Jedynym dźwiękiem, jaki Alex Duval słyszał, gdy szedł pod górę po ulicy Mountainside, był szelest wiatru poruszającego liśćmi dębów i klonów. Gęsty las, który rósł wzdłuż obu stron drogi, sprawiał, że to miejsce wyglądało jak nietknięty ludzką ręką, dawno zapomniany raj.
Nie było to jednak prawdą.
Jako burmistrz Duval Springs, Alex został wezwany w związku z ostatnim incydentem sabotażu, jaki miał miejsce w dolinie. Minął zakręt i zauważył ciągnik przechylony pod nienaturalnym kątem w dopiero co zrobionym wykopie. Przy drodze stało kilku mężczyzn, ale Alex skupił się tylko na Brusie Garretcie, najbogatszym człowieku w całej dolinie i jednocześnie swoim jedynym wrogu.
- Jakieś drobne nieszczęście? - zapytał wesoło, zbliżając się do grupy. Gdyby gniew w oczach Garretta mógł się zmieniać w ciepło, Alex stanąłby w płomieniach. Nie bał się już jednak tego człowieka. Właściciel kamieniołomu kiedyś go pokonał, ale dwanaście minionych lat, wyróżnienia zdobyte w wojsku i ciężkie doświadczenia wojny hiszpańsko-amerykańskiej nauczyły Alexa, jak stawiać czoła prześladowcom.
Szeryf Dawson z pobliskiego miasta Kingston wystąpił naprzód.
- Dzięki za przybycie, burmistrzu Duval. Mamy tu spory bałagan - powiedział.
- Właśnie widzę. - Wykop miał kilkadziesiąt centymetrów głębokości, ale ciągnik przypadkiem wjechał w niego nad ranem, przewrócił się i nadal nie udało się go ruszyć.
- Ten rów został przez kogoś wykopany - zauważył Garrett. - To sabotaż. Zniszczono ciągnik za sześć tysięcy dolarów. Zrobił to ktoś z pańskiego miasta i pańscy ludzie za to zapłacą.
- Nie ma pan na to żadnego dowodu - odparł Alex swobodnym tonem, który zamaskował jego obawy. Garrett był znienawidzony w dolinie, więc mógł to zrobić ktoś z Duval Springs. Jedynymi ludźmi korzystającymi z tego odcinka drogi byli pracownicy kamieniołomu i kilku drwali zatrudnionych przez stan, aby rozpocząć oczyszczanie terenu pod osadę robotniczą, gdzie miały zamieszkać tysiące budowlańców, których przyjazdu spodziewano się w niedługim czasie. Zarówno kamieniołom, jak i osada robotnicza były tu niemile widziane.
- Nie mam żadnych świadków, ponieważ dokonano tego w środku nocy - powiedział Garrett. - Kiedy moja ekipa zakończyła wczoraj pracę, ta droga była w dobrym stanie. Wykop pojawił się w nocy i był zakryty gałęziami sosny. To sabotaż.
Szeryf zwrócił się do Alexa:
- Burmistrzu Duval, to nie byłby pierwszy raz, kiedy ktoś z pańskiego miasta próbował wymierzać sprawiedliwość panu Garrettowi.
- To się skończyło pięć lat temu - odrzekł Alex. - Zaraz po strajku te drobne zakłócenia minęły.
Nie były aż tak drobne. Strajk miał postać dziesięciomiesięcznego konfliktu między Garrettem a siłą roboczą, którą traktował jak chłopów pańszczyźnianych. Alex stał na jego czele, a spór został ostatecznie rozstrzygnięty na korzyść robotników. To właśnie przywództwo Alexa przyniosło mu potem wybór na burmistrza.
- Zrobił to ktoś z tego miasta - warknął Garrett. - Teraz muszę zamówić ludzi, aby ponownie ubili tę drogę.
- Jest pan świetny w radzeniu sobie z problemami przez ubijanie.
Obelga nie została wychwycona przez nikogo poza Bruce'em Garrettem, do którego była bezpośrednio skierowana. Alex miał wiele powodów, by go nienawidzić, chociażby za jego arogancję czy skąpstwo przy prowadzeniu interesów. Przede wszystkim jednak nienawidził Garretta ze względu na Eloise Drake.
Jego lata spędzone z Eloise wydawały się jak odrębne życie. Lepsze, bardziej niewinne. Początkowo przyciągał go do niej dreszczyk zakazanego owocu, wkrótce jednak była to po prostu ekscytacja tą dziewczyną. Była inna niż wszyscy, których do tej pory spotkał. Błyskotliwa, inteligentna, ale dziwnie nieziemska i nieśmiała. Jej uwielbienie sprawiło, że Alex poczuł się, jakby nagle urósł. Ich miłość była jak promień światła. Garrett podeptał ją, przez co wydawała się szkodliwa i zła.
Najgorsze jednak było to, że po tych wszystkich latach Alex nie był w stanie przypomnieć sobie twarzy Eloise, a jedynie to, co przy niej czuł - jakby uchwycił promień słońca, który oświetlał cały jego świat. Tamte wakacyjne dni były czasem niewinności i radości, ale z każdym mijającym rokiem wymykały się mu coraz bardziej.
- W tym momencie nie ma znaczenia, kto to zrobił. Musicie zabrać ten ciągnik ze środka drogi - stwierdził szeryf. - Drwale planują jutro zwozić drewno, a ten przejazd musi być wolny.
- Niech drwale się uspokoją - rzucił Theodore Riesel. - Tej drogi nie da się tak szybko naprawić, żeby mogły po niej jeździć ciężkie sprzęty. Byłoby to niebezpieczne.
Riesel, ubrany w szykowny trzyczęściowy garnitur, wydawał się nie na miejscu wśród innych zebranych na wzgórzu. Jego trzydziestoletni syn Jack stał obok niego i prezentował się równie oficjalnie, z wyjątkiem cukrowej laseczki wystającej z ust, co nadawało mu przyjacielskiego, niefrasobliwego wyglądu. Rieslowie byli właścicielami cementowni przetwarzającej wapień Garretta, a Jack był jedynym człowiekiem wśród zgromadzonych, któremu Alex ufał.
Jack wyjął z ust cukierka.
- Nie rozumiem, dlaczego stan wydaje tyle pieniędzy na kolejną osadę robotniczą. Ta w Kingston jest całkowicie dobra i już funkcjonuje. Po co budować kolejną?
Alex się z nim zgadzał. Cała ta budowa wiązała się z planowanym zbiornikiem retencyjnym i miała sprowadzić tysiące robotników z miasta do tej odległej wiejskiej doliny.
Osadę robotniczą w Kingston utworzono dla dwóch tysięcy pracowników, ale stan właśnie ogłosił, że chce zbudować kolejną niedaleko Duval Springs. Przez cały tydzień drwale oczyszczali teren pod nową osadę Timberland. Wkrótce miały przybyć ekipy budowlane, aby wznieść baraki.
Jack przechadzał się w tę i z powrotem przed zniszczonym ciągnikiem.
- Założenie drugiej osady tak blisko Duval Springs jest niczym wymachiwanie płachtą przed gniewnym bykiem. Jeśli stan wstrzyma budowę Timberland, założę się, że bezcelowy wandalizm ustanie. Wszyscy wiemy, że zrobił to prawdopodobnie ktoś z miasteczka - dodał, spoglądając ze współczuciem na Alexa.
W czasie trwania procesu o powstrzymanie budowy zbiornika retencyjnego Jack był zaskakującym sprzymierzeńcem. Pojawiał się na każdej rozprawie sądowej, aby udzielać wsparcia, mimo że majątek jego rodziny leżał na bezpiecznej wysokości. Większość ludzi, którzy mieszkali powyżej planowanej granicy rezerwuaru, cieszyła się, że dzięki takiemu szczęśliwemu zbiegowi okoliczności uniknie nadchodzącej rozbiórki. W tej sytuacji pomoc Jacka była czymś wyjątkowym i mile widzianym.
