Wstęp
Wstęp
Przeglądając listę laureatów Nagrody Nobla, zauważyć można stosunkowo
niewiele nazwisk kobiet naukowców laureatek tego prestiżowego
wyróżnienia, co budzi zrozumiałe pytanie o przyczynę takiego stanu
rzeczy. Czyżby przedstawicielki płci pięknej parające się badaniami
naukowymi były gorsze od ich kolegów? A może rację mieli niegdysiejsi
przeciwnicy kształcenia kobiet, którzy twierdzili, że kobiecy mózg, w przeciwieństwie do męskiego, nie jest przystosowany do przyswajania
wiedzy i wykorzystania jej w pracy naukowej? Taki pogląd głosiło
przecież wielu intelektualistów jeszcze na początku ubiegłego stulecia.
Różnicami między psychiką, a co za tym idzie, także intelektem obu płci,
zajął się chociażby znany niemiecki neurolog Paul Julius Möbius
(1853-1907). Wyniki swoich badań opublikował w 1900 roku w pracy pod
wiele mówiącym tytułem: O umysłowym i moralnym niedorozwoju kobiety.
Dzisiaj zapewne wywody zamieszczone w tym "wiekopomnym dziele"
nazwalibyśmy pseudonaukowym bełkotem, ale na początku ubiegłego stulecia
ustalenia Möbiusa dla wielu były wręcz prawdą objawioną.
Wciąż pokutuje niesprawiedliwy pogląd, że kobiety nie wniosły wiele do
naukowych osiągnięć ludzkości
Abstrahując od cech płciowych, jest kobieta pod względem budowy ciała
tworem pośrednim między dzieckiem a mężczyzną, a i duchowo jest nim
również przynajmniej pod wieloma względami - twierdził uczony. - W szczegółach są pewne różnice. U dziecka jest głowa relatywnie większa
niż u mężczyzny, u kobiety głowa jest nie tylko absolutnie, ale także i relatywnie mniejsza. [...] Jest więc wobec tego dowiedzionem, że te
części mózgu, które są szczególnie ważne dla życia umysłowego, jak zwoje
płatu czołowego i ciemieniowego, są u kobiety gorzej wykształcone niż u mężczyzn i że różnica ta istnieje już przy urodzeniu1.
Wtórował mu słynny dramatopisarz, notabene mizogin i przeciwnik
emancypacji kobiet, August Strindberg, pisząc:
Epoce naszej przypadło w udziale dokonanie odkrycia, że w porównaniu z ustrojem męskim ustrój kobiecy jest mniej rozwinięty, jest formą, której
rozwój został powstrzymany w okresie przejściowym między młodością a wiekiem dojrzałości. [...] Czaszka kobiety z rasy białej jest zbliżona
do czaszki Murzyna. Fakt ten doprowadza nas do niewątpliwego wniosku, że
czaszka kobiety z rasy białej zbliża się do typu czaszek właściwych
rasom stojącym na niższym stopniu rozwoju2.
Poglądy Strindberga, którego kariera po wygło-szeniu owej jawnie
mizoginistycznej i rasistowskiej wypowiedzi w czasach współczesnych po
prostu ległaby w gruzach, ostatecznie można jakoś wytłumaczyć. W końcu
ten zwolennik tradycyjnego modelu rodziny przez całe życie nawiązywał
relacje wyłącznie z kobietami wyzwolonymi i niezależnymi, pragnącymi
rozwijać się zawodowo. Potulne szare myszki zupełnie go nie pociągały.
Na domiar złego nie potrafił wyciągać wniosków ze swoich doświadczeń,
dlatego żenił się trzykrotnie i wszystkie jego małżeństwa zakończyły się
rozwodem. Nic zatem dziwnego, że w emancypacji kobiet widział
niebezpieczeństwo dla całej ludzkości, obawiając się, że efektem tego
procesu będzie uczynienie z mężczyzn niewolników...
Na szczęście te pseudonaukowe poglądy trafiły na śmietnik historii i kobiety cieszą się pełnią praw, mogą również robić karierę naukową.
Niestety, wciąż pokutuje pogląd, że płeć piękna nie wniosła zbyt wiele
do osiągnięć intelektualnych ludzkości, o czym, zdaniem wielu, świadczy
właśnie wspomniana wcześniej miażdżąca przewaga płci męskiej wśród
laureatów Nagrody Nobla. Mało tego, kobiety parające się nauką są często
pomijane w publikacjach propagujących osiągnięcia nauki.
Przyczyn tego należałoby szukać już w starożytnej Grecji, gdzie
przedstawicielki płci pięknej były obywatelami drugiej kategorii. Wszak
już Arystoteles pisał w swoim traktacie biologicznym O rodzeniu się
zwierząt: "Pierwsze odchylenie od normy ma miejsce wtedy, gdy zamiast
mężczyzny przychodzi na świat kobieta"3. Także w czasach
nowożytnych spychane były do roli miernych, zależnych od mężczyzn, panów
i władców, strażniczek domowego ogniska, rodzących i wychowujących
dzieci. Co ciekawe, przekonanie o sile sprawczej męskiego rodu jako
głównego motoru postępu tkwi w nas tak głęboko, że kiedy odkryto
malowidła naskalne w jaskiniach na terenie Francji i Hiszpanii, od razu
przypisano ich autorstwo mężczyznom łowcom. Tymczasem dokładniejsza
analiza odcisków dłoni, stanowiących formę podpisu ich autorów,
wykazała, że wykonały je... kobiety.
Historia dowodzi, że przedstawicielki płci pięknej były systematycznie
spychane na margines życia intelektualnego, a przez wieki zabraniano im
studiować na uczelniach. Nawet system kształcenia dziewcząt był tak
skonstruowany, że uniemożliwiał im ubieganie się o przyjęcie na
uniwersytet, nie obejmował bowiem matematyki na odpowiednio wysokim
poziomie ani nauki języków klasycznych - łaciny i greki, których
znajomość była niezbędna przyszłym studentom. A wszystko w trosce o ich
zdrowie, ponieważ uważano, że nadmiar nauki po prostu szkodzi płci
pięknej, i jeszcze w XIX wieku w medycynie funkcjonował termin anorexia
scholastica na określenie schorzenia kobiecej psychiki, rzekomo
wywołanego przeładowaniem nauką.
Jednak ten sam wiek XIX, wraz z rewolucją przemysłową, kiedy kobiety
zaczęły pracować zawodowo, przyniósł zmiany w podejściu do płci pięknej.
Pracujące panie, traktowane jak tania siła robocza, co było widoczne
zwłaszcza w rozwijającym się w szaleńczym tempie przemyśle
włókienniczym, dowiodły jednak, że swoje obowiązki zawodowe wykonują nie
gorzej od mężczyzn. Z czasem zatrudniano je również w urzędach czy na
poczcie, przyzwyczajano się także do ich obecności w szpitalach, gdzie
pracowały jako pielęgniarki. Okazało się, że doskonale spisują się na
tych stanowiskach: są skrupulatne, wydajne i cierpliwe, ale wciąż były
nisko opłacane. W tym samym czasie coraz więcej panien z dobrych domów,
uzyskawszy dostępne im wykształcenie na pensji czy też dzięki domowej
edukacji zapewnionej przez guwernantki, chciało kontynuować edukację.
Wielu marzyło się także zdobycie zawodu pozwalającego na niezależność
finansową. Coraz częściej pojawiały się głosy domagające się
umożliwienia kobietom uzyskania wyższego wykształcenia; zwracano uwagę,
że skoro toleruje się ich obecność w urzędach, fabrykach i szpitalach,
to dlaczego nie mogą się kształcić na uniwersytetach.
Pierwsza szkoła wyższa dla kobiet powstała na terenie Stanów
Zjednoczonych. Był to Oberlin College, założony w 1833 roku w Oberlin, w stanie Ohio, przez prezbiteriańskich pastorów Johna Jaya Shipherda i Philo Stewarta. Z czasem panie pojawiły się również na tradycyjnie
męskich uczelniach, które zmieniły się w koedukacyjne, chociaż
najbardziej prestiżowe placówki - Harvard, Yale i Princeton - znacznie
dłużej opierały się przed przyjęciem na studia kobiet, argumentując to...
troską o utrzymanie standardów akademickich. Najdłużej w swoim uporze
trwał Harvard, ponieważ panie mogły dołączyć do grona studiujących
dopiero w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku.
Spośród krajów europejskich pierwsza na umożliwienie płci pięknej
zdobycia wyższego wykształcenia odważyła się Szwajcaria. Studentki
przekroczyły mury uniwersytetu w Zurychu w 1864 roku, a potem paniom
pozwolono studiować kolejno na uczelniach w Genewie i Bernie (od 1872
roku), Lozannie i Bazylei (od 1890 roku). W drugiej połowie XIX wieku z dobrodziejstwa wykształcenia wyższego mogły korzystać także Brytyjki, a od 1863 roku również francuskie uniwersytety w Lyonie i Montpellier
otworzyły swoje podwoje przed studentkami, ale w tym przypadku trudno
mówić o pełnym wykształceniu, skoro panie mogły jedynie słuchać
wykładów. W 1867 roku szacowna Sorbona umożliwiła studia
przedstawicielkom płci pięknej, z czego, jak doskonale wiemy,
skorzystała nasza rodaczka Maria Skłodowska.
Panie marzące o studiach często wybierały kierunki uznawane za typowo
męskie: chemię, fizykę, matematykę i medycynę. O ile jednak pogodzono
się z obecnością kobiet na uczelniach w charakterze studentek, o tyle
długo nie widziano w nich kandydatek na pracownice naukowe. Nierzadko
władze uczelni stawiały im wiele typowo biurokratycznych przeszkód,
skutecznie zniechęcając je do dążenia do awansu, w efekcie nawet wybitne
uczone z pokaźnym dorobkiem naukowym były tylko asystentkami ich
znacznie mniej zdolnych kolegów. Na domiar złego owi mężczyźni bez
najmniejszych skrupułów podpisywali się pod wnioskami z badań
przeprowadzanych przez ich koleżanki.
A przecież kobiety, pomimo przeszkód, jakie stawiało przed nimi życie i społeczeństwo, były w nauce obecne od zarania dziejów. Głodne wiedzy,
uczyły się same, korzystając z zasobów domowych bibliotek lub z książek
swoich braci, którym prawa do edukacji nikt nie odmawiał, a potem
zadziwiały świat swoimi odkryciami i dokonaniami. Bywało też, że świat
dowiadywał się o ich naukowych osiągnięciach dopiero po ich śmierci, a wcześniej należne im laury zbierali mężczyźni, bezprawnie przypisując
sobie sukcesy swoich koleżanek. Tak uczynił skądinąd wybitny astronom
Harlow Shapley, bezczelnie twierdząc, że to właśnie on jest prawdziwym
autorem odkryć Henrietty Swan Leavitt.
Pomijanie dokonań kobiet w nauce jest określane efektem Matyldy. Termin
ten w 1993 roku ukuła historyczka Magaret Rossiter i pochodzi od imienia
dziewiętnastowiecznej amerykańskiej działaczki na rzecz praw kobiet
Matildy Gage. Wbrew pozorom to zjawisko nie należy do przeszłości.
Pomijanie dokonań kobiet na polu nauki jest też pokłosiem tzw. efektu
haremu, jak określa się we współczesnej socjologii zjawisko zatrudniania
grup kobiet do wykonywania prac dość skomplikowanych, ale równocześnie
żmudnych, czasochłonnych, a często wymagających wręcz zegarmistrzowskiej
precyzji, jak również iście benedyktyńskiej cierpliwości. Laury za
dokonania takich kobiecych "grup pracowniczych" przypadały oczywiście
zatrudniającym je mężczyznom. Nie bez znaczenia jest też, że kobiety,
które oddały się nauce, nie lubiły walczyć o siebie, a władza i przywództwo same w sobie nigdy nie zajmowały wysokiego miejsca w ich
hierarchii wartości. Wolały angażować swoją wiedzę, siłę, energię,
pracowitość w coś, co po nich pozostanie, w dokonania naukowe, zwłaszcza
jeżeli ich odkrycia i badania mogły pchnąć uprawianą dziedzinę nauki na
nowe tory. To było i, jak pokazują najnowsze ustalenia, nadal jest
znacznie ważniejsze niż walka o stołki i prestiż.
Brak należytego docenienia wkładu płci pięknej w rozwój nauki
najjaskrawiej widoczny jest zwłaszcza na przykładzie wynalazków
dokonanych przez kobiety, z których korzystamy na co dzień, zupełnie nie
zdając sobie sprawy, że zawdzięczamy je piękniejszej połowie ludzkości.
Do nich należy zaliczyć chociażby znany od stuleci jedwab, jedną z najdroższych i najszlachetniejszych tkanin świata, która została
wynaleziona przez kobietę, Chinkę Xi Lingshi, znaną w historiografii
również jako Leizu. Ta na poły legendarna dama była jedną z małżonek
znanego cesarza Huang Di i jako żona władcy nie miała zbyt wielu
obowiązków. Kiedy pewnego razu, znudzona, przechadzała się po pałacowych
ogrodach, zaobserwowała larwy jedwabników snujące swoje kokony i postanowiła wykorzystać powstającą nić. Wprawdzie o Leizu mówi się
głównie w kontekście chińskiej mitologii, ale skoro w zdominowanej przez
mężczyzn kulturze Chin przetrwała legenda przypisująca kobiecie
wynalezienie jedwabiu, to musi być w niej ziarnko prawdy.
Świat zna jednak wynalazczynie, z których dokonań korzystamy po dziś
dzień. Co ciekawe, wśród wynalazków są takie uznawane za typowo męskie,
jak chociażby piła tarczowa, którą około 1813 roku wynalazła Sarah
"Tabitha" Babbitt, ogrzewanie samochodowe, opatentowane w 1892 roku
przez mieszkankę Chicago Margaret Wilcox, czy też wycieraczki
samochodowe, zgłoszone w 1903 roku do urzędu patentowego jako
"urządzenie do czyszczenia okien" przez Mary Anderson. Z kolei Martha
Coston przyczyniła się do poprawy bezpieczeństwa żeglugi, sprzedając
marynarce wojennej świecące w trzech barwach flary, a Niemce Katharinie
Paulus zawdzięczamy natomiast składany spadochron, który opracowała w 1890 roku.
Prawdziwą rekordzistką w dziedzinie wynalazków jest żyjąca w XIX wieku
Margaret Knight, która opatentowała ich aż 26, w tym papierową torebkę.
Nawiasem mówiąc, powątpiewano, że to ona jest twórczynią owej torebki,
uważano bowiem, że kobieta nie byłaby w stanie zbudować tak
skomplikowanej maszyny jak ta użyta do produkcji papierowego opakowania.
Wynalezienie kevlaru, syntetycznego włókna odpornego na działanie
wysokiej temperatury i niebywale wytrzymałego, które znajduje
zastosowanie m.in. w kami-zelkach kuloodpornych, jest zaś dziełem
Stephanie Kwolek, legitymującej się polskimi korzeniami (jej prawdziwe
nazwisko brzmiało Chwołek).
Kobiety wniosły wiele także do różnych innych dziedzin nauki, znacząco
przyczyniając się do rozwoju wiedzy o kosmosie czy ludzkim zdrowiu,
zaistniały też w matematyce, fizyce i chemii. Niestety, również w tym
przypadku niewielu ludzi zdaje sobie sprawę, jak wielkie były ich
osiągnięcia.
Margaret E. Knight, amerykańska bizneswoman i wynalazczyni, nazywana
żeńskim Edisonem
Publikacja ta poświęcona jest właśnie takim cichym bohaterkom nauki,
które w dążeniu do wiedzy potrafiły pokonać wszelkie przeszkody i uprzedzenia, skutecznie udowadniając, że, jak twierdziła Émilie du
Châtelet, inteligencja nie ma płci. Wiele z nich w dążeniu do wiedzy
złożyło na ołtarzu nauki życie, inne, świadomie bądź nie, godziły się na
to, by ich wkład był pomijany, a laury zbierali inni. Kilkadziesiąt
przedstawicielek świata nauki opisanych w tej publikacji stanowi
niewielki procent wszystkich kobiet, które zapisały się złotymi
zgłoskami w historii badań i odkryć, a spisanie dziejów ich życia
zajęłoby kilka tomów.
Czytelników zapewne zdziwi brak w tej książce sylwetki Marii
Skłodowskiej-Curie, jednego z najgenialniejszych umysłów w dziejach
ludzkości, ale nie jest to przeoczenie. Słynna polska noblistka pojawia
się bowiem obowiązkowo przy każdej sposobności, kiedy przywołuje się
osiągnięcia kobiet na polu nauki. Ja także poświęciłam jej odrębną
publikację. W książce tej przedstawiono natomiast badaczki, odkrywczynie
i wynalazczynie, których osiągnięcia są mniej znane niż dokonania Polki.
Poza tym najwyższy czas, by kobiety parające się nauką nie były
postrzegane jako wyjątkowe zjawisko. Przecież Hertha Ayrton, wybitna
matematyczka i wynalazczyni, żyjąca w latach 1854-1923, zauważyła:
"Kobieta po prostu jest dobrym naukowcem albo nie; w każdym przypadku
powinna jednak mieć równe szanse, a jej prace należy studiować z punktu
widzenia naukowego, a nie z perspektywy płci"4.
I. Damy wpatrzone w niebo
I
Damy wpatrzone w niebo
Kopernik wprawdzie nie był kobietą, ale...
Z pewnością niektórym czytelnikom tej publikacji pytanie o rolę kobiet w astronomii przypomni jedną z najzabawniejszych scen kultowej polskiej
komedii Juliusza Machulskiego Seksmisja, w której główni bohaterowie,
Maks i Albert, postawieni przed obliczem Zgromadzenia dowiadują się, że
Kopernik była kobietą. Jak wiadomo, słynny astronom był mężczyzną, ale
kobiety odegrały w astronomii niebywale ważną rolę, na trwałe zapisując
się w historii odkryć z tej dziedziny. Co więcej, panie interesowały się
tą nauką niemalże od zarania dziejów, a wśród odkrywców praw rządzących
wszechświatem przedstawicielki płci pięknej są licznie reprezentowane,
aczkolwiek ich dokonania nie zawsze doczekały się należytego uznania i w wielu przypadkach laury za ich prace i odkrycia przypadły mężczyznom.
Aglaonike z Tesalii, żyjąca w I lub II wieku, była uważana przez
współczesnych za czarownicę, gdyż rzekomo potrafiła "sterować
Księżycem". Najprawdopodobniej potrafiła przewidzieć zaćmienia satelity
Ziemi
Wśród pierwszych astronomek wymieniana jest Enheduanna, księżniczka
żyjąca w trzecim tysiącleciu przed naszą erą w Mezopotamii. Jej
zainteresowanie determinowało poniekąd imię, oznaczające "ozdobę nieba",
nadane jej przez ojca króla Sargona Wielkiego, twórcę imperium
akadyjskiego, uznawanego za pierwsze imperium w dziejach świata.
Stworzone przez niego państwo ze stolicą w Akad (Agade) istniało od 2334
do 2193 roku p.n.e. na terenie środkowej Mezopotamii, a w czasach
swojego rozkwitu obejmowało cały jej obszar, jak również tereny
przyległe. Enheduanna została wprawdzie zapamiętana jako pierwsza osoba
na świecie tworząca dzieła literackie, które podpisywała swoim imieniem,
i arcykapłanka w świątyni Inanny, przez Sumerów czczonej jako Isztar,
bogini miłości, seksu, płodności i wojny. Ale z zachowanych przekazów
wynika, że parała się także astronomią. Jednak o tej sferze działalności
akadyjskiej księżniczki nie da się powiedzieć nic bliższego.
Znacznie więcej wiadomo na temat Greczynki Aglaonike, córki Hegetora
bądź Hegemona, żyjącej w I lub II wieku p.n.e. w Tesalii, o której
wspomina w swoich pismach Plutarch, jak również anonimowy komentator
dzieła Apolloniosa z Rodos Argonautica. Kobieta zyskała sławę
czarownicy, która potrafi sterować Księżycem, co więcej, w starożytnej
Grecji funkcjonowało nawet powiedzenie "Słucha się jak Księżyc
Aglaonike". Jak łatwo się domyślić, Greczynka nie potrafiła kierować
Księżycem, ale jedynie uważnie obserwując naturalnego satelitę Ziemi,
poznała prawidłowość cyklu zaćmień, potrafiła dokładnie określić, kiedy
ono nastąpi i w której części nieboskłonu będzie widoczne, czym
zadziwiała współczesnych jej ludzi.
Inną wybitną astronomką była Hypatia z Aleksandrii, córka Teona,
uczonego kierującego sławną Biblioteką Aleksandryjską. Uczona żyła w latach 370-415 n.e., a przypisuje się jej wynalezienie astrolabium -
przyrządu astronomicznego używanego w nawigacji do wyznaczania położenia
ciał niebieskich nad horyzontem. Co ciekawe, wynalazek owej wybitnej
uczonej był używany przez żeglarzy aż do początku XVIII wieku, kiedy
zastąpił je sekstant, wynaleziony przez angielskiego matematyka, często
mylnie uznawane-go za astronoma, Johna Hadleya. Astrolabium było zatem w użyciu przeszło tysiąc trzysta lat po śmierci jego wynalazczyni!
Zjawisko zaćmień, i to nie tylko Księżyca, ale i Słońca, intrygowało
także żyjącą już w czasach nowożytnych, bo urodzoną w 1768 roku w Chinach za panowania dynastii Qing, Wang Zhenyi. Trzeba przyznać, że
Wang miała dużo szczęścia, ponieważ urodziła się w rodzinie naukowców,
gdzie naukę i wiedzę ceniono sobie bardziej niż dobra materialne, a odwieczne przekonanie o intelektualnej niższości kobiet traktowano jak
szkodliwy przesąd. Dzięki temu młoda dziewczyna mogła się uczyć,
korzystając z zasobów przepastnej biblioteki należącej do dziadka, który
był zarazem jej pierwszym nauczycielem. A ciekawa świata Wang chłonęła
przekazywaną jej wiedzę; uwielbiała matematykę, biologię i geografię, z czasem okazało się także, że ma talent poetycki, i to niemały.
Młodą dziewczynę interesowała zwłaszcza prawdziwa natura zaćmień
Księżyca i Słońca, bo w powszechne przekonanie, że przyczyną tego
zjawiska jest boski gniew, jakoś nie mogła uwierzyć. Posługując się
samodzielnie skonstruowanym urządzeniem, udowodniła nawet największym
niedowiarkom, że zaćmienie nie ma nic wspólnego z urażonymi bogami. W pawilonie ogrodowym umieściła duży stół, który miał imitować planetę
Ziemię, zawiesiła u sufitu lampę, pełniącą funkcję Słońca, a na ścianie
okrągłe lustro - Księżyc. Potem wprawiła te sprzęty w ruch, a wówczas
przedmioty udające naszą gwiazdę, planetę oraz jej satelitę znalazły się
w jednej linii, przy czym stół, czyli Ziemia, znajdował się pomiędzy
lampą - Słońcem, a lustrem - Księżycem. W ten sposób udało się jej
udowodnić, że do zaćmienia Księżyca dochodzi wówczas, gdy nasz naturalny
satelita przesuwa się przez cień naszej planety.
Chcąc przekazać swoją wiedzę innym, napisała traktat, ale jego tematem
nie były zagadnienia astronomiczne, lecz przyciąganie ziemskie. Głośno
opowiadała się za odrzuceniem obowiązującego wciąż w Państwie Środka
starożytnego kalendarza księżycowego na rzecz kalendarza słonecznego.
Była też zwolenniczką równego traktowania kobiet i mężczyzn i często
pisała o tym w swoich wierszach. Wydała też wiele innych dzieł, głównie
z zakresu matematyki, z których większość nie zachowała się do naszych
czasów.
Sophia Brahe - "lśniąca gwiazda na duńskim niebie"
"Dania nie powinna nigdy zapomnieć szlachetnej kobiety, którą można
uważać za bardziej duchowo, niż jeśli chodzi o ciało i krew, była
siostrą Tychona Brahego; lśniąca gwiazda na naszym duńskim niebie jest w istocie [gwiazdą] podwójną"5 - pisał dziewiętnastowieczny
duński historyk Johan Ludvig Heiberg o Sophii Brahe, młodszej siostrze
słynnego astronoma Tychona Brahego. Naukowiec ma na swoim koncie wiele
dokonań, w tym odkrycie supernowej SN 1572, udoskonalenie wielu
instrumentów astronomicznych, jak również pozycjonowanie gwiazd bez
pomocy teleskopu. Historia zapamiętała go także jako twórcę
geoheliocentrycznego modelu Układu Słonecznego, zwanego potocznie
tychońskim, w którym próbował połączyć opracowany przez Kopernika model
heliocentryczny i funkcjonujący wcześniej geocentryczny, jak również
jako nauczyciela innego wybitnego astronoma - Johannesa Keplera.
Sophia Brahe, siostra i współpracowniczka wybitnego duńskiego astronoma
Tychona Brahego, rycina na podstawie portretu z początku XVII wieku
Co ciekawe, Brahe musiał pokonać wiele przeszkód na drodze do zdobywania
wiedzy, mimo że był mężczyzną wywodzącym się z zamożnej, szlacheckiej
rodziny. Przyszedł na świat 14 grudnia 1456 roku w rodowej posiadłości
swego ojca, duńskim zamku Knutstorp, obecnie należącym do Szwecji, jako
Tyge Ottensen Brahe (nazwisko de Brahe, pod którym widnieje w niektórych
opracowaniach, jest błędne). Jego ojciec, Otton Brahe, był nie tylko
zamożny i legitymował się znamienitym rodowodem, ale także piastował
ważne funkcje na królewskim dworze, i właśnie taką przyszłość wybrał dla
swoich synów. Otton i jego żona, Beate Clausdatter, wywodząca się z możnej duńskiej szlacheckiej rodziny Bille, której członkowie odegrali
ważką rolę zarówno w historii Danii, jak i Szwecji, doczekali się
dwanaściorga dzieci, przy czym wieku dorosłego dożyło ośmioro z nich.
Wśród tych, którym nie dane było doczekać dorosłości, był również brat
bliźniak Tychona, który zmarł krótko po urodzeniu, tuż przed
zaplanowanymi chrzcinami.
Przyszły astronom nie dorastał jednak w wielodzietnej rodzinie, ponieważ
jako dwulatek został porwany przez brata swojego ojca, Jorgena Thygesena
Brahego, dowódcę zamku Tostrup, który z żoną Inger nie mógł doczekać się
własnych dzieci. Marząc o spadkobiercy, Jorgen, który nie zamierzał
odprawić bezpłodnej małżonki, postanowił uprowadzić jednego ze swoich
bratanków i wychować go jak własne dziecko, co mu się zresztą udało.
Rodzice Tychona początkowo głośno protestowali, ale w końcu pogodzili
się z tą sytuacją i nigdy nie próbowali odzyskać syna, co temu
ostatniemu wyszło ostatecznie na dobre. Tak się bowiem złożyło, że ani
Otto, ani jego żona nie mieli zainteresowań naukowych, co więcej, wręcz
gardzili nauką, wyznając powszechny wówczas w Danii pogląd, iż osobie
szlachetnie urodzonej nie przystoi się uczyć. Dlatego Tycho, podobnie
jak jego bracia, z woli ojca, który miał jakiś wpływ na jego wychowanie,
był przeznaczony do służby cywilnej. Tymczasem jego ciotka Inger, wielka
intelektualistka, która rozpaliła w nim chęć do edukacji, nie potępiała
zainteresowania astronomią, które rozbudziło w czternastolatku
obserwowane przez niego 21 sierpnia 1560 roku zjawisko zaćmienia Słońca.
Gdy nastolatek obserwował to intrygujące zjawisko, od roku był już
studentem uniwersytetu w Kopenhadze, gdzie zgodnie z wolą ojca oraz
stryja studiował prawo, które miało być przydatne w planowanej dla niego
karierze w administracji. Studia wprawdzie obejmowały także inne
przedmioty, w tym matematykę, filozofię, fizykę Arystotelesowską, jak
również kosmologię, ale młodego szlachcica na dobre pochłonęła
astronomia i właśnie na książki z tej dziedziny wydawał przysyłane przez
rodziców pieniądze.
Kiedy wieść o tym dotarła do Jorgena, stryj bezzwłocznie zabrał
piętnastoletniego Tychona z Kopenhagi i przeniósł na uniwersytet w Lipsku, wysyłając go tam z opiekunem, który miał za zadanie
przypilnować, aby jego podopieczny nie tracił czasu na czytanie dzieł o gwiazdach. Tycho, posłuszny stryjowi, wprawdzie zgłębiał tajniki prawa,
ale na własną rękę poszerzał wiedzę z astronomii, co kosztowało go
niemało wyrzeczeń. W tajemnicy przed opiekunem kupował książki z interesującej go dziedziny, które czytał nocami w mdłym świetle świecy,
kiedy jego opiekun już smacznie spał. Bywało, że wymykał się ze swojej
kwatery, by prowadzić obserwacje nocnego nieba, notując skrupulatnie
swoje spostrzeżenia.
W 1565 roku wrócił do domu i na zawsze pożegnał się ze swoim przybranym
ojcem, który zmarł niespodziewanie. Ponieważ młodzieniec w świetle
obowiązującego wówczas prawa nie był pełnoletni, musiał wrócić pod
skrzydła swoich biologicznych rodziców, którzy, podobnie jak jego
rodzeństwo, nie tylko nie podzielali, ale nawet nie rozumieli pasji
swojego najstarszego syna do nauki, a zwłaszcza do astronomii.
Niespodziewanie jednak młody człowiek odkrył bratnią duszę w osobie
swojej młodszej o dziesięć lat siostry, Sophii, dziewczynki niebywale
inteligentnej i ciekawej świata. Rodzeństwo, pomimo dość sporej różnicy
wieku, szybko znalazło porozumienie, a Tycho, który bodaj jako jedyny w rodzinie dostrzegł potencjał intelektualny siostry, sam zaczął ją uczyć.
Kiedy jednak po niespełna roku przekonał ojca, który namawiał go do
wstąpienia do służby publicznej, by pozwolił mu na podróż za granicę i ponownie opuścił dom, dziewczynka była zdana tylko na siebie, co
bynajmniej nie ostudziło jej zapału do nauki. Odtąd uczyła się
samodzielnie, a ponieważ większość podręczników do astronomii, do której
miłością zaraził ją brat, była pisana po łacinie, ta dorastająca panna
wydawała pieniądze na ich tłumaczenie.
Tymczasem Tycho wrócił do domu mocno pokiereszowany: studiując w Rostocku, wdał się w pojedynek z innym studentem i w jego wyniku stracił
część nosa. Po powrocie do domu postarał się o protezę, która wykonana
była z mosiężnej blaszki, i nosił ją do końca życia. Swojej pasji mógł
się poświęcić dopiero w 1571 roku, po śmierci ojca, ale ostatecznie o jego dalszej karierze w astronomii, która miała mu zapewnić
nieśmiertelną sławę, zdecydował przypadek. Początkowo bowiem Brahe zajął
się badaniami nad ulepszeniem papieru w laboratorium, które zbudował w Herrevard. Ponieważ jego prace zakończyły się sukcesem, przystąpił do
produkcji papieru w pobliskim Klippan Mill.
Jedenastego listopada 1572 roku, wychodząc z laboratorium, dostrzegł na
nieboskłonie nową gwiazdę w gwiazdozbiorze Kasjopei, znacznie
przewyższającą blaskiem Jowisza. Nie był jednak pewny, czy się nie myli,
dlatego skonsultował się ze swoją młodszą siostrą, która potwierdziła
jego obserwację. Wówczas Tycho zajął się na poważnie astronomią i rok
później opublikował swoje odkrycie jako De nova stella, dziś odkrycie
astronoma znane jest jako "supernowa Tycho" lub "gwiazda Tychona".
Wprawdzie Brahe nie był jedynym astronomem, któremu udało się ją
zaobserwować, ale prowadził prace nad obiektem przez 16 miesięcy,
odnotowując najpierw wzrost jej blasku do maksimum, a potem dokumentując
spadek. W zajęciach tych towarzyszyła mu oczywiście Sophia, z którą
obserwował także zaćmienie Księżyca w 1573 roku. Odwiedzała też brata w założonych przez niego, na zlecenie i za pieniądze króla Fryderyka II,
dwóch nowoczesnych (oczywiście jak na owe czasy) obserwatoriach
astronomicznych, Stjerneborg i Uraniborg (zamek Urania), w pobliżu
Kopenhagi. Sophia nie tylko wspierała Tychona w jego obserwacjach i w pracach nad udoskonaleniem przyrządów astronomicznych, ale również
pomagała bratu w niełatwej sztuce stawiania horoskopów. W owych czasach
bowiem astrologia była uważana za dziedzinę wiedzy znacznie poważniejszą
niż astronomia, a stawianie horoskopów dawało dochód wielu wybitnym
astronomom, z Mikołajem Kopernikiem włącznie.
Zdaniem współczesnych badaczy Sophia stała się nie tylko asystentką
astronoma, ale także jego najbliższą współpracownicą, a nawet muzą.
Uczony ją za taką uważał, skoro poświęcił jej napisany po łacinie wiersz
Urania Titani, przedstawiając ją jako Uranię, muzę astronomii w greckiej mitologii, a siebie jako Tytana. Tycho bardzo wysoko cenił
umiejętności oraz inteligencję siostry, nazywając ją w jednym ze swoich
dzieł animus invictus - niepokonanym umysłem.
Pod koniec 1570 roku Tycho zakochał się w córce luterańskiego pastora w Knudstrup, Jorgena Hansena, Kirsten Jorgensdatter. Niestety, zakochani
nie mogli się pobrać, ponieważ dziewczyna wywodziła się z niższych
warstw społecznych, dlatego para żyła przez lata w nieformalnym związku
i doczekała się ośmiorga dzieci, z których sześcioro, dwóch synów i cztery córki, dożyło dorosłego wieku.
Także i Sophia zmieniła stan cywilny, poślubiając w 1579 roku
trzydziestotrzyletniego Ottona Thotta, a trzy lata później wydała na
świat jedynego syna, Tage. Trudno orzec, czy było to szczęśliwe
małżeństwo, nie trwało zresztą zbyt długo, ponieważ mąż Sophii w marcu
1588 roku zmarł, a wdowa poświęciła się wychowa-niu syna. Wówczas też
nieco zaniedbała astronomię, kierując swoje zainteresowania w stronę
ogrodnictwa, farmacji, medycyny, a zwłaszcza ziołolecznictwa.
Fascynowały ją prace Paracelsusa, a szczególnie jego badania nad
substancjami trującymi, które, zdaniem uczonego, w niewielkich dawkach
mogły mieć działanie lecznicze. Zajęła się też historiografią, a w zasadzie genealogią, poświęcając się badaniom dziejów duńskich rodów
szlacheckich. Efektem tych zainteresowań było liczące 900 stron dzieło,
które jest uważane za przykład wczesnej metodologii badawczej. Pierwsze
wydanie publikacji ukazało się w 1600 roku, lecz autorka kilkakrotnie
wracała do niej, wprowadzając liczne poprawki i uzupełnienia, księga
doczekała się więc kilku kolejnych wydań.
Wychowując samotnie syna, owdowiała Sophia administrowała również
majątkiem zmarłego męża, do czasu aż jej potomek osiągnął pełnoletność.
W końcu jednak przestała żyć samotnie, gdy podczas odwiedzin w laboratorium słynnego brata poznała alchemika Erika Langego, w którym
zakochała się bez pamięci. Wprawdzie Lange odwzajemniał jej uczucie, ale
nie spieszył się do małżeństwa, którego nie mógł zawrzeć ze względów
finansowych, gdyż owładnięty manią opracowania metody transmutacji
metali nieszlachetnych w złoto i święcie przekonany, że uda mu się to
osiągnąć, nie tylko przeznaczył na ten cel cały swój majątek, ale także
zaciągał długi. Ponieważ sukces nie przychodził, popadał w coraz większe
tarapaty finansowe i był ścigany przez dłużników. Chcąc uniknąć
więzienia, wyjechał z Danii do Niemiec, gdzie miał nadzieję znaleźć
sponsorów dla swoich badań, w związku z czym ślub z ukochaną należało
odłożyć na lepsze czasy, które jednak nie nadchodziły.
To właśnie perypetiom zakochanych Tycho poświęcił swój wspomniany
wcześniej utwór Urania Titani. Stęskniona Sophia w 1599 roku wyruszyła
za ukochanym do Hamburga, ale na ślub zdecydowali się dopiero trzy lata
później. Sytuacja Sophii Brahe była wówczas nie do pozazdroszczenia:
ponieważ wspierała finansowo ukochanego, także ją dopadły problemy z pieniędzmi, dlatego musiała prosić o wsparcie rodzinę, ale go nie
otrzymała. W liście do starszej siostry, napisanym krótko po ślubie,
pisała zrozpaczona, że nie miała pieniędzy nawet na zakup pary nowych
pończoch i do ołtarza musiała iść w podartych. Wprawdzie oboje z Erikiem
sprawili sobie odświętne stroje z tej okazji, ale zaraz po uroczystości
musieli je oddać do lombardu, żeby mieć za co żyć. Za taki stan rzeczy
świeżo upieczona pani Lange nie winiła jednak swojego małżonka, którego
pasje naukowe rozumiała i wspierała, święcie wierząc w jego sukces, ale
swoją rodzinę, gardzącą nauką i jej naukowymi zainteresowaniami,
pozbawiającą ją należnych jej pieniędzy. W efekcie skłóciła się z wszystkimi krewnymi poza Tychonem, który jako jedyny utrzymywał kontakt
z nią i jej mężem.
On też z czasem ściągnął szwagra do siebie do Pragi, gdzie astronom
przebywał od 1599 roku, po opuszczeniu Danii na skutek konfliktu z królem Chrystianem IV. Na szczęście znalazł schronienie na dworze
cesarza Rudolfa II, który mianował go nadwornym matematykiem i astronomem. Jego szwagier, który do Pragi zjechał w 1608 roku, na
cesarskim dworze musiał się czuć jak ryba w wodzie, gdyż Rudolf II miał
istnego bzika na punkcie alchemii, astrologii oraz magii, ściągał do
Pragi nie tylko poważanych naukowców, astrologów czy alchemików, ale
także rozmaitych mistrzów wiedzy tajemnej. Nie wiemy, niestety, jak
wiodło się mężowi Sophii w Czechach, który po pięciu latach pobytu w cesarskim mieście umarł z bliżej nieznanych przyczyn. Powtórnie
owdowiała Sophia, której udało się odzyskać od krewnych należne jej
pieniądze, w 1616 roku przeniosła się do Zelandii i osiadła w miejscowości Helsingor. Mieszkała tam do śmierci, zajmowała się
ogrodnictwem i leczeniem chorób roślin. Zmarła w 1643 roku, dożywszy
słusznego wieku osiemdziesięciu czterech lat.
"Siedzący" pomnik Marii Cunitz w Świdnicy, gdzie mieszkała i zajmowała
się astronomią
Maria Cunitz - kobieta, która poprawiała Keplera
Dwudziestego dziewiątego maja 1610 roku w Świdnicy Maria Kunitz, żona
miejscowego lekarza, a zarazem doktora filozofii, Henryka Kunitza,
zwanego też Cunitiusem, powiła pierworodną córkę Marię. Rodzice
przywitali córeczkę z wielką radością, ale nawet nie przyszło im do
głowy, że dziewczynka śpiąca spokojnie w kołysce w przyszłości zdobędzie
wielką sławę i będzie zajmować się gwiazdami oraz innymi ciałami
niebieskimi. Wprawdzie jej ojciec, który w młodości studiował we
Wrocławiu, Rostoku i Frankfurcie nad Odrą, interesował się astronomią i nawet odwiedził słynnego astronoma Tychona Brahego w jego obserwatorium
w Uraniborgu, by wraz z nim przez jakiś czas obserwować nieboskłon, ale
w owych czasach rodzice nie marzyli o karierze naukowej dla córek.
Dziewczęta miały dobrze wyjść za mąż, strzec domowego ogniska i wychować
gromadkę dzieci, dlatego do ich edukacji nie przywiązywano wagi.
Tymczasem mała Maria wyróżniała się spośród dzieci dorastających w sąsiedztwie, przewyższając je pod względem rozwoju intelektualnego: nie
lubiła się bawić i bardzo wcześnie interesowała się książkami,
wymuszając na ojcu, by nauczył ją czytać. W efekcie już jako pięciolatka
biegle opanowała sztukę czytania.
Według niektórych historyków rodzina przyszłej uczonej mogła wywodzić
się ze słowiańskiej, a nawet polskiej ludności, ale nie ma wiarygodnych
dowodów na poparcie tej tezy. Ale rozważania o narodowości Marii Cunitz,
podobnie jak Mikołaja Kopernika czy Jana Heweliusza, nie mają zbytniego
sensu, gdyż pojęcie narodowości w znaczeniu funkcjonującym obecnie
pojawiło się dopiero w XIX stuleciu. W czasach, w których żyli
wspomniani astronomowie, a także bohaterka tego rozdziału, nikt nie
przywiązywał do tej kwestii większego znaczenia. Wówczas bowiem liczyło
się poddaństwo danemu monarsze oraz miejsce pochodzenia, a więc
miejscowość, w której człowiek przyszedł na świat. Marię Cunitz można
byłoby uznać za Polkę, gdyż nazwisko astronomki w historiografii, poza
niemieckim Cunitz, funkcjonuje także w łacińskiej formie Cunitiae oraz
polskich wersjach: Kunicia, Kunic czy wręcz Kunicka. W 1610 roku, w roku
urodzenia Marii, jej rodzinne miasto, podobnie jak cały obszar, na
którego terenie leży, znajdowało się pod panowaniem Habsburgów.
Cunitzowie zatem do 1619 roku byli poddanymi cesarza Macieja Habsburga,
panującego w latach 1608-1619, a potem żyli pod panowaniem jego
następcy, Ferdynanda II.
Jak już wcześniej wspomniano, mała Maria Cunitz wykazywała się od
dziecka wyjątkową inteligencją i głodem wiedzy. Wprawdzie jej rodzice
zgodzili się, aby brała udział w lekcjach udzielanych przez prywatnych
nauczycieli jej bratu, ale kiedy skończyła osiem lat, zaczęto wdrażać ją
do obowiązków domowych. Wkrótce okazało się jednak, że dziewczynka jest
na tyle zdolna, że skutecznie łączy naukę z pracami domowymi, a uporawszy się z obowiązkami narzuconymi jej przez matkę, cały wolny czas
poświęcała lekturze i dokształcaniu. Po latach sama o sobie mówiła, że
łacinę poznała dzięki "niemym nauczycielom", jak nazywała książki.
Rodzice, dostrzegając zdolności córki, zdecydowali się uczyć
jedenastoletnią Marię muzyki i śpiewu, z czym dziewczynka radziła sobie
tak dobrze, że opanowała również umiejętność zamiany zapisu nutowego na
tabulaturowy i odwrotnie. Jako dwunastolatka natomiast chwyciła za farby
i namalowała swoje pierwsze obrazy, podobno bardzo udane.
Ambitna panna Cunitz już jako młoda dziewczyna władała kilkoma językami:
obok niemieckiego i łaciny opanowała także języki: polski, francuski,
włoski, hebrajski i grekę. Kształciła się także w medycynie, matematyce,
historii i astronomii. W 1623 roku podzieliła los pisany wszystkim
kobietom w tych czasach - wyszła za mąż za prawnika Dawida Gertsmanna.
Trudno powiedzieć, czy to było udane małżeństwo, wątpliwe jest, by
zawarto je z miłości, zaledwie trzynastoletnia Maria wyszła bowiem za
mąż za człowieka wybranego jej przez rodziców. Gertsmann zmarł trzy lata
po ślubie podczas zarazy, jaka nawiedziła Świdnicę w 1626 roku.
Młoda, szesnastoletnia wdowa wpadła w oko Eliasowi von Löwenowi,
uznanemu matematykowi. Nie wiemy, czy Maria była ładna, ale w tym
przypadku kluczowe znaczenie miały wspólne naukowe pasje i zainteresowania. I to zapewne skłoniło ich w 1630 roku do zawarcia
związku małżeńskiego, który okazał się bardzo udany. Elias, doceniając
potencjał intelektualny młodej żony, nie tylko dostarczał jej stosownych
lektur, ale także wraz z nią w obserwatorium założonym na dachu
świdnickiej kamienicy "Pod Złotym Chłopkiem" obserwował planety,
zwłaszcza Wenus i Jowisza. Obserwacje i prace Marii doczekały się
uznania europejskich intelektualistów i uczonych, z którymi
korespondowała. Do czasów współczesnych zachowały się dwadzieścia dwa
listy wymienione pomiędzy małżonkami a gdańskim astronomem Janem
Heweliuszem, w tym siedem pióra Eliasa, pięć autorstwa jego żony, jak
również dziesięć odpowiedzi, pisanych przez gdańszczanina równolegle do
obojga małżonków lub do jednego z nich. Maria i jej mąż korespondowali
również z francuskim astronomem Ismaëlem Boulliau, Janem Herbiniusem,
uczonym wywodzącym się z Byczyny, Janem Albrechtem Portnerem z Ratyzbony, Piotrem des Noyersem, piastującym funkcję sekretarza królowej
Ludwiki Marii, żony króla Jana Kazimierza.
Osobliwe zachowanie małżonki uczonego, która spędzała noce na
wpatrywaniu się w gwiazdy, nie przypadło do gustu mieszkańcom miasta.
Złośliwie plotkowali oni, jakoby Maria na skutek nieprzespanych nocy
zaniedbywała dom, ale małżonkowie nic sobie z tego nie robili. W 1636
roku ich życiem wstrząsnęła wojna trzydziestoletnia, która trwała od 23
maja 1618 roku do 24 października 1648 roku, i słusznie jest uznawa-na
przez współczesnych historyków za najbardziej wyniszczający konflikt w nowożytnej Europie. Starły się w niej protestanckie państwa Świętego
Cesarstwa Rzymskiego, wsparte przez inne państwa europejskie, wśród
których znalazła się nawet katolicka Francja, z wierną Kościołowi
rzymskiemu dynastią Habsburgów. Konflikt wybuchł wprawdzie z przyczyn
religijnych, jednak z czasem przeobraził się w długotrwałą wojnę o dominację w Europie, wymierzoną przeciwko Habsburgom, w której
uczestniczyły niemal wszystkie państwa Starego Kontynentu.
Świdnica, w której mieszkała Maria i jej małżonek, w początkowym okresie
wojny nie została dotknięta jej skutkami, mimo że stany śląskie wyraźnie
opowiedziały się po stronie protestantów. Kiedy w 1635 roku cesarz
zawarł pokój w Pradze, okazało się, że nie przyniósł on zakończenia
konfliktu ani wolności wyznania dla protestantów mieszkających w Świdnicy. Maria i jej małżonek, w obawie przed prześladowaniami,
zdecydowali się wyjechać. Nie bez znaczenia było również to, że miasto
było zniszczone działaniami wojennymi, a rok wcześniej szalała w nim
zaraza. Małżonkowie wyjechali najpierw do Byczyny, skąd wyemigrowali na
teren Rzeczypospolitej, która w wojnie nie brała udziału. Zatrzymali się
na terenie Wielkopolski, w wios-ce Łubnice, nieopodal klasztoru
cystersek w Ołoboku. Schronienia udzieliła im ksienia, czyli przeorysza
zgromadzenia, Zofia Łubieńska. W 1648 roku podjęli decyzję o przeniesieniu się do Byczyny, rodzinnego miasta Eliasa, gdzie mogli
wreszcie poświęcić się działalności naukowej. To właśnie tam Maria
dokończyła rozpoczęte jeszcze w Świdnicy prace nad tablicami
astronomicznymi, które znane są pod skróconą wersją niebywale długiego
tytułu nadanego im przez astronomkę: Urania propitia (Łaskawa, lub
życzliwa, Urania).
Zdaniem Eliasa i jego żony najlepszymi tablicami astronomicznymi,
niezbędnymi narzędziami w pracy ówczesnych badaczy nieba, były Tabulae
Rudolphi (Tablice rudolfińskie) Johannesa Keplera. Ale oboje zauważyli,
że nie są one doskonałe i wymagają naniesienia poprawek, a poza tym
przydałoby się nieco je uprościć. I właśnie tego zadania podjęła się
Maria, która powtórnie opracowała tablice sporządzone przez niemieckiego
astronoma, dokonując stosownych poprawek, uzupełnień, jak również
znacznie je uprościła, pomijając nowatorskie, a co za tym idzie, także
słabo znane i rozumiane logarytmy. W 1650 roku wydała je na własny koszt
w Oleśnicy, co przyniosło jej międzynarodową sławę i miano "Śląskiej
Pallas" oraz "Drugiej Hypatii". I nic dziwnego: dzieło śląskiej uczonej,
liczące sobie ponad 500 stron, zawierało nowe tablice astronomiczne,
nowe efemerydy6, jak również skorygowane wcześniejsze
obliczenia Keplera. W efekcie astronomii Keplerowskiej uczono potem,
korzystając nie tyle z jego prac, ile właśnie z publikacji Marii, a jej
wydanie w języku niemieckim przyczyniło się do formułowania niemieckiego
języka naukowego.
W 1655 roku małżeństwo von Löwen przeżyło wielką tragedię - pożar, który
wybuchł w Byczynie, strawił nie tylko ich domostwo, ale także cały
dobytek i warsztat naukowy, pozbawiając ich tym samym możliwości
dalszych badań. Sześć lat później zmarł Elias i po tym ciosie
zdruzgotana Maria porzuciła na zawsze działalność naukową. Zmarła 22
sierpnia 1664 roku w Byczynie.
Ponieważ uczona nie dokonała żadnego przełomowego odkrycia w rozumieniu
budowy Wszechświata, jej prace i dokonania są obecnie stosunkowo mało
znane, ale jeszcze do początków ubiegłego stulecia nazwisko Marii Cunitz
można było znaleźć we wszystkich leksykonach naukowych. Na jej cześć
nazwano też jeden z kraterów uderzeniowych na Wenus, planecie, której
ruch i fazy badała wraz ze swoim mężem na dachu kamienicy "Pod Złotym
Chłopkiem" w Świdnicy.
Gdańszczanka i gwiazdy - historia Elżbiety Koopman, żony i asystentki Heweliusza
Gdańszczanin Jan Heweliusz był bez wątpienia jednym z najwybitniejszych
uczonych działających nie tylko na ziemiach Rzeczypospolitej, ale także
w całej ówczesnej Europie, mimo że nie dokonał żadnego przełomowego
odkrycia ani nie stworzył żadnej rewolucyjnej teorii. W odniesieniu do
astronoma działającego w grodzie nad Motławą właściwe jest określenie
"gdańszczanin", chociaż wywodził się z rodziny niemieckojęzycznej. Tak
się bowiem składa, że wraz z inkorporacją miasta do Korony, dokonaną w 1454 roku przez polskiego króla Kazimierza Jagiellończyka, Gdańsk został
obdarzony wieloma przywilejami, dzięki czemu ściągali tu ludzie z całej
Europy, marząc o dostatnim i wygodnym życiu. Tutejsi kupcy, podobnie
zresztą jak władze miasta, zostali obdarzeni licznymi przywilejami, a miasto wzbogaciło się o wielkie dobra, należące wcześniej do zakonu
krzyżackiego. Dlatego właśnie wdzięczni gdańszczanie umieścili koronę
Jagiellonów nad dwoma krzyżami widniejącymi w herbie grodu.
Elżbieta Koopman i Jan Heweliusz podczas pomiarów astronomicznych,
rycina Isaaka Saala z książki Machinae coelestis pars prior z 1673
roku
W mieście, które dynamicznie się rozwijało, pomnażającym swój stan
posiadania dzięki kontaktom handlowym z Rzeczpospolitą, po prostu
opłacało się mieszkać, a przede wszystkim - prowadzić interesy. Ludność
Gdańska, podobnie jak pozostałych miast leżących na terenie Prus
Królewskich, wprawdzie w przeważającej większości była pochodzenia
niemieckiego, a osiedlający się tu przybysze z innych krajów szybko się
asymilowali, ale gdańszczanie w przeważającej większości mówili równie
dobrze po polsku, jak i po niemiecku. Język polski był im bowiem tak
niezbędny w kontaktach z klientami i partnerami z terenów
Rzeczypospolitej, jak współczesnym przedsiębiorcom język angielski. Nic
zatem dziwnego, że nauka polskiego była częścią programu edukacyjnego
założonego w 1558 roku Gdańskiego Gimnazjum Akademickiego. Jeden z tamtejszych nauczycieli, Mikołaj Volckmar, opracował nawet podręcznik z rozmówkami niemiecko-polskimi, wydany pod tytułem Viertzig Dialogi und
Nützliche Gespräch, Von Allerlei vorfallenden gemeinen Sachen
(Czterdzieści dialogów i użytecznych rozmów o wszelkich zwykłych
rzeczach). Korzystał z niego z pewnością Jan Heweliusz, gdy w 1618 roku
rozpoczął naukę we wspomnianej szkole, w której z całą pewnością uczył
się języka polskiego i opanował go bardzo dobrze. A potem, już jako
człowiek dorosły i uznany uczony, pisał o sobie z dumą, iż jest civis
orbis Poloni - obywatelem świata polskiego.
Przyszły astronom urodził się 28 stycznia 1611 roku jako najstarszy syn
zamożnego browarnika i kupca Abrahama Heweliusza i Korduli z Heckerów. W zachowanej dokumentacji nazwisko uczonego występuje w rozmaitych
wariantach, ale on w swoich publikacjach naukowych używał wyłącznie
zlatynizowanej formy Hevelius. Z woli ojca miał objąć rodzinny interes,
ale młody chłopak, który poza nauką w gimnazjum pobierał także prywatne
lekcje u matematyka parającego się również astronomią, Piotra Krügera,
interesował się naukami ścisłymi, jak również astronomią. Tą pasją
zaraził go właśnie wspomniany nauczyciel. Ukończywszy stosowne szkoły,
Heweliusz nie sprzeniewierzył się ojcu, wstąpił do cechu i został
browarnikiem, a z czasem zajął się także działalnością publiczną jako
rajca. Pozostając wierny przyrzeczeniu danemu umierającemu Krügerowi,
nie porzucił jednak astronomii. Jego kariera naukowa rozpoczęła się wraz
z podjęciem obserwacji zaćmienia Słońca, do czego namawiał go właśnie
nauczyciel, ale na tym nie poprzestał, gdyż zajmował się także badaniem
ciał niebieskich.
Do świata nauki wkroczył z impetem, publikując w 1647 roku napisane po
łacinie dzieło Selenographia, sive Lunae descriptio (Selenografia,
czyli opis Księżyca), w którym przedstawił szczegółowe wyniki swoich
badań i obserwacji Srebrnego Globu, omawiając ruch Księżyca wokół Ziemi,
zmiany jego faz, jak również potwierdził istnienie zaobserwowanych
wcześniej przez Galileusza gór na powierzchni naturalnego satelity
naszej planety. Dzieło gdańskiego astronoma spotkało się z dużym
uznaniem w środowisku naukowym, zapewniając młodemu, bo zaledwie
dwudziestodziewięcioletniemu astronomowi, międzynarodową sławę i uznanie. Zachęcony sukcesem Heweliusz z powodzeniem kontynuował badania,
ugruntowując swoją pozycję w świecie nauki. O jego autorytecie i międzynarodowym uznaniu świadczy niewątpliwie przyjęcie go w 1664 roku w poczet członków prestiżowego angielskiego Royal Society. Był pierwszym
cudzoziemcem dopuszczonym do tego zacnego grona. Warto dodać, że swoje
pierwsze dzieło zadedykował ówczesnemu królowi Polski Władysławowi IV,
monarsze ofiarował również wynaleziony przez siebie przyrząd -
polemoskopium - czyli po prostu peryskop, instrument przydatny w trakcie
prowadzenia działań wojennych. Władysław IV Waza nie był jedynym władcą
utrzymującym relację z Heweliuszem: w 1659 roku jego obserwatorium,
urządzone na dachach trzech sąsiadujących ze sobą kamienic, których był
właścicielem, odwiedził Jan Kazimierz, stypendium wypłacał mu też król
Francji Ludwik XIV, jak również Jan III Sobieski, na którego cześć
astronom nazwał gwiazdozbiór: Tarcza Sobieskiego.
Heweliusz odnosił także sukcesy w browarnictwie, zwłaszcza że dzięki
przywilejowi, który nadał mu król Jan III Sobieski, został zwolniony ze
wszystkich opłat na rzecz cechu browarników, zyskując jednocześnie prawo
do sprzedaży produkowanego trunku nie tylko na terenie Gdańska, ale
także poza miastem. Wszystko to sprawiło, że astronom był majętnym
człowiekiem i mógł sobie pozwolić na zakup instrumentów i sprzętów
niezbędnych do obserwacji nieba.
Znacznie gorzej wiodło mu się natomiast w życiu prywatnym. W 1634 roku
poślubił Katarzynę Rebeschke, która wprawdzie wniosła mu w posagu browar
oraz trzy kamienice, ale nie obdarzyła dziećmi. Kobieta zmarła w 1662
roku, po dwudziestu ośmiu latach spędzonych u boku Heweliusza. Wszystko
wskazuje na to, że było to zgodne małżeństwo, a Katarzyna okazała się
świetną menedżerką, czego dowiodła, prowadząc należący do męża browar,
dzięki czemu Heweliusz mógł całkowicie poświęcić się działalności
naukowej i obserwacjom nieboskłonu.
Przebolawszy stratę, samotny i bezdzietny astronom zaczął się rozglądać
za kolejną towarzyszką życia. I znalazł ją w domu wywodzącego się z Niderlandów kupca Nicholasa Koopmana i Joanny z domu Menning. O dzieciństwie Elżbiety Koopman, bo tak właśnie nazywała się wybranka
Heweliusza, w zasadzie nic nie wiadomo, możemy się jedynie domyślać, że
tak jak wszystkie gdańszczanki z patrycjuszowskich rodów otrzymała
staranne wykształcenie, obejmujące naukę języków, w tym łaciny, zapewne
była też oczytana i znała się na sztuce. Nic zatem dziwnego, że
oczarowała starszego od niej o trzydzieści sześć lat astronoma. Po
ślubie, który para zawarła w 1663 roku w kościele św. Katarzyny w Gdańsku, Elżbieta przeprowadziła się do męża, z czasem obdarzając go
czwórką dzieci - urodzonym w 1664 roku synem Janem Adeodatem (drugie
imię chłopca oznaczało dar od Boga), córką Katarzyną Elżbietą, która
przyszła na świat dwa lata później, Julianą Renatą, urodzoną w 1668
roku, oraz najmłodszą, Florą Konstancją, którą Elżbieta powiła w 1672
roku. Niestety, najstarszy i jedyny syn astronoma przeżył zaledwie rok.
Elżbieta słynęła z urody i elegancji i zapewne niejeden gdańszczanin
zazdrościł astronomowi urodziwej młodej żony, a uczony nie szczędził
pieniędzy na jej zachcianki. Z zachowanej dokumentacji wynika, że w 1687
roku sam Edmund Halley kupił dla niej w Londynie materiał na suknię,
która została uszyta zgodnie z najnowszą modą. Jednak dla Heweliusza
znacznie ważniejsze było, że w młodej, urodziwej i inteligentnej
małżonce znalazł doskonałą współpracownicę i asystentkę. Edukacja
Elżbiety wprawdzie nie obejmowała astronomii, ale głodna wiedzy kobieta
nauczyła się wszystkiego od męża. Bardzo szybko dołączyła do grona
asystentów astronoma, obserwując wraz z nim ciała niebieskie w obserwatorium na dachu kamienic. Świadectwem ich współpracy są dwa
miedzioryty znajdujące się na kartach dzieła Heweliusza, które zostało
wydane w 1673 roku: Machinae coelestis pars prior (Machiny nieba część
pierwsza), przedstawiające astronoma oraz jego małżonkę w trakcie
obserwacji. Heweliusz był pełen podziwu dla jej pracowitości oraz
inteligencji i to właśnie ją miał na myśli, pisząc: "Kobiety są równie
zręczne jak mężczyźni, wszystko sprowadza się do zapału i wprawy"7.
Niewątpliwie, gdyby astronom nie miał u swego boku energicznej kobiety,
nigdy nie podniósłby się po ciosie, jakim był pożar, który wybuchł 26
września 1679 roku, niszcząc dwa domy oraz obserwatorium, a także plon
wcześniejszej pracy. Bez wątpienia była to wielka strata dla
sześćdziesięcioośmioletniego astronoma: żywioł strawił nie tylko część
mieszkalną, ale również należące do Heweliusza magazyny, warsztaty, w tym te do szlifowania soczewek, drukarnię, wyposażoną w maszyny
sprowadzone z Niderlandów, oraz obserwatorium, zwane przez niego
"dostrzegalnią". A było czego żałować, zostało bowiem wyposażone w najnowocześniejsze instrumenty i przyrządy, budząc podziw i zazdrość
uczonych w całej Europie. W jego skład wchodziły specjalne ciemnie, w których obserwowano Księżyc i Słońce, taras widokowy oraz obracalne
pawilony. W instrumentarium natomiast spłonęły nowoczesne lunety oraz
inne przyrządy, z których większość była dziełem astronoma.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki