ROZDZIAŁ 5
Bowskeep szukało własnej tożsamości. Może Bristol właśnie to najbardziej się w nim podobało. Rozumiała, że miasto się rozgląda, że poszukuje swojego najlepszego "ja" - trudnej do dokładnego określenia tożsamości. Liczyło nieco ponad cztery tysiące mieszkańców, więc nie było ani małe, ani duże. Coś pomiędzy - jak ona. Jednak artyści, rolnicy, urzędnicy, studenci i sklepikarze powoli je przekształcali. Tylko w co? Nie była pewna, czy sami wiedzieli, co dziwnie ją pocieszało.
Jednak to, że rodzina Keatsów mieszkała w jednym miejscu ponad dwa miesiące zakrawało na cud, więc Bristol intrygowało obserwowanie, jak proste idee przekształcają się w rzeczywistość. Jak drzewa, krajobrazy, a nawet ludzie zmieniają się wraz z porami roku, rozkwitają i stają się inni, a potem wracają do pierwotnej formy. To dziwny, powtarzający się rytm, który większość osób uważała za oczywisty, za lekko orzeźwiającą ciągłość. Życie polegało na zmianie, a niekiedy na tym, co wspólne. A to czasami sprawiało, że człowiek spoglądał w głąb, na podtrzymujący całą konstrukcję szkielet - i na jego wady, przez które wszystko mogło lec w gruzach. Zmiana stanowiła rozproszenie, a wspólne rzeczy wymagały refleksji. Bristol zastanawiała się, czy to samo sprawiło, że jej matka odeszła, bo zobaczyła rzeczy, których nie chciała widzieć.
Miasto leżało w cieniu Kestrel Cove - znacznie większego i bardziej rzucającego się w oczy kurortu, który mieścił się trzynaście kilometrów na zachód od wybrzeża. Cat była tam baristką, ponieważ miasto oferowało znacznie więcej miejsc pracy. Jeszcze dziesięć lat temu Bowskeep było przystankiem na zatankowanie i toaletę dla turystów jadących nad morze. Jednak później "zaczęło się rozwijać", jak mawiała burmistrzyni Georgie Topz. Była drobną kobietą z wielkimi pomysłami, a mieszkańcy Bowskeep chętnie za nią podążali. Bristol ją podziwiała, bo była inteligentną bizneswoman, która sprawiała, że nowy początek wydawał się możliwy. Kiedy została wybrana na burmistrzynię, zaczęła od postawienia trzech nowych znaków stop przy głównej drodze, aby Bowskeep nie było jedynie rozmazaną plamą na trasie przejazdu turystów. Zorganizowała remont tej ulicy, nakazała pomalowanie na kolorowo fasad budynków, dodanie skrzynek z kwiatami. Najważniejszy element tej kampanii marketingowej stanowiły kury - gatunki takie jak rhode island red, silkie, faverolle, orpington, które były dumą i radością burmistrzyni i swobodnie mogły poruszać się po miejskich chodnikach. Turyści je uwielbiali. Sprzedawcy z głównej ulicy nadali im imiona. Bristol upodobała sobie Fern z gatunku leghorn, bo była bardzo charakterna.
Burmistrzyni stworzyła również Menagerium - comiesięczny jarmark uliczny, który odbywał się na szerokim parkingu miejskim, i właśnie dzięki niemu rodzina Keatsów się tu znalazła. Na jarmark przyjeżdżali wszelkiego rodzaju kupcy, aby oferować swoje towary i usługi - malarze, garncarze, lokalni rolnicy. Ogromna różnorodność dodawała Menagerium energii, jakiej nie miał żaden inny jarmark, a Bristol pracowała na nim ciężej niż na jakimkolwiek wcześniej.
Ponieważ kiedy się odbywał, nie można było jeździć główną ulicą miasta, a Bristol zajmowała się dostarczaniem pizzy. Oczywiście Sal jej za to płacił, ale to z napiwków cieszyła się najbardziej, bo podczas jarmarku ich pizzeria była pełna klientów.
Musiała dość długo przekonywać Sala, żeby ją zatrudnił. Początkowo patrzył na nią niezbyt przychylnym okiem. Potrzebował asystenta managera na pół etatu, który mógłby zajmować się dostawami, a Bristol nie miała prawa jazdy. Stary dom kupili za pieniądze ze sprzedaży rzadkiego obrazu, który ojciec znalazł na jednym z pchlich targów - ale opłacenie wszystkich rachunków było dla rodziny nie lada wyczynem. A potem doszły artykuły spożywcze, niekończące się naprawy, podatki, nowe okulary dla Harper, co pochłaniało większość wypłat i nie było pieniędzy na prawo jazdy, a co dopiero na kolejny samochód i ubezpieczenie. Cat jeździła bez dokumentów, więc gdyby kiedykolwiek ją złapano, mieliby przechlapane.
Bristol poruszała się autobusem lub rowerem. Wyjaśniła Salowi, że w wielu miastach dostawcy prawie wszystko przewożą na jednośladach. W akcie desperacji palnęła, że zdoła dowieźć pizzę szybciej niż on swoim samochodem. Okazało się, że w większości przypadków to prawda - zwłaszcza w weekendy, w które w mieście gościło wielu turystów.
Kiedy nie dowoziła pizzy, pracowała za ladą, a trzy razy w tygodniu zamykała lokal. Nadal uśmiechała się na wspomnienie pierwszego dnia pracy z kucharzami. Sal cały czas ją sprawdzał.
- Poradzę sobie, możesz iść.
- Ale menu...
- Zapamiętałam.
- Trzy strony?
Zmartwienie mężczyzny niemal ją obraziło.
- Cztery - poprawiła go. - Mogę wyrecytować po francusku i hiszpańsku, jeśli sobie tego życzysz.
Zmarszczył brwi, jakby nie uważał, że ktokolwiek zdoła go zastąpić przez kilka godzin - co też rozumiała. Pizzeria była jego oczkiem w głowie, ale kardiolog nalegał, żeby przestał się zaharowywać.
Sal ruchem głowy wskazał na głośną grupę przy stoliku w kącie.
- Ale jest piątek wieczór i...
- Umiem sobie radzić nawet z niesfornymi klientami, Sal. Zaufaj mi, proszę.
A potem, jak na zawołanie, podszedł do niej jeden z tamtych facetów, rzucił kartę na kontuar i zamówił kolejny dzban piwa. Ostatni wysączył niemal w pojedynkę.
Bristol oddała mu kartę.
- A może woda mineralna na koszt firmy?
Ponownie podsunął jej kartę.
- Słyszałaś, złotko. Nie pierdziel o wodzie.
Spoważniała.
- Po pierwsze, nie jestem żadnym "złotkiem", a po drugie, jeśli nie pójdziesz do stolika z wodą, którą ci dam, dowiesz się, co znaczy prawdziwe pierdzielenie. - Obdarzyła go spokojnym, stanowczym spojrzeniem.
Mężczyzna przez chwilę nie odpuszczał, ale w końcu się poddał.
- Poproszę colę.
Sal się uśmiechnął i w końcu wyszedł.
Później zaczął dostrzegać, że Bristol w pragmatyczny sposób potrafi rozwiązać każdy problem, ponieważ często radziła sobie z salą pełną wymagających ludzi i ostrożnymi słowami rozładowywała ich nastroje.
Przez ostatnie miesiące nabyła biegłości w pracy w pizzerii, przez co zastanawiała się, czy poradziłaby sobie, gdyby otworzyła własny biznes. Jednak to stanowiłoby powód, by na dłużej zostać w mieście - co ją jednocześnie intrygowało i przerażało - ale tak naprawdę, myśląc o własnym lokalu, zajmowała umysł, gdy dowoziła pizzę. Otworzyłaby sklep, coś jak minitarg i miałaby w nim wszystko, co widziała i czego próbowała w przeróżnych odwiedzonych miastach, których nazw już nie pamiętała. Mimo to widoki i smaki pozostawały ostre w jej umyśle, niczym pamiątki z rozbitego życia, które przemierzała jedynie z plecakiem.
W swoim wymarzonym sklepie sprzedawałaby pięknie zdobione pączki, kawę podawaną w unikatowych, ręcznie malowanych kubkach, a na ścianach wisiałyby obrazy lokalnych artystów, na przykład dzieła jej ojca. W piątkowe wieczory Cat by śpiewała, a klienci zachwycaliby się i wzruszali, słysząc magię jej głosu. Bristol miałaby stałych klientów, którzy zagadywaliby, jak się miewa i pytali o inne szczegóły z jej przyszłego życia, których jeszcze nie znała, ale ta przyszłość miałaby ciągłość, coś, na co mogłaby liczyć jak na pory roku. Byłaby doświadczoną bizneswoman i swego rodzaju kuratorką jak w muzeum - a na każdym stoliku w jej lokalu stałby słoik z polnymi kwiatami, które zrywałaby w swoim ogrodzie i... Całe to marzenie przypominało domek dla lalek, który nigdy nie został w pełni umeblowany. Zawsze czegoś brakowało. Może właśnie dzięki temu był tak interesujący.
Pedałując, wróciła pamięcią do listu. Wyjęła telefon, aby przypomnieć Harper, by nie otwierała drzwi nikomu obcemu, ale nie miała sygnału. Uniosła komórkę i nią pomachała, jakby chciała go nabrać z nieba. Ale na nic się to zdało. Złom, nie telefon.
Wsadziła go więc z powrotem do kieszeni i zaczęła się zastanawiać nad listem i tajemniczą ciotką. Prawdziwą. Bogatą. Myśl była kusząca. Czy możliwe, żeby tata skłamał? Tamten rzadki obraz, za który kupili dom, skądś wytrzasnął. A co, jeśli nie znalazł go przypadkowo na pchlim targu? Ale dlaczego miałby kłamać na temat ciotki? Chyba że traktowała go okropnie. A może ciotka to kryptonim dla płatnego mordercy? Nie wydawało jej się to nieprawdopodobne. Sekrety rodziny Keatsów stanowiły żyzny grunt dla spekulacji.
Bristol miała zaledwie pięć lat, gdy po raz pierwszy zauważyła niepokój rodziców. "Czego szukacie?" - zapytała wtedy. Dostała odpowiedź taką samą, jak wielokrotnie później. "Niczego". Jednak córki wychwytywały ich zdenerwowane spojrzenia, powolne rozglądanie się po zgromadzonych, szturchanie siebie nawzajem w celu zwrócenia na coś uwagi, szybkie pakowanie rzeczy na targach w połowie dnia, choć klienci wciąż się przy nich kręcili, oglądając dziergane przez matkę szale lub obrazy ojca. Gdyby rodzice byli kotami, córki widziałyby, jak prężą grzbiety i szczerzą zęby.
Czasami słyszała ich ciche syczenie. Przejęła ich wzorce przetrwania. Spakuj się. Wyjdź spokojnie. Nie zwracaj na siebie uwagi. Ich strach sprawiał, że żołądek Bristol się kurczył i mogła oddychać pełną piersią dopiero, gdy znów siedzieli w samochodzie.
Ich ciągłe przeprowadzki potwierdzały, że przed czymś uciekali - przed czymś, co nie dawało im spokoju. Zanim przyjechali do Bowskeep, nigdzie nie spędzili więcej czasu niż dwa miesiące. Sprzedawali swoje rzeczy na przeróżnych jarmarkach i pchlich targach, mieszkali w vanie na przydrożnych parkingach, w niewielkich motelach albo przy sprzyjającej pogodzie - pod gwiazdami. Uczyli córki w ten sam sposób - w drodze lub w plenerze, recytując z pamięci sztuki Szekspira, opowiadając o nurtach artystycznych i historiach, które je napędzały, rozwiązując zadania matematyczne lub szkoląc w walce kijami, gdy dzieci musiały wyzbyć się zbyt wielkich pokładów energii. Rodzice okazali się podejrzanie dobrze wykształceni, chociaż nie chcieli zdradzić, w jaki sposób to osiągnęli. Dziewczyny wiedziały, że ich życie nie jest zwyczajne. Mama i tata twierdzili, że to żywot artystów.
