Nieznajomy - Agatha Corlaz

Kup ebooka

51.90 zł
39.96 zł (32,18 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Summer

Czarny Mercedes zatrzymał się pod klubem, który - elegancko to ujmując - w Bloomington uchodził za najlepsze młodzieżowe centrum prosperujące w godzinach nocnych. Za to moja kuzynka nazwała go w obecności mojego ojca zajebistą dyskoteką i to nie było najlepsze określenie, którego mogła użyć przy człowieku tego pokroju. Czasami zastanawiałam się, kto miał większy mózg: mój szalony chomik Luck czy Martha, choć większość argumentów przemawiała za gryzoniem.

Mój tata wysiadł z auta razem z nami i doskonale wiedziałam, że strzeli jakąś pogadankę o bezpieczeństwie, ale między innymi za to go kochałam. Nie był sztywnym typem jak większość ojców - wręcz przeciwnie. Zawsze znalazł sposób na to, żebyśmy się dogadali, a z większością problemów zwracałam się właśnie do niego. Czasami nawet żartowałam z mamy, że jeśli chce mieć własne dziecko, powinni postarać się o brata dla mnie, ale na szczęście ciągle pozostawałam jedynaczką.

Mimo średniej renomy tego miejsca wybłagałam ojca o małe wyjście. Smutne oczka nadal działały - nieważne, czy miałam sześć lat, czy szesnaście. Tatę czekało spotkanie z kontrahentem w restauracji obok i zgodził się nas tutaj podrzucić na godzinę. Martha była w moim wieku, ale jej brat niedawno został osiemnastolatkiem i miał robić za niańkę, choć byłam pewna, że porzuci nas, gdy tylko wspólnie przekroczymy próg.

- Summer, tylko uważaj na siebie, dobra? - powiedział tata tym bardziej stanowczym tonem.

Na co dzień mieszkaliśmy w spokojnej i bezpiecznej dzielnicy Lakeville. Było tam całkiem inaczej niż w tętniącym życiem Bloomington, gdzie tylko przez dwa dni odwiedzaliśmy rodzinę - jak zawsze, gdy wujek wracał z pobytu w swojej firmie za granicą.

- Tak, tato, będę - zadeklarowałam, ale duża ręka i tak owinęła się wokół moich ramion.

Taylor Laurent był bardzo postawnym facetem, miał dopiero trzydzieści siedem lat i choć zapewne byłam wpadką, to nadal ukochaną córeczką tatusia.

- Tylko nie mów mamie, że cię tutaj przywiozłem, bo oboje będziemy mieli przechlapane. Pamiętaj, gdyby coś się działo, to jeden przycisk na zegarku i odbiorę.

- Pamiętam - zapewniłam.

- Wujek, to sprawdzona miejscówka, wyluzuj.

- Twój ojciec też tak zawsze mówił i doskonale pamiętam, co się działo później. Też kiedyś byłem młody, Mateo. Macie się pilnować - zarządził tym swoim tonem szefa, a niebieska koszula i ciemnogranatowe spodnie tylko dodawały mu powagi.

- Dobra, idziemy - westchnęła moja kuzynka, więc tylko pomachałam tacie na pożegnanie.

Weszliśmy do ciemnego klubu, w którym dudniła muzyka techno. Lokal nie był duży, ale prócz długiego baru i parkietu na dole miał usytuowaną wyżej strefę do siedzenia. Stamtąd po przejściu kilkunastu schodów można było obserwować parkiet. Boczne kinkiety dawały niewielką ilość niebieskiego światła, a jedynym wyraźnym elementem był neon na ścianie, którego litery tworzyły nazwę klubu Blue Emotions.

- Chodźcie, gówniary, zamówię wam piwo i spadam do znajomych.

- W końcu jakaś normalna propozycja - stwierdziła Martha, kiedy szłyśmy za Mateo do baru.

Czułam na sobie świdrujące spojrzenie barmana i przez chwilę myślałam, że poprosi nas o dowód. Impreza wieczorową porą może i była od szesnastu lat, ale alkohol można było kupić od dwudziestu jeden. Na szczęście młody mężczyzna tylko zmierzył nas wzrokiem i podał dwie Corony, jak powiedział Mateo. Sobie za to zamówił butelkę wódki...

- Zero trzydzieści trzy? Poważnie? Ludzie z mojej klasy wciągają koks na takich imprezach, a ty mi kupujesz małe piwo? - Martha się skrzywiła.

- Omijam opierdol od Taylora, podziękuj Summer. A ty się pilnuj, młoda - rzucił do mnie i ruszył na górę. Odprowadziłam go wzrokiem i wzruszyłam ramionami.

- Całkiem miły ten twój brat...

- Właśnie nas olał... - powiedziała wkurzona.

- To był sarkazm. Wiem, że nas olał. Chodź na parkiet - zachęciłam ją i ruszyłyśmy na zatłoczony fragment podłogi, gdzie tańczyłyśmy, popijając zimne piwo.

Martha była ładną dziewczyną, miała proste rude włosy, które odziedziczyła po ciotce, i jasną karnację w opozycji do mojej śniadej, którą w genach przekazała mi mama. Krótka czarna sukienka opinała jej szczupłe ciało i choć nie była tak odkryta jak mój standardowy strój cheerleaderski, to ja wybrałam dziś zwykłe jeansy i bluzkę na ramiączkach. W takich miejscach czułam się niepewnie, nie byłam u siebie, a w Lakeville życie toczyło się zupełnie inaczej. Wiele osób po prostu znałam, a jeśli nie, to kojarzyłam. Prywatna szkoła zabierała większość mojego czasu, a weekendy spędzaliśmy raczej przy ogniskach lub na domówkach niż na takich imprezach. Tutaj życie nastolatków kręciło się głównie wokół tego.

- Chodź, widzę znajomego z klasy wyżej. Coś nam ogarnie. Masz hajs? - wykrzyczała mi kuzynka przy uchu, bo dookoła wybrzmiewała muzyka.

Na to pytanie tylko skinęłam głową, a ona zaśmiała się i pociągnęła mnie za rękę w stronę baru.

- To dobrze, bo ja nie.

Zaczęła rozmawiać z jakimś blondynem zaraz po tym, jak podałam jej dwudziestodolarówkę, a moją uwagę przykuło zbiorowisko na górze, gdzie jednym z dyskutujących chłopaków był Mateo. W dodatku mój telefon zaczął dzwonić i tylko rzuciłam wzrokiem na zegarek, że to tata.

- Trzymaj! - Kuzynka przesunęła w moim kierunku piwo. Krople spływały po zaparowanej z zimna szklanej butelce, zostawiając na blacie mokry ślad.

- Mateo chyba ma kłopoty - wymamrotałam, kiwając głową w stronę schodów prowadzących na górę. Kuzynka tylko prychnęła pod nosem, jakby to była standardowa sytuacja.

- Ten debil wiecznie ma kłopoty, radzę ci się nie wtrącać.

Miałam złe przeczucie. Jak na złość między stolikami wywiązała się jakaś szamotanina, ktoś przewrócił krzesło, rozległ się trzask tłuczonego szkła, a ja straciłam go z oczu.

- Chodź, przecież może coś mu się stać - zażądałam, chwytając Marthę za rękę.

- Nigdzie nie idę.

Zignorowała mnie i odwróciła się do znajomego, popijając piwo, jakby nic się nie działo. Miałam ochotę wołać o pomstę do nieba z wkurwienia, ale w końcu ruszyłam sama w stronę schodów, jednocześnie odbierając na smartwatchu połączenie od taty.

- Czekam, córciu.

- Mateo z kimś rozmawia, pójdę po niego i za pięć minut będziemy - obiecałam, nieco zdegustowana, że musiałam minąć się z prawdą.

- Pięć minut - oznajmił tata, po czym się rozłączył.

Weszłam na górę, gdzie zapach dymu papierosowego gryzł w gardło. Mateo właśnie odepchnął jakiegoś bruneta, nieco niższego od siebie, a tamten rzucił się na niego ponownie, jak w transie - odwzajemnił to z zawzięciem. Kilku kolegów uważnie śledziło wzrokiem mojego kuzyna, jakby byli gotowi wkroczyć do akcji, ale naliczyłam ich zaledwie czterech, podczas gdy po drugiej stronie rywal miał przy sobie co najmniej ośmiu.

- Mateo! - zawołałam. - Chodź, musimy już się zwijać!

Rozmowy ucichły, a muzyka z dołu była jakby przytłumiona, gdy kilkanaście par oczu skierowało się właśnie na mnie.

- Idź na dół, Summer. Zaraz przyjdę - polecił Mateo, patrząc na mnie błagalnie, jakbym pogorszyła jego sytuację i moja obecność tylko dolała oliwy do ognia. Zacisnęłam pięści, wahając się, co robić.

Dobra, kurwa, idę po ojca, zanim będzie gorzej.

Odwróciłam się, żeby stamtąd zejść, ale gdy pokonałam ostatni stopień, ktoś odepchnął mnie pod schody. W ciemnej przestrzeni moje plecy przylgnęły do zimnej ściany. Ręce nieznajomego ułożyły się po obu stronach mojej głowy. Jego oczy błyszczały w ciemności, studiując dokładnie moją twarz, a zaraz po tym ciało. Wpatrywał się w każdą moją reakcję. Jego nozdrza delikatnie się rozszerzyły, kiedy pociągnął nosem przy mojej szyi. Poczułam jego oddech na swojej skórze - zimny, z nutą papierosowego dymu i morskiego wiatru.

- Czego chcesz? - wyszeptałam, drżąc.

Prawie nic nie widziałam... Typ był ode mnie o głowę wyższy, a jego twarz częściowo skrywały cienie. Dostrzegłam tylko zarys szczęki i niewielki uśmiech na jego wargach.

- Ciebie - odpowiedział cicho, na co moje ciało spięło się w panice. - Nikt cię tu nie usłyszy... Nikt nie znajdzie.

Jego głos był tak pozbawiony jakichkolwiek emocji, że zaledwie chwile dzieliły mnie od tego, żeby się rozpłakać.

- Mylisz się - odparłam, resztkami sił zachowując spokój. - Mój tata już po mnie idzie. Nie chciałabym być tobą, gdy tu się zjawi.

Jego cichy, gardłowy śmiech przeszył powietrze tuż przy moim uchu. Moje serce biło ze strachu jak szalone. Nie mogłam się nawet ruszyć. Tkwiłam przyciśnięta do ściany. Znajdowałam się w martwym, ciemnym punkcie, uwięziona przez jakiegoś psychopatę.

Pierwsze łzy popłynęły po moich policzkach, a jego wzrok dokładnie je śledził, jakby się tym delektował. Chyba czerpał z tego jakąś chorą przyjemność.

- Podoba mi się sposób, w jaki płaczesz. Tak bezgłośnie - wyszeptał, zaciskając dłoń na mojej szyi. - Nauczę cię płakać głośniej, Summer, zapamiętasz każdą chwilę.

Złapałam go za nadgarstek, próbowałam odepchnąć, ale nic z tego. Ciężar jego ciała przyciskał mnie mocniej. Łapałam resztki powietrza, popadając w coraz większą panikę. W jego pustym wzroku czaił się jakiś demon.

- Będę twoim koszmarem, pamiętaj o tym - wycedził przy moim uchu, aż w końcu zwolnił uścisk, znikając w ciemności.

Zrobiłam kilka kroków, ocierając łzy i łapiąc upragnione hausty powietrza.

W mojej głowie kłębiły się myśli o kuzynie i w panice rozglądałam się nerwowo... Nigdzie go nie widziałam. Ruszyłam w stronę baru, żeby znaleźć Marthę, ale nagle na kogoś wpadłam i odskoczyłam jak poparzona.

- Summer, hej, co się stało? - usłyszałam głos taty. Wpadłam w jego ramiona, przytłoczona lękiem.

- Nie mogę znaleźć Mateo i Marthy.

- Są już w samochodzie - powiedział spokojnie, nieco się odsuwając, by spojrzeć w moje oczy. - Mieliście się nie rozdzielać. Co się dzieje?

- Nic... Po prostu się zgubiłam i spanikowałam - odpowiedziałam, próbując uspokoić głos. W co ten cholerny Mateo się wplątał?

Tata tylko skinął głową i utorował mi drogę do wyjścia. Szybko zajęłam miejsce z tyłu samochodu obok kuzyna. Spojrzałam na niego oskarżycielsko, ale odważyłam się zadać pytanie dopiero, gdy tata ruszył.

- Co to miało być? - wyszeptałam w złości.

- Nie wiem, o czym mówisz - odparł Mateo. - Trzymaj się od Harlanda z daleka. To jebany świr, więc jeśli nie chcesz mieć problemów, zapomnij, że dzisiaj tu byliśmy. To był ostatni raz.

- O co chodzi? - szepnęłam i ściągnęłam brwi zaskoczona.

- Nie mam, kurwa, pojęcia...

Skierował niespokojne spojrzenie w stronę bocznej szyby. Popatrzyłam na Marthę, która jakby nigdy nic śpiewała piosenkę lecącą w radiu, a we wstecznym lusterku mój wzrok spotkał się z badawczym spojrzeniem taty. Posłałam mu lekki uśmiech, starając się ukryć swoje roztrzęsienie i chęć potarcia szyi, żeby zminimalizować ryzyko powstania na niej siniaków. Wzięłam głęboki wdech, lecz za każdym razem, gdy zamykałam oczy, czułam tę dłoń na skórze, odcinającą mi dopływ powietrza. Zaczęłam szukać jakiegoś jasnego punktu w swoich myślach.

To przecież był tylko nieznajomy, którego nigdy więcej nie spotkam.

Rozdział 2

Summer

Moja współlokatorka okazała się tak cholernie irytująca, że z trudem ją znosiłam. Nieustannie na wszystko narzekała, po czym powtarzała to samo, wisząc na telefonie. Zaczynała studia z historii i - pomijając całą resztę - za plus można było uznać dbanie o porządek, podczas gdy ja byłam dość chaotyczna, więc ostatecznie to również zaliczyłam jako wadę. Miałam dość jej piskliwego głosu mówiącego: "Summer, nie wierzę, że mi nie powiedziałaś...", po czym rzucała jakąś totalną pierdołę, którą usłyszała, plotkując z innymi pierwszorocznymi.

Przed poniedziałkową inauguracją roku akademickiego pół nocy nie mogłam zasnąć z nerwów, a następnie ukochana koleżanka wyłączyła mi budzik, więc zaspałam. Pierwszego dnia zajęć pilnowałam się więc jak stuknięta, by wszędzie pojawić się przed czasem. Wykłady były ciekawe; dowiedziałam się, że uniwersytet prowadzi wymiany studenckie dla kierunku architektury i oferuje też różne wyjazdy doszkalające. Mieliśmy taką kadrę profesorów, że za nic w świecie nie ominęłabym tych zajęć, co było kolejnym plusem.

Zapoznałam się też z sympatyczną dziewczyną, która podobnie jak ja pochodziła z rodziny, w której był architekt, tyle że Ari poszła w ślady ojca. Dziewczyna zaproponowała, Dobra zjadły razem obiad, a jej starsza siostra, która była już na trzecim roku matematyki, miała nas trochę zaznajomić z sytuacją na kampusie, więc ochoczo przystałam na tę propozycję.

Czekała nas godzina obiadowej przerwy między kolejnymi wykładami, więc podobnie jak inni studenci udałyśmy się do centralnego budynku, gdzie znajdowała się akademicka restauracja, rozmiarami przypominająca ogromną stołówkę. Było tu mnóstwo ludzi i miałam wrażenie, że chyba wszystkie stoły są zajęte. W sekcji po lewej stronie znajdowało się jedzenie na wagę i całe mnóstwo różnych dań na ciepło, a po prawej można było zamawiać dania serwowane. Nie było tam jednak kolejki, więc raczej nie było to nic dobrego.

Jakaś brunetka zaczęła do nas machać - podobna do Ari - i ta przywitała ją uśmiechem. Podeszłyśmy do stolika blisko wejścia, skąd miałyśmy niezły widok na cały lokal.

- Hej, to jest Summer z mojej grupy. A to moja siostra, Judi.

Wymieniłam z dziewczyną uprzejmości, a kiedy usiadłyśmy, poprawiła swoje okulary korekcyjne, w których wyglądała jak bibliotekarka. Jej spojrzenie na mnie było badawcze, może nawet zbyt długie, jakby oceniała nie tylko to, co mówiłam, ale przede wszystkim to, jak wyglądałam.

- Dobra, to robimy szybkie szkolenie, czy chcecie najpierw coś zjeść? - zapytała swoim lekko zachrypniętym głosem, na co wzruszyłam ramionami. Nie byłam szczególnie głodna, więc było mi to obojętne.

- Opowiadaj, najwyżej zaraz coś zamówimy - odpowiedziała Ari.

- Lekcja pierwsza. Tutaj nic nie zamówicie. To tak zwany zwykły stolik. Można wybrać sobie jedzenie na wagę, zapłacić i zjeść. Cała filozofia, a plus jest taki, że jedzenie jest naprawdę dobre. Tam dalej, na samym końcu, są stoliki VIP. To te czarne. Na nich umieszczone są kody QR, które sczytuje się przez specjalną aplikację. Wtedy pojawia się menu, zaznaczacie to, co chcecie zjeść, a jedzenie serwowane jest przez obsługę do stolików. Jest tam sześciu znakomitych szefów kuchni i kilku innych kucharzy, a jedzenie niebiańskie. Zresztą ta wiedza wam się nie przyda. Praktycznie żaden pierwszoroczniak nie siada przy stołach VIP, bo są zarezerwowane dla zarządu, przewodniczących kół naukowych, kapitanów drużyn akademickich i innych tak zwanych społecznych elit.

- A tamte okrągłe kanapy na środku? - Ari wskazała na szerokie siedziska tworzące półokrąg, na których spokojnie zmieściłoby się z dwanaście osób. Przy nich tkwiły stoły idealnie wpasowujące się w owalną przestrzeń. - Są wolne.

- One nigdy nie są wolne i pod żadnym pozorem tam nie siadajcie. To stałe miejsce dla ludzi, którzy mają tu więcej do powiedzenia niż sam dziekan, więc broń Boże nie wchodźcie im w drogę. Właśnie idą, więc zaraz wam opowiem.

Rzuciłam okiem na postawnego mężczyznę o ciemnych blond włosach i zaroście w tym samym odcieniu. Był przystojny, a jego szerokie barki przyciągały wzrok. Przed nim kroczyła szczupła dziewczyna ubrana w ładną letnią sukienkę, a jasne blond włosy spływały gładką kaskadą na jej plecy. Nie zdążyłam dostrzec twarzy i byłam cholernie ciekawa, jak wyglądała.

- Christopher Henderson, kapitan drużyny futbolowej. Zastępca prezesa studenckiego zarządu i przy okazji jego najlepszy przyjaciel.

- A ta dziewczyna? - zapytała moja nowa znajoma. - Bardzo ładna.

- Selena Banks, jego dziewczyna. Podobno strasznie wredna suka. Jest na drugim roku, a już została wiceprzewodniczącą koła prawniczego. Podobno dzięki Hendersonowi, ale nikt o tym głośno nie powie, żeby się nie narażać.

Popatrzyłam na blondynkę, która pochylała się nad ekranem telefonu swojego chłopaka. Miała imponującą urodę - delikatne rysy twarzy, gładką cerę i pełne różowe usta, które przypominały mi moje własne.

- A oni? - zainteresowała się Ari, kiedy dwóch brunetów dołączyło do półokręgu.

- Ten wyższy, wytatuowany, to Jordan Miles. Studiuje marketing, tym też zajmuje się tutaj i spada na niego koordynacja większości studenckich przedsięwzięć i imprez. Niższy to Kevin Fimmel, głównie jest kuzynem Nixona i chyba zajmuje się zaopatrzeniem.

Przyjrzałam się szczupłemu, niewysokiemu mężczyźnie i byłam pewna, że gdzieś już widziałam tę twarz.

- Co studiuje? - dopytałam.

- Chemię - odpowiedziała Judi. - Przyszło dwóch kolejnych, więc zaraz będzie koniec. Czasami też ktoś się dosiada, jeśli zostanie zaproszony, ale to przeważnie jednorazowe. Jak jakaś laska usiądzie tam więcej niż trzy razy, to robi się sławna. Już po pierwszym razie budzi społeczne zainteresowanie. Najczęściej przyprowadza je Alan Sanders, to ten jasny blondyn z hollywoodzkim uśmiechem. Łóżkowy rekordzista, jeśli chodzi o zaliczanie dziewczyn, a z pozycją rozgrywającego w koszykówce nie brakuje mu powodzenia. W zarządzie prowadzi socjale.

- Uroczy - westchnęła Ari.

- Jestem trochę odmiennego zdania - wtrąciłam, wzruszając ramionami.

- A ten przystojniak obok?

- Tom Lewis. Jest na trzecim roku, studiuje ze mną matmę, jesteśmy w jednej grupie. W cholerę inteligentny, wszystko zalicza na sto procent, w dodatku poczucie humoru ma na najwyższym poziomie. Kulturalny, ale nie jest sztywniakiem. Chodzący ideał, pomijając fakt, że czas wolny spędza najczęściej z tą grupą. Zajmuje się finansami zarządu.

- Brzmisz jak jego psychofanka - zaśmiała się.

- Ogarnij się, to tylko znajomy. Jest dla mnie za... grzeczny. Po prostu mówimy sobie cześć pod salą i czasami wymieniamy spostrzeżenia, ale dzięki niemu można dojść do tej zamkniętej grupy.

- A tutaj sobie nie mówicie? - dociekałam teraz ja.

- Tutaj nikt im nie mówi "cześć", nawet jeśli się ich zna, taki zwyczaj. Nie odpowiadają. Rozmawiają z tak zwanymi zwykłymi studentami głównie podczas imprez.

- Dziwne - stwierdziłam.

- A teraz ostatni z grupy i to właśnie jego omijajcie szerokim łukiem. Nixon jest prezesem studenckiego zarządu, ale prócz całego piętra w Prime Club zajmuje biuro w Prime Hall obok dziekana. Do tego to wicekapitan drużyny futbolowej, wiceprzewodniczący koła informatycznego i przewodniczący uczelni. Wyręcza się ludźmi, ale to on tutaj pociąga za wszystkie sznurki, więc lepiej nie wchodzić mu w drogę. Dwa niefortunne zdania i możesz już nie być studentem Primeton. Jeśli masz po swojej stronie Harlanda, z góry jesteś na wygranej pozycji - powiedziała z charakterystyczną chrypką i zerknęła na mężczyznę, jakby go podziwiała.

Patrzyłam na niego w milczeniu. Chłodny dreszcz przeszył mnie od kręgosłupa aż po kark. Nie miałam wątpliwości - to był ten sam chłopak, którego spotkałam ostatnio w parku. Cholera, a więc jednak był kimś więcej niż aroganckim typem w czarnej bluzie.

- Summer? - Judi zmrużyła oczy, jakby wyczuła moje zamyślenie. - Czemu się tak w niego wpatrujesz?

- Wcale się nie wpatruję - zareagowałam zbyt szybko i sięgnęłam po butelkę z wodą. Ari tego nie zauważyła, ale w spojrzeniu jej starszej siostry dostrzegłam cień podejrzliwości.

- Właśnie wczoraj się zastanawiałam, o co chodzi, bo jak przemawiał dziekan, to ludzie szeptali i raczej była taka luźna atmosfera. A jak wyszedł ten Nixon, to zapadła grobowa cisza - stwierdziła Ari, a Judi tylko przytaknęła.

- Tak jest zawsze - dodała w końcu, jakby od niechcenia. - Dziekan wszystko zostawia jemu, sam tylko podpisuje. Uczelnią zajmuje się Nixon, a dziekan skupia się na rankingach i poszukiwaniu najlepszych profesorów z kraju i zagranicy.

Dziewczyna mówiła dalej, a mój wzrok nieustannie uciekał w stronę postawnego szatyna. Mocno zarysowana szczęka z krótkim zarostem dodawała mu surowości, ale była również bardzo atrakcyjnym elementem jego profilu. Czarna, dopasowana koszula opinała szerokie ramiona, a on sam przyciągał uwagę wszystkich zgromadzonych. A jednak to nie ich spojrzenia były najgorsze - tylko moment, gdy jego oczy spotkały się z moimi. Lodowaty prąd przeszył mnie od środka, jakby ktoś ścisnął mnie niewidzialną dłonią za gardło.

- Jak on się nazywa? - wyrwało mi się, gdy nerwowo odwróciłam wzrok, przypominając sobie tę cholerną rozmowę w parku. Skąd miałam wiedzieć, że to nie był zwykły student...

- Nixon Harland - padła odpowiedź.

Zrobiło mi się słabo, bo wszystko zaczynało układać się w jedną całość. Kevin Fimmel. To z nim dwa lata temu poszarpał się mój kuzyn w klubie. Mateo ostrzegał mnie wtedy, żebym trzymała się z daleka od niejakiego Harlanda. I to właśnie on, ten sam chłopak, dopadł mnie wtedy pod schodami. Stąd znał moje imię... Czy naprawdę będzie się na mnie mścił za wtrącenie się w jakąś gówniarską bójkę? To brzmiało jak absurd, a jednak pamiętałam słowa kuzyna, który mnie ostrzegał, że to świr... Kurwa, że też musiałam trafić akurat na niego spośród tylu ludzi na świecie.

Niepewnie zerknęłam jeszcze raz. Po sekundzie podniósł wzrok znad telefonu, jakby czuł, że na niego patrzyłam. Wbił we mnie spojrzenie, a potem powoli uniósł kącik ust w półuśmiechu. Czułam się jak ofiara, na którą polował niebezpieczny drapieżnik.

Telefon w mojej dłoni zawibrował. Serce zaczęło bić jak szalone, zanim jeszcze spojrzałam na ekran.

Numer nieznany:

Gra właśnie się rozpoczęła.

Nic nie przełknęłam przez całą przerwę, bo mój żołądek zacisnął się w bolesny supeł. Wyszłam z restauracji szybciej, żeby uniknąć minięcia się z tym typem, a Ari ruszyła razem ze mną. Byłam rozkojarzona, ale starałam się skupić na rozmowie, żeby nie wyjść na jakąś wredną laskę.

- Więc jaki masz teraz kurs? - zagaiła, bo o ile wykłady i zajęcia miałyśmy razem, to każdy student wybierał swoje dodatkowe kursy, a miejsca na listach były ograniczone.

- Rysunek - odpowiedziałam.

- No nie gadaj! Też na to chciałam iść, ale miejsca rozeszły się w parę minut. Zanim tam wszystko przeklikałam, to została mi tylko najgorsza opcja.

- Historia architektury?

Dziewczyna przytaknęła ze zniesmaczoną miną.

- Chyba najnudniejsze, ale pocieszę cię, że w ciągu czterech lat też będę musiała to odbębnić. Może lepiej, że będziesz miała to za sobą.

- Może... - Brzmiała na nieprzekonaną. - To do zobaczenia.

- Do zobaczenia.

Ruszyłam w kierunku wyznaczonej sali. Weszłam do środka, gdzie w piętrowanych ławkach siedziało już kilkoro studentów, a sam profesor Lambert przygotowywał materiały do wyświetlania.

- Dzień dobry - przywitałam się, a starszy mężczyzna przeniósł na mnie wzrok.

- Dzień dobry, proszę się podpisać obok nazwiska. - Wskazał na kartkę na swoim biurku.

Ochoczo sięgnęłam po długopis, ale ku mojemu zdziwieniu moje nazwisko na tej liście było wykreślone.

- Przepraszam, to chyba jakiś błąd. Mam potwierdzenie z systemu, że zostałam zapisana na ten kurs, a tutaj moje nazwisko jest wykreślone.

- Skoro nie ma pani na liście, przykro mi. Proszę to wyjaśnić w zarządzie studenckim, najlepiej umówić spotkanie bezpośrednio z panem Harlandem.

Czy ja się, kurwa, przesłyszałam? W jednej chwili byłam tak wściekła, że resztką sił powstrzymywałam się, żeby nie wybuchnąć.

- Dobrze, dziękuję - odpowiedziałam najgrzeczniej, jak potrafiłam i ze łzami w oczach opuściłam salę.

Cholernie mi zależało na tym kursie, był pierwszym, jaki wybrałam. Czekałam co do sekundy, żeby wpisać się na tę listę. Pieprzony Harland... jeszcze mnie popamięta.

Summer:

Wypieprzyłeś mnie z kursu.

Numer nieznany:

Może, ale wpisze cię z powrotem, kiedy cię wypieprzę.

Summer:

To akurat ten, na którym zależało mi najmniej, więc mam to gdzieś. Zajmij się swoim życiem, pieprzony zboczeńcu.

Przy okazji zapisałam jego numer drukowanymi literami IDIOTA.

IDIOTA:

Doskonale, z nieoficjalnych źródeł wiem, że zostałaś przepisana na historię architektury. To pewnie twój ulubiony przedmiot.

Nie odpisałam. Miałam zamiar dowiedzieć się o nim jak najwięcej i jakkolwiek mu zaszkodzić. Mógł być sobie samym prezydentem, ale jeśli faktycznie spróbuje mnie stąd usunąć, przynajmniej stanę do walki. Z drugiej strony miałam przed oczami swoją mamę, która skakała z radości, kiedy się tutaj dostałam. Ona nie miała takich możliwości, a mimo to osiągnęła tak wiele... Nie chciałam zawieść najbliższych i poddać się już na starcie.

Znalazłam salę z najnudniejszym kursem świata i zajęłam miejsce obok Ari. Powitała mnie wzruszeniem ramion, nie pytając o powód. Historia architektury... Przynajmniej teraz mogłam liczyć na jakiś wspólny temat z moją uroczą współlokatorką...

Po zajęciach odetchnęłam z ulgą, że mam pokój dla siebie i od razu wybrałam numer Mateo. Studiował na miejscowej publicznej uczelni, a nasz kontakt był sporadyczny - dzwoniliśmy i pisaliśmy od czasu do czasu, dopóki ktoś nie zwołał rodzinnego spotkania.

- Witam Primeton University.

- Brzmisz wrogo, co najmniej jakbyś pochodził z Indiana University. - Zaśmiałam się i mój humor od razu się poprawił. Nasze uczelnie były konkurencyjne ze względu na lokalizację w tym samym mieście, ale my byliśmy porównywani głównie do innych prywatnych placówek.

- Co słychać? Jak w wielkim świecie studentów? Pewnie niełatwo być pierwszorocznym, co?

- Średnio - westchnęłam. - W sumie dzwonię, żeby o coś zapytać. Pamiętasz taką dziwną akcję w klubie? To było z dwa lata temu, przepychałeś się z jakimś gościem, a potem Harland mnie zaczepił. Ostrzegałeś mnie przed nim. Powiesz mi coś więcej?

- W sumie to Harland pytał o ciebie. Kazałem mu spierdalać, a wtedy jego przydupas do mnie wysapał. Czemu to wspominasz?

- Pytał o mnie? - zdziwiłam się. To nie trzymało się kupy. - Spotkałam go tutaj i nasza znajomość zapowiada się dość burzliwie.

- Odetnij się od niego, Summer. To nie jest normalny typ. Jego stary ześwirował, ale ponoć odjebało mu od nadmiaru kasy. Zarobił grube miliardy i się stoczył. Nixon od zawsze miał zadatki na psychopatę. Prał się w nielegalnych walkach, podobno robił tam masakrę jak jakiś pieprzony potwór. Margines społeczny zarabiał tak na chleb, a on tam chodził, żeby się wyżyć.

- Myślisz, że jest niebezpieczny? - upewniałam się.

- Nie wiem, ale to nie jest ktoś, z kim należałoby utrzymywać znajomość. Jest starszy ode mnie, więc musi być na czwartym roku. Ty jesteś na pierwszym, więc raczej nie będziecie się widywać.

- Okej, też mam taką nadzieję... - Wiedziałam jednak, że Nixon będzie dążył do tego, żeby mnie stąd wywalić. Nie rozumiałam tylko, dlaczego pytał o mnie już dwa lata temu. Myślałam, że to ja zostałam wkręcona w jakąś popapraną sprawę, a nie że wciągnęłam w to Mateo. Nigdy nawet nie słyszałam o żadnym Harlandzie.

- Mam dobrego kolegę na Primeton. David Scott jest kapitanem drużyny koszykarskiej. Powiem mu, żeby miał na ciebie oko.

- Nie musisz, dam sobie radę. Co u Marthy?

- Pojechała ze swoim nowym chłoptasiem odwiedzić ojca w Kanadzie. Rzuciła pracę w kolejnym salonie fryzjerskim i matka już załamuje ręce. Nie wiem, w kogo ona się wdała.

- Ja wiem - zaśmiałam się. - Jesteś jej przeciwieństwem, zupełnie jak nasi ojcowie.

- Ojciec jest po prostu pojebany i chyba faktycznie wzięła te gorsze geny. Ja za to zawsze na plus. Spotkamy się pewnie na jakichś akademickich rozgrywkach. Jesteś w cheerleaderkach?

- W tym tygodniu będzie nabór - oznajmiłam. Chciałam się zgłosić, byłam kapitanką w ostatniej klasie liceum, ale nie wiedziałam, jak sytuacja wygląda tutaj, czy dorównam poziomem i czy ten idiota nie pokrzyżuje moich planów.

- Przedstawię ci kogoś. Tylko nie mów od razu, że jesteś moją kuzynką, niech będzie trochę zazdrosna. Daj znać, a ja sprawdzę, kiedy rozgrywki.

- Masz nierówno pod sufitem - burknęłam. - Nie chcę, żeby jakaś laska zmasakrowała mi twarz.

- Mia nie tknęłaby muchy, ale ciągle robi mi jakieś durne żarty. Odwdzięczę się, z twoją pomocą - zaznaczył.

- Czego nie robi się dla rodziny - przytaknęłam i ta rozmowa nieco poprawiła mi humor.

- Summer, uważaj na siebie, dobra? - zmienił ton na ten poważny, przez co brzmiał trochę jak mój ojciec. - W poprzednim roku na Primeton zginął student, a Harland był w to zamieszany. Gdyby coś się działo, po prostu do mnie zadzwoń.

- Chyba nie myślisz, że coś mu zrobił? - zaniepokoiłam się, choć starałam się to ukryć w swoim głosie. Zresztą nie słyszałam o żadnym martwym studencie, to mogła być po prostu plotka. Nixon z całą pewnością był psychopatą, ale chyba nie mordercą...

- Wyluzuj, tak jak mówiłem, nie powinniście się widywać. Głowa do góry i nie zmieniaj się znowu w siedzącą w domu kujonkę - rzucił żartując, na co trochę się rozluźniłam.

- Oczywiście, że nie. Będę uczyć się w akademiku, a nie w domu, to ta różnica - odpowiedziałam, a uśmiech znowu zagościł na moich ustach.

Zaraz po tym zakończyłam połączenie, bo do pokoju weszła urocza Erin, moja współlokatorka.

- Powiedz, że nie wiedziałaś, inaczej się obrażę - zaczęła od razu i usiadła na łóżku, zakładając nogę na nogę.

- O czym? - zapytałam znudzona, sądząc, że zaraz wypali coś nieistotnego o ludziach, których nie znałam. Ostatnio zarzuciła mi, że autor książki, którą czytałam, promował ekologiczne rozwiązania, a mimo to jadł mięso. Jakby jedno z drugim miało coś wspólnego...

Nie chodziło o to, że była głupia, bo naprawdę miała pamięć do tych wszystkich wydarzeń historycznych, ale wykrakałam i trafiłam na narzekającą świruskę czepiającą się pierdół. Ona pewnie też miała mnie za nienormalną, więc z czystym sumieniem tak o niej myślałam.

- Co roku na uczelni organizowane jest spotkanie, tak zwane Meeting Fire. To taka zapoznawcza impreza przy ognisku, żeby zintegrować pierwszorocznych z resztą społeczności akademickiej. To już w ten piątek.

- Nie wiedziałam i mimo ładnej nazwy to do mnie nie przemawia, ale baw się dobrze, Erin.

- Nie pójdziesz? - zdziwiła się.

- Nie wiem, póki co marzę tylko o tym, żeby przetrwać do tego piątku - odpowiedziałam, kładąc się na łóżku, bo kto wie, co jeszcze przygotował dla mnie Nixon.

- Nie dajesz rady na zajęciach? - zapytała z wyrafinowanym współczuciem.

- Daję, ale muszę chwilę odpocząć - odpowiedziałam. Zajęcia były obecnie moim najmniejszym problemem...

Położyłam się na wznak i patrząc w sufit, zaczęłam obmyślać plan zemsty na Nixonie Harlandzie.

Redakcja: Barbara WronaKorekta: Elżbieta RożkiewiczProjekt okładki: Tomasz BiernatSkład: Tomasz Biernat

Copyright by Agatha Corlaz 2026Copyright for the Polish Edition by Wydawnictwo Nocą,Warszawa 2026

Druk i oprawa:Drukarnia Sowa

ISBN: 978-83-68657-65-4

WYDAWNICTWO NOCĄul. Filipiny Płaskowickiej 46/8902-778 WarszawaNIP: 9512496374www.wydawnictwonoca.ple-mail: kontakt@wydawnictwonoca.pl

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 1

Summer

Wakacje minęły szybciej, niż tego chciałam - nie tylko ze względu na to, że po każdych musiałam wracać do swoich obowiązków, ale też dlatego, że te kończyły pewien etap. Skończyłam liceum, a co za tym idzie - zaczynałam college. Najlepszą prywatną uczelnię w Bloomington i akademik, z dala od domu rodziców. Z jednej strony mnie to cieszyło, a z drugiej cholernie chciało mi się płakać, że będę ich widywała sporadycznie.

- Pokój jest całkiem przytulny - stwierdziła mama, kiedy tata wniósł bagaże do środka. Znajdowały się tutaj dwa stykające się ze sobą biurka, usytuowane pod oknem, a obok każdego z nich stało jednoosobowe łóżko. Szafy po obu stronach pomieszczenia rozdzielało wejście do ciasnej łazienki, ale nie liczyłam na żadne luksusy. Było w porządku, chociaż przy cenie tych studiów zdecydowanie przeciętnie.

College miał cholernie dobrą renomę, a pracodawcy chętnie oferowali zatrudnienie z takim wpisem w aktach. Ciężko było się tutaj dostać, duże znaczenie miały wyniki egzaminów SAT, punkty z liceum i uniwersytecki test wstępny, a mimo to płaciło się grubą kasę. Na szczęście moich rodziców było na to stać. Jak się trochę tutaj zadomowię i będę dawała radę z nauką, to może ogarnę jakąś pracę. Pełno było ofert dla studentów na pół etatu, więc powinnam znaleźć coś przyzwoitego z moim niewielkim doświadczeniem, bo dotychczas pracowałam wyłącznie jako ratowniczka na basenie. Potrzebowali chętnych z drużyny pływackiej i razem z kilkoma innymi osobami dorabiałam sobie w wakacje na nowo otwartej pływalni w Lakeville.

- Jest w porządku - zapewniłam. - Ciekawe, jaką dostanę współlokatorkę. Oby nie jakąś świruskę - westchnęłam, na co tata się zaśmiał.

- Nie? Chyba byście się dogadały.

- Tato! Właśnie mnie tu zostawiacie, jakbyście od dawna rozważali oddanie mnie do okna życia, i jeszcze na koniec mówisz, że jestem świruską?

- Rozważaliśmy to co roku, Summer, a kiedy się zdecydowaliśmy, przestałaś się do niego mieścić. Będziemy mieli dom dla siebie, czekaliśmy na to osiemnaście lat - dołożyła mama, na co posłałam jej podirytowane spojrzenie.

- Dobra, chyba jednak jestem świruską, bo przy takich genach ciężko wyjść na normalnego człowieka - burknęłam.

- Małolato, dostałaś taki zestaw genów, że mogłabyś bez przygotowania startować na Miss USA, więc wypraszam to sobie - roześmiała się mama, odrzucając do tyłu falowane włosy w identycznym orzechowym kolorze jak moje. Miała trzydzieści siedem lat i wyglądała tak pięknie, że dałabym jej co najwyżej trzydziestkę. Jej duże czekoladowe oczy przyciągały wzrok, ale uwielbiałam też swoje, bo głęboką zieleń tęczówek odziedziczyłam po tacie.

- Mógłbym się założyć, że wzięliby nas za studentów. - Tata uniósł dwukrotnie brwi pod ciemnymi włosami, które zawsze miał krótko przystrzyżone jak jakiś żołnierz, mimo że pracował w nieruchomościach. To było głupie, że gdy szliśmy razem na zakupy, to obce dziewczyny oglądały się za nim.

- Chyba za upierdliwych wykładowców - bąknęłam. - Dobra, idźcie już, zanim zdecyduję się wrócić na chatę i być na waszym utrzymaniu do końca życia.

- Taylor, wychodzimy - popędziła go mama, na co pokręciłam głową z dezaprobatą. - Żartowałam, no chodź tutaj. - Mama uścisnęła mnie mocno, mrugając przy tym nieregularnie. - Dbaj o siebie, dzwoń do nas, opowiadaj, jak ci idzie, wysyłaj zdjęcia na naszą grupę i przyjeżdżaj, kiedy tylko będziesz mogła.

- Chcesz się pochwalić koleżankom, że wysłałaś dzieciaka do prywatnego college'u? Na zdjęcie w birecie musisz poczekać kilka lat - przypomniałam ze śmiechem.

- Już się pochwaliłam - prychnęła. - Zawsze jestem z ciebie dumna, zarozumiała księżniczko.

Mama prowadziła agencję projektową, sama była architektem i czasami wydawało mi się, że jej koleżanki z pracy wiedzą o moim życiu więcej niż cała rodzina razem wzięta. Poniekąd wychowywałam się w tej agencji i wszystkie pracownice były jak moje ciotki, ale to mama zaszczepiła we mnie miłość do architektury.

Jennifer Laurent była w tym doskonała, zdobyła wiele prestiżowych nagród i czasami robiłyśmy jakieś wspólne projekty. Twierdziła, że mam do tego smykałkę, więc od dziecka pokazywała mi praktyczne aspekty projektów. Gdy miałam siedem lat, pozwoliła mi samej zaprojektować swój domek na drzewie, nie odzywając się ani słowem. Tata go zbudował, a później okazało się, że był to taki większy karmik z drzwiami zamiast otworu. Został do dziś, przypominając mi, jak ważna jest wyobraźnia przestrzenna. Przynajmniej zimą dokarmialiśmy ptaki.

- Po tobie jest taka zarozumiała - stwierdził tata, jak zwykle zamykając mnie w swoich ramionach. - Moja malutka księżniczko, będziesz mieszkała sama. Wiesz, że gdyby coś się działo, to wystarczy jeden telefon?

- Tak, tato, nadal mam cię w kontakcie alarmowym na smartwatchu. Pamiętacie w ogóle, że będę pół godziny drogi od was? To nie drugi koniec świata.

Jeszcze w czerwcu myślałam, że będę uczęszczała do państwowej uczelni w Minneapolis, gdzie również dostałam się na architekturę. Moje plany uległy jednak nieoczekiwanej zmianie i ku zadowoleniu rodziców trafiłam do zacnego Primeton University w pobliskim Bloomington.

- Wiesz, że nie przestaniemy się martwić z dnia na dzień. Daj ojcu trochę czasu - zachichotała mama, na co jej zawtórowałam.

- Przypomnę ci to wieczorem - westchnął, na co posłała mu groźne spojrzenie.

W końcu po kolejnych uściskach wyszli, a ja usiadłam na łóżku i wzięłam kilka głębokich wdechów, żeby się nie rozpłakać. Zajęcia zaczynały się w poniedziałek i większość studentów miała przyjechać dopiero jutro, ale chciałam po prostu wcześniej się rozejrzeć po kampusie i zorientować, co i gdzie się znajdowało.

Podeszłam do okna, żeby wpuścić więcej świeżego powietrza, ale kiedy je otworzyłam, mój wzrok utkwił na dużym zielonym trawniku między budynkami, przy którym stali moi rodzice. Mama trzęsła się z płaczu, wtulona w tatę, który gładził dłonią jej plecy i mówił coś do ucha.

Dłużej i ja nie mogłam się powstrzymać. Tama łez puściła i słone krople, jedna po drugiej, spływały mi po policzkach. Mój wzrok na chwilę powędrował do mężczyzny nieopodal, który jakby bacznie im się przyglądał, kiedy ruszyli chodnikiem w stronę głównej bramy. Palił papierosa, oparty o główny budynek akademicki, ubrany w czarne jeansy i polówkę tego samego koloru, która opinała jego ramiona.

Rodzice zniknęli za budynkami, więc wyciągnęłam telefon i napisałam na naszej małej rodzinnej grupie, że ich kocham. Kiedy wróciłam wzrokiem do nieznajomego, poczułam się cholernie dziwnie, bo teraz patrzył wprost na mnie. Trwało to może kilka sekund, ale wypuściłam oddech z płuc dopiero, gdy odwrócił się i zniknął między fasadami zabudowań.

Rozpakowanie rzeczy zajęło mi niecałą godzinę i miałam nadzieję, że moja współlokatorka nie będzie miała obiekcji, że wybrałam łóżko bliżej wyjścia. Zapadał już wieczór, ale nie miałam zamiaru siedzieć w pokoju. Wzięłam wydrukowaną mapę kampusu, który wyglądał jak małe miasto, i wybrałam się na zwiedzanie, a przynajmniej chciałam zapamiętać drogę do najważniejszych wydziałów, gdzie będę miała zajęcia.

Łącznie naliczyłam na mapie ponad sto pięćdziesiąt budynków, z czego siedem stanowiło akademiki mieszkalne. Główny budynek akademicki Prime Club znajdował się w centrum i był ogromny. Wewnątrz podobno znajdowały się restauracje, miejsca do wypoczynku, pokoje do nauki, biblioteki, sale komputerowe i audiowizualne, prywatne pomieszczenia kół naukowych, nawet siedziba zarządu studenckiego czy sale konferencyjne. Istny obłęd i koniecznie chciałam zwiedzić wszystko, ale drzwi miały zostać otwarte dopiero wraz z rozpoczęciem roku akademickiego.

Minęłam pozostałe budynki oraz kilka przypadkowych osób i zgodnie z mapą byłam na terenie pięknego prywatnego parku należącego do kampusu, gdzie przebiegała cała sieć ścieżek z idealnie ułożonej kostki, prowadząca w różnych kierunkach. Podobało mi się to, że każda z dróżek miała swoją nazwę, podobnie jak każdy budynek. Mój wydział nazywał się Le Corbusier College, na cześć jednego z wybitnych architektów, który był twórcą koncepcji proporcji. Uśmiechnęłam się pod nosem, czytając nazwy pobocznych budynków wydziału: Frank, Walter, Ludwig, Jean, Daniel, Norman... Z każdym imieniem kojarzył mi się konkretny architekt, co było wspaniałe. Zrobiłam zdjęcie i wysłałam do rodziców, myśląc o tym, czy studenci innych wydziałów też dokonali takiego odkrycia i czy na przykład przyszli matematycy mieli budynek o nazwie Pitagoras? Później to sprawdzę.

Z mapą w ręku dotarłam pod główny budynek wydziału architektury, skąd miałam bezpośredni widok na wydział prawa. Największy był chyba wydział humanistyczny, usytuowany po ukosie, ale centrum stanowił ogromny plac oraz budynek rekreacyjno-restauracyjny, z którego studenci korzystali podczas przerw w zajęciach, bo do najbliższego akademika było co najmniej dziesięć minut piechotą. Wszystko było przemyślane i zorganizowane - pomału zaczynałam rozumieć te gigantyczne kwoty czesnego.

Zdążył już zapaść zmrok, więc postanowiłam przejść się jeszcze tylko obok dwóch miejsc. Głównego budynku Prime Hall, który wyglądem przypominał nowoczesny Panteon, a czerwona litera P widniała w logo uczelni. Był tam cały dziekanat i najważniejsze sale, w których odbywały się najistotniejsze akademickie uroczystości.

Najcenniejszym punktem było jednak dla mnie akademickie Muzeum Sztuki Nowoczesnej, które kilka lat temu współprojektowała moja mama. Stanowiło jedno z wielu muzeów należących do kampusu, ale też najnowsze i naprawdę imponujące, mimo odległej lokalizacji od części akademickiej.

Zanim to wszystko obeszłam, minęła kolejna godzina. Następnego dnia w pierwszej kolejności chciałam zobaczyć pływalnię i słynne pole do minigolfa, o którym wspomniał tata. Zerknęłam jeszcze raz, czy podążałam odpowiednią ścieżką - nazwa zgadzała się z tabliczką obok, więc schowałam mapę do kieszeni jeansów i ruszyłam przed siebie ciemnym parkiem.

Nagle ciszę przerwał szmer. Odwróciłam głowę, lecz niczego nie dostrzegłam. Byłam sama... a przynajmniej tak mi się wydawało.

Powoli zaczynało mi się tutaj podobać. Może niefortunna rezygnacja z Minneapolis wyjdzie mi na dobre... Pogrążyłam się w myślach o moim byłym chłopaku i dawnej przyjaciółce, choć milion razy powtarzałam sobie, że zostawię to za sobą. Zastanawiałam się, czy faktycznie będą razem studiować - Erica była na liście rezerwowej uczelni, a jedno miejsce sama zwolniłam.

Raptownie się zatrzymałam, kiedy drogę zagrodziła mi duża postać ubrana na czarno. Mężczyzna miał ręce włożone w kieszenie bluzy z logiem uniwersytetu i patrzył na mnie z góry, pochylając mocno zarysowany podbródek.

- Tatuś cię nie nauczył, żeby nie chodzić samej po nocy? - zapytał.

- A twój, że nie zaczepia się nieznajomych? - odpowiedziałam twardo. Ostrzegali mnie przed starszymi studentami, grunt to nie dać się zastraszyć.

- To ja jestem nieznajomym, Summer - oznajmił, a na zimny ton jego głosu przeszły mnie ciarki. Dałabym sobie rękę uciąć, że gdzieś już go słyszałam. W dodatku, kurwa, znał moje imię, mimo że na tej uczelni studiowało ponad siedem tysięcy ludzi...

- Świetnie, więc zostań nieznajomym, bo nie interesuje mnie, kim jesteś. A teraz się odsuń, bo zamierzam tędy przejść.

- Nie będziesz miała życia na tej uczelni. Sama zrezygnujesz, a teraz proszę bardzo - powiedział, odsuwając się o krok.

- Nie zrezygnuję - mruknęłam, mijając go. Nie bałam się ludzi ukazujących swoje oblicze, bardziej tych, którzy je ukrywali...

- Chcesz się założyć? Daję ci miesiąc.

- Nie masz nic, co mógłbyś mi zaoferować. A co jeśli wytrzymam miesiąc? - prychnęłam.

- Wtedy dam ci spokój.

Zaśmiałam się w duchu. Co za kretyn.

- Świetnie, mistrzem zakładów to ty chyba nie jesteś, co? - rzuciłam, widząc, jak jego kącik ust nieznacznie się uniósł.

- Więc przyjmujesz zakład?

- Jasne, a tak dla jasności: albo wytrzymam miesiąc i dasz mi spokój, albo nie wytrzymam i zrezygnuję. A raczej przeniosę się na inną uczelnię - powiedziałam dosadnie jak do idioty. - Marny sposób dokuczania pierwszorocznym.

- W ciągu trwającego roku nie można zmienić uczelni, wyłącznie po zakończonym semestrze, przy okazji realizując różnice programowe. Dodatkowo trzeba mieć list polecający od dziekana uczelni - zakpił. - A ty możesz być pewna, że go nie dostaniesz. Takie braki w wiedzy, zatrważające.

- Dobra, nie chce mi się z tobą gadać, dziwaku.

- Mamy zakład, Summer. Możesz go też przerwać w dowolnym momencie.

- Super, przerywam - odparłam coraz bardziej zirytowana jego irracjonalnym zachowaniem.

- Nie tak. Jeśli chcesz go przerwać, to wyłącznie wtedy, gdy dopiszę cię do listy swoich pierwszorocznych zdobyczy. Tylko ustaw się w kolejce.

- Niby mam się z tobą przespać? - wyrzuciłam w złości, na co tylko pewnie skinął głową. - W twoich snach! - dodałam i ruszyłam przed siebie, nie patrząc już w jego stronę.

- Albo w twoich koszmarach.

Zabrzmiał tak pewnie, że naprawdę zaczęłam się obawiać, co będzie, jeśli to nie jest tylko jakiś pojebany żart.