Nigdy nas tu nie było - Andrea Bartz

Kup ebooka

42.99 zł
36.03 zł (35,63 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Kri­sten pod­bie­gła do kra­wę­dzi patia i przy­kuc­nęła, wycią­ga­jąc dłu­gie ramię. Doty­kała pal­cami pną­cza, uno­sząc liście i odsła­nia­jąc ukryte pod nimi deli­katne łodygi. Wyobra­zi­łam sobie, jak się prze­wraca i upada, a widok jej syl­wetki wciąż mia­łam przed oczami. Nie wiem dla­czego. Przez jedną krótką chwilę wyobra­zi­łam sobie, że ją popy­cham.

Zamiast tego pode­rwa­łam się od stołu.

- Kri­sten, nie! - zawo­ła­łam. Drew­niane patio wzno­siło się na palach nad wino­ro­ślami poni­żej i były­śmy same, tak jak wszę­dzie, gdzie zatrzy­ma­ły­śmy się w tym tygo­dniu. Puste restau­ra­cje, puste tar­go­wi­ska, puste cen­tra infor­ma­cji tury­stycz­nej... Spo­ra­dycz­nie zda­rzało się sku­pi­sko innych odwie­dza­ją­cych, któ­rzy stali lub sie­dzieli ści­śnięci bli­sko sie­bie, choć wokół było dużo miej­sca.

Usły­sza­łam trzask i Kri­sten wstała, uno­sząc w górę zie­loną kiść wino­gron. Wło­żyła jedną kuleczkę do ust i prze­żu­wała w zamy­śle­niu.

- Nie­złe. Łap!

Nie udało mi się zła­pać, wino­grona wylą­do­wały na szkla­nym bla­cie. Rozej­rza­łam się i wzię­łam jedno, żeby spró­bo­wać. Kiedy je roz­gry­złam, zro­biło mi się cierpko na języku.

- Powie­dział, że mają marne plony w tym roku. Nie musia­łaś zry­wać całej kiści.

Opa­dła na krze­sło i pod­nio­sła swoje pisco sour, limon­ko­wo­zie­lone i pie­ni­ste.

- Zosta­wię im kilka dodat­ko­wych pesos na koniec. Byłam głodna - stuk­nęła swoją szklanką w moją. - Chyba wola­ła­byś, żebym kra­dła wino­grona, niż żeby spadł mi cukier, prawda?

- Fakt - głodna Kri­sten była nie do znie­sie­nia.

Męż­czy­zna w chu­ście owi­nię­tej wokół głowy obser­wo­wał nas z daleka, sto­jąc na końcu plan­ta­cji, gdzie wino­rośl gra­ni­czyła z rzę­dem roz­ło­ży­stych drzew. W oddali łagodne wzgó­rza prze­ci­nały postrzę­piony hory­zont. Kri­sten poma­chała do pra­cow­nika, a on ski­nął głową.

Roz­ko­szo­wa­łam się ostat­nią kro­plą drinka na języku. Popi­ja­ły­śmy je codzien­nie: sok z limonki, cukier puder i żół­tawą brandy, którą Chi­lij­czycy uwa­żali za star­szą niż peru­wiań­skie pisco. Poczu­łam, jak znowu zro­biło mi się błogo, byłam wolna od stra­chu, który nie dawał mi spo­koju przez ostat­nich trzy­na­ście mie­sięcy. Oto byłam na wycieczce życia: sie­dem nocy w Ame­ryce Połu­dnio­wej, zwie­dza­łam dzie­wi­cze góry i roz­ło­ży­ste doliny z moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką od ponad dzie­się­ciu lat. Kom­bi­na­cja tak orzeź­wia­jąca i słodka, że sma­ko­wała jak wcho­dze­nie w mor­skie fale. A zostały nam jesz­cze dwie noce.

Kri­sten spra­wiała, że wszystko było lep­sze. Jej pew­ność sie­bie była jak zawór bez­pie­czeń­stwa w dziw­nym i powi­kła­nym świe­cie. Kiedy pra­wie tydzień temu przy­tu­li­ły­śmy się na lot­ni­sku, łzy ulgi napły­nęły mi do oczu. Nie widzia­łam jej od roku - roku nazna­czo­nego napa­dami paniki, kosz­ma­rami i wrza­skami w poduszkę lub pod prysz­ni­cem, a cza­sami w zaci­śniętą pięść, którą zaty­ka­łam sobie usta. Ale w San­tiago, kiedy ode­bra­ły­śmy nasz wypo­ży­czony samo­chód i poje­cha­ły­śmy na pół­noc sze­ro­kimi auto­stra­dami, Kri­sten była jak zwy­kle nie­sforna. Krzyk­nęła, kiedy ujrzała Pacy­fik, zatrą­biła na stado pucha­tych alpak na pobo­czu drogi. Poka­zy­wała pal­cami przy­drożne sto­iska z owo­cami, falu­jące pola kuku­ry­dzy, któ­rych równe rzędy były jak odmie­rzone od linijki, pola dorod­nych warzyw prę­żą­cych się w słońcu. I jesz­cze to niebo - błę­kit tak przej­rzy­sty, że ema­no­wał nama­calną wręcz rześ­ko­ścią. Z jed­nej strony ten błę­kit spa­dał do oce­anu, a z dru­giej doty­kał pofał­do­wa­nych szczy­tów gór. Obec­ność Kri­sten była jak uspo­ka­ja­jący zapach, jak xanax w sprayu. To dzięki niej pozwo­li­łam sobie na relaks.

Pierw­szą noc spę­dzi­ły­śmy w La Serena, gdzie jadły­śmy ciek­nące lody, cho­dząc po zie­lo­nym rynku. Zatrzy­ma­ły­śmy się w hotelu, w któ­rym z jasno poma­lo­wa­nych ścian spo­glą­dały na nas obrazy świę­tych. Uzna­ły­śmy to miej­sce za zbyt tury­styczne i następ­nego ranka poje­cha­ły­śmy w głąb lądu. W Pisco Elqui poszły­śmy na lek­cję jogi do kobiety, która miała zde­for­mo­wane kolana i włosy do bio­der. Kiedy sta­ły­śmy w Gór­skiej Pozy­cji z pier­siami unie­sio­nymi w górę, oznaj­miła:

- Wasz uśmiech napę­dza wasze cora­zón, wasze serce.

Dru­giego wie­czoru trzech chło­pa­ków z col­lege'u z Nie­miec osa­czyło nas w barze i panika wró­ciła do mnie z rykiem cza­ją­cej się do skoku pan­tery. Kri­sten prze­jęła ini­cja­tywę. Była uro­cza, mogłaby roz­ma­wiać z każ­dym, a kiedy zauwa­żyła strach w moich oczach, grzecz­nie wyplą­tała nas z zaro­zu­mia­łego trio i popro­wa­dziła mnie z powro­tem w noc.

- Już dobrze, to ja, jestem tutaj - mru­czała, gdy wra­ca­ły­śmy ciem­nymi uli­cami do naszego hotelu. - Kri­sten jest tutaj.

Jej głos był bal­sa­mem, jej słowa koł­drą obcią­że­niową. Spa­ko­wa­ły­śmy się i wyje­cha­ły­śmy następ­nego dnia.

A dziś rano przy­by­ły­śmy tutaj, do Quite­rii. Na początku zanie­po­ko­iło mnie, że nie było tu żywego ducha. Zosta­wi­ły­śmy auto na par­kingu i włó­czy­ły­śmy się po pagór­ko­wa­tych uli­cach, walizki cią­gnęły się za nami jak przy­gnę­bione malu­chy przez, jak się wyda­wało, kilka godzin, zanim zna­la­zły­śmy otwarty hotel. Dosta­łam klu­cze do małego apar­ta­mentu, w któ­rym koł­dra była wil­gotna mimo suchego gór­skiego powie­trza. Słońce zacho­dziło i zda­łam sobie sprawę, że pustka w mie­ście będzie atu­tem: mniej męż­czyzn, czyli mniej kło­po­tów dla dwóch kobiet spa­ce­ru­ją­cych nocą po uli­cach. Wia­domo, co mówią o kobie­tach podró­żu­ją­cych samot­nie.

Kri­sten prze­łknęła resztkę swo­jego pisco sour.

- Wiesz, co powin­ni­śmy zro­bić? Wyra­zić życze­nia uro­dzi­nowe.

- Moje uro­dziny są dopiero za dwa tygo­dnie.

- Wiem, ale chcę przy tym być oso­bi­ście. A to jak wygrać tysiąc dola­rów!

To była nasza tra­dy­cja, opo­wia­da­ły­śmy sobie, co zgod­nie z naszymi nadzie­jami przy­da­rzy się tej dru­giej w tym roku. Wpa­dłam na ten pomysł, gdy prze­czy­ta­łam o dwóch naj­lep­szych przy­ja­ciół­kach, które pro­wa­dziły razem biz­nes i pisały sobie nawza­jem posta­no­wie­nia nowo­roczne.

- To ja pierw­sza - powie­działa, obra­ca­jąc się w kie­runku wino­gron. - Życzę ci, moja kochana Emily, żeby twoja firma dała ci wresz­cie ten zasłu­żony awans.

- Byłoby miło.

Kilka mie­sięcy temu zło­ży­łam poda­nie o awans na sta­no­wi­sko dyrek­tora, ale mój pra­co­dawca, Kib­ble, był kiep­sko zor­ga­ni­zo­wany, leniwy i do tego powłó­czył nogami. Jed­nak lubi­łam swoją pracę, nie­za­leż­nie od tego, czy dostanę awans, czy nie. Byłam mene­dże­rem pro­jektu w start-upie, który za duże pie­nią­dze dostar­czał wła­ści­cie­lom zwie­rząt domo­wych surową karmę eko­lo­giczną dla kotów. Mia­łam mło­dych, faj­nych współ­pra­cow­ni­ków, w tym moją pra­cową żonę, Priyę, i zdję­cia kotów dosłow­nie wszę­dzie.

Mimo to nie powie­dzia­łam Kri­sten, że moim ukry­tym życze­niem, gdy tylko zoba­czę spa­da­jącą gwiazdę, zła­pię puszek z dmu­chawca lub spoj­rzę na zegar o 11.11, będzie zna­le­zie­nie wspa­nia­łego part­nera i święty spo­kój. To było zbyt anty­fe­mi­ni­styczne i nazbyt tego pra­gnę­łam, by wyra­zić to sło­wami. Ale mając Kri­sten na dru­gim końcu świata, a przy­ja­ciół dawno już poże­nio­nych (co tam poże­nio­nych, mieli już dzieci!), moja cier­pli­wość była na wyczer­pa­niu. I może wresz­cie szłam we wła­ści­wym kie­runku...

- Mówił, że w tym mie­siącu roz­poczną roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyjne z kan­dy­da­tami - powie­dzia­łam jej. - To zabawne, zacho­wuje się, jakby nie miał czasu nawet o tym myśleć. Jakby był zbyt zajęty rato­wa­niem świata, czyli jed­nym wiel­kim kocim prze­wo­dem pokar­mo­wym.

- Ludzie, któ­rzy kochają koty, to naj­gor­sze typy. Mówię to jako peł­no­prawna miło­śniczka kotów, któ­rej prze­szka­dza tylko aler­gia.

- A ja uwa­żam, że jego poświę­ce­nie dla idei jest słod­kie!

Kri­sten prych­nęła.

- To biz­nes oparty na obse­sji ludzi na punk­cie zwie­rzę­cia, które ma wszystko gdzieś.

- Kot Rus­sella taki nie jest. Mochi odwza­jem­nia jego miłość. Widzia­łam na fil­mi­kach - Kri­sten prze­wró­ciła oczami, a ja pochy­li­łam się do przodu. - Daj spo­kój, lubię swoją pracę.

- Prze­pra­szam, prze­pra­szam, prze­pra­szam - mach­nęła ręką. - Dobra, teraz ty.

- No to tak... Moje życze­nia z oka­zji two­ich uro­dzin, pełne cztery mie­siące wcze­śniej, są takie, hmm... - postu­ka­łam w swoją szklankę. Że zdasz sobie sprawę, że nie­na­wi­dzisz Austra­lii. Że wra­casz do Mil­wau­kee. Że wra­camy do tego, jak było. - Mam nadzieję, że ole­jesz swo­jego głu­piego szefa, a twoja praca sta­nie się milion razy lep­sza. Albo znaj­dziesz nową, która cię uszczę­śliwi.

- To nie fair. Zmał­po­wa­łaś po mnie!

- Chyba o to cho­dzi, jak się ma trzy­dzie­ści lat, nie? Marzymy o roz­woju, karie­rze. Ale przy­naj­mniej mamy pracę.

- Prawda. I dzięki Bogu wła­śnie dobrze wyko­rzy­stu­jemy zaro­bione pie­nią­dze!

Wycią­gnęła rękę do wino­ro­śli, któ­rych nie­ska­zi­telne rzędy zwę­żały się w oddali. Za nimi pofał­do­wane góry poczer­wie­niały w zacho­dzą­cym słońcu. Na dachu desty­larni wylą­do­wał ptak i wydał z sie­bie piskliwy trel. Słodka zięba sierra, żółta jak żółtko jaja. Roz­po­zna­łam ją dzięki jakimś bez­sen­sow­nym bada­niom, które prze­pro­wa­dza­łam kie­dyś przy biurku w Mil­wau­kee.

W pobliżu roz­legł się dud­niący dźwięk. Chyba dzię­cioł, ale zanim się zorien­to­wa­łam, prze­mknęło mi przed oczami wspo­mnie­nie. Prze­stań. Prze­stań. Prze­stań. Oczy Kri­sten roz­sze­rzyły się, gdy zro­biła krok do tyłu, a na jej butach poja­wiła się krew. Moment, który wszystko zmie­nił, kiedy życie rów­niutko roz­darło się na przed i po.

Kri­sten popra­wiła oku­lary prze­ciw­sło­neczne i posłała mi pobłaż­liwy uśmiech. Odwza­jem­ni­łam. Bez sensu się zamar­twia­łam. Nawet incy­dent z trójką Niem­ców był nie­szko­dliwy. Nie było żad­nych dziw­nych męż­czyzn, któ­rzy krę­ci­liby się po kątach, a ich oczy podą­ża­łyby za nami zachłan­nie. Żad­nych pija­nych kolesi, któ­rzy stali tro­chę za bli­sko lub szli kilka kro­ków za nami po zaciem­nio­nych uli­cach. Nie ma powodu do nie­po­koju.

Spoj­rza­łam na Kri­sten i poczu­łam przy­pływ cie­pła.

Wszystko poszło ide­al­nie.

Gruba psz­czoła bzy­czała wokół naszych oku­la­rów, a Kri­sten odgo­niła ją ręką.

- Wygląda na to, że jeste­śmy tu jedy­nymi przy­jezd­nymi w pro­mie­niu kilo­me­trów - powie­dzia­łam. Izo­la­cja była zarówno eks­cy­tu­jąca, jak i nie­po­ko­jąca.

- To nie potrwa długo. Mój prze­wod­nik mówi, że wszyst­kie auto­busy tury­styczne przy­jeż­dżają w soboty - wycią­gnęła ręce i skrzy­żo­wała umię­śnione nogi. Kri­sten cho­dziła na cross­fit w Syd­ney i cza­sami jej koń­czyny nie­mal wpro­wa­dzały mnie w błąd. Brą­zowe i napięte wyglą­dały, jakby nale­żały do innego ciała.

Kri­sten prze­pro­wa­dziła się do Syd­ney osiem­na­ście mie­sięcy temu: jej firma badaw­cza otwo­rzyła biuro w Austra­lii, a szef zachę­cił ją, żeby apli­ko­wała. Ku mojemu prze­ra­że­niu zgo­dziła się, mru­cząc pod nosem, jak bar­dzo ma dość Mil­wau­kee - swo­jego rodzin­nego mia­sta - małego, zaścian­ko­wego, peł­nego skłó­co­nych miesz­kań­ców.

Kri­sten w Austra­lii. Wyda­wało się to kapry­sem, prze­lot­nym i dzi­wacz­nym. Nie zna­łam doro­sło­ści bez niej, od kiedy zaprzy­jaź­ni­ły­śmy się na Uni­wer­sy­te­cie Nor­th­we­stern, gdzie stu­dio­wa­ły­śmy eko­no­mię, do czasu, gdy obie zna­la­zły­śmy pracę w Wiscon­sin i dzie­li­ły­śmy roz­pa­da­jące się miesz­ka­nie przy Brady Street. Razem prze­dzie­ra­ły­śmy się przez pody­plo­mowe lata, przez złe randki i dobre wia­do­mo­ści o pracy, cięż­kie noce i jesz­cze trud­niej­sze poranki, aż wyszły­śmy z tego wypo­częte i trium­fu­jące pod koniec lat dwu­dzie­stych - ja z wła­snym miesz­ka­niem przy Fifth Ward, ona kilka mil dalej w River­west. Roz­ma­wia­ły­śmy swo­bod­nie o tym, jak pew­nego dnia będziemy dla sie­bie nawza­jem hono­ro­wymi druh­nami, jak ona w końcu zosta­nie cio­cią moich przy­szłych dzieci. Do tego czasu poko­cha­łam Mil­wau­kee z jego roz­le­głym brze­giem jeziora, nie­zli­czo­nymi festi­wa­lami i przy­ja­zną małą sceną muzyczną, na któ­rej debiu­to­wały praw­dziwe talenty, a nie uda­wa­cze chcący za wszelką cenę wyrwać się do któ­rejś z więk­szych metro­po­lii. Bar­dzo się sta­ra­łam nie odbie­rać jej przy­ty­ków do mia­sta oso­bi­ście.

Oczy­wi­ście cie­szy­łam się jej szczę­ściem, ale jed­no­cze­śnie uża­la­łam się nad sobą, czu­łam się pomi­nięta, zosta­wiona sama sobie na łaskę i nie­ła­skę losu, porzu­cona... Zosta­wiona, zosta­wiona, zosta­wiona... Pod jej nie­obec­ność pogrą­ży­łam się w depre­sji, prze­py­cha­jąc się przez życie, jakby co chwilę osia­dała na mnie war­stwa kurzu. Ale pod­trzy­ma­ły­śmy tra­dy­cję, którą zapo­cząt­ko­wa­ły­śmy w Mil­wau­kee: coroczne wycieczki do egzo­tycz­nych odle­głych miejsc, któ­rych więk­szość ludzi ni­gdy nie pla­no­wała odwie­dzić.

Przed­tem wybie­ra­łam tylko popu­larne mię­dzy­na­ro­dowe desty­na­cje (Lon­dyn, Cancún, Paryż...), więc każde waka­cje z Kri­sten były jakby wśli­zgnię­ciem się do tunelu cza­so­prze­strzen­nego, dzięki któ­remu poja­wia­łam się w innym wymia­rze, przy­pra­wia­ją­cym o zawrót głowy od dźwię­ków, zapa­chów i wido­ków. Wiet­nam był pierw­szy, H?i An i Hanoi, gdzie odkry­wa­ły­śmy wie­lo­po­ko­le­niowe domy, nocne targi i wyszu­kane świą­ty­nie, bar­dziej kolo­rowe niż pola maków. Potem Uganda, gdzie wszyst­kie nasze oszczęd­no­ści wyda­ły­śmy na jedyne w życiu oka­zje, które pię­trzyły się jak śnieg, począt­kowo cudowne, a potem dziw­nie nor­malne: wpa­try­wa­nie się w mar­mu­rowe oczy goryli z Bwindi, pły­wa­nie łodzią po Nilu w pobliżu kro­ko­dyli i tłu­stych hipo­po­ta­mów, kur­czowe trzy­ma­nie się ścian jeepa, gdy lew spo­glą­dał na nas pod­czas wycieczki w Parku Naro­do­wym Doliny Kidepo.

Celem trze­ciej podróży była Kam­bo­dża. Wtedy sprawy poto­czyły się źle. To było nasze pierw­sze spo­tka­nie po zamiesz­ka­niu w prze­ciw­nych zakąt­kach globu i nie mogłam się docze­kać spę­dzo­nego wspól­nie czasu. Miało być tak jak zawsze, kiedy wyjeż­dża­ły­śmy, zanim wypro­wa­dziła się z Mil­wau­kee. Ni­gdy nie sądzi­łam, że ten wyjazd będzie dla mnie tak trau­ma­tyczny i sta­nie się oso­bi­stym hor­ro­rem. Ale Kri­sten, jak zawsze, pomo­gła mi, ura­to­wała mnie, zaopie­ko­wała się mną. I oto były­śmy znów razem, nasze ostat­nie godziny w chi­lij­skiej doli­nie Elqui przy­ga­sały jak pło­mień sta­rej świecy, a mię­dzy nami wszystko było wspa­niale.

Kri­sten zerwała wino­grono z kiści, rzu­ciła je w powie­trze i zręcz­nie chwy­ciła ustami. Uśmiech­nęła się, prze­żu­wa­jąc.

- Otwórz usta, Em - trzy­mała kolejną kulkę jak rzutkę.

- Nie!

- Pozwól mi spró­bo­wać! Mam naprawdę dobre oko.

- Nie ufam ci.

- Hej, roz­ma­wiasz z trzy­krotną zdo­byw­czy­nią tytułu Króla Kró­lów koszy­kówki. Masz, wrzuć mi jedną do buzi - otwo­rzyła usta.

- To się nie skoń­czy dobrze - ostrze­głam, chi­cho­cząc, i rzu­ci­łam wino­grono w jej stronę. Odbiło się od pod­bródka i wylą­do­wało, dość nie­spo­dzie­wa­nie, w jej pustej szklance. Wpa­try­wa­ły­śmy się w nie obie z cichym podzi­wem.

Pod­czas dłu­giej podróży z lot­ni­ska w San­tiago byłam wdzięczna, że znów będę mogła roz­ko­szo­wać się aurą roz­ta­czaną przez Kri­sten, jej swo­bodną pew­no­ścią sie­bie i bły­sko­tli­wym dow­ci­pem. Ale gdy tylko pod­je­chała wypo­ży­czo­nym samo­cho­dem pod budkę z jedze­niem, poczu­łam, że się dener­wuję. Zja­dły­śmy lunch, opie­ra­jąc się o roz­grzaną maskę samo­chodu, a kucharka - tęga dama o brą­zo­wej skó­rze - cały czas się na nas gapiła. Kobieta była tu cał­kiem sama, po hory­zont cią­gnęły się tylko przy­sa­dzi­ste drzewa, które uno­sił gęsty pył. Pró­bo­wa­łam obda­rzyć ją przy­ja­znym uśmie­chem.

W każ­dym pie­rożku było całe jajko na twardo i przy­pra­wione mięso mie­lone, więc bez zasta­no­wie­nia chwy­ci­łam tele­fon, żeby zro­bić zdję­cie.

- Co ty robisz? - Kri­sten prze­łknęła kęs i unio­sła brwi. - Zapo­mnia­łaś?

- Nie zamie­rza­łam tego publi­ko­wać - mruk­nę­łam, rumie­niąc się.

- Oddaj to - słońce ude­rzyło w otwartą dłoń Kri­sten. Pro­mie­nie UV tra­fiały w każde zagłę­bie­nie jej dłoni, w każdy rowek opu­szek pal­ców. Nie poru­szy­łam się, a ona mach­nęła ręką. - Znasz zasady.

Podmuch wia­tru spra­wił, że krzewy wokół nas zaszu­miały. Kobieta pod­nio­sła wzrok znad lady, gdzie wał­ko­wała cia­sto.

Odda­łam Kri­sten tele­fon i uśmiech­nę­łam się.

- Cyfrowy detoks zaczyna się od teraz.

Wię­cej go nie wycią­ga­łam. Trzy­ma­ły­śmy tele­fony w toreb­kach, na wypa­dek nagłych zda­rzeń, ale były wyłą­czone, spo­czy­wały na dnie jak mar­twe bloczki metalu i szkła. Na początku naszej wyprawy do Kam­bo­dży spę­dzi­ły­śmy dwa dni bez tele­fo­nów i obie uzna­ły­śmy, że będziemy to kon­ty­nu­ować. A potem oka­zało się, że ta decy­zja dobrze nam zro­biła. Tyle szczę­ścia, tyle przy­pad­ko­wych detali, które spra­wiają, że jeste­śmy tu i teraz: żywe, bez­pieczne i wolne.

- To gdzie jedziemy w następ­nym roku? - spy­ta­łam.

Kri­sten prze­plo­tła wino­grono mię­dzy pal­cami.

- Tur­cja wciąż jest wysoko na mojej liście. A ty nie mówi­łaś, że sły­sza­łaś dobre recen­zje o Gru­zji?

Pokrę­ci­łam głową:

- Gru­zja, taki kraj? Nic o niej nie wiem.

- Dała­bym sobie rękę uciąć, że o niej mówi­łaś - odparła, mru­żąc oczy.

- Czemu nie, Tur­cja może być fajna - powie­dzia­łam. - Stam­buł jest podobno eks­cy­tu­jący.

- Myśla­łam też o Maroku. Tar­go­wa­nie się na baza­rach, jazda na wiel­błą­dach po pustyni i tak dalej.

Nagle poja­wiła się myśl, ale prze­łknę­łam ją w samą porę: Aaron poje­chał do Mar­ra­ke­szu kilka lat temu. On i ja byli­śmy na czte­rech rand­kach, po mie­sią­cach luź­nego prze­ko­ma­rza­nia się w kawiarni, w któ­rej pra­co­wał. Naj­wy­raź­niej cztery randki wystar­czyły, by prze­jął kon­trolę nad moim umy­słem, a moje marze­nia uno­siły się jak bąbelki w kie­runku poten­cjal­nego związku.

Nie wspo­mnia­łam o nim jesz­cze Kri­sten, nie po tym, kiedy moje pyta­nie zadane pierw­szej nocy: "Spo­tka­łaś ostat­nio jakichś faj­nych face­tów?", spo­tkało się z drwi­nami i kry­tyką. Kri­sten nie miała żad­nego poważ­nego chło­paka, odkąd ją zna­łam, a po sze­ściu mie­sią­cach w Syd­ney pozbyła się apli­ka­cji rand­ko­wych, roz­cza­ro­wana, gdy dowie­działa się, że szu­ka­nie part­nera jest tam rów­nie fru­stru­jące jak w Sta­nach. To nie tak, że nie chcia­łam jej tego powie­dzieć, po pro­stu uni­ka­łam tematu, żeby gadka o face­tach nie zdo­mi­no­wała tygo­dnia, zagłu­sza­jąc roz­mowy krą­żące wokół naszych marzeń, pla­nów i wewnętrz­nych świa­tów... I prę­dzej umrę, niż opo­wiem jej o moim rand­ko­wym szczę­ściu. Aaron był pierw­szym face­tem od lat, któ­rym byłam tak pod­eks­cy­to­wana, i nie chcia­łam tego zepsuć. Chcia­łam też zro­bić test: nie­długo włą­czę tele­fon i zoba­czę, czy pofa­ty­go­wał się, żeby do mnie napi­sać. Jeśli na­dal był wyraź­nie zain­te­re­so­wany, powiem o nim Kri­sten.

Pod­sko­czy­łam. Wła­ści­ciel desty­larni poja­wił się zni­kąd i pochy­lił nad moim ramie­niem. Zgar­nął obie nasze szklanki. Poczu­łam mro­wie­nie w pal­cach od skoku kor­ty­zolu, tak prze­sad­nie zare­ago­wa­łam.

- Czy jesz­cze coś paniom podać? - zapy­tał. - Nie­długo zamy­kamy.

Wycho­dząc, Kri­sten wycią­gnęła rękę i ponow­nie zapy­tała o jego imię.

- Dzię­kuję bar­dzo, Pedro - powtó­rzyła, a ja, sto­jąc za jej ple­cami, doda­łam po hisz­pań­sku kilka miłych słów. Żar­to­wa­ły­śmy na ten temat w dro­dze z San­tiago. Ona odczy­ty­wała każdy znak dro­gowy po ame­ry­kań­sku, a ja, siląc się na mój naj­lep­szy hisz­pań­ski akcent, wygi­na­łam język, jak uczyli nas w szkole pod­sta­wo­wej.

- Cie­szę się, że mogę ci się odwdzię­czyć za usługi szo­fer­skie moimi, pożal się Boże, umie­jęt­no­ściami trans­la­tor­skimi.

Kri­sten roz­pro­mie­niła się, jej mio­do­wo­brą­zowe włosy powie­wały przez otwarte okno. - Wiesz, że ni­gdy nie musisz mi się za nic odwdzię­czać.

Roz­dział 2

Jecha­ły­śmy w mil­cze­niu z powro­tem do hotelu ser­pen­ty­nową gór­ską drogą, usianą nagłymi spad­kami i od czasu do czasu w tle sły­sza­ły­śmy szcze­ka­nie psów. Region ten był popu­lar­nym miej­scem do obser­wa­cji gwiazd, więc latar­nie uliczne tu nie ist­niały, a świa­tła na weran­dach były słabe i świe­ciły na poma­rań­czowo.

- Co jemy na kola­cję? - zapy­tała Kri­sten. - Zatrzy­mała się, by pową­chać gałązkę kwia­tów fuk­sji. - Nie pachną.

- Wró­ci­ła­bym tam, gdzie jadły­śmy lunch - powie­dzia­łam, grze­biąc w torebce w poszu­ki­wa­niu inha­la­tora. Spa­cery po stro­mych zbo­czach i rzad­kie powie­trze nie prze­szka­dzały Kri­sten, ale ja nie byłam w tak dosko­na­łej for­mie jak ona. - Twoja miska komosy ryżo­wej wyglą­dała obłęd­nie. I, ni­gdy nie sądzi­łam, że to powiem: mam dość tych pie­roż­ków.

- O Boże, ja też - zatrzy­mała się na pod­jeź­dzie do hotelu. - Mia­łam nadzieję, że to powiesz. Idę pod prysz­nic, zanim wyj­dziemy coś zjeść.

- Nie spiesz się - wycią­gnę­łam klu­cze z torebki i zaczę­łam grze­bać przy bra­mie. W ciem­no­ści zer­ka­ły­śmy na ceglaną ścieżkę. Hotel miał dziwną kon­fi­gu­ra­cję: pokoje sku­pione w czte­rech oddziel­nych budyn­kach, z drzwiami otwie­ra­nymi na zewnątrz w stylu motelu. Był bar­dziej ele­gancki niż hotele, które zwy­kle wybie­ra­ły­śmy, a także droż­szy, ale Kri­sten uparła się, by ure­gu­lo­wać rachu­nek, i - wrę­cza­jąc zwi­tek gotówki - zigno­ro­wała moje zastrze­że­nia.

Kri­sten była zamożna w spo­sób, który intry­go­wał mnie na stu­diach i draż­nił mój umysł oby­wa­telki klasy śred­niej. Nie zwra­cała na to uwagi, ale ja zaczę­łam pota­jem­nie zbie­rać dowody. Kiedy ście­li­łam łóżko koł­drą w paski z mar­ketu, Kri­sten roz­kła­dała kre­mową koł­drę, ocie­ka­jącą tur­ku­sami prze­cho­dzą­cymi w kobalt, wyglą­da­jącą jak piękne dzieło sztuki. Mia­łam tanią pla­sti­kową lampkę z tanimi zdo­bie­niami, pod­czas gdy jej była ele­gancką lampą pod­ło­gową, którą usta­wiła w kącie. Wspo­mi­nała o wypra­wach do egzo­tycz­nych miejsc, ich nazwy brzmiały dla mnie jak z książki fan­tasy (Lublana, Brno, Zagrzeb, Baku), ale ni­gdy nie wymie­niała imion, ni­gdy nie nawią­zy­wała do swo­jego pocho­dze­nia z afek­to­waną dumą czy wymu­szoną pokorą.

Prze­krę­ci­łam klucz w drzwiach i wpa­dły­śmy do naszego apar­ta­mentu, czu­jąc ulgę, że wresz­cie tu dotar­ły­śmy. Rzu­ci­łam torbę na krze­sło, a Kri­sten zamknęła się w łazience. Z jakie­goś powodu przy­dzie­lono nam apar­ta­ment - albo dla­tego, że były­śmy tam jedy­nymi oso­bami, albo był to jedyny pokój, jaki pozo­stał. Tyle zro­zu­mia­łam, posłu­gu­jąc się moim prze­cięt­nym hisz­pań­skim. Zwy­kle mogłam poskła­dać wszystko, co chcia­ły­śmy powie­dzieć, ale nabie­ra­łam wody w usta, gdy miej­scowy odpo­wia­dał, mam­ro­cząc z pręd­ko­ścią spa­da­ją­cych ze zbo­cza odłam­ków skal­nych. Bez względu na to, jak bar­dzo ich bła­ga­łam, by zwol­nili (len­ta­mente, por favor, pala­bra por pala­bra), powta­rzali wszystko w tym samym tem­pie, po czym uśmie­chali się wycze­ku­jąco. Kri­sten też się na mnie gapiła - wszy­scy cze­kali, aż mój ospały mózg zacznie pra­co­wać, a ja czu­łam coraz więk­sze roz­draż­nie­nie.

Tutaj mogły­śmy mówić po angiel­sku. Usia­dłam na łóżku wod­nym, dziwna rzecz, i wyj­rza­łam przez okno. Za dnia był tu wspa­niały widok - brą­zowe góry z kil­koma kolo­ro­wymi domami poroz­rzu­ca­nymi u pod­nóża - ale teraz widzia­łam tylko niebo usiane gwiaz­dami. Nasłu­chi­wa­łam szumu wody dobie­ga­ją­cego z łazienki, po czym wycią­gnę­łam tele­fon i połą­czy­łam się z wi-fi. Długi ciąg ese­me­sów od Priyi opo­wia­da­ją­cych o prze­za­baw­nym momen­cie, który prze­ga­pi­łam na zebra­niu. I trzy ese­mesy od Aarona: naj­bar­dziej zwa­rio­wane wia­do­mo­ści z Mil­wau­kee, jakie udało mu się zna­leźć.

Uśmiech­nę­łam się. Zdał mój test, opo­wiem o nim Kri­sten dziś wie­czo­rem, kiedy nadej­dzie odpo­wied­nia pora. Zro­zu­mie, dla­czego o nim nie wspo­mnia­łam. Doce­ni­łaby, że nie chcia­łam spę­dzać całego tygo­dnia na ana­li­zo­wa­niu ran­dek. Oczy­wi­ście nie wymie­nię innego powodu - że chcę wresz­cie zostać mamą. Kri­sten, z jej wyso­kimi wyma­ga­niami wobec mnie, miała ten­den­cję do kry­ty­ko­wa­nia moich zain­te­re­so­wań miło­snych. Zawsze cze­piała się jakichś nega­tyw­nych detali, które prze­ga­pi­łam, zna­ków ostrze­gaw­czych, któ­rych nie chcia­łam widzieć. Dzięki Bogu, że Aaron zdał mój test, ina­czej kry­tyka Kri­sten pra­wie na pewno byłaby ostrzej­sza.

Mimo to Aaron, choć na­dal byłam w szoku, naprawdę wyda­wał się jed­nym z tych dobrych face­tów. Nasze pierw­sze spo­tka­nie wyglą­dało jak scena z kome­dii roman­tycz­nej: roz­ma­wia­li­śmy, pod­czas kiedy on przy­go­to­wy­wał dla mnie latte z mle­kiem owsia­nym w Café Mona, kafejce poło­żo­nej tuż obok mojego biura. Z cza­sem dowie­dzia­łam się, że docho­dzi do sie­bie po roz­sta­niu. Potem, w zeszłym mie­siącu, szczęka mi opa­dła, kiedy popro­sił o mój numer tele­fonu. Lubi­łam uma­wiać się na randki, ale z męż­czy­znami, któ­rych pozna­łam przez apli­ka­cję, ni­gdy nic nie wycho­dziło. A potem, rok temu, przy­się­głam sobie, że nie umó­wię się już na randki: każda męska ręka przy­po­mi­nała mi tę, która zagro­ziła mojemu życiu i posi­nia­czyła mnie tam­tej nocy w Kam­bo­dży. Zasko­czy­łam samą sie­bie, zga­dza­jąc się na pierw­szą randkę z Aaro­nem: kla­ska­nie do melo­dii polki w przy­tul­nym barze, w któ­rym ktoś przy­gry­wał na har­mo­nijce. Poszłam na randkę, czu­jąc przy­ja­ciel­skie wibra­cje, a wró­ci­łam zauro­czona. Był cier­pliwy, ni­gdy nie spra­wiał, że czu­łam się źle, bo nie byłam gotowa, by wyjść poza swoje sche­maty. Wtedy wybu­chła we mnie panika... Prze­stań. Prze­stań. Prze­stań. Był też dziwny, z tymi szyl­kre­to­wymi oku­la­rami, ciem­nymi opa­da­ją­cymi wło­sami i mania­kalną ener­gią poety. Nie w moim typie, a jed­nak...

Aaron w niczym nie przy­po­mi­nał mojego chło­paka ze stu­diów, Bena - może to wła­śnie mi się w nim podo­bało. Cią­gle widzia­łam cie­nie Bena u męż­czyzn z apli­ka­cji rand­ko­wych: wiel­kie "ach" i "och", wyż­szość, marny gust muzyczny. Wyczu­wam takich na kilo­metr. Aarona cecho­wała otwar­tość, która wydała mi się odświe­ża­jąca. Reali­zo­wał kolo­rowe pro­jekty gra­ficzne w środku nocy. Dora­stał w oko­licy i w wolne dni lubił wędro­wać po sta­ro­mod­nych muze­ach, takich jak rezy­den­cja Pab­sta i nieco prze­ra­ża­jąca eks­po­zy­cja Ulice sta­rego Mil­wau­kee w publicz­nym muzeum. Inte­re­so­wał się wszyst­kim, ale przede wszyst­kim mną.

Kri­sten wyszła spod prysz­nica w obło­kach pary. Wycią­gnęła z szafy sukienkę i usia­dła przed lustrem. Ostroż­nie nało­żyła pod­kład, pocią­gnęła rzęsy tuszem. Zasta­na­wia­łam się, po co wciąż to robimy: w końcu nie wsta­wia­ły­śmy na Insta zdjęć, a Kri­sten nie obcho­dziło zbyt­nio impo­no­wa­nie nie­zna­jo­mym. Wyobra­żam sobie, że była przy­zwy­cza­jona do pięk­nego wyglądu, miała lekko krę­cone włosy w kolo­rze kar­melu i duże orze­chowe oczy.

- Nie mogę uwie­rzyć, że to nasza przed­ostat­nia noc - mówiła zadu­mana Kri­sten, gdy szły­śmy do mia­sta.

- Wiem. Nie­długo wró­cimy do swo­ich kla­tek, brr... - spoj­rza­łam na nią. - Potrze­bu­jemy planu dzia­ła­nia, żeby pora­dzić sobie z Luca­sem - nie­na­wi­dziła swo­jego szefa, przy­sa­dzi­stego szwaj­car­skiego emi­granta, który, jak powie­działa, zaczął jej nie lubić w chwili, gdy firma wydała ponad tysiąc pięć­set dola­rów na jej wizę pra­cow­ni­czą. - Co wiemy o wspar­ciu dla mene­dżera?

- Że to nie­moż­liwe, jeśli jesteś kozłem ofiar­nym - wzru­szyła ramio­nami. - Branża nie osiąga kwar­tal­nych celów, a ja jestem jedy­nym mene­dże­rem, który nie należy do ich klubu waż­nia­ków. Chyba się mnie boją.

- Cie­bie?

- Tak jak wszy­scy męż­czyźni, choć nie zdają sobie z tego sprawy, boją się kobiet - prze­je­chała pal­cami po dzi­kiej wino­ro­śli wiszą­cej nad ulicą.

- Myślisz, że męż­czyźni się nas boją? Uwa­żam, że wręcz prze­ciw­nie. Z dru­giej strony nie jestem tak twarda jak ty.

Czy tak wła­śnie postrze­gała życie? Ja na przy­kład zazdro­ści­łam męż­czy­znom obo­jęt­no­ści na ich oso­bi­ste bez­pie­czeń­stwo, choćby tego, jak potra­fią przejść przez ciemną ulicę bez oglą­da­nia się za sie­bie.

- Oczy­wi­ście, że tak. Dla­tego są tak okrutni. Do tego są szur­nięci i mają bzika na punk­cie kara­bi­nów sztur­mo­wych.

- Dla­czego mia­ły­by­śmy ich prze­ra­żać?

- Ponie­waż wiemy różne rze­czy. Widzimy i wyczu­wamy rze­czy, któ­rych oni nie widzą - prze­szła przez koń­skie łajno. - W końcu to my zja­dły­śmy owoc z drzewa pozna­nia.

- Odnie­sie­nie biblijne. Tro­chę to sta­ro­modne.

Czy wszyst­kie kobiety były mistrzy­niami wykry­wa­nia takich rze­czy? Kri­sten potra­fiła być spo­strze­gaw­cza, odczy­ty­wać inten­cje ludzi w sprytny, inte­lek­tu­alny spo­sób. Ale ja byłam od niej wraż­liw­sza, bar­dziej podatna na kry­tykę i bar­dziej empa­tyczna. Ozna­czało to, że widok umie­ra­ją­cego ptaka na pobo­czu drogi mógł napeł­niać mnie smut­kiem, ale były też zalety: za każ­dym razem, gdy prze­la­ty­wał obok motyl, wypeł­niała mnie radość, jak­by­śmy dzie­lili wspól­nie tajem­nicę.

Skrę­ci­ły­śmy z wąskiej uliczki w bru­ko­waną i na nowo spoj­rza­ły­śmy na uro­czą wege­ta­riań­ską restau­ra­cję: przy­po­mi­na­jąca drzewo paproć zaj­mo­wała śro­dek patia z kolo­ro­wymi łapa­czami snów i wytartą tybe­tań­ską flagą modli­tewną roz­wie­szoną mię­dzy pobli­skimi drze­wami. Nasze pod­eks­cy­to­wa­nie nowymi mia­stami gra­ni­czy z orga­zmem. Kiedy wcze­śniej natknę­ły­śmy się na to miej­sce, obie były­śmy tak przy­tło­czone jego pięk­nem, że przy­tu­li­ły­śmy się spon­ta­nicz­nie do sie­bie, chi­cho­cząc z rado­ści.

Kri­sten uwiel­biała opo­wia­dać ludziom, jak się pozna­ły­śmy, jak byśmy były parą z wie­lo­let­nim sta­żem, wciąż zdu­mioną naszym szczę­ściem. Na dru­gim roku były­śmy jedy­nymi kobie­tami na semi­na­rium zaty­tu­ło­wa­nym Metody sta­ty­styczne w eko­no­mii. Kilku face­tów, głów­nie senio­rów, wyklu­czało nas z dys­ku­sji, prze­wra­ca­jąc oczami na nasze pyta­nia i powta­rza­jąc nasze uwagi z nie­mal komicz­nym poczu­ciem zado­wo­le­nia. Kiedy weszły­śmy z powro­tem na kory­tarz, uśmiech­nę­łam się nie­śmiało do Kri­sten.

- To było... inte­re­su­jące.

- Powin­ny­śmy razem stu­dio­wać - powie­działa. - Choćby po to, żeby zani­żyć tym dup­kom sta­ty­styki. Jestem Kri­sten.

Popra­wi­łam książki, by uści­snąć jej wycią­gniętą rękę. A potem poczu­łam to roz­chwia­nie, takie, jakie czuje się, kiedy scho­dzi się z łodzi: jakaś część mnie wie­działa, że to ważne, że nic już nie będzie takie samo.

Nie dozna­łam tego uczu­cia, odkąd pozna­łam Bena na impre­zie w liceum, kiedy to uro­czy uczeń z pry­wat­nej szkoły pod­szedł i powie­dział "cześć", a jego lodo­wa­to­nie­bie­skie oczy wpa­try­wały się w moje. W ciągu mie­siąca byli­śmy już ofi­cjal­nie parą. Na dru­gim roku stu­diów, zanim Kri­sten uści­snęła moją rękę, nie byli­śmy już z Benem tacy zako­chani. Ale na­dal go kocha­łam, bo byli­śmy razem od lat. Mia­łam do tego podej­ście oparte na eko­no­mii beha­wio­ral­nej: uzna­łam, że cały spę­dzony razem czas, prze­strzeń, wie­dzę i uczu­cia, które już zain­we­sto­wa­li­śmy, przy­szłość, którą wyobra­ża­li­śmy sobie w Min­ne­apo­lis, skąd oboje pocho­dzi­li­śmy, były już de facto sfi­na­li­zo­waną umową, nie­unik­nione więc, że będziemy już zawsze ze sobą. W prze­ciw­nym razie ozna­cza­łoby to nie­moż­li­wość odzy­ska­nia ponie­sio­nych kosz­tów i pogrze­bane nadzieje.

Tak mało wtedy wie­dzia­łam. Nie mia­łam moż­li­wo­ści cof­nię­cia się o krok i jasnego spoj­rze­nia na wiele rze­czy. On się tobą opie­kuje, mówi­łam sobie, ponie­waż dał jasno do zro­zu­mie­nia, że jest mądrzej­szy ode mnie. On chce tylko dla cie­bie tego, co naj­lep­sze, mówi­łam sobie, ponie­waż nie lubił moich bar­dziej hała­śli­wych kole­gów ze stu­diów, nie­na­wi­dził, kiedy piłam, i pra­wie dosta­wał apo­plek­sji, gdy pró­bo­wa­łam trawki. Chce, żebyś była jak naj­lep­sza, recy­to­wa­łam jak nakrę­cana lalka, bo chciał, żebym poznała ezo­te­ryczną lite­ra­turę rosyj­ską, kino arty­styczne i muzykę, któ­rej słu­chały snoby. Poza tym w naszej dyna­mice była pewna przy­tul­ność. Wie­dzia­łam, jaką pił kawę, w któ­rej restau­ra­cji zjemy przed pój­ściem do kina i jak wszystko się skoń­czy. Spoj­rze­nie w przy­szłość, jak rzu­ce­nie okiem na ostat­nią stronę książki, zanim nar­ra­cja sta­nie się zbyt inten­sywna.

A potem pozna­łam Kri­sten. Pra­wie natych­miast sta­ły­śmy się nie­roz­łączne: odkry­ły­śmy naszą miłość do gier słow­nych oraz głu­pich łami­głó­wek i stwo­rzy­ły­śmy wła­sny sekretny język, nasz her­me­tyczny świat. Spo­ty­ka­ły­śmy się w róż­nych miej­scach na kam­pu­sie, żeby się wspól­nie uczyć, a ich loka­li­za­cję odkry­wa­ły­śmy dzięki wska­zów­kom w ese­me­sach - takie poszu­ki­wa­nie skar­bów z byciem razem jako nagrodą. W aka­de­mi­kach zosta­wia­ły­śmy kryp­to­grafy na tabli­cach naszych drzwi, zaszy­fro­wane skargi na to, że zosta­ły­śmy wyrzu­cone z pokoju, lub zapro­sze­nia na kola­cję do Hin­mana. Skra­da­nie się, zosta­wia­nie sekret­nych rze­czy na widoku, to wszystko powo­do­wało przy­pływ adre­na­liny. Ale któż nie lubi, jak mu się uda?

Tro­chę dziw­nie o tym myśleć, jak sądzę, po tym, co wyda­rzyło się w Kam­bo­dży. Krew na pod­ło­dze two­rząca kałużę.

Na stu­diach prze­by­wa­nie z Kri­sten przy­nio­sło mi wyraźną ulgę, gdy zda­łam sobie sprawę, jak mała i spięta czu­łam się w towa­rzy­stwie Bena. Kri­sten była pierw­szą osobą, która ten zwią­zek zakwe­stio­no­wała, zada­wała wła­ściwe pyta­nia, aż powoli, powoli zaczę­łam roz­po­zna­wać mani­pu­la­cję, kry­tykę. Zaczę­łam sta­wiać się Benowi i wyty­kać mu różne rze­czy. Chcia­łam wie­dzieć, dla­czego nasze plany pody­plo­mowe były naprawdę jego pla­nami ze mną jako zale­d­wie rekwi­zy­tem. To do Kri­sten pobie­głam o dru­giej w nocy, kiedy na ostat­nim roku Ben i ja wda­li­śmy się w kłót­nię stu­le­cia, wrzesz­cząc i wyma­chu­jąc rękami.

On i ja pra­wie ni­gdy się nie kłó­ci­ły­śmy, zamiast tego budo­wa­li­śmy wza­jemną nie­chęć, więc nad­szedł taki moment, gdy część mnie ode­rwała się od ciała i uno­siła nad głową jak dron. Czy to się naprawdę dzieje? Czy tak to ma wyglą­dać? Odwró­cił się, a ja się­gnę­łam po jego ramię. Spójrz na mnie, kiedy do cie­bie mówię, a on odwró­cił się tak gwał­tow­nie, że tył mojej głowy zde­rzył się ze ścianą za mną, zanim zdą­ży­łam się domy­ślić, dla­czego i jak.

- Nie pró­bo­wa­łem cię ude­rzyć - powie­dział groź­nie, zamiast prze­pro­sić. Prze­pchnę­łam się obok niego i pobie­głam do drzwi. Po kilku dniach Kri­sten poszła do Bena i spa­ko­wała moją walizkę, a on patrzył z zaci­śnię­tymi zębami. Ni­gdy nie zerwa­li­śmy oso­bi­ście.

Chcia­łam go znowu zoba­czyć, co było żało­sne. Chcia­łam krzy­czeć i pła­kać, gdy mnie trzy­mał, bo jego ramiona były dla mnie pra­wie tak zna­jome jak moje wła­sne. Ale Kri­sten wie­działa lepiej.

- Dokręć zawór - powie­działa wtedy. - Nie mar­nuj kolej­nej sekundy na tego dziada. Teraz może zna­leźć kogoś nowego, kto spró­buje wci­snąć się do jego maleń­kiego, dusz­nego pudełka, a ty bądź twarda, bo taka naprawdę jesteś.

Teraz Kri­sten pode­szła do kel­nera i unio­sła dwa palce.

- Una mesa para dos1 - powie­działa. Zawsze szybko się uczyła. Pozwo­lił jej wybrać sto­lik, wska­zała mi miej­sce z wido­kiem na salę, a sama zajęła to, z któ­rego patrzyło się na ścianę.

- To był taki fajny tydzień - wycią­gnęła rękę i ści­snęła moje przed­ra­mię. - Taki wylu­zo­wany i magiczny.

- Dokład­nie to, czego potrze­bo­wa­ły­śmy - zgo­dzi­łam się, roz­kła­da­jąc ser­wetkę.

- Od dawna nie byłam tak zre­lak­so­wana.

Prze­stań. Prze­stań. Prze­stań. Krew spływa po meta­lo­wym słu­pie jak farba. Oczy Kri­sten roz­sze­rzają się ze zdu­mie­nia. Krew spły­wa­jąca na jej ręce, nad­garstki, buty...

- Można by pomy­śleć, że jest tak jak zawsze - powie­działa. Otwo­rzyła menu. - Możemy zacząć z tego samego punktu, w któ­rym prze­rwa­ły­śmy, jakby nic się nie zmie­niło. I to wła­śnie ozna­cza, że jeste­śmy praw­dzi­wymi przy­ja­ciół­kami.

Roz­dział 3

Oto co się wyda­rzyło: pewien męż­czy­zna zaata­ko­wał mnie w Phnom Penh w Kam­bo­dży i zabi­ły­śmy go w samo­obro­nie.

Był tury­stą z połu­dnio­wej Afryki, kole­siem z długą blond brodą i ogrom­nymi owło­sio­nymi ramio­nami, pie­go­wa­tym i opa­lo­nym. Odwró­cił się w naszą stronę w wil­got­nym barze, a wła­ści­wie w stronę Kri­sten, zwy­czaj­nie ślicz­nej w spodniach koloru kości sło­nio­wej i bez­rę­kaw­niku, i zapy­tał, jak nam się podoba w Kam­bo­dży. Nazwa­ły­śmy go goguś, co w naszym języku ozna­czało, że jest łobu­zer­ski i gło­śny, ale też uro­czy. Po kilku minu­tach wycią­gnął rękę: "Jestem Seba­stian, tak przy oka­zji", a Kri­sten powie­działa mu, że ma na imię Nicole. To było coś, co robi­ły­śmy już na stu­diach: poda­wa­ły­śmy fał­szywe imię, aby poka­zać, jak mało liczyła się dla nas inte­rak­cja z daną osobą, jak bar­dzo były­śmy pewne, że ni­gdy wię­cej nie zoba­czymy tego faceta. Po Benie pil­no­wa­łam się, by nie wpaść za szybko w jakiś zwią­zek, zresztą Kri­sten mnie przed tym prze­strze­gała. A pod­czas podróży uży­wa­nie pseu­do­ni­mów nada­wało naszym nocom eks­cy­tu­ją­cego wydźwięku: "Pew­nego razu w Las Vegas".

Uda­wa­łam razem z nią, przed­sta­wia­jąc się jako Joan. Ale Seba­stian z RPA był naprawdę zabawny. I w jakiś dziwny spo­sób, kiedy poczu­łam się jako ta mniej pożą­dana kole­żanka, włą­czył mi się dow­cip i poczu­cie humoru, zaska­ku­jąc pre­cy­zją i wyczu­ciem czasu. Kri­sten nie miała nic prze­ciwko. I tak gość był bar­dziej w moim typie, a ona usu­nęła się z drogi, odwra­cała się i roz­ma­wiała z nie­zna­jo­mymi.

Czas pły­nął szybko, zro­biło się chłod­niej. Naj­pierw bar ucichł, potem ulice na zewnątrz poszły w jego ślady. Ryk prze­jeż­dża­ją­cych moto­cy­kli cichł w oddali, zagłu­szany oka­zjo­nal­nymi okrzy­kami pija­nych tury­stów. Dotknę­łam szorst­kiego bicepsa Seba­stiana, kiedy mnie roz­śmie­szył, a on przy­ci­snął dłoń do mojej talii, by prze­pu­ścić kel­nera. "Nicole" kupiła nam kolejną kolejkę piwa ang­kor i kiedy wzno­si­li­śmy toast, posłała mi poro­zu­mie­waw­czy uśmiech.

Roz­mowa nie­uchron­nie zmie­rzała ku "czas się stąd zbie­rać". Zatrzy­mał się w hostelu jesz­cze bar­dziej kiep­skim niż nasz, gdzie wyna­jął łóżko w pokoju wypeł­nio­nym pry­czami, więc święta Kri­sten uparła się, że chce zostać sama w tym mar­twym barze i wypić solo ostat­nie piwo.

- Wrócę do hotelu do... pół­nocy - zapro­po­no­wała, a Seba­stian i ja z wdzięcz­no­ścią kiwa­li­śmy gło­wami i wszystko było jasne dla wszyst­kich.

Kri­sten chwy­ciła mnie za łokieć w dro­dze do wyj­ścia i jesz­cze raz zapy­tała:

- Na pewno?

Zawa­ha­łam się. W końcu nie zna­łam tego faceta. Moje prze­lotne przy­gody typu seks na trze­ciej randce na Środ­ko­wym Zacho­dzie (od zabaw­nych po żało­sne, to może nie do końca było to, czego chcia­łam, ale godzi­łam się, bo nagle znaj­do­wa­łam się z gościem w łóżku), miały w sobie coś oswo­jo­nego. Oko­lice, które zna­łam, tele­fon komór­kowy i trzy cyfry, które mia­łam wykute na pamięć. Tu było ina­czej. Ani Kri­sten, ani ja nie mia­ły­śmy do tej pory żad­nego waka­cyj­nego romansu. Ale potem sta­ra­łam się ode­przeć nie­po­kój, który czę­sto wkrada się, gdy robi się coś tylko dla­tego, że facet był zabawny, sek­sowny i w dodatku mnie chciał.

Dużo myślę o tym momen­cie, kiedy pokle­pa­łam Kri­sten w ramię i odwró­ci­łam się. Jak to zmie­niło bieg naszego życia, mojego i jej. Jak nasza ścieżka roz­wi­dlała się i skrę­cała, pozo­sta­wia­jąc za sobą tak wiele nie­tknię­tych nitek wybie­ga­ją­cych ze środka jak w koron­ko­wej ser­wetce. Gdy­bym wtedy na przy­kład poszła po rozum do głowy i zmie­niła zda­nie, a Seba­stian roz­pły­nąłby się w mroku, albo gdy­bym wybrała inną ścieżkę i ni­gdzie byśmy nie poszli, tylko cało­wa­li­by­śmy się w barze lub gdzieś na rogu ulicy...

Ale stało się tak, jak się stało. Wybra­łam tę naj­bar­dziej supeł­ko­watą nitkę i trzy­ma­jąc się jej, podą­ży­li­śmy w noc. Kiedy wycho­dzi­li­śmy, błysk fle­sza ośle­pił mnie na chwilę, choć nie wie­dzia­łam, kto zro­bił zdję­cie - może ktoś, komu weszli­śmy w kadr w barze. Cza­sami myślę o tym zdję­ciu, o tym, że ktoś je pew­nie usu­nął z chmury, nie­świa­domy, że jest na nim zagi­niona osoba w jej ostat­nich chwi­lach. Może być bar­dzo, bar­dzo źle, jeśli trafi na to wła­ściwa osoba, połą­czy kropki i prze­każe to wła­dzom RPA. Kto wie, co jesz­cze jest przy­pad­kowo udo­ku­men­to­wane w tele­fo­nach, na twar­dych dys­kach i w zaku­rzo­nych albu­mach ze zdję­ciami? W tym szu­mie w tle, który ma różne zna­cze­nia dla róż­nych odbior­ców...

Seba­stian i ja szli­śmy razem, prze­ci­na­jąc pełne koma­rów powie­trze i trzy­ma­jąc się za ręce, a jego dłoń zsu­nęła się w dół, żeby ści­snąć mój tyłek. Gdy dotar­li­śmy do fron­to­wych drzwi hotelu, dyżurny pra­cow­nik spał na sofie w holu. Kciuk Seba­stiana pogła­dził mój, gdy cze­ka­li­śmy, aż nas wpu­ści. Robiło mi się coraz cie­plej mię­dzy nogami, potem sek­sowny, głę­boki poca­łu­nek, gdy tylko zna­leź­li­śmy się sami w pokoju.

Na początku było gorąco i pod­nie­ca­jąco: odkry­łam, że lubi mie­szać przy­jem­ność z bólem, chwy­tał moją dolną wargę zębami, zacze­sy­wał moje włosy do tyłu ostrym szarp­nię­ciem. Nie było to w moim stylu, ale czu­łam się tro­chę jak zdo­bycz, tak pożą­dana, że ledwo mógł powstrzy­mać swój zwie­rzęcy popęd. Przez lata mia­łam dość edu­ka­cji sek­su­al­nej - quizów w cza­so­pi­smach i roz­mów z przy­ja­ciółmi oży­wio­nych winem - by wie­dzieć, że aby zro­bić na kimś pio­ru­nu­jące wra­że­nie, trzeba poka­zać, że się inte­re­su­jesz tym co on, i odbie­rać jego nie­wer­balne znaki. Więc szarp­nę­łam jego blond włosy. Zamie­nił poca­łu­nek w szyję w ugry­zie­nie. Prze­je­cha­łam opusz­kami pal­ców po jego nagich ple­cach i nagle zaci­snę­łam palce, robiąc dzie­sięć drob­nych zadra­pań, i uśmiech­nę­łam się przy jego ustach, kiedy jęk­nął z przy­jem­no­ści.

Ale wtedy coś się zmie­niło.

W tym samym momen­cie dotarło do mnie, że chcę się prze­łą­czyć na zupeł­nie inny kanał. Prze­stań. Prze­stań. Prze­stań.

Odczu­cie dotyku jego ust piesz­czą­cych mój sutek zmie­niło się w ból. Sap­nę­łam i ode­pchnę­łam jego poli­czek, a on zbli­żył się, by znów mnie poca­ło­wać. Potem zaci­snął pięść na moich wło­sach i szarp­nął tak mocno, że łzy napły­nęły mi do oczu. Byłam zasko­czona i oszo­ło­miona:

- Hej, nie tak ostro.

Znów się uśmiech­nął, jego ruchy wciąż były płynne.

- No co ty, tylko się bawimy.

Przy­gryzł zębami pła­tek mojego ucha, aż krzyk­nę­łam. Usia­dłam, opie­ra­jąc się o wez­gło­wie.

- To boli.

- Jesteś tak cho­ler­nie sek­sowna.

- Mówię poważ­nie - strą­ci­łam jego rękę z mojej piersi.

Nagle poru­szył się tak szybko, że ledwo to zare­je­stro­wa­łam, i chwy­cił mój nad­gar­stek w swoją dłoń.

- Chcesz, żebym na to zapra­co­wał, co?

- Skoń­czy­li­śmy - zerwa­łam się z łóżka. - Myślę, że powi­nie­neś iść.

Spoj­rzał na mnie groź­nie.

- Zwo­dzi­łaś mnie całą noc.

Łza spły­nęła mi po policzku, ale wciąż patrzy­łam na niego, wciąż zacho­wy­wa­łam się twardo. - Musisz wyjść.

A potem cof­nął się i ude­rzył mnie w poli­czek.

- A może tak ci się podoba? - szok skry­sta­li­zo­wał się na moim policzku, a ból roz­legł się echem jak bicie dzwonu.

To było jak kubeł lodo­wa­tej wody, w jed­nej chwili pożą­da­nie zamie­niło się w strach, tryb prze­trwa­nia, walkę lub ucieczkę. Ode­pchnę­łam go na ślepo, despe­racko i tra­fi­łam w szczękę. Przy­pad­kowy cios. Roz­sze­rzył noz­drza, zła­pał mnie za gar­dło i przy­ci­snął do ściany; łup - wal­nię­cie moją głową. Wyma­ca­łam jego palce i usi­ło­wa­łam ode­rwać je od mojej szyi. Drugą ręką się­gnął w dół i zsu­nął moją bie­li­znę do gór­nej czę­ści ud. Poczu­łam dziwne poczu­cie wstydu, jak we śnie, kiedy zda­jesz sobie sprawę, że jesteś nago.

Zła­pał mnie za nad­garstki i przy­ci­snął je do ściany nad moją głową, jak­bym była wiedźmą, którą przy­wią­zano do pala na sto­sie. Pamię­tam moment, jak jego bio­dra przy­ci­skają moje do ściany, jego fiut napie­ra­jący na szorty. Uśmiech na jego spo­co­nej twa­rzy, okru­cień­stwo w oczach, gdy zaczę­łam krzy­czeć. Widzę, jak w zwol­nio­nym tem­pie unosi wolną rękę, a potem kie­ruje ją w stronę moich ust. Znowu ude­rzy­łam tyłem głowy w ścianę, tym razem moc­niej - to był ten sam odgłos jak wtedy z Benem, osiem lat wcze­śniej - i zoba­czy­łam tylko błysk roz­my­tej bieli.

Zatrzy­mał się wtedy, a ja prze­sta­łam wal­czyć. Nur­ko­wa­nie z butlą - tam wła­śnie powę­dro­wał mój umysł, odpły­nął, jak­bym była pod wodą. Kri­sten chciała spró­bo­wać tego w Wiet­na­mie lata wcze­śniej, a ja odmó­wi­łam, bo kie­dyś prze­czy­ta­łam, że nur­ko­wie umie­rają nie z powodu braku tlenu, ale z dez­orien­ta­cji. Wpa­dają w panikę i usu­wają wszystko, co mają przed nosem i w ustach. Wła­śnie o tym pomy­śla­łam, gdy Seba­stian sku­pił cały swój cię­żar na mojej szczęce: coś przed moimi ustami, coś, co despe­racko chcia­łam wyrwać, ale wie­dzia­łam, że już za późno i mam prze­rą­bane.

Zabije mnie.

- Emily!

Oboje zamar­li­śmy. Odwró­cił się, by spoj­rzeć na drzwi i cho­ciaż nie mogłam odwró­cić głowy, poczu­łam, że ucisk zelżał. Ogar­nął mnie gniew, roz­chy­li­łam usta i wto­pi­łam zęby w kawa­łek ciała, coraz moc­niej i moc­niej, aż poczu­łam posmak żelaza na języku.

- Pier­do­lona suka! - puścił moje nad­garstki i cof­nął się, ści­ska­jąc krwa­wiącą dłoń. Koronka mojej bie­li­zny wpiła mi się w udo, gdy kop­nę­łam go kola­nem, ale z jęku, jaki wydał, wywnio­sko­wa­łam, że tra­fi­łam tam, gdzie chcia­łam. Zła­pał się za kro­cze i upadł na mnie.

Brzdęk i jego ciało znów się poru­szyło, a ja mogłam się spod niego wydo­stać. Kri­sten stała nad nami, oddy­chała ciężko i szcze­rzyła zęby jak praw­dziwa Buffy Pogrom­czyni Wam­pi­rów. Trzy­mała ciężką lampę sto­jącą, a kiedy cof­nę­łam się na tyłku, zamach­nęła się ponow­nie i z obrzy­dli­wym hukiem wal­nęła Seba­stiana w plecy. Upadł na zie­mię, ude­rza­jąc głową o pod­łogę cen­ty­metr od nogi meta­lo­wej ramy łóżka.

Widzia­łam, jak moja wście­kłość odbija się echem w spoj­rze­niu Kri­sten, na chwilę spoj­rza­ły­śmy sobie w oczy. Potem wykry­łam ruch, zanim zdą­ży­łam go prze­two­rzyć.

Prze­stań. Prze­stań. Prze­stań.

Widzę tylko prze­bły­ski, jak w świe­tle stro­bo­skopu: głowa Seba­stiana oparta o ramę łóżka. Trzy kop­nię­cia, cztery, krew plami meta­lową nogę i zbiera się w pęk­nię­ciach lami­no­wa­nej pod­łogi.

Chwy­ci­łam Kri­sten, odcią­gnę­łam ją i uści­ska­łam. Opar­ły­śmy się o sie­bie, dygo­ta­ły­śmy.

Zosta­ły­śmy tak przez jakiś czas. Sekundy, minuty, może godziny. Moto­cy­kle prze­mknęły za tanimi zacią­gnię­tymi zasło­nami, błysk i ryk. Seba­stian leżał nie­ru­chomo. To Kri­sten odsu­nęła się pierw­sza. Jej oczy były teraz czy­ste, zwę­żone.

- Musimy się stąd wydo­stać - powie­działa sta­now­czo.

Myślała na głos, wyli­cza­jąc, jakie mamy opcje. Wpa­dła też na pomysł wezwa­nia gli­nia­rzy: w końcu była to ewi­dentna samo­obrona. Ale nasz prze­wod­nik wspo­mniał o trud­no­ściach we współ­pracy z tutej­szą poli­cją i od czasu kłótni z Benem wie­dzia­łam, że zgło­sze­nie napa­ści, co roz­wa­ża­łam wtedy i kilka razy w kolej­nych mie­sią­cach, jest bar­dziej skom­pli­ko­wane, niż więk­szo­ści ludzi się wydaje. Ostat­nią rze­czą, jakiej chcia­ły­śmy, to wylą­do­wać w kam­bo­dżań­skiej celi wię­zien­nej ze skon­fi­sko­wa­nymi pasz­por­tami, oskar­żone o mor­der­stwo. Widzia­ły­śmy film W matni i czy­ta­ły­śmy o Aman­dzie Knox.

Drża­łam i mio­ta­łam się, ale Kri­sten zacho­wała zimną krew. Spraw­dziła puls, a kiedy stwier­dziła jego brak, przy­go­to­wała plan. Nie­do­rzeczne w tak pechową noc szczę­śliwe zbiegi oko­licz­no­ści: led­wie obsa­dzona recep­cja, nikt nie spraw­dził naszych pasz­por­tów, kiedy przy­je­cha­ły­śmy i zapła­ci­ły­śmy z góry gotówką, a bar­man usły­szał imiona Nicole i Joan. Seba­stian podró­żo­wał przez dzie­więć mie­sięcy z ple­ca­kiem w ramach wyprawy, która nie miała okre­ślo­nych ram cza­so­wych, i tak jak my był dumny z tego, że unika mediów spo­łecz­no­ścio­wych i nie dzwoni do domu.

Powie­działa, że obcią­żymy ciało i prze­rzu­cimy je przez pobli­ski klif do rwą­cej rzeki. Że musimy zatrzeć ślady. Opu­ścimy Phnom Penh, zanim kto­kol­wiek zorien­tuje się, że coś jest nie tak. Poczu­łam się odrę­twiała, jakby ktoś pod­łą­czył mnie do kro­plówki z nowo­ka­iną. Kri­sten i Emily ni­gdy nie pozby­łyby się ciała, ale "Nicole" i "Joan" mogły. I zro­biły to. Kolejne godziny były jak mon­taż filmu, o któ­rym będę myślała, że ni­gdy, przeni­gdy nie zosta­nie wyświe­tlony. Były wyczer­pu­jące i okrutne, wszystko mnie bolało przez tydzień, ale Kri­sten oka­zała się nie­zmor­do­wana, dzia­łała z zaci­śnię­tymi zębami i ze zde­cy­do­wa­nym wyra­zem twa­rzy. Zro­bi­łam dokład­nie to, co mi powie­działa, i cudem się udało.

Kiedy skoń­czy­ły­śmy, poje­cha­ły­śmy auto­bu­sem do Laosu. Było cicho i sen­nie przez całą dzie­się­cio­go­dzinną jazdę, a ostat­nie kilka dni spę­dzi­ły­śmy, nie zwra­ca­jąc na sie­bie uwagi, w dwu­gwiazd­ko­wym hotelu. Nie pamię­tam lotu do domu, jazdy tak­sówką z lot­ni­ska, nie­prze­spa­nej nocy przed powro­tem do pracy. Cią­gle widzia­łam czaszkę Seba­stiana wgnie­cioną w miej­scu, w któ­rym sty­kała się z nogą ramy łóżka, krew two­rzyła owal jak rubi­nowy dymek w komik­sie.

Byłam w roz­sypce. Mój mózg wyda­wał się nie­wy­raźny i nie­prze­zro­czy­sty, pokryty czarną ple­śnią. W nocy zapa­da­łam w nie­spo­kojny dzie­się­cio­go­dzinny sen, a w ciągu dnia wybu­cha­łam nie­kon­tro­lo­wa­nym pła­czem. W nie­które poranki prze­sy­pia­łam dzwo­nie­nie budzika i szłam do pracy dopiero w połu­dnie, mia­łam spuch­nięte oczy i nie mogłam się sku­pić. Całymi dniami nie jadłam, potem budzi­łam się w nocy ze skur­czem żołądka. Mój mene­dżer ostrzegł mnie, że jeśli się nie ogarnę, to mnie zwolni. Patrzy­łam na niego tępo, zbyt zała­mana, żeby się tym przej­mo­wać.

Seba­stian nie powi­nien był umrzeć: nie popie­ra­łam kary śmierci i na pewno nie podo­bało mi się, że zacho­wa­ły­śmy się jak samo­zwań­czy stróże prawa, bio­rąc spra­wie­dli­wość we wła­sne ręce. To był wypa­dek, samo­obrona, która poszła za daleko. Ale nie żało­wa­łam, że zamiast wezwać poli­cję, pozby­łam się jego ciała. Doszłam do prze­ko­na­nia, że to był nasz jedyny wybór. Dużo czy­ta­łam na temat Ame­ry­ka­nów aresz­to­wa­nych za gra­nicą na całym świe­cie i jak ich życie zostało zruj­no­wane. Kobieta z Ore­gonu przez lata cze­kała na pro­ces w Argen­ty­nie za śmier­telne wepchnię­cie kie­szon­kowca pod samo­chód. Uwię­ziony detek­tyw z Wir­gi­nii upie­rał się, że nie miał nic wspól­nego z ata­kiem na hostessę w restau­ra­cji w Aca­pulco. Tylu podróż­ni­ków wal­czą­cych o powrót do domu lub spę­dza­ją­cych mło­dość w obskur­nych celach.

Prze­ra­ża­jące histo­rie, obrzy­dliwy dreszcz, który mógł też stać się moim udzia­łem. Ale cho­ciaż prze­czy­tane histo­rie wyma­zały poczu­cie winy, nie zła­go­dziły traumy i poczu­cia nie­spra­wie­dli­wo­ści. Dla­czego wszech­świat wci­snął nas mię­dzy dwa potwory: Cha­rybdę i Scyllę?

Nie­długo po powro­cie do domu powie­dzia­łam Kri­sten, że chcę poroz­ma­wiać z tera­peutą. Wie­dzia­łam, że roz­ma­wiała z tera­peutą jako dziecko, po śmierci rodzi­ców, przez co była jedyną znaną mi osobą, która cho­dziła do psy­chia­try. Płatne, bez­stronne, współ­czu­jące ucho wyda­wało mi się cał­kiem dobrym pomy­słem. Mia­łam kosz­mary, ataki paniki, bole­sne echa bez­rad­no­ści, czu­łam wszech­ogar­nia­jący strach.

- Wybacz, nie chcę cię znie­chę­cać - powie­działa mi przez tele­fon. - Ale uwa­żam, że nikt nie powi­nien poznać związku mię­dzy nami a tym face­tem.

- Nawet jeśli skła­mię o tym, gdzie i kiedy i... jak to się wszystko skoń­czyło?

Bar­dzo długa cisza.

- Tak naprawdę tera­pia tak nie działa.

- A nie pomo­gło ci to? Prze­cho­dzi­łaś prze­cież przez coś... trau­ma­tycz­nego?

- Byłam dziec­kiem, stra­ci­łam rodzi­ców, a dziad­ko­wie nie mieli poję­cia, jak ze mną roz­ma­wiać. Więc dok­tor Bri­ght­side2 pomo­gła mi nauczyć się pew­nych mecha­ni­zmów radze­nia sobie. Ale ty jesteś odporna, Emily. Jesteś silna jak dia­bli. Znam cię.

Długa cisza. Wresz­cie:

- Naprawdę nazy­wała się Bri­ght­side?

Par­sk­nęła śmie­chem.

- Bar­dzo w punkt, co? Patrząc na to z per­spek­tywy czasu, to musiał być pseu­do­nim - kiedy Kri­sten znów się ode­zwała, jej głos był miękki. - Ja tylko chcę, żebyś była szczę­śliwa. I zdrowa. Powin­naś zro­bić wszystko, co musisz, aby tak się stało.

Wie­dzia­łam, o co jej cho­dziło.

- Wiem, że masz rację. Nie potra­fię jasno myśleć. Na­dal prze­twa­rzam.

- Będzie łatwiej, obie­cuję. I do tego czasu jestem tu dla cie­bie, o każ­dej porze dnia i nocy. Nie byłam pewna, czy chcesz o tym roz­ma­wiać, więc nie poru­sza­łam tego tematu, ale jestem tutaj - dodała już bar­dziej oży­wio­nym tonem. - Mogę być twoją dok­tor Bri­ght­side.

- A jak ci zajdę za skórę? - chcia­łam zabrzmieć żar­to­bli­wie, ale wylą­do­wa­łam gdzieś pomię­dzy zra­nie­niem a zazdro­ścią.

- Nie chcę, żebyś myślała, że nie słu­cham. Sły­szę cię, przy­się­gam, że tak - powie­działa pra­wie pona­gla­jąco, a ja zauwa­ży­łam, że kiwam głową. - Od tego czasu też się mio­tam. Oczy­wi­ście, że tak. Ale to, co mnie zawsze ugrun­to­wuje, to świa­do­mość, że mnie wspie­rasz, bez względu na wszystko. A ja cie­bie. Jeste­śmy dla sie­bie. Prawda?

Nie wie­dzia­łam jesz­cze, jak bar­dzo poważ­nie mówiła. W następ­nych tygo­dniach i mie­sią­cach dzwo­niła do mnie każ­dego wie­czoru i rano, przed pracą, żeby się zamel­do­wać, zapy­tać, jak się czuję, żeby mnie zasko­czyć czymś tak zabaw­nym, że nie mogłam się powstrzy­mać, by znów poczuć się sobą. W week­endy roz­ma­wia­ły­śmy długo na wideo, raz przez całą noc, pełne dzie­sięć godzin. I oglą­dała ze mną filmy, zama­wiała dla mnie jedze­nie, wysy­łała do mnie firmy, które odbie­rały pra­nie, ekipę sprzą­ta­jącą, aby wyczy­ściła moją smutną, lepką kuch­nię. Zama­wiała te wszyst­kie rze­czy, które zro­bi­łaby oso­bi­ście, gdyby tylko mogła. Wie­dzia­łam, że gdyby tu była, zmu­sza­łaby mnie, żebym jadła, czule myłaby mi włosy i obci­nała paznok­cie. Kiedy powie­działa, że będzie moją dok­tor Bri­ght­side, nie poję­łam jesz­cze, jak bar­dzo sta­nie się moim ratun­kiem, jak poskłada mnie z powro­tem w całość.

Ale wie­dzia­łam, że chciała mi pomóc, że była dla mnie, cokol­wiek by się działo. Wzru­szy­łam się, gula uro­sła mi w gar­dle i odchrząk­nę­łam.

- Nie wiem, co bym bez cie­bie zro­biła - powie­dzia­łam jej zalana łzami i nie­mal zdrę­twiała w moim zaciem­nio­nym salo­nie.

Zachi­cho­tała.

- Miejmy nadzieję, że ni­gdy nie będziemy musiały się dowie­dzieć.

Roz­dział 4

- Chcia­łam z tobą o czymś poroz­ma­wiać - Kri­sten odło­żyła wide­lec i oparła łok­cie na stole.

Pocią­gnę­łam łyk mojej ciem­nej carmén?re. Chi­lij­skie wino było pyszne.

- Tak? - zabawne, wła­śnie mia­łam jej opo­wie­dzieć o Aaro­nie.

- Nie chcia­łam od razu o tym mówić. Chcia­łam... Chyba naj­pierw cię wyczuć. Ale zaraz ci powiem - roz­ło­żyła dło­nie, a ja obser­wo­wa­łam w zwol­nio­nym tem­pie, jak roz­sze­rza palce. Skrę­ciło mnie w środku. Na pewno ma to zwią­zek z Kam­bo­dżą.

W końcu prze­rwała dra­ma­tyczną pauzę:

- Myślę, że powin­ny­śmy podró­żo­wać po świe­cie przez sześć mie­sięcy. Począw­szy od tego lata. Two­jego lata.

Nie dotarło do mnie. Jakby mówiła szybko po hisz­pań­sku i teraz patrzyła wycze­ku­jąco.

- Podró­żo­wać po świe­cie?

- Masz mnó­stwo pie­nię­dzy zaosz­czę­dzo­nych dzięki wygod­nej pracy z tą karmą dla kotów - kon­ty­nu­owała. - I myśla­łam, żeby wziąć urlop w swo­jej pracy. Mój pod­na­jem koń­czy się w czerwcu. Mówię cał­ko­wi­cie poważ­nie, Emily. Mogły­by­śmy to zro­bić, prawda?

Pokrę­ci­łam głową. Wystar­cza­jąco dziw­nie było wyobra­zić sobie Kri­sten na spo­dzie kuli ziem­skiej, gdy dźwięcz­ność jej słów została wzmoc­niona sil­nie akcen­to­wa­nym austra­lij­skim "prowda?". Ale Kri­sten była pio­nie­rem, poszu­ki­waczką przy­gód. Ja zaś - sta­bilna, nie­za­wodna Emily - po pro­stu od czasu do czasu skła­da­łam jej eks­cy­tu­ją­cemu światu wizytę. Czy naprawdę mogłam zawie­sić na pół roku swoje życie? Teraz, kiedy mia­łam trzy­dzie­ści lat i wresz­cie pozna­łam kogoś, kogo lubię?

- Nie zro­zum mnie źle - powie­działa to, co ludzie mówią tylko wtedy, gdy mają zamiar cię obra­zić - ale co cię trzyma? Nie jesteś przy­wią­zana do niczego, nie masz zasmar­ka­nych dzieci, nud­nego męża ani kariery, która wydaje się twoim powo­ła­niem, ani rodziny, z którą jesteś bli­sko. Prawda?

Przy­gry­złam wargę. W więk­szo­ści miała rację: brak rodzeń­stwa, mama i ojczym w St. Paul, tata i maco­cha w pół­noc­nym sta­nie Iowa, nie kon­tak­to­wa­łam się z nimi od mie­sięcy.

Kri­sten i mnie połą­czyło to na stu­diach: pod­czas gdy wszy­scy nasi kole­dzy dzwo­nili do matek przy­naj­mniej raz dzien­nie, my rzadko roz­ma­wia­ły­śmy z naszymi opie­ku­nami. Mniej wię­cej wtedy zaczę­łam zda­wać sobie sprawę dla­czego. Zauwa­ży­łam, jak mimo­wol­nie okrutni potra­fią być moi rodzice, lek­ce­wa­żący i ego­cen­tryczni. Dziad­ko­wie Kri­sten, Nana i Bill, wycho­wali ją po śmierci rodzi­ców, od kiedy miała dwa­na­ście lat. I cho­ciaż oboje zawsze wyda­wali mi się dość mili, Kri­sten twier­dziła, że Bill był tyra­nem, a Nana kłęb­kiem ner­wów.

Kri­sten rozej­rzała się po restau­ra­cji, a potem uśmiech­nęła się do mnie z bły­skiem w oku. Wie­dzia­łam, o co jej cho­dziło, jak na tele­pa­tię mię­dzy przy­ja­ciółmi przy­stało, wyczy­ta­łam: to może być nasze życie. Wspólne prze­mie­rza­nie świata. Odkry­wa­nie dzi­kich zakąt­ków cywi­li­za­cji, kąpa­nie się w tak sur­re­ali­stycz­nych kra­jo­bra­zach, jakie widy­wało się tylko w fil­mach o podró­żach kosmicz­nych.

Ale Aaron... Nie żebym miała pla­no­wać całe życie wokół kogoś, z kim byłam tylko na czte­rech rand­kach. Ale jed­nak.

Pochy­liła się do przodu.

- Pamię­tam, że kiedy ty i Ben się roz­sta­li­ście, mówi­łaś: "To jest to, teraz mogę żyć peł­nią życia. Mogę robić, co mi się rzew­nie podoba" - mach­nęła ręką. - Wiem, że ja to widzę ina­czej, bo to moje rodzinne mia­sto, ale czy Mil­wau­kee to naprawdę miej­sce, w któ­rym chcesz być?

- Kocham Mil­wau­kee. W prze­ci­wień­stwie do cie­bie uwiel­biam tam miesz­kać.

- Ale powie­dzia­łaś o tej pełni życia tak, jak­byś chciała opu­ścić Środ­kowy Zachód.

- Hmm...

Poja­wił się kel­ner i Kri­sten zapy­tała, jakie piwa mają w ofer­cie, a ja pocią­gnę­łam za nitkę, która odry­wała się od mojej pod­kładki.

Zerwa­nie z Benem było jak wbi­cie noża w naj­de­li­kat­niej­szy punkt mojej psy­chiki. Zosta­łam wygnana do miesz­ka­nia Kri­sten, byłam zdez­o­rien­to­wana i smutna. W tam­tym cza­sie moja przy­ja­ciółka Angie, dzielna rudo­włosa spe­cja­listka z lin­gwi­styki, którą pozna­łam w klu­bie sza­cho­wym, dzie­liła cię­żar pie­lę­gno­wa­nia mojego zła­ma­nego serca, wkra­cza­nia z lodami i współ­czu­cia, kiedy potrze­bo­wa­łam prze­rwy od cią­głego gada­nia Kri­sten, żeby pie­przyć Bena. Kiedy kilka tygo­dni po roz­sta­niu Angie zasu­ge­ro­wała, że faj­nie byłoby, gdy­bym poje­chała do domu na święta, żeby mama mogła poroz­czu­lać się nade mną, wybuch­nę­łam śmie­chem.

- Kiedy powie­dzia­łam mamie, że zerwa­li­śmy, powie­działa tylko: "No pro­szę, a ja dopiero zaczy­na­łam go lubić".

Angie opa­dła szczęka.

- Nie zapy­tała, co się stało?

- A po co? - moi rodzice, któ­rzy roz­wie­dli się, gdy byłam nasto­latką, speł­nili fizyczne wyma­ga­nia "akcep­to­wal­nego wycho­wa­nia dziecka", a gdy poszłam na stu­dia, wyda­wało się, że im ulżyło, że nie muszą już sobie zawra­cać głowy, z kim wycho­dzę i kiedy wrócę.

Angie zasta­no­wiła się.

- Nie wiem, o czym ona mówiła, wszy­scy go nie zno­si­li­śmy.

Patrzy­łam na nią przez chwilę. Opi­nia Angie, o któ­rej wie­dzia­łam od tygo­dni, była wciąż palącą tajem­nicą, którą wszy­scy na uczelni ukry­wali przede mną prak­tycz­nie od pierw­szego roku stu­diów. Wszy­scy oprócz Kri­sten.

W następ­nym tygo­dniu, kiedy byłam w domu, łama­łam sobie głowę, dla­czego ani mama, ani ojczym nie wspo­mnieli o Benie pierw­szego, dru­giego, trze­ciego dnia. Temat mojego wie­lo­let­niego chło­paka wyraź­nie przy­cichł w mojej gło­wie, oto­czyła go mar­twa cisza. Kri­sten i ja spę­dzi­ły­śmy kolejne dwa święta Bożego Naro­dze­nia samot­nie w cie­płych miej­scach: Fort Lau­der­dale, potem Por­to­ryko. Wycieczki były genial­nymi pomy­słami Kri­sten, ską­pane w słońcu wypady, które ugrun­to­wały jej miej­sce na moim oso­bi­stym drze­wie gene­alo­gicz­nym, tym, które ma zna­cze­nie: wśród rodziny, którą wybie­rasz.

- Twoi rodzice mają w dupie twoje uczu­cia - zauwa­żyła. - Dla­czego poświę­casz im swój czas?

Kri­sten wybrała chi­lij­skiego lagera i wysłała po nie kel­nera. Zło­żyła ręce.

- Pomyśl o tym, Emily. Sama powie­dzia­łaś, że wszy­scy twoi przy­ja­ciele poże­nili się i mają dzieci.

Ale ja tego wła­śnie chcę. Łzy napły­nęły mi do oczu, kilka pasm fru­stra­cji zlało się w jedno: iry­ta­cja na sie­bie, że żało­śnie pra­gnę chło­paka, żal, że nie potra­fi­łam być tak bez­tro­ska jak Kri­sten, że nie potra­fi­ła­bym rzu­cić wszyst­kiego ot tak, na sześć mie­sięcy, z żądzy włó­cze­nia się po świe­cie.

- O Boże, nie płacz! - ręka Kri­sten opa­dła na moją, prze­ci­snęła się przez moje palce. - Prze­pra­szam, mówię to wszystko źle. Cho­dzi mi o to, że... tak wielu ludzi zabi­łoby, aby być na twoim miej­scu. Wszy­scy nasi kole­dzy ze stu­diów dźwi­gają teraz torby na pie­lu­chy, prawda?

Obie zachi­cho­ta­ły­śmy.

- Myśla­łam... Hej, koń­czymy trzy­dzie­ści lat. Czy to nie naj­lep­szy moment na spró­bo­wa­nie cze­goś nowego? I byłam pod­eks­cy­to­wana, myśląc, jak mogłoby wyglą­dać nasze życie w tra­sie. Tak jak kie­dyś, tylko lepiej, bo teraz jeste­śmy doro­słymi kobie­tami.

Usia­dła wypro­sto­wana, wciąż trzy­ma­jąc mnie za rękę.

- Wiesz, że kocham nasze wycieczki. Ale zoba­cze­nie cię raz, może dwa razy w roku to za mało. Tęsk­nię za tobą jak sza­lona - spoj­rzała na pod­kładkę. - I... w zeszłym roku, kiedy prze­ży­wa­łaś trudne chwile, czu­łam się okrop­nie, że nie mogłam być przy tobie oso­bi­ście. Jesteś dla mnie naj­waż­niej­sza, wiesz?

O tej porze w zeszłym roku. Żołą­dek pod­sko­czył mi do gar­dła, kiedy przy­po­mnia­łam sobie zeszłą wio­snę, po Kam­bo­dży: jak cho­dzi­łam otę­piała do pracy... o ile udało mi się tam dotrzeć. Jak waha­łam się mię­dzy głę­bo­kim, spa­stycz­nym szlo­chem a dziką, mio­ta­jącą paniką i jedna myśl koła­tała mi się po gło­wie: umrę.

- Ale nie tylko to - kon­ty­nu­owała. - Tęsk­nię za oglą­da­niem Net­flixa w łóżku, kiedy jeste­śmy zbyt leniwe, żeby wyjść. Bra­kuje mi oma­wia­nia jed­nego tematu przez dni lub tygo­dnie, zamiast zda­wać sobie rela­cje przez tele­fon o tym, co się u nas dzieje pod­czas trzy­go­dzin­nych roz­mów. Nie wiem. Tylko ja tak mam?

Pokrę­ci­łam głową i zaśmia­łam się.

- Tak, nie, ja też. Po pro­stu... ni­gdy nie przy­szło mi to do głowy. Ni­gdy sobie tego nie wyobra­ża­łam - usia­dłam, pocią­gnę­łam łyk wina. - Kri­sten Czar­necki, ty sza­lona suczo.

Zaśmiała się. Miała naj­mil­szy na świe­cie śmiech, pełny i melo­dyjny.

- Możemy to zro­bić. Dla­czego nie? Inni robią tak cały czas. Cho­lera, jak spo­ty­kamy ich na wyciecz­kach, to zawsze jestem o to zazdro­sna. Mogły­by­śmy być tymi, któ­rym inni zazdrosz­czą!

Spoj­rzała na mnie wtedy z sze­ro­kim uśmie­chem i bła­gal­nym wzro­kiem, tym samym spoj­rze­niem, któ­rym obda­rzała mnie, gdy pró­bo­wała mnie prze­ko­nać, żebym wyru­szyła z nią na przy­godę. Wejdź ze mną do tej opusz­czo­nej jaskini, podą­żaj za tymi nie­zna­jo­mymi do baru w innej dziel­nicy. Jej nama­wia­nie zawsze się opła­cało, zawsze pro­wa­dziło do naj­bar­dziej magicz­nych i zapa­da­ją­cych w pamięć frag­men­tów podróży, więc ni­gdy nie żało­wa­łam, że podą­ża­łam za jej nie­ustra­szo­nym prze­wod­nic­twem.

Zobaczmy, co się stało, kiedy dla odmiany chcia­łam zro­bić coś spon­ta­nicz­nego.

Prze­stań. Prze­stań. Prze­stań.

Przez myśl by mi to teraz nie prze­szło. Napo­tka­łam spoj­rze­nie Kri­sten nad naszymi pustymi tale­rzami, na któ­rych były resztki awo­kado i komosy ryżo­wej. Wszystko było już za nami. Ten tydzień i jej pro­po­zy­cja, która zbiła mnie z tropu, dowio­dły tego.

- Pro­szę, Em, obie­caj mi, że się nad tym zasta­no­wisz - powie­działa.

- Obie­cuję.

Zapisz­czała i kla­snęła, a ja poczu­łam, że się rumie­nię. Dobra, znowu nie powie­dzia­łam jej o Aaro­nie, nie zamie­rza­łam teraz psuć tej chwili. Zoba­czymy, czy rano będzie oka­zja.

Wró­ci­ły­śmy do naszego pen­sjo­natu, kie­ru­jąc się krę­tymi kamien­nymi scho­dami na górę, gdzie owalny basen mru­gał leni­wie w stronę gwiazd. Leża­ły­śmy na ledwo trzy­ma­ją­cych się leża­kach i liczy­ły­śmy spa­da­jące gwiazdy. Zoba­czy­łam pięć, Kri­sten sześć.

Ostatni dzień przy­wi­tał nas mgli­stym powie­trzem prze­sy­co­nym nostal­gią, któ­rego każdy haust był słodko-gorzki. Wdy­cha­ły­śmy widoki i łap­czy­wie je chło­nę­ły­śmy, marząc, by te chwile ni­gdy się nie skoń­czyły. Obu­dzi­łam się wcze­śnie, aby odwie­dzić ładny miej­ski kościół poma­lo­wany na biało, który, gdy weszłam do środka, przy­wi­tał mnie błę­kit­nym sufi­tem i pro­stym witra­żem. Kri­sten, nie­gdyś oddana pro­te­stantka, teraz zacie­kle prze­ciwna zor­ga­ni­zo­wa­nej reli­gii w jakiej­kol­wiek for­mie, nie chciała sły­szeć o kościele i zamiast tego przy­wi­tała mnie w hote­lo­wym lobby wła­ści­wym odcie­niem mlecz­nej kawy i goto­wym pla­nem dnia.

Wypo­ży­czy­ły­śmy rowery i jeź­dzi­ły­śmy krę­tymi dróż­kami, zatrzy­mu­jąc się, by w mil­cze­niu popa­trzeć na góry, jak­by­śmy się z nimi żegnały. Zało­ży­ły­śmy kostiumy kąpie­lowe i zanu­rzy­ły­śmy stopy w lodo­wa­tym base­nie hote­lo­wym, po czym wyle­gi­wa­ły­śmy się w jesien­nym słońcu, dzie­ląc się butelką char­don­nay i czy­ta­jąc książki w przy­ja­znej ciszy. Hote­lowy dozorca, pogwiz­du­jąc, otwo­rzył drzwi do szopy i poma­chał nam, zanim z plą­ta­niny narzę­dzi wycią­gnął gra­bie, a Kri­sten zerwała się i popro­siła go, żeby zro­bił nam zdję­cie moim apa­ra­tem. Wyku­pi­łam dla nas obu masaże w maleń­kim spa o zie­lo­nych ścia­nach, gdzie leża­ły­śmy na zatę­chłych sto­łach, pod­czas gdy grube kobiety maso­wały nasze plecy z więk­szą szyb­ko­ścią niż pre­cy­zją. To był ide­alny ostatni dzień. Kri­sten nie wspo­mniała już o pla­nach wyprawy, ale czu­łam, że ta kwe­stia wisi mię­dzy nami, obiet­nica przy­szło­ści uno­siła się w powie­trzu jak wspólne wspo­mnie­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki