Rozdział 1: Julia
Huk z głośników, zgiełk rozmów moich przyjaciół; czuję, że zaraz wybuchnę. Za dużo tego, za głośno i jeszcze ta smutna Jola. Zaczynam chłonąć jej emocje. Za chwilę popłyną mi łzy i znów będą pytać, co się stało, a ja nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć. Potrzebuję ciszy, samotności i ciemności - choć na chwilę, żebym mogła odpocząć, zebrać myśli. To wszystko dla mnie za wiele. Wstaję i wychodzę do innego pokoju. Słyszę, że ktoś za mną idzie. To Olek.
- Co się dzieje? Czemu wyszłaś? - spytał z autentyczną troską w głosie.
- Nic się nie dzieje, naprawdę. Ja... ja tylko potrzebuję chwili wytchnienia. Zaraz wrócę do was - odpowiedziałam.
- Ty płaczesz? Hej, mała, co jest?
- To nie tak. Zaufaj mi, nic się nie dzieje. Daj mi chwilę, proszę.
Poszedł do nich, ale słyszę, jak mówi, że ja tu płaczę. Za chwilę się tutaj zlecą, żeby wyciągnąć ode mnie, skąd ten stan, próbować mnie pocieszać, rozbawić - co tylko pogłębi moje zmęczenie. W efekcie całkiem się rozkleję. I zepsuję im imprezę. Muszę uciekać do domu, nim tu wejdą. Dlaczego jestem inna? Czemu nie mogę się bawić tak, jak wszyscy?
Gdy wróciłam do domu, wcale nie poczułam się lepiej. Miałam swoją ciszę, ciemność, samotność, ale miałam też wyrzuty, że uciekłam bez pożegnania, bez wyjaśnień. Teraz będą się martwić o mnie albo - co gorsza - pomyślą, że zrobili coś nie tak lub że nie chcę z nimi spędzać czasu, że mam ich gdzieś. A przecież tak nie jest. Uwielbiam ich towarzystwo, bardzo chcę spędzać z nimi dużo czasu. Niestety, nie potrafię, hałas mnie wykańcza, a jeszcze bardziej ich nastroje - tak bardzo różne i intensywne. Wchłaniam je niczym gąbka i przeżywam w równym lub większym stopniu jak oni. Tak wiele osób straciłam przez to, że czuli się nielubiani, niechciani przeze mnie. Ja nie potrafiłam tego wyjaśnić. Uważali, że siedzę z nimi na siłę, że się narzucają, przez co zniknęli z mojego życia bezpowrotnie. Tylko ja sama wiem, jak mi ich brakuje, jak bardzo ich strata boli.
Dzwoni telefon. To Ania. Odbieram.
- Julka, co się stało? Dlaczego znowu uciekłaś? Wszyscy się martwimy!
- Musiałam, źle się poczułam, nie chciałam psuć wam zabawy. Przepraszam. Porozmawiamy jutro, ok?
- No dobrze, ale obiecaj, że porozmawiamy o tym i nie będziesz zmieniać tematu?
- Obiecuję - odparłam, po czym się rozłączyłam.
Resztę wieczoru przepłakałam w poduszkę, próbując zrozumieć to, co się ze mną dzieje od dziecka.
Kiedy rano wstałam, na zewnątrz świat budził się do życia. Słońce dopiero wschodziło, ale już widać było jego silny blask. Promienie muskały delikatnie korony drzew, a na trawie błyszczała poranna rosa. W wysokiej trawie, tuż za moim oknem, leżały trzy sarenki. Była to mama z małymi. Poczułam się taka szczęśliwa, ten widok był tak cudowny i piękny, że wprawił mnie w wyśmienity nastrój i dał tyle energii. To był olbrzymi kopniak do działania. Od razu wzięłam się za robienie zdjęć i malowanie. Byłam jak w transie. Czułam, jakby moja ręka sama poruszała się po płótnie, aż do momentu, w którym ukazał się piękny krajobraz. Malowałam obrazy, jeden za drugim.
Dzwoni Ania. W całej tej euforii zapomniałam, że obiecałam jej szczerą rozmowę. Jestem jej to winna. Tylko jak wyjaśnić coś, czego sama nie rozumiem?
- Halo. Cześć, Aniu.
- Cześć. Zaraz u ciebie będę. Musimy porozmawiać.
- To nie jest takie proste, jak myślisz, ale dobrze, spróbuję, przecież obiecałam.
- No to do zobaczenia.
- Czekam. Pa.
Kilkanaście minut później była już u mnie. Stała nade mną z zatroskaną, pytającą miną.
- Może przejdźmy się na spacer do lasu i tam spokojnie porozmawiamy - zaproponowałam. Będzie mi łatwiej o tym rozmawiać. Tam czuję się swobodniej.
- Bardzo chętnie się przejdę, dawno nie byłam w lesie, a świeże powietrze dobrze mi zrobi - odpowiedziała.
Zrobiłam nam termos kawy na drogę i poszłyśmy odbyć trudną rozmowę w miejscu, w którym czuję się jak ryba w wodzie. W moim kochanym lesie.
Rozdział 2: Ania
Do mojego pokoju wdarły się silne promienie słoneczne, wybudzając mnie ze snu, nie zważając na to, że dopiero godzinę temu zasnęłam. Czuję, że głowa zaraz wybuchnie i rozpadnie się na kawałki. W ustach pustynia. Kac gigant - jednym słowem. Zawsze przed tego typu imprezami obiecuję sobie pić z głową i - jak widać po moim dzisiejszym stanie - na obietnicy się kończy. Mimo że dziś się męczę, nie żałuję - było bosko. Cudowni ludzie, świetna atmosfera. Wygłupialiśmy się, tańczyliśmy - szaleństwo do rana. Szkoda tylko, że Julia wyszła tak szybko. Martwię się o nią. W trakcie imprezy Olek poinformował nas, że ona płacze w drugim pokoju i nie chce powiedzieć, co się dzieje. Od razu tam poszłam i okazało się, że już jej nie ma. Uciekła, ostatnio często tak robi. Zadzwoniłam do niej, ale mnie zbyła, mówiąc, że źle się poczuła i że dziś porozmawiamy. Nie odpuszczę jej tym razem, wyciągnę z niej, co się z nią dzieje. Julka jest wspaniałą przyjaciółką, zawsze ma dla każdego z nas czas, potrafi wysłuchać, odpowiednio doradzić. Dla każdego ma mnóstwo empatii, dużo ciepła i dobre słowo. Jest taką naszą dobrą duszą. Niestety sama jest bardzo skryta, nigdy się nie żali, nie rozmawia o swoich problemach. Do tego ma bardzo niskie poczucie własnej wartości. Często widzę, że się męczy, coś ją trapi i chciałabym wtedy pomóc, tak jak ona pomaga nam wszystkim. Tylko jak mam to zrobić, skoro ona nic nie chce powiedzieć?
Biorę orzeźwiający prysznic, wypijam elektrolity. Muszę doprowadzić się do porządku, być w dobrym stanie, jeśli mam z nią skutecznie porozmawiać. O śniadaniu nie ma mowy. Nic dziś nie przełknę. Kiedy wychodzę z domu, Tomek jeszcze śpi. Jego nic nie jest w stanie obudzić, gdy odsypia imprezę. Pewnie, kiedy wrócę, zastanę go tam, gdzie zostawiłam, w naszej sypialni. Czasem mu tego zazdroszczę. Jeszcze tylko szybki spacer z Teslą - naszym kochanym owczarkiem szkockim - i w drogę.
Wykonuję szybki telefon po taxi i drugi do Julii, żeby poinformować, że niebawem będę u niej. Kiedy kończę z nią rozmawiać, dzwoni Olek:
- Cześć, Ania, rozmawiałaś z Julką? Niepokoję się o nią od wczoraj.
- Właśnie do niej jadę, też się martwię. Obiecała mi wczoraj rozmowę, ma mi to wyjaśnić. Jak tylko się dowiem, o co chodzi, zadzwonię. No chyba, że poprosi mnie o dyskrecję.
- Ważne, żeby ktokolwiek z nas wiedział, co ją trapi. Jeśli się nie otworzy, nie zdołamy jej pomóc.
- Olek, zrobię wszystko, żeby to z niej wyciągnąć.
- W takim razie czekam na telefon od ciebie. Tylko nie daj się zbyć ani okłamać. Pamiętasz, jak Sławek złamał jej rękę, to powiedziała, że się przewróciła. Czystym przypadkiem dowiedzieliśmy się prawdy.
- Doskonale to pamiętam. Mam nadzieję, że nie chodzi o niego lub podobną sytuację.
- Oby, Aniu, oby. Daj znać, czego się dowiedziałaś.
- Obiecuję. Trzymaj się.
- Pa.
Rozmowa z Olkiem przypomniała mi, jak wiele traumatycznych sytuacji Julka ma za sobą i że przez każdą z nich przechodziła sama. Nie pozwolę, żeby i tym razem tak było. Całą drogę zastanawiałam się, jak zacząć z nią rozmowę i w jaki sposób jej okazać, że cokolwiek by się nie działo, może mi o tym powiedzieć, nie musi być z tym sama.
Kiedy dojechałam na miejsce, siedziała przy oknie i kończyła malować obraz. Obok leżało już kilka z dziś. Pozwoliłam sobie je obejrzeć, jak zwykle były pięknie. Jula potrafi narysować wszystko w taki sposób, że obraz wygląda niczym zdjęcie. Ma talent, w który oczywiście nie wierzy. Szkoda, że nie chce zrobić wernisażu. Bez wątpienia jej dzieła zrobiłyby furorę.
Zaopatrzone w termos z kawą, poszłyśmy na spacer do lasu. Ona się tam lepiej czuje. Szłyśmy obok siebie wąską ścieżką, nad nami błękit nieba bezchmurnego, liście brzóz delikatnie szeleściły, stare drzewa skrzypiały złowieszczo. Z oddali było słychać dzięcioła, który drążył uparcie dziurę w drzewie. Przez korony drzew przebijały się promienie słońca. W ich świetle krajobraz wyglądał jak zaczarowany; zupełnie tak, jakbyśmy przeniosły się do jakiegoś tajemniczego lasu z bajki czy filmu. Julka wyglądała jakoś inaczej, zrobiła się taka radosna i spokojna, rozglądała się bacznie dokoła, raz po raz robiła zdjęcia. Dzień był idealny na spacer. Przyjemnie się spacerowało. Nawet mój kac zniknął.
- Ania, chodź, spójrz - zawołała mnie niemalże szeptem Julka.
- Jakie śliczne!
Moim oczom ukazały się malutkie, cudne liski. Ciekawe, czy dadzą się pogłaskać.
- Nie, zostaw je, nie podchodź. Ich mama pewnie poszła po coś do jedzenia, Jeśli wróci i wyczuje twój zapach, to może je odrzucić i wtedy umrą z głodu.
- Masz rację, chodźmy stąd.
Doszłyśmy do stawu, usiadłyśmy na brzegu. Jula robiła zdjęcia, dużo zdjęć. Kiedy skończyła, zaczęłam rozmowę, dla której tutaj przyszłyśmy.
- Julka, co się z tobą ostatnio dzieje? Chodzisz smutna, zamyślona, unikasz spotkań, a jeśli już się zjawiasz, to szybko uciekasz. No, a wczoraj nawet się nie pożegnałaś. Zwyczajnie uciekłaś. Martwię się bardzo, wszyscy się martwią. Proszę cię, powiedz prawdę, nie oszukuj, tak jak wtedy z ręką.
- Tym razem to coś innego. Widzisz, Aniu, ja sama tego nie rozumiem. Pewnie pomyślisz, że jestem chora psychicznie, jak ci opowiem.
- Nie zakładaj z góry, co ja pomyślę. Mów śmiało. Może uda mi się jakoś tobie pomóc.
- Chodzi o to, że ja źle znoszę hałas, a także dużą ilość osób w jednym pomieszczeniu. Po pół godziny przebywania w takim miejscu, a czasem nawet krócej, czuję się jak po ośmiu godzinach ciężkiej, fizycznej pracy. Odczuwam bardzo silne zmęczenie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Dlatego unikam takich zgromadzeń, wolę się spotykać z wami w wąskim gronie i na spokojnie, bez nadmiaru bodźców.
- Rozumiem. Może powinnaś iść z tym do lekarza, zrobić jakieś badania? Pomyśl o tym. A wczoraj, w którym momencie tak się poczułaś?
- Około godzinę po przyjściu, jak wszyscy byli i muzyka grała dosyć głośno.
- Coś mi tu nie pasuje. Już na samym początku coś było z tobą nie tak. Przyszłaś w świetnym humorze, a za chwilę wyglądałaś na bardzo smutną, jakbyś miała się rozpłakać. Zrobiłaś się blada, rozkojarzona. A potem zniknęłaś mi z zasięgu wzroku. Przyszedł Olek powiedzieć, że płaczesz w pokoju obok. Jak tam poszłam, nie było cię już, uciekłaś.
- Jola była bardzo przygnębiona.
- Nie zmieniaj tematu na Jolkę. Czemu nie chcesz się otworzyć?
- Nie zmieniam. Właśnie to robię, otwieram się. Próbuję ci wytłumaczyć, co powoduje moje zachowanie. Mam coś takiego, że przejmuję emocje innych. Jeśli ktoś przy mnie jest smutny, cierpi, odczuwam to razem z tą osobą; czuję się tak samo, jak ona, jakby to dotyczyło bezpośrednio mnie. Nie wiem, dlaczego tak jest, ale mam tak, odkąd pamiętam. Potrafię się cieszyć z byle czego, niczym z olbrzymiej wygranej na loterii, a za chwilę popadam w depresję przez czyjeś problemy. Kiedy idę do dużego sklepu, po wyjściu czuję się tak, jakbym właśnie wspięła się na szczyt jakiejś wysokiej góry lub przeszła pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Czasami odnoszę wrażenie, jakbym była z innej planety.
- Julia, czemu nie mówiłaś wcześniej? Pójdź z tym do psychologa, porozmawiaj, może ci coś doradzi, pomoże, może będzie wiedział, co robić. Nie możesz się tak wszystkim i wszystkimi przejmować. Pójdź, chociaż raz, co ci szkodzi. Jeśli nie zdoła ci pomóc, więcej nie pójdziesz. Mogę tam pójść z tobą. Co ty na to? Proszę, zgódź się.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł.
- Co ci zależy? Tylko raz. Proszę!
- Dobrze, jeśli to ma cię uspokoić, pójdę.
- Świetnie, w domu mam numer do super babeczki. Zaraz po powrocie umówię nas na jutro. Zgoda?
- Już na jutro?
- A na co tu czekać? Będziesz mieć to z głowy. A może, akurat, będzie wiedziała, co robić.
- Może masz rację. Ok, idźmy jutro.
- Super. Przejdźmy się jeszcze, dość tego siedzenia!
- Wyjęłaś mi to z ust.
Spacerowałyśmy jeszcze z godzinę. Słońce grzało coraz mocniej, ale w cieniu drzew wędrowało się przyjemnie. Malutki wietrzyk tańczył między liśćmi drzew, delikatnie nimi poruszając. Dookoła cisza, słychać było tylko ptasi koncert i rechotanie żab przy stawie. Czułam się, jakby czas stał tutaj w miejscu. Zaczynam rozumieć, co Julię tak przyciąga do tego miejsca. Można się cudownie zrelaksować, wyciszyć, nabrać dystansu do różnych spraw. Z tej ciszy i zadumy wyrwał nas dźwięk mojego telefonu. To Tomek.
- Kochanie, gdzie ty się podziewasz od rana?
- Jestem na spacerze z Julką, miałyśmy coś do omówienia.
- Nic nie mówiłaś, że masz takie plany, przecież pojechałbym z tobą.
- Przecież ci mówię, że musiałyśmy porozmawiać, chciałyśmy być same. Poza tym, jak wychodziłam, to smacznie spałeś, więc po co cię miałam budzić? Tym bardziej, że idziesz do pracy na 14:00.
- No tak, babskie sprawy. Ech, kobiety. Wrócisz, nim wyjdę do pracy?
- Tak, za jakieś pół godziny będę w domu.
- Ok, to nie przeszkadzam. Całuski.
- Buziaki. Pa.
Rozdział 3: Julia
Fatalnie zaczynam dzień: od bólu głowy, zmęczenia i niewyspania. Mam za sobą ciężką noc. Nie potrafiłam wieczorem zasnąć, bardzo długo myślałam o tej wizycie u psychologa, na którą mam iść dziś z Anią. Boję się, że to wszystko, co się dzieje ze mną, ma związek z wydarzeniami z przeszłości i że to się nie skończy, dopóki nie uporam się z tamtymi demonami. Jeśli tak jest, to psycholog tu nic nie da, bo ja nie będę w stanie o tym opowiedzieć. Mimo wszystko pójdę tam, żeby uspokoić Anię. Jeszcze te koszmary, które wracają każdej nocy, nie dając mi zapomnieć. Są tak realistyczne i tak bardzo szczegółowo odwzorowują tamte zdarzenia, że przeżywam je wciąż od nowa i boję się przez to spać.
Ania zawsze dotrzymuje słowa, więc - tak jak wczoraj zapowiadała - umówiła mnie do psychologa na dziś. Po 11:00 już po mnie była i pojechałyśmy. Poradnia została bardzo przytulnie zaaranżowana. Poczekalnia wystrojem przypominała bardziej salon w domu niż miejsce, w którym oczekuje się na poradę psychologiczną. Mimo to, ja dobrze wiedziałam, gdzie jestem i zastanawiałam się, co tu robię. Bałam się, że usłyszę coś, czego bym nie chciała usłyszeć.
Otwarły się drzwi gabinetu - proszę bardzo, zapraszam cię, Julio - wyrwał mnie z rozmyślań głos eleganckiej kobiety w średnim wieku.
Opowiedziałam dokładnie to samo, co wczoraj Ani podczas spaceru. Terapeuta wysłuchała mnie uważnie, zapisując od czasu do czasu coś w swoim notesie, a następnie zaczęła zadawać wiele pytań. Były to pytania o to, czy czuję zapachy, kiedy inni nie zwracają na nie uwagi, czy dostrzegam więcej niż inni, jak reaguję na filmy, książki, na inne osoby. I wiele innych, podobnych pytań.
Ania, która za pozwoleniem moim i pani psycholog weszła ze mną, siedziała w kącie i obserwowała ze zdziwieniem prowadzoną rozmowę. Od czasu do czasu odpowiadała na pytania zadane mnie.
- Dziękuję, mam już wystarczająco dużo informacji. Tak więc, pani Julio, ma pani Wysoce Wrażliwą Osobowość, w skrócie: WWO, z języka angielskiego: HSP - Highly Sensitive People. Stąd u pani aż tak głębokie przeżywanie emocji.
- Tego się właśnie bałam, idąc tutaj, że dowiem się, że jestem chora psychicznie. Czy to się da wyleczyć? Jeśli tak, to w jaki sposób?
- Pani Julio, WWO to nie jest choroba, to taki typ osobowości. Osoba Wysoce Wrażliwa to taka, która posiada cechę temperamentu nazwaną profesjonalnie: wrażliwością przetwarzania sensorycznego. Bycie osobą wysoce wrażliwą ma swoje wady, ale ma również wiele zalet. Takie osoby czerpią z życia pełnymi garściami, dostrzegają rzeczy, które dla innych są trudne do zauważenia; mają bardzo wysoki poziom empatii i zdolność do współodczuwania. Wiąże się to z tym, że szybko i głęboko angażują się w sprawy i problemy innych. Potrafią wysłuchać, rozumieją innych bardzo dobrze, a co za tym idzie potrafią zawsze dobrze doradzić. Jeśli ktoś jest wesoły, szczęśliwy w ich towarzystwie, łatwo przejmują te cechy i również stają się szczęśliwi. Niestety działa to również w drugim przypadku: kiedy ktoś jest smutny, zły, zrozpaczony, wówczas osoby z WWO równie łatwo przejmują i te emocje, odczuwając jako własny stan emocjonalny.
- Ach, to dlatego Julia przedwczoraj zrobiła się bardzo smutna, widząc naszą koleżankę nieszczęśliwą - przerwała Ania.
- Tak, pani Anno. Takie osoby bardzo głęboko wszystko przeżywają. Nie tylko emocje innych ludzi, lecz także zwierząt. Są również bardzo wrażliwe na sztukę. Towarzyszy im często niezdecydowane; długo się zastanawiają, nim podejmą jakąś decyzję. Im poważniejsza sprawa, tym dłuższe przemyślenia. Tacy ludzie, jak pani przyjaciółka, wszystko analizują, rozkładają na części pierwsze. Jeśli coś robią, bardzo się do tego przykładają, robią to dokładnie od początku do końca.
Byłyśmy w gabinecie ponad dwie godziny. Pani psycholog opowiadała nam o wadach i zaletach WWO, odpowiadała na pytania, doradziła - tak ogólnie - jak sobie radzić, żeby żyło się z tym znośnie i żeby innym było łatwiej mnie zrozumieć. Na koniec powiedziała, że jeśli chcę, mogę do niej przychodzić i wtedy popracujemy nad tym, jak czerpać korzyści z bycia WWO, jak to wykorzystać w różnych aspektach życia, a także jak sobie radzić z przebodźcowaniem, z przykrymi emocjami. Ponadto, nauczy mnie asertywności, bo takie osoby mają z tym problem. Ich głęboka wrażliwość sprawia, że często nie potrafią odmówić, mimo iż nie mają ochoty czegoś robić, ponieważ nie chcą zranić drugiej osoby. Niestety, ja się z tym utożsamiam.
Gdy wróciłam do domu, z jednej strony cieszyłam się, że nie jestem z tym sama, że są tacy ludzie jak ja, że nie jestem chora psychicznie. Z drugiej strony, to brzmiało jak wyrok. Nie dało się z tym nic zrobić, miałam już taka zostać - inna. Za dużo informacji, zbyt dużo wrażeń jak na jeden dzień. Położyłam się na łóżku i prawie natychmiast zasnęłam.