Rozdział 1
Kristen podbiegła do krawędzi patia i przykucnęła, wyciągając długie
ramię. Dotykała palcami pnącza, unosząc liście i odsłaniając ukryte pod
nimi delikatne łodygi. Wyobraziłam sobie, jak się przewraca i upada, a widok jej sylwetki wciąż miałam przed oczami. Nie wiem dlaczego. Przez
jedną krótką chwilę wyobraziłam sobie, że ją popycham.
Zamiast tego poderwałam się od stołu.
- Kristen, nie! - zawołałam. Drewniane patio wznosiło się na palach nad
winoroślami poniżej i byłyśmy same, tak jak wszędzie, gdzie
zatrzymałyśmy się w tym tygodniu. Puste restauracje, puste targowiska,
puste centra informacji turystycznej... Sporadycznie zdarzało się
skupisko innych odwiedzających, którzy stali lub siedzieli ściśnięci
blisko siebie, choć wokół było dużo miejsca.
Usłyszałam trzask i Kristen wstała, unosząc w górę zieloną kiść
winogron. Włożyła jedną kuleczkę do ust i przeżuwała w zamyśleniu.
- Niezłe. Łap!
Nie udało mi się złapać, winogrona wylądowały na szklanym blacie.
Rozejrzałam się i wzięłam jedno, żeby spróbować. Kiedy je rozgryzłam,
zrobiło mi się cierpko na języku.
- Powiedział, że mają marne plony w tym roku. Nie musiałaś zrywać całej
kiści.
Opadła na krzesło i podniosła swoje pisco sour, limonkowozielone i pieniste.
- Zostawię im kilka dodatkowych pesos na koniec. Byłam głodna - stuknęła
swoją szklanką w moją. - Chyba wolałabyś, żebym kradła winogrona, niż
żeby spadł mi cukier, prawda?
- Fakt - głodna Kristen była nie do zniesienia.
Mężczyzna w chuście owiniętej wokół głowy obserwował nas z daleka,
stojąc na końcu plantacji, gdzie winorośl graniczyła z rzędem
rozłożystych drzew. W oddali łagodne wzgórza przecinały postrzępiony
horyzont. Kristen pomachała do pracownika, a on skinął głową.
Rozkoszowałam się ostatnią kroplą drinka na języku. Popijałyśmy je
codziennie: sok z limonki, cukier puder i żółtawą brandy, którą
Chilijczycy uważali za starszą niż peruwiańskie pisco. Poczułam, jak
znowu zrobiło mi się błogo, byłam wolna od strachu, który nie dawał mi
spokoju przez ostatnich trzynaście miesięcy. Oto byłam na wycieczce
życia: siedem nocy w Ameryce Południowej, zwiedzałam dziewicze góry i rozłożyste doliny z moją najlepszą przyjaciółką od ponad dziesięciu lat.
Kombinacja tak orzeźwiająca i słodka, że smakowała jak wchodzenie w morskie fale. A zostały nam jeszcze dwie noce.
Kristen sprawiała, że wszystko było lepsze. Jej pewność siebie była jak
zawór bezpieczeństwa w dziwnym i powikłanym świecie. Kiedy prawie
tydzień temu przytuliłyśmy się na lotnisku, łzy ulgi napłynęły mi do
oczu. Nie widziałam jej od roku - roku naznaczonego napadami paniki,
koszmarami i wrzaskami w poduszkę lub pod prysznicem, a czasami w zaciśniętą pięść, którą zatykałam sobie usta. Ale w Santiago, kiedy
odebrałyśmy nasz wypożyczony samochód i pojechałyśmy na północ szerokimi
autostradami, Kristen była jak zwykle niesforna. Krzyknęła, kiedy
ujrzała Pacyfik, zatrąbiła na stado puchatych alpak na poboczu drogi.
Pokazywała palcami przydrożne stoiska z owocami, falujące pola
kukurydzy, których równe rzędy były jak odmierzone od linijki, pola
dorodnych warzyw prężących się w słońcu. I jeszcze to niebo - błękit tak
przejrzysty, że emanował namacalną wręcz rześkością. Z jednej strony ten
błękit spadał do oceanu, a z drugiej dotykał pofałdowanych szczytów gór.
Obecność Kristen była jak uspokajający zapach, jak xanax w sprayu. To
dzięki niej pozwoliłam sobie na relaks.
Pierwszą noc spędziłyśmy w La Serena, gdzie jadłyśmy cieknące lody,
chodząc po zielonym rynku. Zatrzymałyśmy się w hotelu, w którym z jasno
pomalowanych ścian spoglądały na nas obrazy świętych. Uznałyśmy to
miejsce za zbyt turystyczne i następnego ranka pojechałyśmy w głąb lądu.
W Pisco Elqui poszłyśmy na lekcję jogi do kobiety, która miała
zdeformowane kolana i włosy do bioder. Kiedy stałyśmy w Górskiej Pozycji
z piersiami uniesionymi w górę, oznajmiła:
- Wasz uśmiech napędza wasze corazón, wasze serce.
Drugiego wieczoru trzech chłopaków z college'u z Niemiec osaczyło nas w barze i panika wróciła do mnie z rykiem czającej się do skoku pantery.
Kristen przejęła inicjatywę. Była urocza, mogłaby rozmawiać z każdym, a kiedy zauważyła strach w moich oczach, grzecznie wyplątała nas z zarozumiałego trio i poprowadziła mnie z powrotem w noc.
- Już dobrze, to ja, jestem tutaj - mruczała, gdy wracałyśmy ciemnymi
ulicami do naszego hotelu. - Kristen jest tutaj.
Jej głos był balsamem, jej słowa kołdrą obciążeniową. Spakowałyśmy się i wyjechałyśmy następnego dnia.
A dziś rano przybyłyśmy tutaj, do Quiterii. Na początku zaniepokoiło
mnie, że nie było tu żywego ducha. Zostawiłyśmy auto na parkingu i włóczyłyśmy się po pagórkowatych ulicach, walizki ciągnęły się za nami
jak przygnębione maluchy przez, jak się wydawało, kilka godzin, zanim
znalazłyśmy otwarty hotel. Dostałam klucze do małego apartamentu, w którym kołdra była wilgotna mimo suchego górskiego powietrza. Słońce
zachodziło i zdałam sobie sprawę, że pustka w mieście będzie atutem:
mniej mężczyzn, czyli mniej kłopotów dla dwóch kobiet spacerujących nocą
po ulicach. Wiadomo, co mówią o kobietach podróżujących samotnie.
Kristen przełknęła resztkę swojego pisco sour.
- Wiesz, co powinniśmy zrobić? Wyrazić życzenia urodzinowe.
- Moje urodziny są dopiero za dwa tygodnie.
- Wiem, ale chcę przy tym być osobiście. A to jak wygrać tysiąc dolarów!
To była nasza tradycja, opowiadałyśmy sobie, co zgodnie z naszymi
nadziejami przydarzy się tej drugiej w tym roku. Wpadłam na ten pomysł,
gdy przeczytałam o dwóch najlepszych przyjaciółkach, które prowadziły
razem biznes i pisały sobie nawzajem postanowienia noworoczne.
- To ja pierwsza - powiedziała, obracając się w kierunku winogron. -
Życzę ci, moja kochana Emily, żeby twoja firma dała ci wreszcie ten
zasłużony awans.
- Byłoby miło.
Kilka miesięcy temu złożyłam podanie o awans na stanowisko dyrektora,
ale mój pracodawca, Kibble, był kiepsko zorganizowany, leniwy i do tego
powłóczył nogami. Jednak lubiłam swoją pracę, niezależnie od tego, czy
dostanę awans, czy nie. Byłam menedżerem projektu w start-upie, który za
duże pieniądze dostarczał właścicielom zwierząt domowych surową karmę
ekologiczną dla kotów. Miałam młodych, fajnych współpracowników, w tym
moją pracową żonę, Priyę, i zdjęcia kotów dosłownie wszędzie.
Mimo to nie powiedziałam Kristen, że moim ukrytym życzeniem, gdy tylko
zobaczę spadającą gwiazdę, złapię puszek z dmuchawca lub spojrzę na
zegar o 11.11, będzie znalezienie wspaniałego partnera i święty spokój.
To było zbyt antyfeministyczne i nazbyt tego pragnęłam, by wyrazić to
słowami. Ale mając Kristen na drugim końcu świata, a przyjaciół dawno
już pożenionych (co tam pożenionych, mieli już dzieci!), moja
cierpliwość była na wyczerpaniu. I może wreszcie szłam we właściwym
kierunku...
- Mówił, że w tym miesiącu rozpoczną rozmowy kwalifikacyjne z kandydatami - powiedziałam jej. - To zabawne, zachowuje się, jakby nie
miał czasu nawet o tym myśleć. Jakby był zbyt zajęty ratowaniem świata,
czyli jednym wielkim kocim przewodem pokarmowym.
- Ludzie, którzy kochają koty, to najgorsze typy. Mówię to jako
pełnoprawna miłośniczka kotów, której przeszkadza tylko alergia.
- A ja uważam, że jego poświęcenie dla idei jest słodkie!
Kristen prychnęła.
- To biznes oparty na obsesji ludzi na punkcie zwierzęcia, które ma
wszystko gdzieś.
- Kot Russella taki nie jest. Mochi odwzajemnia jego miłość. Widziałam
na filmikach - Kristen przewróciła oczami, a ja pochyliłam się do
przodu. - Daj spokój, lubię swoją pracę.
- Przepraszam, przepraszam, przepraszam - machnęła ręką. - Dobra, teraz
ty.
- No to tak... Moje życzenia z okazji twoich urodzin, pełne cztery
miesiące wcześniej, są takie, hmm... - postukałam w swoją szklankę. Że
zdasz sobie sprawę, że nienawidzisz Australii. Że wracasz do Milwaukee.
Że wracamy do tego, jak było. - Mam nadzieję, że olejesz swojego
głupiego szefa, a twoja praca stanie się milion razy lepsza. Albo
znajdziesz nową, która cię uszczęśliwi.
- To nie fair. Zmałpowałaś po mnie!
- Chyba o to chodzi, jak się ma trzydzieści lat, nie? Marzymy o rozwoju,
karierze. Ale przynajmniej mamy pracę.
- Prawda. I dzięki Bogu właśnie dobrze wykorzystujemy zarobione
pieniądze!
Wyciągnęła rękę do winorośli, których nieskazitelne rzędy zwężały się w oddali. Za nimi pofałdowane góry poczerwieniały w zachodzącym słońcu. Na
dachu destylarni wylądował ptak i wydał z siebie piskliwy trel. Słodka
zięba sierra, żółta jak żółtko jaja. Rozpoznałam ją dzięki jakimś
bezsensownym badaniom, które przeprowadzałam kiedyś przy biurku w Milwaukee.
W pobliżu rozległ się dudniący dźwięk. Chyba dzięcioł, ale zanim się
zorientowałam, przemknęło mi przed oczami wspomnienie. Przestań.
Przestań. Przestań. Oczy Kristen rozszerzyły się, gdy zrobiła krok do
tyłu, a na jej butach pojawiła się krew. Moment, który wszystko zmienił,
kiedy życie równiutko rozdarło się na przed i po.
Kristen poprawiła okulary przeciwsłoneczne i posłała mi pobłażliwy
uśmiech. Odwzajemniłam. Bez sensu się zamartwiałam. Nawet incydent z trójką Niemców był nieszkodliwy. Nie było żadnych dziwnych mężczyzn,
którzy kręciliby się po kątach, a ich oczy podążałyby za nami
zachłannie. Żadnych pijanych kolesi, którzy stali trochę za blisko lub
szli kilka kroków za nami po zaciemnionych ulicach. Nie ma powodu do
niepokoju.
Spojrzałam na Kristen i poczułam przypływ ciepła.
Wszystko poszło idealnie.
Gruba pszczoła bzyczała wokół naszych okularów, a Kristen odgoniła ją
ręką.
- Wygląda na to, że jesteśmy tu jedynymi przyjezdnymi w promieniu
kilometrów - powiedziałam. Izolacja była zarówno ekscytująca, jak i niepokojąca.
- To nie potrwa długo. Mój przewodnik mówi, że wszystkie autobusy
turystyczne przyjeżdżają w soboty - wyciągnęła ręce i skrzyżowała
umięśnione nogi. Kristen chodziła na crossfit w Sydney i czasami jej
kończyny niemal wprowadzały mnie w błąd. Brązowe i napięte wyglądały,
jakby należały do innego ciała.
Kristen przeprowadziła się do Sydney osiemnaście miesięcy temu: jej
firma badawcza otworzyła biuro w Australii, a szef zachęcił ją, żeby
aplikowała. Ku mojemu przerażeniu zgodziła się, mrucząc pod nosem, jak
bardzo ma dość Milwaukee - swojego rodzinnego miasta - małego,
zaściankowego, pełnego skłóconych mieszkańców.
Kristen w Australii. Wydawało się to kaprysem, przelotnym i dziwacznym.
Nie znałam dorosłości bez niej, od kiedy zaprzyjaźniłyśmy się na
Uniwersytecie Northwestern, gdzie studiowałyśmy ekonomię, do czasu, gdy
obie znalazłyśmy pracę w Wisconsin i dzieliłyśmy rozpadające się
mieszkanie przy Brady Street. Razem przedzierałyśmy się przez
podyplomowe lata, przez złe randki i dobre wiadomości o pracy, ciężkie
noce i jeszcze trudniejsze poranki, aż wyszłyśmy z tego wypoczęte i triumfujące pod koniec lat dwudziestych - ja z własnym mieszkaniem przy
Fifth Ward, ona kilka mil dalej w Riverwest. Rozmawiałyśmy swobodnie o tym, jak pewnego dnia będziemy dla siebie nawzajem honorowymi druhnami,
jak ona w końcu zostanie ciocią moich przyszłych dzieci. Do tego czasu
pokochałam Milwaukee z jego rozległym brzegiem jeziora, niezliczonymi
festiwalami i przyjazną małą sceną muzyczną, na której debiutowały
prawdziwe talenty, a nie udawacze chcący za wszelką cenę wyrwać się do
którejś z większych metropolii. Bardzo się starałam nie odbierać jej
przytyków do miasta osobiście.
Oczywiście cieszyłam się jej szczęściem, ale jednocześnie użalałam się
nad sobą, czułam się pominięta, zostawiona sama sobie na łaskę i niełaskę losu, porzucona... Zostawiona, zostawiona, zostawiona... Pod
jej nieobecność pogrążyłam się w depresji, przepychając się przez życie,
jakby co chwilę osiadała na mnie warstwa kurzu. Ale podtrzymałyśmy
tradycję, którą zapoczątkowałyśmy w Milwaukee: coroczne wycieczki do
egzotycznych odległych miejsc, których większość ludzi nigdy nie
planowała odwiedzić.
Przedtem wybierałam tylko popularne międzynarodowe destynacje (Londyn,
Cancún, Paryż...), więc każde wakacje z Kristen były jakby wślizgnięciem
się do tunelu czasoprzestrzennego, dzięki któremu pojawiałam się w innym wymiarze, przyprawiającym o zawrót głowy od dźwięków, zapachów i widoków. Wietnam był pierwszy, H?i An i Hanoi, gdzie odkrywałyśmy
wielopokoleniowe domy, nocne targi i wyszukane świątynie, bardziej
kolorowe niż pola maków. Potem Uganda, gdzie wszystkie nasze
oszczędności wydałyśmy na jedyne w życiu okazje, które piętrzyły się jak
śnieg, początkowo cudowne, a potem dziwnie normalne: wpatrywanie się w marmurowe oczy goryli z Bwindi, pływanie łodzią po Nilu w pobliżu
krokodyli i tłustych hipopotamów, kurczowe trzymanie się ścian jeepa,
gdy lew spoglądał na nas podczas wycieczki w Parku Narodowym Doliny
Kidepo.
Celem trzeciej podróży była Kambodża. Wtedy sprawy potoczyły się źle. To
było nasze pierwsze spotkanie po zamieszkaniu w przeciwnych zakątkach
globu i nie mogłam się doczekać spędzonego wspólnie czasu. Miało być tak
jak zawsze, kiedy wyjeżdżałyśmy, zanim wyprowadziła się z Milwaukee.
Nigdy nie sądziłam, że ten wyjazd będzie dla mnie tak traumatyczny i stanie się osobistym horrorem. Ale Kristen, jak zawsze, pomogła mi,
uratowała mnie, zaopiekowała się mną. I oto byłyśmy znów razem, nasze
ostatnie godziny w chilijskiej dolinie Elqui przygasały jak płomień
starej świecy, a między nami wszystko było wspaniale.
Kristen zerwała winogrono z kiści, rzuciła je w powietrze i zręcznie
chwyciła ustami. Uśmiechnęła się, przeżuwając.
- Otwórz usta, Em - trzymała kolejną kulkę jak rzutkę.
- Nie!
- Pozwól mi spróbować! Mam naprawdę dobre oko.
- Nie ufam ci.
- Hej, rozmawiasz z trzykrotną zdobywczynią tytułu Króla Królów
koszykówki. Masz, wrzuć mi jedną do buzi - otworzyła usta.
- To się nie skończy dobrze - ostrzegłam, chichocząc, i rzuciłam
winogrono w jej stronę. Odbiło się od podbródka i wylądowało, dość
niespodziewanie, w jej pustej szklance. Wpatrywałyśmy się w nie obie z cichym podziwem.
Podczas długiej podróży z lotniska w Santiago byłam wdzięczna, że znów
będę mogła rozkoszować się aurą roztaczaną przez Kristen, jej swobodną
pewnością siebie i błyskotliwym dowcipem. Ale gdy tylko podjechała
wypożyczonym samochodem pod budkę z jedzeniem, poczułam, że się
denerwuję. Zjadłyśmy lunch, opierając się o rozgrzaną maskę samochodu, a kucharka - tęga dama o brązowej skórze - cały czas się na nas gapiła.
Kobieta była tu całkiem sama, po horyzont ciągnęły się tylko
przysadziste drzewa, które unosił gęsty pył. Próbowałam obdarzyć ją
przyjaznym uśmiechem.
W każdym pierożku było całe jajko na twardo i przyprawione mięso
mielone, więc bez zastanowienia chwyciłam telefon, żeby zrobić zdjęcie.
- Co ty robisz? - Kristen przełknęła kęs i uniosła brwi. - Zapomniałaś?
- Nie zamierzałam tego publikować - mruknęłam, rumieniąc się.
- Oddaj to - słońce uderzyło w otwartą dłoń Kristen. Promienie UV
trafiały w każde zagłębienie jej dłoni, w każdy rowek opuszek palców.
Nie poruszyłam się, a ona machnęła ręką. - Znasz zasady.
Podmuch wiatru sprawił, że krzewy wokół nas zaszumiały. Kobieta
podniosła wzrok znad lady, gdzie wałkowała ciasto.
Oddałam Kristen telefon i uśmiechnęłam się.
- Cyfrowy detoks zaczyna się od teraz.
Więcej go nie wyciągałam. Trzymałyśmy telefony w torebkach, na wypadek
nagłych zdarzeń, ale były wyłączone, spoczywały na dnie jak martwe
bloczki metalu i szkła. Na początku naszej wyprawy do Kambodży
spędziłyśmy dwa dni bez telefonów i obie uznałyśmy, że będziemy to
kontynuować. A potem okazało się, że ta decyzja dobrze nam zrobiła. Tyle
szczęścia, tyle przypadkowych detali, które sprawiają, że jesteśmy tu i teraz: żywe, bezpieczne i wolne.
- To gdzie jedziemy w następnym roku? - spytałam.
Kristen przeplotła winogrono między palcami.
- Turcja wciąż jest wysoko na mojej liście. A ty nie mówiłaś, że
słyszałaś dobre recenzje o Gruzji?
Pokręciłam głową:
- Gruzja, taki kraj? Nic o niej nie wiem.
- Dałabym sobie rękę uciąć, że o niej mówiłaś - odparła, mrużąc oczy.
- Czemu nie, Turcja może być fajna - powiedziałam. - Stambuł jest
podobno ekscytujący.
- Myślałam też o Maroku. Targowanie się na bazarach, jazda na
wielbłądach po pustyni i tak dalej.
Nagle pojawiła się myśl, ale przełknęłam ją w samą porę: Aaron pojechał
do Marrakeszu kilka lat temu. On i ja byliśmy na czterech randkach, po
miesiącach luźnego przekomarzania się w kawiarni, w której pracował.
Najwyraźniej cztery randki wystarczyły, by przejął kontrolę nad moim
umysłem, a moje marzenia unosiły się jak bąbelki w kierunku
potencjalnego związku.
Nie wspomniałam o nim jeszcze Kristen, nie po tym, kiedy moje pytanie
zadane pierwszej nocy: "Spotkałaś ostatnio jakichś fajnych facetów?",
spotkało się z drwinami i krytyką. Kristen nie miała żadnego poważnego
chłopaka, odkąd ją znałam, a po sześciu miesiącach w Sydney pozbyła się
aplikacji randkowych, rozczarowana, gdy dowiedziała się, że szukanie
partnera jest tam równie frustrujące jak w Stanach. To nie tak, że nie
chciałam jej tego powiedzieć, po prostu unikałam tematu, żeby gadka o facetach nie zdominowała tygodnia, zagłuszając rozmowy krążące wokół
naszych marzeń, planów i wewnętrznych światów... I prędzej umrę, niż
opowiem jej o moim randkowym szczęściu. Aaron był pierwszym facetem od
lat, którym byłam tak podekscytowana, i nie chciałam tego zepsuć.
Chciałam też zrobić test: niedługo włączę telefon i zobaczę, czy
pofatygował się, żeby do mnie napisać. Jeśli nadal był wyraźnie
zainteresowany, powiem o nim Kristen.
Podskoczyłam. Właściciel destylarni pojawił się znikąd i pochylił nad
moim ramieniem. Zgarnął obie nasze szklanki. Poczułam mrowienie w palcach od skoku kortyzolu, tak przesadnie zareagowałam.
- Czy jeszcze coś paniom podać? - zapytał. - Niedługo zamykamy.
Wychodząc, Kristen wyciągnęła rękę i ponownie zapytała o jego imię.
- Dziękuję bardzo, Pedro - powtórzyła, a ja, stojąc za jej plecami,
dodałam po hiszpańsku kilka miłych słów. Żartowałyśmy na ten temat w drodze z Santiago. Ona odczytywała każdy znak drogowy po amerykańsku, a ja, siląc się na mój najlepszy hiszpański akcent, wyginałam język, jak
uczyli nas w szkole podstawowej.
- Cieszę się, że mogę ci się odwdzięczyć za usługi szoferskie moimi,
pożal się Boże, umiejętnościami translatorskimi.
Kristen rozpromieniła się, jej miodowobrązowe włosy powiewały przez
otwarte okno. - Wiesz, że nigdy nie musisz mi się za nic odwdzięczać.
Rozdział 2
Jechałyśmy w milczeniu z powrotem do hotelu serpentynową górską drogą,
usianą nagłymi spadkami i od czasu do czasu w tle słyszałyśmy szczekanie
psów. Region ten był popularnym miejscem do obserwacji gwiazd, więc
latarnie uliczne tu nie istniały, a światła na werandach były słabe i świeciły na pomarańczowo.
- Co jemy na kolację? - zapytała Kristen. - Zatrzymała się, by powąchać
gałązkę kwiatów fuksji. - Nie pachną.
- Wróciłabym tam, gdzie jadłyśmy lunch - powiedziałam, grzebiąc w torebce w poszukiwaniu inhalatora. Spacery po stromych zboczach i rzadkie powietrze nie przeszkadzały Kristen, ale ja nie byłam w tak
doskonałej formie jak ona. - Twoja miska komosy ryżowej wyglądała
obłędnie. I, nigdy nie sądziłam, że to powiem: mam dość tych pierożków.
- O Boże, ja też - zatrzymała się na podjeździe do hotelu. - Miałam
nadzieję, że to powiesz. Idę pod prysznic, zanim wyjdziemy coś zjeść.
- Nie spiesz się - wyciągnęłam klucze z torebki i zaczęłam grzebać przy
bramie. W ciemności zerkałyśmy na ceglaną ścieżkę. Hotel miał dziwną
konfigurację: pokoje skupione w czterech oddzielnych budynkach, z drzwiami otwieranymi na zewnątrz w stylu motelu. Był bardziej elegancki
niż hotele, które zwykle wybierałyśmy, a także droższy, ale Kristen
uparła się, by uregulować rachunek, i - wręczając zwitek gotówki -
zignorowała moje zastrzeżenia.
Kristen była zamożna w sposób, który intrygował mnie na studiach i drażnił mój umysł obywatelki klasy średniej. Nie zwracała na to uwagi,
ale ja zaczęłam potajemnie zbierać dowody. Kiedy ścieliłam łóżko kołdrą
w paski z marketu, Kristen rozkładała kremową kołdrę, ociekającą
turkusami przechodzącymi w kobalt, wyglądającą jak piękne dzieło sztuki.
Miałam tanią plastikową lampkę z tanimi zdobieniami, podczas gdy jej
była elegancką lampą podłogową, którą ustawiła w kącie. Wspominała o wyprawach do egzotycznych miejsc, ich nazwy brzmiały dla mnie jak z książki fantasy (Lublana, Brno, Zagrzeb, Baku), ale nigdy nie wymieniała
imion, nigdy nie nawiązywała do swojego pochodzenia z afektowaną dumą
czy wymuszoną pokorą.
Przekręciłam klucz w drzwiach i wpadłyśmy do naszego apartamentu, czując
ulgę, że wreszcie tu dotarłyśmy. Rzuciłam torbę na krzesło, a Kristen
zamknęła się w łazience. Z jakiegoś powodu przydzielono nam apartament -
albo dlatego, że byłyśmy tam jedynymi osobami, albo był to jedyny pokój,
jaki pozostał. Tyle zrozumiałam, posługując się moim przeciętnym
hiszpańskim. Zwykle mogłam poskładać wszystko, co chciałyśmy powiedzieć,
ale nabierałam wody w usta, gdy miejscowy odpowiadał, mamrocząc z prędkością spadających ze zbocza odłamków skalnych. Bez względu na to,
jak bardzo ich błagałam, by zwolnili (lentamente, por favor, palabra
por palabra), powtarzali wszystko w tym samym tempie, po czym
uśmiechali się wyczekująco. Kristen też się na mnie gapiła - wszyscy
czekali, aż mój ospały mózg zacznie pracować, a ja czułam coraz większe
rozdrażnienie.
Tutaj mogłyśmy mówić po angielsku. Usiadłam na łóżku wodnym, dziwna
rzecz, i wyjrzałam przez okno. Za dnia był tu wspaniały widok - brązowe
góry z kilkoma kolorowymi domami porozrzucanymi u podnóża - ale teraz
widziałam tylko niebo usiane gwiazdami. Nasłuchiwałam szumu wody
dobiegającego z łazienki, po czym wyciągnęłam telefon i połączyłam się z wi-fi. Długi ciąg esemesów od Priyi opowiadających o przezabawnym
momencie, który przegapiłam na zebraniu. I trzy esemesy od Aarona:
najbardziej zwariowane wiadomości z Milwaukee, jakie udało mu się
znaleźć.
Uśmiechnęłam się. Zdał mój test, opowiem o nim Kristen dziś wieczorem,
kiedy nadejdzie odpowiednia pora. Zrozumie, dlaczego o nim nie
wspomniałam. Doceniłaby, że nie chciałam spędzać całego tygodnia na
analizowaniu randek. Oczywiście nie wymienię innego powodu - że chcę
wreszcie zostać mamą. Kristen, z jej wysokimi wymaganiami wobec mnie,
miała tendencję do krytykowania moich zainteresowań miłosnych. Zawsze
czepiała się jakichś negatywnych detali, które przegapiłam, znaków
ostrzegawczych, których nie chciałam widzieć. Dzięki Bogu, że Aaron zdał
mój test, inaczej krytyka Kristen prawie na pewno byłaby ostrzejsza.
Mimo to Aaron, choć nadal byłam w szoku, naprawdę wydawał się jednym z tych dobrych facetów. Nasze pierwsze spotkanie wyglądało jak scena z komedii romantycznej: rozmawialiśmy, podczas kiedy on przygotowywał dla
mnie latte z mlekiem owsianym w Café Mona, kafejce położonej tuż obok
mojego biura. Z czasem dowiedziałam się, że dochodzi do siebie po
rozstaniu. Potem, w zeszłym miesiącu, szczęka mi opadła, kiedy poprosił
o mój numer telefonu. Lubiłam umawiać się na randki, ale z mężczyznami,
których poznałam przez aplikację, nigdy nic nie wychodziło. A potem, rok
temu, przysięgłam sobie, że nie umówię się już na randki: każda męska
ręka przypominała mi tę, która zagroziła mojemu życiu i posiniaczyła
mnie tamtej nocy w Kambodży. Zaskoczyłam samą siebie, zgadzając się na
pierwszą randkę z Aaronem: klaskanie do melodii polki w przytulnym
barze, w którym ktoś przygrywał na harmonijce. Poszłam na randkę, czując
przyjacielskie wibracje, a wróciłam zauroczona. Był cierpliwy, nigdy nie
sprawiał, że czułam się źle, bo nie byłam gotowa, by wyjść poza swoje
schematy. Wtedy wybuchła we mnie panika... Przestań. Przestań.
Przestań. Był też dziwny, z tymi szylkretowymi okularami, ciemnymi
opadającymi włosami i maniakalną energią poety. Nie w moim typie, a jednak...
Aaron w niczym nie przypominał mojego chłopaka ze studiów, Bena - może
to właśnie mi się w nim podobało. Ciągle widziałam cienie Bena u mężczyzn z aplikacji randkowych: wielkie "ach" i "och", wyższość, marny
gust muzyczny. Wyczuwam takich na kilometr. Aarona cechowała otwartość,
która wydała mi się odświeżająca. Realizował kolorowe projekty graficzne
w środku nocy. Dorastał w okolicy i w wolne dni lubił wędrować po
staromodnych muzeach, takich jak rezydencja Pabsta i nieco przerażająca
ekspozycja Ulice starego Milwaukee w publicznym muzeum. Interesował
się wszystkim, ale przede wszystkim mną.
Kristen wyszła spod prysznica w obłokach pary. Wyciągnęła z szafy
sukienkę i usiadła przed lustrem. Ostrożnie nałożyła podkład, pociągnęła
rzęsy tuszem. Zastanawiałam się, po co wciąż to robimy: w końcu nie
wstawiałyśmy na Insta zdjęć, a Kristen nie obchodziło zbytnio
imponowanie nieznajomym. Wyobrażam sobie, że była przyzwyczajona do
pięknego wyglądu, miała lekko kręcone włosy w kolorze karmelu i duże
orzechowe oczy.
- Nie mogę uwierzyć, że to nasza przedostatnia noc - mówiła zadumana
Kristen, gdy szłyśmy do miasta.
- Wiem. Niedługo wrócimy do swoich klatek, brr... - spojrzałam na nią. -
Potrzebujemy planu działania, żeby poradzić sobie z Lucasem -
nienawidziła swojego szefa, przysadzistego szwajcarskiego emigranta,
który, jak powiedziała, zaczął jej nie lubić w chwili, gdy firma wydała
ponad tysiąc pięćset dolarów na jej wizę pracowniczą. - Co wiemy o wsparciu dla menedżera?
- Że to niemożliwe, jeśli jesteś kozłem ofiarnym - wzruszyła ramionami.
- Branża nie osiąga kwartalnych celów, a ja jestem jedynym menedżerem,
który nie należy do ich klubu ważniaków. Chyba się mnie boją.
- Ciebie?
- Tak jak wszyscy mężczyźni, choć nie zdają sobie z tego sprawy, boją
się kobiet - przejechała palcami po dzikiej winorośli wiszącej nad
ulicą.
- Myślisz, że mężczyźni się nas boją? Uważam, że wręcz przeciwnie. Z drugiej strony nie jestem tak twarda jak ty.
Czy tak właśnie postrzegała życie? Ja na przykład zazdrościłam
mężczyznom obojętności na ich osobiste bezpieczeństwo, choćby tego, jak
potrafią przejść przez ciemną ulicę bez oglądania się za siebie.
- Oczywiście, że tak. Dlatego są tak okrutni. Do tego są szurnięci i mają bzika na punkcie karabinów szturmowych.
- Dlaczego miałybyśmy ich przerażać?
- Ponieważ wiemy różne rzeczy. Widzimy i wyczuwamy rzeczy, których oni
nie widzą - przeszła przez końskie łajno. - W końcu to my zjadłyśmy owoc
z drzewa poznania.
- Odniesienie biblijne. Trochę to staromodne.
Czy wszystkie kobiety były mistrzyniami wykrywania takich rzeczy?
Kristen potrafiła być spostrzegawcza, odczytywać intencje ludzi w sprytny, intelektualny sposób. Ale ja byłam od niej wrażliwsza, bardziej
podatna na krytykę i bardziej empatyczna. Oznaczało to, że widok
umierającego ptaka na poboczu drogi mógł napełniać mnie smutkiem, ale
były też zalety: za każdym razem, gdy przelatywał obok motyl, wypełniała
mnie radość, jakbyśmy dzielili wspólnie tajemnicę.
Skręciłyśmy z wąskiej uliczki w brukowaną i na nowo spojrzałyśmy na
uroczą wegetariańską restaurację: przypominająca drzewo paproć zajmowała
środek patia z kolorowymi łapaczami snów i wytartą tybetańską flagą
modlitewną rozwieszoną między pobliskimi drzewami. Nasze podekscytowanie
nowymi miastami graniczy z orgazmem. Kiedy wcześniej natknęłyśmy się na
to miejsce, obie byłyśmy tak przytłoczone jego pięknem, że przytuliłyśmy
się spontanicznie do siebie, chichocząc z radości.
Kristen uwielbiała opowiadać ludziom, jak się poznałyśmy, jak byśmy były
parą z wieloletnim stażem, wciąż zdumioną naszym szczęściem. Na drugim
roku byłyśmy jedynymi kobietami na seminarium zatytułowanym Metody
statystyczne w ekonomii. Kilku facetów, głównie seniorów, wykluczało
nas z dyskusji, przewracając oczami na nasze pytania i powtarzając nasze
uwagi z niemal komicznym poczuciem zadowolenia. Kiedy weszłyśmy z powrotem na korytarz, uśmiechnęłam się nieśmiało do Kristen.
- To było... interesujące.
- Powinnyśmy razem studiować - powiedziała. - Choćby po to, żeby zaniżyć
tym dupkom statystyki. Jestem Kristen.
Poprawiłam książki, by uścisnąć jej wyciągniętą rękę. A potem poczułam
to rozchwianie, takie, jakie czuje się, kiedy schodzi się z łodzi: jakaś
część mnie wiedziała, że to ważne, że nic już nie będzie takie samo.
Nie doznałam tego uczucia, odkąd poznałam Bena na imprezie w liceum,
kiedy to uroczy uczeń z prywatnej szkoły podszedł i powiedział "cześć",
a jego lodowatoniebieskie oczy wpatrywały się w moje. W ciągu miesiąca
byliśmy już oficjalnie parą. Na drugim roku studiów, zanim Kristen
uścisnęła moją rękę, nie byliśmy już z Benem tacy zakochani. Ale nadal
go kochałam, bo byliśmy razem od lat. Miałam do tego podejście oparte na
ekonomii behawioralnej: uznałam, że cały spędzony razem czas,
przestrzeń, wiedzę i uczucia, które już zainwestowaliśmy, przyszłość,
którą wyobrażaliśmy sobie w Minneapolis, skąd oboje pochodziliśmy, były
już de facto sfinalizowaną umową, nieuniknione więc, że będziemy już
zawsze ze sobą. W przeciwnym razie oznaczałoby to niemożliwość
odzyskania poniesionych kosztów i pogrzebane nadzieje.
Tak mało wtedy wiedziałam. Nie miałam możliwości cofnięcia się o krok i jasnego spojrzenia na wiele rzeczy. On się tobą opiekuje, mówiłam
sobie, ponieważ dał jasno do zrozumienia, że jest mądrzejszy ode mnie.
On chce tylko dla ciebie tego, co najlepsze, mówiłam sobie, ponieważ
nie lubił moich bardziej hałaśliwych kolegów ze studiów, nienawidził,
kiedy piłam, i prawie dostawał apopleksji, gdy próbowałam trawki. Chce,
żebyś była jak najlepsza, recytowałam jak nakręcana lalka, bo chciał,
żebym poznała ezoteryczną literaturę rosyjską, kino artystyczne i muzykę, której słuchały snoby. Poza tym w naszej dynamice była pewna
przytulność. Wiedziałam, jaką pił kawę, w której restauracji zjemy przed
pójściem do kina i jak wszystko się skończy. Spojrzenie w przyszłość,
jak rzucenie okiem na ostatnią stronę książki, zanim narracja stanie się
zbyt intensywna.
A potem poznałam Kristen. Prawie natychmiast stałyśmy się nierozłączne:
odkryłyśmy naszą miłość do gier słownych oraz głupich łamigłówek i stworzyłyśmy własny sekretny język, nasz hermetyczny świat. Spotykałyśmy
się w różnych miejscach na kampusie, żeby się wspólnie uczyć, a ich
lokalizację odkrywałyśmy dzięki wskazówkom w esemesach - takie
poszukiwanie skarbów z byciem razem jako nagrodą. W akademikach
zostawiałyśmy kryptografy na tablicach naszych drzwi, zaszyfrowane
skargi na to, że zostałyśmy wyrzucone z pokoju, lub zaproszenia na
kolację do Hinmana. Skradanie się, zostawianie sekretnych rzeczy na
widoku, to wszystko powodowało przypływ adrenaliny. Ale któż nie lubi,
jak mu się uda?
Trochę dziwnie o tym myśleć, jak sądzę, po tym, co wydarzyło się w Kambodży. Krew na podłodze tworząca kałużę.
Na studiach przebywanie z Kristen przyniosło mi wyraźną ulgę, gdy zdałam
sobie sprawę, jak mała i spięta czułam się w towarzystwie Bena. Kristen
była pierwszą osobą, która ten związek zakwestionowała, zadawała
właściwe pytania, aż powoli, powoli zaczęłam rozpoznawać manipulację,
krytykę. Zaczęłam stawiać się Benowi i wytykać mu różne rzeczy. Chciałam
wiedzieć, dlaczego nasze plany podyplomowe były naprawdę jego planami ze
mną jako zaledwie rekwizytem. To do Kristen pobiegłam o drugiej w nocy,
kiedy na ostatnim roku Ben i ja wdaliśmy się w kłótnię stulecia,
wrzeszcząc i wymachując rękami.
On i ja prawie nigdy się nie kłóciłyśmy, zamiast tego budowaliśmy
wzajemną niechęć, więc nadszedł taki moment, gdy część mnie oderwała się
od ciała i unosiła nad głową jak dron. Czy to się naprawdę dzieje? Czy
tak to ma wyglądać? Odwrócił się, a ja sięgnęłam po jego ramię. Spójrz
na mnie, kiedy do ciebie mówię, a on odwrócił się tak gwałtownie, że
tył mojej głowy zderzył się ze ścianą za mną, zanim zdążyłam się
domyślić, dlaczego i jak.
- Nie próbowałem cię uderzyć - powiedział groźnie, zamiast przeprosić.
Przepchnęłam się obok niego i pobiegłam do drzwi. Po kilku dniach
Kristen poszła do Bena i spakowała moją walizkę, a on patrzył z zaciśniętymi zębami. Nigdy nie zerwaliśmy osobiście.
Chciałam go znowu zobaczyć, co było żałosne. Chciałam krzyczeć i płakać,
gdy mnie trzymał, bo jego ramiona były dla mnie prawie tak znajome jak
moje własne. Ale Kristen wiedziała lepiej.
- Dokręć zawór - powiedziała wtedy. - Nie marnuj kolejnej sekundy na
tego dziada. Teraz może znaleźć kogoś nowego, kto spróbuje wcisnąć się
do jego maleńkiego, dusznego pudełka, a ty bądź twarda, bo taka naprawdę
jesteś.
Teraz Kristen podeszła do kelnera i uniosła dwa palce.
- Una mesa para dos1 - powiedziała. Zawsze szybko się uczyła.
Pozwolił jej wybrać stolik, wskazała mi miejsce z widokiem na salę, a sama zajęła to, z którego patrzyło się na ścianę.
- To był taki fajny tydzień - wyciągnęła rękę i ścisnęła moje
przedramię. - Taki wyluzowany i magiczny.
- Dokładnie to, czego potrzebowałyśmy - zgodziłam się, rozkładając
serwetkę.
- Od dawna nie byłam tak zrelaksowana.
Przestań. Przestań. Przestań. Krew spływa po metalowym słupie jak
farba. Oczy Kristen rozszerzają się ze zdumienia. Krew spływająca na jej
ręce, nadgarstki, buty...
- Można by pomyśleć, że jest tak jak zawsze - powiedziała. Otworzyła
menu. - Możemy zacząć z tego samego punktu, w którym przerwałyśmy, jakby
nic się nie zmieniło. I to właśnie oznacza, że jesteśmy prawdziwymi
przyjaciółkami.
Rozdział 3
Oto co się wydarzyło: pewien mężczyzna zaatakował mnie w Phnom Penh w Kambodży i zabiłyśmy go w samoobronie.
Był turystą z południowej Afryki, kolesiem z długą blond brodą i ogromnymi owłosionymi ramionami, piegowatym i opalonym. Odwrócił się w naszą stronę w wilgotnym barze, a właściwie w stronę Kristen, zwyczajnie
ślicznej w spodniach koloru kości słoniowej i bezrękawniku, i zapytał,
jak nam się podoba w Kambodży. Nazwałyśmy go goguś, co w naszym języku
oznaczało, że jest łobuzerski i głośny, ale też uroczy. Po kilku
minutach wyciągnął rękę: "Jestem Sebastian, tak przy okazji", a Kristen
powiedziała mu, że ma na imię Nicole. To było coś, co robiłyśmy już na
studiach: podawałyśmy fałszywe imię, aby pokazać, jak mało liczyła się
dla nas interakcja z daną osobą, jak bardzo byłyśmy pewne, że nigdy
więcej nie zobaczymy tego faceta. Po Benie pilnowałam się, by nie wpaść
za szybko w jakiś związek, zresztą Kristen mnie przed tym przestrzegała.
A podczas podróży używanie pseudonimów nadawało naszym nocom
ekscytującego wydźwięku: "Pewnego razu w Las Vegas".
Udawałam razem z nią, przedstawiając się jako Joan. Ale Sebastian z RPA
był naprawdę zabawny. I w jakiś dziwny sposób, kiedy poczułam się jako
ta mniej pożądana koleżanka, włączył mi się dowcip i poczucie humoru,
zaskakując precyzją i wyczuciem czasu. Kristen nie miała nic przeciwko.
I tak gość był bardziej w moim typie, a ona usunęła się z drogi,
odwracała się i rozmawiała z nieznajomymi.
Czas płynął szybko, zrobiło się chłodniej. Najpierw bar ucichł, potem
ulice na zewnątrz poszły w jego ślady. Ryk przejeżdżających motocykli
cichł w oddali, zagłuszany okazjonalnymi okrzykami pijanych turystów.
Dotknęłam szorstkiego bicepsa Sebastiana, kiedy mnie rozśmieszył, a on
przycisnął dłoń do mojej talii, by przepuścić kelnera. "Nicole" kupiła
nam kolejną kolejkę piwa angkor i kiedy wznosiliśmy toast, posłała mi
porozumiewawczy uśmiech.
Rozmowa nieuchronnie zmierzała ku "czas się stąd zbierać". Zatrzymał się
w hostelu jeszcze bardziej kiepskim niż nasz, gdzie wynajął łóżko w pokoju wypełnionym pryczami, więc święta Kristen uparła się, że chce
zostać sama w tym martwym barze i wypić solo ostatnie piwo.
- Wrócę do hotelu do... północy - zaproponowała, a Sebastian i ja z wdzięcznością kiwaliśmy głowami i wszystko było jasne dla wszystkich.
Kristen chwyciła mnie za łokieć w drodze do wyjścia i jeszcze raz
zapytała:
- Na pewno?
Zawahałam się. W końcu nie znałam tego faceta. Moje przelotne przygody
typu seks na trzeciej randce na Środkowym Zachodzie (od zabawnych po
żałosne, to może nie do końca było to, czego chciałam, ale godziłam się,
bo nagle znajdowałam się z gościem w łóżku), miały w sobie coś
oswojonego. Okolice, które znałam, telefon komórkowy i trzy cyfry, które
miałam wykute na pamięć. Tu było inaczej. Ani Kristen, ani ja nie
miałyśmy do tej pory żadnego wakacyjnego romansu. Ale potem starałam się
odeprzeć niepokój, który często wkrada się, gdy robi się coś tylko
dlatego, że facet był zabawny, seksowny i w dodatku mnie chciał.
Dużo myślę o tym momencie, kiedy poklepałam Kristen w ramię i odwróciłam
się. Jak to zmieniło bieg naszego życia, mojego i jej. Jak nasza ścieżka
rozwidlała się i skręcała, pozostawiając za sobą tak wiele nietkniętych
nitek wybiegających ze środka jak w koronkowej serwetce. Gdybym wtedy na
przykład poszła po rozum do głowy i zmieniła zdanie, a Sebastian
rozpłynąłby się w mroku, albo gdybym wybrała inną ścieżkę i nigdzie
byśmy nie poszli, tylko całowalibyśmy się w barze lub gdzieś na rogu
ulicy...
Ale stało się tak, jak się stało. Wybrałam tę najbardziej supełkowatą
nitkę i trzymając się jej, podążyliśmy w noc. Kiedy wychodziliśmy, błysk
flesza oślepił mnie na chwilę, choć nie wiedziałam, kto zrobił zdjęcie -
może ktoś, komu weszliśmy w kadr w barze. Czasami myślę o tym zdjęciu, o tym, że ktoś je pewnie usunął z chmury, nieświadomy, że jest na nim
zaginiona osoba w jej ostatnich chwilach. Może być bardzo, bardzo źle,
jeśli trafi na to właściwa osoba, połączy kropki i przekaże to władzom
RPA. Kto wie, co jeszcze jest przypadkowo udokumentowane w telefonach,
na twardych dyskach i w zakurzonych albumach ze zdjęciami? W tym szumie
w tle, który ma różne znaczenia dla różnych odbiorców...
Sebastian i ja szliśmy razem, przecinając pełne komarów powietrze i trzymając się za ręce, a jego dłoń zsunęła się w dół, żeby ścisnąć mój
tyłek. Gdy dotarliśmy do frontowych drzwi hotelu, dyżurny pracownik spał
na sofie w holu. Kciuk Sebastiana pogładził mój, gdy czekaliśmy, aż nas
wpuści. Robiło mi się coraz cieplej między nogami, potem seksowny,
głęboki pocałunek, gdy tylko znaleźliśmy się sami w pokoju.
Na początku było gorąco i podniecająco: odkryłam, że lubi mieszać
przyjemność z bólem, chwytał moją dolną wargę zębami, zaczesywał moje
włosy do tyłu ostrym szarpnięciem. Nie było to w moim stylu, ale czułam
się trochę jak zdobycz, tak pożądana, że ledwo mógł powstrzymać swój
zwierzęcy popęd. Przez lata miałam dość edukacji seksualnej - quizów w czasopismach i rozmów z przyjaciółmi ożywionych winem - by wiedzieć, że
aby zrobić na kimś piorunujące wrażenie, trzeba pokazać, że się
interesujesz tym co on, i odbierać jego niewerbalne znaki. Więc
szarpnęłam jego blond włosy. Zamienił pocałunek w szyję w ugryzienie.
Przejechałam opuszkami palców po jego nagich plecach i nagle zacisnęłam
palce, robiąc dziesięć drobnych zadrapań, i uśmiechnęłam się przy jego
ustach, kiedy jęknął z przyjemności.
Ale wtedy coś się zmieniło.
W tym samym momencie dotarło do mnie, że chcę się przełączyć na zupełnie
inny kanał. Przestań. Przestań. Przestań.
Odczucie dotyku jego ust pieszczących mój sutek zmieniło się w ból.
Sapnęłam i odepchnęłam jego policzek, a on zbliżył się, by znów mnie
pocałować. Potem zacisnął pięść na moich włosach i szarpnął tak mocno,
że łzy napłynęły mi do oczu. Byłam zaskoczona i oszołomiona:
- Hej, nie tak ostro.
Znów się uśmiechnął, jego ruchy wciąż były płynne.
- No co ty, tylko się bawimy.
Przygryzł zębami płatek mojego ucha, aż krzyknęłam. Usiadłam, opierając
się o wezgłowie.
- To boli.
- Jesteś tak cholernie seksowna.
- Mówię poważnie - strąciłam jego rękę z mojej piersi.
Nagle poruszył się tak szybko, że ledwo to zarejestrowałam, i chwycił
mój nadgarstek w swoją dłoń.
- Chcesz, żebym na to zapracował, co?
- Skończyliśmy - zerwałam się z łóżka. - Myślę, że powinieneś iść.
Spojrzał na mnie groźnie.
- Zwodziłaś mnie całą noc.
Łza spłynęła mi po policzku, ale wciąż patrzyłam na niego, wciąż
zachowywałam się twardo. - Musisz wyjść.
A potem cofnął się i uderzył mnie w policzek.
- A może tak ci się podoba? - szok skrystalizował się na moim policzku,
a ból rozległ się echem jak bicie dzwonu.
To było jak kubeł lodowatej wody, w jednej chwili pożądanie zamieniło
się w strach, tryb przetrwania, walkę lub ucieczkę. Odepchnęłam go na
ślepo, desperacko i trafiłam w szczękę. Przypadkowy cios. Rozszerzył
nozdrza, złapał mnie za gardło i przycisnął do ściany; łup - walnięcie
moją głową. Wymacałam jego palce i usiłowałam oderwać je od mojej szyi.
Drugą ręką sięgnął w dół i zsunął moją bieliznę do górnej części ud.
Poczułam dziwne poczucie wstydu, jak we śnie, kiedy zdajesz sobie
sprawę, że jesteś nago.
Złapał mnie za nadgarstki i przycisnął je do ściany nad moją głową,
jakbym była wiedźmą, którą przywiązano do pala na stosie. Pamiętam
moment, jak jego biodra przyciskają moje do ściany, jego fiut
napierający na szorty. Uśmiech na jego spoconej twarzy, okrucieństwo w oczach, gdy zaczęłam krzyczeć. Widzę, jak w zwolnionym tempie unosi
wolną rękę, a potem kieruje ją w stronę moich ust. Znowu uderzyłam tyłem
głowy w ścianę, tym razem mocniej - to był ten sam odgłos jak wtedy z Benem, osiem lat wcześniej - i zobaczyłam tylko błysk rozmytej bieli.
Zatrzymał się wtedy, a ja przestałam walczyć. Nurkowanie z butlą - tam
właśnie powędrował mój umysł, odpłynął, jakbym była pod wodą. Kristen
chciała spróbować tego w Wietnamie lata wcześniej, a ja odmówiłam, bo
kiedyś przeczytałam, że nurkowie umierają nie z powodu braku tlenu, ale
z dezorientacji. Wpadają w panikę i usuwają wszystko, co mają przed
nosem i w ustach. Właśnie o tym pomyślałam, gdy Sebastian skupił cały
swój ciężar na mojej szczęce: coś przed moimi ustami, coś, co desperacko
chciałam wyrwać, ale wiedziałam, że już za późno i mam przerąbane.
Zabije mnie.
- Emily!
Oboje zamarliśmy. Odwrócił się, by spojrzeć na drzwi i chociaż nie
mogłam odwrócić głowy, poczułam, że ucisk zelżał. Ogarnął mnie gniew,
rozchyliłam usta i wtopiłam zęby w kawałek ciała, coraz mocniej i mocniej, aż poczułam posmak żelaza na języku.
- Pierdolona suka! - puścił moje nadgarstki i cofnął się, ściskając
krwawiącą dłoń. Koronka mojej bielizny wpiła mi się w udo, gdy kopnęłam
go kolanem, ale z jęku, jaki wydał, wywnioskowałam, że trafiłam tam,
gdzie chciałam. Złapał się za krocze i upadł na mnie.
Brzdęk i jego ciało znów się poruszyło, a ja mogłam się spod niego
wydostać. Kristen stała nad nami, oddychała ciężko i szczerzyła zęby jak
prawdziwa Buffy Pogromczyni Wampirów. Trzymała ciężką lampę stojącą, a kiedy cofnęłam się na tyłku, zamachnęła się ponownie i z obrzydliwym
hukiem walnęła Sebastiana w plecy. Upadł na ziemię, uderzając głową o podłogę centymetr od nogi metalowej ramy łóżka.
Widziałam, jak moja wściekłość odbija się echem w spojrzeniu Kristen, na
chwilę spojrzałyśmy sobie w oczy. Potem wykryłam ruch, zanim zdążyłam go
przetworzyć.
Przestań. Przestań. Przestań.
Widzę tylko przebłyski, jak w świetle stroboskopu: głowa Sebastiana
oparta o ramę łóżka. Trzy kopnięcia, cztery, krew plami metalową nogę i zbiera się w pęknięciach laminowanej podłogi.
Chwyciłam Kristen, odciągnęłam ją i uściskałam. Oparłyśmy się o siebie,
dygotałyśmy.
Zostałyśmy tak przez jakiś czas. Sekundy, minuty, może godziny.
Motocykle przemknęły za tanimi zaciągniętymi zasłonami, błysk i ryk.
Sebastian leżał nieruchomo. To Kristen odsunęła się pierwsza. Jej oczy
były teraz czyste, zwężone.
- Musimy się stąd wydostać - powiedziała stanowczo.
Myślała na głos, wyliczając, jakie mamy opcje. Wpadła też na pomysł
wezwania gliniarzy: w końcu była to ewidentna samoobrona. Ale nasz
przewodnik wspomniał o trudnościach we współpracy z tutejszą policją i od czasu kłótni z Benem wiedziałam, że zgłoszenie napaści, co rozważałam
wtedy i kilka razy w kolejnych miesiącach, jest bardziej skomplikowane,
niż większości ludzi się wydaje. Ostatnią rzeczą, jakiej chciałyśmy, to
wylądować w kambodżańskiej celi więziennej ze skonfiskowanymi
paszportami, oskarżone o morderstwo. Widziałyśmy film W matni i czytałyśmy o Amandzie Knox.
Drżałam i miotałam się, ale Kristen zachowała zimną krew. Sprawdziła
puls, a kiedy stwierdziła jego brak, przygotowała plan. Niedorzeczne w tak pechową noc szczęśliwe zbiegi okoliczności: ledwie obsadzona
recepcja, nikt nie sprawdził naszych paszportów, kiedy przyjechałyśmy i zapłaciłyśmy z góry gotówką, a barman usłyszał imiona Nicole i Joan.
Sebastian podróżował przez dziewięć miesięcy z plecakiem w ramach
wyprawy, która nie miała określonych ram czasowych, i tak jak my był
dumny z tego, że unika mediów społecznościowych i nie dzwoni do domu.
Powiedziała, że obciążymy ciało i przerzucimy je przez pobliski klif do
rwącej rzeki. Że musimy zatrzeć ślady. Opuścimy Phnom Penh, zanim
ktokolwiek zorientuje się, że coś jest nie tak. Poczułam się odrętwiała,
jakby ktoś podłączył mnie do kroplówki z nowokainą. Kristen i Emily
nigdy nie pozbyłyby się ciała, ale "Nicole" i "Joan" mogły. I zrobiły
to. Kolejne godziny były jak montaż filmu, o którym będę myślała, że
nigdy, przenigdy nie zostanie wyświetlony. Były wyczerpujące i okrutne,
wszystko mnie bolało przez tydzień, ale Kristen okazała się
niezmordowana, działała z zaciśniętymi zębami i ze zdecydowanym wyrazem
twarzy. Zrobiłam dokładnie to, co mi powiedziała, i cudem się udało.
Kiedy skończyłyśmy, pojechałyśmy autobusem do Laosu. Było cicho i sennie
przez całą dziesięciogodzinną jazdę, a ostatnie kilka dni spędziłyśmy,
nie zwracając na siebie uwagi, w dwugwiazdkowym hotelu. Nie pamiętam
lotu do domu, jazdy taksówką z lotniska, nieprzespanej nocy przed
powrotem do pracy. Ciągle widziałam czaszkę Sebastiana wgniecioną w miejscu, w którym stykała się z nogą ramy łóżka, krew tworzyła owal jak
rubinowy dymek w komiksie.
Byłam w rozsypce. Mój mózg wydawał się niewyraźny i nieprzezroczysty,
pokryty czarną pleśnią. W nocy zapadałam w niespokojny
dziesięciogodzinny sen, a w ciągu dnia wybuchałam niekontrolowanym
płaczem. W niektóre poranki przesypiałam dzwonienie budzika i szłam do
pracy dopiero w południe, miałam spuchnięte oczy i nie mogłam się
skupić. Całymi dniami nie jadłam, potem budziłam się w nocy ze skurczem
żołądka. Mój menedżer ostrzegł mnie, że jeśli się nie ogarnę, to mnie
zwolni. Patrzyłam na niego tępo, zbyt załamana, żeby się tym przejmować.
Sebastian nie powinien był umrzeć: nie popierałam kary śmierci i na
pewno nie podobało mi się, że zachowałyśmy się jak samozwańczy stróże
prawa, biorąc sprawiedliwość we własne ręce. To był wypadek, samoobrona,
która poszła za daleko. Ale nie żałowałam, że zamiast wezwać policję,
pozbyłam się jego ciała. Doszłam do przekonania, że to był nasz jedyny
wybór. Dużo czytałam na temat Amerykanów aresztowanych za granicą na
całym świecie i jak ich życie zostało zrujnowane. Kobieta z Oregonu
przez lata czekała na proces w Argentynie za śmiertelne wepchnięcie
kieszonkowca pod samochód. Uwięziony detektyw z Wirginii upierał się, że
nie miał nic wspólnego z atakiem na hostessę w restauracji w Acapulco.
Tylu podróżników walczących o powrót do domu lub spędzających młodość w obskurnych celach.
Przerażające historie, obrzydliwy dreszcz, który mógł też stać się moim
udziałem. Ale chociaż przeczytane historie wymazały poczucie winy, nie
złagodziły traumy i poczucia niesprawiedliwości. Dlaczego wszechświat
wcisnął nas między dwa potwory: Charybdę i Scyllę?
Niedługo po powrocie do domu powiedziałam Kristen, że chcę porozmawiać z terapeutą. Wiedziałam, że rozmawiała z terapeutą jako dziecko, po
śmierci rodziców, przez co była jedyną znaną mi osobą, która chodziła do
psychiatry. Płatne, bezstronne, współczujące ucho wydawało mi się
całkiem dobrym pomysłem. Miałam koszmary, ataki paniki, bolesne echa
bezradności, czułam wszechogarniający strach.
- Wybacz, nie chcę cię zniechęcać - powiedziała mi przez telefon. - Ale
uważam, że nikt nie powinien poznać związku między nami a tym facetem.
- Nawet jeśli skłamię o tym, gdzie i kiedy i... jak to się wszystko
skończyło?
Bardzo długa cisza.
- Tak naprawdę terapia tak nie działa.
- A nie pomogło ci to? Przechodziłaś przecież przez coś...
traumatycznego?
- Byłam dzieckiem, straciłam rodziców, a dziadkowie nie mieli pojęcia,
jak ze mną rozmawiać. Więc doktor Brightside2 pomogła mi
nauczyć się pewnych mechanizmów radzenia sobie. Ale ty jesteś odporna,
Emily. Jesteś silna jak diabli. Znam cię.
Długa cisza. Wreszcie:
- Naprawdę nazywała się Brightside?
Parsknęła śmiechem.
- Bardzo w punkt, co? Patrząc na to z perspektywy czasu, to musiał być
pseudonim - kiedy Kristen znów się odezwała, jej głos był miękki. - Ja
tylko chcę, żebyś była szczęśliwa. I zdrowa. Powinnaś zrobić wszystko,
co musisz, aby tak się stało.
Wiedziałam, o co jej chodziło.
- Wiem, że masz rację. Nie potrafię jasno myśleć. Nadal przetwarzam.
- Będzie łatwiej, obiecuję. I do tego czasu jestem tu dla ciebie, o każdej porze dnia i nocy. Nie byłam pewna, czy chcesz o tym rozmawiać,
więc nie poruszałam tego tematu, ale jestem tutaj - dodała już bardziej
ożywionym tonem. - Mogę być twoją doktor Brightside.
- A jak ci zajdę za skórę? - chciałam zabrzmieć żartobliwie, ale
wylądowałam gdzieś pomiędzy zranieniem a zazdrością.
- Nie chcę, żebyś myślała, że nie słucham. Słyszę cię, przysięgam, że
tak - powiedziała prawie ponaglająco, a ja zauważyłam, że kiwam głową. -
Od tego czasu też się miotam. Oczywiście, że tak. Ale to, co mnie zawsze
ugruntowuje, to świadomość, że mnie wspierasz, bez względu na wszystko.
A ja ciebie. Jesteśmy dla siebie. Prawda?
Nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo poważnie mówiła. W następnych
tygodniach i miesiącach dzwoniła do mnie każdego wieczoru i rano, przed
pracą, żeby się zameldować, zapytać, jak się czuję, żeby mnie zaskoczyć
czymś tak zabawnym, że nie mogłam się powstrzymać, by znów poczuć się
sobą. W weekendy rozmawiałyśmy długo na wideo, raz przez całą noc, pełne
dziesięć godzin. I oglądała ze mną filmy, zamawiała dla mnie jedzenie,
wysyłała do mnie firmy, które odbierały pranie, ekipę sprzątającą, aby
wyczyściła moją smutną, lepką kuchnię. Zamawiała te wszystkie rzeczy,
które zrobiłaby osobiście, gdyby tylko mogła. Wiedziałam, że gdyby tu
była, zmuszałaby mnie, żebym jadła, czule myłaby mi włosy i obcinała
paznokcie. Kiedy powiedziała, że będzie moją doktor Brightside, nie
pojęłam jeszcze, jak bardzo stanie się moim ratunkiem, jak poskłada mnie
z powrotem w całość.
Ale wiedziałam, że chciała mi pomóc, że była dla mnie, cokolwiek by się
działo. Wzruszyłam się, gula urosła mi w gardle i odchrząknęłam.
- Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła - powiedziałam jej zalana łzami i niemal zdrętwiała w moim zaciemnionym salonie.
Zachichotała.
- Miejmy nadzieję, że nigdy nie będziemy musiały się dowiedzieć.
Rozdział 4
- Chciałam z tobą o czymś porozmawiać - Kristen odłożyła widelec i oparła łokcie na stole.
Pociągnęłam łyk mojej ciemnej carmén?re. Chilijskie wino było pyszne.
- Tak? - zabawne, właśnie miałam jej opowiedzieć o Aaronie.
- Nie chciałam od razu o tym mówić. Chciałam... Chyba najpierw cię
wyczuć. Ale zaraz ci powiem - rozłożyła dłonie, a ja obserwowałam w zwolnionym tempie, jak rozszerza palce. Skręciło mnie w środku. Na pewno
ma to związek z Kambodżą.
W końcu przerwała dramatyczną pauzę:
- Myślę, że powinnyśmy podróżować po świecie przez sześć miesięcy.
Począwszy od tego lata. Twojego lata.
Nie dotarło do mnie. Jakby mówiła szybko po hiszpańsku i teraz patrzyła
wyczekująco.
- Podróżować po świecie?
- Masz mnóstwo pieniędzy zaoszczędzonych dzięki wygodnej pracy z tą
karmą dla kotów - kontynuowała. - I myślałam, żeby wziąć urlop w swojej
pracy. Mój podnajem kończy się w czerwcu. Mówię całkowicie poważnie,
Emily. Mogłybyśmy to zrobić, prawda?
Pokręciłam głową. Wystarczająco dziwnie było wyobrazić sobie Kristen na
spodzie kuli ziemskiej, gdy dźwięczność jej słów została wzmocniona
silnie akcentowanym australijskim "prowda?". Ale Kristen była pionierem,
poszukiwaczką przygód. Ja zaś - stabilna, niezawodna Emily - po prostu
od czasu do czasu składałam jej ekscytującemu światu wizytę. Czy
naprawdę mogłam zawiesić na pół roku swoje życie? Teraz, kiedy miałam
trzydzieści lat i wreszcie poznałam kogoś, kogo lubię?
- Nie zrozum mnie źle - powiedziała to, co ludzie mówią tylko wtedy, gdy
mają zamiar cię obrazić - ale co cię trzyma? Nie jesteś przywiązana do
niczego, nie masz zasmarkanych dzieci, nudnego męża ani kariery, która
wydaje się twoim powołaniem, ani rodziny, z którą jesteś blisko. Prawda?
Przygryzłam wargę. W większości miała rację: brak rodzeństwa, mama i ojczym w St. Paul, tata i macocha w północnym stanie Iowa, nie
kontaktowałam się z nimi od miesięcy.
Kristen i mnie połączyło to na studiach: podczas gdy wszyscy nasi
koledzy dzwonili do matek przynajmniej raz dziennie, my rzadko
rozmawiałyśmy z naszymi opiekunami. Mniej więcej wtedy zaczęłam zdawać
sobie sprawę dlaczego. Zauważyłam, jak mimowolnie okrutni potrafią być
moi rodzice, lekceważący i egocentryczni. Dziadkowie Kristen, Nana i Bill, wychowali ją po śmierci rodziców, od kiedy miała dwanaście lat. I chociaż oboje zawsze wydawali mi się dość mili, Kristen twierdziła, że
Bill był tyranem, a Nana kłębkiem nerwów.
Kristen rozejrzała się po restauracji, a potem uśmiechnęła się do mnie z błyskiem w oku. Wiedziałam, o co jej chodziło, jak na telepatię między
przyjaciółmi przystało, wyczytałam: to może być nasze życie. Wspólne
przemierzanie świata. Odkrywanie dzikich zakątków cywilizacji, kąpanie
się w tak surrealistycznych krajobrazach, jakie widywało się tylko w filmach o podróżach kosmicznych.
Ale Aaron... Nie żebym miała planować całe życie wokół kogoś, z kim
byłam tylko na czterech randkach. Ale jednak.
Pochyliła się do przodu.
- Pamiętam, że kiedy ty i Ben się rozstaliście, mówiłaś: "To jest to,
teraz mogę żyć pełnią życia. Mogę robić, co mi się rzewnie podoba" -
machnęła ręką. - Wiem, że ja to widzę inaczej, bo to moje rodzinne
miasto, ale czy Milwaukee to naprawdę miejsce, w którym chcesz być?
- Kocham Milwaukee. W przeciwieństwie do ciebie uwielbiam tam mieszkać.
- Ale powiedziałaś o tej pełni życia tak, jakbyś chciała opuścić
Środkowy Zachód.
- Hmm...
Pojawił się kelner i Kristen zapytała, jakie piwa mają w ofercie, a ja
pociągnęłam za nitkę, która odrywała się od mojej podkładki.
Zerwanie z Benem było jak wbicie noża w najdelikatniejszy punkt mojej
psychiki. Zostałam wygnana do mieszkania Kristen, byłam zdezorientowana
i smutna. W tamtym czasie moja przyjaciółka Angie, dzielna rudowłosa
specjalistka z lingwistyki, którą poznałam w klubie szachowym, dzieliła
ciężar pielęgnowania mojego złamanego serca, wkraczania z lodami i współczucia, kiedy potrzebowałam przerwy od ciągłego gadania Kristen,
żeby pieprzyć Bena. Kiedy kilka tygodni po rozstaniu Angie zasugerowała,
że fajnie byłoby, gdybym pojechała do domu na święta, żeby mama mogła
porozczulać się nade mną, wybuchnęłam śmiechem.
- Kiedy powiedziałam mamie, że zerwaliśmy, powiedziała tylko: "No
proszę, a ja dopiero zaczynałam go lubić".
Angie opadła szczęka.
- Nie zapytała, co się stało?
- A po co? - moi rodzice, którzy rozwiedli się, gdy byłam nastolatką,
spełnili fizyczne wymagania "akceptowalnego wychowania dziecka", a gdy
poszłam na studia, wydawało się, że im ulżyło, że nie muszą już sobie
zawracać głowy, z kim wychodzę i kiedy wrócę.
Angie zastanowiła się.
- Nie wiem, o czym ona mówiła, wszyscy go nie znosiliśmy.
Patrzyłam na nią przez chwilę. Opinia Angie, o której wiedziałam od
tygodni, była wciąż palącą tajemnicą, którą wszyscy na uczelni ukrywali
przede mną praktycznie od pierwszego roku studiów. Wszyscy oprócz
Kristen.
W następnym tygodniu, kiedy byłam w domu, łamałam sobie głowę, dlaczego
ani mama, ani ojczym nie wspomnieli o Benie pierwszego, drugiego,
trzeciego dnia. Temat mojego wieloletniego chłopaka wyraźnie przycichł w mojej głowie, otoczyła go martwa cisza. Kristen i ja spędziłyśmy kolejne
dwa święta Bożego Narodzenia samotnie w ciepłych miejscach: Fort
Lauderdale, potem Portoryko. Wycieczki były genialnymi pomysłami
Kristen, skąpane w słońcu wypady, które ugruntowały jej miejsce na moim
osobistym drzewie genealogicznym, tym, które ma znaczenie: wśród
rodziny, którą wybierasz.
- Twoi rodzice mają w dupie twoje uczucia - zauważyła. - Dlaczego
poświęcasz im swój czas?
Kristen wybrała chilijskiego lagera i wysłała po nie kelnera. Złożyła
ręce.
- Pomyśl o tym, Emily. Sama powiedziałaś, że wszyscy twoi przyjaciele
pożenili się i mają dzieci.
Ale ja tego właśnie chcę. Łzy napłynęły mi do oczu, kilka pasm
frustracji zlało się w jedno: irytacja na siebie, że żałośnie pragnę
chłopaka, żal, że nie potrafiłam być tak beztroska jak Kristen, że nie
potrafiłabym rzucić wszystkiego ot tak, na sześć miesięcy, z żądzy
włóczenia się po świecie.
- O Boże, nie płacz! - ręka Kristen opadła na moją, przecisnęła się
przez moje palce. - Przepraszam, mówię to wszystko źle. Chodzi mi o to,
że... tak wielu ludzi zabiłoby, aby być na twoim miejscu. Wszyscy nasi
koledzy ze studiów dźwigają teraz torby na pieluchy, prawda?
Obie zachichotałyśmy.
- Myślałam... Hej, kończymy trzydzieści lat. Czy to nie najlepszy moment
na spróbowanie czegoś nowego? I byłam podekscytowana, myśląc, jak
mogłoby wyglądać nasze życie w trasie. Tak jak kiedyś, tylko lepiej, bo
teraz jesteśmy dorosłymi kobietami.
Usiadła wyprostowana, wciąż trzymając mnie za rękę.
- Wiesz, że kocham nasze wycieczki. Ale zobaczenie cię raz, może dwa
razy w roku to za mało. Tęsknię za tobą jak szalona - spojrzała na
podkładkę. - I... w zeszłym roku, kiedy przeżywałaś trudne chwile,
czułam się okropnie, że nie mogłam być przy tobie osobiście. Jesteś dla
mnie najważniejsza, wiesz?
O tej porze w zeszłym roku. Żołądek podskoczył mi do gardła, kiedy
przypomniałam sobie zeszłą wiosnę, po Kambodży: jak chodziłam otępiała
do pracy... o ile udało mi się tam dotrzeć. Jak wahałam się między
głębokim, spastycznym szlochem a dziką, miotającą paniką i jedna myśl
kołatała mi się po głowie: umrę.
- Ale nie tylko to - kontynuowała. - Tęsknię za oglądaniem Netflixa w łóżku, kiedy jesteśmy zbyt leniwe, żeby wyjść. Brakuje mi omawiania
jednego tematu przez dni lub tygodnie, zamiast zdawać sobie relacje
przez telefon o tym, co się u nas dzieje podczas trzygodzinnych rozmów.
Nie wiem. Tylko ja tak mam?
Pokręciłam głową i zaśmiałam się.
- Tak, nie, ja też. Po prostu... nigdy nie przyszło mi to do głowy.
Nigdy sobie tego nie wyobrażałam - usiadłam, pociągnęłam łyk wina. -
Kristen Czarnecki, ty szalona suczo.
Zaśmiała się. Miała najmilszy na świecie śmiech, pełny i melodyjny.
- Możemy to zrobić. Dlaczego nie? Inni robią tak cały czas. Cholera, jak
spotykamy ich na wycieczkach, to zawsze jestem o to zazdrosna.
Mogłybyśmy być tymi, którym inni zazdroszczą!
Spojrzała na mnie wtedy z szerokim uśmiechem i błagalnym wzrokiem, tym
samym spojrzeniem, którym obdarzała mnie, gdy próbowała mnie przekonać,
żebym wyruszyła z nią na przygodę. Wejdź ze mną do tej opuszczonej
jaskini, podążaj za tymi nieznajomymi do baru w innej dzielnicy. Jej
namawianie zawsze się opłacało, zawsze prowadziło do najbardziej
magicznych i zapadających w pamięć fragmentów podróży, więc nigdy nie
żałowałam, że podążałam za jej nieustraszonym przewodnictwem.
Zobaczmy, co się stało, kiedy dla odmiany chciałam zrobić coś
spontanicznego.
Przestań. Przestań. Przestań.
Przez myśl by mi to teraz nie przeszło. Napotkałam spojrzenie Kristen
nad naszymi pustymi talerzami, na których były resztki awokado i komosy
ryżowej. Wszystko było już za nami. Ten tydzień i jej propozycja, która
zbiła mnie z tropu, dowiodły tego.
- Proszę, Em, obiecaj mi, że się nad tym zastanowisz - powiedziała.
- Obiecuję.
Zapiszczała i klasnęła, a ja poczułam, że się rumienię. Dobra, znowu nie
powiedziałam jej o Aaronie, nie zamierzałam teraz psuć tej chwili.
Zobaczymy, czy rano będzie okazja.
Wróciłyśmy do naszego pensjonatu, kierując się krętymi kamiennymi
schodami na górę, gdzie owalny basen mrugał leniwie w stronę gwiazd.
Leżałyśmy na ledwo trzymających się leżakach i liczyłyśmy spadające
gwiazdy. Zobaczyłam pięć, Kristen sześć.
Ostatni dzień przywitał nas mglistym powietrzem przesyconym nostalgią,
którego każdy haust był słodko-gorzki. Wdychałyśmy widoki i łapczywie je
chłonęłyśmy, marząc, by te chwile nigdy się nie skończyły. Obudziłam się
wcześnie, aby odwiedzić ładny miejski kościół pomalowany na biało,
który, gdy weszłam do środka, przywitał mnie błękitnym sufitem i prostym
witrażem. Kristen, niegdyś oddana protestantka, teraz zaciekle przeciwna
zorganizowanej religii w jakiejkolwiek formie, nie chciała słyszeć o kościele i zamiast tego przywitała mnie w hotelowym lobby właściwym
odcieniem mlecznej kawy i gotowym planem dnia.
Wypożyczyłyśmy rowery i jeździłyśmy krętymi dróżkami, zatrzymując się,
by w milczeniu popatrzeć na góry, jakbyśmy się z nimi żegnały.
Założyłyśmy kostiumy kąpielowe i zanurzyłyśmy stopy w lodowatym basenie
hotelowym, po czym wylegiwałyśmy się w jesiennym słońcu, dzieląc się
butelką chardonnay i czytając książki w przyjaznej ciszy. Hotelowy
dozorca, pogwizdując, otworzył drzwi do szopy i pomachał nam, zanim z plątaniny narzędzi wyciągnął grabie, a Kristen zerwała się i poprosiła
go, żeby zrobił nam zdjęcie moim aparatem. Wykupiłam dla nas obu masaże
w maleńkim spa o zielonych ścianach, gdzie leżałyśmy na zatęchłych
stołach, podczas gdy grube kobiety masowały nasze plecy z większą
szybkością niż precyzją. To był idealny ostatni dzień. Kristen nie
wspomniała już o planach wyprawy, ale czułam, że ta kwestia wisi między
nami, obietnica przyszłości unosiła się w powietrzu jak wspólne
wspomnienie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki