Nigdy nie będę Twoja - Samantha Young

Kup ebooka

39.90 zł
33.92 zł (30,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Podziękowania

Życie w Ard­noch z rodzeń­stwem Ada­irów na­dal jest dla mnie cudowną ucieczką od trud­nych cza­sów i mam nadzieję, że będzie rów­nie wspa­nia­łym wytchnie­niem dla moich czy­tel­ni­czek i czy­tel­ni­ków.

Pisa­nie to w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze samot­ni­cza praca, ale wyda­nie książki wymaga współ­pracy. Ser­decz­nie dzię­kuję mojej cudow­nej redak­torce Jen­ni­fer Som­mersby Young za to, że zawsze, naprawdę zawsze wspie­rała mnie i uczyła, jak lepiej pisać i two­rzyć opo­wie­ści.

Podzię­ko­wa­nia dla Julie Deaton, która dołą­czyła do zespołu i zro­biła korektę tej powie­ści dosłow­nie w ostat­nich godzi­nach! Jestem jej bar­dzo wdzięczna za wyło­wie­nie pod­stęp­nych zwro­tów, uży­wa­nych tylko w bry­tyj­skiej angielsz­czyź­nie, które od czasu do czasu wkra­dały się do dia­lo­gów ame­ry­kań­skich postaci.

Dzię­kuję też mojej przy­ja­ciółce i zna­ko­mi­tej asy­stentce Ash­leen Wal­ker, że zaj­mo­wała się wszel­kimi dro­bia­zgami i wspie­rała mnie na każ­dym kroku. Bar­dzo Ci jestem za to wdzięczna. Kocham Cię ogrom­nie!

Skła­dam ogromne podzię­ko­wana Cathe­rine Cow­les, która nie tylko pozwa­lała mi tygo­dniami roz­wo­dzić się nad losami Regan i Thane'a, lecz także szczo­drze poświę­ciła swój czas na prze­czy­ta­nie wcze­snej wer­sji ich romansu. W świe­cie ksią­żek (i poza nim) jesteś praw­dzi­wym świa­teł­kiem, nio­są­cym wspar­cie i dobroć! Dzię­kuję, że obda­rzasz mnie przy­jaź­nią!

Życie pisa­rza nie ogra­ni­cza się do two­rze­nia ksią­żek. Nasza praca wykra­cza poza słowo pisane. Zaj­mu­jemy się mar­ke­tin­giem, reklamą, pro­jek­to­wa­niem gra­ficz­nym, zarzą­dza­niem kon­tami w mediach spo­łecz­no­ścio­wych i innymi podob­nymi spra­wami. Pomoc ludzi, któ­rzy się na tych zagad­nie­niach znają, jest bez­cenna. Wyrazy olbrzy­miej wdzięcz­no­ści dla Niny Grin­stead z Valen­tine PR, firmy z branży public rela­tions, za słowa zachęty, wspar­cie, prze­ni­kli­wość i rady. Jesteś praw­dziwą gwiazdą!

Wiel­kie dzięki dla wszyst­kich blo­ge­rów, insta­gra­me­rów i miło­śni­ków powie­ści, któ­rzy pomo­gli mi roz­gła­szać infor­ma­cje o moich książ­kach. Wszyst­kich Was ogrom­nie cenię! Podob­nie ser­decz­nie dzię­kuję wspa­nia­łym czy­tel­ni­kom z mojej pry­wat­nej grupy face­bo­oko­wej, Sam's Clan McBo­okish. Jeste­ście naj­bar­dziej wyjąt­ko­wymi, naj­wspa­nial­szymi odbior­cami, jakich może sobie zaży­czyć autorka! Wasze nie­usta­jące wspar­cie wzbu­dza mój podziw i moją wdzięcz­ność.

Jestem nie­zmier­nie wdzięczna Hang Le, która kolejny raz stwo­rzyła zachwy­ca­jącą okładkę, dosko­nale odda­jącą atmos­ferę tej powie­ści i całej serii. Nie prze­sta­jesz mnie zadzi­wiać!

Jak zwy­kle wyrazy wdzięcz­no­ści dla mojej agentki Lau­ren Abramo, która umoż­li­wiła moim sło­wom dotar­cie do czy­tel­ni­ków na całym świe­cie. Jesteś nad­zwy­czajna i mam wiel­kie szczę­ście, że na Cie­bie tra­fi­łam!

Prze­ogromne podzię­ko­wa­nia dla mojej rodziny i przy­ja­ciół za nie­usta­jące wspar­cie, słowa otu­chy oraz za słu­cha­nie moich cza­sem zbyt poplą­ta­nych wywo­dów na temat świa­tów, w któ­rych żyję.

Na koniec chcę podzię­ko­wać Tobie za prze­czy­ta­nie tej książki. To jest dla mnie naj­waż­niej­sze.

1

Regan

Szkoc­kie kra­jo­brazy są wyjąt­kowe. Poła­cie soczy­stej zie­leni pięk­nie kon­tra­stują z zie­mią w odcie­niach brązu i bursz­tynu. Za łagodną linią wzgórz nagle wyra­stają poszar­pane, strome szczyty. Na mnie jed­nak ta osza­ła­mia­jąca sce­ne­ria nie robiła żad­nego wra­że­nia, kiedy tak­sówka wio­zła mnie z Inver­ness do hrab­stwa Suther­land. Do zamku Ard­noch. Ogar­nia­łam wzro­kiem ota­cza­jące mnie widoki, ale ich piękno nie poru­szało mojego serca. Czu­łam jedy­nie ner­wowy ucisk w żołądku.

Waga mojej decy­zji o ucieczce z Bostonu do Szko­cji dotarła do mnie, dopiero kiedy samo­lot z Lon­dynu pod­cho­dził do lądo­wa­nia w Inver­ness. Lot­ni­sko było poło­żone w nie­zwy­kle malow­ni­czej oko­licy. Oto­czone pięk­nymi wzgó­rzami pobli­skie jezioro, czyli loch, jak się tutaj mówi, sta­no­wiło kwin­te­sen­cję pej­zażu pół­noc­nej Szko­cji.

A jed­nak kiedy samo­lot z lek­kim szarp­nię­ciem usiadł na pasie do lądo­wa­nia, mia­łam ochotę zwy­mio­to­wać.

Teraz ner­wowo patrzy­łam, jak na zegarku w tele­fo­nie upły­wają minuty, i sta­ra­łam się wyrów­nać oddech. Jazda krę­tymi dro­gami potę­go­wała mdło­ści.

- Daleko jesz­cze? - zapy­ta­łam tak­sów­ka­rza.

Kolejny raz.

Spoj­rzał na mnie w lusterku wstecz­nym.

- Do Ard­noch zostało jakieś dzie­sięć minut. - Zmarsz­czył czoło. - Na pewno tam panią wpusz­czą? To długa droga i głu­pio by było, gdyby odpra­wili panią z kwit­kiem.

Pytał o to trzeci raz. I nie bez powodu. Zmie­rza­li­śmy do posia­dło­ści Ard­noch, w któ­rej mie­ścił się eks­klu­zywny klub dla elity prze­my­słu fil­mo­wego i tele­wi­zyj­nego. Wstęp mieli tam tylko człon­ko­wie, i to dopiero po zapła­ce­niu kosmicz­nej opłaty za wej­ście, oczy­wi­ście oprócz rocz­nej składki. Wła­ści­cie­lem tego inte­resu był Lachlan Adair, szkocki aktor, do nie­dawna hol­ly­wo­odzka gwiazda fil­mów akcji. Kie­dyś posia­dłość była sie­dzibą jego rodziny, ale on prze­kształ­cił ją w pre­sti­żowy klub dla wybra­nych.

A wie­dzia­łam to wszystko, ponie­waż moja star­sza sio­stra była w związku z Lachla­nem.

- Na pewno mnie wpusz­czą - powtó­rzy­łam.

Na myśl o Robyn znów poczu­łam ucisk w żołądku. Nie mogłam się docze­kać, kiedy ją zoba­czę, a jed­no­cze­śnie na myśl o tej chwili ogar­niał mnie strach. Popeł­ni­łam tak wiele błę­dów i nie wie­dzia­łam, jak je napra­wić.

Przy­zna­nie się do pomyłki zawsze przy­cho­dziło mi z tru­dem. Nie umia­łam prze­pra­szać i roz­wią­zy­wać kon­flik­tów. Kie­dyś Robyn słu­żyła mi wspar­ciem i radami, ale to się skoń­czyło.

Do uci­sku w żołądku dołą­czył ostry, palący ból w piersi.

- Jesz­cze ni­gdy nie wio­złem nikogo do Ard­noch. Żona mnie prze­ma­gluje, żebym opo­wie­dział jej wszystko ze szcze­gó­łami, mówię pani. Fascy­nuje ją życie gwiazd i takich tam, ye ken. Czę­sto muszę ją tu przy­wo­zić, bo ma nadzieję, że zoba­czy jakie­goś cele­brytę, a może nawet samego Ada­ira. Jeste­śmy z Mac­duff, to na pół­nocny wschód stąd, ale prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do Sneck - to w hrab­stwie Inver­ness, ye ken - żeby być bli­żej dzie­cia­ków i wnu­ków, ale cza­sami sobie myślę, że żona chciała zamiesz­kać bli­żej Ard­noch. - Par­sk­nął śmie­chem i zupeł­nie mu nie prze­szka­dzało, że nie rozu­mia­łam połowy z tego, co mówił.

Czy w Szko­cji wszy­scy mają taki nie­zro­zu­miały akcent? Jeśli tak, to już po mnie.

- Udało się pani tra­fić na piękny dzień. Można dziś podzi­wiać szkoc­kie góry w całej ich kra­sie. Ale pogoda potrafi tu być okropna, a lato szybko się koń­czy - mówił pośpiesz­nie, z sil­nym miej­sco­wym akcen­tem. - Przy­da­dzą się gumiaki i cie­pły swe­ter. W mgnie­niu oka ładny dzień może się zamie­nić w sza­rugę i zawie­ru­chę. Mam nadzieję, że spa­ko­wała pani coś wię­cej niż let­nie szmatki?

Wyczu­łam, że zadał mi jakieś pyta­nie.

- Tak, tak - odrze­kłam.

- A, to dobrze. Zapo­bie­gliwa dziew­czyna. To lubię. - Zer­k­nął na mnie w lusterku. - Dobrze się pani czuje? Wygląda pani mizer­niutko.

Zro­zu­mia­łam mniej wię­cej połowę.

- Nic mi nie jest.

Wła­ści­wie nie kła­ma­łam. Cho­ler­nie się bałam spo­tka­nia z Robyn, ale jed­no­cze­śnie czu­łam ulgę, że nie jestem już w Bosto­nie i jadę do jed­nej z naj­bar­dziej strze­żo­nych posia­dło­ści na świe­cie. Środki ostroż­no­ści jesz­cze zaostrzono od czasu, gdy była człon­kini klubu chciała zamor­do­wać Lachlana i moją sio­strę.

Na myśl o tym drgnę­łam ner­wowo. Nie chcia­łam dopu­ścić do sie­bie myśli, że mogło jej się coś stać. I wła­śnie dla­tego nasze sto­sunki przy­brały kata­stro­falny obrót.

Zde­cy­do­wa­łam się odwie­dzić Robyn o wiele za późno. Nie mia­łam na to żad­nego uspra­wie­dli­wie­nia.

Robyn - moja star­sza sio­stra, moja idolka, naj­bliż­sza mi istota - naj­praw­do­po­dob­niej teraz mnie nie­na­wi­dziła.

Co mogłam zro­bić?

Jak zacząć?

Zacho­wać się jak zwy­kle, bez­tro­sko i nie­fra­so­bli­wie?

A może powin­nam paść na kolana i bła­gać o wyba­cze­nie?

Ta druga wizja spra­wiła, że mimo­wol­nie się skrzy­wi­łam. Nie mia­łam skłon­no­ści do prze­pra­sza­nia na kola­nach. A prze­cież nikt bar­dziej nie zasłu­gi­wał na prze­pro­siny niż Robyn. Ostat­nie pół­tora roku to był naj­trud­niej­szy okres jej życia. A gdzie wtedy byłam ja?

Ukry­wa­łam się.

Jak ostatni tchórz.

Zagry­złam wargę, by powstrzy­mać łzy, i nie­wi­dzą­cym wzro­kiem patrzy­łam na las prze­wi­ja­jący się za oknem tak­sówki. Ni­gdy nie tra­fiła mi się lep­sza oka­zja, żeby prze­te­sto­wać swoje zdol­no­ści aktor­skie.

- Jeste­śmy pra­wie na miej­scu - oznaj­mił tak­sów­karz.

Usły­sza­łam sygnał włą­czo­nego miga­cza, a po chwili samo­chód skrę­cił w prawo, na krótki żwi­rowy pod­jazd. Nie­spo­dzie­wa­nie drogę zagro­dził nam wysoki ceglany mur z solidną bramą z kutego żelaza.

- Co teraz? - zapy­ta­łam.

- Nie wiem. - Odwró­cił głowę i spoj­rzał na mnie badaw­czo. - Ma pani numer tele­fonu do kogoś w środku?

Mia­łam. Zna­łam numer tele­fonu Robyn, któ­rego uży­wała do roz­mów mię­dzy­na­ro­do­wych, ale jesz­cze ni­gdy z niego nie korzy­sta­łam. Mia­łam też nadzieję, że nie będzie pierw­szą osobą, którą zoba­czę po prze­kro­cze­niu bramy. Liczy­łam na to, że otwo­rzy mi na przy­kład wujek Mac.

Myśl o wuju wywo­łała we mnie sprzeczne uczu­cia. Cie­szy­łam się, że poznam bio­lo­gicz­nego ojca Robyn, ale jed­no­cze­śnie na­dal go nie­na­wi­dzi­łam za to, że ją opu­ścił i nara­ził na cier­pie­nie.

Jeste­śmy z Robyn sio­strami przy­rod­nimi. Mój tata to Seth Pen­ha­li­gon, detek­tyw z Bostonu. Tata Robyn, Mac, jest Szko­tem i poznał naszą mamę, Sta­cey, kiedy przy­je­chał do Sta­nów w odwie­dziny do krew­nego. Skła­mał na temat swo­jego wieku - miał wtedy zale­d­wie pięt­na­ście lat! Mama, młoda stu­dentka, zaszła z nim w ciążę. Wkrótce potem się roz­stali, a Mac przed­sta­wił mamie mojego tatę. Wtedy wujek był już poli­cjan­tem, tak samo jak tata, cho­ciaż Mac w końcu opu­ścił sze­regi poli­cji i zaczął pracę w fir­mie ochro­niar­skiej.

Uwiel­bia­łam wujka Maca. Był rosłym, przy­stoj­nym Szko­tem, zna­ją­cym mnó­stwo nie­sa­mo­wi­tych histo­rii. Kiedy mia­łam osiem lat, a Robyn dwa­na­ście, zaczął pra­co­wać w zespole ochro­niar­skim mło­dego aktora hol­ly­wo­odz­kiego, Lachlana Ada­ira. Jesz­cze raz odwie­dził Robyn, kiedy miała czter­na­ście lat, ale potem znik­nął na dobre.

Zoba­czyła go dopiero pół roku temu, kiedy przy­je­chała do Szko­cji, żeby go odszu­kać. Mac był wtedy prze­ło­żo­nym pra­cow­ni­ków ochrony w Ard­noch.

A Robyn spo­tkało tu wię­cej dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń, niż mogła się spo­dzie­wać.

Wyrzuty sumie­nia zabo­lały mnie niczym nóż wbity w serce.

- To jak? - zapy­tał tak­sów­karz.

- Nooo... - Zer­k­nę­łam na tele­fon.

Cho­lera jasna. Spo­dzie­wa­łam się, że przy bra­mie będzie jakaś budka ze straż­ni­kiem. Zanim zdą­ży­łam otwo­rzyć usta, żeby męt­nie się wytłu­ma­czyć, dla­czego nie chcę zadzwo­nić do kogoś, kto mógłby zagwa­ran­to­wać mi wstęp do posia­dło­ści, tak­sów­karz znów się ode­zwał:

- Ktoś jedzie.

Pod­nio­słam wzrok i zoba­czy­łam czar­nego Range Rovera, który zbli­żał się do nas żwi­rową drogą, oto­czoną z obu stron ciem­nym lasem. Samo­chód się zatrzy­mał i wysiadł z niego jakiś męż­czy­zna. Jak na pra­cow­nika ochrony był ubrany zbyt ele­gancko, w czarne spodnie i pięk­nie skro­joną koszulę w tym samym kolo­rze. Na nosie miał modne oku­lary prze­ciw­sło­neczne. W jego lewym uchu zauwa­ży­łam słu­chawkę.

- Kolej na panią - powie­dział tak­sów­karz.

Wzię­łam głę­boki wdech i wysia­dłam z samo­chodu, nie zwa­ża­jąc na to, że moje wyso­kie szpilki wbi­jają się w żwir. Wypro­sto­wa­łam się, przy­wo­ła­łam na twarz sze­roki uśmiech i chwiej­nie, acz z wdzię­kiem ruszy­łam do bramy.

- To jest teren pry­watny. Muszę popro­sić panią o opusz­cze­nie pose­sji - ode­zwał się męż­czy­zna zza bramy.

Miał deli­katny szkocki akcent, ale przy­naj­mniej mogłam go zro­zu­mieć.

- Nic z tego, przy­stoj­niaku - odrze­kłam z uśmie­chem, opie­ra­jąc dłoń na prę­cie bramy. - Przy­je­cha­łam w odwie­dziny do sio­stry.

Wyraz jego twa­rzy się nie zmie­nił, cho­ciaż przez ciemne oku­lary nie mogłam być tego pewna.

- A ta sio­stra to kto?

- Twoja sze­fowa, przy­stoj­niaku.

- Pro­szę wyja­śnić.

Cho­ciaż byłam zde­ner­wo­wana, uśmiech­nę­łam się szcze­rze. Facet chyba żar­to­wał.

- Jestem Regan Pen­ha­li­gon. Sio­stra Robyn.

Nie mia­łam pew­no­ści, ale chyba dostrze­głam lekką zmianę w jego podej­ściu.

- Ma pani jakiś doku­ment?

- Mam pasz­port.

- Muszę go zoba­czyć.

- Widzę, że ochrona w Ard­noch bar­dzo poważ­nie trak­tuje swoje obo­wiązki, prawda?

"I bar­dzo mi to odpo­wiada", pomy­śla­łam, wra­ca­jąc do tak­sówki po pasz­port.

- Wszystko w porządku? - spy­tał kie­rowca, kiedy otwo­rzy­łam drzwi pasa­żera.

- Ter­mi­na­tor przy bra­mie żąda potwier­dze­nia mojej toż­sa­mo­ści - wyja­śni­łam, prze­szu­ku­jąc torebkę.

Tak­sów­karz par­sk­nął śmie­chem, a ja w końcu zna­la­złam doku­ment.

Mia­łam ochotę pobiec sprin­tem do bramy. Teraz, kiedy do spo­tka­nia z sio­strą zostało tak nie­wiele czasu, chcia­łam już mieć je z głowy. Musia­łam się dowie­dzieć, czy mnie znie­na­wi­dziła, czy może jesz­cze mamy szansę o wszyst­kim zapo­mnieć. Zacho­wa­łam jed­nak zimną krew i spo­koj­nym kro­kiem pode­szłam do ochro­nia­rza.

- Pro­szę bar­dzo. - Poda­łam mu pasz­port mię­dzy deko­ra­cyj­nymi prę­tami bramy.

Wziął go ode mnie, otwo­rzył i szybko prze­biegł wzro­kiem odpo­wied­nią stronę.

- Pro­szę chwilę zacze­kać - naka­zał.

Przy­war­łam do bramy, a on pod­szedł do SUV-a, pochy­lił się i powie­dział coś nie­zro­zu­mia­łego do kogoś w środku. Wró­cił po kilku sekun­dach.

- Popro­szę panią i tak­sów­ka­rza o odda­nie wszel­kich urzą­dzeń nagry­wa­ją­cych - tele­fo­nów, apa­ra­tów foto­gra­ficz­nych i tym podob­nych.

- Mówisz poważ­nie?

Popa­trzył na mnie z kamienną twa­rzą.

Mówił poważ­nie.

Z wes­tchnie­niem odda­łam mu komórkę i wró­ci­łam do tak­sówki, żeby prze­ka­zać wia­do­mość kie­rowcy. To żąda­nie nie zro­biło na nim naj­mniej­szego wra­że­nia.

- Nie dener­wuje to pana? - zapy­ta­łam cicho.

- Nie, skąd. Mogli pani kazać się prze­siąść. Ale naj­wy­raź­niej chcą, żebym to ja wwiózł panią do środka. Nie­wiele osób ma moż­li­wość prze­kro­czyć bramę tej posia­dło­ści. Żona osza­leje, jak to usły­szy!

- Dobra, niech będzie.

Zado­wo­lona, że tak­sów­karz zacho­wał dobry humor, zanio­słam jego tele­fon ochro­nia­rzowi.

- Pro­szę powie­dzieć swo­jemu kie­rowcy, że brama się za chwilę otwo­rzy - poin­stru­ował mnie. - Ma jechać za mną i ni­gdzie nie skrę­cać. Kiedy dostar­czymy panią na miej­sce, ode­skor­tu­jemy go z powro­tem do bramy i wtedy będzie mógł ode­brać tele­fon.

Jego zasad­ni­czy ton tak bar­dzo mnie roz­ba­wił, że nie­mal prze­sta­łam się dener­wo­wać spo­tka­niem z Robyn.

- Tak jest, panie sier­żan­cie - odrze­kłam służ­bi­ście i wsia­dłam do samo­chodu, żeby prze­ka­zać infor­ma­cję tak­sów­ka­rzowi.

Po chwili ocze­ki­wa­nia zoba­czy­łam, że Range Rover zawró­cił, a brama się otwarła.

Znów poczu­łam ucisk w żołądku, jesz­cze sil­niej­szy niż przed­tem.

- Moja Caro­lann w to nie uwie­rzy. Szkoda, że zabrali mi tele­fon. Przy­da­łoby się pstryk­nąć kilka fotek.

Nie potra­fi­łam wydu­sić żad­nej odpo­wie­dzi.

Przy­ci­snę­łam czoło do szyby. Tak­sówka wolno jechała szu­trową drogą, oto­czoną gęstym lasem. Świa­tło prze­dzie­rało się przez korony drzew, kła­dąc się jasnymi smu­gami przed samo­cho­dem. Upły­nęło sporo czasu, zanim wyje­cha­li­śmy na otwartą prze­strzeń, gdzie jaskrawe słońce oświe­tlało sta­ran­nie wypie­lę­gno­wane traw­niki. Cią­gnęły się kilo­me­trami, naj­pierw na pła­skim tere­nie, a dalej, za jakimś olbrzy­mim gma­szy­skiem, na łagod­nie wzno­szą­cych się wzgó­rzach. W oddali dostrze­głam nie­wiel­kie cho­rą­giewki, cha­rak­te­ry­styczne dla pola gol­fo­wego.

Żwi­rowy pod­jazd wiódł do wiel­kiej budowli, wzno­szą­cej się teraz przed nami.

Nie była to zwy­kła budowla, tylko zamek.

Praw­dziwy zamek.

Facet mojej sio­stry był wła­ści­cie­lem cho­ler­nego zamku.

Z wie­życz­kami i takimi tam.

- O w mordę! - szep­nę­łam, kiedy pod­je­cha­li­śmy bli­żej.

Zamczy­sko miało sześć pię­ter wyso­ko­ści i wyglą­dało na bar­dzo stare. Przy­po­mi­nało Down­ton Abbey, ale było więk­sze. Myśl o Down­ton Abbey przy­po­mniała mi czasy, kiedy oglą­da­łam ten serial wraz z Robyn po kilka odcin­ków z rzędu, zary­wa­jąc noce. Znów poczu­łam prze­szy­wa­jący ból w piersi i ner­wowe skur­cze żołądka. Przy­glą­da­jąc się zdo­bie­niom na fron­to­nie zamku i powie­wa­ją­cej na wie­trze szkoc­kiej fla­dze z krzy­żem Świę­tego Andrzeja, wzię­łam głę­boki wdech.

Dopiero wtedy zauwa­ży­łam kil­koro ludzi przed maje­sta­tyczną budowlą, któ­rzy cze­kali na nasze przy­by­cie.

Cze­kali na mnie.

Tak­sówka się zatrzy­mała, a ja sku­pi­łam wzrok na sio­strze.

Robyn.

Stała przy­tu­lona do boku obej­mu­ją­cego ją ramie­niem męż­czy­zny i wpa­try­wała się w tak­sówkę. Miała na sobie strój spor­towy, twarz nie­mal bez maki­jażu i włosy zwią­zane w koń­ski ogon.

Wyglą­dała prze­pięk­nie.

Zalała mnie fala wspo­mnień, co spra­wiło, że mia­łam ochotę wysko­czyć z samo­chodu, rzu­cić się sio­strze w ramiona, powie­rzyć jej wszyst­kie swoje tro­ski i oddać się pod jej opiekę.

Wie­dzia­łam jed­nak, że w obec­nej sytu­acji byłoby to nie­moż­liwe.

Wobec czego przy­wo­ła­łam na twarz wymu­szony uśmiech, z roz­ma­chem otwo­rzy­łam drzwi i wysia­dłam z tak­sówki. Opar­łam dłoń na bio­drze, prze­chy­li­łam wdzięcz­nie głowę i uśmiech­nę­łam się jesz­cze sze­rzej, żeby na moich policz­kach uka­zały się dołeczki.

- Cześć, sio­strzyczko! - Puści­łam do niej oko. - Stę­sk­ni­łaś się za mną?

2

Regan

Po ziry­to­wa­nej minie Robyn pozna­łam, że powi­ta­łam ją w naj­gor­szy moż­liwy spo­sób.

Zna­łam sio­strę jak nikogo innego na świe­cie.

Wie­dzia­łam, że pod zło­ścią kryje się ból.

Spo­waż­nia­łam i igno­ru­jąc dwóch towa­rzy­szą­cych jej męż­czyzn, pode­szłam bli­żej.

- Bo ja się za tobą stę­sk­ni­łam - wyzna­łam.

Robyn wyswo­bo­dziła się z objęć Lachlana Ada­ira - oczy­wi­ście to był on - i skrzy­żo­wała ramiona na piersi w obron­nym geście.

- To dziwne, bo przez ostat­nie pół­tora roku wcale na to nie wyglą­dało. Nie ode­zwa­łaś się po tym, jak mnie postrze­lono, ani po tym, jak mój ojciec został ugo­dzony nożem, ani nawet po tym, jak Lucy Wainw­ri­ght pró­bo­wała zamor­do­wać Lachlana i mnie.

Z wysił­kiem prze­łknę­łam ślinę, sta­ra­jąc się zacho­wać spo­kój. Moja sio­stra była poli­cjantką i została ranna na służ­bie. Od tego momentu życie wymknęło mi się spod kon­troli. Robyn ode­szła z poli­cji, zajęła się biz­ne­sem foto­gra­ficz­nym i mniej wię­cej po roku od wypadku wyje­chała do Szko­cji, żeby odna­leźć ojca, Maca Gal­bra­itha, i ure­gu­lo­wać swoje kon­takty z nim. Mama i tata twier­dzili, że udało im się wszystko sobie wyja­śnić, cho­ciaż przy oka­zji Robyn zako­chała się w sze­fie i naj­lep­szym przy­ja­cielu Maca, Lachla­nie Ada­irze.

Jeśli nato­miast cho­dzi o Lucy Wainw­ri­ght, to była ona słynną aktorką, zdo­byw­czy­nią Oscara, człon­ki­nią klubu i przy­ja­ciółką Lachlana. Z opo­wie­ści mamy wyni­kało, że Lucy chciała od Lachlana cze­goś wię­cej niż przy­jaźń, a kiedy się oka­zało, że nic z tego, zaczęła zosta­wiać w całej posia­dło­ści wia­do­mo­ści z pogróż­kami. Sprawy przy­brały dra­ma­tyczny obrót, kiedy przy­łą­czył się do niej mecha­nik, jeden z pra­cow­ni­ków posia­dło­ści. To on ugo­dził Maca nożem, zaata­ko­wał Robyn, spy­cha­jąc jej samo­chód z drogi, a potem pomógł Lucy porwać Lachlana. Robyn odna­la­zła Ada­ira i z pomocą miej­sco­wego far­mera udało im się ujść cało prze­śla­dow­com. Mecha­nik nie miał tyle szczę­ścia. Lucy zabiła go tuż przed tym, jak pod­jęła próbę zamor­do­wa­nia mojej sio­stry. Aktorka sta­nęła przed sądem, co ozna­czało, że Robyn rów­nież musiała brać udział w pro­ce­sie jako świa­dek.

Przez cały ten czas byłam nie­obecna w jej życiu i nie mia­łam na to żad­nego uspra­wie­dli­wie­nia.

W każ­dym razie żad­nego prze­ko­nu­ją­cego uspra­wie­dli­wie­nia.

Robyn była bar­dzo dzielna. Ja byłam zwy­kłym tchó­rzem.

- Ale teraz przy­je­cha­łam. - Oto­czy­łam ją ramio­nami i uści­ska­łam.

Łzy zapie­kły mnie pod powie­kami, więc zamknę­łam oczy. Wyczu­łam, że sio­stra zmie­niła per­fumy. Przez dłu­gie lata uży­wała tego samego zapa­chu. Teraz pach­niała ina­czej.

I w ogóle robiła wra­że­nie innej osoby.

W moich obję­ciach pozo­stała sztywna i wypro­sto­wana.

Dawno, dawno temu uścisk Robyn nie miał sobie rów­nych.

Zda­łam sobie sprawę, że nie odwza­jemni mojego gestu, i z bólem serca wypu­ści­łam ją z objęć. Wtedy ona wydała cichy, stłu­miony jęk i objęła mnie mocno.

Łzy popły­nęły mi z oczu, opar­łam poli­czek o jej ramię i przy­war­łam do niej kur­czowo. Przy­tu­liła mnie tak cia­sno, że ledwo mogłam oddy­chać, ale wcale mi to nie prze­szka­dzało.

- Cza­sami mia­łam ochotę cię zamor­do­wać - wyszep­tała ochry­ple.

Usły­sza­łam ból w jej gło­sie, otwo­rzy­łam oczy i napo­tka­łam chłodny wzrok Lachlana. Jego błę­kitne oczy się zwę­ziły, a mina ze sro­giej zmie­niła się w zatro­skaną. Naj­wy­raź­niej dostrzegł coś w mojej twa­rzy. Zmie­szana uwol­ni­łam się z uści­sku Robyn i żar­to­bli­wie klep­nę­łam ją w ramię.

- Gdy­byś to zro­biła, na świe­cie zapa­no­wa­łaby nuda.

Sio­stra przy­glą­dała mi się uważ­nie swo­imi prze­ni­kli­wymi oczami. Zawsze zazdro­ści­łam jej, że odzie­dzi­czyła po Macu takie piękne oczy. Podob­nie jak moje, były duże i owalne, ale choć zwy­kle wyda­wały się piwne, ich kolor zmie­niał się w zależ­no­ści od nastroju Robyn i od ota­cza­ją­cych ją kolo­rów. Moje były zwy­czaj­nie brą­zowe.

- Nie chcę prze­szka­dzać, ale licz­nik tyka, ya ken! - zawo­łał tak­sów­karz przez okno samo­chodu.

- Słu­cham? - Znów nie wszystko zro­zu­mia­łam.

- Licz­nik. Tyka. Ya. Ken - powtó­rzył gło­śno i dobit­nie, jak­bym była głu­cha.

Trzeba przy­znać, że kiedy usły­sza­łam to wypo­wie­dziane wolno i dono­śnie, wyło­wi­łam słowo "licz­nik" i dzięki temu domy­śli­łam się, o co mu cho­dzi.

- Cho­lera. Jasne. - Zer­k­nę­łam na Robyn. - Pocze­kaj, muszę mu zapła­cić. - Ści­szy­łam nieco głos. - On jest tro­chę dziwny. Przez całą drogę gadał o jakimś Kenie. Jakby myślał, że wiem, co to za jeden.

Nagle w oczach Robin poja­wiła się weso­łość. Cicho par­sk­nęła śmie­chem.

- O co cho­dzi?

Znów par­sk­nęła wesoło i wyja­śniła gło­sem drżą­cym z roz­ba­wie­nia:

- On mówi "no wiesz". Ken to w dia­lek­cie szkoc­kim "wie­dzieć".

Roze­śmia­łam się gło­śno z wła­snego błędu. Patrzy­ły­śmy na sie­bie szcze­rze roz­ba­wione.

Po chwili na twa­rzy Robyn poja­wiło się coś w rodzaju nie­uf­no­ści, a wesołe iskierki zga­sły tak szybko, jak przed chwilą roz­bły­sły.

- Jock ure­gu­luje rachu­nek. - Lachlan pod­szedł do nas i ski­nął głową do kogoś za moimi ple­cami.

Odwró­ci­łam się i zoba­czy­łam Sier­żanta sprzed Żela­znej Bramy, naj­wy­raź­niej zna­nego tu jako Jock. Wła­śnie pła­cił tak­sów­ka­rzowi. Jakiś czło­wiek ubrany w nowo­cze­sną wer­sję libe­rii wyj­mo­wał moją walizkę z bagaż­nika. Tutaj naprawdę było jak w Down­ton Abbey albo przy­naj­mniej jak w jed­nej z posia­dło­ści opi­sy­wa­nych w moich uko­cha­nych roman­sach histo­rycz­nych.

- Zosta­wi­łam torebkę na tyl­nym sie­dze­niu - oznaj­mi­łam, ale facet w libe­rii już ją wyjął z samo­chodu. - Dzię­kuję! - Poma­cha­łam tak­sów­ka­rzowi, a ten poże­gnał mnie sze­ro­kim uśmie­chem.

- Wiesz, wystar­czyło po pro­stu odpo­wia­dać na moje tele­fony - powie­działa Robyn. - Nie musia­łaś się tłuc taki szmat drogi do Szko­cji.

- Ależ musia­łam. Chcia­łam się upew­nić, że u cie­bie wszystko w porządku. I musia­łam spraw­dzić, co cię tutaj tak urze­kło. - Ukry­łam, że jej wypro­wadzka z Bostonu bar­dzo mnie zra­niła.

Czy w ogóle o mnie pomy­ślała, kiedy posta­no­wiła wyje­chać na inny kon­ty­nent?

Wła­sny ego­izm cza­sami napa­wał mnie nie­sma­kiem. Robyn nie była mi nic winna.

Na pewno przede wszyst­kim urzekł ją Lachlan, któ­rego widzia­łam milion razy w róż­nych fil­mach. Mie­rzył ponad metr osiem­dzie­siąt i miał syl­wetkę gwiazdy fil­mów akcji, pod­kre­śloną przez dobrze dobrany strój. Obrazu dopeł­niały blond włosy w odcie­niu pia­sko­wym, policzki z lek­kim zaro­stem i surowe rysy twa­rzy. Jed­nym sło­wem: cia­cho.

Napo­tka­łam wzrok wujka Maca.

Poczu­łam, że sztyw­nieję.

Wyglą­dał... zupeł­nie ina­czej, niż się spo­dzie­wa­łam. Na pewno o wiele mło­dziej. Ale w końcu miał tylko jakieś czter­dzie­ści pięć lat. Jed­nak nie wyglą­dał nawet na tyle. Rów­nie wysoki i bar­czy­sty jak Lachlan, chyba jesz­cze bar­dziej umię­śniony, miał na sobie obci­sły czarny T-shirt, który pod­kre­ślał zalety jego syl­wetki. Szpa­ko­wate włosy lekko wiły się na karku. Podob­nie jak Lachlan, nosił modny trzy­dniowy zarost.

Bar­dzo przy­po­mi­nał tego gościa, który grał w seria­lach Czy­sta krew i Magic Mike. Nie wyda­wał się ani o rok star­szy niż Adair.

Nie mogłam mówić do niego "wujku". Brzmia­łoby to dzi­wacz­nie.

- Rany, Mac, nie widzia­łam cię od wie­ków, a ty nic a nic się nie posta­rza­łeś. - Z namy­słem osza­co­wa­łam go wzro­kiem. - Skoro Robyn ci prze­ba­czyła, to pew­nie i ja powin­nam?

- Upły­nęło wiele czasu, Regan. Mar­twi­li­śmy się o cie­bie - odrzekł poważ­nie.

Mój uśmiech nieco zbladł.

- Mar­twi­li­ście się o mnie? Ale po co? U mnie wszystko fan­ta­stycz­nie. - Zakrę­ci­łam piru­eta i wska­za­łam na zamek. - I naj­wy­raź­niej u Robyn też. - Zer­k­nę­łam na sio­strę. - Ma chło­paka z zam­kiem. Faj­nie.

- Narze­czo­nego - spro­sto­wała Robyn, uno­sząc lewą dłoń.

Bry­lant na jej palcu zaiskrzył ośle­pia­jąco w słońcu.

Zatkało mnie.

Robyn się zarę­czyła.

Miała wyjść za mąż za Lachlana Ada­ira.

Moja sio­stra zamie­rzała wziąć ślub, a ja nic o tym nie wie­dzia­łam?

Już ni­gdy nie wróci do Bostonu.

Mia­łam ochotę na nią nawrzesz­czeć, a Lachla­nowi powie­dzieć, żeby spier­da­lał. Dla­czego nie mógł sobie wybrać jakiejś innej z milio­nów kobiet, które dałyby się posie­kać za zna­jo­mość z nim?

Prawdę mówiąc, wie­dzia­łam dla­czego.

Takiej dru­giej jak Robyn nie zna­la­złby na całym świe­cie.

Była wyjąt­kowa.

A ten drań zło­wił ją i zatrzy­mał dla sie­bie.

Teraz patrzył na mnie ostro, badaw­czo. Szybko opa­no­wa­łam gniew, wzru­szy­łam ramio­nami i wyrzu­ci­łam ręce w górę.

- Z takiej oka­zji należy otwo­rzyć szam­pana! - zawo­ła­łam tro­chę zbyt piskli­wie.

* * *

Moja sio­stra nie miała racji, kiedy prze­ko­ny­wała mnie, żebym nie ucie­kała do Nowego Jorku, żeby zostać aktorką. Byłaby ze mnie praw­dziwa gwiazda sceny i ekranu.

Robyn i Lachlan nie poczę­sto­wali mnie szam­pa­nem, tylko zapa­ko­wali do innego Range Rovera wraz z baga­żem i powia­do­mili, że zatrzy­mam się w domu Ada­ira. Ta nie­miła wia­do­mość zde­ner­wo­wała mnie, ale sta­ran­nie ukry­łam nie­po­kój. W swo­jej naiw­no­ści zało­ży­łam, że Lachlan mieszka na tere­nie klubu.

Na tere­nie ści­śle strze­żo­nym.

Tak nie było.

Nawet nie opro­wa­dzili mnie po posia­dło­ści, tylko od razu wywieźli poza teren klubu.

Sta­łam na skraju tyl­nego podwó­rza domu Lachlana - na tra­wia­stym kli­fie wzno­szą­cym się nad morzem - i prze­tra­wia­łam uczu­cie, któ­rego się wsty­dzi­łam.

Zazdrość.

Rześki, chłodny wiatr owie­wał moje ciało, szar­piąc i nie­bez­piecz­nie uno­sząc skraj krót­kiej sukienki. Nie przej­mo­wa­łam się tym. Kto mógł mnie tu zoba­czyć? Dom narze­czo­nego mojej sio­stry znaj­do­wał się gdzieś na końcu świata. Gdyby nie to, że nie­opo­dal stał iden­tyczny dom, mogła­bym pomy­śleć, że tra­fi­łam w naj­od­le­glej­szy, cał­ko­wi­cie opu­sto­szały zaką­tek pla­nety.

"Narze­czony mojej sio­stry".

Znów poczu­łam bole­sną klu­chę w gar­dle.

Napły­wa­jące do oczu łzy spra­wiały, że poczu­łam się mała i infan­tylna. Nie mogłam wyrzu­cić z pamięci obrazu Robyn tulą­cej się do Lachlana, kiedy ja cze­ka­łam na tyl­nym sie­dze­niu SUV-a. On pochy­lił ku niej czoło i powie­dział coś cicho. Naj­wy­raź­niej chciał się upew­nić, czy nic jej nie jest.

Nie usły­sza­łam, co odpo­wie­działa, ale to chyba nie była pozy­tywna odpo­wiedź. Poca­ło­wali się prze­lot­nie, ale z takim uczu­ciem, że musia­łam odwró­cić wzrok. Poczu­łam się jak pod­glą­dacz.

Nie cho­dziło o nie­zwy­kłe oto­cze­nie, w jakim się zna­la­złam. Naj­bar­dziej wytrą­cał mnie z rów­no­wagi widok Robyn i Lachlana razem. Jesz­cze ni­gdy nie widzia­łam, żeby była z kimś tak bli­sko. Patrzyła na niego, jakby był całym jej świa­tem. A on odwza­jem­niał się tym samym.

Stłu­mi­łam zazdrość.

Nie zazdro­ści­łam jej, że odna­la­zła takie uczu­cie - zawsze jej tego życzy­łam. Pra­gnę­łam, żeby miała naj­wspa­nial­sze, naj­bar­dziej speł­nione życie, jakie można sobie wyobra­zić. Jed­nak teraz poczu­łam, że tracę ją jesz­cze bar­dziej niż dotych­czas.

Narze­czony.

- Kiedy się zarę­czy­li­ście? - spy­ta­łam, gdy wsie­dli do samo­chodu.

- Oświad­czy­łem się cał­kiem nie­dawno - odrzekł Lachlan.

Nastrój nieco mi się popra­wił. Wcze­śniej podej­rze­wa­łam, że być może powie­działa rodzi­com, ale zabro­niła im prze­ka­zać tę nowinę mnie. Bolała mnie myśl, że mogłaby nie podzie­lić się ze mną tak ważną wia­do­mo­ścią.

Czy­niło to ze mnie totalną hipo­krytkę, ponie­waż ja od ponad roku ukry­wa­łam przed nią różne rze­czy.

Mimo wszystko. Robyn wycho­dziła za mąż.

I to na doda­tek za samego Lachlana Ada­ira.

Wie­dzia­łam, jaką kie­dyś darzyła go nie­chę­cią - winiąc go za to, że Mac ją porzu­cił - dla­tego prze­ży­łam wstrząs, kiedy rodzice powie­dzieli mi, że jest z nim w związku i zamiesz­kała w Szko­cji.

Nasze drogi się roze­szły.

Życie potrafi zasko­czyć, prawda?

- Kto ty jesteś?

Drgnę­łam zasko­czona.

Wysoki, dzie­cięcy gło­sik roz­legł się gdzieś po pra­wej stro­nie.

Dzie­dzi­niec domu Lachlana nie był oddzie­lony ogro­dze­niem od pose­sji sąsiada. Wydało mi się to dziwne. Jego piękny dom, sta­ran­nie zapro­jek­to­wany w nowo­cze­snym stylu, stał nad wodą, tuż za tere­nem Ard­noch, w wio­sce, którą Lachlan nazwał Cael­more.

Potrze­bo­wa­łam chwili odde­chu. Nie chcia­łam też, żeby sio­stra poznała, jak bar­dzo uda­wany jest mój bez­tro­ski nastrój. Zosta­wi­łam więc bagaż w luk­su­so­wym pokoju gościn­nym, do któ­rego zapro­wa­dził mnie Lachlan, zrzu­ci­łam buty i przez sze­ro­kie, roz­su­wane prze­szklone drzwi na tyłach olbrzy­miego salonu wyszłam na taras, który koń­czył się scho­dami pro­wa­dzą­cymi na traw­nik cią­gnący się aż na skraj klifu.

Wzdłuż brzegu urwi­ska pobu­do­wano barierę zabez­pie­cza­jącą. Spoj­rza­łam na dwoje małych dzieci, które przy­glą­dały mi się cie­ka­wie, i domy­śli­łam się, że wznie­siono ją dla ich bez­pie­czeń­stwa. Oboje mieli ciemne włosy i byli ubrani w jasno­nie­bie­skie swe­terki z wyszy­tym na fron­cie emble­ma­tem. Dziew­czynka miała na sobie nie­bie­sko-czarną spód­niczkę w kratę, a chło­piec czarne spodnie. Mun­durki szkolne.

- Cześć. - Uśmiech­nę­łam się sze­roko i pode­szłam bli­żej. - Jestem Regan.

Chło­piec wypro­sto­wał się, męż­nie wypiął pierś i chwy­cił młod­szą dziew­czynkę za rękę.

- Nie­stety, nie wolno nam roz­ma­wiać z obcymi. - Mówił z ład­nym angiel­skim akcen­tem, przez który tylko cza­sami prze­bi­jał szkocki ton, zwłasz­cza kiedy wyma­wiał "t".

Ski­nę­łam głową, sta­ra­jąc się nie roze­śmiać.

- To bar­dzo mądra zasada. Ale to wy pierwsi mnie zacze­pi­li­ście.

Chło­piec spoj­rzał ziry­to­wany na swoją towa­rzyszkę.

- To wina Eilidh. - Ejli. Tak wymó­wił jej imię. - Eilidh, dobrze wiesz, że nie wolno nam tego robić.

Mała zupeł­nie nie zwró­ciła na niego uwagi. Gapiła się na moje stopy.

- Gdzie masz buty?

Poru­szy­łam pal­cami w chłod­nej tra­wie i gestem wska­za­łam na dom.

- Zosta­wi­łam je w środku.

Chło­piec zmarsz­czył czoło.

- Znasz wujka Lachlana i cio­cię Robyn?

Poczu­łam się tak, jak­bym dostała cios w żołą­dek.

- Cio­cię Robyn? - powtó­rzy­łam cicho.

Malec ski­nął głową.

- Zosta­nie żoną wujka, więc wolno nam ją tak nazy­wać.

Coś mnie ści­snęło w piersi.

- Miesz­ka­cie tu obok?

Chło­piec rzu­cił mi podejrz­liwe spoj­rze­nie.

- Chyba nie powi­nie­nem odpo­wia­dać na to pyta­nie. Na­dal jesteś obca.

Roze­śmia­ła­bym się w głos, gdyby nie to, że wła­śnie wal­czy­łam z para­li­żu­jącą zazdro­ścią i poczu­ciem krzywdy. Moja sio­stra wyje­chała na koniec świata i stwo­rzyła tu sobie nowe życie, w któ­rym nie było dla mnie miej­sca.

- Eilidh, Lewis! - dobiegł mnie niski męski głos, co roz­pro­szyło moją uwagę.

Zmie­rzał ku nam wysoki, bar­czy­sty męż­czy­zna o nieco zanie­dba­nym wyglą­dzie. Sta­nął za dziećmi i opie­kuń­czo poło­żył dło­nie na ich ramio­nach.

- Kogo my tutaj mamy? - spy­tał, mie­rząc mnie wzro­kiem.

Zbli­ży­łam się do niego i spo­strze­głam, że jego spoj­rze­nie powę­dro­wało ku moim bosym sto­pom. Mogła­bym przy­siąc, że wargi mu zadrżały z roz­ba­wie­nia, ale trudno było to stwier­dzić z pew­no­ścią, ponie­waż jego usta ota­czała gęsta broda w kolo­rze brązu.

- Hej. - Wycią­gnę­łam ku niemu dłoń. - Jestem Regan Pen­ha­li­gon.

Jego nie­bie­sko­szare oczy nieco się zwę­ziły, ale szybko ujął moją rękę i uści­snął ją moc­nym, zde­cy­do­wa­nym ruchem. Wyczu­łam, że skórę dłoni ma stward­niałą i szorstką.

- Jesteś sio­strą Robyn?

- Ow­szem. - "A ty?".

- Nazy­wam się Thane i jestem bra­tem Lachlana - odpo­wie­dział na moje nie­za­dane pyta­nie. - A to moje dzieci: Eilidh i Lewis. Miesz­kamy tu obok. Robyn nie wspo­mi­nała, że masz przy­je­chać.

Z uśmie­chem wzru­szy­łam ramio­nami.

- Zro­bi­łam jej nie­spo­dziankę - odrze­kłam bez­tro­sko.

Jego oczy zmie­niły kolor na chłodny błę­kit.

- Rozu­miem - odrzekł.

Odnio­słam wra­że­nie, że rze­czy­wi­ście rozu­mie sytu­ację.

Ze wstydu chcia­łam zapaść się pod zie­mię.

Nie byłam głu­pia. Nie tylko Robyn odno­siła się do mnie z chłodną rezerwą. Mac i Lachlan trak­to­wali mnie rów­nie ozię­ble. Zasłu­ży­łam sobie, ale i tak było to okropne. Naj­wy­raź­niej Robyn powie­działa Lachla­nowi i Macowi, jak ją zawio­dłam, a Lachlan pew­nie roz­gło­sił tę wieść wśród swo­jej rodziny.

- Czy to nie cudow­nie? - Uśmiech­nę­łam się nie­szcze­rze. - Pierw­szy raz jestem w Szko­cji. A tak przy oka­zji, te domy są wspa­niałe.

- Tata je zapro­jek­to­wał - wtrą­cił Lewis. - Jest arki... archi­tek­tem. Ja też kie­dyś zostanę archi­tek­tem, jak tata!

Ho, ho!

Zoba­czy­łam Thane'a w nowym świe­tle. Z wyglądu przy­po­mi­nał raczej drwala. Miał gęste blond włosy w odcie­niu pia­sko­wym, ciem­niej­szą brodę, zde­cy­do­wa­nie wyma­ga­jącą przy­strzy­że­nia, i nie­dbały strój, który nie miał wiele wspól­nego z szy­kiem, jakiego się ocze­kuje od wła­ści­ciela wiej­skiej posia­dło­ści. Robiony gru­bym ście­giem swe­ter swoje naj­lep­sze dni miał już za sobą, a dżinsy były tak wybla­kłe i zno­szone, że aż dziw, że się nie roz­pa­dły. Na nogach miał zabło­cone buty trek­kin­gowe.

Trudno było przy­pusz­czać, że to nie­zwy­kle uta­len­to­wany archi­tekt.

Jed­nak kto jak kto, ale ja powin­nam pamię­tać, że nie należy sądzić ludzi po pozo­rach.

- Są nie­sa­mo­wite - rze­kłam z nie­kła­ma­nym zachwy­tem. Te domy są naprawdę piękne. - Sąsia­du­jące ze sobą pose­sje były nie­mal iden­tyczne, choć na każ­dej, oprócz głów­nego domu, stał drugi budy­nek innej wiel­ko­ści, zbu­do­wany z takich samych mate­ria­łów.

Ten na tere­nie Thane'a był tro­chę więk­szy i wyglą­dał na domek dla gości.

- Dzię­kuję - odparł nie­pew­nie.

- Tatu­siu, czy ja też mogę zdjąć buty? - zapy­tała go nagle córka.

- Cho­dze­nie boso jest cał­kiem przy­jemne - powie­dzia­łam z uśmie­chem.

- Prze­zię­bisz się. - Thane potrzą­snął głową. - Zresztą już pora na pod­wie­czo­rek. - Popro­wa­dził dzieci w stronę domu.

Zacie­ka­wiło mnie, gdzie jest ich matka. Czy czeka na nich w domu z her­batą?

- Thane! - Głos Lachlana niósł się daleko i dono­śnie.

- Wujek Lachlan! - Eilidh pomknęła przed sie­bie jak strzała.

Lachlan szybko zbiegł ze scho­dów tarasu i chwy­cił bra­ta­nicę w ramiona. Przez silny wiatr nie sły­sza­łam, co mówili, ale cokol­wiek to było, wywo­łało u dziew­czynki nie­opa­no­wany wybuch śmie­chu. Lachlan wziął ją na ręce i z uśmie­chem ruszył ku nam. Teraz wyglą­dał jak znany z ekra­nów gwiaz­dor o uro­czym, chło­pię­cym uśmie­chu. Znów przy­po­mnia­łam sobie, że narze­czony mojej sio­stry jest sławny, a to, jak odno­sił się do swo­jej małej bra­ta­nicy, dodało mu tonę wdzięku.

- Widzę, że pozna­łeś już Regan? - zapy­tał Thane'a.

Kiedy bra­cia sta­nęli obok sie­bie, zauwa­ży­łam, jacy są podobni. Lachlan był o kilka cen­ty­me­trów wyż­szy, miał bar­dziej nie­bie­skie oczy, ale obaj wyróż­niali się surową, skan­dy­naw­ską urodą. Podej­rze­wa­łam, że w ich szkoc­kich żyłach pły­nie tro­chę krwi wikin­gów.

Spoj­rzeli na sie­bie, poro­zu­mie­wa­jąc się bez słów, ale ja jestem bar­dziej spo­strze­gaw­cza, niż się powszech­nie uważa. Moje przy­by­cie ich nie ucie­szyło. Pozna­łam to po zaci­śnię­tych szczę­kach Lachlana i podejrz­li­wej minie Thane'a.

Uda­jąc, że mam to gdzieś, uśmiech­nę­łam się do Eilidh. Sie­działa zado­wo­lona na rękach u wujka i wpa­try­wała się we mnie swo­imi pięk­nymi, wiel­kimi, nie­bie­sko­sza­rymi oczami. Pod­nio­sła małą rączkę, jakby chciała dotknąć mojego policzka.

- Co się dzieje z two­imi policz­kami, kiedy się uśmie­chasz?

- Niby co? - zapy­ta­łam, choć dobrze wie­dzia­łam, o czym mówi.

Po ojcu odzie­dzi­czy­łam dołeczki.

- To! - Chi­cho­cząc, wska­zała na mój lewy poli­czek.

- Eilidh, to są dołeczki - wyja­śnił jej Thane.

- Ale skąd się biorą? - docie­kała.

Może przez to, że byłam w Szko­cji i ludzie wokół mówili ze szkoc­kim akcen­tem, przy­po­mniała mi się histo­ryjka, z któ­rej pomocą Mac kie­dyś wyja­śnił pocho­dze­nie moich dołecz­ków.

- Poda­ro­wały mi je wróżki. Kiedy przy­by­wają do naszego świata z Zacza­ro­wa­nej Kra­iny, nie chcą, żeby ludzie je roz­po­znali. A łatwo je roz­po­znać po cza­ro­dziej­skim pyle, który stale noszą przy sobie. Stwo­rzyły więc w moich policz­kach te małe dołeczki, żeby cho­wać w nich cza­ro­dziej­ski pył.

- Naprawdę? - Eilidh patrzyła na mnie zdu­miona.

Ski­nę­łam głową.

- Wcale nie! - zapro­te­sto­wał Lewis. - Wróżki nie ist­nieją.

- A wła­śnie, że ist­nieją! - gwał­tow­nie zapro­te­sto­wała dziew­czynka. - Wujek Mac mi mówił!

Sta­ra­łam się nie zde­ner­wo­wać tym, że Mac, zosta­wiw­szy Robyn w Bosto­nie, roz­po­czął nowe życie w Szko­cji, gdzie obce dzieci nazy­wały go wuj­kiem.

- To wła­śnie Mac opo­wie­dział mi o wróż­kach i zacza­ro­wa­nym pyle. - Napo­tka­łam ostre spoj­rze­nie Lachlana i mój uśmiech zbladł.

Odwró­ci­łam wzrok i dostrze­głam w oczach Thane'a bły­ski zacie­ka­wie­nia.

- Wie­cie co, jestem tro­chę głodna. - Ruszy­łam w stronę domu.

- Wła­śnie dla­tego tu przy­sze­dłem. - Lachlan zwró­cił się do Thane'a. - Robyn zamó­wiła tyle jedze­nia, że mogli­by­śmy nakar­mić całą armię. Chcesz do nas dołą­czyć z dziećmi? Zamó­wiła wszystko, od chińsz­czy­zny po nug­getsy.

- Nug­getsy! - wykrzyk­nęła Eilidh z żywio­ło­wym entu­zja­zmem.

Od lat nie doświad­czy­łam takiego uczu­cia. Lachlan skrzy­wił się lekko, ale ramiona trzę­sły mu się ze śmie­chu.

- Jesteś pewien, że powin­ni­śmy? - zapy­tał go brat, na moment zatrzy­mu­jąc na mnie wzrok.

- Ależ oczy­wi­ście. Dzięki obec­no­ści dzieci Robyn ode­rwie się od swo­ich kło­po­tów.

Czyli ode mnie?

Zabo­lało.

- Sam nie wiem.

- Tato, pro­szę. - Lewis pocią­gnął go za swe­ter.

- Nuuug­ge­eetsy! - zawo­łała Eilidh z zabaw­nie zmie­nio­nym niskim gło­sem i wbiła świ­dru­jący wzrok w ojca. - Z kuuur­cza­aaka!

Wszy­scy wybuch­nę­li­śmy śmie­chem, a napię­cie gdzieś się ulot­niło.

Może rze­czy­wi­ście dzieci to świetny spo­sób na ode­rwa­nie się od kło­po­tów.

3

Regan

"Gdzie się podziewa żona Thane'a?". Myśla­łam o tym, kiedy całe towa­rzy­stwo nakła­dało sobie na tale­rze por­cje jedze­nia wysta­wio­nego na kuchen­nej wyspie, a potem sado­wiło się przy dużym stole w czę­ści jadal­nej. Nikt nie zapro­po­no­wał, żeby żona Thane'a do nas dołą­czyła, więc zało­ży­łam, że jest roz­wod­ni­kiem. Nie nosił obrączki.

Eilidh wła­śnie poka­zy­wała ojcu, co ma jej nało­żyć na talerz, kiedy coś mi przy­szło do głowy.

- A może masz ochotę na nug­get­sowy wia­nu­szek z purée ziem­nia­cza­nym?

Dziew­czynka zer­k­nęła na mnie z zacie­ka­wioną miną.

- A co to takiego?

Spoj­rza­łam pyta­jąco na Thane'a.

- Mogę? - Ski­nął głową i odstą­pił od bufetu. - Dobrze. - Wsta­łam zza stołu i pode­szłam do Eilidh. - Z nug­get­sów potra­fię wycza­ro­wać ze dwa­dzie­ścia róż­nych posił­ków.

- To prawda - przy­tak­nęła Robyn, uśmie­cha­jąc się nostal­gicz­nie, co od razu wpra­wiło mnie w lep­szy nastrój. - Regan zatrud­niano jako baby­sit­terkę do wszyst­kich dzieci z oko­licy, a potem przez kilka lat pra­co­wała w lecie jako nia­nia. Jest bar­dzo kre­atywna, potrafi na wiele róż­nych spo­so­bów podać jedze­nie zamó­wione na wynos.

Odkąd skoń­czy­łam trzy­na­ście lat, pra­co­wa­łam jako baby­sit­terka oko­licz­nych dzieci. Tak dora­bia­łam sobie w szkole śred­niej. Lubi­łam dzieci. Były takie słod­kie, zabawne i szczere. Z tego powodu zaczę­łam pra­co­wać jako nia­nia, kiedy rodziny poszu­ki­wały opieki do dzieci na czas waka­cji. Robi­łam to każ­dego lata mię­dzy osiem­na­stym a dwu­dzie­stym dru­gim rokiem życia.

- To zaska­ku­jące, że pra­co­wała jako opie­kunka do dzieci - wymam­ro­tał Lachlan.

Jego nie­do­wie­rza­nie wywo­łało u mnie odruch obronny.

- Niby dla­czego? - Mój nieco ostrzej­szy ton wcale go nie zanie­po­koił.

- Nie spra­wiasz wra­że­nia osoby odpo­wie­dzial­nej.

- Lachlan - rzu­ciła ostrze­gaw­czo Robyn.

Nie chcia­łam, żeby sta­wała w mojej obro­nie. Prze­cież to ją zawio­dłam naj­bar­dziej i przez to czu­łam się jak ostat­nia łajza.

- Widzę, że moja sio­stra nakła­dła ci do głowy tych samych bzdur, któ­rymi kar­mili ją rodzice.

Lachlan uniósł brew, a Robyn wyraź­nie zesztyw­niała. Otwo­rzyła usta, żeby coś powie­dzieć, ale ja odwró­ci­łam wzrok i uśmiech­nę­łam się do córki Thane'a.

- A teraz uwaga. Tylko się nie dener­wuj. Zaraz pokroję nug­getsy na mniej­sze kawałki.

Eilidh spoj­rzała na mnie ze zdzi­wie­niem, ale ufnie ski­nęła głową.

Cho­ciaż od sie­dzą­cych w pokoju doro­słych ema­no­wało napię­cie, uśmiech­nę­łam się wesoło i szybko nało­ży­łam do miski por­cję purée ziem­nia­cza­nego. Potem uło­ży­łam wokół niego kawałki kur­czaka. Nie mie­li­śmy sosu, ale zna­lazł się ket­chup. Poka­za­łam jej butelkę.

- Lubisz?

Przy­tak­nęła i roz­ło­żyła sze­roko ramiona.

- Taaak, bar­dzo!

Par­sk­nę­łam śmie­chem, pola­łam ket­chu­pem ziem­niaki z nug­get­sami i zanio­słam jej do stołu.

- Smacz­nego.

Zabrała się do jedze­nia z takim zachwy­tem, jak­bym podała jej jakieś kró­lew­skie danie. Thane podzię­ko­wał mi ski­nie­niem głowy i rów­nież zaczął jeść.

Usia­dłam obok Lewisa, naprze­ciwko Robyn.

- Następ­nym razem pokażę ci, jak się robi nachosy z nug­get­sami z kur­czaka.

- Też bym chciał zoba­czyć - ode­zwał się Lewis.

- Nie ma sprawy.

Chło­piec ski­nął głową i ugryzł kęs ham­bur­gera. Robyn rze­czy­wi­ście zamó­wiła wszystko, co tylko się dało.

- Co jesz­cze umiesz zro­bić? - dopy­ty­wał Lewis, prze­żu­wa­jąc jedze­nie.

- Pro­szę, naj­pierw połknij, potem mów - pouczył go Thane tonem, który suge­ro­wał, że nie pierw­szy raz wygła­sza te słowa.

- Regan potrafi zro­bić wszystko, na co może mieć ochotę typowy sze­ścio­la­tek - zapew­niła moja sio­stra.

- Prawdę mówiąc, moje umie­jęt­no­ści kuli­narne tro­chę się popra­wiły od cza­sów szkoły śred­niej. Odby­łam kilka kur­sów goto­wa­nia, kiedy podró­żo­wa­łam po Euro­pie i Azji.

- Kursy goto­wa­nia w Euro­pie i Azji! - Robyn gwizd­nęła cicho. - Co za wyra­fi­no­wa­nie!

Na szczę­ście ode­zwała się Eilidh i nie musia­łam odpo­wia­dać na tę zaczepkę.

- Jakie to dooobre! - Dla pod­kre­śle­nia swo­jego zachwytu ude­rzyła widel­cem w stół.

- Naprawdę? Mogę spró­bo­wać?

Z entu­zja­zmem kiw­nęła głową i pod­su­nęła mi miskę. Nabra­łam na wide­lec polane ket­chu­pem ziem­niaki z kawał­kiem nug­getsa i prze­łknę­łam.

Musia­łam się z nią zgo­dzić.

- Rze­czy­wi­ście, bar­dzo dooobre!

Odpo­wie­działa uśmie­chem, naj­bar­dziej pro­mien­nym, jaki kie­dy­kol­wiek widzia­łam. Po chwili znów się ode­zwała.

- Podoba mi się twój lakier - stwier­dziła, nie­spo­dzie­wa­nie zmie­nia­jąc temat, jak to czę­sto robią dzieci. - Poma­lu­jesz mi paznok­cie?

- No, nie wiem. To zależy od two­jego taty.

Thane potrzą­snął głową.

- Jesteś za mała na lakier do paznokci.

- Ale tatooo!

Prze­czu­wa­jąc nad­cią­ga­jący wybuch zło­ści, inter­we­nio­wa­łam:

- Lakieru zaczniesz uży­wać, kiedy będziesz star­sza. Ale mogę ci zapleść kłosa.

- A co to jest kłos?

- War­kocz - wyja­śni­łam, uży­wa­jąc ame­ry­kań­skiego wyrazu.

Mała patrzyła na mnie nie­pew­nie.

Ze zdzi­wie­niem unio­słam brew. Czyżby mama nie zapla­tała jej wło­sów?

Thane wypo­wie­dział w jej kie­runku jakieś nie­znane mi słowo, ale Eilidh wyraź­nie go zro­zu­miała.

Dotarło do mnie, że zaszło tu nie­po­ro­zu­mie­nie kul­tu­rowe. Szkoci na war­kocz mówią ina­czej niż Ame­ry­ka­nie, mają na to wła­sne słowo. Zapa­mię­ta­łam to sobie.

- Póź­niej mogę zapleść ci włosy. Kłos wygląda bar­dzo ład­nie. Przy­po­mina ogon syrenki.

- Uwiel­biam syrenki! - ucie­szyła się Eilidh, a jej oczy zro­biły się okrą­głe z pod­eks­cy­to­wa­nia.

Była taka słodka, że można ją było schru­pać w cało­ści.

- Lucy kie­dyś pró­bo­wała mi zapleść war­kocz, ale stwier­dziła, że moje włosy za bar­dzo się kręcą - dodała cicho.

Chcia­łam ją uspo­koić, że bez pro­blemu opa­nuję jej loki, ale zauwa­ży­łam, że przy stole zapa­dło pełne napię­cia mil­cze­nie.

Po chwili zro­zu­mia­łam dla­czego.

Lucy.

Czy miała na myśli Lucy Wainw­ri­ght?

Cho­lera.

I dla­czego to gwiazdka ekranu chciała spleść włosy Eilidh, a nie matka dziew­czynki?

- Jesteś taka głu­pia - wark­nął jej brat, czer­wie­nie­jąc z emo­cji. - Tata zabro­nił nam roz­ma­wiać o Lucy.

Buzia dziew­czynki wygięła się w pod­kówkę.

- Lewis, nic takiego nie mówi­łem. I nie odzy­waj się do sio­stry tak nie­grzecz­nie. - Thane zgro­mił syna wzro­kiem.

Lewis miał taką minę, jakby ktoś wymie­rzył mu poli­czek.

- Ale prze­cież mówi­łeś...

- Źle mnie zro­zu­mia­łeś. - Thane wes­tchnął ze znu­że­niem. - Nie wolno wam odzy­wać się do sie­bie w ten spo­sób. Dobrze?

Spo­strze­głam, że w oczach Eilidh poja­wiły się łzy, więc szybko posta­no­wi­łam odwró­cić jej uwagę.

- Mogę ci zapleść war­kocz jutro do szkoły.

Od razu się wypo­go­dziła.

- Naprawdę?

Ski­nę­łam głową.

- Jutro jest sobota - przy­po­mniał mi Lewis obra­żo­nym tonem, nie pod­no­sząc wzroku znad tale­rza.

Ojciec popa­trzył na niego z głę­boką tro­ską.

"Rany! Co się tutaj dzieje?".

- Zga­dza się - potwier­dzi­łam. - Ale mogę zapleść Eilidh war­kocz, kiedy tylko zechce.

- Nawet jutro? - Nie­cier­pli­wie pod­sko­czyła na krze­śle. - Chcę mieć taki war­kocz jak ogon syrenki!

- Oczy­wi­ście. Jeste­śmy umó­wione. - Lekko trą­ci­łam Lewisa łok­ciem. - No wła­śnie. Szkoła. W któ­rym jesteś oddziale?

Pod­niósł na mnie zdzi­wiony wzrok. Policzki miał na­dal czer­wone po repry­men­dzie od ojca.

- W któ­rym oddziale? - zapy­tał nie­pew­nie.

- W któ­rej kla­sie - wyja­śniła Robyn.

- Wła­śnie zaczą­łem trze­cią pod­sta­wówki1.

- Zaczą­łeś?

- Rok szkolny trwa od początku minio­nego tygo­dnia.

- Ach, tak. Trze­cia pod­sta­wówki. Czyli ile masz lat? Osiem? Dzie­więć? - Zga­dy­wa­łam, kie­ru­jąc się jego wzro­stem.

Oczy zalśniły mu rado­śnie.

- Sie­dem.

- Jesteś wysoki jak na sied­mio­latka. Pew­nie odzie­dzi­czy­łeś to po tacie i wujku, co?

Lewis przy­tak­nął z zado­wo­loną miną.

- A ty w któ­rej kla­sie jesteś? - zapy­ta­łam Eilidh z uśmie­chem.

- Pięć! - Roz­sta­wiła palce pra­wej dłoni.

Jej brat zachi­cho­tał.

- Eils, nie cho­dzi o wiek, tylko o klasę. Ona jest w pierw­szej. To był jej pierw­szy tydzień w szkole.

- No, no! Czyli ten tydzień był dla cie­bie bar­dzo ważny?

Ener­gicz­nie ski­nęła głową, prze­żu­wa­jąc jedze­nie.

Była taka słodka.

- Tra­fiła jej się naj­lep­sza nauczy­cielka, pani Han­sen. - Lewis skrzy­wił się lekko. - Mnie się tra­fiła pani Welsh.

- Nie lubisz pani Welsh?

Zmarsz­czył nos.

- Cią­gle zrzę­dzi, nie lubi chłop­ców i cze­pia się, kiedy ktoś nie zna odpo­wie­dzi na pyta­nie. No i śmier­dzi.

Thane wes­tchnął ciężko. Domy­śli­łam się, że ma ochotę skar­cić chłopca za obra­ża­nie nauczy­cielki, ale po nie­przy­jem­nym zaj­ściu sprzed chwili nie chciał nara­żać go na kolejny trudny moment.

- Rze­czy­wi­ście śmier­dzi czy tylko tak mówisz, ponie­waż jej nie lubisz?

Zasta­no­wił się chwilę nad pyta­niem.

- Con­nor tak twier­dzi.

- A kto to jest Con­nor?

- Jeden z moich kole­gów.

- Czyli dla­tego, że on tak powie­dział, wszy­scy inni tak twier­dzą?

Ski­nął głową.

- A czy to prawda?

- Chyba nie. Ale wszystko inne to prawda - odrzekł, wzru­sza­jąc ramio­nami.

- Rozu­miem. Cóż, to okropne, że pani Welsh gdera i jest wiecz­nie nie­za­do­wo­lona, ale nie powinno się o innych mówić rze­czy, które nie są praw­dziwe. Tak?

- Czyli powi­nie­nem prze­stać tak mówić? - zapy­tał po chwili.

- Wła­śnie. To byłoby wła­ściwe postę­po­wa­nie. Dobre i miłe.

- Ale mogę mówić, że jest wredna? Bo to prawda!

Tłu­miąc śmiech, odrze­kłam dyplo­ma­tycz­nie:

- Jeśli to prawda, to ow­szem, możesz. Dobrze jest być szcze­rym, zwłasz­cza jeśli ktoś się cie­bie cze­pia, bez względu na wiek tej osoby. Zawsze jed­nak powta­rzam, że nie­życz­li­wość trzeba zwal­czać życz­li­wo­ścią. Kiedy w życiu napo­tkasz kogoś, kto nie jest dla cie­bie zbyt miły, nie należy zni­żać się do jego poziomu i odpła­cać tym samym. A cza­sami, kiedy jesteś miły dla kogoś, kto zacho­wuje się wobec cie­bie nie­uprzej­mie, zda­rza się, że ta osoba zmie­nia nasta­wie­nie na bar­dziej przy­ja­zne. Tak?

Zasko­czyło mnie, że ten sied­mio­letni chło­piec słu­chał mnie w takim sku­pie­niu. Lewis po pro­stu spi­jał słowa z moich ust i widać było, że prze­twa­rza je w myślach.

- Tak - przy­tak­nął w końcu.

Dopiero wtedy zda­łam sobie sprawę, że wokół stołu zapa­dła cisza. Pod­nio­słam głowę i zoba­czy­łam troje wpa­trzo­nych we mnie doro­słych. Thane patrzył z wdzięcz­no­ścią, Lachlan - z zasko­cze­niem, a sio­stra - z miną wyra­ża­jącą dumę, ale i smu­tek.

Ten smu­tek spra­wił mi ból.

- Skoń­czy­łam! - zawo­łała Eilidh, prze­ry­wa­jąc ciszę.

Policzki miała uma­zane ket­chu­pem. Spoj­rza­łam na nią z uczu­ciem ulgi.

- Zja­dłaś tro­chę czy wszystko roz­ma­za­łaś sobie na policz­kach?

Oczy dziew­czynki roz­bły­sły rado­śnie. Ude­rzyła dło­nią w stół i zanio­sła się gło­śnym, recho­tli­wym śmie­chem. Było to tak zaraź­liwe, że wszy­scy zaczę­li­śmy rado­śnie chi­cho­tać.

Szkoda, że magia Eilidh nie dzia­łała dłu­żej.

* * *

Wkrótce potem Thane i dzieci wyszli, a ja na odchod­nym obie­ca­łam, że wpadnę do nich rano, żeby zapleść Eilidh war­kocz. Dopadł mnie jet lag, co natych­miast wyczuła Robyn.

- Pomogę ci w zmy­wa­niu - zapro­po­no­wa­łam po raz tysięczny, patrząc, jak ona i Lachlan porząd­kują kuch­nię.

- Mamy zmy­warkę - powtó­rzyła. - Widać, że jesteś zmę­czona. Idź spać.

Rze­czy­wi­ście, powieki mi opa­dały, więc speł­ni­łam jej pole­ce­nie i poszłam na górę. Nie pamię­tam, jak prze­bra­łam się w piżamę i weszłam do łóżka.

Kilka godzin póź­niej jakiś mecha­niczny dźwięk przedarł się do mojej świa­do­mo­ści. Kiedy z wysił­kiem otwo­rzy­łam oczy, ośle­piło mnie wpa­da­jące do pokoju świa­tło. Dopiero po minu­cie uświa­do­mi­łam sobie, gdzie jestem.

Jęk­nę­łam cicho, mru­żąc oczy przed łagod­nym świa­tłem dnia, prze­wró­ci­łam się na bok w nie­zwy­kle wygod­nym łóżku i po omacku się­gnę­łam po tele­fon leżący na noc­nym sto­liku. Spraw­dzi­łam godzinę na wyświe­tla­czu.

Szó­sta rano.

Zaciem­nia­jące rolety otwie­rały się auto­ma­tycz­nie o wyzna­czo­nej porze. Tą porą była szó­sta rano.

- Trzeba będzie coś z tym zro­bić - wymam­ro­ta­łam gder­li­wie i usia­dłam w pościeli.

Dopiero wtedy zauwa­ży­łam powia­do­mie­nie na tele­fo­nie.

Zoba­czy­łam tylko słowo "Austin" i natych­miast ogar­nęły mnie mdło­ści.

"O, nie! Skąd on miał mój adres mailowy?".

Trzę­są­cymi się pal­cami otwo­rzy­łam skrzynkę mailową i z ulgą spo­strze­głam, że to tylko jakiś głupi spam - reklama zniżki na wycieczkę pie­szo-rowe­rową w pobliżu Austin, w sta­nie Tek­sas.

- Ożeż, kurde - wymam­ro­ta­łam, opie­ra­jąc głowę na dło­niach.

Upły­nęło pięć mie­sięcy, odkąd dosta­łam ostatni e-mail od Austina. Pięć mie­sięcy temu w końcu pozby­łam się go ze swo­jego życia. Nie mógł mnie wię­cej kon­tro­lo­wać ani nękać. Zli­kwi­do­wa­łam stary adres mailowy, pro­file w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, zmie­ni­łam numer komórki i zaczę­łam sama przed sobą uda­wać, że ten facet ni­gdy nie ist­niał.

To jego ostat­nia wia­do­mość w końcu obu­dziła we mnie ducha walki.

Ta wariacka treść wbiła mi się w pamięć.

Moja piękna, znów nie mogę zasnąć. Ileż to godzin snu przez Cie­bie stra­ci­łem? Jesteś mi winna te godziny. W tym cza­sie powi­nie­nem być w Tobie, patrzeć, jak docho­dzisz do szczytu, wyda­jąc te swoje słod­kie dźwięki. Mam ochotę surowo uka­rać Cię za to, że przez Cie­bie wła­śnie tak się czuję. To Twoja wina, że jestem taki pokrę­cony. Zmu­si­łaś mnie, żebym się w Tobie zako­chał. Przez Cie­bie tak się za Tobą uga­niam. Ale kiedy Cię znajdę, kiedy odnaj­dziemy się nawza­jem, zro­zu­miesz to, co ja już zro­zu­mia­łem. Jeste­śmy sobie prze­zna­czeni. Ni­gdy bym Cię nie skrzyw­dził. Wszystko, co mówię czy robię, jest po to, żebym mógł bez­piecz­nie zatrzy­mać Cię przy sobie. Nie mogę się docze­kać chwili, kiedy znów będziemy się kochać. Ale nie myśl, że omi­nie Cię kara. Cią­gle sobie wyobra­żam, jak cię ostro prze­lecę, żebyś poczuła taki sam ból, jaki ja teraz czuję. Na samą myśl o tym mi staje. Widzisz, co ze mną robisz? Kocham Cię, Regan. Tak bar­dzo Cię kocham. Zro­zu­miesz to już wkrótce. Z wyra­zami miło­ści, Austin

Przy­po­mnia­łam sobie pora­nek w mote­lo­wym pokoju w Kali­for­nii, kiedy otwo­rzy­łam ten e-mail i poczu­łam jesz­cze sil­niej­sze mdło­ści. Odrzu­ci­łam tele­fon na drugi koniec łóżka, pobie­głam do łazienki i padłam na kolana przy muszli klo­ze­to­wej.

Cho­ciaż wstrzą­sały mną tor­sje, nie mogłam zwy­mio­to­wać.

Męczy­łam się tak chyba wieki. Dygo­ta­łam, ze zło­ścią ocie­ra­jąc łzy pły­nące po policz­kach.

Na samo wspo­mnie­nie tego poranka czu­łam mdło­ści i nara­sta­jącą furię.

Opar­łam się o ścianę wyło­żoną brud­nymi kaflami, obję­łam się ramio­nami i sta­ra­łam zdu­sić szlo­cha­nie.

Ni­gdy przed­tem nie czu­łam do nikogo nie­na­wi­ści.

Austin był pierw­szy.

Nie wie­dzia­łam, że można do tego stop­nia zatruć komuś innemu życie, że upo­rczywe prze­śla­do­wa­nie może zdo­mi­no­wać wszystko, co robisz i o czym myślisz. Jak to może wpły­wać na twoje decy­zje. I wtedy wła­śnie posta­no­wi­łam, że to się musi skoń­czyć. Wró­ci­łam do Bostonu. Sądzi­łam, że pozby­łam się go ze swo­jego życia.

Ale on wró­cił.

Wyjazd do Szko­cji, do Robyn, był dla mnie nowym począt­kiem. Zosta­wi­łam całe to gówno zwią­zane z Austi­nem w Bosto­nie.

Chwiej­nym kro­kiem prze­szłam do baje­ranc­kiej łazienki (całej w mar­mu­rach i zło­tej arma­tu­rze), a po chwili wolno wró­ci­łam do sypialni. Widok za oknem odcią­gnął moje myśli od ponu­rej prze­szło­ści.

- O kur­czę! - Pode­szłam do się­ga­ją­cego od pod­łogi do sufitu okna, wycho­dzą­cego na morze.

Wczo­raj było jasno i sło­necz­nie. Teraz za oknem pano­wała poranna sza­rość, a nad wodą wisiała mgła. Nic jed­nak nie mogło zepsuć piękna tego widoku. Gdy­bym była malarką, całymi dniami sie­dzia­ła­bym przy tym oknie, kła­dąc farby na płótno.

Nie­stety, etap fascy­na­cji malar­stwem trwał u mnie dość krótko. Dokład­nie po trzech dniach zda­łam sobie sprawę, że nie mam za grosz talentu, a moje zain­te­re­so­wa­nie tym rodza­jem twór­czo­ści nie było praw­dziwe.

Zauwa­ży­łam jakiś ruch za oknem i zoba­czy­łam, że ubrana w spor­towy strój Robyn zbliża się do domu od zachod­niej strony. Może wra­cała z plaży? Nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby wstała o świ­cie tylko po to, żeby pobie­gać. Pew­nie z mojego powodu. Bie­ga­nie zawsze poma­gało jej się skon­cen­tro­wać i uspo­koić.

Myśląc o swo­jej sil­nej sio­strze, zer­k­nę­łam na tele­fon leżący na łóżku.

Kiedy Robyn miała pięt­na­ście lat, chło­pak, z któ­rym się umó­wiła, zaczął ją napa­sto­wać sek­su­al­nie pod­czas randki.

Nie dała mu wygrać. Nie pozwo­liła, żeby jego zacho­wa­nie wpę­dziło ją w poczu­cie bez­sil­no­ści. Wręcz prze­ciw­nie, poczuła się sil­niej­sza.

Robyn upra­wiała mie­szane sztuki walki - MMA.

Ni­gdy przed­tem nie inte­re­so­wa­łam się spor­tem. Lubi­łam jogę i pila­tes, ale to był naj­więk­szy wysi­łek fizyczny, do jakiego się kie­dy­kol­wiek zmu­sza­łam. Szcze­rze mówiąc, wola­łam utrzy­my­wać formę, pro­wa­dząc natu­ral­nie aktywne codzienne życie.

Jed­nak osiem mie­sięcy temu zaczę­łam rozu­mieć, skąd wzięła się u Robyn nagła potrzeba nauki samo­obrony.

* * *

- Dzień dobry! - zawo­ła­łam wesoło, wcho­dząc do kuchni.

Wcze­śniej szybko wzię­łam prysz­nic i ubra­łam się w nadziei, że uda mi się zła­pać sio­strę i jej narze­czo­nego, zanim wyjdą z domu.

Na szczę­ście oboje sie­dzieli przy kuchen­nej wyspie i sączyli poranną kawę.

- Dzień dobry. - Robin zesko­czyła ze stołka. - Zaraz naleję ci kawy.

- Nie trzeba. Mogę to zro­bić sama. - Mach­nę­łam bez­tro­sko ręką, prze­cho­dząc przez ich luk­su­sową kuch­nię. - Pomy­śla­łam sobie, że mogła­byś mnie nauczyć MMA.

Za moimi ple­cami zapa­dło mil­cze­nie. Odwró­ci­łam się zasko­czona.

Robyn zamarła nad kub­kiem z kawą, a Lachlan mie­rzył mnie uważ­nym spoj­rze­niem.

- No co? - zapy­ta­łam nieco zaczep­nie.

Bałam się, że sio­stra już się domy­śliła, dla­czego ją o to pro­szę.

- Chcesz upra­wiać MMA?

- Tak. - Wzru­szy­łam ramio­nami, jakby nie było w tym nic nad­zwy­czaj­nego.

- Prze­cież nie zno­sisz sztuk walki. I w ogóle sportu.

- No cóż. - Opar­łam się o kuchenny blat. - Pomy­śla­łam sobie, że miło by było robić coś wspól­nie, spę­dzać razem wię­cej czasu.

- To jedyny powód? - Robyn zmarsz­czyła czoło, wyraź­nie zatro­skana.

Posta­no­wi­łam wyznać coś zbli­żo­nego do prawdy, co powstrzy­ma­łoby dal­sze pyta­nia.

- Kiedy podró­żo­wa­łam po Azji, zacze­pił mnie jakiś nachalny facet. Gdyby nie poja­wił się inny chło­pak, to nawet nie chcę myśleć, co mogłoby się wyda­rzyć. Teraz mi się przy­po­mniało, jaka z cie­bie twar­dzielka, i doszłam do wnio­sku, że też powin­nam nauczyć się samo­obrony.

Robyn ruszyła w moją stronę.

- Wszystko w porządku? Na pewno nie zaszło wtedy nic gor­szego niż to, co nam mówisz?

Chwy­ci­łam jej dłoń i uści­snę­łam z uśmie­chem.

- Cią­gle się o coś zamar­twiasz. Było tak, jak powie­dzia­łam.

Patrzyła na mnie badaw­czo.

- Coś się tu nie zga­dza. Potra­fię wyczuć takie rze­czy.

Puści­łam jej dłoń.

- To dla­tego, że na razie sprawy mię­dzy nami nie ukła­dają się jak należy, i tyle. Sta­ram się, żeby­śmy jak naj­szyb­ciej miały to za sobą. Pomy­śla­łam, że pomoże nam, jeśli będziemy spę­dzać razem wię­cej czasu.

Nagle w jej oczach poja­wił się chłód. Skrzy­żo­wała ramiona na piersi.

- Jak długo zamie­rzasz tu zostać?

- Chyba tak długo, jak będę mogła, zgod­nie z pra­wem. - Zer­k­nę­łam na Lachlana. - Nie masz nic prze­ciwko?

Spoj­rzał na Robyn.

- Jeśli tylko two­jej sio­strze nie będzie to prze­szka­dzało, to ja nie widzę prze­szkód.

Ode­zwa­łam się, zanim Robyn zdą­żyła odpo­wie­dzieć.

- Poszu­kam sobie jakiejś pracy, wynajmę miesz­ka­nie, żeby nie sie­dzieć wam na karku i nie paso­ży­to­wać na tobie i twoim chło­paku.

- Narze­czo­nym - popra­wiła mnie z gry­ma­sem nie­za­do­wo­le­nia. - I wcale byś nam nie prze­szka­dzała. Chcę, żebyś miesz­kała z nami. - "Żebym mogła mieć cię na oku". Tego jed­nak nie dodała.

- Będę pła­cić czynsz. Jak tylko znajdę pracę - oznaj­mi­łam. - Nie wie­cie cza­sem, czy gdzieś kogoś szu­kają?

Szcze­rze mówiąc, mia­łam nadzieję, że Lachlan zapro­po­nuje mi posadę kel­nerki w klu­bie. Albo jaką­kol­wiek inną pracę.

Ale on powie­dział tylko:

- Popy­tam we wsi.

Czyżby naprawdę nie miał wol­nej posady?

A może nie chciał, żebym pra­co­wała w jego eks­klu­zyw­nej posia­dło­ści? Podej­rze­wa­łam, że cho­dzi o to dru­gie. A to ozna­czało, że mi nie ufa.

Super.

Cze­kało mnie trudne zada­nie.

4

Thane

Wysze­dłem za Gor­danną Red­burn przez prze­szklone drzwi na taras na tyłach domu, zasta­na­wia­jąc się, kto tu ubiega się o pracę, a kto ma być pra­co­dawcą.

- O tej godzi­nie dzieci już nie powinny spać - oznaj­miła, scho­dząc po drew­nia­nych scho­dach do ogrodu. - W week­endy należy zacho­wać tę samą godzinę pobudki, co w dni szkolne.

- W week­endy nie będzie nam pani potrzebna. - "A może nawet wcale", doda­łem w myślach, wbi­ja­jąc gniewne spoj­rze­nie w jej plecy.

Ema­no­wała takim sztyw­niac­twem, że trudno było uwie­rzyć w jej młody wiek. A miała dopiero dwa­dzie­ścia trzy lata. Nie cho­dziło o kon­ser­wa­tywny strój czy włosy zwią­zane w cia­sny kok, lecz o zaci­śnięte surowo usta i oschły spo­sób bycia.

Jęk­ną­łem bez­gło­śnie. Gor­danna przy­je­chała na tę roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną aż z Korn­wa­lii. Była dzie­siątą kan­dy­datką do roli niani i gosposi oraz dzie­siątą osobą, która nada­wała się tylko do odrzu­ce­nia. Zna­le­zie­nie kogoś do pracy w tak odle­głym zakątku Szko­cji oka­zało się nie­wia­ry­god­nie trudne i powoli tra­ci­łem nadzieję, że mi się uda, jeśli nie obniżę ocze­ki­wań.

Ni­gdy nie uwa­ża­łem Cael­more za dziurę zabitą deskami, wziąw­szy pod uwagę, że tuż obok znaj­do­wała się słynna posia­dłość Ard­noch. Jed­nak dla osób przy­zwy­cza­jo­nych do życia w dużych mia­stach ta część Szko­cji była co naj­wy­żej malow­ni­czym celem waka­cyj­nych wycie­czek, a nie miej­scem poten­cjal­nie nada­ją­cym się do sta­łego zamiesz­ka­nia. Więk­szość ludzi chciała miesz­kać w pobliżu szpi­tali, kli­nik wete­ry­na­ryj­nych, skle­pów, restau­ra­cji i wszel­kich udo­god­nień, nie wspo­mi­na­jąc o dosko­na­łym Wi-Fi i zasięgu tele­fo­nii komór­ko­wej. Aku­rat te dwie ostat­nie rze­czy nie nale­żały do naj­gor­szych, cho­ciaż nie były cał­kiem dosko­nałe.

Życie w miej­scu wyma­ga­ją­cym cier­pli­wo­ści i więk­szego wysiłku w zamian za wspa­niałe oto­cze­nie? Nie jest to atrak­cyjna pro­po­zy­cja dla każ­dego.

Na pewno nie dla odpo­wia­da­ją­cych moim wyma­ga­niom niań i gospoś. Ta kan­dy­datka nie mówiła o Eilidh i Lewi­sie ina­czej niż "te dzieci".

Czu­łem w kościach, że ma prze­chla­pane.

- Sądzi­łam, że ta pro­po­zy­cja obej­muje stałe zamiesz­ka­nie. - Gor­danna przy­glą­dała mi się ze zmarsz­czo­nymi brwiami.

- Ow­szem, zga­dza się. - Aneks dla gości był jak stwo­rzony dla przy­szłej niani. Miał nawet wła­sną nie­wielką kuch­nię. - Ale ja nie pra­cuję w week­endy i chciał­bym wtedy spę­dzać czas z Eilidh i Lewi­sem, a to ozna­cza, że week­endy mia­łaby pani dla sie­bie.

Wyraz zdzi­wie­nia na twa­rzy Gor­danny Red­burn wydał mi się komiczny. Naj­wy­raź­niej ni­gdy nie przy­szło jej do głowy, że mogłaby mieć życie towa­rzy­skie.

Odchrząk­nęła gło­śno, odwró­ciła się na pię­cie i poma­sze­ro­wała w stronę klifu.

- To ogro­dze­nie trzeba zmie­nić! - zawo­łała przez ramię, prze­krzy­ku­jąc wiatr.

Moje wzbu­rze­nie rosło. Ta roz­mowa i tak już zajęła dwa razy wię­cej czasu, niż zamie­rza­łem na nią poświę­cić, a na doda­tek kaza­łem tak­sów­ka­rzowi zacze­kać na pasa­żerkę. Licz­nik tykał i to ja mia­łem zapła­cić należ­ność.

- Słu­cham? - Pod­sze­dłem bli­żej. - Co jest nie tak z ogro­dze­niem?

Gor­danna skrzy­wiła się lekko.

- Jest zbyt słabe, żeby zabez­pie­czyć małe dzieci przed upad­kiem z klifu.

Nie podo­bał mi się jej stro­fu­jący ton. Jak młoda kobieta, nie­długo po szkole, mogła kry­ty­ko­wać moje rodzi­ciel­skie umie­jęt­no­ści?

- Panno Red­burn, jestem archi­tek­tem. Kiedy twier­dzę, że to wystar­cza­jące zabez­pie­cze­nie, można mi ufać.

Odkąd tu przy­była, zdą­żyła skry­ty­ko­wać nie­mal wszystko w moim domu. Przed­sta­wiła całą listę nie­zbęd­nych zmian, które nale­żało wpro­wa­dzić dla bez­pie­czeń­stwa dzieci - dzieci, które miesz­kały w tym domu od uro­dze­nia i ni­gdy nie zro­biły sobie w nim naj­mniej­szej krzywdy.

- Wie pani, on ma rację - roz­legł się zna­jomy głos.

Jak na komendę odwró­ci­li­śmy się ja i kan­dy­datka na nia­nię i zoba­czy­li­śmy Regan Pen­ha­li­gon, sto­jącą na traw­niku u Lachlana. Ame­ry­kanka z uro­czymi dołecz­kami w policz­kach poja­wiła się nie wia­domo skąd.

- Cho­dzi mi o ten płot - cią­gnęła Regan. - Dzi­siaj w nocy pró­bo­wa­łam się rzu­cić do morza, ale on zmie­nił się znie­nacka w trans­for­mera i mnie oca­lił, a potem zapro­po­no­wał sesję tera­peu­tyczną.

Usły­szaw­szy tak nie­do­rzeczną histo­rię, z tru­dem powstrzy­ma­łem śmiech. Ukrad­kiem zer­k­ną­łem na Gor­dannę. Tamta w naj­mniej­szym stop­niu nie wyglą­dała na roz­ba­wioną. Zmie­rzyła kry­tycz­nym spoj­rze­niem Regan i unio­sła brew. Ame­ry­kanka miała na sobie sukienkę bar­dzo podobną do tej, którą nosiła wczo­raj. Skromny dekolt, nie­zbyt skromna dłu­gość.

Rów­nież tak samo jak wczo­raj przy­szła boso, a jej poma­lo­wane paznok­cie czer­wie­niły się w tra­wie.

Czu­jąc na sobie tak­su­jący wzrok mło­dej kobiety, Regan stra­ciła wesoły nastrój. Splo­tła ramiona i wbiła zaczepny wzrok w Gor­dan­nie, jakby chciała rzu­cić: "Masz jakiś pro­blem?".

- A pani to kto? - zapy­tała kan­dy­datka na nia­nię, jakby miała prawo żądać wyja­śnień.

- Thane wkrótce zosta­nie moim szwa­grem.

- A ma pani jakieś imię?

Dobry Boże, ta kobieta jest nie do znie­sie­nia.

- Jestem Regan. A pani?

- Gor­danna Red­burn. - Wycią­gnęła rękę. - Jestem nia­nią dzieci i gospo­dy­nią.

"Że co?". Odchrząk­ną­łem, przy­go­to­wu­jąc się do trud­nej wymiany zdań.

- Zdaje się, że zaszło nie­po­ro­zu­mie­nie. To tylko roz­mowa kwa­li­fi­ka­cyjna.

Gor­danna cof­nęła dłoń, zanim Regan zdą­żyła ją ująć.

- Zakła­da­łam, że skoro przy­je­cha­łam tu aż z Tin­ta­gel, roz­mowa to tylko for­mal­ność.

- Nie. To jest roz­mowa kwa­li­fi­ka­cyjna. A poza tym pokry­wam wszyst­kie wydatki zwią­zane z pani podróżą.

Gor­danna wypro­sto­wała się sztywno.

- Panie Adair, zapew­niam pana, że nie znaj­dzie pan lep­szej niż ja kan­dy­datki na opie­kunkę tych dzieci.

- Dla Eilidh i Lewisa - popra­wi­łem ją z nara­sta­jącą iry­ta­cją. - Moje dzieci to Eilidh i Lewis. Nie żadne "te dzieci". I oba­wiam się, że nie pod­ją­łem jesz­cze decy­zji doty­czą­cej pani zatrud­nie­nia.

Kobieta pojęła, co to ozna­cza, i z wyż­szo­ścią pocią­gnęła nosem.

- Cóż, wiel­kie dzięki za zmar­no­wa­nie mojego czasu. Sama znajdę drogę do wyj­ścia i prze­ślę fak­turę za tak­sówkę!

Zanim zdą­ży­łem zare­ago­wać, kobieta poma­sze­ro­wała w stronę cze­ka­ją­cego auta.

- Co to, u dia­bła, było?

Wiatr roz­wiał mie­dzia­no­rude włosy Regan, odsła­nia­jąc jej twarz o szla­chet­nych rysach. Dosko­nale rozu­mia­łem, co mój brat widział w Robyn, jed­nak moją przy­szłą szwa­gierkę trudno było nazwać kla­syczną pięk­no­ścią. Nato­miast jej przy­rod­nią sio­strę - abso­lut­nie tak. Miała wysoko skle­pione kości policz­kowe, roz­bra­ja­jące dołeczki, cie­płe, owalne, brą­zowe oczy oko­lone gęstymi, ciem­nymi rzę­sami i kształtne usta, ani za wąskie, ani zbyt pełne. Łączyło je podo­bień­stwo, cho­ciaż ich nosy bar­dzo się róż­niły: Robyn był nieco zbyt długi, a Regan - drobny i deli­katny.

Ogól­nie bio­rąc, młod­sza sio­stra robiła wra­że­nie kogoś, kto bar­dzo dba o wygląd. Robyn nie przy­wią­zy­wała do tego tak wiel­kiej wagi, ale może wła­śnie dla­tego wyda­wała się jesz­cze atrak­cyj­niej­sza. Miała ten szcze­gólny magne­tyzm, który dzia­łał na ludzi sil­niej niż fizyczna dosko­na­łość.

- Co to było? - powtó­rzyła Regan.

Podra­pa­łem się po bro­dzie i wes­tchną­łem.

- Pra­cuję jako nie­za­leżny archi­tekt, ale ostat­nio napływa coraz mniej zle­ceń. Żeby z suk­ce­sem pro­wa­dzić inte­res, trzeba go rekla­mo­wać, co wymaga czasu. A ja, wycho­wu­jąc w poje­dynkę dwoje dzieci, tego czasu nie mam. Musia­łem wró­cić do pracy w fir­mie, w Inver­ness. Zaczą­łem więc szu­kać kogoś, kto by tu zamiesz­kał i zajął się dziećmi oraz pro­wa­dze­niem domu. Kiedy Eilidh była mała, zatrud­nia­li­śmy taką osobę, ale dostała pracę w Sta­nach i wyje­chała.

- I nie zna­la­złeś nikogo lep­szego niż ta eks­pertka od pło­tów? - Regan skrzy­wiła się lekko.

- Spró­buj zna­leźć kogoś, kto zre­zy­gnuje z dotych­cza­so­wego życia i prze­pro­wa­dzi się do tego odle­głego zakątka Szko­cji - wark­ną­łem ziry­to­wany jej zbla­zo­wa­nym podej­ściem.

Oczy Regan się roz­sze­rzyły.

- Prze­pra­szam. Nie chcia­łam, żeby to zabrzmiało lek­ce­wa­żąco. Ale powiem wprost, nawet po krót­kiej roz­mo­wie z nią widzę wyraź­nie, że nie nadaje się na opie­kunkę Eilidh i Lewisa.

Naraz przy­po­mnia­łem sobie, jak wspa­niale Regan doga­dy­wała się z dziećmi, i uśmiech­ną­łem się mimo­wol­nie.

- To prawda, nie nadaje się. - Spoj­rza­łem ponad jej ramie­niem na dom brata. - A gdzie się podziali Robyn i Lachlan?

Regan wzru­szyła ramio­nami i popa­trzyła na morze, żeby unik­nąć mojego wzroku.

- Gdzieś poje­chali.

- Bez cie­bie?

Znów wzru­szyła ramio­nami.

- Mieli coś do zała­twie­nia. - W końcu na mnie spoj­rzała i uśmiech­nęła się sze­roko, jakby nie miała żad­nych powo­dów do zmar­twień. Jed­nak dostrze­głem jakiś cień w jej oczach. - Zja­wi­łam się jak grom z jasnego nieba. Trudno im było tak nagle zmie­nić plany.

Nie­wąt­pli­wie z tą dziew­czyną coś się działo. Sama Robyn nie mogła tego nie zauwa­żyć. Pod tym uśmie­chem i bez­tro­skim zacho­wa­niem kryły się smu­tek i coś jesz­cze. Despe­ra­cja?

Przy­po­mnia­łem sobie poprzedni raz, kiedy inna rudo­włosa pięk­ność ze smut­nym spoj­rze­niem zdo­była moje zaufa­nie i uśpiła czuj­ność.

Zigno­ro­wa­łem nara­sta­jącą cie­ka­wość.

- Jasne. Lepiej będzie, jak już pójdę. Eilidh i Lewis pew­nie się za chwilę obu­dzą. - Zro­bi­łem krok w stronę domu, gdy nagle zda­łem sobie z cze­goś sprawę. - Wcze­śnie wsta­łaś.

- To ta zmiana strefy cza­so­wej. No i te bez­na­dziejne auto­ma­tyczne żalu­zje w sypialni dla gości.

Par­sk­ną­łem roz­ba­wiony.

- Rozu­miem. Cóż. Pójdę już.

- Zacze­kaj. - Pode­szła bli­żej, a jej krótka sukie­neczka nie­bez­piecz­nie zało­po­tała na wie­trze. - Wła­ści­wie to szłam do was, ponie­waż obie­ca­łam Eilidh, że zaplotę jej war­kocz.

- No tak - przy­po­mnia­łem sobie.

Nie­spe­cjal­nie chcia­łem, żeby Regan spę­dzała czas z moimi dziećmi. Jed­nak minio­nego wie­czoru nawią­zała z nimi tak dosko­nałe poro­zu­mie­nie, pod­czas gdy ja co chwila mówi­łem lub robi­łem coś, co tylko pogar­szało sytu­ację.

Dzieci dawno już tak dużo się nie śmiały. No, chyba że Eilidh. Mój kochany Żuczek zawsze znaj­do­wał jakiś powód do chi­chotu. Ale Lewis, poważny mały czło­wie­czek, od czasu histo­rii z Lucy zbyt czę­sto cho­dził zamy­ślony. Ogar­nęło mnie okropne wra­że­nie, że zupeł­nie zawa­li­łem tamtą roz­mowę przy stole.

- Eilidh nawet jesz­cze nie wstała.

- To może my poroz­ma­wiamy?

- O czym? - Pyta­jąco unio­słem brew.

- O genial­nym pla­nie, który wła­śnie przy­szedł mi do głowy.

Cze­ka­łem w mil­cze­niu.

- Poznaj, pro­szę - oznaj­miła trium­fal­nie - swoją nową pomoc domową i nia­nię.

Zdez­o­rien­to­wany, potrzą­sną­łem głową.

- Co takiego?

- Zostanę tu przez pół roku, ponie­waż tyle mi wolno zgod­nie z pra­wem. Na doda­tek potrze­buję pracy. Jak powie­działa Rob­bie, dosko­nale sobie radzę z dziećmi i mam bogate doświad­cze­nie w pracy z nimi. Wiem, że na to nie wygląda, ale potra­fię sprzą­tać, goto­wać i prać. Pół roku to długo i przez ten czas na pewno znaj­dziesz kogoś dosko­na­łego i na stałe.

Zasko­czony pro­po­zy­cją gorącz­kowo się zasta­na­wia­łem, jak grzecz­nie powie­dzieć "po moim tru­pie".

- Regan... Wydaje mi się, że zatrud­nie­nie członka rodziny to nie jest dobry pomysł. A prak­tycz­nie rzecz bio­rąc, weszłaś już do rodziny.

No pro­szę. Wspią­łem się na wyżyny dyplo­ma­cji. I logiki.

- Aha... - Mina jej zrze­dła.

Ogar­nęło mnie poczu­cie winy.

- Ale jeśli usły­szę coś o pracy, która by się dla cie­bie nada­wała, zaraz cię poin­for­muję.

- Jasne.

- No to... do zoba­cze­nia wkrótce.

- A co z war­ko­czem Eilidh?

Wes­tchną­łem cicho.

- Innym razem.

- Obie­ca­łam jej, że dziś to zro­bię. - Regan skrzy­żo­wała ramiona na piersi i prze­chy­liła głowę na bok, patrząc na mnie z upo­rem. - Nie wiem jak ty, ale ja dotrzy­muję obiet­nic.

- Sły­sza­łem coś innego.

Led­wie wypo­wie­dzia­łem te słowa, zaklą­łem w myślach.

Regan odsko­czyła o krok, jakby jej ktoś wymie­rzył cios w żołą­dek.

Ogar­nęły mnie jesz­cze sil­niej­sze wyrzuty sumie­nia.

- Regan, ja...

Unio­sła dłoń, prze­ry­wa­jąc mi.

- Nie mam poję­cia, co Robyn ci o mnie naga­dała. Nie obcho­dzi mnie to. Kocham ją z całego serca. Ści­śle mówiąc, kocham ją moc­niej niż kogo­kol­wiek innego.

Jej słowa brzmiały szcze­rze, mimo to nie wie­dzia­łem, co o tym wszyst­kim myśleć. W końcu Regan opu­ściła sio­strę, kiedy ta jej naj­bar­dziej potrze­bo­wała.

- Mimo to bar­dzo się z sio­strą róż­nimy. Patrząc na naszą sytu­ację z pew­nego odda­le­nia, zda­łam sobie sprawę, że rodzice zmie­nili nas w prze­sa­dzone wer­sje osób, któ­rymi naprawdę nie jeste­śmy. Chyba przez to widziała we mnie kogoś, kto w rze­czy­wi­sto­ści nie ist­nieje. Nie­za­słu­że­nie doro­bi­łam się złej opi­nii, choć wcale na to nie zasłu­guję. Na przy­kład mówi się, że nie można na mnie liczyć, a tak nie jest.

Uśmiech­ną­łem się do niej chłodno.

- Nie odpo­wia­da­łaś na tele­fony i maile od sio­stry po tym, jak ktoś ją chciał zamor­do­wać - i to dwa razy - więc się nie dziw, że masz repu­ta­cję kogoś, na kogo nie można liczyć.

W jej ślicz­nych oczach poja­wiły się łzy, ale nie wzru­szyło mnie to. Już raz kie­dyś dałem się nabrać na smutne minki i fał­szywy płacz rudo­wło­sej kobiety, która umiała odgry­wać ofiarę.

Regan prze­łknęła ślinę, zamru­gała szybko oczami, żeby powstrzy­mać łzy, i wypro­sto­wała ramiona.

- Tak, chyba masz rację. Jeśli cho­dzi o Robyn, popeł­ni­łam wiele błę­dów, ale jestem tu po to, by je napra­wić. I być lep­szą sio­strą. Nikt nie musi w to wie­rzyć. Słowa to tylko słowa. Moje czyny będą mówić same za sie­bie. - Oczy jej się zwę­ziły. - Taka wła­śnie jestem. Dotrzy­muję obiet­nic. I obie­ca­łam pew­nej ślicz­nej dziew­czynce, że dzi­siaj zaplotę jej włosy.

Poczu­łem, że mój opór słab­nie. Bąk­ną­łem coś pod nosem i wska­za­łem na dom.

- No to idziemy - powie­dzia­łem.

Na policz­kach Regan znów uka­zały się te prze­klęte dołeczki, któ­rym tak trudno było się oprzeć. Ruszyła we wska­za­nym kie­runku.

- Masz w domu kawę?

- Tak. - Podą­ży­łem za nią. - Czy do kawy życzy sobie pani słodką bułeczkę?

Zigno­ro­wała mój iro­niczny ton i odrze­kła z iry­tu­jącą weso­ło­ścią:

- No jasne! - Po chwili rzu­ciła mi spoj­rze­nie z ukosa. - Nie żar­to­wa­łeś z tymi bułecz­kami, prawda? Obu­dzi­łeś we mnie ochotę na coś słod­kiego. Taaaką wielką! - Roz­ło­żyła sze­roko ramiona.

Jej komiczne zacho­wa­nie roz­ba­wiło mnie, ale stłu­mi­łem śmiech.

- Nie żar­to­wa­łem - zapew­ni­łem ją. - Kupi­łem je, kiedy przy­go­to­wy­wa­łem się do poran­nej wizyty pani Red­burn. Nie­stety, oka­zało się, że bułeczki są nie­zdrowe i nie należy ich trzy­mać w domu, w któ­rym miesz­kają dzieci.

Regan prych­nęła cicho.

- Co za sztywna nudziara. Jestem o wiele lep­szą kan­dy­datką na nia­nię. - Puściła do mnie oko.

Puściła oko!

Posta­no­wi­łem, że za nic nie dam się ocza­ro­wać sio­strze Robyn. Sku­pi­łem się na przy­rzą­dza­niu kawy i ukła­da­niu bułe­czek na tale­rzu. Zer­k­ną­łem na Regan, która roz­glą­dała się po kuchni. Moja kuch­nia była roz­pla­no­wana podob­nie do kuchni Lachlana, ale Fran, zmarła żona, urzą­dziła ją bar­dziej tra­dy­cyj­nie, w pro­stym, lecz ele­ganc­kim stylu.

Wtem, jakby sama ta myśl przy­wo­łała obec­ność Fran, na ścia­nie cią­gną­cej się od fron­to­wych drzwi Regan spo­strze­gła rodzinne zdję­cia.

Znie­ru­cho­mia­łem, kiedy pode­szła bli­żej i zaczęła im się przy­glą­dać.

Czu­łem, że zbliża się nie­uchronne, więc zebra­łem się w sobie i cze­ka­łem.

- Gdzie jest mama dzieci? - zapy­tała cichym, łagod­nym gło­sem.

Znów poczu­łem w piersi pustkę, jak zawsze kiedy nawie­dzało mnie wspo­mnie­nie Fran. Pod­sze­dłem do Regan, sta­ną­łem obok i prze­su­ną­łem kciu­kiem po ramce jed­nej z foto­gra­fii.

Ja i Fran w dniu ślubu.

- Fran­cine zmarła - powie­dzia­łem. - Dwa mie­siące po naro­dzi­nach Eilidh.

- Tak mi przy­kro. - Poczu­łem na ramie­niu lekki, pocie­sza­jący uścisk jej dłoni.

Odsu­ną­łem się i wró­ci­łem do kuchni.

- Jaką kawę pijesz?

Odpo­wie­działo mi mil­cze­nie.

- Z mle­kiem i dwiema łyżecz­kami cukru - odrze­kła w końcu.

Unio­słem brew, wdzięczny za pre­tekst do zmiany tematu. Regan sta­nęła z nie­pewną miną przy wyspie.

- Dwie łyżeczki cukru? - zdzi­wi­łem się.

Uśmiech­nęła się do mnie blado.

- Mam sła­bość do sło­dy­czy.

- Tatu­siu? - Lewis stał u stóp scho­dów, ubrany w piżamkę z boha­te­rami z fil­mów Marvela.

Prze­cie­rał zaspane oczy i z cie­ka­wo­ścią przy­glą­dał się Regan.

- Cześć, kolego. - Pod­sze­dłem do syna i na powi­ta­nie poca­ło­wa­łem go w czu­bek głowy. - Sio­stra jesz­cze śpi?

Mały ski­nął głową, nie spusz­cza­jąc wzroku z Regan.

- Dzień dobry. - Poma­chała do niego przy­jaź­nie.

Ku memu zasko­cze­niu zaspany synek pod­szedł do niej i wspiął się na sto­łek obok. W prze­ci­wień­stwie do Eilidh, która budziła się rado­sna jak skow­ro­nek, Lewis niczym star­szy czło­wiek potrze­bo­wał sporo czasu, żeby się roz­bu­dzić. Rzadko się odzy­wał, dopóki nie zjadł śnia­da­nia.

- Cześć - przy­wi­tał Regan. - Przy­szłaś.

- Tak jak obie­ca­łam.

- Eils się ucie­szy. - Ziew­nął i zadał pyta­nie, jakie mu aku­rat przy­szło do głowy: - Widzia­łaś, jak grali Red Soxi?

Lewis lubił base­ball. Przy­słu­chu­jąc się ich roz­mo­wie, pod­su­ną­łem Regan kubek z kawą i tale­rzyk, na który mogła poło­żyć bułeczkę. Podzię­ko­wała mi, a ja zaczą­łem szy­ko­wać śnia­da­nie dla syna. Cały czas słu­cha­łem, jak roz­ma­wiają o base­ballu. Ojciec Regan inte­re­so­wał się tym spor­tem, więc kiedy była młod­sza, czę­sto cho­dziła z nim na mecze, cho­ciaż - jak przy­znała - sport nie bar­dzo ją inte­re­so­wał. Za to teraz sio­stra miała ją szko­lić w mie­sza­nych sztu­kach walki. Regan oznaj­miła to z wielką dumą.

Nawet kiedy posta­wi­łem przed synem miskę z owsianką i sok, chło­piec na­dal nie odry­wał oczu od Regan. Roz­ma­wiali z oży­wie­niem o dru­ży­nie base­bal­lo­wej, którą zało­żyli jego kole­dzy, i było wyraź­nie widać, że jest cał­kiem roz­luź­niony.

Lewis nie skoń­czył nawet trzech lat, kiedy zmarła jego matka. Z natury był poważny, tak samo jak ja i Lachlan. Miał bar­dzo opie­kuń­czy sto­su­nek do sio­stry i reszty rodziny, ale przy obcych bra­ko­wało mu śmia­ło­ści. W prze­ci­wień­stwie do Eilidh ni­gdy się w pełni do nikogo nie prze­ko­nał spoza naj­bliż­szych krew­nych, włą­cza­jąc w to Robyn i Lucy.

Teraz śmiał się z histo­ryjki Regan o tym, jak to w szkole śred­niej pod­czas meczu pil­no­wała bazy domo­wej, żeby gracz dru­żyny prze­ciw­nej nie zdo­był punktu. Nagle obok poja­wił się ktoś z hot dogiem w ręku, a ona zaczęła go prze­ko­ny­wać, żeby jej go oddał. Tak bar­dzo zaan­ga­żo­wała się w roz­mowę, że nie upil­no­wała bazy i prze­ciw­nik zdo­był punkt.

- Ale dosta­łaś tego hot doga? - dopy­ty­wał Lewis.

Regan uśmiech­nęła się łobu­zer­sko.

- To był naj­lep­szy hot dog w moim życiu.

Tak uważ­nie obser­wo­wa­łem, jak mój syn zacho­wuje się w towa­rzy­stwie tej pra­wie obcej mło­dej kobiety, że nie usły­sza­łem kro­ków Eilidh na scho­dach.

- Regan! - zawo­łała rado­śnie dziew­czynka i nie­mal potknęła się na ostat­nim stop­niu, kiedy pod­eks­cy­to­wana rzu­ciła się bie­giem w stronę gościa.

Regan zesko­czyła ze stołka i chwy­ciła małą w ramiona. Mimo szczu­płej budowy ciała bez trudu ją pod­nio­sła.

- Cześć, gwiazdo - przy­wi­tała ją.

- Przy­szłaś! - oznaj­miła Eilidh nie­mal doro­słym, peł­nym czu­ło­ści tonem i objęła jej twarz dłońmi.

Zoba­czy­łem z zasko­cze­niem, że na twa­rzy Regan poja­wia się wyraz nie­kła­ma­nej czu­ło­ści.

- Dotrzy­muję obiet­nic.

"Cho­lera".

Nie chcia­łem dopu­ścić do sie­bie myśli, że mógł­bym zaak­cep­to­wać pro­po­zy­cję Regan.

To byłoby nie­do­rzeczne. Dzieci poznały ją nie­spełna dobę wcze­śniej. A jed­nak wytwo­rzyły z nią więź tak szybko jak jesz­cze ni­gdy z nikim.

Co wię­cej, spodo­bał mi się spo­sób, w jaki Regan pora­dziła sobie z Lewi­sem poprzed­niego dnia przy obie­dzie; to, jak mówiła o zwal­cza­niu nie­życz­li­wo­ści życz­li­wo­ścią i jak potra­fiła roz­ła­do­wać napię­cie. Miała talent do roz­ma­wia­nia z dziećmi i wie­działa, co powie­dzieć, żeby je uspo­koić.

Lachlan na pewno się nie zgo­dzi.

Podob­nie jak Robyn.

A może będzie ina­czej?

Regan już kie­dyś pra­co­wała jako nia­nia, zatem naj­wy­raź­niej rodzice darzyli ją zaufa­niem i powie­rzali jej swoje dzieci.

Tak oto sta­ną­łem przed praw­dzi­wym dyle­ma­tem.

W ponie­dzia­łek mia­łem zacząć pracę, a na­dal nie zna­la­złem opie­kunki. Co też mi cho­dzi po gło­wie?

"Nie".

Nie­zu­peł­nie mija­łem się z prawdą, kiedy twier­dzi­łem, że zatrud­nie­nie członka rodziny to kiep­ski pomysł. A poza tym Robyn pew­nie nie chcia­łaby, żeby Regan przez następne pół roku miesz­kała tuż obok niej.

"Nie".

Regan nie wcho­dzi w rachubę i już. Będę musiał wymy­ślić inne roz­wią­za­nie. I to szybko.

5

Regan

Obtarte pięty i palce pie­kły mnie nie­mi­ło­sier­nie, kiedy w końcu skrę­ci­łam w wąską wiej­ską drogę, pro­wa­dzącą do widocz­nych w oddali impo­nu­ją­cych, nowo­cze­snych domów braci Ada­irów. Usły­sza­łam szum morza i poczu­łam zapach soli w powie­trzu.

Kiedy jecha­łam samo­cho­dem, odle­głość dzie­ląca mia­steczko Ard­noch od Cael­more nie wyda­wała się duża. Wła­śnie dla­tego upar­łam się, kiedy Robyn pod­wio­zła mnie rano do mia­steczka, że wrócę pie­chotą. Pro­po­no­wała, żebym wło­żyła jej buty trek­kin­gowe, ale odmó­wi­łam, gdyż miała stopy o numer więk­sze od moich i sądzi­łam, że nie będzie mi się w nich wygod­nie szło. Myli­łam się. Na myśl o butach tury­stycz­nych, które zosta­wi­łam w Bosto­nie razem z połową mojego dobytku, jęk­nę­łam cicho, ale dalej kuś­ty­ka­łam pobo­czem pry­wat­nej wiej­skiej drogi.

- Pie­przyć to! - Zrzu­ci­łam buty i ode­tchnę­łam z ulgą, kiedy moje spuch­nięte, obo­lałe stopy zetknęły się z chłodną zie­mią.

Schy­li­łam się i pod­nio­słam buty z pasecz­kiem. Wło­ży­łam je, ponie­waż uzna­łam, że będą wygod­niej­sze niż szpilki. Prze­kli­na­łam w duchu swoją miłość do sukie­nek i wyso­kich obca­sów. Paku­jąc się w pośpie­chu, popeł­ni­łam głupi błąd i zosta­wi­łam wszyst­kie spor­towe ciu­chy. Tani bilet lot­ni­czy ogra­ni­czał ilość bagażu, który mogłam zabrać. Wzię­łam więc małą walizkę, do któ­rej nie zmie­ściła się ani jedna para teni­só­wek czy pła­skich butów. Jeśli mia­łam tu zostać, zde­cy­do­wa­nie musia­łam uzu­peł­nić gar­de­robę.

Żeby jed­nak zostać na dłu­żej, musia­łam jak naj­szyb­ciej zna­leźć pracę, na co się nie zano­siło. Od rana aż do wcze­snego popo­łu­dnia odwie­dzi­łam każdy sklep, kawiar­nię i restau­ra­cję w mia­steczku, sta­ra­jąc się ocza­ro­wać wła­ści­cieli.

Ard­noch oka­zało się naj­bar­dziej uro­kli­wym miej­scem, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łam.

W cen­trum znaj­do­wał się główny rynek, a na nim par­king dla gości. Pod­czas mojej wyprawy poszu­ki­waw­czej odkry­łam, że sklepy, restau­ra­cje, hotele i pen­sjo­naty można było zna­leźć na wszyst­kich ulicz­kach Ard­noch oto­czo­nych ślicz­nymi dom­kami i kamie­nicz­kami.

Histo­ryczna archi­tek­tura mia­steczka zachwy­cała. Przed przy­jaz­dem podej­rza­łam nowe zdję­cia na Insta­gra­mie Robyn, zatem mia­łam oka­zję zoba­czyć Ard­noch przez jej obiek­tyw. Oglą­dane na wła­sne oczy oka­zało się jesz­cze pięk­niej­sze. Z pod­pi­sów pod foto­gra­fiami na Insta­gra­mie wie­dzia­łam, że wszyst­kie domy pocho­dzą co naj­mniej z pierw­szej połowy XX wieku, a kate­dra wzno­sząca się nie­opo­dal Glo­aming, naj­więk­szego tutej­szego pen­sjo­natu, została wybu­do­wana w śre­dnio­wie­czu. Prze­ci­na­jąca mia­steczko główna ulica nosiła nazwę Castle Street, zapewne dla­tego, że bie­gła do "Ard­noch Castle and Estate" - czyli zamku i posia­dło­ści Ard­noch.

Przy Castle Street stały jed­na­kowe, dzie­więt­na­sto­wieczne sze­re­gowce z man­sar­do­wymi oknami. Wiele domów miesz­kal­nych zmie­niono w butiki, kawiar­nie i gospody. Na tyłach Castle Street cią­gnęły się rzędy iden­tycz­nych uli­czek, ale mniej tu było skle­pów i lokali gastro­no­micz­nych. Odwie­dzi­łam wszyst­kie w pro­mie­niu czte­rech prze­cznic od głów­nej ulicy.

Dalej domy miały cha­rak­ter wyłącz­nie miesz­kalny.

Nikt nie szu­kał pra­cow­nika.

Lato się koń­czyło i wkrótce osoby zatrud­nione tylko na sezon tury­styczny miały zostać zwol­nione. Jak to moż­liwe, żeby w całym mia­steczku nikt nie potrze­bo­wał kogoś nowego do pracy? Ani kel­ne­rek, ani sprze­daw­czyń, ani sprzą­ta­czek. Nikogo!

Pod­czas week­endu mię­dzy mną a sio­strą pano­wała tro­chę napięta, nie­zręczna atmos­fera, doszłam więc do wnio­sku, że powin­nam zna­leźć pracę i wypro­wa­dzić się z domu Lachlana. Wie­dzia­łam, że Robyn chce, żebym została, ale moim zda­niem nie był to dobry pomysł.

Lachlan nie mówił wiele. Na­dal nie potra­fi­łam go roz­gryźć. Wie­dzia­łam tylko, że patrzy na Robyn jak ktoś, kto jest gotów poświę­cić dla niej życie. Przy mnie rów­nież był mało­mówny i uważny, ale w inny spo­sób.

Cza­sami wyda­wało mi się, że za dużo widzi i wie.

Na przy­kład to, że jestem tchó­rzem.

Na­dal nie potra­fi­łam zebrać się na odwagę i wytłu­ma­czyć Robyn, dla­czego się do niej nie odzy­wa­łam. Teraz przy­naj­mniej ze mną roz­ma­wiała.

A co będzie, jeśli po moich tłu­ma­cze­niach mnie znie­na­wi­dzi? Może uzna, że moje roz­terki i wąt­pli­wo­ści to tylko żało­sna wymówka? Prze­cież ja sama tak uwa­ża­łam.

Prze­kona się, jaki mam słaby cha­rak­ter.

Jak mało we mnie odwagi.

Nie jest łatwo być tchó­rzem, a co dopiero, gdy się ma nie­ustra­szoną sio­strę.

Ona rów­nież uni­kała tego trud­nego tematu, cho­ciaż było oczy­wi­ste, że cały czas wisi on nad nami. Kiedy zda­łam sobie z tego sprawę, zde­ner­wo­wa­łam się jesz­cze bar­dziej. Jedyna dobra rzecz, jaka wyni­kała z tej sytu­acji, to fakt, że odcią­gała moje myśli od sukin­syna, który od ośmiu mie­sięcy zatru­wał mi życie.

Wzdry­gnę­łam się na samą o nim myśl, posta­no­wi­łam więc zmie­nić temat roz­my­ślań i sku­pić się na czymś innym. Pomógł mi w tym war­kot samo­chodu za ple­cami. Obej­rza­łam się i zoba­czy­łam zie­lo­nego Defen­dera, suną­cego wolno w moją stronę. Zasta­na­wia­jąc się, kto może nim jechać, zeszłam na bok i sta­nę­łam na tra­wie pora­sta­ją­cej pobo­cze. Na ile mogłam, odchy­li­łam się do tyłu, żeby samo­chód mógł prze­je­chać swo­bod­nie. Tym­cza­sem on zwol­nił, a za jego kie­row­nicą zoba­czy­łam nie­znaną mi blon­dynkę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki