PRZEDMOWA
Kiedy powiedziałam przyjaciołom i znajomym, że ponownie czytam
współczesny klasyk Joanne Greenberg Nigdy nie obiecywałam ci ogrodu
pełnego róż, podzielili się oni na dwa obozy: dla jednych była to
ulubiona i niezwykle ważna książka, drudzy nigdy o niej nie słyszeli.
Jak się wydaje, ta opublikowana w 1964 roku powieść wpadła w jakąś
szczelinę. Nigdy nie obiecywałam ci ogrodu pełnego róż podejmuje
kwestię problematyczności bycia młodą osobą płci żeńskiej oraz radzenia
sobie z chorobą psychiczną i społeczeństwem -?podobnie jak inny,
opublikowany zaledwie rok wcześniej, częściowo autobiograficzny klasyk:
Szklany klosz Sylvii Plath.
Między miłośnikami Szklanego klosza i Nigdy nie obiecywałam ci ogrodu
pełnego róż istnieje jednak podobna przepaść jak między piętnem
związanym z depresją oraz schizofrenią. Od kilkudziesięciu lat
czytelnicy na ogół silniej się utożsamiają z ambitną i wytworną Esther
Greenwood, która w Szklanym kloszu chochlami nakłada sobie kawior na
wykwintnych przyjęciach, zanim w jej życiu wszystko się zawali.
Tymczasem bohaterkę powieści Greenberg, Deborah, która jest Żydówką i posuwającą się do przemocy i makabrycznych samookaleczeń psychotyczką,
stosunkowo trudno byłoby przedstawić jako ozdobę salonów.
A przecież to właśnie ta mało estetyczna szorstkość tak bardzo mnie w niej pociąga. Podziwiam hucpę na oddziale dla ostrych przypadków, gdzie
trafiła Deborah, kiedy pocięła sobie ramię na strzępy:
[Carla i Deborah] spojrzały na siebie z uśmiechem, wiedząc, że oddział
D nie jest wcale "najgorszym" ze wszystkich oddziałów, tylko
najszczerszym. Na innych oddziałach trzeba było utrzymywać jakiś
"status", jakieś pozory.
Bo pod wieloma względami to świat, a nie nastoletnia Deborah, jest
obłąkany. Na terapii z doktor Fried, jej psychoterapeutką, Deborah
opowiada o tym, że była wielokrotnie okłamywana przez dorosłych na temat
guza, który jej operacyjnie wycięto. Opisuje antysemickie zaczepki ze
strony dziewcząt podczas obozu. Dochodzi do tego ludobójstwo w czasie
wojny: "Deborah od czasu do czasu słyszała, że w Niemczech jest
człowiek, który nazywa się Hitler i zabija Żydów z taką samą szatańską
radością" jak "nienawidzące dzieci", które skandowały na obozie obelgi.
Chociaż prawdą jest, że w umyśle Deborah czaiło się coś, co umożliwiło
jej stworzenie wyimaginowanego świata Ur, który potem ją dręczył.
Zaskakujący jest fakt, że tak niewielu ludzi szuka schronienia w rozbudowanych wyimaginowanych światach, skoro rzeczywistość roi się od
horrorów.
Po raz pierwszy przeczytałam tę książkę w ósmej klasie, mając trzynaście
lat. Moja najlepsza przyjaciółka i ja zmagałyśmy się z niezdiagnozowaną
chorobą psychiczną, która się w nas rozwijała, i kiedy zapytałam Kate,
co sądzi o tej powieści, odpowiedziała:
-?Nie wydała mi się aż taka dziwna.
Mnie też nie. Coś w tym tekście do mnie przemówiło.
Dziesiątki lat później nadal budzi we mnie podziw, że dzięki Greenberg
potworne cierpienie związane z psychozą staje się takie namacalne. Sama
spróbowałam się zmierzyć z takim projektem literackim i okazał się
niełatwy. Kiedy doktor Fried poprosiła Deborah na terapii o szczegóły
historii o guzie z dzieciństwa, "dziewczyna uciekła w popłochu do Ur,
które zamknęło się nad jej głową jak woda. Powierzchnia była gładka, a Deborah zniknęła". Trudno powiedzieć, na ile dosłowne jest doświadczenie
Deborah z Ur, lecz odmalowując je ze sprawnością autorki powieści
fantasy, Greenberg umożliwia czytelnikowi -?również temu nieznającemu
doświadczenia psychozy z autopsji -?przeżycie namiastki doświadczenia
psychotycznego.
Bo psychoza, chociaż przedstawia się ją jako ucieczkę, wiąże się z cierpieniem. Chociaż Ur powstało jako schronienie przed życiowymi
burzami, stało się źródłem zgrozy i uciążliwych nacisków, kiedy Deborah
straciła nad nim kontrolę. Doktor Fried od razu to dostrzega i prowadzi
Deborah do barwnego wszechświata rzeczywistości. Z upływem fabuły Nigdy
nie obiecywałam ci ogrodu pełnego róż staje się bitwą między Ur a rzeczywistością.
Długa podróż Deborah w stronę "realności" i struktura jej dni na
oddziale odzwierciedlają epokę, w której powstała powieść, będąca formą
interwencji na rzecz pacjentów psychotycznych. Książka przedstawia
sposoby myślenia lekarzy o psychozie i schizofrenii, jak również metody
ich doraźnego i długoterminowego leczenia. Deborah wychodzi na stałe do
domu dopiero po trzech latach pobytu w szpitalu (podobnie jak kiedyś
Greenberg). Pacjentom funduje się wielogodzinne "zimne zawijanie":
ciasno opatula się ich prześcieradłami, do których wkłada się worki z lodem, aby uspokoić pobudzone umysły -?a przecież w Deborah metoda ta,
która mnie wydaje się okrutna, budzi nie większe emocje niż inne
elementy szpitalnego życia. Chociaż wieloletnie hospitalizacje, zimne
zawijanie i permanentną analizę psychodynamiczną zastąpiły leki
psychotropowe i pobyty dziesięciodniowe, zarówno Deborah, jak i Greenberg wskazują na skuteczność długiego, powolnego leczenia.
W dwóch trzecich powieści Deborah zdaje sobie sprawę, że zaczyna widzieć
świat na nowo:
Powoli, stopniowo, Deborah zaczęła widzieć kolory. Ujrzała kształty i kolory drzew, alejki, żywopłotu i zimowego nieba nad żywopłotem. Słońce
zaszło, a barwne tony zaczęły wibrować w zmroku, nadając Rezerwatowi
dodatkowy wymiar. Powoli, narastająco, w Deborah pęczniało przekonanie,
że nie umrze.
Takiego potwornie trudnego wyboru dokonuje Deborah -?postanawia się
uratować i osiągnąć spokój. Uwielbiam tę książkę, ponieważ nie boi się
przerzucać czytelnika z rzeczywistości do nierzeczywistości ani
odmalowywać dziwnych zagadek, które jak pajęczyna zasnuwają wzburzony
umysł Deborah. Nie boi się prowokować czytelnika prawdziwym obrazem tak
zwanego zdrowego na umyśle świata, nie boi się oświecać rzeczywistości
obłąkaną świeczką i mówić: "Co możemy teraz zobaczyć?". Czy ciemność
jest tylko wewnątrz czy również na zewnątrz?
Esmé Weijun Wang
1
Był środek jesieni. Jechali przez żyzną rolniczą krainę, przez cudaczne
stare miasteczka, których ulice zakwitały barwami przechodzących
metamorfozę drzew. Mówili niewiele. Z całej trójki największe
zdenerwowanie okazywał ojciec. Od czasu do czasu przerywał długie
milczenie chaotycznymi odzywkami, które nawet jemu samemu zdawały się
nie na miejscu. Spytał na przykład dziewczynę, której twarz widział w lusterku wstecznym:
-?Wiesz chyba przecież, jakim byłem głupim młokosem, kiedy się żeniłem?
Nie miałem pojęcia o wychowywaniu dzieci, o tym, co to znaczy być ojcem.
Jego obrona była na poły atakiem, lecz dziewczyna nie zareagowała. Matka
zaproponowała, aby zatrzymali się na kawę. Powiedziała, że to właściwie
wycieczka z ich cudowną córeczką, podróż u schyłku roku przez piękny
krajobraz. Zajechali pod przydrożną restaurację. Dziewczyna szybko
wysiadła i skierowała się ku toaletom za budynkiem. Rodzice z niepokojem
wodzili za nią wzrokiem, a po chwili ojciec powiedział:
-?Wszystko w porządku.
-?Zaczekamy czy wejdziemy do środka? -?spytała matka głośno, ale mówiła
właściwie do siebie. Z ich dwojga była bardziej analityczna, z góry
planowała skutki tego, co zrobi i powie, a mąż chętnie szedł za jej
radami, bo tak było łatwiej, a poza tym z reguły miała rację. Teraz,
czując zamęt i osamotnienie, pozwolił jej mówić -?planować skutki -
ponieważ znajdowała w tym pociechę. Jemu łatwiej było milczeć.
-?Gdy zostaniemy w samochodzie -?mówiła -?znajdzie nas, jeśli będzie nas
potrzebować. Bo jeśli wyjdzie i nas nie zobaczy... Ale z drugiej strony
powinno to wyglądać tak, że jej ufamy. Musi czuć, że jej ufamy.
Postanowili wejść do restauracji krokiem wystudiowanie niedbałym. Kiedy
usiedli przy oknie, ujrzeli ją, jak wyłania się zza budynku i idzie ku
nim. Starali się patrzeć na nią jak na kogoś obcego, jak na właśnie im
przedstawioną córkę kogoś innego, nie ich Deborah. Dokonali oględzin
pozbawionego wdzięku dorastającego ciała i uznali je za dobre, twarz
ocenili jako inteligentną i pełną życia, lecz trochę zbyt mało dojrzałą
jak na szesnastolatkę.
Przyzwyczaili się już, że ich dziecko jest nad wiek rozwinięte, lecz
teraz nie dostrzegali tego w znajomej twarzy, na którą bezskutecznie
próbowali spojrzeć obcym okiem.
Jak obcy mogą mieć rację, myślał ojciec. Ona jest nasza... całe życie
nasza. Oni jej nie znają. Mylą się, mylą!
Matka obserwowała siebie obserwującą swoją córkę.
Na mojej twarzy nie może pojawić się żadna oznaka, żadne pęknięcie.
Uśmiechnęła się.
Wieczorem zatrzymali się w niewielkim mieście i udali się na kolację do
najlepszej restauracji, powodowani buntem i duchem przygody, bo nie byli
odpowiednio ubrani. Po kolacji poszli do kina. Deborah zdawała się
znakomicie bawić. W restauracji i w kinie ciągle żartowali, a później,
brnąc przez zamiejskie ciemności, mówili o innych podróżach, gratulując
sobie nawzajem pamięci do zabawnych szczegółów z dawnych wakacji. W motelu, gdzie zatrzymali się na noc, Deborah dostała osobny pokój: nawet
rodzice, którzy ją kochali, nie wiedzieli, jak bardzo potrzebny był ten
kolejny specjalny przywilej.
Kiedy siedzieli razem w pokoju, Jacob i Esther Blau patrzyli na siebie i zastanawiali się, dlaczego nie opadły z nich przybrane pozy, skoro są
już sami, skoro mogą odetchnąć, rozluźnić się i znaleźć dla siebie
trochę spokoju. Słyszeli, jak za cienką ścianą ich córka szykuje się do
spania. Nie przyznawali się, nawet wzrokiem, że całą noc będą
nasłuchiwać, czy z pokoju obok nie dochodzi dźwięk inny niż oddech ich
śpiącej córki -?dźwięk, który może oznaczać... niebezpieczeństwo. Tylko
raz, zanim położyli się na mroczne czuwanie, Jacob zerwał z twarzy
zasłonę i natarczywie wyszeptał żonie do ucha:
-?Czemu ją oddajemy?
-?Lekarze mówią, że to konieczne -?odszepnęła Esther, leżąc sztywno i patrząc ku niemej ścianie.
-?Lekarze. -?Jacob od samego początku wzbraniał się przed tym
doświadczeniem.
-?To dobre miejsce -?powiedziała trochę głośniej, aby przekonać samą
siebie.
-?Nazywają to szpitalem psychiatrycznym, ale to po prostu miejsce, gdzie
zamyka się ludzi. Jak możesz mówić, że to dobre miejsce dla dziewczynki,
jeszcze dziecka!
-?O Boże, Jacob -?powiedziała -?wiesz, ile nas kosztowała ta decyzja.
Jeżeli nie możemy zaufać lekarzom, to do kogo mamy się zwrócić, komu
zaufać? Doktor Lister mówi, że to jedyna pomoc, jaką Deborah może w tej
chwili otrzymać. Musimy spróbować!
Milczał, znowu jej ustępując; posługiwała się słowami znacznie zręczniej
od niego. Powiedzieli sobie dobranoc. Udawali, że śpią, oddychając
głęboko i wpatrując się zbolałymi oczyma w ciemność.
Za ścianą Deborah położyła się do łóżka. W Królestwie Ur było pewne
neutralne miejsce zwane Poziomem IV. Można tam było dotrzeć tylko
przypadkiem, a nie za pomocą jakiejś formuły czy wysiłkiem woli. Na
Poziomie IV nie trzeba było nic odczuwać, ścierać się z przeszłością czy
przyszłością. Nie było pamięci ani jaźni, nic oprócz czystych, odartych
z wszelkich emocji faktów, które przychodziły same, kiedy ich
potrzebowała.
Teraz, w łóżku, osiągnąwszy Poziom IV, nie musiała się troszczyć o przyszłość. Ludzie w pokoju obok to, zdaje się, jej rodzice. Bardzo
dobrze. Należeli jednak do mglistego świata, który się rozpływał, a ona
mknęła, nie napotykając żadnych przeszkód, do nowego świata, w którym
obce jej były wszelkie troski. Uciekając od starego świata, uciekała
zarazem od złożoności Królestwa Ur, od Kolektywy, Cenzora i uryjskich
bogów. Przewróciła się na bok i usnęła głębokim, spokojnym snem, którego
nie zakłócały żadne mary.
Rano rodzina ruszyła w dalszą drogę. Kiedy samochód wyjechał z cienia
motelu na słoneczną szosę, Deborah przyszło do głowy, że podróż może
trwać wiecznie, że spokój i cudowna wolność, jakiej zaznawała, mogą być
nowym darem od zwykle zbyt wymagających bogów i urzędów Ur.
Po kilku godzinach jazdy przez brązowozłociste pola i nakrapiane słońcem
ulice miast matka odezwała się:
-?Nie przegapiliśmy skrętu, Jacob?
Z głębokiej Otchłani w Ur zaskrzeczał głos:
-?Niewinna! Niewinna!
Z przestrzeni wolności Deborah Blau poleciała na łeb na szyję ku
zderzeniu dwóch światów. Jak zawsze rozległ się dziwnie niemy brzęk. W świecie, gdzie budziło się w niej życie, słońce na niebie pękło, ziemia
wybuchła, jej ciało rozpadło się na kawałki, zęby i kości zostały
zgniecione na miazgę. W drugim świecie, gdzie mieszkały duchy i cienie,
samochód skręcił w boczną drogę, na której końcu stał stary budynek z czerwonej cegły, wiktoriański, nieco zaniedbany, otoczony drzewami.
Znakomity parawan dla domu wariatów. Kiedy samochód stanął przed
budynkiem, nadal była oszołomiona owym zderzeniem, trudno jej było
wysiąść i wejść pewnym krokiem po schodach do środka, gdzie czekali na
nią lekarze. We wszystkich oknach były kraty. Deborah uśmiechnęła się
nieznacznie. Tego mi potrzeba. Bardzo dobrze.
Kiedy Jacob Blau ujrzał kraty, pobladł. Teraz już nie mógł powiedzieć
sobie, że zostawia córkę w "sanatorium", "ośrodku rehabilitacji". Prawda
była dla niego równie naga i zimna jak żelazne pręty. Esther próbowała
porozumieć się z nim bez słów: Należało się tego spodziewać, więc teraz
nie bądźmy zaskoczeni.
Czekali, a Esther Blau od czasu do czasu udawała wesołą. Oprócz
zakratowanych okien poczekalnia niczym się nie wyróżniała, nawet
czasopisma były równie przedatowane jak wszędzie, zażartowała. Z głębi
korytarza dobiegł ich zgrzyt klucza w zamku, na co Jacob znowu
zesztywniał, jęcząc cicho:
-?Nie dla niej, naszej małej Debby...
Nie zauważył, że twarz córki nagle przybrała bezwzględny wyraz.
Lekarz, który był człowiekiem kanciastej, ciężkiej postury, idąc
korytarzem, zebrał się w sobie przed wejściem do poczekalni. Udręka
rodziców wręcz wisiała w powietrzu. Wiedział, że budynek jest stary,
nieprzyjemny. Spróbuje szybko zabrać dziewczynkę, a rodziców przekonać,
że postąpili słusznie.
Zdarzało się w tym pomieszczeniu, że rodzice, żony, mężowie w ostatniej
chwili z obrzydzeniem odwracali się od strasznej, przerażającej prawdy o chorobie. Czasem zabierali swoich dziwnookich bliskich ze sobą.
Powodował nimi lęk bądź źle pojęta troska, czasem jednak -?znowu
zlustrował wzrokiem rodziców -?zawiść i gniew, że długie dzieje
cierpienia zostaną przerwane o jedno pokolenie za późno. Mówił do nich
współczująco, lecz nie czułostkowo, i wkrótce mógł posłać po
pielęgniarkę, aby zabrała dziewczynkę na oddział. Wyglądała jak ofiara
szoku. Kiedy wyszła, lekarz poczuł, że w rodzicach ściska się serce.
Obiecał im, że jeszcze zdążą się z nią pożegnać, i oddał ich do
dyspozycji sekretarki, która miała do zapełnienia cały arkusz danych.
Kiedy ujrzał ich znowu, już po pożegnaniu, oni również wyglądali jak
ludzie w szoku: "Zadano im ranę, pomyślał, odcięto ich od córki".
Jacob Blau nie był człowiekiem, który wiecznie analizuje lub przygląda
się swojemu przeszłemu życiu, aby je zmierzyć i zważyć. Niekiedy
podejrzewał żonę o łapczywość, skrywane namiętności, które wyładowuje w nieustannym potoku słów. Myślał tak jednak po trosze z zazdrości. On
również kochał swoje córki, chociaż nigdy im tego nie powiedział; on
również pragnął zwierzeń, lecz nie umiał otworzyć przed nimi serca; z tego też powodu i one nie ujawniały mu swoich sekretów. Jego najstarsza
córka właśnie się z nim rozstała, niemal z ochotą, w tym ponurym
przybytku złożonym z zamków i krat, odwróciła się, ledwie odwzajemniwszy
pocałunek. Jakby nie chciała od niego pociechy, niemal wzdragała się
przed jego dotknięciem. Miał wybuchowy temperament i teraz potrzebował
oczyszczenia w prostym, bezpośrednim gniewie. Złość jednak tak była
przesycona współczuciem, lękiem i miłością, że nie wiedział, jak się od
niej wyzwolić. Wiła się i cuchnęła wewnątrz; czuł, jak z długiej drzemki
rozbudza się powoli ból wrzodu.
2
Zabrali Deborah do niewielkiego, skąpo urządzonego pokoju i trzymali ją
tam, póki nie zwolniły się prysznice. Tam również była pilnowana przez
kobietę, która z pogodną miną siedziała w kłębach pary i patrzyła, jak
dziewczyna się wyciera. Deborah posłusznie spełniała wszelkie polecenia,
lecz lewe przedramię wykręcała nieco do wewnątrz, jakby chciała ukryć
dwa niewielkie strupy po ukłuciach na nadgarstkach. Wciągnięta w tryby
nowej rutyny wróciła do pokoju i odpowiedziała na kilka pytań cierpkiemu
lekarzowi, który wydawał się niezadowolony. Było oczywiste, że nie
słyszy ryku za jej plecami.
W próżni Międzyświata, gdzie tkwiła pomiędzy Ur a Teraźniejszością,
rodziła się do życia Presja. Wkrótce obrzucą ją przekleństwami i drwinami, czyniąc ją głuchą na oba światy. Broniła się przed nimi jak
dziecko, które spodziewając się kary, wymachuje na oślep rękami. Na
niektóre pytania lekarza zaczęła odpowiadać zgodnie z prawdą. Niech ją
nazwą leniuchem i kłamczuchą. Ryk wzmógł się trochę i usłyszała w nim
konkretne słowa. Pokój nie dawał szans ucieczki. Z osaczenia można się
było wymknąć tylko do Teraźniejszości, gdzie był lodowaty doktor ze
swoim notesem, bądź do Ur, ze złocistymi łąkami i bogami. Jednak i w Ur
były krainy zgrozy i zagubienia, a ona nie wiedziała już, do którego z królestw Ur ma wstęp. Pomóc jej w tym mieli rzekomo lekarze.
Popatrzyła na doktora, który ginął w zgiełku.
-?Powiedziałam panu prawdę na te wszystkie pytania. Pomoże mi pan teraz?
-?To zależy od ciebie -?odparł cierpko, zamknął notes i wyszedł.
-?Fachowiec -?zaśmiał się Anterrabae, Spadający Bóg.
-?Pójdę z tobą -?błagała go. Coraz niżej i niżej, bo wciąż spadał.
-?Niech tak będzie -?powiedział. Jego włosy, płomienie ognia, falowały
na wietrze upadku.
Następny dzień, i jeszcze następny, spędziła na równinach Ur, gdzie jej
wzrok koiła głębia przestrzeni.
Za to wielkie miłosierdzie Deborah była głęboko wdzięczna Mocom. W trudnych minionych miesiącach w Ur było zbyt dużo ślepoty, chłodu i bólu. Posłuszny prawom świata, jej zewnętrzny Pozór spacerował,
odpowiadał, pytał i działał. Już nie Deborah, lecz osoba nosząca imię
odpowiednie dla mieszkańca równin Ur, śpiewała, tańczyła i powierzała
rytualne wersety pieszczotliwemu wiatrowi, który kołysał długimi
trawami.
Dla Jacoba i Esther Blau droga do domu nie była krótsza niż droga do
szpitala. Chociaż nie jechała z nimi Deborah, ich wolność mówienia tego,
co pragnęli powiedzieć, była jeszcze bardziej ograniczona.
Esther czuła, że lepiej niż mąż zna Deborah. Według niej u początków tej
kołomyi z lekarzami i decyzjami nie stała dziecinna próba samobójcza.
Siedziała obok męża w samochodzie i chciała mu powiedzieć, że jest
wdzięczna córce za to głupie i teatralne podcięcie żył. Uporczywe
podejrzenie, że dzieje się coś nieuchwytnego, lecz strasznego, znalazło
ujście w faktach. Tyle krwi na podłodze łazienki nadało wagi jej
mglistym odczuciom i niejasnym obawom, toteż następnego dnia poszła do
lekarza. Teraz chciała pokazać mężowi, jak wielu rzeczy on nie wie, ale
miała świadomość, że nie potrafi tego zrobić, nie raniąc go. Patrzyła na
niego, jak prowadzi samochód ze wzrokiem utkwionym w szosę, i nieruchomą
twarzą.
-?Będziemy ją mogli odwiedzić za parę miesięcy -?powiedziała.
Potem zaczęli konstruować wersję wydarzeń dla znajomych i tych krewnych,
którzy nie byli wystarczająco bliscy lub też żywili uprzedzenia wobec
szpitali psychiatrycznych. Dla nich szpital miał przybrać postać szkoły,
natomiast Suzy, która zbyt wiele razy słyszała już o "chorobie" Deborah
i zbyt mocno podejrzewała, że coś jest nie w porządku, miała się
dowiedzieć o anemii lub przemęczeniu i specjalnym ośrodku rehabilitacji.
Tata i mama dowiedzą się, że nie ma powodów do zmartwienia... Deborah jest
w czymś w rodzaju sanatorium. Znali już zalecenie psychiatry, lecz
charakter szpitala musi ulec w ich relacji metamorfozie, a przenikliwy,
ostry krzyk, jaki usłyszeli przy odjeździe zza jednego z zakratowanych
okien i na który zadrżeli i zagryźli usta, musi zostać wykreślony. Krzyk
skłonił Esther do zastanowienia, czy mimo wszystko nie popełnili błędu;
krzyk zostanie zamknięty w jej sercu jako symbol Deborah w tym strasznym
miejscu.
Doktor Fried wstała z krzesła i podeszła do okna. Wychodziło na
niewielki ogród, za którym były tereny spacerowe dla pacjentów. Patrzyła
na trzymaną w dłoni diagnozę. Na przeciwległej szali do tych trzech
stron maszynopisu leżały wykłady, których nie wygłosi, artykuły, których
nie napisze, i sesje poradnictwa, których nie odbędzie, jeżeli zajmie
się tym przypadkiem. Lubiła pracę z pacjentami. Choroba pozwalała im
spojrzeć na zdrowie psychiczne przenikliwiej niż większości "normalnych"
ludzi. Pozbawieni miłości, wspólnoty, porozumienia, często łaknęli ich z namiętnością tak czystą, że aż piękną.
Czasami, pomyślała ponuro, świat jest znacznie bardziej szalony niż
pacjenci jego klinik. Przypomniała sobie Tildę w szpitalu w Niemczech, w okresie, kiedy Hitler przebywał po drugiej stronie murów: nawet ona nie
była w stanie powiedzieć, która strona jest w mniejszym stopniu trawiona
obłędem. Mordercza nienawiść Tildy, którą trzeba było przywiązywać do
łóżka, karmić z kroplówki i otumaniać lekami, potrafiła przygasnąć na
wystarczająco długo, aby dopuścić od czasu do czasu światło.
Przypomniała sobie, jak Tilda uśmiecha się do niej, parodiując łagodną
uprzejmość, i mówi przypięta pasami do łóżka:
-?Ależ proszę wejść, droga pani doktor. Akurat pani zdążyła na miłą
herbatkę u pacjentki i koniec świata.
Tilda i Hitler odeszli, toteż było coraz więcej do powiedzenia młodym
lekarzom, którzy kończyli szkoły zbyt mało doświadczeni życiowo. Czy to
uczciwe brać prywatnych pacjentów, kiedy jakakolwiek rzeczywista poprawa
może trwać całe lata, a tysiące, dziesiątki tysięcy innych dopraszają
się, piszą, dzwonią, prosząc o pomoc? Zaśmiała się, dostrzegłszy w sobie
próżność, którą kiedyś nazwała największym wrogiem lekarza oprócz samej
choroby pacjenta. Jeżeli Bóg może zbawiać ludzi pojedynczo, ona też się
musi zadowolić skromnymi liczebnie rezultatami.
Usiadła, trzymając w dłoni teczkę zawierającą historię choroby,
otworzyła ją i przeczytała materiał:
BLAU, DEBORAH, K, 16 LAT.
HISTORIA CHOROBY: Niehospitalizowana
DIAGNOZA WSTĘPNA: SCHIZOFRENIA
Testy: Wyniki testów wskazują na wysoki (140-150) iloraz
inteligencji, obserwujemy zaburzenia schematów myślenia. Wiele pytań
błędnie zinterpretowanych i potraktowanych zbyt osobiście.
Całkowicie subiektywna reakcja na wywiad i testy. Testy osobowości
wskazują na typ schizoidalny z elementem kompulsywnym i masochistycznym.
Wywiad (wstępny): Po przyjęciu do szpitala pacjentka sprawiała
wrażenie dobrze zorientowanej w sytuacji i logicznie myślącej, lecz
w dalszej części wywiadu logika zdawała się kruszyć, a na wszelkie
wypowiedzi, które mogły zostać zinterpretowane jako poprawki bądź
krytyka, reagowała skrajnie lękowo. Robiła wszystko, aby popisać się
przed osobą przeprowadzającą wywiad swoim dowcipem, posługując się
nim jako silnym mechanizmem obronnym. Trzykrotnie zaśmiała się bez
powodu: raz, kiedy stwierdziła, że hospitalizacja jest skutkiem
próby samobójczej, dwa razy -?w odpowiedzi na pytania o dzień
miesiąca. W miarę upływu wywiadu zmieniła się jej postawa, zaczęła
mówić podniesionym głosem, podając wyrywkowe zdarzenia ze swojego
życia, które uważała za przyczynę swojej choroby. Wspomniała o traumatycznej w skutkach operacji w wieku pięciu lat, o okrutnej
opiekunce do dzieci itd. Incydenty te nie były ze sobą powiązane,
nie wyłaniał się z nich żaden ogólny schemat. Nagle, w trakcie
relacjonowania któregoś z incydentów, pacjentka wychyliła się do
przodu i powiedziała oskarżycielskim tonem: "Powiedziałam panu
prawdę, pomoże mi pan teraz?". Uznano za stosowne zakończyć wywiad.
Historia rodziny: Urodzona w Chicago, X 1932. Karmiona piersią 8
miesięcy. Rodzeństwo: siostra Susan, ur. 1937. Ojciec, Jacob Blau,
księgowy, którego rodzina wyemigrowała w 1913 r. z Polski. W wieku
pięciu lat pacjentka przebyła dwie operacje usunięcia guza na cewce
moczowej. Wskutek trudnej sytuacji materialnej rodzina wprowadziła
się do dziadków na przedmieściu Chicago. Poprawa sytuacji
materialnej, lecz ojciec zachorował na wrzody i nadciśnienie. W 1942
r. przeprowadzka do miasta z powodu wojny. Pacjentka nie
przystosowała się, w szkole jej dokuczano. Pokwitanie pod względem
biologicznym w normie, lecz w wieku 16 lat pacjentka podjęła próbę
samobójczą. Znaczne nasilenie hipochondrii, lecz poza guzem cewki
moczowej zdrowie fizyczne bez zastrzeżeń.
Przewróciła stronę i przyjrzała się wynikom testów osobowościowych.
Jeszcze nigdy nie miała pacjenta w tak młodym wieku. Pomijając samą
osobę chorej, może warto sprawdzić, czy komuś z tak małym doświadczeniem
życiowym terapia może przynieść jakąś korzyść i czy taką osobę leczy się
łatwiej czy trudniej.
Ostatecznie przekonał ją właśnie wiek dziewczyny. Nadał leżącemu przed
nią materiałowi większą wagę niż obradom komisji lekarskich i artykułom
do napisania.
-?Aber wenn wir... Jeśli się powiedzie -?zmusiła się do rezygnacji ze
swojego rodzimego języka -?zostanie jej jeszcze tyle pięknych lat życia...
Znów spojrzała na fakty i liczby. Kiedyś po przeczytaniu tego rodzaju
raportu powiedziała do psychologa klinicznego:
-?Musimy kiedyś wymyślić test, który pokaże, gdzie jest zdrowie, a nie
tylko, gdzie jest choroba.
Psycholog stwierdził, że tę informację łatwiej uzyskać za pomocą
hipnozy, ametyli i pentotali.
-?Nie sądzę -?odparła doktor Fried. -?Ukryta siła jest zbyt głęboką
tajemnicą. A przecież, koniec końców, to nasz jedyny sprzymierzeniec.
3
Przez jakiś czas -?jak długi według ziemskich kryteriów Deborah nie
wiedziała -?było spokojnie. Świat niewiele od niej żądał, więc jeszcze
raz wydawało się, że to presja świata powoduje tyle cierpienia w Ur.
Czasami była w stanie dostrzec z Ur rzeczywistość, jakby przedział
między nimi był z gazy. Przybierała wtedy imię Januce, bo czuła się jak
mitologiczny Janus o dwóch twarzach -?po jednej skierowanej w stronę
każdego ze światów. Właśnie napomknienie o tym imieniu przyprawiło ją o pierwsze kłopoty w szkole. Żyła według Sekretnego Kalendarza (w Ur czas
mierzy się inaczej), lecz w środku dnia powróciła do Bezlitosnego
Kalendarza, po czym -?mając to cudowne i wszechwiedzące poczucie odmiany
-?zatytułowała wypracowanie:
"Teraz Januce". Nauczyciel zapytał:
-?Deborah, co tu napisałaś w wypracowaniu? Co to za słowo "Januce"?
Kiedy nauczyciel stał przy jej ławce, nastąpiło pomieszanie światów: w jasnej szkolnej sali, za dnia, obudził się do życia koszmar senny.
Deborah rozejrzała się dokoła i stwierdziła, że widzi tylko kontury,
szare na szarym tle, pozbawione głębi, płaskie, jak na obrazku. Tytuł
wypracowania był symbolem przejścia z czasu Ur do czasu ziemskiego, lecz
czując się schwytana na granicy, musiała odpowiedzieć z obu światów.
Wystawiłoby ją to na próbę, z której nie potrafiłaby się racjonalnie
wywikłać. Kłamała więc i udawała, z sercem w gardle. Takie
niebezpieczeństwo nie może się już więcej powtórzyć, więc tej samej nocy
w Międzyświecie zebrało się całe Wielkie Zgromadzenie: bogowie i demony
z Ur, cienie z Ziemi. Na straży swoich królestw postawili Cenzora, który
miał stać między słowami a myślami Deborah, aby strzec tajemnicy
istnienia Ur. Z upływem lat władza Cenzora rosła. Ostatnio rozciągnął ją
na oba światy, czasem nie dało się przed nim skryć żadnych słów, żadnych
czynów. Wystarczyło przecież jedno wyszeptane tajemne imię, jeden
zapisany symbol, jeden promyk światła, który wedrze się w tajemne
miejsce, a oba światy mogły zostać zniszczone wraz z nią samą.
Na Ziemi toczyło się życie szpitalne. Deborah chodziła do pracowni,
wdzięczna, że ten świat również daje schronienie. Nauczyła się wyplatać
koszyki, wysłuchawszy instrukcji na swoją zgryźliwą i niecierpliwą
modłę. Wiedziała, że nikt z personelu jej nie lubi. Nikt jej nigdy nie
lubił. Kiedy wysoka dziewczyna na oddziale zaproponowała jej grę w tenisa, drgnęły w posadach najgłębsze pokłady Ur. Jeszcze kilka razy
przyszedł do niej lekarz z ołówkiem i dowiedziała się, że to ordynator,
osoba, która przyznaje przywileje -?wychodzenie poza oddział, pójście na
obiad, do parku, poza teren szpitala, do kina i do sklepu. Przywileje
wyznaczały stopień aprobaty wobec danego pacjenta i miały swój wyraz w odległości. W stosunku do Deborah ordynator wyraził zgodę na
nieograniczone poruszanie się po parku, lecz nie wolno jej było
wychodzić poza obręb szpitala. Deborah powiedziała do wysokiej
dziewczyny, która miała na imię Carla:
-?Powyżej stu metrów kwadratowych jestem świrnięta. Skoro istnieją
roboczogodziny i lata świetlne, to dlaczego nie metryczny obłęd.
-?Nie martw się -?odpowiedziała Carla. -?Niedługo dostaniesz więcej
przywilejów. Jeżeli będziesz współpracować z lekarką, trochę ci
poluzują. Zastanawiam się tylko, jak długo tu zostanę. Jestem tu już od
trzech miesięcy.
Obie pomyślały o kobietach na drugim końcu oddziału.
Wszystkie z nich były w szpitalu od ponad dwóch lat.
-?Czy ktoś stąd w ogóle wychodzi? -?spytała Deborah. -?To znaczy wraca
do zdrowia i wychodzi ze szpitala?
-?Nie wiem -?powiedziała Carla. Spytały pielęgniarkę.
-?Nie wiem -?odparła. -?Jestem tu od niedawna.
Czarny bóg Lactamaeon jęknął, Kolektywa zaś -?zjawy wszystkich
nauczycieli, krewnych i koleżanek ze szkoły, wiecznie poddające ją
tajemnej ocenie i obrzucające wyzwiskami -?wybuchła szyderczym śmiechem:
-?Na zawsze, wariatko! Na zawsze, bumelantko!
Później, kiedy Deborah leżała wpatrzona w sufit, przyszła stażystka.
-?Czas wstawać -?powiedziała niepewnym głosem, przepełnionym
przerażeniem z powodu braku doświadczenia. W klinice odbywała staż cała
grupa przyszłych psychiatrów. Deborah westchnęła i wstała posłusznie,
myśląc sobie: "Zdumiewa ją mgiełka szaleństwa, jaką wypełniam pokój".
-?Chodź ze mną -?powiedziała stażystka. -?Pani doktor chce się z tobą
zobaczyć. Jest tu bardzo ważną osobą i bardzo znanym lekarzem, więc
musimy się spieszyć.
-?Jeśli jest taka ważna, włożę buty -?odparła Deborah, na co młodej
kobiecie oczy otworzyły się szerzej ze zdziwienia, a na twarzy pojawił
się wyraz tłumionej dezaprobaty. Pewnie polecono jej nie okazywać
żadnych silniejszych uczuć, takich jak złość, strach czy rozbawienie.
-?Naprawdę powinnaś być wdzięczna -?powiedziała stażystka. -?Masz duże
szczęście, że w ogóle zostaniesz przez nią przyjęta.
-?Znana i uwielbiana przez szaleńców na całym świecie -?powiedziała
Deborah. -?Chodźmy.
Stażystka otworzyła drzwi oddziału, po czym zeszły piętro niżej, a następnie wyszły z budynku od tyłu. Pielęgniarka wskazała na biały dom z zielonymi okiennicami -?typ małomiasteczkowego białego domu przy
wysadzanej dębami ulicy -?który stał ni przypiął, ni przyłatał pośrodku
parku szpitalnego. Podeszły do drzwi frontowych i zadzwoniły. Po chwili
otworzyła im drobna, siwa kobiecina o pulchnej twarzy.
-?Jesteśmy z oddziału przyjęć. To jest ta nowa -?powiedziała
pielęgniarka.
-?Czy może pani przyjść po nią za godzinę? -?spytała kobieta.
-?Kazano mi zaczekać.
-?Dobrze.
Kiedy Deborah przekroczyła próg, Cenzor zaczął nękać ją ostrzeżeniami:
-?Gdzie jest lekarka? Podgląda gdzieś zza drzwi?
Drobna gospodyni wskazała dłonią jeden z pokojów.
-?Gdzie jest lekarka? -?spytała Deborah, usiłując powstrzymać nagłe
wirowanie ścian i drzwi.
-?Ja jestem lekarką -?powiedziała kobieta. -?Sądziłam, że wiesz. Jestem
doktor Fried.
Anterrabae zaśmiał się, wciąż spadając przez ciemność.
-?Co za kamuflaż!
A Cenzor warknął:
-?Uważaj... uważaj.
Weszły do słonecznego pokoju, a gospodyni -?słynna lekarka -?odwróciła
się, mówiąc:
-?Usiądź sobie wygodnie.
Przyszło wielkie znużenie, a kiedy lekarka powiedziała:
-?Czy jest coś, co chciałabyś mi powiedzieć? -?A także wielki podmuch
złości, więc Deborah szybko wstała i powiedziała do niej, do Ur, do
Kolektywy i do Cenzora:
-?W porządku, będziecie mnie pytać, ja odpowiem, usuniecie moje "objawy"
i odeślecie mnie do domu... A potem, co mi zostanie?
Lekarka powiedziała spokojnie:
-?Jeśli naprawdę nie chciałabyś się ich pozbyć, nie mówiłabyś mi tego. -
Pętla strachu zacisnęła się wokół Deborah. -?Chodź, siadaj. Nie będziesz
się musiała niczego pozbywać, póki nie będziesz gotowa, a wtedy w to
miejsce przyjdzie coś nowego.
Deborah usiadła, a Cenzor powiedział po uryjsku:
-?Słuchaj, Ptaszko, tu jest za dużo stolików. Stoliki są bezbronne
wobec twojej niezdarności.
-?Wiesz, dlaczego tutaj jesteś? -?spytała lekarka.
-?Po pierwsze, niezdara ze mnie, a potem mamy całą listę: leniwa,
niesforna, uparta, samolubna, tłusta, brzydka, wredna, nietaktowna i okrutna. A także kłamczucha. Do tej kategorii należą także: a) udawana
ślepota, wyimaginowane bóle powodujące rzeczywiste skręcanie się wpół,
nieprawdziwe okresy utraty słuchu, nieprawdziwe uszkodzenia nogi,
zmyślone zawroty głowy oraz złośliwe symulanctwo; b) nielojalność wobec
koleżanek. Wspomniałam o nieżyczliwości? Także nieżyczliwość.
W milczeniu, kiedy przez strugę światła słonecznego spadały drobiny
kurzu, Deborah pomyślała, że chyba po raz pierwszy wyraziła swoje
prawdziwe uczucia. Jeżeli rzeczywiście taka jest, niech będzie, ale
przynajmniej opuści ten gabinet, wyrzuciwszy z siebie znużenie i odrazę
do tego mrocznego i pełnego udręki świata.
-?Rzeczywiście, spora lista -?powiedziała po prostu lekarka. -?Nie
sądzę, żeby było aż tak źle, ale przed nami trudne zadanie.
-?Żeby zrobić ze mnie kłamczuchę życzliwą, słodką, sympatyczną i szczęśliwą.
-?Żeby pomóc ci wyzdrowieć.
-?Żeby skończyły się narzekania.
-?Żebyś nie miała na co narzekać, to wszystko wytwory chaosu w twoich
uczuciach.
Lina mocniej się naprężyła. W głowie Deborah narastał gwałtownie strach,
mącąc jej wzrok.
-?Mówi pani to, co wszyscy mówią: zmyślone narzekania na nieistniejące
choroby.
-?Wydaje mi się, że już powiedziałam, że jesteś naprawdę bardzo chora.
-?Jak oni wszyscy tutaj? -?Dalej nie śmiała się posunąć, była już zbyt
blisko czarnych pieczar zgrozy.
-?Chcesz mnie spytać, czy tutaj jest twoje miejsce, czy twoja choroba to
tak zwana choroba psychiczna? Odpowiedź brzmi: tak. Myślę, że cierpisz
na taką właśnie chorobę, ale jeśli będziesz ciężko nad sobą pracowała i lekarz będzie tak samo nad tobą pracował, sądzę, że ci się poprawi.
Prosto w twarz. Jednak oprócz zgrozy związanej z omijanym,
zakamuflowanym słowem "wariatka", niewypowiedzianym słowem, o którym
Deborah teraz myślała, z wypowiedzianych na głos słów lekarki płynęło
światło, światło, które w przeszłości rozjaśniało wiele pokojów. Dom,
szkoła i wszystkie gabinety lekarskie rozbrzmiewały jednym radosnym
oskarżeniem: Nic ci nie dolega. Deborah wiedziała od lat, że dolega jej
całkiem sporo, coś głębokiego i poważnego, jeszcze poważniejszego niż
okresy ślepoty, ostrego bólu, okulawienia, przerażenia i całkowitego
zaniku pamięci. W kółko mówili:
-?Nic ci nie dolega, gdybyś tylko zechciała...
Tu znalazła przynajmniej usprawiedliwienie dla gniewu, jaki odczuwała we
wszystkich tych gabinetach.
-?O czym myślisz? -?odezwała się lekarka. -?Widzę, że trochę się
rozpogodziłaś.
-?Myślę o różnicy pomiędzy wykroczeniem a przestępstwem.
-?Jak to?
-?Więzień przyznaje się do zarzutu, że nie cierpi na ostry przypadek
zapalenia czegoś tam. Przyjmuje werdykt popełnienia zbrodni ciężkiego
świra.
-?Nie wiem, czy zbrodni -?powiedziała lekarka, uśmiechając się
nieznacznie. -?Nie można mówić o całkowitej kontroli nad sobą ani o całkowitej premedytacji.
Deborah nagle przypomniała sobie obraz rodziców stojących osobno, a jednak razem po drugiej stronie zamkniętych drzwi z nietłukącego szkła.
Może bez premedytacji, ale na pewno z intencją wyrządzenia szkody.
Nagle dziewczyna uświadomiła sobie, że pielęgniarka chodzi po sąsiednim
pokoju, aby dać znać, że czas minął.
-?Jeśli nie masz nic przeciwko temu -?mówiła dalej lekarka -?umówimy się
na następne spotkanie i zaczniemy rozmawiać, bo uważam, że jeśli
zabierzemy się ostro do pracy, damy sobie z tym radę. Jeszcze raz chcę
ci powiedzieć, że nie zamierzam usuwać ci objawów czy choroby wbrew
twojej woli.
Deborah nie chciała się wyraźnie deklarować, ale pozwoliła, aby jej
twarz wyraziła bardzo ostrożną zgodę, co nie uszło uwagi lekarki. Kiedy
wychodziły z gabinetu, Deborah usilnie starała się zachowywać tak, jakby
była gdzie indziej, jakby nie miała nic wspólnego z obecnym miejscem i osobą.
-?Jutro o tej samej porze -?zakomunikowała lekarka pielęgniarce i pacjentce.
-?Ona pani nie rozumie -?powiedziała Deborah. -?Charon mówił po grecku.
Doktor Fried uśmiechnęła się, lecz zaraz jej twarz spoważniała.
-?Mam nadzieję, że kiedyś pomogę ci ujrzeć w tym świecie coś więcej niż
tylko styksowe piekło.
Odwróciły się i wyszły, a Charon, w białej czapce i pasiastym chałacie,
powiódł odeszłą ze świata zjawę na oddział zamknięty. Doktor Fried
patrzyła, jak wracają do wielkiego budynku, i pomyślała: "Gdzieś w tej
nadwrażliwości i goryczy, w tej chorobie, której granic nie potrafiła
jeszcze określić, leży ukryta siła". Jej działanie dało się odczuć już
teraz: w przebłysku ulgi, kiedy powiedziały sobie, że jest to choroba, a przede wszystkim w "próbie samobójczej", niemym wołaniu o pomoc,
stwierdzeniu, śmiałym i dramatycznym, jak to mają w zwyczaju nastolatki
i niepogodzeni ze swoją przypadłością chorzy, że skończyła się już gra i maskarada. Chociaż zostało otwarcie powiedziane, że jest to choroba
psychiczna, jej korzenie leżały równie głęboko jak białe serce wulkanu,
którego zbocza zakamuflowane są zielenią. Gdzieś, jeszcze głębiej niż
serce wulkanu, zagrzebane było ziarno woli i mocy. Doktor Fried
westchnęła i wróciła do pracy.
-?Tym razem... tym razem je wyzwolę!
4
Suzy Blau bez oporów przyjęła wersję o ośrodku rehabilitacji, a rozmawiając ze swoimi własnymi rodzicami, Esther zrobiła ze szpitala
sanatorium. Nie dali się jednak oszukać i wpadli we wściekłość.
-?Z jej głową wszystko jest w najlepszym porządku! To bardzo rozgarnięta
dziewczyna -?powiedział papa. (W jego ustach był to największy
komplement). -?Jesteście źli, bo odziedziczyła rozum po mnie, a nie po
was. To moja krew. Do diabła z wami wszystkimi! -?Wyszedł z pokoju.
Przez następne dni Esther walczyła o ich poparcie dla swojej decyzji,
lecz dopiero kiedy Claude, jej starszy brat, i Natalie, jej siostra -
ulubieńcy rodziny -?powiedzieli mamie i papie, że zachodziła taka
potrzeba, staruszek trochę ustąpił, bo Deborah była jego ulubioną
wnuczką. Jacob nie odzywał się, ale nie pogodził się z tym, co wraz z żoną zrobili. Dwa razy pojechali na rozmowę z doktorem Listerem, a Jacob
słuchał i usiłował wzbudzić w sobie przekonanie, że postąpili słusznie.
Kiedy stawiano mu konkretne pytania, musiał się zgodzić, bo wszystkie
fakty przemawiały za tym, żeby powiedzieć "tak", lecz kiedy chociaż na
chwilę poddawał się uczuciom, cały świat rozbrzmiewał wątpliwościami.
Podczas kłótni z Esther najważniejsza rzecz pozostawała
niewypowiedziana, a w powietrzu unosiły się zgorzknienie i wzajemne
oskarżenia.
Po miesiącu przyszedł list ze szpitala, który zawierał bardzo ogólne
sprawozdanie z hospitalizacji Deborah. Znakomicie przystosowała się do
rozkładu zajęć, ma dobre stosunki z personelem, rozpoczęła terapię i otrzymała pozwolenie na poruszanie się po parku. Z tego neutralnego w tonie listu Esther starała się wyłowić najdrobniejszą oznakę nadziei,
analizując każde słowo, wyolbrzymiając każde pozytywne stwierdzenie,
obracając zdaniami na wszystkie strony, aby błyszczały jak największym
blaskiem.
Próbowała także nastawić przychylniej Jacoba i papę, ćwicząc
argumentację przed lustrem. Sądziła, że papa w głębi duszy czuje, iż
decyzja nie była błędna, że jego złość na umieszczenie Deborah w szpitalu była tylko wyrazem jego zranionej dumy. Esther widziała, że jej
zaborczy, porywczy, niespokojny i błyskotliwy ojciec imigrant powoli
daje się udobruchać. Tylko jego język był jak zawsze szorstki. Czasem
odnosiła wrażenie, że eksplozja choroby u Deborah podała w wątpliwość
cel i sens ich życia. Pewnego wieczoru nagle spytała męża:
-?Jaka była nasza rola w tym wszystkim? Jakie straszne przewiny
popełniliśmy?
-?Przecież gdybym wiedział, nigdy bym ich nie popełnił. Wydawało się, że
miała dobre życie, bardzo dobre życie. Teraz mówią, że nie miała.
Dawaliśmy jej miłość, dawaliśmy jej bezpieczeństwo. Nigdy nie groził jej
głód ani chłód...
Esther przypomniała sobie, że Jacob również przybył z innego kraju; że
cierpiał głód, chłód i wyobcowanie. Musiał sobie poprzysiąc na wszystkie
świętości, że będzie trzymał te wilki z dala od swoich dzieci. Sięgnęła
do jego ramienia z troską, lecz nie przyniosło mu to pociechy.
-?Czy ten koszmar się nie skończy, Esther?
Nie potrafiła odpowiedzieć, lecz następnego dnia napisała do szpitala
list z pytaniem, kiedy mogą przyjechać i zobaczyć się z lekarzem.
Jacob niecierpliwie wyczekiwał odpowiedzi, codziennie przebierając w poczcie, ale papa warknął tylko:
-?Co wam powiedzą, że się pomylili? Świat jest pełen durniów. Czemu
szpital miałby być inny?
-?Bzdura! -?powiedział Jacob, który nigdy wcześniej nie zwracał się do
teścia z taką złością. -?Stosują się do etyki lekarskiej. Jeśli się
zorientują, że to pomyłka, natychmiast pozwolą nam ją zabrać do domu.
Esther zdała sobie sprawę, iż jej mąż ciągle oczekuje, że diagnoza
zostanie zmieniona, że zdarzy się cud, że zamknięte drzwi rozstąpią się,
że film z ostatniego roku życia zostanie przewinięty do tyłu i wszyscy
będą mogli się pośmiać, jak idiotycznie funkcjonuje życie -?na wspak, na
wspak, póki wszystko nie zostanie anulowane i skasowane. Zrobiło się jej
żal Jacoba, lecz nie mogła pozwolić mu myśleć, że chce pojechać do
szpitala z tego samego powodu.
-?Chciałam powiedzieć lekarzom... spytać ich... przecież nasze życie się
zmieniło... Są rzeczy, o których Deborah może nawet nie wiedzieć, a które
kazały nam zrobić to, co zrobiliśmy. Było tyle powodów, których nasza
dobra wola nie mogła odmienić.
-?Wiedliśmy proste życie. Wiedliśmy dobre życie. Wiedliśmy godne życie.
Powiedział to z najzupełniejszym przekonaniem, a Esther spostrzegła, że
słowa, które dawniej wypowiadała, odbiły się na nim i na ich związku
zarówno przed ślubem, jak i po nim, kiedy powinna była przenieść całą
swoją lojalność na niego, lecz tego nie uczyniła. Nie chciała go ranić.
Nie było zresztą sensu, zmagania mieli już w większości za sobą. Dla
wszystkich, z wyjątkiem Deborah, temat był martwy, a kto może wiedzieć,
czym był dla niej?
W pierwszych miesiącach zdarzały się niekiedy okresy wewnętrznego
spokoju, nawet szczęścia. Suzy, zostawiana w domu bez opieki, zaczęła
się usamodzielniać, a Jacob zdał sobie sprawę, chociaż temu przeczył, że
przed wyjazdem córki przez długi czas chodził na palcach, kulił się w sobie, bał czegoś nienazwanego.
Pewnego dnia do domu wpadła cała gromada kolegów i koleżanek szkolnych
Suzy, roześmianych i żartujących, a Esther postanowiła zaprosić ich
wszystkich na kolację. Suzy promieniała, a kiedy poszli, Jacob
powiedział dobrotliwym tonem:
-?Co za głuptaki. Czy my też byliśmy kiedyś tacy głupi? Ten mały w czapce! -?zaśmiał się. Spostrzegłszy, że autentycznie ma dobry humor,
powiedział: -?Mój Boże, ale się dziś uśmiałem. Ile czasu minęło, odkąd
tak się bawiłem!? -?A potem dodał: -?Czy to już naprawdę tak długo? Całe
lata?
-?Tak -?odparła -?naprawdę tak długo.
-?W takim razie może rzeczywiście była... nieszczęśliwa.
-?Chora -?powiedziała Esther.
-?Nieszczęśliwa! -?krzyknął Jacob i wyszedł z pokoju. Wrócił po kilku
minutach. -?Po prostu nieszczęśliwa!
-?Twoi rodzice piszą, że chcieliby cię odwiedzić -?powiedziała doktor
Fried. Siedziała po drugiej stronie ciężkiej dwunastowiecznej
spuszczanej kraty, która niekiedy je rozdzielała. Tym razem krata była
podniesiona, niewidoczna, lecz kiedy lekarka wspomniała o rodzicach i odwiedzinach, Deborah usłyszała nagły zgrzyt i krata spadła z hukiem.
-?Co się stało? -?spytała lekarka, która nie słyszała łomotu spadającej
kraty, ale dostrzegła jej efekty.
-?Właściwie pani nie widzę i właściwie pani nie słyszę -?powiedziała
Deborah. -?Jest pani za bramą.
-?Znowu twoja średniowieczna brama. Przecież w tych bramach są drzwi.
Czemu sobie nie otworzysz?
-?Drzwi też są zamknięte.
Lekarka spojrzała na popielniczkę.
-?Ci twoi budowniczowie nie są zbyt mądrzy, jeśli postawili przeszkodę z bocznymi drzwiami, a teraz nie potrafią przez nie przejść.
Deborah była zła, kiedy lekarka brała do ręki jej prywatny świat i obracała nim dla swoich własnych celów. Pręty robiły się coraz grubsze.
Miękki głos z obcym akcentem coraz bardziej pogrążał się w ciszy za
metalowym murem. Ostatnie słowa brzmiały:
-?Chcesz, żeby przyjechali?
-?Matka tak, ale on nie -?odparła Deborah. -?Nie chcę, żeby mnie
odwiedzał.
Słowa te zaskoczyły ją. Wiedziała, że ich nie zmyśliła, że są w jakiś
sposób ważne, ale nie wiedziała dlaczego. Przez wiele lat z jej ust
wychodziły słowa, na które umysł nie wydał polecenia, a w każdym razie
nie przypominał sobie tego. Czasami ogarniało ją tylko jakieś uczucie,
któremu udzielano głosu, ale kryjąca się za nim logika, która mogłaby
przekonać świat, pozostawała niema, więc Deborah utraciła wiarę w swoje
własne pragnienia. Tym zajadlej ich jednak broniła. Wiedziała, że to, co
odczuwa teraz, to także władza nagradzania i karania. Miłość ojca do
Deborah zawsze była dla niej bronią wymierzoną przeciwko niemu. Obecnie
jednak miała świadomość, chociaż trudną do wyrażenia, że jego
współczucie i miłość były teraz dla niej niebezpieczne. Wiedziała także,
iż nie potrafi wyrazić swojego poczucia, że rzeczywiście przynależy
tutaj. Zważywszy jej niemotę oraz wymowność zamków i krat, Jacoba może
ogarnąć przerażenie i smutek, które u niego widziała, kiedy ją tutaj
przywieźli. Może zechcieć skończyć z tym "uwięzieniem". Kobiety na
oddziale ostrych przypadków ciągle wyły i wrzeszczały. Jedna z nich może
przeważyć szalę na złą stronę. Deborah to wszystko wiedziała, lecz nie
potrafiła wypowiedzieć. No i było jeszcze to poczucie władzy.
Widziała, że usta lekarki poruszają się. Wyobraziła sobie potok pytań i oskarżeń. Zaczęła spadać, przemieszczając się wraz z Anterrabae przez
upstrzoną ognikami ciemność do Ur. Tym razem upadek był długi. Przez
długi czas panowała całkowita ciemność, potem szarość, widziana przez
opaskę na oczach. Znała to miejsce -?to Otchłań. Bogowie i Kolektywa
jęczeli i krzyczeli, ale nawet ich słowa były niezrozumiałe.
Kiedyś, w Otchłani, sparzyła się, bo chociaż widziała piec i wrzącą
wodę, ich funkcja i kształt były pozbawione znaczenia. Znaczenie
przestało być istotne. No i oczywiście w Otchłani nie było strachu, bo
strach również nie miał tam znaczenia. Czasem nawet zapominała języka
angielskiego.
Zgroza Otchłani polegała na wydobywaniu się z niej. Powracała wtedy wola
i potrzeba znaczenia, ale jeszcze nie samo znaczenie. Pewnego dnia w szkole właśnie wydostała się z Otchłani, kiedy nauczycielka wskazała na
jakieś słowo w jej książce i spytała:
-?Co to jest za słowo?
Rozpaczliwie usiłowała znaleźć jakiś sens w białym tle i czarnych
kreskach. Nic z tego. Musiała skupić wszystkie siły, żeby sobie
przypomnieć, jak się mówi po angielsku: "Co?".
Nauczycielka wpadła w złość.
-?Cóż to za wygłupy? Co to za słowo?
Nic z tego. Nie była w stanie wyłuskać ani odrobiny rzeczywistości z kresek i kropek na białym tle. Z tyłu ktoś zachichotał, wobec czego
nauczycielka, chyba lękając się utraty autorytetu, zostawiła niemą
Deborah i zniknęła w szarości. Teraźniejszość, świat stał się nicością.
W gabinecie doktor Fried jeszcze nie rozpoczęła się zgroza wychodzenia z Otchłani. Deborah nadal przebywała na samym dnie i na razie nie było
istotne, czy istnieje język, znaczenie, a nawet światło.
Esther Blau łapczywie otworzyła list, a czytając, najpierw poczuła
zaskoczenie, potem złość.
-?Piszą, że chce, żebym przyjechała, ale powiedziała lekarce, że tym
razem mam przyjechać sama. -?Chciała oszczędzić mężowi bólu, więc nie
powtórzyła mu słów użytych w liście: "...nie chce się widzieć z panem
Blau".
-?No dobrze -?powiedział Jacob -?to pojedziemy i zobaczymy się z nią na
chwilę, a potem możecie pobyć ze sobą dłużej.
Trochę odsłoniła gorzką prawdę.
-?Kiedy oni uważają, że na razie za wcześnie, żebyśmy przyjeżdżali
oboje. Mogę sama prowadzić albo pojadę pociągiem.
-?Nie wygłupiaj się -?powiedział. -?To nonsens. Pojedziemy razem.
-?To nie jest nonsens, Jacob. Proszę cię...
Wziął list ze stołu i przeczytał, a złość, jaka go ogarnęła, z początku
skierowana była bardziej ku żonie, która usiłowała oszczędzić mu tych
słów, niż ku samej treści listu.
-?Za kogo ona się ma?
-?Jest chora. Mówiłam ci, doktor Lister ci mówił.
-?Niech ci będzie! -?powiedział. -?Niech ci będzie. -?W miejsce złości
przyszedł ból. -?Nie możesz jechać sama. Zawiozę cię i zostanę na
zewnątrz. Jeśli zmieni zdanie, będzie się mogła ze mną zobaczyć.
-?Oczywiście. -?Esther wiedziała, że znowu idzie na ustępstwa. Będzie
musiała walczyć na dwa fronty, ale nie może Jacobowi odmówić. Może
spotka się z lekarzem, to powinno go uspokoić. Wstała i odebrała mu
list, mając nadzieję, że podróż stępi ból wywołany jednoznacznymi
słowami odtrącenia.
Kiedy weszła do sypialni, aby odłożyć list do szuflady, usłyszała, że
Suzy rozmawia przez telefon z koleżanką. Mówiła:
-?No nie wiem... nie możemy ustalić nic na pewno. Mówiłam ci, moja siostra
Debbie jest bardzo chora. Nie... Co miesiąc przysyłają sprawozdania. Nie...
nie o to chodzi. Chodzi o to, że jeśli następne będzie niepomyślne, nie
będą mieli ochoty na żadne imprezy tutaj w domu... Jasne. Dam ci znać,
jeśli będę mogła.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki