Niezwykłe lustro Nikodema - Andrzej Sochaj

Reflow text when sidebars are open.
? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2014
? Copyright by Andrzej Sochaj, 2014
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy.
Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek, Magdalena Muszyńska
Na okładce wykorzystano zdjęcie witrażu Rozmowa z Nikodemem, znajdującego się w kościele pod wezwaniem Narodzenia NMP w Szczecinku. Witraż został wykonany przez Ferdinanda Müllera z Quedlinburga.
Korekta: Klaudia Dróżdż, Bożena Dembińska, Maciej Zalewski
Skład: Wojciech Ławski
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad
Książka wydana w Systemie Wydawniczym Fortunet?
www.fortunet.eu
ISBN: 978-83-63506-58-2
Wydawnictwo Poligraf
ul. Młyńska 38
55-093 Brzezia Łąka
tel./fax (71) 344-56-35
www.WydawnictwoPoligraf.pl
Mądrość [...] Jest odblaskiem wieczystej światłości,
Zwierciadłem bez skazy działania Boga,
Obrazem Jego dobroci
(Mdr 7, 24–26).
Gdzie Duch Pański – tam wolność. My wszyscy [...]
Wpatrujemy się w jasność pańską jakby w zwierciadle;
Za sprawą Ducha Pańskiego, coraz bardziej jaśniejąc,
Upodabniamy się do Jego obrazu
(2 Kor 3, 17–18).
Masz być jak czyste i klarowane zwierciadło
I jak ostry cierń.
Zwierciadłem przez prawe i święte obyczaje,
Cierniem przez wstręt do grzechu
św. Brygida Szwedzka (1303–1373)
Revelationes coelestes (Objawienia niebiańskie)
In spiritus penses hoc opus nec litteram spectes.
W duchu rozważaj to dzieło, a nie patrz na litery.
Jacob Sprenger OP
Mojej Chrześniaczce Kamili Irenie,
Siostrzenicom: Weronice i Hani,
Bratanicom: Patrycji i Martynie
bratankowi Arkadiuszowi,
rodzinie, krewnym i przyjaciołom,
wszystkim ludziom młodym
wiekiem, rozumem i sercem
oraz ludziom dobrej woli
z wiarą, nadzieją i miłością
oraz z nieskrywaną radością
dedykuję to opowiadanie
Nie nam, Panie, nie nam,
lecz Twemu imieniu daj chwałę
za Twoją łaskawość i wierność!
(Ps 115(113 B), 1)
Z wielką radością i nadzieją przekazuję Tobie – Drogi Czytelniku – moją najnowszą książkę pt. Niezwykłe lustro Nikodema.
Życzę Ci miłej i owocnej lektury. Mam nadzieję, że jej forma i treść ubogacą Ciebie i pomogą odkryć piękno ludzkiego i chrześcijańskiego życia, i sprawią, abyś chciał swój żywot tu, na tej ziemi, uczynić bardziej ludzkim i jak tylko się da chrześcijańskim; żywot, w którym są i będą na co dzień uznawane i przeżywane najwyższe, nieprzemijalne i trwałe wartości, które były i są akceptowane przez ogół ludzi od niepamiętnych czasów.
Myślę, że niniejsza moja publikacja wpisuje się doskonale w obchodzony obecnie w Kościele w Polsce rok duszpasterski pod hasłem: "Wierzę w Syna Bożego", przygotowujący nas do dobrego, głębokiego i owocnego przeżycia 1050. rocznicy Chrztu Polski i Światowych Dni Młodzieży, które, jak ufam, dane nam będzie przeżywać w 2016 roku razem z Ojcem Świętym Franciszkiem.
Ufam, że lektura tego opracowania oraz lektura mojej poprzedniej książki Tożsamość, prawdziwe imię człowieka, które się niejako uzupełniają, może pomóc członkom Kościoła i wszystkim ludziom dobrej woli poznać nie tylko samego siebie, lecz także poznać, ukochać i naśladować Jezusa Chrystusa, Pana i Odkupiciela.
