Niezniszczalne lato Liliany - Cristina Rivera Garza

Reflow text when sidebars are open.
Jesteśmy pod drzewem pełnym niewidzialnych ptaków. Na początku myślę, że to wiąz - ma taki sam solidny i samotny pień, a wyrastające z niego strzeliście gałęzie pamiętam jeszcze z dzieciństwa - ale po chwili stwierdzam, że to topola, jedno z tych drzew, które dawno temu przesadzono do tej części miasta, gdzie nie ma zbyt wielu rodzimych roślin. Siadamy pod liściastą kopułą, na pomalowanym na żółto krawężniku. Słońce powoli zachodzi. Po drugiej stronie metalowego ogrodzenia wznoszą się szare wieże fabryk, a ciężkie linie energetyczne ledwo utrzymują poziom na tle nieba. Ciężarówki przejeżdżają z dużą prędkością, podobnie jak taksówki i samochody osobowe. Rowery. Spośród wszystkich popołudniowych hałasów ptasi śpiew jest najbardziej nieoczekiwanym. Najmniej prawdopodobnym. Mam wrażenie, że jeśli pójdziemy dalej, poza liściaste obramowanie, nie będziemy mogły ich usłyszeć. Tutaj, pod tą gałęzią, możesz mówić o miłości. Tam dalej leży prawo, potrzeba, tor sił, domena horroru. Bastion kary. Tam dalej - nie. Ale słyszymy je i w jakiś absurdalny, zupełnie nierozsądny sposób ich powtarzające się natarczywe śpiewy, ich solówki, jednocześnie łagodne i wszechogarniające, czasem pełne desperacji i porywcze, innym razem zbyt rzeczywiste lub za delikatne, wywołują spokój, choć nie udaje się im zagłuszyć naszej niepewności. Myślisz, że przyjdzie?, pytam Sorais, gdy zapala papierosa. Prokuratorka? Tak, ona. Nigdy nie wiedziałam, jak nazwać ten ruch ust, gdy zaciśnięte przesuwają się ku jednej ze stron twarzy, wykrzywiając ją i niwecząc złudzenie symetrii. Jesteśmy już tak blisko, odpowiada, wypluwając nitkę tytoniu. Nic nas nie kosztuje poczekać jeszcze pół godziny. Prawdę mówiąc, zadałam to pytanie, by nie musieć prosić, żebyśmy zaczekały. Błagać, to lepsze słowo. Nie chciałam błagać. Nie chciałam jej błagać, by poczekała ze mną jeszcze chwilę. Bo nie wiem, czy dam radę ani czy będę w stanie, Sorais. Bo nie wiem, jakie zwierzę budzi się we mnie, w środku. Minęło już sześć godzin i dwadzieścia minut od południa, kiedy rozpoczęłyśmy naszą podróż po tym mieście, które teraz wydaje się inne. Wydaje się inną epoką geologiczną, inną planetą.
Biały mur porośnięty bugenwillami i wiciokrzewami. Stara żwirowa ścieżka. Palmy. Różane krzewy. Willa z łukowymi drzwiami, wysokimi białymi sufitami i zielonymi majolikowymi mozaikami na podłodze. Umówiłyśmy się w południe i kiedy tak na nią czekam, trochę zdenerwowana, trochę podekscytowana, nie mogę oderwać wzroku od miasta za oknem. To miasto może przygarnąć każdego. Ale potrafi też każdego zabić. Hojne, ale i niezdrowe, kolosalne, wystawne. Przymiotniki sobie z nim nie radzą. Kiedy Sorais przychodzi do domu, w którym zatrzymałam się na te kilka jesiennych dni w Mieście Meksyk, ogarnia mnie niepewność, czy podołam.
Muszę dziś zrobić dwie rzeczy, mówię na wstępie, gdy obejmujemy się i przerzucamy powitaniami, wymaganymi lub zalecanymi po tak długim czasie niewidzenia. Zapach mydła. Wilgoć skóry po kąpieli. Jej głos, znany mi od tak dawna. No to chodźmy, odpowiada, nie zapytawszy nawet dokąd. Jej rozpuszczone włosy. Czerwony. Uśmiech, obezwładniający. To może zająć cały dzień, ostrzegam. Dopiero wtedy się zatrzymuje. Zagląda mi w oczy. Dokąd właściwie idziemy? Jej zaintrygowany głos, bez nuty podejrzliwości, zdradza niecierpliwość. Milczę. Czasami potrzeba chwili ciszy, by słowa ułożyły się na języku i odważyły razem wyskoczyć. Do Prokuratury Generalnej Miasta Meksyk, niedaleko centrum. Teraz ona milknie, wyczekująco. Wyjaśniam jej, że trzy tygodnie wcześniej, w czasie mojej poprzedniej wizyty, John Gibler, dziennikarz, pomógł mi wszcząć procedurę odnalezienia akt mojej siostry. Spuszcza wzrok i wtedy mam już pewność, że wie. I rozumie. Podczas przeglądania gazet z tamtego okresu, tłumaczę dalej, John znalazł artykuł w dzienniku "La Prensa". Potem udało mu się skontaktować z Tomásem Rojasem Madridem, dziennikarzem kroniki kryminalnej, który napisał serię czterech artykułów w zaskakująco powściągliwym tonie, pozbawionym nadmiaru emocji i niezdrowej sensacji. Przyjechałam więc, kontynuuję, snuję dalej moją opowieść, spotkałam się z nimi w słynnej Café La Habana, a stamtąd poszłam do budynku Prokuratury Generalnej, by na miejscu złożyć wniosek. Jak się pisze taki wniosek? Gdzie uczą procedur, jak ubiegać się o dokument tego rodzaju? 3 października, 2019. Miasto Meksyk. C. Ernestina Godoy Ramos. Prokuratorka Generalna Miasta Meksyk. Niniejszym ja, niżej podpisana, Cristina Rivera Garza, zwracam się do Pani jako członkini rodziny LILIANY RIVERY GARZY, zamordowanej 16 lipca 1990 r. w Mieście Meksyk (na ulicy Mimosas 658, dzielnica Pasteros, okręg Azcapotzalco). Piszę z prośbą o udostępnienie mi pełnej kopii akt śledztwa, którym w tamtym czasie prokuratura nadała numer: 40/913/990-s07. Gdyby były potrzebne jakieś dodatkowe informacje, proszę o kontakt pod poniższymi adresami. Z poważaniem. Wyjaśniam Sorais, że po tylu latach jest niewielka szansa na odzyskanie akt. Dwadzieścia dziewięć, dodaję, dwadzieścia dziewięć lat, trzy miesiące i dwa dni. Znów milczę. Czasami wszystko jest takie trudne. Ale dzisiaj mają udzielić mi odpowiedzi.
Postanawiamy udać się tam na piechotę. Według Google'a trasa nie powinna zająć dłużej niż czterdzieści cztery minuty. Jest piękna pogoda. Ruszamy więc. Krok po kroku. Jedno słowo. Dużo więcej słów. Gdyby nie to, że szukamy akt sprawy zamordowanej młodej kobiety, łatwo można by to pomylić ze zwykłym spacerem. Avenida Ámsterdam jest legendarną aleją dzielnicy Condesa, założonej w 1905 roku, w czasach Porfiria Díaza. Nadal można tu zobaczyć wspaniałe stare wille w stylu art déco czy art nouveau, teraz wciśnięte między budynki mieszkalne z wielkimi przeszkleniami i ogrodami na dachach. Znana była również jako Hipódromo Condesa, bo arteria, którą idziemy tego październikowego poranka, była pierwotnie hipodromem, owalnym torem, na którym odbywały się wyścigi konne. Łatwo je sobie wyobrazić: podkute kopyta uderzające o luźną ziemię toru, tętent galopu, lśniące grzbiety, rozwiane grzywy. Konie, jeden za drugim. Biegnące, jakby od tego zależało ich życie. Oczy szeroko otwarte. Powietrze. Nozdrza. Teraz rośnie tu tyle drzew, że promieniom słonecznym ledwie udaje się przez nie przedrzeć. Mimo to Aleja Ámsterdam jest obowiązkowym przystankiem dla turystów z zagranicy i miłośników modnych restauracji. Wybrukowana, o kształcie elipsy, jest zamkniętą strukturą, fizyczną realizacją poetyckiej formy, vilanelli, w której powtarzające się wersy na początku i końcu pięciu tercyn oraz w końcowej kwartynie uniemożliwiają doświadczanie ciągłości i nie pozwalają na definitywne zakończenie. Ostatecznie wewnątrz owalu zawsze kręcisz się w kółko, bez końca. Zawsze jesteś koniem biegnącym po życie.
Gdy tak idziemy, posłusznie wykonując polecenia GPS-u, na ulicach Condesy częściej daje się słyszeć angielski, francuski lub portugalski niż hiszpański. A jednak to tutaj, na skraju Parque México, stoi sprzedawca dzikich aksamitek. To tędy chwilę później przechodzi zbieracz makulatury ze swoją odwieczną melodyjną śpiewką: stare gazety, zużyty papier kupię. To tutaj pracują murarze, zgięci wpół, wyciągający ręce ku ziemi. Przeprowadzają remonty, dzięki którym dzielnica stała się oazą dla hipsterów i millenialsów; dla całego pułku mężczyzn oraz kobiet o długich błyszczących włosach i czystych paznokciach. Psy, wytresowane. Koty, szpiegujące z sąsiednich okien. Parskanie konia w oddali. Gdybym żyła w Meksyku, na pewno nie byłoby mnie stać na luksus, by tu zamieszkać. Ale jestem tylko przejazdem. Wykorzystuję wizytę służbową w Instytucie Badań nad Estetyką UNAM, Narodowego Uniwersytetu Autonomicznego Meksyku, by wytropić akta postępowania przygotowawczego 40/913/990-07, które zawierają nakaz aresztowania Ángela Gonzáleza Ramosa za zabójstwo Liliany Rivery Garzy, mojej siostry. Mojej młodszej siostry.
Mojej jedynej siostry.
Łatwo przyzwyczaić się do piękna tej okolicy. Tutaj miasto prezentuje się od najlepszej strony. Butiki projektantów. Psy w skórzanych obrożach. Ronda zwieńczone fontannami z kamienia. Kawiarniane ogródki. Topole skąpane w złotym słońcu. Grupy staruszków trenujących tai chi. Teatry. Pędzimy przed siebie, a w miarę jak oddech staje się coraz krótszy, słowa wyskakują z naszych ust. Pot. Brak powietrza. Jest tyle rzeczy, które musimy sobie opowiedzieć. Co robiłyśmy. Co mamy w planach. Co właśnie, zupełnie bez związku, przyszło nam do głowy. Słowa dudnią po drodze, która wyprowadza nas ze świeżo umytych ulic Condesy: kierujemy się w stronę Alei Michoacán, dopóki nie dojdziemy do ulicy Cacahuamilpa, gdzie skręcamy w lewo, potem w prawo w Aleję Yucatán i Eje 2 Sur. Słyszałaś o tym profesorze oskarżonym o molestowanie seksualne, któremu zakazano wstępu na kampus Iberoamericany? Niemal natychmiast skręcamy w lewo, a potem w prawo w Aleję Álvaro Obregóna. Czytałaś manifest ruchu feministycznego proaborcyjnego Marea Verde Oaxaca przeciwko organizatorom międzynarodowych targów książki FILO? Kilometr później skręcamy w lewo w Aleję Cuauhtémoca i tym samym trafiamy do dzielnicy Doctores, idziemy ulicami Dr. Velasco i Dr. Jiméneza, a stamtąd coraz węższymi uliczkami pełnymi źle zaparkowanych samochodów aż pod numer 56 na ulicy Generała Gabriela Hernándeza. Widziałaś już Jokera? Stoiska z sopes i tacos zalatują smażonym tłuszczem. Różnorodny asortyment na każdym rogu. Rozlatujące się balkony. Bezpańskie psy. Dzieci bez opieki. Czy tam wysoko na niebie to jastrząb? Łatwo jest pokochać miasto, w którym wszystko dzieje się naraz. I istnieje tylko czas rzeczywisty.
Nie tak dawno, na początku sierpnia, grupa słusznie wściekłych feministek zebrała się przed tym samym biało-zielonym budynkiem, by domagać się sprawiedliwości. W Meksyku codziennie dochodzi do dziesięciu kobietobójstw i chociaż w miarę upływu lat uodporniliśmy się na takie wiadomości, gwałt na nastolatce, popełniony przez członków lokalnej policji podczas oficjalnego patrolu, wywołał nową falę oburzenia. Stojące za metalowymi barierkami kobiety żądały spotkania z prokuratorką generalną, a gdy jej przedstawiciel zszedł do nich i zapewnił, że robią w tej sprawie wszystko, co mogą, jedna z nich - wyczerpana, mająca już dość, już na zawsze wściekła - posypała mu głowę różowym brokatem. Ten gest, tak spektakularny, jak niewinny, nadał feministycznym protestom nową nazwę: brokatowej rewolucji. Gromadzą one coraz więcej coraz młodszych kobiet dorastających w mieście i w kraju, gdzie prześladuje się je na każdym kroku i nie daje się im spokoju. Kobiet ocierających się o śmierć. Kobiet umierających, a jednak żywych. Z zasłoniętymi twarzami, wytatuowanymi przedramionami i ramionami, kobiety domagały się prawa do życia na tej splamionej krwią ziemi, spękanej trzęsieniami i przemocą. Właśnie tutaj, w miejscu, gdzie teraz przechodzimy. Nasze stopy w ich śladach. Wielu śladach. Śladach wielu stóp. Nasze stopy, które dopasowują się do niewidzialnych konturów ich śladów. Konturów gotowych pomieścić nasze stopy. Jesteśmy nimi teraz i jednocześnie jesteśmy innymi kobietami z przyszłości. Jesteśmy innymi i jesteśmy tymi samymi, co zawsze. Kobietami szukającymi sprawiedliwości. Kobietami wyczerpanymi, ale trzymającymi się razem. Kobietami mającymi już dość, których cierpliwość wystawia się na próbę od stuleci. Już na zawsze wściekłymi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji