Niezwykłe światy Arabelki - Edyta Łaszkiewicz

Reflow text when sidebars are open.
Gdziekolwiek pójdziesz,
odnajdziesz miejsca,
w których splatają się różne światy...
Przestać padać może na tysiąc różnych sposobów. Może na przykład przestać padać, a mimo to drobny kapuśniaczek siąpić będzie przez cały dzień. A może również przestać padać deszcz, ale zacząć sypać śnieg, lub też przestać padać, lecz na obiad przyjdzie nielubiana przez nas ciotka. Ale może się także zdarzyć, że na pochmurnym niebie rozwinie się tęcza, dokładnie tak, jak przytrafiło się to właśnie dzisiaj...
Odkleiłam twarz od szyby i złapałam torbę, wybiegając z pokoju. Jeszcze tylko chwilka... Gdzie jest ten parasol? I czemu te buty sznurują się tak straszliwie długo? I to właśnie teraz, kiedy tak bardzo spieszy mi się na dwór! - niecierpliwiłam się, bo każdy wie, że nie ma nic piękniejszego od lśniących półmisków kałuż oraz kropli deszczu w postaci kryształowych zawieszek, niefortunnie wpadających przechodniom za kołnierz. Zajrzałam jeszcze do torby: szkicownik... pęk kolorowych kredek... Mam wprawę w przygotowaniach do podróży, nigdy przecież nie wiadomo, co się wydarzy... A coś musi się zdarzyć, nie miałam co do tego żadnych wątpliwości. Tak więc, kiedy w końcu wszystko odnalazłam, zbiegłam po schodach, furkocząc płaszczem i postukując parasolem.
Głęboko zachłysnęłam się zapachem deszczu. Hmm... gdzie by tu dzisiaj pójść?
Oczywiście mogłam odnaleźć jakąś nową ścieżkę, tyle że wcale nie miałam na to ochoty, o wiele bardziej zachęcająca wydawała mi się dzisiaj droga, którą dobrze znałam. Stał przy niej niezwykły dom. Słowo "dom" oznacza zwykle bezpieczne schronienie, oazę, do której możemy wrócić po pracowitym, pełnym niesamowitych wydarzeń albo bardzo nudnym dniu. Jednak ten dom był zupełnie inny. Wydawało się, że jest opuszczony, a jednak zachodziły w nim pewne bardzo drobne zmiany. Na przykład jakiś miesiąc temu ktoś przestawił miotłę, pewnie zamiatając ganek. Z kolei tydzień temu zniknęły pokrzywy zasłaniające pozbawione szyby okno. Tyle że drzwi wejściowe były zabite deskami... Tak rozmyślając, nawet nie zauważyłam, kiedy minęłam działki, stadko bloków, przedszkole i duży plac zabaw. Dotarłam do niskiego, walącego się budynku. Przystanęłam, wypatrując zmian...
Na podwórku suszyła się pościel, a pies spod stołu zamerdał leniwie ogonem, wstając, by wyprostować łapy. Ktoś rozwiesił pranie i otworzył psu drzwi, ktoś pozbierał jabłka i ułożył je na stole w zgrabny stos, tyle że teraz nie widzę nikogo... Dom wygląda na całkiem opuszczony. Okno nadal straszy przechodniów wybitą szybą, a pozbawione klamki drzwi nie zapraszają do wejścia. Nagle poczułam nieodparte wrażenie, że po prostu muszę zobaczyć, co kryje się w tym dziwacznym domu...
Na wszelki wypadek zastukałam do drzwi, lecz nikt nie otworzył. Podeszłam do okna, odłożyłam torbę i wspięłam się na niewysoki parapet... Zgubiłam guzik, może ktoś go znajdzie... Stuknęłam obcasami o drewnianą posadzkę i niemal potknęłam się o niewielki stolik.
Jakże łatwo można było pomylić ten pokój z leśną polaną. Ściany były oblepione regałami, półki wynurzały się spod oplatających je misternie niesamowitych roślin, a drewniana posadzka ustępowała miejsca wysokiej trawie, w której ukryła się wątła dróżka.
- Zdaje się, że nie mam większego wyboru - mruknęłam do siebie i pomyślałam, że droga jest zawsze tylko jedna, bo nawet jeśli jest ich całe mnóstwo, to i tak muszę wybrać swoją.
Westchnęłam - ścieżka prowadziła w głąb ciemnego lasu... Zawiązałam mocniej buty, obciągnęłam płaszcz i wzięłam torbę. Ostatni raz obrzuciłam wzrokiem ten dziwny pokój i wyruszyłam, nie wiedząc dokąd... Żałowałam, że nie wzięłam aparatu, przecież nikt mi nie uwierzy, znowu... Mam szkicownik, ale czego to nie można narysować, prawda?
Wkrótce stwierdziłam, że albo zapadła noc, albo też jest to najciemniejszy las, jaki widziałam... I wcale nie zdziwiłabym się, gdyby nagle spośród drzew wyłonił się krokodyl. Zresztą postanowiłam niczemu już się nie dziwić. W końcu jeśli coś jest, to chyba znaczy, że tak ma być, czyż nie?
Coś widzę... Tam w oddali... Migocze jak gasnąca świeca... Będzie lepiej, jeśli pobiegnę, bo kto wie, czy tu jeszcze ktoś coś zapali! Ależ te ołówki brzęczą... Może ktoś mnie usłyszy... Może...
Z daleka wygląda jak ognisko... I pachnie zupełnie jak ognisko na polanie. Rozglądam się wokół i nikogo nie widzę, właściwie to zupełnie nic nie widzę, tylko blask ogniska...
I wtedy usłyszałam:
- Możesz z łaski swojej zasłonić zasłony?
Zasłony... Na czym w lesie można... No oczywiście: na karniszach! Złoconych! Dwa naturalnej wielkości okna zastygły w niewidzialnej dla mnie futrynie. To nic, ważne, że widzę zasłony. Jaka cisza! I fotel - dałabym głowę, że go tu wcześniej nie było, ale nie narzekam.
- Jesteś Arabelka?
Kiwnęłam głową, bo cóż miałam powiedzieć. Zazwyczaj i tak mówi się za dużo...
Zresztą kobieta wydawała się usatysfakcjonowana. Usiadłam w fotelu, skoro był wolny. Wyciągnęłam nogi w stronę ogniska, uważając, żeby nie przypalić butów. Gdzieś całkiem blisko rozległo się cichutkie mruczenie i chyba zasnęłam, bo kiedy otworzyłam oczy, kobieta wyraźnie gotowała się do drogi. Nieopodal stał koń. Nie zastanawiałam się, skąd on się tutaj wziął, choć wcześniej go nie widziałam... Do siodła przytroczony był koszyk, a w nim spoczywało troskliwie zabezpieczone olbrzymie jajo. Zaburczało mi w brzuchu. Wyszperałam z torby jabłko. Było soczyste. Cudowne...
- Już czas - powiedziała kobieta, wskakując na konia, i ruszyła tyłem...
- Przepraszam, ale czy nie byłoby szybciej, gdyby jechała pani przodem?
Starałam się, naprawdę się starałam, żeby nie zabrzmiało to tak, jakbym ją pouczała. Kobieta zaczęła się śmiać, choć i ona się starała, żebym nie poczuła się jak totalna ignorantka. No cóż... A co tam, niech się inni śmieją, w końcu to zdrowo, prawda? Nawet jeśli ze mnie. Kobieta spojrzała na mnie przepraszająco, a ja, mimo początkowej niechęci, chyba zaczynałam ją lubić.
- Co za absurd! Jesteś doprawdy niezwykła! Widzisz, jeśli będziemy jechać tyłem, dotrzemy do domu mojej siostry dokładnie za trzy dni i dwie godziny. A więc zdążę ułożyć je w gniazdku i upiec tort na jego przyjęcie powitalne!
Spróbowałam, możecie mi nie wierzyć, ale naprawdę spróbowałam spojrzeć z czułością na jajko, w które się wpatrywała, i chyba nie było tak źle, bo usłyszałam:
- No to jazda!
Miałam nadzieję, że mówiła wyłącznie o sobie, ale jej wymowny wzrok rozwiał moje wątpliwości.
- No... ja wolę pieszo... - wymruczałam w końcu.
- Czemu nie. Potrafisz polować?
- To zależy na co - odparłam tonem znawcy. Wcale nie chciałam zostać całkiem sama w obcym lesie...
- Na motyle oczywiście!
- Pewnie - mówiąc szczerze, odetchnęłam z ulgą, w końcu motyl to motyl, nawet jeśli będzie wielkości półmiska, dam mu radę.
Wędrowałyśmy tak, mając w tle drzewa tej samej wielkości i gatunku. Po dziesięciu minutach jednostajnej drogi wolałam powrócić do naszej pełnej nonsensów rozmowy. Zawsze dobrze jest z kimś porozmawiać i dowiedzieć się czegoś o tym lub innym świecie...
- Jak ci się podoba moja droga? - usłyszałam.
- Jest pozbawiona zbędnych komplikacji i prowadzi prosto do celu.
- Taka właśnie miała być - westchnęła z zadowoleniem kobieta. - Potrafisz widzieć.
Słysząc to, uśmiechnęłam się. Zwariowany komplement... Chyba będę go sobie wyśpiewywać przed snem: "potrafisz widzieć, Arabelko"... czemu nie!
- Zdaje się, że jest pora obiadowa, nie sądzisz?
Jak wam się zdaje, czy ja mogłam w tym momencie powiedzieć, że nie, że skądże? Nie wiedziałam, która jest godzina, ale o zjedzonym rano jabłku już zapomniałam, więc kiwnęłam głową. No dobra, przyznam, że żyłam w iluzji, myśląc intensywnie, czy i gdzie są te motyle. Bo nie miałam pojęcia, gdzie...
W końcu odważyłam się i, najciszej jak mogłam, zapytałam:
- A jak, to znaczy, gdzie one właściwie są - a widząc, że kobieta nie bardzo mnie rozumie, dodałam - no te motyle...
- A one. Spójrz tylko! - zaczęła śpiewać, wpatrując się w korony drzew, które delikatnie się poruszały. W jednej chwili kilkadziesiąt motyli zleciało wprost na nas. Wszystkie skierowały się w stronę woreczka, który kobieta trzymała otwarty przed sobą.
- Ale chyba nie będziemy ich jeść? - spytałam wystraszona.
- Ależ skąd! Jesteś moim gościem, więc bądź pierwsza. No dalej, pomyśl o tym, co miałabyś ochotę zjeść.
- Naleśniki.
- Tak?
- Z syropem klonowym.
- Doskonale ci idzie. Widzisz, kiedy ja robiłam to po raz pierwszy, zażyczyłam sobie garści poziomek i czekałam tydzień, bo nie mogły ich znaleźć... Ty jesteś rozsądniejsza, w końcu klonów jest tu całe mnóstwo.
- A można zrezygnować z syropu klonowego?
- Dopóki są tutaj - potrząsnęła leciutko woreczkiem, w którym coś metalicznie zabrzęczało - nie odlecą.
- No tak, przecież to oczywiste - uśmiechnęłam się pod nosem.
I wtedy zobaczyłam sunący w moją stronę talerz z gorącymi naleśnikami, sądząc po zapachu, były trochę przypalone, ale wierzcie mi, są momenty, w których zapomina się o pewnych drobnych niedogodnościach. Zwolniłam dopiero przy trzecim naleśniku, a czwartego już nie zjadłam, bo były gigantyczne.
- Wyśmienite - pochwaliłam może ciut za głośno.
- Cieszę się, że ci smakują, czas na herbatę.
Kiwnęłam głową ochoczo. Woda cichutko pochlupywała w garnuszku zawieszonym nad ogniskiem, przy którym stały dwa fotele. Ta kobieta jest niesamowita - pomyślałam, sadowiąc się w fotelu, i jeszcze zanim herbata została rozlana do filiżanek, zasnęłam.
Na każdym świecie są takie domy,
w których czas staje w miejscu...