Podziękowania
Życie w Ardnoch z rodzeństwem Adairów nadal jest dla mnie cudowną
ucieczką od trudnych czasów i mam nadzieję, że będzie równie wspaniałym
wytchnieniem dla moich czytelniczek i czytelników.
Pisanie to w przeważającej mierze samotnicza praca, ale wydanie książki
wymaga współpracy. Serdecznie dziękuję mojej cudownej redaktorce
Jennifer Sommersby Young za to, że zawsze, naprawdę zawsze wspierała
mnie i uczyła, jak lepiej pisać i tworzyć opowieści.
Podziękowania dla Julie Deaton, która dołączyła do zespołu i zrobiła
korektę tej powieści dosłownie w ostatnich godzinach! Jestem jej bardzo
wdzięczna za wyłowienie podstępnych zwrotów, używanych tylko w brytyjskiej angielszczyźnie, które od czasu do czasu wkradały się do
dialogów amerykańskich postaci.
Dziękuję też mojej przyjaciółce i znakomitej asystentce Ashleen Walker,
że zajmowała się wszelkimi drobiazgami i wspierała mnie na każdym kroku.
Bardzo Ci jestem za to wdzięczna. Kocham Cię ogromnie!
Składam ogromne podziękowana Catherine Cowles, która nie tylko pozwalała
mi tygodniami rozwodzić się nad losami Regan i Thane'a, lecz także
szczodrze poświęciła swój czas na przeczytanie wczesnej wersji ich
romansu. W świecie książek (i poza nim) jesteś prawdziwym światełkiem,
niosącym wsparcie i dobroć! Dziękuję, że obdarzasz mnie przyjaźnią!
Życie pisarza nie ogranicza się do tworzenia książek. Nasza praca
wykracza poza słowo pisane. Zajmujemy się marketingiem, reklamą,
projektowaniem graficznym, zarządzaniem kontami w mediach
społecznościowych i innymi podobnymi sprawami. Pomoc ludzi, którzy się
na tych zagadnieniach znają, jest bezcenna. Wyrazy olbrzymiej
wdzięczności dla Niny Grinstead z Valentine PR, firmy z branży public
relations, za słowa zachęty, wsparcie, przenikliwość i rady. Jesteś
prawdziwą gwiazdą!
Wielkie dzięki dla wszystkich blogerów, instagramerów i miłośników
powieści, którzy pomogli mi rozgłaszać informacje o moich książkach.
Wszystkich Was ogromnie cenię! Podobnie serdecznie dziękuję wspaniałym
czytelnikom z mojej prywatnej grupy facebookowej, Sam's Clan McBookish.
Jesteście najbardziej wyjątkowymi, najwspanialszymi odbiorcami, jakich
może sobie zażyczyć autorka! Wasze nieustające wsparcie wzbudza mój
podziw i moją wdzięczność.
Jestem niezmiernie wdzięczna Hang Le, która kolejny raz stworzyła
zachwycającą okładkę, doskonale oddającą atmosferę tej powieści i całej
serii. Nie przestajesz mnie zadziwiać!
Jak zwykle wyrazy wdzięczności dla mojej agentki Lauren Abramo, która
umożliwiła moim słowom dotarcie do czytelników na całym świecie. Jesteś
nadzwyczajna i mam wielkie szczęście, że na Ciebie trafiłam!
Przeogromne podziękowania dla mojej rodziny i przyjaciół za nieustające
wsparcie, słowa otuchy oraz za słuchanie moich czasem zbyt poplątanych
wywodów na temat światów, w których żyję.
Na koniec chcę podziękować Tobie za przeczytanie tej książki. To jest
dla mnie najważniejsze.
1
Regan
Szkockie krajobrazy są wyjątkowe. Połacie soczystej zieleni pięknie
kontrastują z ziemią w odcieniach brązu i bursztynu. Za łagodną linią
wzgórz nagle wyrastają poszarpane, strome szczyty. Na mnie jednak ta
oszałamiająca sceneria nie robiła żadnego wrażenia, kiedy taksówka
wiozła mnie z Inverness do hrabstwa Sutherland. Do zamku Ardnoch.
Ogarniałam wzrokiem otaczające mnie widoki, ale ich piękno nie poruszało
mojego serca. Czułam jedynie nerwowy ucisk w żołądku.
Waga mojej decyzji o ucieczce z Bostonu do Szkocji dotarła do mnie,
dopiero kiedy samolot z Londynu podchodził do lądowania w Inverness.
Lotnisko było położone w niezwykle malowniczej okolicy. Otoczone
pięknymi wzgórzami pobliskie jezioro, czyli loch, jak się tutaj mówi,
stanowiło kwintesencję pejzażu północnej Szkocji.
A jednak kiedy samolot z lekkim szarpnięciem usiadł na pasie do
lądowania, miałam ochotę zwymiotować.
Teraz nerwowo patrzyłam, jak na zegarku w telefonie upływają minuty, i starałam się wyrównać oddech. Jazda krętymi drogami potęgowała mdłości.
- Daleko jeszcze? - zapytałam taksówkarza.
Kolejny raz.
Spojrzał na mnie w lusterku wstecznym.
- Do Ardnoch zostało jakieś dziesięć minut. - Zmarszczył czoło. - Na
pewno tam panią wpuszczą? To długa droga i głupio by było, gdyby
odprawili panią z kwitkiem.
Pytał o to trzeci raz. I nie bez powodu. Zmierzaliśmy do posiadłości
Ardnoch, w której mieścił się ekskluzywny klub dla elity przemysłu
filmowego i telewizyjnego. Wstęp mieli tam tylko członkowie, i to
dopiero po zapłaceniu kosmicznej opłaty za wejście, oczywiście oprócz
rocznej składki. Właścicielem tego interesu był Lachlan Adair, szkocki
aktor, do niedawna hollywoodzka gwiazda filmów akcji. Kiedyś posiadłość
była siedzibą jego rodziny, ale on przekształcił ją w prestiżowy klub
dla wybranych.
A wiedziałam to wszystko, ponieważ moja starsza siostra była w związku z Lachlanem.
- Na pewno mnie wpuszczą - powtórzyłam.
Na myśl o Robyn znów poczułam ucisk w żołądku. Nie mogłam się doczekać,
kiedy ją zobaczę, a jednocześnie na myśl o tej chwili ogarniał mnie
strach. Popełniłam tak wiele błędów i nie wiedziałam, jak je naprawić.
Przyznanie się do pomyłki zawsze przychodziło mi z trudem. Nie umiałam
przepraszać i rozwiązywać konfliktów. Kiedyś Robyn służyła mi wsparciem
i radami, ale to się skończyło.
Do ucisku w żołądku dołączył ostry, palący ból w piersi.
- Jeszcze nigdy nie wiozłem nikogo do Ardnoch. Żona mnie przemagluje,
żebym opowiedział jej wszystko ze szczegółami, mówię pani. Fascynuje ją
życie gwiazd i takich tam, ye ken. Często muszę ją tu przywozić, bo ma
nadzieję, że zobaczy jakiegoś celebrytę, a może nawet samego Adaira.
Jesteśmy z Macduff, to na północny wschód stąd, ale przeprowadziliśmy
się do Sneck - to w hrabstwie Inverness, ye ken - żeby być bliżej
dzieciaków i wnuków, ale czasami sobie myślę, że żona chciała zamieszkać
bliżej Ardnoch. - Parsknął śmiechem i zupełnie mu nie przeszkadzało, że
nie rozumiałam połowy z tego, co mówił.
Czy w Szkocji wszyscy mają taki niezrozumiały akcent? Jeśli tak, to już
po mnie.
- Udało się pani trafić na piękny dzień. Można dziś podziwiać szkockie
góry w całej ich krasie. Ale pogoda potrafi tu być okropna, a lato
szybko się kończy - mówił pośpiesznie, z silnym miejscowym akcentem. -
Przydadzą się gumiaki i ciepły sweter. W mgnieniu oka ładny dzień może
się zamienić w szarugę i zawieruchę. Mam nadzieję, że spakowała pani coś
więcej niż letnie szmatki?
Wyczułam, że zadał mi jakieś pytanie.
- Tak, tak - odrzekłam.
- A, to dobrze. Zapobiegliwa dziewczyna. To lubię. - Zerknął na mnie w lusterku. - Dobrze się pani czuje? Wygląda pani mizerniutko.
Zrozumiałam mniej więcej połowę.
- Nic mi nie jest.
Właściwie nie kłamałam. Cholernie się bałam spotkania z Robyn, ale
jednocześnie czułam ulgę, że nie jestem już w Bostonie i jadę do jednej
z najbardziej strzeżonych posiadłości na świecie. Środki ostrożności
jeszcze zaostrzono od czasu, gdy była członkini klubu chciała zamordować
Lachlana i moją siostrę.
Na myśl o tym drgnęłam nerwowo. Nie chciałam dopuścić do siebie myśli,
że mogło jej się coś stać. I właśnie dlatego nasze stosunki przybrały
katastrofalny obrót.
Zdecydowałam się odwiedzić Robyn o wiele za późno. Nie miałam na to
żadnego usprawiedliwienia.
Robyn - moja starsza siostra, moja idolka, najbliższa mi istota -
najprawdopodobniej teraz mnie nienawidziła.
Co mogłam zrobić?
Jak zacząć?
Zachować się jak zwykle, beztrosko i niefrasobliwie?
A może powinnam paść na kolana i błagać o wybaczenie?
Ta druga wizja sprawiła, że mimowolnie się skrzywiłam. Nie miałam
skłonności do przepraszania na kolanach. A przecież nikt bardziej nie
zasługiwał na przeprosiny niż Robyn. Ostatnie półtora roku to był
najtrudniejszy okres jej życia. A gdzie wtedy byłam ja?
Ukrywałam się.
Jak ostatni tchórz.
Zagryzłam wargę, by powstrzymać łzy, i niewidzącym wzrokiem patrzyłam na
las przewijający się za oknem taksówki. Nigdy nie trafiła mi się lepsza
okazja, żeby przetestować swoje zdolności aktorskie.
- Jesteśmy prawie na miejscu - oznajmił taksówkarz.
Usłyszałam sygnał włączonego migacza, a po chwili samochód skręcił w prawo, na krótki żwirowy podjazd. Niespodziewanie drogę zagrodził nam
wysoki ceglany mur z solidną bramą z kutego żelaza.
- Co teraz? - zapytałam.
- Nie wiem. - Odwrócił głowę i spojrzał na mnie badawczo. - Ma pani
numer telefonu do kogoś w środku?
Miałam. Znałam numer telefonu Robyn, którego używała do rozmów
międzynarodowych, ale jeszcze nigdy z niego nie korzystałam. Miałam też
nadzieję, że nie będzie pierwszą osobą, którą zobaczę po przekroczeniu
bramy. Liczyłam na to, że otworzy mi na przykład wujek Mac.
Myśl o wuju wywołała we mnie sprzeczne uczucia. Cieszyłam się, że poznam
biologicznego ojca Robyn, ale jednocześnie nadal go nienawidziłam za to,
że ją opuścił i naraził na cierpienie.
Jesteśmy z Robyn siostrami przyrodnimi. Mój tata to Seth Penhaligon,
detektyw z Bostonu. Tata Robyn, Mac, jest Szkotem i poznał naszą mamę,
Stacey, kiedy przyjechał do Stanów w odwiedziny do krewnego. Skłamał na
temat swojego wieku - miał wtedy zaledwie piętnaście lat! Mama, młoda
studentka, zaszła z nim w ciążę. Wkrótce potem się rozstali, a Mac
przedstawił mamie mojego tatę. Wtedy wujek był już policjantem, tak samo
jak tata, chociaż Mac w końcu opuścił szeregi policji i zaczął pracę w firmie ochroniarskiej.
Uwielbiałam wujka Maca. Był rosłym, przystojnym Szkotem, znającym
mnóstwo niesamowitych historii. Kiedy miałam osiem lat, a Robyn
dwanaście, zaczął pracować w zespole ochroniarskim młodego aktora
hollywoodzkiego, Lachlana Adaira. Jeszcze raz odwiedził Robyn, kiedy
miała czternaście lat, ale potem zniknął na dobre.
Zobaczyła go dopiero pół roku temu, kiedy przyjechała do Szkocji, żeby
go odszukać. Mac był wtedy przełożonym pracowników ochrony w Ardnoch.
A Robyn spotkało tu więcej dramatycznych wydarzeń, niż mogła się
spodziewać.
Wyrzuty sumienia zabolały mnie niczym nóż wbity w serce.
- To jak? - zapytał taksówkarz.
- Nooo... - Zerknęłam na telefon.
Cholera jasna. Spodziewałam się, że przy bramie będzie jakaś budka ze
strażnikiem. Zanim zdążyłam otworzyć usta, żeby mętnie się wytłumaczyć,
dlaczego nie chcę zadzwonić do kogoś, kto mógłby zagwarantować mi wstęp
do posiadłości, taksówkarz znów się odezwał:
- Ktoś jedzie.
Podniosłam wzrok i zobaczyłam czarnego Range Rovera, który zbliżał się
do nas żwirową drogą, otoczoną z obu stron ciemnym lasem. Samochód się
zatrzymał i wysiadł z niego jakiś mężczyzna. Jak na pracownika ochrony
był ubrany zbyt elegancko, w czarne spodnie i pięknie skrojoną koszulę w tym samym kolorze. Na nosie miał modne okulary przeciwsłoneczne. W jego
lewym uchu zauważyłam słuchawkę.
- Kolej na panią - powiedział taksówkarz.
Wzięłam głęboki wdech i wysiadłam z samochodu, nie zważając na to, że
moje wysokie szpilki wbijają się w żwir. Wyprostowałam się, przywołałam
na twarz szeroki uśmiech i chwiejnie, acz z wdziękiem ruszyłam do bramy.
- To jest teren prywatny. Muszę poprosić panią o opuszczenie posesji -
odezwał się mężczyzna zza bramy.
Miał delikatny szkocki akcent, ale przynajmniej mogłam go zrozumieć.
- Nic z tego, przystojniaku - odrzekłam z uśmiechem, opierając dłoń na
pręcie bramy. - Przyjechałam w odwiedziny do siostry.
Wyraz jego twarzy się nie zmienił, chociaż przez ciemne okulary nie
mogłam być tego pewna.
- A ta siostra to kto?
- Twoja szefowa, przystojniaku.
- Proszę wyjaśnić.
Chociaż byłam zdenerwowana, uśmiechnęłam się szczerze. Facet chyba
żartował.
- Jestem Regan Penhaligon. Siostra Robyn.
Nie miałam pewności, ale chyba dostrzegłam lekką zmianę w jego
podejściu.
- Ma pani jakiś dokument?
- Mam paszport.
- Muszę go zobaczyć.
- Widzę, że ochrona w Ardnoch bardzo poważnie traktuje swoje obowiązki,
prawda?
"I bardzo mi to odpowiada", pomyślałam, wracając do taksówki po
paszport.
- Wszystko w porządku? - spytał kierowca, kiedy otworzyłam drzwi
pasażera.
- Terminator przy bramie żąda potwierdzenia mojej tożsamości -
wyjaśniłam, przeszukując torebkę.
Taksówkarz parsknął śmiechem, a ja w końcu znalazłam dokument.
Miałam ochotę pobiec sprintem do bramy. Teraz, kiedy do spotkania z siostrą zostało tak niewiele czasu, chciałam już mieć je z głowy.
Musiałam się dowiedzieć, czy mnie znienawidziła, czy może jeszcze mamy
szansę o wszystkim zapomnieć. Zachowałam jednak zimną krew i spokojnym
krokiem podeszłam do ochroniarza.
- Proszę bardzo. - Podałam mu paszport między dekoracyjnymi prętami
bramy.
Wziął go ode mnie, otworzył i szybko przebiegł wzrokiem odpowiednią
stronę.
- Proszę chwilę zaczekać - nakazał.
Przywarłam do bramy, a on podszedł do SUV-a, pochylił się i powiedział
coś niezrozumiałego do kogoś w środku. Wrócił po kilku sekundach.
- Poproszę panią i taksówkarza o oddanie wszelkich urządzeń
nagrywających - telefonów, aparatów fotograficznych i tym podobnych.
- Mówisz poważnie?
Popatrzył na mnie z kamienną twarzą.
Mówił poważnie.
Z westchnieniem oddałam mu komórkę i wróciłam do taksówki, żeby
przekazać wiadomość kierowcy. To żądanie nie zrobiło na nim
najmniejszego wrażenia.
- Nie denerwuje to pana? - zapytałam cicho.
- Nie, skąd. Mogli pani kazać się przesiąść. Ale najwyraźniej chcą,
żebym to ja wwiózł panią do środka. Niewiele osób ma możliwość
przekroczyć bramę tej posiadłości. Żona oszaleje, jak to usłyszy!
- Dobra, niech będzie.
Zadowolona, że taksówkarz zachował dobry humor, zaniosłam jego telefon
ochroniarzowi.
- Proszę powiedzieć swojemu kierowcy, że brama się za chwilę otworzy -
poinstruował mnie. - Ma jechać za mną i nigdzie nie skręcać. Kiedy
dostarczymy panią na miejsce, odeskortujemy go z powrotem do bramy i wtedy będzie mógł odebrać telefon.
Jego zasadniczy ton tak bardzo mnie rozbawił, że niemal przestałam się
denerwować spotkaniem z Robyn.
- Tak jest, panie sierżancie - odrzekłam służbiście i wsiadłam do
samochodu, żeby przekazać informację taksówkarzowi.
Po chwili oczekiwania zobaczyłam, że Range Rover zawrócił, a brama się
otwarła.
Znów poczułam ucisk w żołądku, jeszcze silniejszy niż przedtem.
- Moja Carolann w to nie uwierzy. Szkoda, że zabrali mi telefon.
Przydałoby się pstryknąć kilka fotek.
Nie potrafiłam wydusić żadnej odpowiedzi.
Przycisnęłam czoło do szyby. Taksówka wolno jechała szutrową drogą,
otoczoną gęstym lasem. Światło przedzierało się przez korony drzew,
kładąc się jasnymi smugami przed samochodem. Upłynęło sporo czasu, zanim
wyjechaliśmy na otwartą przestrzeń, gdzie jaskrawe słońce oświetlało
starannie wypielęgnowane trawniki. Ciągnęły się kilometrami, najpierw na
płaskim terenie, a dalej, za jakimś olbrzymim gmaszyskiem, na łagodnie
wznoszących się wzgórzach. W oddali dostrzegłam niewielkie chorągiewki,
charakterystyczne dla pola golfowego.
Żwirowy podjazd wiódł do wielkiej budowli, wznoszącej się teraz przed
nami.
Nie była to zwykła budowla, tylko zamek.
Prawdziwy zamek.
Facet mojej siostry był właścicielem cholernego zamku.
Z wieżyczkami i takimi tam.
- O w mordę! - szepnęłam, kiedy podjechaliśmy bliżej.
Zamczysko miało sześć pięter wysokości i wyglądało na bardzo stare.
Przypominało Downton Abbey, ale było większe. Myśl o Downton Abbey
przypomniała mi czasy, kiedy oglądałam ten serial wraz z Robyn po kilka
odcinków z rzędu, zarywając noce. Znów poczułam przeszywający ból w piersi i nerwowe skurcze żołądka. Przyglądając się zdobieniom na
frontonie zamku i powiewającej na wietrze szkockiej fladze z krzyżem
Świętego Andrzeja, wzięłam głęboki wdech.
Dopiero wtedy zauważyłam kilkoro ludzi przed majestatyczną budowlą,
którzy czekali na nasze przybycie.
Czekali na mnie.
Taksówka się zatrzymała, a ja skupiłam wzrok na siostrze.
Robyn.
Stała przytulona do boku obejmującego ją ramieniem mężczyzny i wpatrywała się w taksówkę. Miała na sobie strój sportowy, twarz niemal
bez makijażu i włosy związane w koński ogon.
Wyglądała przepięknie.
Zalała mnie fala wspomnień, co sprawiło, że miałam ochotę wyskoczyć z samochodu, rzucić się siostrze w ramiona, powierzyć jej wszystkie swoje
troski i oddać się pod jej opiekę.
Wiedziałam jednak, że w obecnej sytuacji byłoby to niemożliwe.
Wobec czego przywołałam na twarz wymuszony uśmiech, z rozmachem
otworzyłam drzwi i wysiadłam z taksówki. Oparłam dłoń na biodrze,
przechyliłam wdzięcznie głowę i uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, żeby
na moich policzkach ukazały się dołeczki.
- Cześć, siostrzyczko! - Puściłam do niej oko. - Stęskniłaś się za mną?
2
Regan
Po zirytowanej minie Robyn poznałam, że powitałam ją w najgorszy możliwy
sposób.
Znałam siostrę jak nikogo innego na świecie.
Wiedziałam, że pod złością kryje się ból.
Spoważniałam i ignorując dwóch towarzyszących jej mężczyzn, podeszłam
bliżej.
- Bo ja się za tobą stęskniłam - wyznałam.
Robyn wyswobodziła się z objęć Lachlana Adaira - oczywiście to był on -
i skrzyżowała ramiona na piersi w obronnym geście.
- To dziwne, bo przez ostatnie półtora roku wcale na to nie wyglądało.
Nie odezwałaś się po tym, jak mnie postrzelono, ani po tym, jak mój
ojciec został ugodzony nożem, ani nawet po tym, jak Lucy Wainwright
próbowała zamordować Lachlana i mnie.
Z wysiłkiem przełknęłam ślinę, starając się zachować spokój. Moja
siostra była policjantką i została ranna na służbie. Od tego momentu
życie wymknęło mi się spod kontroli. Robyn odeszła z policji, zajęła się
biznesem fotograficznym i mniej więcej po roku od wypadku wyjechała do
Szkocji, żeby odnaleźć ojca, Maca Galbraitha, i uregulować swoje
kontakty z nim. Mama i tata twierdzili, że udało im się wszystko sobie
wyjaśnić, chociaż przy okazji Robyn zakochała się w szefie i najlepszym
przyjacielu Maca, Lachlanie Adairze.
Jeśli natomiast chodzi o Lucy Wainwright, to była ona słynną aktorką,
zdobywczynią Oscara, członkinią klubu i przyjaciółką Lachlana. Z opowieści mamy wynikało, że Lucy chciała od Lachlana czegoś więcej niż
przyjaźń, a kiedy się okazało, że nic z tego, zaczęła zostawiać w całej
posiadłości wiadomości z pogróżkami. Sprawy przybrały dramatyczny obrót,
kiedy przyłączył się do niej mechanik, jeden z pracowników posiadłości.
To on ugodził Maca nożem, zaatakował Robyn, spychając jej samochód z drogi, a potem pomógł Lucy porwać Lachlana. Robyn odnalazła Adaira i z pomocą miejscowego farmera udało im się ujść cało prześladowcom.
Mechanik nie miał tyle szczęścia. Lucy zabiła go tuż przed tym, jak
podjęła próbę zamordowania mojej siostry. Aktorka stanęła przed sądem,
co oznaczało, że Robyn również musiała brać udział w procesie jako
świadek.
Przez cały ten czas byłam nieobecna w jej życiu i nie miałam na to
żadnego usprawiedliwienia.
W każdym razie żadnego przekonującego usprawiedliwienia.
Robyn była bardzo dzielna. Ja byłam zwykłym tchórzem.
- Ale teraz przyjechałam. - Otoczyłam ją ramionami i uściskałam.
Łzy zapiekły mnie pod powiekami, więc zamknęłam oczy. Wyczułam, że
siostra zmieniła perfumy. Przez długie lata używała tego samego zapachu.
Teraz pachniała inaczej.
I w ogóle robiła wrażenie innej osoby.
W moich objęciach pozostała sztywna i wyprostowana.
Dawno, dawno temu uścisk Robyn nie miał sobie równych.
Zdałam sobie sprawę, że nie odwzajemni mojego gestu, i z bólem serca
wypuściłam ją z objęć. Wtedy ona wydała cichy, stłumiony jęk i objęła
mnie mocno.
Łzy popłynęły mi z oczu, oparłam policzek o jej ramię i przywarłam do
niej kurczowo. Przytuliła mnie tak ciasno, że ledwo mogłam oddychać, ale
wcale mi to nie przeszkadzało.
- Czasami miałam ochotę cię zamordować - wyszeptała ochryple.
Usłyszałam ból w jej głosie, otworzyłam oczy i napotkałam chłodny wzrok
Lachlana. Jego błękitne oczy się zwęziły, a mina ze srogiej zmieniła się
w zatroskaną. Najwyraźniej dostrzegł coś w mojej twarzy. Zmieszana
uwolniłam się z uścisku Robyn i żartobliwie klepnęłam ją w ramię.
- Gdybyś to zrobiła, na świecie zapanowałaby nuda.
Siostra przyglądała mi się uważnie swoimi przenikliwymi oczami. Zawsze
zazdrościłam jej, że odziedziczyła po Macu takie piękne oczy. Podobnie
jak moje, były duże i owalne, ale choć zwykle wydawały się piwne, ich
kolor zmieniał się w zależności od nastroju Robyn i od otaczających ją
kolorów. Moje były zwyczajnie brązowe.
- Nie chcę przeszkadzać, ale licznik tyka, ya ken! - zawołał
taksówkarz przez okno samochodu.
- Słucham? - Znów nie wszystko zrozumiałam.
- Licznik. Tyka. Ya. Ken - powtórzył głośno i dobitnie, jakbym była
głucha.
Trzeba przyznać, że kiedy usłyszałam to wypowiedziane wolno i donośnie,
wyłowiłam słowo "licznik" i dzięki temu domyśliłam się, o co mu chodzi.
- Cholera. Jasne. - Zerknęłam na Robyn. - Poczekaj, muszę mu zapłacić. -
Ściszyłam nieco głos. - On jest trochę dziwny. Przez całą drogę gadał o jakimś Kenie. Jakby myślał, że wiem, co to za jeden.
Nagle w oczach Robin pojawiła się wesołość. Cicho parsknęła śmiechem.
- O co chodzi?
Znów parsknęła wesoło i wyjaśniła głosem drżącym z rozbawienia:
- On mówi "no wiesz". Ken to w dialekcie szkockim "wiedzieć".
Roześmiałam się głośno z własnego błędu. Patrzyłyśmy na siebie szczerze
rozbawione.
Po chwili na twarzy Robyn pojawiło się coś w rodzaju nieufności, a wesołe iskierki zgasły tak szybko, jak przed chwilą rozbłysły.
- Jock ureguluje rachunek. - Lachlan podszedł do nas i skinął głową do
kogoś za moimi plecami.
Odwróciłam się i zobaczyłam Sierżanta sprzed Żelaznej Bramy,
najwyraźniej znanego tu jako Jock. Właśnie płacił taksówkarzowi. Jakiś
człowiek ubrany w nowoczesną wersję liberii wyjmował moją walizkę z bagażnika. Tutaj naprawdę było jak w Downton Abbey albo przynajmniej jak
w jednej z posiadłości opisywanych w moich ukochanych romansach
historycznych.
- Zostawiłam torebkę na tylnym siedzeniu - oznajmiłam, ale facet w liberii już ją wyjął z samochodu. - Dziękuję! - Pomachałam
taksówkarzowi, a ten pożegnał mnie szerokim uśmiechem.
- Wiesz, wystarczyło po prostu odpowiadać na moje telefony - powiedziała
Robyn. - Nie musiałaś się tłuc taki szmat drogi do Szkocji.
- Ależ musiałam. Chciałam się upewnić, że u ciebie wszystko w porządku.
I musiałam sprawdzić, co cię tutaj tak urzekło. - Ukryłam, że jej
wyprowadzka z Bostonu bardzo mnie zraniła.
Czy w ogóle o mnie pomyślała, kiedy postanowiła wyjechać na inny
kontynent?
Własny egoizm czasami napawał mnie niesmakiem. Robyn nie była mi nic
winna.
Na pewno przede wszystkim urzekł ją Lachlan, którego widziałam milion
razy w różnych filmach. Mierzył ponad metr osiemdziesiąt i miał sylwetkę
gwiazdy filmów akcji, podkreśloną przez dobrze dobrany strój. Obrazu
dopełniały blond włosy w odcieniu piaskowym, policzki z lekkim zarostem
i surowe rysy twarzy. Jednym słowem: ciacho.
Napotkałam wzrok wujka Maca.
Poczułam, że sztywnieję.
Wyglądał... zupełnie inaczej, niż się spodziewałam. Na pewno o wiele
młodziej. Ale w końcu miał tylko jakieś czterdzieści pięć lat. Jednak
nie wyglądał nawet na tyle. Równie wysoki i barczysty jak Lachlan, chyba
jeszcze bardziej umięśniony, miał na sobie obcisły czarny T-shirt, który
podkreślał zalety jego sylwetki. Szpakowate włosy lekko wiły się na
karku. Podobnie jak Lachlan, nosił modny trzydniowy zarost.
Bardzo przypominał tego gościa, który grał w serialach Czysta krew i Magic Mike. Nie wydawał się ani o rok starszy niż Adair.
Nie mogłam mówić do niego "wujku". Brzmiałoby to dziwacznie.
- Rany, Mac, nie widziałam cię od wieków, a ty nic a nic się nie
postarzałeś. - Z namysłem oszacowałam go wzrokiem. - Skoro Robyn ci
przebaczyła, to pewnie i ja powinnam?
- Upłynęło wiele czasu, Regan. Martwiliśmy się o ciebie - odrzekł
poważnie.
Mój uśmiech nieco zbladł.
- Martwiliście się o mnie? Ale po co? U mnie wszystko fantastycznie. -
Zakręciłam pirueta i wskazałam na zamek. - I najwyraźniej u Robyn też. -
Zerknęłam na siostrę. - Ma chłopaka z zamkiem. Fajnie.
- Narzeczonego - sprostowała Robyn, unosząc lewą dłoń.
Brylant na jej palcu zaiskrzył oślepiająco w słońcu.
Zatkało mnie.
Robyn się zaręczyła.
Miała wyjść za mąż za Lachlana Adaira.
Moja siostra zamierzała wziąć ślub, a ja nic o tym nie wiedziałam?
Już nigdy nie wróci do Bostonu.
Miałam ochotę na nią nawrzeszczeć, a Lachlanowi powiedzieć, żeby
spierdalał. Dlaczego nie mógł sobie wybrać jakiejś innej z milionów
kobiet, które dałyby się posiekać za znajomość z nim?
Prawdę mówiąc, wiedziałam dlaczego.
Takiej drugiej jak Robyn nie znalazłby na całym świecie.
Była wyjątkowa.
A ten drań złowił ją i zatrzymał dla siebie.
Teraz patrzył na mnie ostro, badawczo. Szybko opanowałam gniew,
wzruszyłam ramionami i wyrzuciłam ręce w górę.
- Z takiej okazji należy otworzyć szampana! - zawołałam trochę zbyt
piskliwie.
* * *
Moja siostra nie miała racji, kiedy przekonywała mnie, żebym nie
uciekała do Nowego Jorku, żeby zostać aktorką. Byłaby ze mnie prawdziwa
gwiazda sceny i ekranu.
Robyn i Lachlan nie poczęstowali mnie szampanem, tylko zapakowali do
innego Range Rovera wraz z bagażem i powiadomili, że zatrzymam się w domu Adaira. Ta niemiła wiadomość zdenerwowała mnie, ale starannie
ukryłam niepokój. W swojej naiwności założyłam, że Lachlan mieszka na
terenie klubu.
Na terenie ściśle strzeżonym.
Tak nie było.
Nawet nie oprowadzili mnie po posiadłości, tylko od razu wywieźli poza
teren klubu.
Stałam na skraju tylnego podwórza domu Lachlana - na trawiastym klifie
wznoszącym się nad morzem - i przetrawiałam uczucie, którego się
wstydziłam.
Zazdrość.
Rześki, chłodny wiatr owiewał moje ciało, szarpiąc i niebezpiecznie
unosząc skraj krótkiej sukienki. Nie przejmowałam się tym. Kto mógł mnie
tu zobaczyć? Dom narzeczonego mojej siostry znajdował się gdzieś na
końcu świata. Gdyby nie to, że nieopodal stał identyczny dom, mogłabym
pomyśleć, że trafiłam w najodleglejszy, całkowicie opustoszały zakątek
planety.
"Narzeczony mojej siostry".
Znów poczułam bolesną kluchę w gardle.
Napływające do oczu łzy sprawiały, że poczułam się mała i infantylna.
Nie mogłam wyrzucić z pamięci obrazu Robyn tulącej się do Lachlana,
kiedy ja czekałam na tylnym siedzeniu SUV-a. On pochylił ku niej czoło i powiedział coś cicho. Najwyraźniej chciał się upewnić, czy nic jej nie
jest.
Nie usłyszałam, co odpowiedziała, ale to chyba nie była pozytywna
odpowiedź. Pocałowali się przelotnie, ale z takim uczuciem, że musiałam
odwrócić wzrok. Poczułam się jak podglądacz.
Nie chodziło o niezwykłe otoczenie, w jakim się znalazłam. Najbardziej
wytrącał mnie z równowagi widok Robyn i Lachlana razem. Jeszcze nigdy
nie widziałam, żeby była z kimś tak blisko. Patrzyła na niego, jakby był
całym jej światem. A on odwzajemniał się tym samym.
Stłumiłam zazdrość.
Nie zazdrościłam jej, że odnalazła takie uczucie - zawsze jej tego
życzyłam. Pragnęłam, żeby miała najwspanialsze, najbardziej spełnione
życie, jakie można sobie wyobrazić. Jednak teraz poczułam, że tracę ją
jeszcze bardziej niż dotychczas.
Narzeczony.
- Kiedy się zaręczyliście? - spytałam, gdy wsiedli do samochodu.
- Oświadczyłem się całkiem niedawno - odrzekł Lachlan.
Nastrój nieco mi się poprawił. Wcześniej podejrzewałam, że być może
powiedziała rodzicom, ale zabroniła im przekazać tę nowinę mnie. Bolała
mnie myśl, że mogłaby nie podzielić się ze mną tak ważną wiadomością.
Czyniło to ze mnie totalną hipokrytkę, ponieważ ja od ponad roku
ukrywałam przed nią różne rzeczy.
Mimo wszystko. Robyn wychodziła za mąż.
I to na dodatek za samego Lachlana Adaira.
Wiedziałam, jaką kiedyś darzyła go niechęcią - winiąc go za to, że Mac
ją porzucił - dlatego przeżyłam wstrząs, kiedy rodzice powiedzieli mi,
że jest z nim w związku i zamieszkała w Szkocji.
Nasze drogi się rozeszły.
Życie potrafi zaskoczyć, prawda?
- Kto ty jesteś?
Drgnęłam zaskoczona.
Wysoki, dziecięcy głosik rozległ się gdzieś po prawej stronie.
Dziedziniec domu Lachlana nie był oddzielony ogrodzeniem od posesji
sąsiada. Wydało mi się to dziwne. Jego piękny dom, starannie
zaprojektowany w nowoczesnym stylu, stał nad wodą, tuż za terenem
Ardnoch, w wiosce, którą Lachlan nazwał Caelmore.
Potrzebowałam chwili oddechu. Nie chciałam też, żeby siostra poznała,
jak bardzo udawany jest mój beztroski nastrój. Zostawiłam więc bagaż w luksusowym pokoju gościnnym, do którego zaprowadził mnie Lachlan,
zrzuciłam buty i przez szerokie, rozsuwane przeszklone drzwi na tyłach
olbrzymiego salonu wyszłam na taras, który kończył się schodami
prowadzącymi na trawnik ciągnący się aż na skraj klifu.
Wzdłuż brzegu urwiska pobudowano barierę zabezpieczającą. Spojrzałam na
dwoje małych dzieci, które przyglądały mi się ciekawie, i domyśliłam
się, że wzniesiono ją dla ich bezpieczeństwa. Oboje mieli ciemne włosy i byli ubrani w jasnoniebieskie sweterki z wyszytym na froncie emblematem.
Dziewczynka miała na sobie niebiesko-czarną spódniczkę w kratę, a chłopiec czarne spodnie. Mundurki szkolne.
- Cześć. - Uśmiechnęłam się szeroko i podeszłam bliżej. - Jestem Regan.
Chłopiec wyprostował się, mężnie wypiął pierś i chwycił młodszą
dziewczynkę za rękę.
- Niestety, nie wolno nam rozmawiać z obcymi. - Mówił z ładnym
angielskim akcentem, przez który tylko czasami przebijał szkocki ton,
zwłaszcza kiedy wymawiał "t".
Skinęłam głową, starając się nie roześmiać.
- To bardzo mądra zasada. Ale to wy pierwsi mnie zaczepiliście.
Chłopiec spojrzał zirytowany na swoją towarzyszkę.
- To wina Eilidh. - Ejli. Tak wymówił jej imię. - Eilidh, dobrze
wiesz, że nie wolno nam tego robić.
Mała zupełnie nie zwróciła na niego uwagi. Gapiła się na moje stopy.
- Gdzie masz buty?
Poruszyłam palcami w chłodnej trawie i gestem wskazałam na dom.
- Zostawiłam je w środku.
Chłopiec zmarszczył czoło.
- Znasz wujka Lachlana i ciocię Robyn?
Poczułam się tak, jakbym dostała cios w żołądek.
- Ciocię Robyn? - powtórzyłam cicho.
Malec skinął głową.
- Zostanie żoną wujka, więc wolno nam ją tak nazywać.
Coś mnie ścisnęło w piersi.
- Mieszkacie tu obok?
Chłopiec rzucił mi podejrzliwe spojrzenie.
- Chyba nie powinienem odpowiadać na to pytanie. Nadal jesteś obca.
Roześmiałabym się w głos, gdyby nie to, że właśnie walczyłam z paraliżującą zazdrością i poczuciem krzywdy. Moja siostra wyjechała na
koniec świata i stworzyła tu sobie nowe życie, w którym nie było dla
mnie miejsca.
- Eilidh, Lewis! - dobiegł mnie niski męski głos, co rozproszyło moją
uwagę.
Zmierzał ku nam wysoki, barczysty mężczyzna o nieco zaniedbanym
wyglądzie. Stanął za dziećmi i opiekuńczo położył dłonie na ich
ramionach.
- Kogo my tutaj mamy? - spytał, mierząc mnie wzrokiem.
Zbliżyłam się do niego i spostrzegłam, że jego spojrzenie powędrowało ku
moim bosym stopom. Mogłabym przysiąc, że wargi mu zadrżały z rozbawienia, ale trudno było to stwierdzić z pewnością, ponieważ jego
usta otaczała gęsta broda w kolorze brązu.
- Hej. - Wyciągnęłam ku niemu dłoń. - Jestem Regan Penhaligon.
Jego niebieskoszare oczy nieco się zwęziły, ale szybko ujął moją rękę i uścisnął ją mocnym, zdecydowanym ruchem. Wyczułam, że skórę dłoni ma
stwardniałą i szorstką.
- Jesteś siostrą Robyn?
- Owszem. - "A ty?".
- Nazywam się Thane i jestem bratem Lachlana - odpowiedział na moje
niezadane pytanie. - A to moje dzieci: Eilidh i Lewis. Mieszkamy tu
obok. Robyn nie wspominała, że masz przyjechać.
Z uśmiechem wzruszyłam ramionami.
- Zrobiłam jej niespodziankę - odrzekłam beztrosko.
Jego oczy zmieniły kolor na chłodny błękit.
- Rozumiem - odrzekł.
Odniosłam wrażenie, że rzeczywiście rozumie sytuację.
Ze wstydu chciałam zapaść się pod ziemię.
Nie byłam głupia. Nie tylko Robyn odnosiła się do mnie z chłodną
rezerwą. Mac i Lachlan traktowali mnie równie ozięble. Zasłużyłam sobie,
ale i tak było to okropne. Najwyraźniej Robyn powiedziała Lachlanowi i Macowi, jak ją zawiodłam, a Lachlan pewnie rozgłosił tę wieść wśród
swojej rodziny.
- Czy to nie cudownie? - Uśmiechnęłam się nieszczerze. - Pierwszy raz
jestem w Szkocji. A tak przy okazji, te domy są wspaniałe.
- Tata je zaprojektował - wtrącił Lewis. - Jest arki... architektem. Ja
też kiedyś zostanę architektem, jak tata!
Ho, ho!
Zobaczyłam Thane'a w nowym świetle. Z wyglądu przypominał raczej drwala.
Miał gęste blond włosy w odcieniu piaskowym, ciemniejszą brodę,
zdecydowanie wymagającą przystrzyżenia, i niedbały strój, który nie miał
wiele wspólnego z szykiem, jakiego się oczekuje od właściciela wiejskiej
posiadłości. Robiony grubym ściegiem sweter swoje najlepsze dni miał już
za sobą, a dżinsy były tak wyblakłe i znoszone, że aż dziw, że się nie
rozpadły. Na nogach miał zabłocone buty trekkingowe.
Trudno było przypuszczać, że to niezwykle utalentowany architekt.
Jednak kto jak kto, ale ja powinnam pamiętać, że nie należy sądzić ludzi
po pozorach.
- Są niesamowite - rzekłam z niekłamanym zachwytem. Te domy są naprawdę
piękne. - Sąsiadujące ze sobą posesje były niemal identyczne, choć na
każdej, oprócz głównego domu, stał drugi budynek innej wielkości,
zbudowany z takich samych materiałów.
Ten na terenie Thane'a był trochę większy i wyglądał na domek dla gości.
- Dziękuję - odparł niepewnie.
- Tatusiu, czy ja też mogę zdjąć buty? - zapytała go nagle córka.
- Chodzenie boso jest całkiem przyjemne - powiedziałam z uśmiechem.
- Przeziębisz się. - Thane potrząsnął głową. - Zresztą już pora na
podwieczorek. - Poprowadził dzieci w stronę domu.
Zaciekawiło mnie, gdzie jest ich matka. Czy czeka na nich w domu z herbatą?
- Thane! - Głos Lachlana niósł się daleko i donośnie.
- Wujek Lachlan! - Eilidh pomknęła przed siebie jak strzała.
Lachlan szybko zbiegł ze schodów tarasu i chwycił bratanicę w ramiona.
Przez silny wiatr nie słyszałam, co mówili, ale cokolwiek to było,
wywołało u dziewczynki nieopanowany wybuch śmiechu. Lachlan wziął ją na
ręce i z uśmiechem ruszył ku nam. Teraz wyglądał jak znany z ekranów
gwiazdor o uroczym, chłopięcym uśmiechu. Znów przypomniałam sobie, że
narzeczony mojej siostry jest sławny, a to, jak odnosił się do swojej
małej bratanicy, dodało mu tonę wdzięku.
- Widzę, że poznałeś już Regan? - zapytał Thane'a.
Kiedy bracia stanęli obok siebie, zauważyłam, jacy są podobni. Lachlan
był o kilka centymetrów wyższy, miał bardziej niebieskie oczy, ale obaj
wyróżniali się surową, skandynawską urodą. Podejrzewałam, że w ich
szkockich żyłach płynie trochę krwi wikingów.
Spojrzeli na siebie, porozumiewając się bez słów, ale ja jestem bardziej
spostrzegawcza, niż się powszechnie uważa. Moje przybycie ich nie
ucieszyło. Poznałam to po zaciśniętych szczękach Lachlana i podejrzliwej
minie Thane'a.
Udając, że mam to gdzieś, uśmiechnęłam się do Eilidh. Siedziała
zadowolona na rękach u wujka i wpatrywała się we mnie swoimi pięknymi,
wielkimi, niebieskoszarymi oczami. Podniosła małą rączkę, jakby chciała
dotknąć mojego policzka.
- Co się dzieje z twoimi policzkami, kiedy się uśmiechasz?
- Niby co? - zapytałam, choć dobrze wiedziałam, o czym mówi.
Po ojcu odziedziczyłam dołeczki.
- To! - Chichocząc, wskazała na mój lewy policzek.
- Eilidh, to są dołeczki - wyjaśnił jej Thane.
- Ale skąd się biorą? - dociekała.
Może przez to, że byłam w Szkocji i ludzie wokół mówili ze szkockim
akcentem, przypomniała mi się historyjka, z której pomocą Mac kiedyś
wyjaśnił pochodzenie moich dołeczków.
- Podarowały mi je wróżki. Kiedy przybywają do naszego świata z Zaczarowanej Krainy, nie chcą, żeby ludzie je rozpoznali. A łatwo je
rozpoznać po czarodziejskim pyle, który stale noszą przy sobie.
Stworzyły więc w moich policzkach te małe dołeczki, żeby chować w nich
czarodziejski pył.
- Naprawdę? - Eilidh patrzyła na mnie zdumiona.
Skinęłam głową.
- Wcale nie! - zaprotestował Lewis. - Wróżki nie istnieją.
- A właśnie, że istnieją! - gwałtownie zaprotestowała dziewczynka. -
Wujek Mac mi mówił!
Starałam się nie zdenerwować tym, że Mac, zostawiwszy Robyn w Bostonie,
rozpoczął nowe życie w Szkocji, gdzie obce dzieci nazywały go wujkiem.
- To właśnie Mac opowiedział mi o wróżkach i zaczarowanym pyle. -
Napotkałam ostre spojrzenie Lachlana i mój uśmiech zbladł.
Odwróciłam wzrok i dostrzegłam w oczach Thane'a błyski zaciekawienia.
- Wiecie co, jestem trochę głodna. - Ruszyłam w stronę domu.
- Właśnie dlatego tu przyszedłem. - Lachlan zwrócił się do Thane'a. -
Robyn zamówiła tyle jedzenia, że moglibyśmy nakarmić całą armię. Chcesz
do nas dołączyć z dziećmi? Zamówiła wszystko, od chińszczyzny po
nuggetsy.
- Nuggetsy! - wykrzyknęła Eilidh z żywiołowym entuzjazmem.
Od lat nie doświadczyłam takiego uczucia. Lachlan skrzywił się lekko,
ale ramiona trzęsły mu się ze śmiechu.
- Jesteś pewien, że powinniśmy? - zapytał go brat, na moment zatrzymując
na mnie wzrok.
- Ależ oczywiście. Dzięki obecności dzieci Robyn oderwie się od swoich
kłopotów.
Czyli ode mnie?
Zabolało.
- Sam nie wiem.
- Tato, proszę. - Lewis pociągnął go za sweter.
- Nuuuggeeetsy! - zawołała Eilidh z zabawnie zmienionym niskim głosem i wbiła świdrujący wzrok w ojca. - Z kuuurczaaaka!
Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem, a napięcie gdzieś się ulotniło.
Może rzeczywiście dzieci to świetny sposób na oderwanie się od kłopotów.
3
Regan
"Gdzie się podziewa żona Thane'a?". Myślałam o tym, kiedy całe
towarzystwo nakładało sobie na talerze porcje jedzenia wystawionego na
kuchennej wyspie, a potem sadowiło się przy dużym stole w części
jadalnej. Nikt nie zaproponował, żeby żona Thane'a do nas dołączyła,
więc założyłam, że jest rozwodnikiem. Nie nosił obrączki.
Eilidh właśnie pokazywała ojcu, co ma jej nałożyć na talerz, kiedy coś
mi przyszło do głowy.
- A może masz ochotę na nuggetsowy wianuszek z purée ziemniaczanym?
Dziewczynka zerknęła na mnie z zaciekawioną miną.
- A co to takiego?
Spojrzałam pytająco na Thane'a.
- Mogę? - Skinął głową i odstąpił od bufetu. - Dobrze. - Wstałam zza
stołu i podeszłam do Eilidh. - Z nuggetsów potrafię wyczarować ze
dwadzieścia różnych posiłków.
- To prawda - przytaknęła Robyn, uśmiechając się nostalgicznie, co od
razu wprawiło mnie w lepszy nastrój. - Regan zatrudniano jako
babysitterkę do wszystkich dzieci z okolicy, a potem przez kilka lat
pracowała w lecie jako niania. Jest bardzo kreatywna, potrafi na wiele
różnych sposobów podać jedzenie zamówione na wynos.
Odkąd skończyłam trzynaście lat, pracowałam jako babysitterka
okolicznych dzieci. Tak dorabiałam sobie w szkole średniej. Lubiłam
dzieci. Były takie słodkie, zabawne i szczere. Z tego powodu zaczęłam
pracować jako niania, kiedy rodziny poszukiwały opieki do dzieci na czas
wakacji. Robiłam to każdego lata między osiemnastym a dwudziestym drugim
rokiem życia.
- To zaskakujące, że pracowała jako opiekunka do dzieci - wymamrotał
Lachlan.
Jego niedowierzanie wywołało u mnie odruch obronny.
- Niby dlaczego? - Mój nieco ostrzejszy ton wcale go nie zaniepokoił.
- Nie sprawiasz wrażenia osoby odpowiedzialnej.
- Lachlan - rzuciła ostrzegawczo Robyn.
Nie chciałam, żeby stawała w mojej obronie. Przecież to ją zawiodłam
najbardziej i przez to czułam się jak ostatnia łajza.
- Widzę, że moja siostra nakładła ci do głowy tych samych bzdur, którymi
karmili ją rodzice.
Lachlan uniósł brew, a Robyn wyraźnie zesztywniała. Otworzyła usta, żeby
coś powiedzieć, ale ja odwróciłam wzrok i uśmiechnęłam się do córki
Thane'a.
- A teraz uwaga. Tylko się nie denerwuj. Zaraz pokroję nuggetsy na
mniejsze kawałki.
Eilidh spojrzała na mnie ze zdziwieniem, ale ufnie skinęła głową.
Chociaż od siedzących w pokoju dorosłych emanowało napięcie,
uśmiechnęłam się wesoło i szybko nałożyłam do miski porcję purée
ziemniaczanego. Potem ułożyłam wokół niego kawałki kurczaka. Nie
mieliśmy sosu, ale znalazł się ketchup. Pokazałam jej butelkę.
- Lubisz?
Przytaknęła i rozłożyła szeroko ramiona.
- Taaak, bardzo!
Parsknęłam śmiechem, polałam ketchupem ziemniaki z nuggetsami i zaniosłam jej do stołu.
- Smacznego.
Zabrała się do jedzenia z takim zachwytem, jakbym podała jej jakieś
królewskie danie. Thane podziękował mi skinieniem głowy i również zaczął
jeść.
Usiadłam obok Lewisa, naprzeciwko Robyn.
- Następnym razem pokażę ci, jak się robi nachosy z nuggetsami z kurczaka.
- Też bym chciał zobaczyć - odezwał się Lewis.
- Nie ma sprawy.
Chłopiec skinął głową i ugryzł kęs hamburgera. Robyn rzeczywiście
zamówiła wszystko, co tylko się dało.
- Co jeszcze umiesz zrobić? - dopytywał Lewis, przeżuwając jedzenie.
- Proszę, najpierw połknij, potem mów - pouczył go Thane tonem, który
sugerował, że nie pierwszy raz wygłasza te słowa.
- Regan potrafi zrobić wszystko, na co może mieć ochotę typowy
sześciolatek - zapewniła moja siostra.
- Prawdę mówiąc, moje umiejętności kulinarne trochę się poprawiły od
czasów szkoły średniej. Odbyłam kilka kursów gotowania, kiedy
podróżowałam po Europie i Azji.
- Kursy gotowania w Europie i Azji! - Robyn gwizdnęła cicho. - Co za
wyrafinowanie!
Na szczęście odezwała się Eilidh i nie musiałam odpowiadać na tę
zaczepkę.
- Jakie to dooobre! - Dla podkreślenia swojego zachwytu uderzyła
widelcem w stół.
- Naprawdę? Mogę spróbować?
Z entuzjazmem kiwnęła głową i podsunęła mi miskę. Nabrałam na widelec
polane ketchupem ziemniaki z kawałkiem nuggetsa i przełknęłam.
Musiałam się z nią zgodzić.
- Rzeczywiście, bardzo dooobre!
Odpowiedziała uśmiechem, najbardziej promiennym, jaki kiedykolwiek
widziałam. Po chwili znów się odezwała.
- Podoba mi się twój lakier - stwierdziła, niespodziewanie zmieniając
temat, jak to często robią dzieci. - Pomalujesz mi paznokcie?
- No, nie wiem. To zależy od twojego taty.
Thane potrząsnął głową.
- Jesteś za mała na lakier do paznokci.
- Ale tatooo!
Przeczuwając nadciągający wybuch złości, interweniowałam:
- Lakieru zaczniesz używać, kiedy będziesz starsza. Ale mogę ci zapleść
kłosa.
- A co to jest kłos?
- Warkocz - wyjaśniłam, używając amerykańskiego wyrazu.
Mała patrzyła na mnie niepewnie.
Ze zdziwieniem uniosłam brew. Czyżby mama nie zaplatała jej włosów?
Thane wypowiedział w jej kierunku jakieś nieznane mi słowo, ale Eilidh
wyraźnie go zrozumiała.
Dotarło do mnie, że zaszło tu nieporozumienie kulturowe. Szkoci na
warkocz mówią inaczej niż Amerykanie, mają na to własne słowo.
Zapamiętałam to sobie.
- Później mogę zapleść ci włosy. Kłos wygląda bardzo ładnie. Przypomina
ogon syrenki.
- Uwielbiam syrenki! - ucieszyła się Eilidh, a jej oczy zrobiły się
okrągłe z podekscytowania.
Była taka słodka, że można ją było schrupać w całości.
- Lucy kiedyś próbowała mi zapleść warkocz, ale stwierdziła, że moje
włosy za bardzo się kręcą - dodała cicho.
Chciałam ją uspokoić, że bez problemu opanuję jej loki, ale zauważyłam,
że przy stole zapadło pełne napięcia milczenie.
Po chwili zrozumiałam dlaczego.
Lucy.
Czy miała na myśli Lucy Wainwright?
Cholera.
I dlaczego to gwiazdka ekranu chciała spleść włosy Eilidh, a nie matka
dziewczynki?
- Jesteś taka głupia - warknął jej brat, czerwieniejąc z emocji. - Tata
zabronił nam rozmawiać o Lucy.
Buzia dziewczynki wygięła się w podkówkę.
- Lewis, nic takiego nie mówiłem. I nie odzywaj się do siostry tak
niegrzecznie. - Thane zgromił syna wzrokiem.
Lewis miał taką minę, jakby ktoś wymierzył mu policzek.
- Ale przecież mówiłeś...
- Źle mnie zrozumiałeś. - Thane westchnął ze znużeniem. - Nie wolno wam
odzywać się do siebie w ten sposób. Dobrze?
Spostrzegłam, że w oczach Eilidh pojawiły się łzy, więc szybko
postanowiłam odwrócić jej uwagę.
- Mogę ci zapleść warkocz jutro do szkoły.
Od razu się wypogodziła.
- Naprawdę?
Skinęłam głową.
- Jutro jest sobota - przypomniał mi Lewis obrażonym tonem, nie
podnosząc wzroku znad talerza.
Ojciec popatrzył na niego z głęboką troską.
"Rany! Co się tutaj dzieje?".
- Zgadza się - potwierdziłam. - Ale mogę zapleść Eilidh warkocz, kiedy
tylko zechce.
- Nawet jutro? - Niecierpliwie podskoczyła na krześle. - Chcę mieć taki
warkocz jak ogon syrenki!
- Oczywiście. Jesteśmy umówione. - Lekko trąciłam Lewisa łokciem. - No
właśnie. Szkoła. W którym jesteś oddziale?
Podniósł na mnie zdziwiony wzrok. Policzki miał nadal czerwone po
reprymendzie od ojca.
- W którym oddziale? - zapytał niepewnie.
- W której klasie - wyjaśniła Robyn.
- Właśnie zacząłem trzecią podstawówki1.
- Zacząłeś?
- Rok szkolny trwa od początku minionego tygodnia.
- Ach, tak. Trzecia podstawówki. Czyli ile masz lat? Osiem? Dziewięć? -
Zgadywałam, kierując się jego wzrostem.
Oczy zalśniły mu radośnie.
- Siedem.
- Jesteś wysoki jak na siedmiolatka. Pewnie odziedziczyłeś to po tacie i wujku, co?
Lewis przytaknął z zadowoloną miną.
- A ty w której klasie jesteś? - zapytałam Eilidh z uśmiechem.
- Pięć! - Rozstawiła palce prawej dłoni.
Jej brat zachichotał.
- Eils, nie chodzi o wiek, tylko o klasę. Ona jest w pierwszej. To był
jej pierwszy tydzień w szkole.
- No, no! Czyli ten tydzień był dla ciebie bardzo ważny?
Energicznie skinęła głową, przeżuwając jedzenie.
Była taka słodka.
- Trafiła jej się najlepsza nauczycielka, pani Hansen. - Lewis skrzywił
się lekko. - Mnie się trafiła pani Welsh.
- Nie lubisz pani Welsh?
Zmarszczył nos.
- Ciągle zrzędzi, nie lubi chłopców i czepia się, kiedy ktoś nie zna
odpowiedzi na pytanie. No i śmierdzi.
Thane westchnął ciężko. Domyśliłam się, że ma ochotę skarcić chłopca za
obrażanie nauczycielki, ale po nieprzyjemnym zajściu sprzed chwili nie
chciał narażać go na kolejny trudny moment.
- Rzeczywiście śmierdzi czy tylko tak mówisz, ponieważ jej nie lubisz?
Zastanowił się chwilę nad pytaniem.
- Connor tak twierdzi.
- A kto to jest Connor?
- Jeden z moich kolegów.
- Czyli dlatego, że on tak powiedział, wszyscy inni tak twierdzą?
Skinął głową.
- A czy to prawda?
- Chyba nie. Ale wszystko inne to prawda - odrzekł, wzruszając
ramionami.
- Rozumiem. Cóż, to okropne, że pani Welsh gdera i jest wiecznie
niezadowolona, ale nie powinno się o innych mówić rzeczy, które nie są
prawdziwe. Tak?
- Czyli powinienem przestać tak mówić? - zapytał po chwili.
- Właśnie. To byłoby właściwe postępowanie. Dobre i miłe.
- Ale mogę mówić, że jest wredna? Bo to prawda!
Tłumiąc śmiech, odrzekłam dyplomatycznie:
- Jeśli to prawda, to owszem, możesz. Dobrze jest być szczerym,
zwłaszcza jeśli ktoś się ciebie czepia, bez względu na wiek tej osoby.
Zawsze jednak powtarzam, że nieżyczliwość trzeba zwalczać życzliwością.
Kiedy w życiu napotkasz kogoś, kto nie jest dla ciebie zbyt miły, nie
należy zniżać się do jego poziomu i odpłacać tym samym. A czasami, kiedy
jesteś miły dla kogoś, kto zachowuje się wobec ciebie nieuprzejmie,
zdarza się, że ta osoba zmienia nastawienie na bardziej przyjazne. Tak?
Zaskoczyło mnie, że ten siedmioletni chłopiec słuchał mnie w takim
skupieniu. Lewis po prostu spijał słowa z moich ust i widać było, że
przetwarza je w myślach.
- Tak - przytaknął w końcu.
Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że wokół stołu zapadła cisza.
Podniosłam głowę i zobaczyłam troje wpatrzonych we mnie dorosłych. Thane
patrzył z wdzięcznością, Lachlan - z zaskoczeniem, a siostra - z miną
wyrażającą dumę, ale i smutek.
Ten smutek sprawił mi ból.
- Skończyłam! - zawołała Eilidh, przerywając ciszę.
Policzki miała umazane ketchupem. Spojrzałam na nią z uczuciem ulgi.
- Zjadłaś trochę czy wszystko rozmazałaś sobie na policzkach?
Oczy dziewczynki rozbłysły radośnie. Uderzyła dłonią w stół i zaniosła
się głośnym, rechotliwym śmiechem. Było to tak zaraźliwe, że wszyscy
zaczęliśmy radośnie chichotać.
Szkoda, że magia Eilidh nie działała dłużej.
* * *
Wkrótce potem Thane i dzieci wyszli, a ja na odchodnym obiecałam, że
wpadnę do nich rano, żeby zapleść Eilidh warkocz. Dopadł mnie jet lag,
co natychmiast wyczuła Robyn.
- Pomogę ci w zmywaniu - zaproponowałam po raz tysięczny, patrząc, jak
ona i Lachlan porządkują kuchnię.
- Mamy zmywarkę - powtórzyła. - Widać, że jesteś zmęczona. Idź spać.
Rzeczywiście, powieki mi opadały, więc spełniłam jej polecenie i poszłam
na górę. Nie pamiętam, jak przebrałam się w piżamę i weszłam do łóżka.
Kilka godzin później jakiś mechaniczny dźwięk przedarł się do mojej
świadomości. Kiedy z wysiłkiem otworzyłam oczy, oślepiło mnie wpadające
do pokoju światło. Dopiero po minucie uświadomiłam sobie, gdzie jestem.
Jęknęłam cicho, mrużąc oczy przed łagodnym światłem dnia, przewróciłam
się na bok w niezwykle wygodnym łóżku i po omacku sięgnęłam po telefon
leżący na nocnym stoliku. Sprawdziłam godzinę na wyświetlaczu.
Szósta rano.
Zaciemniające rolety otwierały się automatycznie o wyznaczonej porze. Tą
porą była szósta rano.
- Trzeba będzie coś z tym zrobić - wymamrotałam gderliwie i usiadłam w pościeli.
Dopiero wtedy zauważyłam powiadomienie na telefonie.
Zobaczyłam tylko słowo "Austin" i natychmiast ogarnęły mnie mdłości.
"O, nie! Skąd on miał mój adres mailowy?".
Trzęsącymi się palcami otworzyłam skrzynkę mailową i z ulgą
spostrzegłam, że to tylko jakiś głupi spam - reklama zniżki na wycieczkę
pieszo-rowerową w pobliżu Austin, w stanie Teksas.
- Ożeż, kurde - wymamrotałam, opierając głowę na dłoniach.
Upłynęło pięć miesięcy, odkąd dostałam ostatni e-mail od Austina. Pięć
miesięcy temu w końcu pozbyłam się go ze swojego życia. Nie mógł mnie
więcej kontrolować ani nękać. Zlikwidowałam stary adres mailowy, profile
w mediach społecznościowych, zmieniłam numer komórki i zaczęłam sama
przed sobą udawać, że ten facet nigdy nie istniał.
To jego ostatnia wiadomość w końcu obudziła we mnie ducha walki.
Ta wariacka treść wbiła mi się w pamięć.
Moja piękna, znów nie mogę zasnąć. Ileż to godzin snu przez Ciebie
straciłem? Jesteś mi winna te godziny. W tym czasie powinienem być w Tobie, patrzeć, jak dochodzisz do szczytu, wydając te swoje słodkie
dźwięki. Mam ochotę surowo ukarać Cię za to, że przez Ciebie właśnie tak
się czuję. To Twoja wina, że jestem taki pokręcony. Zmusiłaś mnie, żebym
się w Tobie zakochał. Przez Ciebie tak się za Tobą uganiam. Ale kiedy
Cię znajdę, kiedy odnajdziemy się nawzajem, zrozumiesz to, co ja już
zrozumiałem. Jesteśmy sobie przeznaczeni. Nigdy bym Cię nie skrzywdził.
Wszystko, co mówię czy robię, jest po to, żebym mógł bezpiecznie
zatrzymać Cię przy sobie.
Nie mogę się doczekać chwili, kiedy znów będziemy się kochać.
Ale nie myśl, że ominie Cię kara. Ciągle sobie wyobrażam, jak cię ostro
przelecę, żebyś poczuła taki sam ból, jaki ja teraz czuję. Na samą myśl
o tym mi staje.
Widzisz, co ze mną robisz?
Kocham Cię, Regan. Tak bardzo Cię kocham. Zrozumiesz to już wkrótce.
Z wyrazami miłości,
Austin
Przypomniałam sobie poranek w motelowym pokoju w Kalifornii, kiedy
otworzyłam ten e-mail i poczułam jeszcze silniejsze mdłości. Odrzuciłam
telefon na drugi koniec łóżka, pobiegłam do łazienki i padłam na kolana
przy muszli klozetowej.
Chociaż wstrząsały mną torsje, nie mogłam zwymiotować.
Męczyłam się tak chyba wieki. Dygotałam, ze złością ocierając łzy
płynące po policzkach.
Na samo wspomnienie tego poranka czułam mdłości i narastającą furię.
Oparłam się o ścianę wyłożoną brudnymi kaflami, objęłam się ramionami i starałam zdusić szlochanie.
Nigdy przedtem nie czułam do nikogo nienawiści.
Austin był pierwszy.
Nie wiedziałam, że można do tego stopnia zatruć komuś innemu życie, że
uporczywe prześladowanie może zdominować wszystko, co robisz i o czym
myślisz. Jak to może wpływać na twoje decyzje. I wtedy właśnie
postanowiłam, że to się musi skończyć. Wróciłam do Bostonu. Sądziłam, że
pozbyłam się go ze swojego życia.
Ale on wrócił.
Wyjazd do Szkocji, do Robyn, był dla mnie nowym początkiem. Zostawiłam
całe to gówno związane z Austinem w Bostonie.
Chwiejnym krokiem przeszłam do bajeranckiej łazienki (całej w marmurach
i złotej armaturze), a po chwili wolno wróciłam do sypialni. Widok za
oknem odciągnął moje myśli od ponurej przeszłości.
- O kurczę! - Podeszłam do sięgającego od podłogi do sufitu okna,
wychodzącego na morze.
Wczoraj było jasno i słonecznie. Teraz za oknem panowała poranna
szarość, a nad wodą wisiała mgła. Nic jednak nie mogło zepsuć piękna
tego widoku. Gdybym była malarką, całymi dniami siedziałabym przy tym
oknie, kładąc farby na płótno.
Niestety, etap fascynacji malarstwem trwał u mnie dość krótko. Dokładnie
po trzech dniach zdałam sobie sprawę, że nie mam za grosz talentu, a moje zainteresowanie tym rodzajem twórczości nie było prawdziwe.
Zauważyłam jakiś ruch za oknem i zobaczyłam, że ubrana w sportowy strój
Robyn zbliża się do domu od zachodniej strony. Może wracała z plaży? Nie
zdziwiłabym się, gdyby wstała o świcie tylko po to, żeby pobiegać.
Pewnie z mojego powodu. Bieganie zawsze pomagało jej się skoncentrować i uspokoić.
Myśląc o swojej silnej siostrze, zerknęłam na telefon leżący na łóżku.
Kiedy Robyn miała piętnaście lat, chłopak, z którym się umówiła, zaczął
ją napastować seksualnie podczas randki.
Nie dała mu wygrać. Nie pozwoliła, żeby jego zachowanie wpędziło ją w poczucie bezsilności. Wręcz przeciwnie, poczuła się silniejsza.
Robyn uprawiała mieszane sztuki walki - MMA.
Nigdy przedtem nie interesowałam się sportem. Lubiłam jogę i pilates,
ale to był największy wysiłek fizyczny, do jakiego się kiedykolwiek
zmuszałam. Szczerze mówiąc, wolałam utrzymywać formę, prowadząc
naturalnie aktywne codzienne życie.
Jednak osiem miesięcy temu zaczęłam rozumieć, skąd wzięła się u Robyn
nagła potrzeba nauki samoobrony.
* * *
- Dzień dobry! - zawołałam wesoło, wchodząc do kuchni.
Wcześniej szybko wzięłam prysznic i ubrałam się w nadziei, że uda mi się
złapać siostrę i jej narzeczonego, zanim wyjdą z domu.
Na szczęście oboje siedzieli przy kuchennej wyspie i sączyli poranną
kawę.
- Dzień dobry. - Robin zeskoczyła ze stołka. - Zaraz naleję ci kawy.
- Nie trzeba. Mogę to zrobić sama. - Machnęłam beztrosko ręką,
przechodząc przez ich luksusową kuchnię. - Pomyślałam sobie, że mogłabyś
mnie nauczyć MMA.
Za moimi plecami zapadło milczenie. Odwróciłam się zaskoczona.
Robyn zamarła nad kubkiem z kawą, a Lachlan mierzył mnie uważnym
spojrzeniem.
- No co? - zapytałam nieco zaczepnie.
Bałam się, że siostra już się domyśliła, dlaczego ją o to proszę.
- Chcesz uprawiać MMA?
- Tak. - Wzruszyłam ramionami, jakby nie było w tym nic nadzwyczajnego.
- Przecież nie znosisz sztuk walki. I w ogóle sportu.
- No cóż. - Oparłam się o kuchenny blat. - Pomyślałam sobie, że miło by
było robić coś wspólnie, spędzać razem więcej czasu.
- To jedyny powód? - Robyn zmarszczyła czoło, wyraźnie zatroskana.
Postanowiłam wyznać coś zbliżonego do prawdy, co powstrzymałoby dalsze
pytania.
- Kiedy podróżowałam po Azji, zaczepił mnie jakiś nachalny facet. Gdyby
nie pojawił się inny chłopak, to nawet nie chcę myśleć, co mogłoby się
wydarzyć. Teraz mi się przypomniało, jaka z ciebie twardzielka, i doszłam do wniosku, że też powinnam nauczyć się samoobrony.
Robyn ruszyła w moją stronę.
- Wszystko w porządku? Na pewno nie zaszło wtedy nic gorszego niż to, co
nam mówisz?
Chwyciłam jej dłoń i uścisnęłam z uśmiechem.
- Ciągle się o coś zamartwiasz. Było tak, jak powiedziałam.
Patrzyła na mnie badawczo.
- Coś się tu nie zgadza. Potrafię wyczuć takie rzeczy.
Puściłam jej dłoń.
- To dlatego, że na razie sprawy między nami nie układają się jak
należy, i tyle. Staram się, żebyśmy jak najszybciej miały to za sobą.
Pomyślałam, że pomoże nam, jeśli będziemy spędzać razem więcej czasu.
Nagle w jej oczach pojawił się chłód. Skrzyżowała ramiona na piersi.
- Jak długo zamierzasz tu zostać?
- Chyba tak długo, jak będę mogła, zgodnie z prawem. - Zerknęłam na
Lachlana. - Nie masz nic przeciwko?
Spojrzał na Robyn.
- Jeśli tylko twojej siostrze nie będzie to przeszkadzało, to ja nie
widzę przeszkód.
Odezwałam się, zanim Robyn zdążyła odpowiedzieć.
- Poszukam sobie jakiejś pracy, wynajmę mieszkanie, żeby nie siedzieć
wam na karku i nie pasożytować na tobie i twoim chłopaku.
- Narzeczonym - poprawiła mnie z grymasem niezadowolenia. - I wcale byś
nam nie przeszkadzała. Chcę, żebyś mieszkała z nami. - "Żebym mogła mieć
cię na oku". Tego jednak nie dodała.
- Będę płacić czynsz. Jak tylko znajdę pracę - oznajmiłam. - Nie wiecie
czasem, czy gdzieś kogoś szukają?
Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że Lachlan zaproponuje mi posadę
kelnerki w klubie. Albo jakąkolwiek inną pracę.
Ale on powiedział tylko:
- Popytam we wsi.
Czyżby naprawdę nie miał wolnej posady?
A może nie chciał, żebym pracowała w jego ekskluzywnej posiadłości?
Podejrzewałam, że chodzi o to drugie. A to oznaczało, że mi nie ufa.
Super.
Czekało mnie trudne zadanie.
4
Thane
Wyszedłem za Gordanną Redburn przez przeszklone drzwi na taras na tyłach
domu, zastanawiając się, kto tu ubiega się o pracę, a kto ma być
pracodawcą.
- O tej godzinie dzieci już nie powinny spać - oznajmiła, schodząc po
drewnianych schodach do ogrodu. - W weekendy należy zachować tę samą
godzinę pobudki, co w dni szkolne.
- W weekendy nie będzie nam pani potrzebna. - "A może nawet wcale",
dodałem w myślach, wbijając gniewne spojrzenie w jej plecy.
Emanowała takim sztywniactwem, że trudno było uwierzyć w jej młody wiek.
A miała dopiero dwadzieścia trzy lata. Nie chodziło o konserwatywny
strój czy włosy związane w ciasny kok, lecz o zaciśnięte surowo usta i oschły sposób bycia.
Jęknąłem bezgłośnie. Gordanna przyjechała na tę rozmowę kwalifikacyjną
aż z Kornwalii. Była dziesiątą kandydatką do roli niani i gosposi oraz
dziesiątą osobą, która nadawała się tylko do odrzucenia. Znalezienie
kogoś do pracy w tak odległym zakątku Szkocji okazało się niewiarygodnie
trudne i powoli traciłem nadzieję, że mi się uda, jeśli nie obniżę
oczekiwań.
Nigdy nie uważałem Caelmore za dziurę zabitą deskami, wziąwszy pod
uwagę, że tuż obok znajdowała się słynna posiadłość Ardnoch. Jednak dla
osób przyzwyczajonych do życia w dużych miastach ta część Szkocji była
co najwyżej malowniczym celem wakacyjnych wycieczek, a nie miejscem
potencjalnie nadającym się do stałego zamieszkania. Większość ludzi
chciała mieszkać w pobliżu szpitali, klinik weterynaryjnych, sklepów,
restauracji i wszelkich udogodnień, nie wspominając o doskonałym Wi-Fi i zasięgu telefonii komórkowej. Akurat te dwie ostatnie rzeczy nie
należały do najgorszych, chociaż nie były całkiem doskonałe.
Życie w miejscu wymagającym cierpliwości i większego wysiłku w zamian za
wspaniałe otoczenie? Nie jest to atrakcyjna propozycja dla każdego.
Na pewno nie dla odpowiadających moim wymaganiom niań i gospoś. Ta
kandydatka nie mówiła o Eilidh i Lewisie inaczej niż "te dzieci".
Czułem w kościach, że ma przechlapane.
- Sądziłam, że ta propozycja obejmuje stałe zamieszkanie. - Gordanna
przyglądała mi się ze zmarszczonymi brwiami.
- Owszem, zgadza się. - Aneks dla gości był jak stworzony dla przyszłej
niani. Miał nawet własną niewielką kuchnię. - Ale ja nie pracuję w weekendy i chciałbym wtedy spędzać czas z Eilidh i Lewisem, a to
oznacza, że weekendy miałaby pani dla siebie.
Wyraz zdziwienia na twarzy Gordanny Redburn wydał mi się komiczny.
Najwyraźniej nigdy nie przyszło jej do głowy, że mogłaby mieć życie
towarzyskie.
Odchrząknęła głośno, odwróciła się na pięcie i pomaszerowała w stronę
klifu.
- To ogrodzenie trzeba zmienić! - zawołała przez ramię, przekrzykując
wiatr.
Moje wzburzenie rosło. Ta rozmowa i tak już zajęła dwa razy więcej
czasu, niż zamierzałem na nią poświęcić, a na dodatek kazałem
taksówkarzowi zaczekać na pasażerkę. Licznik tykał i to ja miałem
zapłacić należność.
- Słucham? - Podszedłem bliżej. - Co jest nie tak z ogrodzeniem?
Gordanna skrzywiła się lekko.
- Jest zbyt słabe, żeby zabezpieczyć małe dzieci przed upadkiem z klifu.
Nie podobał mi się jej strofujący ton. Jak młoda kobieta, niedługo po
szkole, mogła krytykować moje rodzicielskie umiejętności?
- Panno Redburn, jestem architektem. Kiedy twierdzę, że to wystarczające
zabezpieczenie, można mi ufać.
Odkąd tu przybyła, zdążyła skrytykować niemal wszystko w moim domu.
Przedstawiła całą listę niezbędnych zmian, które należało wprowadzić dla
bezpieczeństwa dzieci - dzieci, które mieszkały w tym domu od urodzenia
i nigdy nie zrobiły sobie w nim najmniejszej krzywdy.
- Wie pani, on ma rację - rozległ się znajomy głos.
Jak na komendę odwróciliśmy się ja i kandydatka na nianię i zobaczyliśmy
Regan Penhaligon, stojącą na trawniku u Lachlana. Amerykanka z uroczymi
dołeczkami w policzkach pojawiła się nie wiadomo skąd.
- Chodzi mi o ten płot - ciągnęła Regan. - Dzisiaj w nocy próbowałam się
rzucić do morza, ale on zmienił się znienacka w transformera i mnie
ocalił, a potem zaproponował sesję terapeutyczną.
Usłyszawszy tak niedorzeczną historię, z trudem powstrzymałem śmiech.
Ukradkiem zerknąłem na Gordannę. Tamta w najmniejszym stopniu nie
wyglądała na rozbawioną. Zmierzyła krytycznym spojrzeniem Regan i uniosła brew. Amerykanka miała na sobie sukienkę bardzo podobną do tej,
którą nosiła wczoraj. Skromny dekolt, niezbyt skromna długość.
Również tak samo jak wczoraj przyszła boso, a jej pomalowane paznokcie
czerwieniły się w trawie.
Czując na sobie taksujący wzrok młodej kobiety, Regan straciła wesoły
nastrój. Splotła ramiona i wbiła zaczepny wzrok w Gordannie, jakby
chciała rzucić: "Masz jakiś problem?".
- A pani to kto? - zapytała kandydatka na nianię, jakby miała prawo
żądać wyjaśnień.
- Thane wkrótce zostanie moim szwagrem.
- A ma pani jakieś imię?
Dobry Boże, ta kobieta jest nie do zniesienia.
- Jestem Regan. A pani?
- Gordanna Redburn. - Wyciągnęła rękę. - Jestem nianią dzieci i gospodynią.
"Że co?". Odchrząknąłem, przygotowując się do trudnej wymiany zdań.
- Zdaje się, że zaszło nieporozumienie. To tylko rozmowa kwalifikacyjna.
Gordanna cofnęła dłoń, zanim Regan zdążyła ją ująć.
- Zakładałam, że skoro przyjechałam tu aż z Tintagel, rozmowa to tylko
formalność.
- Nie. To jest rozmowa kwalifikacyjna. A poza tym pokrywam wszystkie
wydatki związane z pani podróżą.
Gordanna wyprostowała się sztywno.
- Panie Adair, zapewniam pana, że nie znajdzie pan lepszej niż ja
kandydatki na opiekunkę tych dzieci.
- Dla Eilidh i Lewisa - poprawiłem ją z narastającą irytacją. - Moje
dzieci to Eilidh i Lewis. Nie żadne "te dzieci". I obawiam się, że nie
podjąłem jeszcze decyzji dotyczącej pani zatrudnienia.
Kobieta pojęła, co to oznacza, i z wyższością pociągnęła nosem.
- Cóż, wielkie dzięki za zmarnowanie mojego czasu. Sama znajdę drogę do
wyjścia i prześlę fakturę za taksówkę!
Zanim zdążyłem zareagować, kobieta pomaszerowała w stronę czekającego
auta.
- Co to, u diabła, było?
Wiatr rozwiał miedzianorude włosy Regan, odsłaniając jej twarz o szlachetnych rysach. Doskonale rozumiałem, co mój brat widział w Robyn,
jednak moją przyszłą szwagierkę trudno było nazwać klasyczną pięknością.
Natomiast jej przyrodnią siostrę - absolutnie tak. Miała wysoko
sklepione kości policzkowe, rozbrajające dołeczki, ciepłe, owalne,
brązowe oczy okolone gęstymi, ciemnymi rzęsami i kształtne usta, ani za
wąskie, ani zbyt pełne. Łączyło je podobieństwo, chociaż ich nosy bardzo
się różniły: Robyn był nieco zbyt długi, a Regan - drobny i delikatny.
Ogólnie biorąc, młodsza siostra robiła wrażenie kogoś, kto bardzo dba o wygląd. Robyn nie przywiązywała do tego tak wielkiej wagi, ale może
właśnie dlatego wydawała się jeszcze atrakcyjniejsza. Miała ten
szczególny magnetyzm, który działał na ludzi silniej niż fizyczna
doskonałość.
- Co to było? - powtórzyła Regan.
Podrapałem się po brodzie i westchnąłem.
- Pracuję jako niezależny architekt, ale ostatnio napływa coraz mniej
zleceń. Żeby z sukcesem prowadzić interes, trzeba go reklamować, co
wymaga czasu. A ja, wychowując w pojedynkę dwoje dzieci, tego czasu nie
mam. Musiałem wrócić do pracy w firmie, w Inverness. Zacząłem więc
szukać kogoś, kto by tu zamieszkał i zajął się dziećmi oraz prowadzeniem
domu. Kiedy Eilidh była mała, zatrudnialiśmy taką osobę, ale dostała
pracę w Stanach i wyjechała.
- I nie znalazłeś nikogo lepszego niż ta ekspertka od płotów? - Regan
skrzywiła się lekko.
- Spróbuj znaleźć kogoś, kto zrezygnuje z dotychczasowego życia i przeprowadzi się do tego odległego zakątka Szkocji - warknąłem
zirytowany jej zblazowanym podejściem.
Oczy Regan się rozszerzyły.
- Przepraszam. Nie chciałam, żeby to zabrzmiało lekceważąco. Ale powiem
wprost, nawet po krótkiej rozmowie z nią widzę wyraźnie, że nie nadaje
się na opiekunkę Eilidh i Lewisa.
Naraz przypomniałem sobie, jak wspaniale Regan dogadywała się z dziećmi,
i uśmiechnąłem się mimowolnie.
- To prawda, nie nadaje się. - Spojrzałem ponad jej ramieniem na dom
brata. - A gdzie się podziali Robyn i Lachlan?
Regan wzruszyła ramionami i popatrzyła na morze, żeby uniknąć mojego
wzroku.
- Gdzieś pojechali.
- Bez ciebie?
Znów wzruszyła ramionami.
- Mieli coś do załatwienia. - W końcu na mnie spojrzała i uśmiechnęła
się szeroko, jakby nie miała żadnych powodów do zmartwień. Jednak
dostrzegłem jakiś cień w jej oczach. - Zjawiłam się jak grom z jasnego
nieba. Trudno im było tak nagle zmienić plany.
Niewątpliwie z tą dziewczyną coś się działo. Sama Robyn nie mogła tego
nie zauważyć. Pod tym uśmiechem i beztroskim zachowaniem kryły się
smutek i coś jeszcze. Desperacja?
Przypomniałem sobie poprzedni raz, kiedy inna rudowłosa piękność ze
smutnym spojrzeniem zdobyła moje zaufanie i uśpiła czujność.
Zignorowałem narastającą ciekawość.
- Jasne. Lepiej będzie, jak już pójdę. Eilidh i Lewis pewnie się za
chwilę obudzą. - Zrobiłem krok w stronę domu, gdy nagle zdałem sobie z czegoś sprawę. - Wcześnie wstałaś.
- To ta zmiana strefy czasowej. No i te beznadziejne automatyczne
żaluzje w sypialni dla gości.
Parsknąłem rozbawiony.
- Rozumiem. Cóż. Pójdę już.
- Zaczekaj. - Podeszła bliżej, a jej krótka sukieneczka niebezpiecznie
załopotała na wietrze. - Właściwie to szłam do was, ponieważ obiecałam
Eilidh, że zaplotę jej warkocz.
- No tak - przypomniałem sobie.
Niespecjalnie chciałem, żeby Regan spędzała czas z moimi dziećmi. Jednak
minionego wieczoru nawiązała z nimi tak doskonałe porozumienie, podczas
gdy ja co chwila mówiłem lub robiłem coś, co tylko pogarszało sytuację.
Dzieci dawno już tak dużo się nie śmiały. No, chyba że Eilidh. Mój
kochany Żuczek zawsze znajdował jakiś powód do chichotu. Ale Lewis,
poważny mały człowieczek, od czasu historii z Lucy zbyt często chodził
zamyślony. Ogarnęło mnie okropne wrażenie, że zupełnie zawaliłem tamtą
rozmowę przy stole.
- Eilidh nawet jeszcze nie wstała.
- To może my porozmawiamy?
- O czym? - Pytająco uniosłem brew.
- O genialnym planie, który właśnie przyszedł mi do głowy.
Czekałem w milczeniu.
- Poznaj, proszę - oznajmiła triumfalnie - swoją nową pomoc domową i nianię.
Zdezorientowany, potrząsnąłem głową.
- Co takiego?
- Zostanę tu przez pół roku, ponieważ tyle mi wolno zgodnie z prawem. Na
dodatek potrzebuję pracy. Jak powiedziała Robbie, doskonale sobie radzę
z dziećmi i mam bogate doświadczenie w pracy z nimi. Wiem, że na to nie
wygląda, ale potrafię sprzątać, gotować i prać. Pół roku to długo i przez ten czas na pewno znajdziesz kogoś doskonałego i na stałe.
Zaskoczony propozycją gorączkowo się zastanawiałem, jak grzecznie
powiedzieć "po moim trupie".
- Regan... Wydaje mi się, że zatrudnienie członka rodziny to nie jest
dobry pomysł. A praktycznie rzecz biorąc, weszłaś już do rodziny.
No proszę. Wspiąłem się na wyżyny dyplomacji. I logiki.
- Aha... - Mina jej zrzedła.
Ogarnęło mnie poczucie winy.
- Ale jeśli usłyszę coś o pracy, która by się dla ciebie nadawała, zaraz
cię poinformuję.
- Jasne.
- No to... do zobaczenia wkrótce.
- A co z warkoczem Eilidh?
Westchnąłem cicho.
- Innym razem.
- Obiecałam jej, że dziś to zrobię. - Regan skrzyżowała ramiona na
piersi i przechyliła głowę na bok, patrząc na mnie z uporem. - Nie wiem
jak ty, ale ja dotrzymuję obietnic.
- Słyszałem coś innego.
Ledwie wypowiedziałem te słowa, zakląłem w myślach.
Regan odskoczyła o krok, jakby jej ktoś wymierzył cios w żołądek.
Ogarnęły mnie jeszcze silniejsze wyrzuty sumienia.
- Regan, ja...
Uniosła dłoń, przerywając mi.
- Nie mam pojęcia, co Robyn ci o mnie nagadała. Nie obchodzi mnie to.
Kocham ją z całego serca. Ściśle mówiąc, kocham ją mocniej niż
kogokolwiek innego.
Jej słowa brzmiały szczerze, mimo to nie wiedziałem, co o tym wszystkim
myśleć. W końcu Regan opuściła siostrę, kiedy ta jej najbardziej
potrzebowała.
- Mimo to bardzo się z siostrą różnimy. Patrząc na naszą sytuację z pewnego oddalenia, zdałam sobie sprawę, że rodzice zmienili nas w przesadzone wersje osób, którymi naprawdę nie jesteśmy. Chyba przez to
widziała we mnie kogoś, kto w rzeczywistości nie istnieje. Niezasłużenie
dorobiłam się złej opinii, choć wcale na to nie zasługuję. Na przykład
mówi się, że nie można na mnie liczyć, a tak nie jest.
Uśmiechnąłem się do niej chłodno.
- Nie odpowiadałaś na telefony i maile od siostry po tym, jak ktoś ją
chciał zamordować - i to dwa razy - więc się nie dziw, że masz reputację
kogoś, na kogo nie można liczyć.
W jej ślicznych oczach pojawiły się łzy, ale nie wzruszyło mnie to. Już
raz kiedyś dałem się nabrać na smutne minki i fałszywy płacz rudowłosej
kobiety, która umiała odgrywać ofiarę.
Regan przełknęła ślinę, zamrugała szybko oczami, żeby powstrzymać łzy, i wyprostowała ramiona.
- Tak, chyba masz rację. Jeśli chodzi o Robyn, popełniłam wiele błędów,
ale jestem tu po to, by je naprawić. I być lepszą siostrą. Nikt nie musi
w to wierzyć. Słowa to tylko słowa. Moje czyny będą mówić same za
siebie. - Oczy jej się zwęziły. - Taka właśnie jestem. Dotrzymuję
obietnic. I obiecałam pewnej ślicznej dziewczynce, że dzisiaj zaplotę
jej włosy.
Poczułem, że mój opór słabnie. Bąknąłem coś pod nosem i wskazałem na
dom.
- No to idziemy - powiedziałem.
Na policzkach Regan znów ukazały się te przeklęte dołeczki, którym tak
trudno było się oprzeć. Ruszyła we wskazanym kierunku.
- Masz w domu kawę?
- Tak. - Podążyłem za nią. - Czy do kawy życzy sobie pani słodką
bułeczkę?
Zignorowała mój ironiczny ton i odrzekła z irytującą wesołością:
- No jasne! - Po chwili rzuciła mi spojrzenie z ukosa. - Nie żartowałeś
z tymi bułeczkami, prawda? Obudziłeś we mnie ochotę na coś słodkiego.
Taaaką wielką! - Rozłożyła szeroko ramiona.
Jej komiczne zachowanie rozbawiło mnie, ale stłumiłem śmiech.
- Nie żartowałem - zapewniłem ją. - Kupiłem je, kiedy przygotowywałem
się do porannej wizyty pani Redburn. Niestety, okazało się, że bułeczki
są niezdrowe i nie należy ich trzymać w domu, w którym mieszkają dzieci.
Regan prychnęła cicho.
- Co za sztywna nudziara. Jestem o wiele lepszą kandydatką na nianię. -
Puściła do mnie oko.
Puściła oko!
Postanowiłem, że za nic nie dam się oczarować siostrze Robyn. Skupiłem
się na przyrządzaniu kawy i układaniu bułeczek na talerzu. Zerknąłem na
Regan, która rozglądała się po kuchni. Moja kuchnia była rozplanowana
podobnie do kuchni Lachlana, ale Fran, zmarła żona, urządziła ją
bardziej tradycyjnie, w prostym, lecz eleganckim stylu.
Wtem, jakby sama ta myśl przywołała obecność Fran, na ścianie ciągnącej
się od frontowych drzwi Regan spostrzegła rodzinne zdjęcia.
Znieruchomiałem, kiedy podeszła bliżej i zaczęła im się przyglądać.
Czułem, że zbliża się nieuchronne, więc zebrałem się w sobie i czekałem.
- Gdzie jest mama dzieci? - zapytała cichym, łagodnym głosem.
Znów poczułem w piersi pustkę, jak zawsze kiedy nawiedzało mnie
wspomnienie Fran. Podszedłem do Regan, stanąłem obok i przesunąłem
kciukiem po ramce jednej z fotografii.
Ja i Fran w dniu ślubu.
- Francine zmarła - powiedziałem. - Dwa miesiące po narodzinach Eilidh.
- Tak mi przykro. - Poczułem na ramieniu lekki, pocieszający uścisk jej
dłoni.
Odsunąłem się i wróciłem do kuchni.
- Jaką kawę pijesz?
Odpowiedziało mi milczenie.
- Z mlekiem i dwiema łyżeczkami cukru - odrzekła w końcu.
Uniosłem brew, wdzięczny za pretekst do zmiany tematu. Regan stanęła z niepewną miną przy wyspie.
- Dwie łyżeczki cukru? - zdziwiłem się.
Uśmiechnęła się do mnie blado.
- Mam słabość do słodyczy.
- Tatusiu? - Lewis stał u stóp schodów, ubrany w piżamkę z bohaterami z filmów Marvela.
Przecierał zaspane oczy i z ciekawością przyglądał się Regan.
- Cześć, kolego. - Podszedłem do syna i na powitanie pocałowałem go w czubek głowy. - Siostra jeszcze śpi?
Mały skinął głową, nie spuszczając wzroku z Regan.
- Dzień dobry. - Pomachała do niego przyjaźnie.
Ku memu zaskoczeniu zaspany synek podszedł do niej i wspiął się na
stołek obok. W przeciwieństwie do Eilidh, która budziła się radosna jak
skowronek, Lewis niczym starszy człowiek potrzebował sporo czasu, żeby
się rozbudzić. Rzadko się odzywał, dopóki nie zjadł śniadania.
- Cześć - przywitał Regan. - Przyszłaś.
- Tak jak obiecałam.
- Eils się ucieszy. - Ziewnął i zadał pytanie, jakie mu akurat przyszło
do głowy: - Widziałaś, jak grali Red Soxi?
Lewis lubił baseball. Przysłuchując się ich rozmowie, podsunąłem Regan
kubek z kawą i talerzyk, na który mogła położyć bułeczkę. Podziękowała
mi, a ja zacząłem szykować śniadanie dla syna. Cały czas słuchałem, jak
rozmawiają o baseballu. Ojciec Regan interesował się tym sportem, więc
kiedy była młodsza, często chodziła z nim na mecze, chociaż - jak
przyznała - sport nie bardzo ją interesował. Za to teraz siostra miała
ją szkolić w mieszanych sztukach walki. Regan oznajmiła to z wielką
dumą.
Nawet kiedy postawiłem przed synem miskę z owsianką i sok, chłopiec
nadal nie odrywał oczu od Regan. Rozmawiali z ożywieniem o drużynie
baseballowej, którą założyli jego koledzy, i było wyraźnie widać, że
jest całkiem rozluźniony.
Lewis nie skończył nawet trzech lat, kiedy zmarła jego matka. Z natury
był poważny, tak samo jak ja i Lachlan. Miał bardzo opiekuńczy stosunek
do siostry i reszty rodziny, ale przy obcych brakowało mu śmiałości. W przeciwieństwie do Eilidh nigdy się w pełni do nikogo nie przekonał
spoza najbliższych krewnych, włączając w to Robyn i Lucy.
Teraz śmiał się z historyjki Regan o tym, jak to w szkole średniej
podczas meczu pilnowała bazy domowej, żeby gracz drużyny przeciwnej nie
zdobył punktu. Nagle obok pojawił się ktoś z hot dogiem w ręku, a ona
zaczęła go przekonywać, żeby jej go oddał. Tak bardzo zaangażowała się w rozmowę, że nie upilnowała bazy i przeciwnik zdobył punkt.
- Ale dostałaś tego hot doga? - dopytywał Lewis.
Regan uśmiechnęła się łobuzersko.
- To był najlepszy hot dog w moim życiu.
Tak uważnie obserwowałem, jak mój syn zachowuje się w towarzystwie tej
prawie obcej młodej kobiety, że nie usłyszałem kroków Eilidh na
schodach.
- Regan! - zawołała radośnie dziewczynka i niemal potknęła się na
ostatnim stopniu, kiedy podekscytowana rzuciła się biegiem w stronę
gościa.
Regan zeskoczyła ze stołka i chwyciła małą w ramiona. Mimo szczupłej
budowy ciała bez trudu ją podniosła.
- Cześć, gwiazdo - przywitała ją.
- Przyszłaś! - oznajmiła Eilidh niemal dorosłym, pełnym czułości tonem i objęła jej twarz dłońmi.
Zobaczyłem z zaskoczeniem, że na twarzy Regan pojawia się wyraz
niekłamanej czułości.
- Dotrzymuję obietnic.
"Cholera".
Nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że mógłbym zaakceptować
propozycję Regan.
To byłoby niedorzeczne. Dzieci poznały ją niespełna dobę wcześniej. A jednak wytworzyły z nią więź tak szybko jak jeszcze nigdy z nikim.
Co więcej, spodobał mi się sposób, w jaki Regan poradziła sobie z Lewisem poprzedniego dnia przy obiedzie; to, jak mówiła o zwalczaniu
nieżyczliwości życzliwością i jak potrafiła rozładować napięcie. Miała
talent do rozmawiania z dziećmi i wiedziała, co powiedzieć, żeby je
uspokoić.
Lachlan na pewno się nie zgodzi.
Podobnie jak Robyn.
A może będzie inaczej?
Regan już kiedyś pracowała jako niania, zatem najwyraźniej rodzice
darzyli ją zaufaniem i powierzali jej swoje dzieci.
Tak oto stanąłem przed prawdziwym dylematem.
W poniedziałek miałem zacząć pracę, a nadal nie znalazłem opiekunki. Co
też mi chodzi po głowie?
"Nie".
Niezupełnie mijałem się z prawdą, kiedy twierdziłem, że zatrudnienie
członka rodziny to kiepski pomysł. A poza tym Robyn pewnie nie
chciałaby, żeby Regan przez następne pół roku mieszkała tuż obok niej.
"Nie".
Regan nie wchodzi w rachubę i już. Będę musiał wymyślić inne
rozwiązanie. I to szybko.
5
Regan
Obtarte pięty i palce piekły mnie niemiłosiernie, kiedy w końcu
skręciłam w wąską wiejską drogę, prowadzącą do widocznych w oddali
imponujących, nowoczesnych domów braci Adairów. Usłyszałam szum morza i poczułam zapach soli w powietrzu.
Kiedy jechałam samochodem, odległość dzieląca miasteczko Ardnoch od
Caelmore nie wydawała się duża. Właśnie dlatego uparłam się, kiedy Robyn
podwiozła mnie rano do miasteczka, że wrócę piechotą. Proponowała, żebym
włożyła jej buty trekkingowe, ale odmówiłam, gdyż miała stopy o numer
większe od moich i sądziłam, że nie będzie mi się w nich wygodnie szło.
Myliłam się. Na myśl o butach turystycznych, które zostawiłam w Bostonie
razem z połową mojego dobytku, jęknęłam cicho, ale dalej kuśtykałam
poboczem prywatnej wiejskiej drogi.
- Pieprzyć to! - Zrzuciłam buty i odetchnęłam z ulgą, kiedy moje
spuchnięte, obolałe stopy zetknęły się z chłodną ziemią.
Schyliłam się i podniosłam buty z paseczkiem. Włożyłam je, ponieważ
uznałam, że będą wygodniejsze niż szpilki. Przeklinałam w duchu swoją
miłość do sukienek i wysokich obcasów. Pakując się w pośpiechu,
popełniłam głupi błąd i zostawiłam wszystkie sportowe ciuchy. Tani bilet
lotniczy ograniczał ilość bagażu, który mogłam zabrać. Wzięłam więc małą
walizkę, do której nie zmieściła się ani jedna para tenisówek czy
płaskich butów. Jeśli miałam tu zostać, zdecydowanie musiałam uzupełnić
garderobę.
Żeby jednak zostać na dłużej, musiałam jak najszybciej znaleźć pracę, na
co się nie zanosiło. Od rana aż do wczesnego popołudnia odwiedziłam
każdy sklep, kawiarnię i restaurację w miasteczku, starając się
oczarować właścicieli.
Ardnoch okazało się najbardziej urokliwym miejscem, jakie kiedykolwiek
widziałam.
W centrum znajdował się główny rynek, a na nim parking dla gości.
Podczas mojej wyprawy poszukiwawczej odkryłam, że sklepy, restauracje,
hotele i pensjonaty można było znaleźć na wszystkich uliczkach Ardnoch
otoczonych ślicznymi domkami i kamieniczkami.
Historyczna architektura miasteczka zachwycała. Przed przyjazdem
podejrzałam nowe zdjęcia na Instagramie Robyn, zatem miałam okazję
zobaczyć Ardnoch przez jej obiektyw. Oglądane na własne oczy okazało się
jeszcze piękniejsze. Z podpisów pod fotografiami na Instagramie
wiedziałam, że wszystkie domy pochodzą co najmniej z pierwszej połowy XX
wieku, a katedra wznosząca się nieopodal Gloaming, największego
tutejszego pensjonatu, została wybudowana w średniowieczu. Przecinająca
miasteczko główna ulica nosiła nazwę Castle Street, zapewne dlatego, że
biegła do "Ardnoch Castle and Estate" - czyli zamku i posiadłości
Ardnoch.
Przy Castle Street stały jednakowe, dziewiętnastowieczne szeregowce z mansardowymi oknami. Wiele domów mieszkalnych zmieniono w butiki,
kawiarnie i gospody. Na tyłach Castle Street ciągnęły się rzędy
identycznych uliczek, ale mniej tu było sklepów i lokali
gastronomicznych. Odwiedziłam wszystkie w promieniu czterech przecznic
od głównej ulicy.
Dalej domy miały charakter wyłącznie mieszkalny.
Nikt nie szukał pracownika.
Lato się kończyło i wkrótce osoby zatrudnione tylko na sezon turystyczny
miały zostać zwolnione. Jak to możliwe, żeby w całym miasteczku nikt nie
potrzebował kogoś nowego do pracy? Ani kelnerek, ani sprzedawczyń, ani
sprzątaczek. Nikogo!
Podczas weekendu między mną a siostrą panowała trochę napięta,
niezręczna atmosfera, doszłam więc do wniosku, że powinnam znaleźć pracę
i wyprowadzić się z domu Lachlana. Wiedziałam, że Robyn chce, żebym
została, ale moim zdaniem nie był to dobry pomysł.
Lachlan nie mówił wiele. Nadal nie potrafiłam go rozgryźć. Wiedziałam
tylko, że patrzy na Robyn jak ktoś, kto jest gotów poświęcić dla niej
życie. Przy mnie również był małomówny i uważny, ale w inny sposób.
Czasami wydawało mi się, że za dużo widzi i wie.
Na przykład to, że jestem tchórzem.
Nadal nie potrafiłam zebrać się na odwagę i wytłumaczyć Robyn, dlaczego
się do niej nie odzywałam. Teraz przynajmniej ze mną rozmawiała.
A co będzie, jeśli po moich tłumaczeniach mnie znienawidzi? Może uzna,
że moje rozterki i wątpliwości to tylko żałosna wymówka? Przecież ja
sama tak uważałam.
Przekona się, jaki mam słaby charakter.
Jak mało we mnie odwagi.
Nie jest łatwo być tchórzem, a co dopiero, gdy się ma nieustraszoną
siostrę.
Ona również unikała tego trudnego tematu, chociaż było oczywiste, że
cały czas wisi on nad nami. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę,
zdenerwowałam się jeszcze bardziej. Jedyna dobra rzecz, jaka wynikała z tej sytuacji, to fakt, że odciągała moje myśli od sukinsyna, który od
ośmiu miesięcy zatruwał mi życie.
Wzdrygnęłam się na samą o nim myśl, postanowiłam więc zmienić temat
rozmyślań i skupić się na czymś innym. Pomógł mi w tym warkot samochodu
za plecami. Obejrzałam się i zobaczyłam zielonego Defendera, sunącego
wolno w moją stronę. Zastanawiając się, kto może nim jechać, zeszłam na
bok i stanęłam na trawie porastającej pobocze. Na ile mogłam, odchyliłam
się do tyłu, żeby samochód mógł przejechać swobodnie. Tymczasem on
zwolnił, a za jego kierownicą zobaczyłam nieznaną mi blondynkę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki