ry do li­ceum Sol­ber­ga w Arvi­ce.

Było oczy­wi­ste, że po pod­stawówce Ra­smus będzie się da­lej uczył. Co miałby robić w za­wodówce?

Dla­te­go przez trzy lata każdego ran­ka wsia­dał do au­to­bu­su szy­no­we­go na przy­stan­ku przed skle­pem z ar­ty­kułami bu­dow­la­ny­mi i je­chał do Arvi­ki, gdzie uczył się w kla­sie o pro­fi­lu hu­ma­ni­stycz­nym. Wsta­wał za piętnaście szósta i wra­cał do domu do­pie­ro wie­czo­rem.

Można było zor­ga­ni­zo­wać mu miesz­ka­nie w Arvi­ce, wra­całby wte­dy do domu tyl­ko na week­en­dy. Ucznio­wie dojeżdżający z da­le­ka, z Kop­pom czy ?rjäng, za­wsze tak robią. Miesz­kają na stan­cji u ja­kiejś sa­mot­nej pani, która chce pod­re­pe­ro­wać do­mo­wy budżet, albo znaj­dują po­ko­ik z wnęką ku­chenną w pry­wat­nej, mniej­szej ka­mie­ni­cy czyn­szo­wej i dzielą go z ko­legą.

Ra­zem z Ra­smu­sem do li­ceum Sol­ber­ga cho­dzi jesz­cze pięcio­ro dzie­ciaków z Kop­pom, wszy­scy miesz­kają na miej­scu i jeżdżą do domów tyl­ko na week­en­dy, ale Sara nig­dy by się na coś ta­kie­go nie zgo­dziła.

Poza tym cała piątka należy do kościoła mi­syj­ne­go w Kop­pom i Ra­smus się z nimi nie za­da­je.

W za­sa­dzie w całej szko­le ma kon­takt tyl­ko z dwie­ma dziew­czy­na­mi. Stają się jego pierw­szy­mi przy­ja­ciółkami. Ga­briel­la i My.

Ga­briel­la jest duża i pełna ener­gii, uczy się w kla­sie o pro­fi­lu eko­no­micz­nym, ma śred­nią 5,0, bluzkę La­co­ste z po­sta­wio­nym kołnie­rzy­kiem i swe­te­rek z ja­gnięcej wełny. Do swe­ter­ka przy­pięty jest za­wsze zna­czek MUF - młodzieżówki Par­tii Mo­de­ratów.

W su­mie nie po­win­no jej nic łączyć z Ra­smu­sem, ale z ja­kie­goś po­wo­du wzięła go pod skrzydła już w pierw­szym ty­go­dniu szkoły, po czym sta­li się naj­dziw­niejszą parą li­ceum Sol­ber­ga.

Ga­briel­la po pro­stu za­pro­siła go ofi­cjal­nie na przekąskę w Nor­dell, na­je­le­gant­szej ka­wiar­ni w Arvi­ce, z kel­ne­ra­mi, kawą w srebr­nym czaj­ni­ku i na­po­le­on­ka­mi, i kie­dy na­tu­ral­nie weszła w rolę go­spo­dy­ni, na­le­wając so­bie i jemu kawy ze śmie­tanką i częstując go ciast­kiem, prze­pro­siła, nie­ja­ko przy oka­zji, za bez­pośred­niość i po pro­stu po­wie­działa:

- Ależ ty mu­sisz być ho­mo­sek­su­alistą!

Nie cze­kając na od­po­wiedź, wyjaśniła, że była już w związku z dwie­ma dziew­czy­na­mi z kla­sy, ale jest ra­czej bi­sek­su­al­na, bo naj­bar­dziej ko­cha się w swo­im wy­cho­waw­cy, co jest zupełnie bez­na­dziej­ne, bo wy­cho­waw­ca ma żonę, która jest po­twor­nie nud­na i trzy­dzieści lat star­sza od niej.

Roześmiała się, a po­tem wchłonęła połowę na­po­le­on­ki na­raz.

Ga­briel­la na­prawdę wzięła Ra­smu­sa sztur­mem.

Mówi się, że każdy ho­mo­sek­su­ali­sta ma własną hi­sto­rię co­ming outu.

Ra­smus jed­nak nig­dy go nie zro­bił. Przy­jaźnie, acz zde­cy­do­wa­nie i bez grzecz­nościo­we­go py­ta­nia, czy można, zo­stał wy­au­to­wa­ny przez Ga­briellę.

Z po­dob­nym zde­cy­do­wa­niem, z ja­kim uczy­niła Ra­smu­sa swo­im po­wier­ni­kiem, Ga­briel­la za­bie­gała o względy wy­cho­waw­cy.

- Ernst, ze wszyst­kich pa­skud­nych imion ten cho­ler­nik musi mieć na imię Ernst! - ma­ru­dziła pod­czas jed­ne­go z wie­lu popołudni poświęco­nych wałko­wa­niu z Ra­smu­sem ist­nie­nia i po­czy­nań wy­cho­waw­cy, a że - jak wia­do­mo - wy­trwałość popłaca, w ostat­niej kla­sie li­ceum Ga­briel­la sie­działa w sa­mo­cho­dzie na­uczy­cie­la, scho­wa­nym gdzieś na par­kin­gu, i słuchała jego płaczu oraz wy­znań, że nie ko­cha żony, bo tak na­prawdę to ko­cha ją, ale to nie­do­brze, bo ona jest jego uczen­nicą.

Po­tem płakał jesz­cze trochę nad swo­im okrut­nym lo­sem, żeby później nie­zdar­nie się do niej do­brać i upra­wiać z nią seks na tyl­nym sie­dze­niu.

Wy­cho­waw­ca za­wsze wy­da­wał się bar­dzo bied­ny.

O tym wszyst­kim Ga­briel­la zwykła opo­wia­dać Ra­smu­so­wi, kie­dy po­pi­ja­li kawę w szkol­nej ka­wia­ren­ce, w Kul­tu­ral­nej, w Nor­dell lub w ka­wiar­ni domu to­wa­ro­we­go Do­mus.

Związek z wy­cho­wawcą miał dra­ma­tycz­ne zakończe­nie.

Pod­czas se­me­stru let­nie­go, za­le­d­wie mie­siąc przed końcem szkoły, oka­zało się, że Bel­la, jak na nią mówio­no, nie jest je­dyną dziew­czyną w kla­sie, której dane było sie­dzieć obok wy­cho­waw­cy w scho­wa­nym gdzieś na par­kin­gu sa­mo­cho­dzie i słuchać jego użala­nia się nad sobą.

Sia­dy­wała tam wier­nie co naj­mniej jesz­cze jed­na dziew­czy­na z kla­sy, Ca­ro­la; ona także naj­pierw współczuła na­uczy­cie­lo­wi, słuchając, jak mu trud­no z żoną, która go nie ko­cha, a po­tem otwo­rzyła przed nim swe kojące na­sto­let­nie łono, dając to, cze­go żona od­ma­wiała.

Ernst po pro­stu na­uczył się, jak rozkładać uczen­ni­ce na tyl­nym sie­dze­niu, i robił to ru­ty­no­wo.

Trochę łez, opo­wieść o tym, jak wiel­ki popełnia­my błąd, za­pew­nie­nie o wiecz­nej miłości, a po­tem już można otwo­rzyć roz­po­rek, z którego wy­ska­ku­je na­uczy­ciel­ski fiut.

Kur­wa mać, ależ się Bel­la wściekła, kie­dy się o tym do­wie­działa. Naj­pierw chciała wejść w po­ro­zu­mie­nie z Ca­rolą i ra­zem skon­fron­to­wać się z wy­cho­wawcą lub na­pi­sać ano­nim do jego żony albo dy­rek­to­ra szkoły, ale po­tem wyszło na jaw, że jej koleżanka z kla­sy nadal jest za­ko­cha­na i na­prawdę się spo­dzie­wa, że Ernst się dla niej roz­wie­dzie; to mniej więcej wte­dy Ga­briel­la wzniosła oczy do góry i przy­sięgła na wszyst­kie świętości, że zo­sta­nie pełno­eta­tową les­bijką i już nig­dy nie zbliży się do mężczy­zny.

Oj­ciec Ga­briel­li jest inżynie­rem, miesz­kają w naj­większym apar­ta­men­cie w Arvi­ce. Po szko­le Ra­smus często ich od­wie­dza i chętnie zo­sta­je na noc, żeby uniknąć żmud­nej podróży pociągiem do domu. Kie­dy tata Ga­briel­li kończy sześćdzie­siąt lat, Ra­smus zo­sta­je za­pro­szo­ny na przyjęcie w cha­rak­te­rze chłopa­ka jego córki i za­pre­zen­to­wa­ny ro­dzi­nie, z cze­go obo­je na­bi­jają się po­tem przez całe mie­siące.

My jest pod wie­lo­ma względami całko­wi­tym prze­ci­wieństwem Bel­li. Pod­czas gdy Ga­briel­la nig­dy nie zdej­mu­je znacz­ka MUF, My jest je­dyną w szko­le zwo­len­niczką VPK - Par­tii Le­wi­co­wo-Ko­mu­ni­stycz­nej. Jej ro­dzi­ce są rol­ni­ka­mi, mają go­spo­dar­stwo w Gun­nar­skog, miej­sco­wości jesz­cze mniej­szej niż Kop­pom. W Arvi­ce My wy­naj­mu­je mały za­kop­co­ny po­ko­ik z wnęką ku­chenną, tyl­ko prze­cznicę od szkoły, i za­zwy­czaj nie jeździ do domu na­wet na week­en­dy.

My sama so­bie szy­je pra­wie wszyst­kie ubra­nia, a resztę ku­pu­je w skle­pach z używaną odzieżą, i to właśnie jej Ra­smus za­wdzięcza swój nowy eks­tra­wa­ganc­ki styl. Sama ubie­ra się w sty­lu lat sześćdzie­siątych - z upu­dro­waną na bla­do twarzą, fio­le­tową szminką, wyraźną kreską na po­wie­kach i sta­ran­nie uta­pi­ro­wa­ny­mi włosa­mi. Ma małe, żółte zęby, są żółte od ni­ko­ty­ny, tak jak i czub­ki palców. Za­wsze mar­z­nie.

Chodzą do tej sa­mej kla­sy i ucie­kają z tych sa­mych lek­cji, przede wszyst­kim z gim­na­sty­ki, są zgod­ni, że wu­efi­sta to świ­nia, w do­dat­ku nie zno­si uczniów ze wsi i skwa­pli­wie daje im do zro­zu­mie­nia, jacy z nich wieśnia­cy.

W kla­sie My i Ra­smus za­wsze siedzą ra­zem. Na an­giel­skim pro­wa­dzo­nym przez na­uczy­cie­la, którego kon­cep­cja edu­ka­cyj­na ogra­ni­cza się do czy­ta­nia na głos li­te­ra­tu­ry an­glo­języcz­nej, pod­czas gdy ucznio­wie wyglądają przez okno, piszą do sie­bie kar­tecz­ki lub przy­sy­piają. Na fran­cu­skim, kie­dy słuchają grzmie­nia Bir­git­ty Gräns. Bir­git­ta czy Bir­git­te, jak zwy­kli ją na­zy­wać, jest mała, pulch­na i wściekła, uczy fran­cu­skie­go od nie­pa­miętnych czasów. Już w la­tach pięćdzie­siątych była na­uczy­cielką mat­ki My. Wszy­scy pa­nicz­nie się jej boją. Na­uczy­cie­le też.

Pod­czas lek­cji Bir­git­ty Gräns nie można sie­dzieć w dwóch pierw­szych ław­kach, bo Bir­git­ta ciągle plu­je i pi­sze na czar­nej ta­bli­cy z taką agresją, że wciąż łamią się kre­dy, co ona zupełnie igno­ru­je, wyj­mu­je tyl­ko nowe z pudełka, nie prze­stając mówić.

- Fran­cu­ski to naj­piękniej­szy język świa­ta! - oznaj­mia raz po raz, a kie­dy lek­cja się za­czy­na, ucznio­wie muszą wstać i ją przy­wi­tać.

- Bon­jo­ur, mes amis! - wrzesz­czy za każdym ra­zem, kie­dy wcho­dzi do kla­sy.

- Bon­jo­ur, ma­da­me! - od­po­wia­dają ucznio­wie.

Nie wie­dzieć cze­mu Ra­smus ją uwiel­bia.

Bir­git­ta ma swój pokój na sa­mej górze bu­dyn­ku szkoły, więc każdego dnia, spiesząc się na lekcję, mija ją, gdy za­dy­sza­na przy­sta­je w dro­dze na naj­wyższe piętro.

In­nym na­uczy­cie­lem, którego ko­cha Ra­smus, jest sta­ry pro­fe­sor od szwedz­kie­go, Sune Lin­dwall. Niesłycha­nie sym­pa­tycz­ny ni­ski mężczy­zna, za­wsze w musz­ce i ma­ry­nar­ce. W młodości wydał po­wieść. My i Ra­smus usiłowa­li zna­leźć ją w bi­blio­te­ce, ale nig­dy nie ma jej na półce.

Naj­lep­sze w Su­nem jest to, że tak łatwo go oszu­kać. Jeśli się go po­pro­si, po­zwa­la pra­co­wać w szkol­nej bi­blio­te­ce, a wte­dy wy­star­czy tyl­ko szyb­ko od­ro­bić za­da­nia i można spa­dać na mia­sto. W później­szym cza­sie Ra­smus będzie się śmiał z tego określe­nia, którego używa­li ra­zem z My, "spa­dać na mia­sto", jeśli jed­nak po­cho­dzi się z małej dziu­ry, jak Kop­pom czy Gun­nar­skog, to Arvi­ka na­prawdę jest mia­stem - pierw­szym "dużym mia­stem", w ja­kim byli.

Wspólnie z My i Bellą jeżdżą też cza­sem na dys­ko­tekę do Karl­stad i do Nor­we­gii. Do Ma­gnor, do Kong­svin­ger, a cza­sem na­wet do Oslo.

Wcześniej Ra­smus bywał z ro­dzi­ca­mi na potańcówkach or­ga­ni­zo­wa­nych na nie­wiel­kich par­kie­tach, dosłownie w środ­ku lasu, w lu­do­wych par­kach roz­ryw­ki jak Skil­ling­smark, Eda czy Hil­l­rings­berg - Ha­rald i Sara uwiel­biają tańczyć - w końcu jed­nak prze­sta­li tam jeździć, bo ro­dzi­ce zro­zu­mie­li, że ich syn może zo­stać po­bi­ty przez miej­sco­wych chłopaków.

Ha­rald i Sara bar­dzo to przeżyli, ich życie się jakoś skur­czyło, prze­sta­li tańczyć.

My i Ga­briel­la.

Jego dwie przy­ja­ciółki z li­ceum. Naj­bliższe koleżanki, ja­kie miał w dzie­ciństwie.

Ra­smus jest jedną z tych osób, które muszą za­czy­nać wszyst­ko od początku, na­ry­so­wać grubą linię i zacząć od nowa. Po­zwo­lić, by to, co było, zniknęło we mgle, prze­stało ist­nieć.

Jak po­ran­ny opar, ulat­niający się, gdy tyl­ko za­cznie grzać słońce.

Pójście do li­ceum w Arvi­ce stało się taką gra­nicą. Ukończe­nie li­ceum było ko­lejną.

*