Alex potarł się po czole, w którym odczuwał narastające napięcie. Przez ostatnie pięć lat był zajęty pozwem, chcąc ocalić swoje miasto. Wyszedł z tego zmęczony, przegrany i zniechęcony. Jego ostatnim działaniem jako burmistrza miało być zamknięcie Duval Springs. To było zadanie, którego nigdy nie chciał wykonać, ale nie mógł go przekazać nikomu innemu. Za bardzo kochał to miejsce, aby porzucić je w jego ostatnich dniach.
Wkrótce w dolinie będzie się roiło od obcych ludzi. Drwale wprowadzili się już do zabytkowego hotelu, gdzie sam mieszkał. Zostawiali za sobą ślady błota i niedopałki papierosów. Kolejni robotnicy byli w drodze. W ten weekend miała przyjechać grupa urzędników, a on nie znosił ich nawet bardziej niż drwali. Ci, w przeciwieństwie do rozpieszczonych pracowników biurowych, przynajmniej musieli się napocić na każdego zarobionego dolara.
- Panie burmistrzu? - zwrócił się do niego szeryf Dawson. - Czy ma pan jakieś zalecenia dotyczące usunięcia i naprawy tego ciągnika?
- Niech pan poprosi władze stanowe, żeby to stąd zabrały - odpowiedział. - Zobaczymy, jak bardzo zależy im na kimkolwiek lub czymkolwiek w tej dolinie.
Odwrócił się, by ruszyć w kierunku domu, delektując się wiatrem i pierwszymi śladami żółtych i szkarłatnych liści na leśnym baldachimie. Miała to być jego ostatnia jesień w tym miejscu. Wobec świata okazywał brawurę, ale w cichym wnętrzu swojego serca opłakiwał kolejne pożegnanie. Wydawało się, że każdy dzień przynosi kolejną "ostatnią" rzecz. Jego ostatnie zbiory jabłek, ostatnie rozpoczęcie roku szkolnego.
Jack pojawił się obok niego, dołączając do spaceru.
- Przykro mi, że wezwali cię tutaj, aby zająć się sprawami, które są w kompetencjach stanu.
Alex uśmiechnął się i szybkim ruchem poklepał go po ramieniu. W ciągu ostatnich kilku lat zaprzyjaźnili się, co było zaskoczeniem po rozgoryczeniu wywołanym strajkiem. Jack, jako osoba stojąca po stronie firmy, zatrudnił ekipę łamistrajków, wywołując tym samym ogromne wzburzenie w dolinie. Jednak po zakończeniu konfliktu młody Riesel jako pierwszy wyciągał rękę na zgodę do każdego przeciwnika, który tylko czuł się gotowy, by ją uścisnąć. Większość na to nie przystała, ale Alex się zgodził.
- Czasami żałuję, że nie można cofnąć się do takiej epoki, w której reszta świata nie wiedziała, że ta dolina istnieje - stwierdził Alex.
Jack kiwnął głową.
- Wiem, że dla ciebie i innych w Duval Springs to żadne pocieszenie, ale masz moje współczucie. Nie mogę wypowiadać się w imieniu kamieniołomu Garretta, ale dołożę wszelkich starań, aby znaleźć pracę dla każdego, kto będzie potrzebował zatrudnienia, gdy miasteczka już nie będzie.
- Dzięki, Jack - odparł Alex, idąc dalej. Nie wiedział, co zrobi po likwidacji Duval Springs. Zamykanie miasta zajmowało całą jego uwagę i siły.
To jednak nie było do końca prawdą. Po prostu nie chciał o tym myśleć. Nadchodzący rok miał być długą i bolesną harówką, z finałem w postaci zniszczenia miasta, które było częścią jego duszy. Miały tu przybyć tysiące obcych osób, by zadawać kolejne tortury poprzez usuwanie lasów, palenie domów i wysiedlanie ludzi mieszkających tu od pokoleń. Drwale byli zaledwie pierwszą falą. Kolejną miał być zespół urzędników, którzy zaczynali planować rozbiórkę.
Byli już w drodze, a Alex miał ich oczekiwać.
Burmistrz pracował do późna w swoim biurze w ratuszu, ponieważ obecność drwali w gospodzie oznaczała, że wieczorami robiło się tam głośno. Życie w hotelu nie było idealne, ale Alex musiał przeprowadzić się tam sześć lat temu po tym, jak jego bratu urodziło się czwarte dziecko. Ciasnota nie pozwalała na to, by nadal mieszkał w rodzinnym domu nad karczmą, więc przeniósł się do pokoju na trzecim piętrze Gilmore Inn - charakterystycznego, zabytkowego budynku w Duval Springs.
Było już po zmroku, gdy Alex wracał do hotelu, ale w szkole wciąż paliło się światło. To go zadziwiło. Nikt nie miał powodu, by być tam o tak późnej porze w piątek wieczorem. Zaniepokoił się. Niedawna fala wandalizmu sprawiła, że był szczególnie czujny. Zbliżył się do budynku, aby zajrzeć przez okno do oświetlonego pomieszczenia.
Dostrzegł tam Marie Trudeau, nauczycielkę francuskiego, która nadal siedziała przy swoim biurku. Jako burmistrz, Alex miał klucze do wszystkich publicznych budynków w mieście, wszedł więc do środka i udał się do jej klasy. Pani Trudeau była jego ulubioną nauczycielką, kiedy sam był w szkole. Właściwie wszyscy darzyli ją ogromną sympatią, a jemu nie podobało się, że męczy się do tak późnych godzin.
- Proszę, niech mi pani nie mówi, że nadal pracuje - powiedział, wchodząc do sali lekcyjnej.
Kobieta westchnęła, zamykając książkę.
- Moja łacina nie jest już taka jak kiedyś. Muszę się uczyć co wieczór, aby wyprzedzać uczniów.
Alex mógł jej odpowiedzieć jedynie wymuszonym uśmiechem. W zeszłym miesiącu ich nauczyciel łaciny wyjechał, by objąć posadę w Albany. Ludzie opuszczali miasto, odkąd Duval Springs przegrało apelację. Stworzyło to problemy dla szkoły. Nie mieli już też nikogo od chemii i arytmetyki. Inni pedagodzy pomagali w lekcjach na niższym poziomie, ale troje uczniów zamierzało zdawać na studia i potrzebowali kogoś od łaciny.
Pani Trudeau podjęła się tego wyzwania. Nigdy nie poprosiła o podwyżkę ani zwolnienie z innych obowiązków. Zakasała rękawy, przesiadywała do późna i wykonywała swoje zajęcie. Niestrudzona praca dobrze urodzonych kobiet w średnim wieku, takich jak Marie Trudeau, stanowiła fundament tego narodu.
- Jestem pani wdzięczny za pozostanie z nami - powiedział Alex.
Gdy kobieta posłała mu smutny uśmiech, wokół jej oczu pojawiła się siateczka zmarszczek.
- Po tym wszystkim, co to miasto dla mnie zrobiło? Będę lojalna wobec mieszkańców Duval Springs tak długo, jak tylko będą mnie potrzebować. Wiem, że nikt z nas nie chciał takiego zakończenia, ale będę niezłomna aż do ostatniej godziny ostatniego dnia.
Odwrócił wzrok, żeby nie zobaczyła, jak zwilgotniały mu oczy. Kochał to miejsce z całego serca. Jak ironiczny był los, który sprawił, że jego ostatnim działaniem jako burmistrza miała być rozbiórka miasta. Nie widział jednak żadnej innej możliwości. Zadanie powinno zostać wykonane przez kogoś, kogo to interesowało, a nie przez pozbawionego twarzy biurokratę przysłanego przez władze stanowe. Jego przodkowie założyli to miasto dwieście lat temu, a on miał być tym, który poprowadzi exodus.
Do końca zostało jeszcze osiem miesięcy, a on zamierzał delektować się każdym dniem. Zapowiadał się ciężki, zaprawiany kroplą goryczy czas, choć również radosny.
- Hercules wydaje dziś wieczorem kolację pożegnalną - powiedział. - Przyjdzie pani? Zapraszam.
Pani Trudeau wydawała się zszokowana.
- Kto się wybiera do wojska?
- Vincent Gallagher. Miał odziedziczyć tartak ojca, ale to z oczywistych przyczyn nie może się stać. Zamiast tego wstępuje do wojska i niedługo wyruszy na Kubę.
Kolacja pożegnalna była tradycją w Duval Springs. Dla każdego mężczyzny, który udawał się na wojnę, przygotowywano pieczonego kurczaka. Zaczęło się to podczas wojny francusko-indiańskiej, kiedy wyprawiono ucztę dla dziewięciu młodych ludzi. Pod koniec wieczora każdy przyszły żołnierz napisał swoje inicjały na rozwidlonej kości obojczyka z piersi swojego kurczaka, a następnie zawiesił ją na ozdobnej poręczy za barem. To ustanowiło zwyczaj. Kostka miała tak wisieć, dopóki żołnierz nie wróci, by ją własnoręcznie zdjąć.
Dziś była kolej Vincenta Gallaghera, aby umieścić swoją kostkę obok innych, pochodzących jeszcze z wojny o niepodległość, wojny brytyjsko-amerykańskiej, wojny secesyjnej i wielu innych potyczek. W czasach walk poręcz była zawsze gęsto obwieszona, gdy synowie z Duval Springs wyjeżdżali na służbę. Większość kości zabierano, kiedy żołnierze wracali na gwarne świętowanie w karczmie. Jednak dziesiątki z nich wciąż pozostały, a każda reprezentowała żołnierza, który nigdy nie pojawił się już w domu. To było niespotykane, choć godne upamiętnienie poległych mężczyzn.
- Niech pani zamknie książki i przyjdzie - nalegał Alex. - To prawdopodobnie ostatnia kolacja pożegnalna, jaką będziemy mieć. Kolejne ostatnie wydarzenie.
Kobieta zebrała się, po czym wzięła Alexa pod rękę i ruszyli w stronę karczmy, gdzie zgromadzili się już przyjaciele i bliscy Vincenta Gallaghera.
Gdy Alex i pani Trudeau weszli do środka, w knajpie panował gwar. Atmosferę tworzyło dziwne połączenie świętowania, nostalgii i smutku. W ciągu ostatnich pięciu lat mieszkańcy tej doliny mocno się ze sobą zżyli, walcząc o ocalenie swojej ziemi przed przejęciem przez władze stanowe. Teraz, gdy bitwa została przegrana, wydawało się, że każdy wieczór w karczmie przynosi szczególny nastrój, ponieważ ludzie zaczynali wyjeżdżać i liczba mieszkańców topniała z każdym miesiącem.
- Hej, Alex! - ryknął ktoś z tyłu sali. - Masz nowego nauczyciela chemii do naszej szkoły?
Odkąd Duval został burmistrzem, ludzie regularnie zgłaszali się do niego w sprawach związanych z miastem, ilekroć przybywał do karczmy. Teraz nie był na to odpowiedni czas.
- Ten wieczór należy do Vincenta, Elmer.
- Ale to ostatni rok mojego chłopaka. On musi się dostać na studia. Nie jest jedynym takim. A co z twoim bratankiem?
- Nie martw się - odparł Alex. - Żadne dziecko w tym mieście nie będzie miało zaległości z powodu braku lekcji chemii.
- Ani lekcji łaciny - dodała pani Trudeau.
Stojący za barem brat Alexa, Hercules, mocno stuknął kuflem.
- Mój syn idzie w przyszłym roku na studia - oświadczył. - Ma na ścianie w pokoju zdjęcie z kampusu na Harvardzie, odkąd skończył dwanaście lat. Wszystkim dzieciom nadałem ładne, normalne imiona - John, Bill, Mark i James. Dzięki temu mogą iść tam, gdzie chcą na tym świecie, i nie będą wyśmiewani z powodu niedorzecznych imion, takich jak Hercules. Porządne imiona dla porządnych dzieci! John Duval będzie pierwszym chłopcem z rodziny Duvalów, który rozpocznie studia. Przynajmniej tego marzenia stan nie odbierze.
Kilku mężczyzn zaczęło głośno wyrażać aprobatę, ale brawa ucichły, gdy Sally, żona Herculesa, wyszła z kuchni, niosąc na półmisku pieczonego kurczaka z ziemniakami i warzywami. Naczynie przysłaniało jej ogromny brzuch. Sally miała wkrótce urodzić swoje piąte dziecko.
- Gdzie jest bohater dnia? - zapytała. Było to pytanie retoryczne, ponieważ Vincent siedział przy środkowym stole na honorowym miejscu, otoczony rodziną.
- Nie dam rady zjeść całego kurczaka - stwierdził, gdy postawiono przed nim półmisek.
- Chociaż nadgryź! - zawołał ktoś z tyłu.
- Proszę, jedz - zachęcała go matka, z trudem powstrzymując łzy.
Walka na froncie już się skończyła, ale wojska amerykańskie były kierowane na Kubę, by prowadzić drugą okupację po upadku rządu, który ustanowiono tam na skutek wojny hiszpańsko-amerykańskiej. Alex nie był zwolennikiem tego typu działań, ponieważ nadal pamiętał, jak pocił się z gorąca w tamtejszym klimacie.
Czy stałby się tym, kim był dzisiaj, gdyby nie odbył służby na Kubie? Kiedy wstępował do wojska, był pobitym dzieciakiem bez grosza przy duszy, ale wojsko nauczyło go, jak być mężczyzną. Ironią losu było to, że Bruce Garrett, wypędzając Alexa z doliny, doprowadził go na najlepszy poligon. Kuba i wojsko zmieniły Alexa w przywódcę, który mógł wrócić do domu i przeciwstawić się swojemu wrogowi.
Po kolacji Alex stanął na krześle i wzniósł kufel.
- Za Vincenta Gallaghera! - zawołał.
Potrwało chwilę, zanim tłum się uciszył, jednak wkrótce spojrzenia wszystkich zgromadzonych tego dnia w karczmie spoczęły na nim. Odchrząknął i skupił się, ponieważ przy tego typu pożegnaniach czuł, że jest niedorzecznie sentymentalny. Zarówno on, jak i Hercules potrafili podczas takich okazji wylać morze łez.
- Vincencie, z dumą nazywamy cię synem Duval Springs - rzekł stanowczo. - Chciałbym móc powiedzieć, że najbliższe lata będą łatwe, ale czasem właśnie trudności sprawiają, że stajemy się lepsi. Wojsko będzie wymagać nerwów ze stali i serca ze złota, ale dołączysz do wspaniałych braci. Wojna prowadzi ludzi w miejsca, w które nie może pójść nikt inny, tylko my... - Skinął w stronę innych weteranów znajdujących się w karczmie - doktora Lloyda, Dicka Brookmeyera i dwóch ludzi z kamieniołomu. - My to rozumiemy i będziemy cię wspierać. Będziemy czekać na twój powrót do domu. A teraz zawieś w końcu tę kostkę!
Dało się słyszeć tupanie i krzyki poparcia. Jedynie tuż zza ramienia Alexa odezwał się cichy, drwiący głos:
- Tak mówi bohater wojenny, który samodzielnie wygrał na Kubie.
Alex pozwolił, by zniewaga po nim spłynęła. Rywalizacja między nim a Oscarem Ottem miała swoje korzenie jeszcze w czasach dzieciństwa, kiedy Alex schował Oscarowi procę, by ten nie mógł jej używać do dręczenia bezpańskich kotów. Ten zemścił się, podrzucając pałeczki lukrecji do tornistra Alexa i próbując wrobić go w kradzież. Oscar był teraz księgowym w fabryce cementu Riesla, ale jego niechęć do Duvala wciąż gdzieś się tliła.
Kolejny raz Alex zastanawiał się, czy to on szpiegował jego i Eloise wiele lat temu. Pasowałoby to do niego, biorąc pod uwagę niechęć Otta wobec wszystkiego, co Alex cenił czy osiągnął w życiu.
Czy Oscar mógł stać za wykopem na ulicy Mountainside? Jeśli tak, prawdopodobnie będzie próbował obwinić o to Alexa. Ktoś w dolinie stwarzał problemy. Ta osoba była gotowa do nieuczciwych działań.
Alex musiał być czujny.
Eloise starannie wybierała swoją garderobę na czteromiesięczną delegację. Perspektywa wyjazdu do Duval Springs była przytłaczająca. Kobieta przygotowywała się jak żołnierz do bitwy. Porozkładała suknie, bluzki, halki i kostiumy na wszystkich dostępnych powierzchniach w swoim mieszkaniu. Jej pokojówka przyglądała się tym poczynaniom z rogu pomieszczenia. Tasha Sokolov była kiepską pomocą, ale miłą towarzyszką. Przez większość czasu siedziała na stołku z miękkim obiciem i kołysała na kolanie małego Ilyę, obserwując zajętą Eloise.
Tasha przyjechała z Rosji bez rodziny, męża i pieniędzy, za to z dzieckiem pod sercem. "Znalazłam się tu z łaski Bożej" - pomyślała Eloise, kiedy po raz pierwszy zobaczyła Tashę, gdy ta stała skulona przed kuchnią dla ubogich. Tego samego wieczoru Eloise zabrała ją do domu i zaoferowała pracę. Do dzisiaj dziewczyna była przy niej.
- Niech pani nie bierze brązowego płaszcza. Jest zbyt nudny - powiedziała Tasha ze swoim silnym akcentem. - Musi pani wziąć ten czerwony.
Szkarłatny płaszcz z futrzanym wykończeniem był cieplejszy, ale wyglądałby nie na miejscu w małym miasteczku. Długie lata podglądania tej miejscowości dały jej obraz zamożnych, ale zwyczajnie ubranych ludzi, pozbawionych ekstrawagancji, w jakiej gustowały damy z Manhattanu. Eloise cieszyła się z tego, że w końcu się wyróżni, i dołożyła płaszcz na stertę rzeczy do zabrania.
Do tej pory wybrała już trzy szyte na miarę kostiumy, cztery suknie spacerowe i kilka bluzek z pasującymi spódnicami z serży i wełny. Przygotowała również dobrane pod kolor buty, szaliki i rękawiczki. Stała się ważną osobą i chciała, aby świat to zobaczył.
Nie zabrałaby Tashy do Duval Springs. Nadszedł czas, aby jej pokojówka przez jakiś czas zajmowała się Ilyą samodzielnie, ponieważ Eloise zbytnio się do niego przywiązała.
- Czy powiedziała już pani właścicielowi, że pani wyjeżdża? - zapytała Tasha, biorąc kapryszącego chłopca na ręce. Mały Ilya ząbkował od kilku dni i był marudny.
- Tak, oczywiście - odparła Eloise. - Już zapłaciłam czynsz do grudnia, więc nie powinnaś mieć żadnych kłopotów.
- Musi pani jeszcze zapłacić rachunek za gaz - dodała Tasha. - Do grudnia zrobi się zimno.
- Już się tym zajęłam.
Pokojówka z pogodnym uśmiechem powróciła do kołysania dziecka. Eloise niechętnie to przyznawała, ale Tasha została jej przyjaciółką jedynie dlatego, że pracy było mało, a ona dobrze płaciła. Byłoby miło, gdyby mogła nawiązywać przyjaźnie tak, jak robili to inni ludzie, ale nigdy nie było to dla niej łatwe.
Wkrótce kwękanie Ilyi przerodziło się w płacz. Tasha westchnęła i mocniej go zakołysała.
- Daj, wezmę go - zaproponowała Eloise, sięgając po dziecko. Tasha podała jej synka, który natychmiast przestał płakać.
- Czasami myślę, że on kocha panią bardziej niż mnie - powiedziała z lekkim smutkiem pokojówka.
- Bzdury - zaprotestowała Eloise, choć prawdopodobnie była to prawda. Miała swoje miejsce w życiu Ilyi od chwili, gdy chłopiec się urodził, i obdarzała go uwielbieniem, ale wolałaby, żeby aż tak nie płakał. Czy wszystkie ząbkujące dzieci tak cierpiały?
- Wezmę trochę whisky i natrę mu dziąsła.
Eloise głośno westchnęła.
- Nie możesz dawać dziecku alkoholu! - Odwróciła się, wciąż poruszając w tempie, które najwyraźniej uspokajało malucha. Rano wyjeżdżała do Duval Springs i już zaczynała żałować, że nie będzie miała okazji do przytulania tego chłopca.
- Odrobina whisky mu nie zaszkodzi - stwierdziła Tasha. - W Rosji moi rodzice wkładali ziemniaki do wódki i dawali je ząbkującym niemowlętom do ssania. Malec będzie spokojny przez wiele godzin.
Jak inne od tego było dzieciństwo Eloise. Jej pierwszym domem była rozległa wiejska posiadłość z trzydziestoma pokojami i niekończącymi się korytarzami, za to bez żadnych rówieśników, z którymi mogłaby się bawić. Urodziła się jako późne dziecko i rodzice nie chcieli się nią zajmować. Żyła w samotnym, odizolowanym świecie. Zabawiała się, pędząc długimi, pustymi korytarzami i tupiąc, by słyszeć odbijające się w nich echo. W końcu ojciec wychodził z gabinetu i kazał jej się uciszyć. "Wracaj do swojego pokoju, kukułeczko" - mawiał.
Wtedy uwielbiała, gdy ją tak nazywał. Zwykle był wobec niej chłodny, więc cieszyła się, że znalazł dla niej pieszczotliwe określenie. Kiedy dorosła, dowiedziała się, że kukułka to podstępne stworzenie, które wślizguje się do gniazda niczego nieświadomych ptaków, aby złożyć jajo, a następnie odlatuje, pozostawiając pisklę innym. To był okrutnie pasujący do niej przydomek. Z czasem wyszło też na jaw, że Thomas Drake nie odegrał roli w jej poczęciu. Jej prawdziwym ojcem był Bruce Garrett, chociaż do chwili obecnej nalegał, by była jedynie jego podopieczną.
Płacz dziecka przerwał dawne wspomnienia, a ona wróciła do kołysania i poklepywania Ilyi po pleckach.
- Ciii, mój maleńki... - mruczała. - Jesteś moim dzielnym Galahadem, moim Ivanhoe, moim d'Artagnanem.
- Co to za zwariowane imiona? - dopytywała Tasha.
- Postacie z powieści. - To byli jej bohaterowie. Tamte niesamowite historie na zawsze znalazły sobie miejsce w jej sercu. Tak bardzo je kochała. Mimo że książki przygodowe były szalone, nieprawdopodobne i zupełnie oderwane od rzeczywistości, Eloise co noc uciekała w ich świat. Rano zakładała wykrochmalony kołnierzyk, ostrzyła ołówki i otwierała księgi rachunkowe.
Życie księgowej idealnie do niej pasowało. Był to bezpieczny zawód, opierający się na ścisłych zasadach i logicznych przepisach. Reguły były jak treliaż podpierający szybko rosnącą winorośl, pozwalając Eloise kwitnąć i odnosić sukcesy.
Tasha spojrzała na pudełko od Tiffany'ego.
- A co z tym eleganckim piórem? Weźmie je pani?
Pudełko ze sklepu Tiffany'ego było niezwykle proste, ale bardzo wymowne. Postawa Fletchera Jonesa stanowiła zupełne przeciwieństwo dzikiego zapału do życia, jaki charakteryzował Alexa Duvala. Nawet to, jak wyraził się o "materiałach biurowych", było w typowy dla niego sposób powściągliwe i spokojne.
- Tak, wezmę je.
Piękne, eleganckie pióro będzie jej przypominać, o co walczyła. Chciałaby mieć własne dziecko. Był na to najwyższy czas. A Fletcher Jones miał potencjał, aby być stabilnym, niezawodnym mężczyzną, który zostałby doskonałym ojcem. Jedyne, co musiała zrobić, to przetrwać najbliższe cztery miesiące w Duval Springs, a potem wrócić do bezpiecznego świata zasad, przepisów i porządku.