Wierzę głęboko, że każdy z nas może być takim Nikodemem. Może być takim człowiekiem, który będąc trochę zagubiony, w nocy swojego życia, z obawą i nadzieją może przyjść do Jezusa i nie bać się, czy nas przyjmie, czy też nie. Bo On na nas zawsze czeka z otwartymi ramionami, by na nas spojrzeć z miłością, przytulić do swego Najświętszego Serca, wysłuchać i dopomóc nam "uratować doczesność dla wieczności"; nam, ludziom doby obecnej, ludziom trzeciego tysiąclecia, kroczącym w pielgrzymce wiary do domu Boga, naszego Ojca, który jest w Niebie. Szczególnie Jego obecności doświadczamy i możemy codziennie doświadczać w Jego Słowie – Piśmie Świętym Starego i Nowego Testamentu. Dla mnie bowiem Biblia zawsze była i jest właśnie takim lustrem, które niejednokrotnie mówi mi, i może także Tobie, za każdym razem, kiedy tylko po Nią sięgasz, jaki jesteś naprawdę i kim możesz, i powinieneś się stać. Doświadczam tego, zwłaszcza czytając, rozważając, modląc się i starając się żyć Chrystusową Ewangelią, która jest przecież sercem Pisma Świętego.
Ponadto obecności Chrystusa Pana doświadczam w sakramentach świętych, a najbardziej oczyma wiary w sakramencie pokuty i pojednania oraz w sakramencie miłości, jakim jest Eucharystia, jakim jest Msza Święta oraz w czasie każdorazowej adoracji Najświętszego Sakramentu.
Książka ta ma na celu odkrycie pewnej prawdy o nas samych i o przychodzącym, wychodzącym wciąż naprzeciwko człowiekowi dobremu Bogu, który jest bogaty w miłosierdzie, abyśmy nie dzięki własnej sile, zdolności, ale jedynie z mocy pochodzącej z wysoka (por. Łk 24, 49) mogli w zależności od potrzeby: pobudzić, wzbogacić lub pogłębić naszą wiarę w Syna Bożego, który dla nas i za nas, i dla naszego zbawienia umarł i zmartwychwstał; co więcej – żyje i nas kocha, abyśmy życie mieli dzięki Niemu, krocząc za Nim każdego dnia drogą świętości, będąc oddanym, tak jak On, pracy i modlitwie.
Wraz z Maryją, Matką Chrystusa i Kościoła, św. Józefem, Jej Oblubieńcem, patronem dnia dzisiejszego, wszystkimi aniołami, świętymi i błogosławionymi Pańskimi pragnę wyśpiewać dobremu Bogu w Trójcy Świętej Jedynemu tę cudowną pieśń chwały, jakim jest Magnificat, "za wielkie rzeczy, które mi uczynił Wszechmocny" (por. Łk 1, 49), za to, że dał mi tę łaskę i czas ku temu, by tę książkę napisać oraz że mogła ona teraz ujrzeć światło dzienne.
Po Bogu, dziękuję wszystkim ludziom, którzy w jakikolwiek sposób dopomogli mi swoją radą, wskazówkami przy redakcji niniejszego tekstu oraz innych moich dotychczasowych pism.
Wszystkim życzę obfitości Bożych darów na każdy dzień oraz dobrego, miłego czasu spędzonego nad lekturą książki pt. Niezwykłe lustro Nikodema i innych moich opracowań.
Jestem przekonany, że żadna chwila, która zostanie na nią przeznaczona, nie będzie czasem straconym; co więcej, mam nadzieję i czuję to, że często do niej będziesz wracał i innym ludziom, nie tylko bliskim twemu sercu, gorąco tę lekturę i inne moje pisma z serca polecał i do niej zapraszał oraz szczerze zachęcał. Co i ja z nieskrywaną radością i satysfakcją czynię, ze Szczecinka, uroczego zakątka położonego na Pojezierzu Drawskim, pozdrawiając in caritate fraterna (w miłości braterskiej) w Chrystusie Panu Odkupicielu.
Z darem modlitwy
Andrzej Sochaj
Szczecinek, 18–19 marca 2014, we wspomnienie św. Cyryla Jerozolimskiego, biskupa i doktora Kościoła – w uroczystość św. Józefa, Oblubieńca NMP, w trzydziestym siódmym roku mego pielgrzymowania do Domu Boga, naszego Ojca, który jest w Niebie.
Żył sobie w niewielkim mieście pewien człowiek. Właściwie nie wiadomo, co sprawiło, że rodzice nadali mu takie imię – zwał się Nikodem. Był to mężczyzna średniego wzrostu. Jakiś czas temu przekroczył już trzydziestkę. Był więc, a przynajmniej czuł się już dojrzałym człowiekiem. Od wielu lat w wolnym czasie przemierzał świat. Jak bardzo to możliwe, doskonale poznał wokół siebie każdy zakątek, zakamarek, każdy krzak. Poza tym jego życie było codziennym rytuałem, który z rzadka zmieniały tylko jakieś przelatujące przez jego palce święta, czy to państwowe, czy też kościelne. Jedne z nich były mu bliskie, a inne zupełnie obojętne czy też nawet obce. Wszystko wówczas zależało od wyników, jak mawiał – od "owoców" jego pracy, a w zasadzie od duchowych i materialnych jej owoców oraz od humoru, jaki wówczas miał.
Normalny dzień Nikosia wyglądał zapewne podobnie jak dzień tych, którzy nie liczą upływającego czasu i dni uciekających jak z bata strzelił. To było jak jakiś kołowrót, rytuał znany jedynie jemu. Zawsze około szóstej rano pobudka, potem krótka modlitwa. Po niej nastawał czas na poranną gimnastykę, która bywała zazwyczaj rychła i intensywna, oraz na prysznic i toaletę. A po niej skromne śniadanko. Następnie udawał się do roboty. Zazwyczaj do pracy chodził pieszo. Szybkim krokiem przemierzał wydeptaną przez siebie ścieżkę. Miał bowiem blisko. A gdyby nawet chciał do niej pojechać samochodem, to więcej czasu straciłby na znalezienie miejsca na parkingu, niż trwałoby to jego pielgrzymowanie do miejsca, gdzie udzielał się zawodowo. Dlatego dobrze, że niegdyś, gdy rozpoczynał przygodę z tym zajęciem, po krótkim namyśle wybrał jednak spacer. Z pożytkiem dla ciała, i dla ducha. I w ten sposób dzień w dzień przed siódmą był już w swej ulubionej "robocie", aby do piętnastej pracować jako prezes znanej nie tylko w pobliskiej okolicy firmy reklamowej. Po sumiennie wykonanej pracy tą samą drogą wracał do domu. Zanim trafiał do miejsca swego przeznaczenia, często zachodził jeszcze do sklepu, aby zrobić zakupy na obiadokolację. Około szesnastej był już w domu. Czasami zdarzały się wyjątki, ale bardzo rzadko. Na przykład w celu poprawienia sobie humoru udawał się do miasta na "małe co nieco". Toteż w wyniku tych eskapad zdarzało się, że w domu bywał trochę później. W domu, zależnie od potrzeb, czynnie lub biernie wypoczywał, albo pracował. Od jakiegoś czasu utarła się taka mała tradycja, iż kiedy przychodził weekend, to z kolegami udawał się na jedną z miejskich hal, by wspólnie zadbać o kondycję fizyczną. Grał wtedy w piłkę nożną, koszykówkę lub siatkówkę, a z rzadka w tenisa ziemnego lub stołowego. Po meczu tradycyjnie przegrana drużyna zabierała zwycięzców na kufel dobrego piwa do jednego z miejscowych pubów lub restauracji o uznanej renomie. Pijąc nieco złocistego trunku z chmielowego owocu, spożywano zazwyczaj kolację. Wieczorem, gdy jeszcze nie był znużony, lubił sobie oglądnąć mecz piłki nożnej lub jakiś dobry film. W zasadzie dbał, aby jeszcze przez północą udać się na spoczynek, by następnego dnia o szóstej rano móc spokojnie wstać do pracy. W sobotę i niedzielę budził się zwykle godzinę później. I tak dni zamieniały się w tygodnie, tygodnie w miesiące, a te w lata. Aż do czasu...
Do czasu, kiedy pewnego dnia coś się zmieniło.
Znienacka nadszedł bowiem nowy, jakże inny dzień niż te pozostałe, znane mu dotychczas, jakie przeminęły z wiatrem. Jak się później okazało, miał on odmienić jego życie i myślenie na to i owo na dobre. Była to, o dziwo, sobota. Dzień wolny. Tego dnia Nikodemowi wydawało się, że obudził się rześki, wypoczęty, ale czuł się jakoś nieswojo, jakby obco. Niby wiedział, co ma robić, lecz jakoś nie miał na to ochoty. Ziewając raz po raz, spokojnym krokiem wszedł do łazienki. Było to przestronne miejsce, dobrze oświetlone. Dominowała w nim zieleń, jakby zawsze tam była wiosna i świeciło słońce, o czym przypominały strumienie światła padające z różnych stron pomieszczenia. Było to jedno z ulubionych miejsc Nikodema ze względu na zapach, jaki zeń emanował. A był to zapach, który przypominał mu łąki, trawy oraz las. Z boku, po prawej stronie łazienki było duże, nowe, dopiero co wymienione okno, z jedną przezroczystą szybą i białą futryną. Przez nie do wnętrza niemalże każdego poranka przenikały słoneczne promienie. Niemalże, ponieważ czasem, jak w zasadzie powszechnie to powinno być wiadome, na tej ziemi świeci słońce, a czasem na dworze przecież pada deszcz. Zawsze tak było i chyba już na zawsze w tej łazience będzie, że skoro tylko świeci słońce, to jest w niej wyjątkowo jasno i aż chce się Nikodemowi żyć i pracować. Natomiast gdy pada deszcz i jest szaro na zewnątrz, to ciężko mu ten dzień zacząć w sposób optymistyczny i pragnie prześlizgnąć się przez niego najszybciej, jak się da, jak stumetrowiec z Jamajki Usain Bolt. Nikodem był bowiem meteopatą. Ciężko znosił dni, kiedy odczuwał niskie ciśnienie atmosferyczne. Był wtedy taki senny, leniwy, niemrawy, jednym słowem – nie do życia. A gdy za oknem towarzyszyło jego dniom słońce i ptaków śpiew, to życie jakby do niego wracało i entuzjazm do dobrych, wzniosłych rzeczy na miarę swoich możliwości. Na centralnym miejscu w tej łazience znajdowało się duże lustro z białą ramką wokół oraz dodatkową lampką nad nim. Wisiało nad umywalką, naprzeciw drzwi. Od drzwi do lustra była odległość kilku kroków, trzech, góra czterech. Zrobiwszy kilka kroków, Nikodem nagle zatrzymał się w połowie drogi. Olśniła go jakby światłość z nieba. Wydawało mu się, że chyba przesadził z liczbą oraz mocą żarówek energooszczędnych w tym pomieszczeniu. Mylił się. To jednak nie było to. Wydawało mu się, że ta istota, zwana człowiekiem, która stoi w łazience i której się tak bacznie przygląda, i tak niewyraźnie widzi w lustrzanym odbiciu, to naprawdę on. Nieśmiało uczynił jeszcze dwa małe kroki i przybliżył się do swego zwierciadła. Stanął przed lustrem jak wryty. Niedowierzał. Przez kwadrans przyglądał się sobie, przybliżając i oddalając po chwili swój wzrok od przedmiotu odbijającego w tym momencie jego postać, a zwłaszcza jego oblicze. Zaczął mieć wątpliwości, które narastały z każdą chwilą, jakby z minuty na minutę coraz mniej wiedział i miał pewność, czy ta istota stojąca przed lustrem to ten sam człowiek – Nikodem czy tylko taki sam jak chociażby wczoraj. Przez chwilę, marszcząc brwi, wpatrywał się w swą raz błazeńską, a raz nędzną twarz w lustrze. W tym czasie przyszła mu myśl, aby tego poranka dokonać rewizji swego dotychczasowego życia, zrobić bilans zysków oraz strat, jakie to jego doczesne bycie i istnienie do tej pory ma sens dla niego samego i także dla bliźnich.
Przez chwilę się wahał, czy się ogolić, czy nie, ale uświadomiwszy sobie, że przecież broda nie czyni z człowieka filozofa, nie widział przyczyny, dlaczego miałby tego nie zrobić. Bał się, że gdy się nie ogoli, to może tego dnia jakichś głupot ni stąd ni zowąd narobić i nieźle nabroić, wyłączając swe myślenie. Coś w duszy mu mówiło, aby przestał się lękać. W końcu zaczął się golić oraz wielokrotnie pytać się SAM SIEBIE czasem o różne sprawy, zakrywając je mgłą zadumy i milczenia, z którego dopiero po długim namyśle wychodziło słowo, które jakby rozpoczynało dialog Nikodema ze swym lustrem na nowo.