A potem trafili do Bowskeep. Przez dwa miesiące gnietli się w mieszkaniu nad garażem. Niewielka galeria w centrum kupiła dwa obrazy Logana i sprzedała je za zdumiewającą cenę - pięć razy wyższą niż uzyskiwał na targach za swoje dzieła. Właścicielka poprosiła o więcej takich prac, jednak niebawem Leanna Keats ogłosiła, że czas ruszać.
Bristol i Cat się tego spodziewały. Wcześniej zaczęły zauważać typowe oznaki u matki - niespokojne dreptanie w kółko, cienie pod oczami, obgryzanie paznokci do krwi, przyrządzanie naparów z ziół aż całe poddasze pachniało jak sklep z potpourri. Z kolei Harper zaprzyjaźniła się z lokalnymi dzieciakami. Tutejsza biblioteka stała się jej drugim domem, że nawet z pracującą w niej Fredą przeszły na ty. Kiedy mama oznajmiła, że czas ruszać, najmłodsza córka wybuchła płaczem i zaczęła się wydzierać: "Czy wy należycie do mafii? Właśnie dlatego ciągle musimy uciekać?" - oskarżała.
Bristol spojrzała ponad jej głową na Cat, z którą ubiegłego wieczoru popijała piwo na poddaszu i rozmawiała o tym, czy ich rodzice nie uczestniczyli przypadkiem w programie ochrony świadków koronnych. Nie wiedziały, że Harper podsłuchiwała i że później wykrzyczy to matce. Bristol i Cat zdawały sobie sprawę z kłamstw rodziców, bo może prawda była zbyt niebezpieczna, by mogły ją poznać. Przez wiele lat były uczone obchodzić szerokim łukiem kwestię dziwaczności w swoim życiu, więc sądziły, że były w tym ekspertkami. Przynajmniej Bristol tak się wydawało, ale kłamstwa ocierały się o nie jak tępe noże o materiał, aż w końcu zaczynały pękać poszczególne nici.
Starsze siostry z niecierpliwością czekały, czy młodsza uzyska jakąkolwiek odpowiedź.
Matka wytrzeszczyła oczy.
Ojciec swoje zmrużył.
- Skąd wziął ci się tak szalony pomysł? - zapytał w końcu.
Jednak zrobił to zbyt późno. Wcześniej popatrzył na żonę, jakby rozmawiał z nią bez słów. W nocy rodzice ściszonymi głosami kłócili się zawzięcie w łazience. Podsłuchała jedynie ojca, który powiedział: "Jeśli się chce, można znaleźć sposób".
Kilka dni później Logan Keats powiedział, że sprzedał cenne dzieło sztuki, które kupił za bezcen na pchlim targu - szczęśliwy traf, jak to nazwał - a za otrzymaną zapłatę kupili rozpadający się dom na przedmieściach Bowskeep. Zostali. Harper rozpłakała się, i przytuliła tatę. Matka się uśmiechała. Wydawało się, że szczerze. Potem nuciła, siedząc wieczorem przy krośnie. Melodia była radosna, jakby oznaczała nowy początek dla rodziny Keatsów.
Jednak Bristol pozostawała ostrożna. Od najmłodszych lat była uczona, aby nie przywiązywać się do ludzi i miejsc, bo wiedziała, że w końcu wszystko będzie musiała zostawić za sobą. Wydawało się, że jest już za późno na kolejną szansę, aby rodzina stała się czymś, czym nigdy wcześniej nie była - by miała korzenie. Bristol obawiała się pokochać Bowskeep tak, jak zrobiła to Harper. W przeszłości zbyt wiele razy popełniła już ten bolesny błąd. Była pewna, że niebawem powrócą niepokój i szepty. Zawsze tak było. Zatem dwa dni po przeprowadzce do nowego domu Bristol spakowała torbę i wyjechała.
Może właśnie wtedy zaczął się powolny rozpad jej rodziny.