Nigdy nie obiecywałam ci ogrodu pełnego róż - Joanne Greenberg

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRZEDMOWA

Kiedy powie­dzia­łam przy­ja­cio­łom i zna­jo­mym, że ponow­nie czy­tam współ­cze­sny kla­syk Joanne Gre­en­berg Ni­gdy nie obie­cy­wa­łam ci ogrodu peł­nego róż, podzie­lili się oni na dwa obozy: dla jed­nych była to ulu­biona i nie­zwy­kle ważna książka, dru­dzy ni­gdy o niej nie sły­szeli. Jak się wydaje, ta opu­bli­ko­wana w 1964 roku powieść wpa­dła w jakąś szcze­linę. Ni­gdy nie obie­cy­wa­łam ci ogrodu peł­nego róż podej­muje kwe­stię pro­ble­ma­tycz­no­ści bycia młodą osobą płci żeń­skiej oraz radze­nia sobie z cho­robą psy­chiczną i spo­łe­czeń­stwem -?podob­nie jak inny, opu­bli­ko­wany zale­d­wie rok wcze­śniej, czę­ściowo auto­bio­gra­ficzny kla­syk: Szklany klosz Sylvii Plath.

Mię­dzy miło­śni­kami Szkla­nego klo­sza i Ni­gdy nie obie­cy­wa­łam ci ogrodu peł­nego róż ist­nieje jed­nak podobna prze­paść jak mię­dzy pięt­nem zwią­za­nym z depre­sją oraz schi­zo­fre­nią. Od kil­ku­dzie­się­ciu lat czy­tel­nicy na ogół sil­niej się utoż­sa­miają z ambitną i wytworną Esther Gre­en­wood, która w Szkla­nym klo­szu cho­chlami nakłada sobie kawior na wykwint­nych przy­ję­ciach, zanim w jej życiu wszystko się zawali. Tym­cza­sem boha­terkę powie­ści Gre­en­berg, Debo­rah, która jest Żydówką i posu­wa­jącą się do prze­mocy i maka­brycz­nych samo­oka­le­czeń psy­cho­tyczką, sto­sun­kowo trudno byłoby przed­sta­wić jako ozdobę salo­nów.

A prze­cież to wła­śnie ta mało este­tyczna szorst­kość tak bar­dzo mnie w niej pociąga. Podzi­wiam hucpę na oddziale dla ostrych przy­pad­ków, gdzie tra­fiła Debo­rah, kiedy pocięła sobie ramię na strzępy:

[Carla i Debo­rah] spoj­rzały na sie­bie z uśmie­chem, wie­dząc, że oddział D nie jest wcale "naj­gor­szym" ze wszyst­kich oddzia­łów, tylko naj­szczer­szym. Na innych oddzia­łach trzeba było utrzy­my­wać jakiś "sta­tus", jakieś pozory.

Bo pod wie­loma wzglę­dami to świat, a nie nasto­let­nia Debo­rah, jest obłą­kany. Na tera­pii z dok­tor Fried, jej psy­cho­te­ra­peutką, Debo­rah opo­wiada o tym, że była wie­lo­krot­nie okła­my­wana przez doro­słych na temat guza, który jej ope­ra­cyj­nie wycięto. Opi­suje anty­se­mic­kie zaczepki ze strony dziew­cząt pod­czas obozu. Docho­dzi do tego ludo­bój­stwo w cza­sie wojny: "Debo­rah od czasu do czasu sły­szała, że w Niem­czech jest czło­wiek, który nazywa się Hitler i zabija Żydów z taką samą sza­tań­ską rado­ścią" jak "nie­na­wi­dzące dzieci", które skan­do­wały na obo­zie obe­lgi. Cho­ciaż prawdą jest, że w umy­śle Debo­rah cza­iło się coś, co umoż­li­wiło jej stwo­rze­nie wyima­gi­no­wa­nego świata Ur, który potem ją drę­czył. Zaska­ku­jący jest fakt, że tak nie­wielu ludzi szuka schro­nie­nia w roz­bu­do­wa­nych wyima­gi­no­wa­nych świa­tach, skoro rze­czy­wi­stość roi się od hor­ro­rów.

Po raz pierw­szy prze­czy­ta­łam tę książkę w ósmej kla­sie, mając trzy­na­ście lat. Moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka i ja zma­ga­ły­śmy się z nie­zdia­gno­zo­waną cho­robą psy­chiczną, która się w nas roz­wi­jała, i kiedy zapy­ta­łam Kate, co sądzi o tej powie­ści, odpo­wie­działa:

-?Nie wydała mi się aż taka dziwna.

Mnie też nie. Coś w tym tek­ście do mnie prze­mó­wiło.

Dzie­siątki lat póź­niej na­dal budzi we mnie podziw, że dzięki Gre­en­berg potworne cier­pie­nie zwią­zane z psy­chozą staje się takie nama­calne. Sama spró­bo­wa­łam się zmie­rzyć z takim pro­jek­tem lite­rac­kim i oka­zał się nie­ła­twy. Kiedy dok­tor Fried popro­siła Debo­rah na tera­pii o szcze­góły histo­rii o guzie z dzie­ciń­stwa, "dziew­czyna ucie­kła w popło­chu do Ur, które zamknęło się nad jej głową jak woda. Powierzch­nia była gładka, a Debo­rah znik­nęła". Trudno powie­dzieć, na ile dosłowne jest doświad­cze­nie Debo­rah z Ur, lecz odma­lo­wu­jąc je ze spraw­no­ścią autorki powie­ści fan­tasy, Gre­en­berg umoż­li­wia czy­tel­ni­kowi -?rów­nież temu nie­zna­ją­cemu doświad­cze­nia psy­chozy z autop­sji -?prze­ży­cie namiastki doświad­cze­nia psy­cho­tycz­nego.

Bo psy­choza, cho­ciaż przed­sta­wia się ją jako ucieczkę, wiąże się z cier­pie­niem. Cho­ciaż Ur powstało jako schro­nie­nie przed życio­wymi burzami, stało się źró­dłem zgrozy i uciąż­li­wych naci­sków, kiedy Debo­rah stra­ciła nad nim kon­trolę. Dok­tor Fried od razu to dostrzega i pro­wa­dzi Debo­rah do barw­nego wszech­świata rze­czy­wi­sto­ści. Z upły­wem fabuły Ni­gdy nie obie­cy­wa­łam ci ogrodu peł­nego róż staje się bitwą mię­dzy Ur a rze­czy­wi­sto­ścią.

Długa podróż Debo­rah w stronę "real­no­ści" i struk­tura jej dni na oddziale odzwier­cie­dlają epokę, w któ­rej powstała powieść, będąca formą inter­wen­cji na rzecz pacjen­tów psy­cho­tycz­nych. Książka przed­sta­wia spo­soby myśle­nia leka­rzy o psy­cho­zie i schi­zo­fre­nii, jak rów­nież metody ich doraź­nego i dłu­go­ter­mi­no­wego lecze­nia. Debo­rah wycho­dzi na stałe do domu dopiero po trzech latach pobytu w szpi­talu (podob­nie jak kie­dyś Gre­en­berg). Pacjen­tom fun­duje się wie­lo­go­dzinne "zimne zawi­ja­nie": cia­sno opa­tula się ich prze­ście­ra­dłami, do któ­rych wkłada się worki z lodem, aby uspo­koić pobu­dzone umy­sły -?a prze­cież w Debo­rah metoda ta, która mnie wydaje się okrutna, budzi nie więk­sze emo­cje niż inne ele­menty szpi­tal­nego życia. Cho­ciaż wie­lo­let­nie hospi­ta­li­za­cje, zimne zawi­ja­nie i per­ma­nentną ana­lizę psy­cho­dy­na­miczną zastą­piły leki psy­cho­tro­powe i pobyty dzie­się­cio­dniowe, zarówno Debo­rah, jak i Gre­en­berg wska­zują na sku­tecz­ność dłu­giego, powol­nego lecze­nia.

W dwóch trze­cich powie­ści Debo­rah zdaje sobie sprawę, że zaczyna widzieć świat na nowo:

Powoli, stop­niowo, Debo­rah zaczęła widzieć kolory. Ujrzała kształty i kolory drzew, alejki, żywo­płotu i zimo­wego nieba nad żywo­pło­tem. Słońce zaszło, a barwne tony zaczęły wibro­wać w zmroku, nada­jąc Rezer­wa­towi dodat­kowy wymiar. Powoli, nara­sta­jąco, w Debo­rah pęcz­niało prze­ko­na­nie, że nie umrze.

Takiego potwor­nie trud­nego wyboru doko­nuje Debo­rah -?posta­na­wia się ura­to­wać i osią­gnąć spo­kój. Uwiel­biam tę książkę, ponie­waż nie boi się prze­rzu­cać czy­tel­nika z rze­czy­wi­sto­ści do nierze­czy­wi­sto­ści ani odma­lo­wy­wać dziw­nych zaga­dek, które jak paję­czyna zasnu­wają wzbu­rzony umysł Debo­rah. Nie boi się pro­wo­ko­wać czy­tel­nika praw­dzi­wym obra­zem tak zwa­nego zdro­wego na umy­śle świata, nie boi się oświe­cać rze­czy­wi­sto­ści obłą­kaną świeczką i mówić: "Co możemy teraz zoba­czyć?". Czy ciem­ność jest tylko wewnątrz czy rów­nież na zewnątrz?

Esmé Weijun Wang

1

Był śro­dek jesieni. Jechali przez żyzną rol­ni­czą kra­inę, przez cudaczne stare mia­steczka, któ­rych ulice zakwi­tały bar­wami prze­cho­dzą­cych meta­mor­fozę drzew. Mówili nie­wiele. Z całej trójki naj­więk­sze zde­ner­wo­wa­nie oka­zy­wał ojciec. Od czasu do czasu prze­ry­wał dłu­gie mil­cze­nie cha­otycz­nymi odzyw­kami, które nawet jemu samemu zda­wały się nie na miej­scu. Spy­tał na przy­kład dziew­czynę, któ­rej twarz widział w lusterku wstecz­nym:

-?Wiesz chyba prze­cież, jakim byłem głu­pim mło­ko­sem, kiedy się żeni­łem? Nie mia­łem poję­cia o wycho­wy­wa­niu dzieci, o tym, co to zna­czy być ojcem.

Jego obrona była na poły ata­kiem, lecz dziew­czyna nie zare­ago­wała. Matka zapro­po­no­wała, aby zatrzy­mali się na kawę. Powie­działa, że to wła­ści­wie wycieczka z ich cudowną córeczką, podróż u schyłku roku przez piękny kra­jo­braz. Zaje­chali pod przy­drożną restau­ra­cję. Dziew­czyna szybko wysia­dła i skie­ro­wała się ku toa­le­tom za budyn­kiem. Rodzice z nie­po­ko­jem wodzili za nią wzro­kiem, a po chwili ojciec powie­dział:

-?Wszystko w porządku.

-?Zacze­kamy czy wej­dziemy do środka? -?spy­tała matka gło­śno, ale mówiła wła­ści­wie do sie­bie. Z ich dwojga była bar­dziej ana­li­tyczna, z góry pla­no­wała skutki tego, co zrobi i powie, a mąż chęt­nie szedł za jej radami, bo tak było łatwiej, a poza tym z reguły miała rację. Teraz, czu­jąc zamęt i osa­mot­nie­nie, pozwo­lił jej mówić -?pla­no­wać skutki - ponie­waż znaj­do­wała w tym pocie­chę. Jemu łatwiej było mil­czeć.

-?Gdy zosta­niemy w samo­cho­dzie -?mówiła -?znaj­dzie nas, jeśli będzie nas potrze­bo­wać. Bo jeśli wyj­dzie i nas nie zoba­czy... Ale z dru­giej strony powinno to wyglą­dać tak, że jej ufamy. Musi czuć, że jej ufamy.

Posta­no­wili wejść do restau­ra­cji kro­kiem wystu­dio­wa­nie nie­dba­łym. Kiedy usie­dli przy oknie, ujrzeli ją, jak wyła­nia się zza budynku i idzie ku nim. Sta­rali się patrzeć na nią jak na kogoś obcego, jak na wła­śnie im przed­sta­wioną córkę kogoś innego, nie ich Debo­rah. Doko­nali oglę­dzin pozba­wio­nego wdzięku dora­sta­ją­cego ciała i uznali je za dobre, twarz oce­nili jako inte­li­gentną i pełną życia, lecz tro­chę zbyt mało doj­rzałą jak na szes­na­sto­latkę.

Przy­zwy­cza­ili się już, że ich dziecko jest nad wiek roz­wi­nięte, lecz teraz nie dostrze­gali tego w zna­jo­mej twa­rzy, na którą bez­sku­tecz­nie pró­bo­wali spoj­rzeć obcym okiem.

Jak obcy mogą mieć rację, myślał ojciec. Ona jest nasza... całe życie nasza. Oni jej nie znają. Mylą się, mylą!

Matka obser­wo­wała sie­bie obser­wu­jącą swoją córkę.

Na mojej twa­rzy nie może poja­wić się żadna oznaka, żadne pęk­nię­cie. Uśmiech­nęła się.

Wie­czo­rem zatrzy­mali się w nie­wiel­kim mie­ście i udali się na kola­cję do naj­lep­szej restau­ra­cji, powo­do­wani bun­tem i duchem przy­gody, bo nie byli odpo­wied­nio ubrani. Po kola­cji poszli do kina. Debo­rah zda­wała się zna­ko­mi­cie bawić. W restau­ra­cji i w kinie cią­gle żar­to­wali, a póź­niej, brnąc przez zamiej­skie ciem­no­ści, mówili o innych podró­żach, gra­tu­lu­jąc sobie nawza­jem pamięci do zabaw­nych szcze­gó­łów z daw­nych waka­cji. W motelu, gdzie zatrzy­mali się na noc, Debo­rah dostała osobny pokój: nawet rodzice, któ­rzy ją kochali, nie wie­dzieli, jak bar­dzo potrzebny był ten kolejny spe­cjalny przy­wi­lej.

Kiedy sie­dzieli razem w pokoju, Jacob i Esther Blau patrzyli na sie­bie i zasta­na­wiali się, dla­czego nie opa­dły z nich przy­brane pozy, skoro są już sami, skoro mogą ode­tchnąć, roz­luź­nić się i zna­leźć dla sie­bie tro­chę spo­koju. Sły­szeli, jak za cienką ścianą ich córka szy­kuje się do spa­nia. Nie przy­zna­wali się, nawet wzro­kiem, że całą noc będą nasłu­chi­wać, czy z pokoju obok nie docho­dzi dźwięk inny niż oddech ich śpią­cej córki -?dźwięk, który może ozna­czać... nie­bez­pie­czeń­stwo. Tylko raz, zanim poło­żyli się na mroczne czu­wa­nie, Jacob zerwał z twa­rzy zasłonę i natar­czy­wie wyszep­tał żonie do ucha:

-?Czemu ją odda­jemy?

-?Leka­rze mówią, że to konieczne -?odszep­nęła Esther, leżąc sztywno i patrząc ku nie­mej ścia­nie.

-?Leka­rze. -?Jacob od samego początku wzbra­niał się przed tym doświad­cze­niem.

-?To dobre miej­sce -?powie­działa tro­chę gło­śniej, aby prze­ko­nać samą sie­bie.

-?Nazy­wają to szpi­ta­lem psy­chia­trycz­nym, ale to po pro­stu miej­sce, gdzie zamyka się ludzi. Jak możesz mówić, że to dobre miej­sce dla dziew­czynki, jesz­cze dziecka!

-?O Boże, Jacob -?powie­działa -?wiesz, ile nas kosz­to­wała ta decy­zja. Jeżeli nie możemy zaufać leka­rzom, to do kogo mamy się zwró­cić, komu zaufać? Dok­tor Lister mówi, że to jedyna pomoc, jaką Debo­rah może w tej chwili otrzy­mać. Musimy spró­bo­wać!

Mil­czał, znowu jej ustę­pu­jąc; posłu­gi­wała się sło­wami znacz­nie zręcz­niej od niego. Powie­dzieli sobie dobra­noc. Uda­wali, że śpią, oddy­cha­jąc głę­boko i wpa­tru­jąc się zbo­la­łymi oczyma w ciem­ność.

Za ścianą Debo­rah poło­żyła się do łóżka. W Kró­le­stwie Ur było pewne neu­tralne miej­sce zwane Pozio­mem IV. Można tam było dotrzeć tylko przy­pad­kiem, a nie za pomocą jakiejś for­muły czy wysił­kiem woli. Na Pozio­mie IV nie trzeba było nic odczu­wać, ście­rać się z prze­szło­ścią czy przy­szło­ścią. Nie było pamięci ani jaźni, nic oprócz czy­stych, odar­tych z wszel­kich emo­cji fak­tów, które przy­cho­dziły same, kiedy ich potrze­bo­wała.

Teraz, w łóżku, osią­gnąw­szy Poziom IV, nie musiała się trosz­czyć o przy­szłość. Ludzie w pokoju obok to, zdaje się, jej rodzice. Bar­dzo dobrze. Nale­żeli jed­nak do mgli­stego świata, który się roz­pły­wał, a ona mknęła, nie napo­ty­ka­jąc żad­nych prze­szkód, do nowego świata, w któ­rym obce jej były wszel­kie tro­ski. Ucie­ka­jąc od sta­rego świata, ucie­kała zara­zem od zło­żo­no­ści Kró­le­stwa Ur, od Kolek­tywy, Cen­zora i uryj­skich bogów. Prze­wró­ciła się na bok i usnęła głę­bo­kim, spo­koj­nym snem, któ­rego nie zakłó­cały żadne mary.

Rano rodzina ruszyła w dal­szą drogę. Kiedy samo­chód wyje­chał z cie­nia motelu na sło­neczną szosę, Debo­rah przy­szło do głowy, że podróż może trwać wiecz­nie, że spo­kój i cudowna wol­ność, jakiej zazna­wała, mogą być nowym darem od zwy­kle zbyt wyma­ga­ją­cych bogów i urzę­dów Ur.

Po kilku godzi­nach jazdy przez brą­zo­wo­zło­ci­ste pola i nakra­piane słoń­cem ulice miast matka ode­zwała się:

-?Nie prze­ga­pi­li­śmy skrętu, Jacob?

Z głę­bo­kiej Otchłani w Ur zaskrze­czał głos:

-?Nie­winna! Nie­winna!

Z prze­strzeni wol­no­ści Debo­rah Blau pole­ciała na łeb na szyję ku zde­rze­niu dwóch świa­tów. Jak zawsze roz­legł się dziw­nie niemy brzęk. W świe­cie, gdzie budziło się w niej życie, słońce na nie­bie pękło, zie­mia wybu­chła, jej ciało roz­pa­dło się na kawałki, zęby i kości zostały zgnie­cione na mia­zgę. W dru­gim świe­cie, gdzie miesz­kały duchy i cie­nie, samo­chód skrę­cił w boczną drogę, na któ­rej końcu stał stary budy­nek z czer­wo­nej cegły, wik­to­riań­ski, nieco zanie­dbany, oto­czony drze­wami. Zna­ko­mity para­wan dla domu waria­tów. Kiedy samo­chód sta­nął przed budyn­kiem, na­dal była oszo­ło­miona owym zde­rze­niem, trudno jej było wysiąść i wejść pew­nym kro­kiem po scho­dach do środka, gdzie cze­kali na nią leka­rze. We wszyst­kich oknach były kraty. Debo­rah uśmiech­nęła się nie­znacz­nie. Tego mi potrzeba. Bar­dzo dobrze.

Kiedy Jacob Blau ujrzał kraty, pobladł. Teraz już nie mógł powie­dzieć sobie, że zosta­wia córkę w "sana­to­rium", "ośrodku reha­bi­li­ta­cji". Prawda była dla niego rów­nie naga i zimna jak żela­zne pręty. Esther pró­bo­wała poro­zu­mieć się z nim bez słów: Nale­żało się tego spo­dzie­wać, więc teraz nie bądźmy zasko­czeni.

Cze­kali, a Esther Blau od czasu do czasu uda­wała wesołą. Oprócz zakra­to­wa­nych okien pocze­kal­nia niczym się nie wyróż­niała, nawet cza­so­pi­sma były rów­nie przeda­to­wane jak wszę­dzie, zażar­to­wała. Z głębi kory­ta­rza dobiegł ich zgrzyt klu­cza w zamku, na co Jacob znowu zesztyw­niał, jęcząc cicho:

-?Nie dla niej, naszej małej Debby...

Nie zauwa­żył, że twarz córki nagle przy­brała bez­względny wyraz.

Lekarz, który był czło­wie­kiem kan­cia­stej, cięż­kiej postury, idąc kory­ta­rzem, zebrał się w sobie przed wej­ściem do pocze­kalni. Udręka rodzi­ców wręcz wisiała w powie­trzu. Wie­dział, że budy­nek jest stary, nie­przy­jemny. Spró­buje szybko zabrać dziew­czynkę, a rodzi­ców prze­ko­nać, że postą­pili słusz­nie.

Zda­rzało się w tym pomiesz­cze­niu, że rodzice, żony, mężo­wie w ostat­niej chwili z obrzy­dze­niem odwra­cali się od strasz­nej, prze­ra­ża­ją­cej prawdy o cho­ro­bie. Cza­sem zabie­rali swo­ich dziw­no­okich bli­skich ze sobą. Powo­do­wał nimi lęk bądź źle pojęta tro­ska, cza­sem jed­nak -?znowu zlu­stro­wał wzro­kiem rodzi­ców -?zawiść i gniew, że dłu­gie dzieje cier­pie­nia zostaną prze­rwane o jedno poko­le­nie za późno. Mówił do nich współ­czu­jąco, lecz nie czu­łost­kowo, i wkrótce mógł posłać po pie­lę­gniarkę, aby zabrała dziew­czynkę na oddział. Wyglą­dała jak ofiara szoku. Kiedy wyszła, lekarz poczuł, że w rodzi­cach ści­ska się serce.

Obie­cał im, że jesz­cze zdążą się z nią poże­gnać, i oddał ich do dys­po­zy­cji sekre­tarki, która miała do zapeł­nie­nia cały arkusz danych. Kiedy ujrzał ich znowu, już po poże­gna­niu, oni rów­nież wyglą­dali jak ludzie w szoku: "Zadano im ranę, pomy­ślał, odcięto ich od córki".

Jacob Blau nie był czło­wie­kiem, który wiecz­nie ana­li­zuje lub przy­gląda się swo­jemu prze­szłemu życiu, aby je zmie­rzyć i zwa­żyć. Nie­kiedy podej­rze­wał żonę o łap­czy­wość, skry­wane namięt­no­ści, które wyła­do­wuje w nie­ustan­nym potoku słów. Myślał tak jed­nak po tro­sze z zazdro­ści. On rów­nież kochał swoje córki, cho­ciaż ni­gdy im tego nie powie­dział; on rów­nież pra­gnął zwie­rzeń, lecz nie umiał otwo­rzyć przed nimi serca; z tego też powodu i one nie ujaw­niały mu swo­ich sekre­tów. Jego naj­star­sza córka wła­śnie się z nim roz­stała, nie­mal z ochotą, w tym ponu­rym przy­bytku zło­żo­nym z zam­ków i krat, odwró­ciła się, led­wie odwza­jem­niw­szy poca­łu­nek. Jakby nie chciała od niego pocie­chy, nie­mal wzdra­gała się przed jego dotknię­ciem. Miał wybu­chowy tem­pe­ra­ment i teraz potrze­bo­wał oczysz­cze­nia w pro­stym, bez­po­śred­nim gnie­wie. Złość jed­nak tak była prze­sy­cona współ­czu­ciem, lękiem i miło­ścią, że nie wie­dział, jak się od niej wyzwo­lić. Wiła się i cuch­nęła wewnątrz; czuł, jak z dłu­giej drzemki roz­bu­dza się powoli ból wrzodu.

2

Zabrali Debo­rah do nie­wiel­kiego, skąpo urzą­dzo­nego pokoju i trzy­mali ją tam, póki nie zwol­niły się prysz­nice. Tam rów­nież była pil­no­wana przez kobietę, która z pogodną miną sie­działa w kłę­bach pary i patrzyła, jak dziew­czyna się wyciera. Debo­rah posłusz­nie speł­niała wszel­kie pole­ce­nia, lecz lewe przed­ra­mię wykrę­cała nieco do wewnątrz, jakby chciała ukryć dwa nie­wiel­kie strupy po ukłu­ciach na nad­garst­kach. Wcią­gnięta w tryby nowej rutyny wró­ciła do pokoju i odpo­wie­działa na kilka pytań cierp­kiemu leka­rzowi, który wyda­wał się nie­za­do­wo­lony. Było oczy­wi­ste, że nie sły­szy ryku za jej ple­cami.

W próżni Mię­dzy­świata, gdzie tkwiła pomię­dzy Ur a Teraź­niej­szo­ścią, rodziła się do życia Pre­sja. Wkrótce obrzucą ją prze­kleń­stwami i drwi­nami, czy­niąc ją głu­chą na oba światy. Bro­niła się przed nimi jak dziecko, które spo­dzie­wa­jąc się kary, wyma­chuje na oślep rękami. Na nie­które pyta­nia leka­rza zaczęła odpo­wia­dać zgod­nie z prawdą. Niech ją nazwą leniu­chem i kłam­czu­chą. Ryk wzmógł się tro­chę i usły­szała w nim kon­kretne słowa. Pokój nie dawał szans ucieczki. Z osa­cze­nia można się było wymknąć tylko do Teraź­niej­szo­ści, gdzie był lodo­waty dok­tor ze swoim note­sem, bądź do Ur, ze zło­ci­stymi łąkami i bogami. Jed­nak i w Ur były kra­iny zgrozy i zagu­bie­nia, a ona nie wie­działa już, do któ­rego z kró­lestw Ur ma wstęp. Pomóc jej w tym mieli rze­komo leka­rze.

Popa­trzyła na dok­tora, który ginął w zgiełku.

-?Powie­dzia­łam panu prawdę na te wszyst­kie pyta­nia. Pomoże mi pan teraz?

-?To zależy od cie­bie -?odparł cierpko, zamknął notes i wyszedł.

-?Facho­wiec -?zaśmiał się Anter­ra­bae, Spa­da­jący Bóg.

-?Pójdę z tobą -?bła­gała go. Coraz niżej i niżej, bo wciąż spa­dał.

-?Niech tak będzie -?powie­dział. Jego włosy, pło­mie­nie ognia, falo­wały na wie­trze upadku.

Następny dzień, i jesz­cze następny, spę­dziła na rów­ni­nach Ur, gdzie jej wzrok koiła głę­bia prze­strzeni.

Za to wiel­kie miło­sier­dzie Debo­rah była głę­boko wdzięczna Mocom. W trud­nych minio­nych mie­sią­cach w Ur było zbyt dużo śle­poty, chłodu i bólu. Posłuszny pra­wom świata, jej zewnętrzny Pozór spa­ce­ro­wał, odpo­wia­dał, pytał i dzia­łał. Już nie Debo­rah, lecz osoba nosząca imię odpo­wied­nie dla miesz­kańca rów­nin Ur, śpie­wała, tań­czyła i powie­rzała rytu­alne wer­sety piesz­czo­tli­wemu wia­trowi, który koły­sał dłu­gimi tra­wami.

Dla Jacoba i Esther Blau droga do domu nie była krót­sza niż droga do szpi­tala. Cho­ciaż nie jechała z nimi Debo­rah, ich wol­ność mówie­nia tego, co pra­gnęli powie­dzieć, była jesz­cze bar­dziej ogra­ni­czona.

Esther czuła, że lepiej niż mąż zna Debo­rah. Według niej u począt­ków tej koło­myi z leka­rzami i decy­zjami nie stała dzie­cinna próba samo­bój­cza. Sie­działa obok męża w samo­cho­dzie i chciała mu powie­dzieć, że jest wdzięczna córce za to głu­pie i teatralne pod­cię­cie żył. Upo­rczywe podej­rze­nie, że dzieje się coś nie­uchwyt­nego, lecz strasz­nego, zna­la­zło ujście w fak­tach. Tyle krwi na pod­ło­dze łazienki nadało wagi jej mgli­stym odczu­ciom i nie­ja­snym oba­wom, toteż następ­nego dnia poszła do leka­rza. Teraz chciała poka­zać mężowi, jak wielu rze­czy on nie wie, ale miała świa­do­mość, że nie potrafi tego zro­bić, nie raniąc go. Patrzyła na niego, jak pro­wa­dzi samo­chód ze wzro­kiem utkwio­nym w szosę, i nie­ru­chomą twa­rzą.

-?Będziemy ją mogli odwie­dzić za parę mie­sięcy -?powie­działa.

Potem zaczęli kon­stru­ować wer­sję wyda­rzeń dla zna­jo­mych i tych krew­nych, któ­rzy nie byli wystar­cza­jąco bli­scy lub też żywili uprze­dze­nia wobec szpi­tali psy­chia­trycz­nych. Dla nich szpi­tal miał przy­brać postać szkoły, nato­miast Suzy, która zbyt wiele razy sły­szała już o "cho­ro­bie" Debo­rah i zbyt mocno podej­rze­wała, że coś jest nie w porządku, miała się dowie­dzieć o ane­mii lub prze­mę­cze­niu i spe­cjal­nym ośrodku reha­bi­li­ta­cji. Tata i mama dowie­dzą się, że nie ma powo­dów do zmar­twie­nia... Debo­rah jest w czymś w rodzaju sana­to­rium. Znali już zale­ce­nie psy­chia­try, lecz cha­rak­ter szpi­tala musi ulec w ich rela­cji meta­mor­fo­zie, a prze­ni­kliwy, ostry krzyk, jaki usły­szeli przy odjeź­dzie zza jed­nego z zakra­to­wa­nych okien i na który zadrżeli i zagryźli usta, musi zostać wykre­ślony. Krzyk skło­nił Esther do zasta­no­wie­nia, czy mimo wszystko nie popeł­nili błędu; krzyk zosta­nie zamknięty w jej sercu jako sym­bol Debo­rah w tym strasz­nym miej­scu.

Dok­tor Fried wstała z krze­sła i pode­szła do okna. Wycho­dziło na nie­wielki ogród, za któ­rym były tereny spa­ce­rowe dla pacjen­tów. Patrzyła na trzy­maną w dłoni dia­gnozę. Na prze­ciw­le­głej szali do tych trzech stron maszy­no­pisu leżały wykłady, któ­rych nie wygłosi, arty­kuły, któ­rych nie napi­sze, i sesje porad­nic­twa, któ­rych nie odbę­dzie, jeżeli zaj­mie się tym przy­pad­kiem. Lubiła pracę z pacjen­tami. Cho­roba pozwa­lała im spoj­rzeć na zdro­wie psy­chiczne prze­ni­kli­wiej niż więk­szo­ści "nor­mal­nych" ludzi. Pozba­wieni miło­ści, wspól­noty, poro­zu­mie­nia, czę­sto łak­nęli ich z namięt­no­ścią tak czy­stą, że aż piękną.

Cza­sami, pomy­ślała ponuro, świat jest znacz­nie bar­dziej sza­lony niż pacjenci jego kli­nik. Przy­po­mniała sobie Tildę w szpi­talu w Niem­czech, w okre­sie, kiedy Hitler prze­by­wał po dru­giej stro­nie murów: nawet ona nie była w sta­nie powie­dzieć, która strona jest w mniej­szym stop­niu tra­wiona obłę­dem. Mor­der­cza nie­na­wiść Tildy, którą trzeba było przy­wią­zy­wać do łóżka, kar­mić z kro­plówki i otu­ma­niać lekami, potra­fiła przy­ga­snąć na wystar­cza­jąco długo, aby dopu­ścić od czasu do czasu świa­tło. Przy­po­mniała sobie, jak Tilda uśmie­cha się do niej, paro­diu­jąc łagodną uprzej­mość, i mówi przy­pięta pasami do łóżka:

-?Ależ pro­szę wejść, droga pani dok­tor. Aku­rat pani zdą­żyła na miłą her­batkę u pacjentki i koniec świata.

Tilda i Hitler ode­szli, toteż było coraz wię­cej do powie­dze­nia mło­dym leka­rzom, któ­rzy koń­czyli szkoły zbyt mało doświad­czeni życiowo. Czy to uczciwe brać pry­wat­nych pacjen­tów, kiedy jaka­kol­wiek rze­czy­wi­sta poprawa może trwać całe lata, a tysiące, dzie­siątki tysięcy innych dopra­szają się, piszą, dzwo­nią, pro­sząc o pomoc? Zaśmiała się, dostrze­gł­szy w sobie próż­ność, którą kie­dyś nazwała naj­więk­szym wro­giem leka­rza oprócz samej cho­roby pacjenta. Jeżeli Bóg może zba­wiać ludzi poje­dyn­czo, ona też się musi zado­wo­lić skrom­nymi liczeb­nie rezul­ta­tami.

Usia­dła, trzy­ma­jąc w dłoni teczkę zawie­ra­jącą histo­rię cho­roby, otwo­rzyła ją i prze­czy­tała mate­riał:

BLAU, DEBO­RAH, K, 16 LAT.

HISTO­RIA CHO­ROBY: Nie­ho­spi­ta­li­zo­wana

DIA­GNOZA WSTĘPNA: SCHI­ZO­FRE­NIA

Testy: Wyniki testów wska­zują na wysoki (140-150) ilo­raz inte­li­gen­cji, obser­wu­jemy zabu­rze­nia sche­ma­tów myśle­nia. Wiele pytań błęd­nie zin­ter­pre­to­wa­nych i potrak­to­wa­nych zbyt oso­bi­ście. Cał­ko­wi­cie subiek­tywna reak­cja na wywiad i testy. Testy oso­bo­wo­ści wska­zują na typ schi­zo­idalny z ele­men­tem kom­pul­syw­nym i maso­chi­stycz­nym. Wywiad (wstępny): Po przy­ję­ciu do szpi­tala pacjentka spra­wiała wra­że­nie dobrze zorien­to­wa­nej w sytu­acji i logicz­nie myślą­cej, lecz w dal­szej czę­ści wywiadu logika zda­wała się kru­szyć, a na wszel­kie wypo­wie­dzi, które mogły zostać zin­ter­pre­to­wane jako poprawki bądź kry­tyka, reago­wała skraj­nie lękowo. Robiła wszystko, aby popi­sać się przed osobą prze­pro­wa­dza­jącą wywiad swoim dow­ci­pem, posłu­gu­jąc się nim jako sil­nym mecha­ni­zmem obron­nym. Trzy­krot­nie zaśmiała się bez powodu: raz, kiedy stwier­dziła, że hospi­ta­li­za­cja jest skut­kiem próby samo­bój­czej, dwa razy -?w odpo­wie­dzi na pyta­nia o dzień mie­siąca. W miarę upływu wywiadu zmie­niła się jej postawa, zaczęła mówić pod­nie­sio­nym gło­sem, poda­jąc wyryw­kowe zda­rze­nia ze swo­jego życia, które uwa­żała za przy­czynę swo­jej cho­roby. Wspo­mniała o trau­ma­tycz­nej w skut­kach ope­ra­cji w wieku pię­ciu lat, o okrut­nej opie­kunce do dzieci itd. Incy­denty te nie były ze sobą powią­zane, nie wyła­niał się z nich żaden ogólny sche­mat. Nagle, w trak­cie rela­cjo­no­wa­nia któ­re­goś z incy­den­tów, pacjentka wychy­liła się do przodu i powie­działa oskar­ży­ciel­skim tonem: "Powie­dzia­łam panu prawdę, pomoże mi pan teraz?". Uznano za sto­sowne zakoń­czyć wywiad. Histo­ria rodziny: Uro­dzona w Chi­cago, X 1932. Kar­miona pier­sią 8 mie­sięcy. Rodzeń­stwo: sio­stra Susan, ur. 1937. Ojciec, Jacob Blau, księ­gowy, któ­rego rodzina wyemi­gro­wała w 1913 r. z Pol­ski. W wieku pię­ciu lat pacjentka prze­była dwie ope­ra­cje usu­nię­cia guza na cewce moczo­wej. Wsku­tek trud­nej sytu­acji mate­rial­nej rodzina wpro­wa­dziła się do dziad­ków na przed­mie­ściu Chi­cago. Poprawa sytu­acji mate­rial­nej, lecz ojciec zacho­ro­wał na wrzody i nad­ci­śnie­nie. W 1942 r. prze­pro­wadzka do mia­sta z powodu wojny. Pacjentka nie przy­sto­so­wała się, w szkole jej doku­czano. Pokwi­ta­nie pod wzglę­dem bio­lo­gicz­nym w nor­mie, lecz w wieku 16 lat pacjentka pod­jęła próbę samo­bój­czą. Znaczne nasi­le­nie hipo­chon­drii, lecz poza guzem cewki moczo­wej zdro­wie fizyczne bez zastrze­żeń.

Prze­wró­ciła stronę i przyj­rzała się wyni­kom testów oso­bo­wo­ścio­wych. Jesz­cze ni­gdy nie miała pacjenta w tak mło­dym wieku. Pomi­ja­jąc samą osobę cho­rej, może warto spraw­dzić, czy komuś z tak małym doświad­cze­niem życio­wym tera­pia może przy­nieść jakąś korzyść i czy taką osobę leczy się łatwiej czy trud­niej.

Osta­tecz­nie prze­ko­nał ją wła­śnie wiek dziew­czyny. Nadał leżą­cemu przed nią mate­ria­łowi więk­szą wagę niż obra­dom komi­sji lekar­skich i arty­ku­łom do napi­sa­nia.

-?Aber wenn wir... Jeśli się powie­dzie -?zmu­siła się do rezy­gna­cji ze swo­jego rodzi­mego języka -?zosta­nie jej jesz­cze tyle pięk­nych lat życia...

Znów spoj­rzała na fakty i liczby. Kie­dyś po prze­czy­ta­niu tego rodzaju raportu powie­działa do psy­cho­loga kli­nicz­nego:

-?Musimy kie­dyś wymy­ślić test, który pokaże, gdzie jest zdro­wie, a nie tylko, gdzie jest cho­roba.

Psy­cho­log stwier­dził, że tę infor­ma­cję łatwiej uzy­skać za pomocą hip­nozy, ame­tyli i pen­to­tali.

-?Nie sądzę -?odparła dok­tor Fried. -?Ukryta siła jest zbyt głę­boką tajem­nicą. A prze­cież, koniec koń­ców, to nasz jedyny sprzy­mie­rze­niec.

3

Przez jakiś czas -?jak długi według ziem­skich kry­te­riów Debo­rah nie wie­działa -?było spo­koj­nie. Świat nie­wiele od niej żądał, więc jesz­cze raz wyda­wało się, że to pre­sja świata powo­duje tyle cier­pie­nia w Ur. Cza­sami była w sta­nie dostrzec z Ur rze­czy­wi­stość, jakby prze­dział mię­dzy nimi był z gazy. Przy­bie­rała wtedy imię Januce, bo czuła się jak mito­lo­giczny Janus o dwóch twa­rzach -?po jed­nej skie­ro­wa­nej w stronę każ­dego ze świa­tów. Wła­śnie napo­mknie­nie o tym imie­niu przy­pra­wiło ją o pierw­sze kło­poty w szkole. Żyła według Sekret­nego Kalen­da­rza (w Ur czas mie­rzy się ina­czej), lecz w środku dnia powró­ciła do Bez­li­to­snego Kalen­da­rza, po czym -?mając to cudowne i wszech­wie­dzące poczu­cie odmiany -?zaty­tu­ło­wała wypra­co­wa­nie:

"Teraz Januce". Nauczy­ciel zapy­tał:

-?Debo­rah, co tu napi­sa­łaś w wypra­co­wa­niu? Co to za słowo "Januce"?

Kiedy nauczy­ciel stał przy jej ławce, nastą­piło pomie­sza­nie świa­tów: w jasnej szkol­nej sali, za dnia, obu­dził się do życia kosz­mar senny. Debo­rah rozej­rzała się dokoła i stwier­dziła, że widzi tylko kon­tury, szare na sza­rym tle, pozba­wione głębi, pła­skie, jak na obrazku. Tytuł wypra­co­wa­nia był sym­bo­lem przej­ścia z czasu Ur do czasu ziem­skiego, lecz czu­jąc się schwy­tana na gra­nicy, musiała odpo­wie­dzieć z obu świa­tów. Wysta­wi­łoby ją to na próbę, z któ­rej nie potra­fi­łaby się racjo­nal­nie wywi­kłać. Kła­mała więc i uda­wała, z ser­cem w gar­dle. Takie nie­bez­pie­czeń­stwo nie może się już wię­cej powtó­rzyć, więc tej samej nocy w Mię­dzy­świe­cie zebrało się całe Wiel­kie Zgro­ma­dze­nie: bogo­wie i demony z Ur, cie­nie z Ziemi. Na straży swo­ich kró­lestw posta­wili Cen­zora, który miał stać mię­dzy sło­wami a myślami Debo­rah, aby strzec tajem­nicy ist­nie­nia Ur. Z upły­wem lat wła­dza Cen­zora rosła. Ostat­nio roz­cią­gnął ją na oba światy, cza­sem nie dało się przed nim skryć żad­nych słów, żad­nych czy­nów. Wystar­czyło prze­cież jedno wyszep­tane tajemne imię, jeden zapi­sany sym­bol, jeden pro­myk świa­tła, który wedrze się w tajemne miej­sce, a oba światy mogły zostać znisz­czone wraz z nią samą.

Na Ziemi toczyło się życie szpi­talne. Debo­rah cho­dziła do pra­cowni, wdzięczna, że ten świat rów­nież daje schro­nie­nie. Nauczyła się wypla­tać koszyki, wysłu­chaw­szy instruk­cji na swoją zgryź­liwą i nie­cier­pliwą modłę. Wie­działa, że nikt z per­so­nelu jej nie lubi. Nikt jej ni­gdy nie lubił. Kiedy wysoka dziew­czyna na oddziale zapro­po­no­wała jej grę w tenisa, drgnęły w posa­dach naj­głęb­sze pokłady Ur. Jesz­cze kilka razy przy­szedł do niej lekarz z ołów­kiem i dowie­działa się, że to ordy­na­tor, osoba, która przy­znaje przy­wi­leje -?wycho­dze­nie poza oddział, pój­ście na obiad, do parku, poza teren szpi­tala, do kina i do sklepu. Przy­wi­leje wyzna­czały sto­pień apro­baty wobec danego pacjenta i miały swój wyraz w odle­gło­ści. W sto­sunku do Debo­rah ordy­na­tor wyra­ził zgodę na nie­ogra­ni­czone poru­sza­nie się po parku, lecz nie wolno jej było wycho­dzić poza obręb szpi­tala. Debo­rah powie­działa do wyso­kiej dziew­czyny, która miała na imię Carla:

-?Powy­żej stu metrów kwa­dra­to­wych jestem świr­nięta. Skoro ist­nieją robo­czo­go­dziny i lata świetlne, to dla­czego nie metryczny obłęd.

-?Nie martw się -?odpo­wie­działa Carla. -?Nie­długo dosta­niesz wię­cej przy­wi­le­jów. Jeżeli będziesz współ­pra­co­wać z lekarką, tro­chę ci polu­zują. Zasta­na­wiam się tylko, jak długo tu zostanę. Jestem tu już od trzech mie­sięcy.

Obie pomy­ślały o kobie­tach na dru­gim końcu oddziału.

Wszyst­kie z nich były w szpi­talu od ponad dwóch lat.

-?Czy ktoś stąd w ogóle wycho­dzi? -?spy­tała Debo­rah. -?To zna­czy wraca do zdro­wia i wycho­dzi ze szpi­tala?

-?Nie wiem -?powie­działa Carla. Spy­tały pie­lę­gniarkę.

-?Nie wiem -?odparła. -?Jestem tu od nie­dawna.

Czarny bóg Lac­ta­ma­eon jęk­nął, Kolek­tywa zaś -?zjawy wszyst­kich nauczy­cieli, krew­nych i kole­ża­nek ze szkoły, wiecz­nie pod­da­jące ją tajem­nej oce­nie i obrzu­ca­jące wyzwi­skami -?wybu­chła szy­der­czym śmie­chem:

-?Na zawsze, wariatko! Na zawsze, bume­lantko!

Póź­niej, kiedy Debo­rah leżała wpa­trzona w sufit, przy­szła sta­żystka.

-?Czas wsta­wać -?powie­działa nie­pew­nym gło­sem, prze­peł­nio­nym prze­ra­że­niem z powodu braku doświad­cze­nia. W kli­nice odby­wała staż cała grupa przy­szłych psy­chia­trów. Debo­rah wes­tchnęła i wstała posłusz­nie, myśląc sobie: "Zdu­miewa ją mgiełka sza­leń­stwa, jaką wypeł­niam pokój".

-?Chodź ze mną -?powie­działa sta­żystka. -?Pani dok­tor chce się z tobą zoba­czyć. Jest tu bar­dzo ważną osobą i bar­dzo zna­nym leka­rzem, więc musimy się spie­szyć.

-?Jeśli jest taka ważna, włożę buty -?odparła Debo­rah, na co mło­dej kobie­cie oczy otwo­rzyły się sze­rzej ze zdzi­wie­nia, a na twa­rzy poja­wił się wyraz tłu­mio­nej dez­apro­baty. Pew­nie pole­cono jej nie oka­zy­wać żad­nych sil­niej­szych uczuć, takich jak złość, strach czy roz­ba­wie­nie.

-?Naprawdę powin­naś być wdzięczna -?powie­działa sta­żystka. -?Masz duże szczę­ście, że w ogóle zosta­niesz przez nią przy­jęta.

-?Znana i uwiel­biana przez sza­leń­ców na całym świe­cie -?powie­działa Debo­rah. -?Chodźmy.

Sta­żystka otwo­rzyła drzwi oddziału, po czym zeszły pię­tro niżej, a następ­nie wyszły z budynku od tyłu. Pie­lę­gniarka wska­zała na biały dom z zie­lo­nymi okien­ni­cami -?typ mało­mia­stecz­ko­wego bia­łego domu przy wysa­dza­nej dębami ulicy -?który stał ni przy­piął, ni przy­ła­tał pośrodku parku szpi­tal­nego. Pode­szły do drzwi fron­to­wych i zadzwo­niły. Po chwili otwo­rzyła im drobna, siwa kobie­cina o pulch­nej twa­rzy.

-?Jeste­śmy z oddziału przy­jęć. To jest ta nowa -?powie­działa pie­lę­gniarka.

-?Czy może pani przyjść po nią za godzinę? -?spy­tała kobieta.

-?Kazano mi zacze­kać.

-?Dobrze.

Kiedy Debo­rah prze­kro­czyła próg, Cen­zor zaczął nękać ją ostrze­że­niami:

-?Gdzie jest lekarka? Pod­gląda gdzieś zza drzwi?

Drobna gospo­dyni wska­zała dło­nią jeden z poko­jów.

-?Gdzie jest lekarka? -?spy­tała Debo­rah, usi­łu­jąc powstrzy­mać nagłe wiro­wa­nie ścian i drzwi.

-?Ja jestem lekarką -?powie­działa kobieta. -?Sądzi­łam, że wiesz. Jestem dok­tor Fried.

Anter­ra­bae zaśmiał się, wciąż spa­da­jąc przez ciem­ność.

-?Co za kamu­flaż!

A Cen­zor wark­nął:

-?Uwa­żaj... uwa­żaj.

Weszły do sło­necz­nego pokoju, a gospo­dyni -?słynna lekarka -?odwró­ciła się, mówiąc:

-?Usiądź sobie wygod­nie.

Przy­szło wiel­kie znu­że­nie, a kiedy lekarka powie­działa:

-?Czy jest coś, co chcia­ła­byś mi powie­dzieć? -?A także wielki podmuch zło­ści, więc Debo­rah szybko wstała i powie­działa do niej, do Ur, do Kolek­tywy i do Cen­zora:

-?W porządku, będzie­cie mnie pytać, ja odpo­wiem, usu­nie­cie moje "objawy" i ode­śle­cie mnie do domu... A potem, co mi zosta­nie?

Lekarka powie­działa spo­koj­nie:

-?Jeśli naprawdę nie chcia­ła­byś się ich pozbyć, nie mówi­ła­byś mi tego. - Pętla stra­chu zaci­snęła się wokół Debo­rah. -?Chodź, sia­daj. Nie będziesz się musiała niczego pozby­wać, póki nie będziesz gotowa, a wtedy w to miej­sce przyj­dzie coś nowego.

Debo­rah usia­dła, a Cen­zor powie­dział po uryj­sku:

-?Słu­chaj, Ptaszko, tu jest za dużo sto­li­ków. Sto­liki są bez­bronne wobec two­jej nie­zdar­no­ści.

-?Wiesz, dla­czego tutaj jesteś? -?spy­tała lekarka.

-?Po pierw­sze, nie­zdara ze mnie, a potem mamy całą listę: leniwa, nie­sforna, uparta, samo­lubna, tłu­sta, brzydka, wredna, nie­tak­towna i okrutna. A także kłam­czu­cha. Do tej kate­go­rii należą także: a) uda­wana śle­pota, wyima­gi­no­wane bóle powo­du­jące rze­czy­wi­ste skrę­ca­nie się wpół, nie­praw­dziwe okresy utraty słu­chu, nie­praw­dziwe uszko­dze­nia nogi, zmy­ślone zawroty głowy oraz zło­śliwe symu­lanc­two; b) nie­lo­jal­ność wobec kole­ża­nek. Wspo­mnia­łam o nie­życz­li­wo­ści? Także nie­życz­li­wość.

W mil­cze­niu, kiedy przez strugę świa­tła sło­necz­nego spa­dały dro­biny kurzu, Debo­rah pomy­ślała, że chyba po raz pierw­szy wyra­ziła swoje praw­dziwe uczu­cia. Jeżeli rze­czy­wi­ście taka jest, niech będzie, ale przy­naj­mniej opu­ści ten gabi­net, wyrzu­ciw­szy z sie­bie znu­że­nie i odrazę do tego mrocz­nego i peł­nego udręki świata.

-?Rze­czy­wi­ście, spora lista -?powie­działa po pro­stu lekarka. -?Nie sądzę, żeby było aż tak źle, ale przed nami trudne zada­nie.

-?Żeby zro­bić ze mnie kłam­czu­chę życz­liwą, słodką, sym­pa­tyczną i szczę­śliwą.

-?Żeby pomóc ci wyzdro­wieć.

-?Żeby skoń­czyły się narze­ka­nia.

-?Żebyś nie miała na co narze­kać, to wszystko wytwory cha­osu w two­ich uczu­ciach.

Lina moc­niej się naprę­żyła. W gło­wie Debo­rah nara­stał gwał­tow­nie strach, mącąc jej wzrok.

-?Mówi pani to, co wszy­scy mówią: zmy­ślone narze­ka­nia na nie­ist­nie­jące cho­roby.

-?Wydaje mi się, że już powie­dzia­łam, że jesteś naprawdę bar­dzo chora.

-?Jak oni wszy­scy tutaj? -?Dalej nie śmiała się posu­nąć, była już zbyt bli­sko czar­nych pie­czar zgrozy.

-?Chcesz mnie spy­tać, czy tutaj jest twoje miej­sce, czy twoja cho­roba to tak zwana cho­roba psy­chiczna? Odpo­wiedź brzmi: tak. Myślę, że cier­pisz na taką wła­śnie cho­robę, ale jeśli będziesz ciężko nad sobą pra­co­wała i lekarz będzie tak samo nad tobą pra­co­wał, sądzę, że ci się poprawi.

Pro­sto w twarz. Jed­nak oprócz zgrozy zwią­za­nej z omi­ja­nym, zaka­mu­flo­wa­nym sło­wem "wariatka", nie­wy­po­wie­dzia­nym sło­wem, o któ­rym Debo­rah teraz myślała, z wypo­wie­dzia­nych na głos słów lekarki pły­nęło świa­tło, świa­tło, które w prze­szło­ści roz­ja­śniało wiele poko­jów. Dom, szkoła i wszyst­kie gabi­nety lekar­skie roz­brzmie­wały jed­nym rado­snym oskar­że­niem: Nic ci nie dolega. Debo­rah wie­działa od lat, że dolega jej cał­kiem sporo, coś głę­bo­kiego i poważ­nego, jesz­cze poważ­niej­szego niż okresy śle­poty, ostrego bólu, oku­la­wie­nia, prze­ra­że­nia i cał­ko­wi­tego zaniku pamięci. W kółko mówili:

-?Nic ci nie dolega, gdy­byś tylko zechciała...

Tu zna­la­zła przy­naj­mniej uspra­wie­dli­wie­nie dla gniewu, jaki odczu­wała we wszyst­kich tych gabi­ne­tach.

-?O czym myślisz? -?ode­zwała się lekarka. -?Widzę, że tro­chę się roz­po­go­dzi­łaś.

-?Myślę o róż­nicy pomię­dzy wykro­cze­niem a prze­stęp­stwem.

-?Jak to?

-?Wię­zień przy­znaje się do zarzutu, że nie cierpi na ostry przy­pa­dek zapa­le­nia cze­goś tam. Przyj­muje wer­dykt popeł­nie­nia zbrodni cięż­kiego świra.

-?Nie wiem, czy zbrodni -?powie­działa lekarka, uśmie­cha­jąc się nie­znacz­nie. -?Nie można mówić o cał­ko­wi­tej kon­troli nad sobą ani o cał­ko­wi­tej pre­me­dy­ta­cji.

Debo­rah nagle przy­po­mniała sobie obraz rodzi­ców sto­ją­cych osobno, a jed­nak razem po dru­giej stro­nie zamknię­tych drzwi z nie­tłu­ką­cego szkła. Może bez pre­me­dy­ta­cji, ale na pewno z inten­cją wyrzą­dze­nia szkody.

Nagle dziew­czyna uświa­do­miła sobie, że pie­lę­gniarka cho­dzi po sąsied­nim pokoju, aby dać znać, że czas minął.

-?Jeśli nie masz nic prze­ciwko temu -?mówiła dalej lekarka -?umó­wimy się na następne spo­tka­nie i zaczniemy roz­ma­wiać, bo uwa­żam, że jeśli zabie­rzemy się ostro do pracy, damy sobie z tym radę. Jesz­cze raz chcę ci powie­dzieć, że nie zamie­rzam usu­wać ci obja­wów czy cho­roby wbrew two­jej woli.

Debo­rah nie chciała się wyraź­nie dekla­ro­wać, ale pozwo­liła, aby jej twarz wyra­ziła bar­dzo ostrożną zgodę, co nie uszło uwagi lekarki. Kiedy wycho­dziły z gabi­netu, Debo­rah usil­nie sta­rała się zacho­wy­wać tak, jakby była gdzie indziej, jakby nie miała nic wspól­nego z obec­nym miej­scem i osobą.

-?Jutro o tej samej porze -?zako­mu­ni­ko­wała lekarka pie­lę­gniarce i pacjentce.

-?Ona pani nie rozu­mie -?powie­działa Debo­rah. -?Cha­ron mówił po grecku.

Dok­tor Fried uśmiech­nęła się, lecz zaraz jej twarz spo­waż­niała.

-?Mam nadzieję, że kie­dyś pomogę ci ujrzeć w tym świe­cie coś wię­cej niż tylko styk­sowe pie­kło.

Odwró­ciły się i wyszły, a Cha­ron, w bia­łej czapce i pasia­stym cha­ła­cie, powiódł ode­szłą ze świata zjawę na oddział zamknięty. Dok­tor Fried patrzyła, jak wra­cają do wiel­kiego budynku, i pomy­ślała: "Gdzieś w tej nad­wraż­li­wo­ści i gory­czy, w tej cho­ro­bie, któ­rej gra­nic nie potra­fiła jesz­cze okre­ślić, leży ukryta siła". Jej dzia­ła­nie dało się odczuć już teraz: w prze­bły­sku ulgi, kiedy powie­działy sobie, że jest to cho­roba, a przede wszyst­kim w "pró­bie samo­bój­czej", nie­mym woła­niu o pomoc, stwier­dze­niu, śmia­łym i dra­ma­tycz­nym, jak to mają w zwy­czaju nasto­latki i nie­po­go­dzeni ze swoją przy­pa­dło­ścią cho­rzy, że skoń­czyła się już gra i maska­rada. Cho­ciaż zostało otwar­cie powie­dziane, że jest to cho­roba psy­chiczna, jej korze­nie leżały rów­nie głę­boko jak białe serce wul­kanu, któ­rego zbo­cza zaka­mu­flo­wane są zie­le­nią. Gdzieś, jesz­cze głę­biej niż serce wul­kanu, zagrze­bane było ziarno woli i mocy. Dok­tor Fried wes­tchnęła i wró­ciła do pracy.

-?Tym razem... tym razem je wyzwolę!

4

Suzy Blau bez opo­rów przy­jęła wer­sję o ośrodku reha­bi­li­ta­cji, a roz­ma­wia­jąc ze swo­imi wła­snymi rodzi­cami, Esther zro­biła ze szpi­tala sana­to­rium. Nie dali się jed­nak oszu­kać i wpa­dli we wście­kłość.

-?Z jej głową wszystko jest w naj­lep­szym porządku! To bar­dzo roz­gar­nięta dziew­czyna -?powie­dział papa. (W jego ustach był to naj­więk­szy kom­ple­ment). -?Jeste­ście źli, bo odzie­dzi­czyła rozum po mnie, a nie po was. To moja krew. Do dia­bła z wami wszyst­kimi! -?Wyszedł z pokoju.

Przez następne dni Esther wal­czyła o ich popar­cie dla swo­jej decy­zji, lecz dopiero kiedy Claude, jej star­szy brat, i Nata­lie, jej sio­stra - ulu­bieńcy rodziny -?powie­dzieli mamie i papie, że zacho­dziła taka potrzeba, sta­ru­szek tro­chę ustą­pił, bo Debo­rah była jego ulu­bioną wnuczką. Jacob nie odzy­wał się, ale nie pogo­dził się z tym, co wraz z żoną zro­bili. Dwa razy poje­chali na roz­mowę z dok­to­rem Liste­rem, a Jacob słu­chał i usi­ło­wał wzbu­dzić w sobie prze­ko­na­nie, że postą­pili słusz­nie. Kiedy sta­wiano mu kon­kretne pyta­nia, musiał się zgo­dzić, bo wszyst­kie fakty prze­ma­wiały za tym, żeby powie­dzieć "tak", lecz kiedy cho­ciaż na chwilę pod­da­wał się uczu­ciom, cały świat roz­brzmie­wał wąt­pli­wo­ściami. Pod­czas kłótni z Esther naj­waż­niej­sza rzecz pozo­sta­wała nie­wy­po­wie­dziana, a w powie­trzu uno­siły się zgorzk­nie­nie i wza­jemne oskar­że­nia.

Po mie­siącu przy­szedł list ze szpi­tala, który zawie­rał bar­dzo ogólne spra­woz­da­nie z hospi­ta­li­za­cji Debo­rah. Zna­ko­mi­cie przy­sto­so­wała się do roz­kładu zajęć, ma dobre sto­sunki z per­so­ne­lem, roz­po­częła tera­pię i otrzy­mała pozwo­le­nie na poru­sza­nie się po parku. Z tego neu­tral­nego w tonie listu Esther sta­rała się wyło­wić naj­drob­niej­szą oznakę nadziei, ana­li­zu­jąc każde słowo, wyol­brzy­mia­jąc każde pozy­tywne stwier­dze­nie, obra­ca­jąc zda­niami na wszyst­kie strony, aby błysz­czały jak naj­więk­szym bla­skiem.

Pró­bo­wała także nasta­wić przy­chyl­niej Jacoba i papę, ćwi­cząc argu­men­ta­cję przed lustrem. Sądziła, że papa w głębi duszy czuje, iż decy­zja nie była błędna, że jego złość na umiesz­cze­nie Debo­rah w szpi­talu była tylko wyra­zem jego zra­nio­nej dumy. Esther widziała, że jej zabor­czy, poryw­czy, nie­spo­kojny i bły­sko­tliwy ojciec imi­grant powoli daje się udo­bru­chać. Tylko jego język był jak zawsze szorstki. Cza­sem odno­siła wra­że­nie, że eks­plo­zja cho­roby u Debo­rah podała w wąt­pli­wość cel i sens ich życia. Pew­nego wie­czoru nagle spy­tała męża:

-?Jaka była nasza rola w tym wszyst­kim? Jakie straszne prze­winy popeł­ni­li­śmy?

-?Prze­cież gdy­bym wie­dział, ni­gdy bym ich nie popeł­nił. Wyda­wało się, że miała dobre życie, bar­dzo dobre życie. Teraz mówią, że nie miała. Dawa­li­śmy jej miłość, dawa­li­śmy jej bez­pie­czeń­stwo. Ni­gdy nie gro­ził jej głód ani chłód...

Esther przy­po­mniała sobie, że Jacob rów­nież przy­był z innego kraju; że cier­piał głód, chłód i wyob­co­wa­nie. Musiał sobie poprzy­siąc na wszyst­kie świę­to­ści, że będzie trzy­mał te wilki z dala od swo­ich dzieci. Się­gnęła do jego ramie­nia z tro­ską, lecz nie przy­nio­sło mu to pocie­chy.

-?Czy ten kosz­mar się nie skoń­czy, Esther?

Nie potra­fiła odpo­wie­dzieć, lecz następ­nego dnia napi­sała do szpi­tala list z pyta­niem, kiedy mogą przy­je­chać i zoba­czyć się z leka­rzem.

Jacob nie­cier­pli­wie wycze­ki­wał odpo­wie­dzi, codzien­nie prze­bie­ra­jąc w poczcie, ale papa wark­nął tylko:

-?Co wam powie­dzą, że się pomy­lili? Świat jest pełen dur­niów. Czemu szpi­tal miałby być inny?

-?Bzdura! -?powie­dział Jacob, który ni­gdy wcze­śniej nie zwra­cał się do teścia z taką zło­ścią. -?Sto­sują się do etyki lekar­skiej. Jeśli się zorien­tują, że to pomyłka, natych­miast pozwolą nam ją zabrać do domu.

Esther zdała sobie sprawę, iż jej mąż cią­gle ocze­kuje, że dia­gnoza zosta­nie zmie­niona, że zda­rzy się cud, że zamknięte drzwi roz­stą­pią się, że film z ostat­niego roku życia zosta­nie prze­wi­nięty do tyłu i wszy­scy będą mogli się pośmiać, jak idio­tycz­nie funk­cjo­nuje życie -?na wspak, na wspak, póki wszystko nie zosta­nie anu­lo­wane i ska­so­wane. Zro­biło się jej żal Jacoba, lecz nie mogła pozwo­lić mu myśleć, że chce poje­chać do szpi­tala z tego samego powodu.

-?Chcia­łam powie­dzieć leka­rzom... spy­tać ich... prze­cież nasze życie się zmie­niło... Są rze­czy, o któ­rych Debo­rah może nawet nie wie­dzieć, a które kazały nam zro­bić to, co zro­bi­li­śmy. Było tyle powo­dów, któ­rych nasza dobra wola nie mogła odmie­nić.

-?Wie­dli­śmy pro­ste życie. Wie­dli­śmy dobre życie. Wie­dli­śmy godne życie.

Powie­dział to z naj­zu­peł­niej­szym prze­ko­na­niem, a Esther spo­strze­gła, że słowa, które daw­niej wypo­wia­dała, odbiły się na nim i na ich związku zarówno przed ślu­bem, jak i po nim, kiedy powinna była prze­nieść całą swoją lojal­ność na niego, lecz tego nie uczy­niła. Nie chciała go ranić. Nie było zresztą sensu, zma­ga­nia mieli już w więk­szo­ści za sobą. Dla wszyst­kich, z wyjąt­kiem Debo­rah, temat był mar­twy, a kto może wie­dzieć, czym był dla niej?

W pierw­szych mie­sią­cach zda­rzały się nie­kiedy okresy wewnętrz­nego spo­koju, nawet szczę­ścia. Suzy, zosta­wiana w domu bez opieki, zaczęła się usa­mo­dziel­niać, a Jacob zdał sobie sprawę, cho­ciaż temu prze­czył, że przed wyjaz­dem córki przez długi czas cho­dził na pal­cach, kulił się w sobie, bał cze­goś nie­na­zwa­nego.

Pew­nego dnia do domu wpa­dła cała gro­mada kole­gów i kole­ża­nek szkol­nych Suzy, roze­śmia­nych i żar­tu­ją­cych, a Esther posta­no­wiła zapro­sić ich wszyst­kich na kola­cję. Suzy pro­mie­niała, a kiedy poszli, Jacob powie­dział dobro­tli­wym tonem:

-?Co za głup­taki. Czy my też byli­śmy kie­dyś tacy głupi? Ten mały w czapce! -?zaśmiał się. Spo­strze­gł­szy, że auten­tycz­nie ma dobry humor, powie­dział: -?Mój Boże, ale się dziś uśmia­łem. Ile czasu minęło, odkąd tak się bawi­łem!? -?A potem dodał: -?Czy to już naprawdę tak długo? Całe lata?

-?Tak -?odparła -?naprawdę tak długo.

-?W takim razie może rze­czy­wi­ście była... nie­szczę­śliwa.

-?Chora -?powie­działa Esther.

-?Nie­szczę­śliwa! -?krzyk­nął Jacob i wyszedł z pokoju. Wró­cił po kilku minu­tach. -?Po pro­stu nie­szczę­śliwa!

-?Twoi rodzice piszą, że chcie­liby cię odwie­dzić -?powie­działa dok­tor Fried. Sie­działa po dru­giej stro­nie cięż­kiej dwu­na­sto­wiecz­nej spusz­cza­nej kraty, która nie­kiedy je roz­dzie­lała. Tym razem krata była pod­nie­siona, nie­wi­doczna, lecz kiedy lekarka wspo­mniała o rodzi­cach i odwie­dzi­nach, Debo­rah usły­szała nagły zgrzyt i krata spa­dła z hukiem.

-?Co się stało? -?spy­tała lekarka, która nie sły­szała łomotu spa­da­ją­cej kraty, ale dostrze­gła jej efekty.

-?Wła­ści­wie pani nie widzę i wła­ści­wie pani nie sły­szę -?powie­działa Debo­rah. -?Jest pani za bramą.

-?Znowu twoja śre­dnio­wieczna brama. Prze­cież w tych bra­mach są drzwi. Czemu sobie nie otwo­rzysz?

-?Drzwi też są zamknięte.

Lekarka spoj­rzała na popiel­niczkę.

-?Ci twoi budow­ni­czo­wie nie są zbyt mądrzy, jeśli posta­wili prze­szkodę z bocz­nymi drzwiami, a teraz nie potra­fią przez nie przejść.

Debo­rah była zła, kiedy lekarka brała do ręki jej pry­watny świat i obra­cała nim dla swo­ich wła­snych celów. Pręty robiły się coraz grub­sze. Miękki głos z obcym akcen­tem coraz bar­dziej pogrą­żał się w ciszy za meta­lo­wym murem. Ostat­nie słowa brzmiały:

-?Chcesz, żeby przy­je­chali?

-?Matka tak, ale on nie -?odparła Debo­rah. -?Nie chcę, żeby mnie odwie­dzał.

Słowa te zasko­czyły ją. Wie­działa, że ich nie zmy­śliła, że są w jakiś spo­sób ważne, ale nie wie­działa dla­czego. Przez wiele lat z jej ust wycho­dziły słowa, na które umysł nie wydał pole­ce­nia, a w każ­dym razie nie przy­po­mi­nał sobie tego. Cza­sami ogar­niało ją tylko jakieś uczu­cie, któ­remu udzie­lano głosu, ale kry­jąca się za nim logika, która mogłaby prze­ko­nać świat, pozo­sta­wała niema, więc Debo­rah utra­ciła wiarę w swoje wła­sne pra­gnie­nia. Tym zaja­dlej ich jed­nak bro­niła. Wie­działa, że to, co odczuwa teraz, to także wła­dza nagra­dza­nia i kara­nia. Miłość ojca do Debo­rah zawsze była dla niej bro­nią wymie­rzoną prze­ciwko niemu. Obec­nie jed­nak miała świa­do­mość, cho­ciaż trudną do wyra­że­nia, że jego współ­czu­cie i miłość były teraz dla niej nie­bez­pieczne. Wie­działa także, iż nie potrafi wyra­zić swo­jego poczu­cia, że rze­czy­wi­ście przy­na­leży tutaj. Zwa­żyw­szy jej nie­motę oraz wymow­ność zam­ków i krat, Jacoba może ogar­nąć prze­ra­że­nie i smu­tek, które u niego widziała, kiedy ją tutaj przy­wieźli. Może zechcieć skoń­czyć z tym "uwię­zie­niem". Kobiety na oddziale ostrych przy­pad­ków cią­gle wyły i wrzesz­czały. Jedna z nich może prze­wa­żyć szalę na złą stronę. Debo­rah to wszystko wie­działa, lecz nie potra­fiła wypo­wie­dzieć. No i było jesz­cze to poczu­cie wła­dzy.

Widziała, że usta lekarki poru­szają się. Wyobra­ziła sobie potok pytań i oskar­żeń. Zaczęła spa­dać, prze­miesz­cza­jąc się wraz z Anter­ra­bae przez upstrzoną ogni­kami ciem­ność do Ur. Tym razem upa­dek był długi. Przez długi czas pano­wała cał­ko­wita ciem­ność, potem sza­rość, widziana przez opa­skę na oczach. Znała to miej­sce -?to Otchłań. Bogo­wie i Kolek­tywa jęczeli i krzy­czeli, ale nawet ich słowa były nie­zro­zu­miałe.

Kie­dyś, w Otchłani, spa­rzyła się, bo cho­ciaż widziała piec i wrzącą wodę, ich funk­cja i kształt były pozba­wione zna­cze­nia. Zna­cze­nie prze­stało być istotne. No i oczy­wi­ście w Otchłani nie było stra­chu, bo strach rów­nież nie miał tam zna­cze­nia. Cza­sem nawet zapo­mi­nała języka angiel­skiego.

Zgroza Otchłani pole­gała na wydo­by­wa­niu się z niej. Powra­cała wtedy wola i potrzeba zna­cze­nia, ale jesz­cze nie samo zna­cze­nie. Pew­nego dnia w szkole wła­śnie wydo­stała się z Otchłani, kiedy nauczy­cielka wska­zała na jakieś słowo w jej książce i spy­tała:

-?Co to jest za słowo?

Roz­pacz­li­wie usi­ło­wała zna­leźć jakiś sens w bia­łym tle i czar­nych kre­skach. Nic z tego. Musiała sku­pić wszyst­kie siły, żeby sobie przy­po­mnieć, jak się mówi po angiel­sku: "Co?".

Nauczy­cielka wpa­dła w złość.

-?Cóż to za wygłupy? Co to za słowo?

Nic z tego. Nie była w sta­nie wyłu­skać ani odro­biny rze­czy­wi­sto­ści z kre­sek i kro­pek na bia­łym tle. Z tyłu ktoś zachi­cho­tał, wobec czego nauczy­cielka, chyba lęka­jąc się utraty auto­ry­tetu, zosta­wiła niemą Debo­rah i znik­nęła w sza­ro­ści. Teraź­niej­szość, świat stał się nico­ścią.

W gabi­ne­cie dok­tor Fried jesz­cze nie roz­po­częła się zgroza wycho­dze­nia z Otchłani. Debo­rah na­dal prze­by­wała na samym dnie i na razie nie było istotne, czy ist­nieje język, zna­cze­nie, a nawet świa­tło.

Esther Blau łap­czy­wie otwo­rzyła list, a czy­ta­jąc, naj­pierw poczuła zasko­cze­nie, potem złość.

-?Piszą, że chce, żebym przy­je­chała, ale powie­działa lekarce, że tym razem mam przy­je­chać sama. -?Chciała oszczę­dzić mężowi bólu, więc nie powtó­rzyła mu słów uży­tych w liście: "...nie chce się widzieć z panem Blau".

-?No dobrze -?powie­dział Jacob -?to poje­dziemy i zoba­czymy się z nią na chwilę, a potem może­cie pobyć ze sobą dłu­żej.

Tro­chę odsło­niła gorzką prawdę.

-?Kiedy oni uwa­żają, że na razie za wcze­śnie, żeby­śmy przy­jeż­dżali oboje. Mogę sama pro­wa­dzić albo pojadę pocią­giem.

-?Nie wygłu­piaj się -?powie­dział. -?To non­sens. Poje­dziemy razem.

-?To nie jest non­sens, Jacob. Pro­szę cię...

Wziął list ze stołu i prze­czy­tał, a złość, jaka go ogar­nęła, z początku skie­ro­wana była bar­dziej ku żonie, która usi­ło­wała oszczę­dzić mu tych słów, niż ku samej tre­ści listu.

-?Za kogo ona się ma?

-?Jest chora. Mówi­łam ci, dok­tor Lister ci mówił.

-?Niech ci będzie! -?powie­dział. -?Niech ci będzie. -?W miej­sce zło­ści przy­szedł ból. -?Nie możesz jechać sama. Zawiozę cię i zostanę na zewnątrz. Jeśli zmieni zda­nie, będzie się mogła ze mną zoba­czyć.

-?Oczy­wi­ście. -?Esther wie­działa, że znowu idzie na ustęp­stwa. Będzie musiała wal­czyć na dwa fronty, ale nie może Jaco­bowi odmó­wić. Może spo­tka się z leka­rzem, to powinno go uspo­koić. Wstała i ode­brała mu list, mając nadzieję, że podróż stępi ból wywo­łany jed­no­znacz­nymi sło­wami odtrą­ce­nia.

Kiedy weszła do sypialni, aby odło­żyć list do szu­flady, usły­szała, że Suzy roz­ma­wia przez tele­fon z kole­żanką. Mówiła:

-?No nie wiem... nie możemy usta­lić nic na pewno. Mówi­łam ci, moja sio­stra Deb­bie jest bar­dzo chora. Nie... Co mie­siąc przy­sy­łają spra­woz­da­nia. Nie... nie o to cho­dzi. Cho­dzi o to, że jeśli następne będzie nie­po­myślne, nie będą mieli ochoty na żadne imprezy tutaj w domu... Jasne. Dam ci znać, jeśli będę mogła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki