Rozdział 2
Summer
Moja współlokatorka okazała się tak cholernie irytująca, że z trudem ją znosiłam. Nieustannie na wszystko narzekała, po czym powtarzała to samo, wisząc na telefonie. Zaczynała studia z historii i - pomijając całą resztę - za plus można było uznać dbanie o porządek, podczas gdy ja byłam dość chaotyczna, więc ostatecznie to również zaliczyłam jako wadę. Miałam dość jej piskliwego głosu mówiącego: "Summer, nie wierzę, że mi nie powiedziałaś...", po czym rzucała jakąś totalną pierdołę, którą usłyszała, plotkując z innymi pierwszorocznymi.
Przed poniedziałkową inauguracją roku akademickiego pół nocy nie mogłam zasnąć z nerwów, a następnie ukochana koleżanka wyłączyła mi budzik, więc zaspałam. Pierwszego dnia zajęć pilnowałam się więc jak stuknięta, by wszędzie pojawić się przed czasem. Wykłady były ciekawe; dowiedziałam się, że uniwersytet prowadzi wymiany studenckie dla kierunku architektury i oferuje też różne wyjazdy doszkalające. Mieliśmy taką kadrę profesorów, że za nic w świecie nie ominęłabym tych zajęć, co było kolejnym plusem.
Zapoznałam się też z sympatyczną dziewczyną, która podobnie jak ja pochodziła z rodziny, w której był architekt, tyle że Ari poszła w ślady ojca. Dziewczyna zaproponowała, Dobra zjadły razem obiad, a jej starsza siostra, która była już na trzecim roku matematyki, miała nas trochę zaznajomić z sytuacją na kampusie, więc ochoczo przystałam na tę propozycję.
Czekała nas godzina obiadowej przerwy między kolejnymi wykładami, więc podobnie jak inni studenci udałyśmy się do centralnego budynku, gdzie znajdowała się akademicka restauracja, rozmiarami przypominająca ogromną stołówkę. Było tu mnóstwo ludzi i miałam wrażenie, że chyba wszystkie stoły są zajęte. W sekcji po lewej stronie znajdowało się jedzenie na wagę i całe mnóstwo różnych dań na ciepło, a po prawej można było zamawiać dania serwowane. Nie było tam jednak kolejki, więc raczej nie było to nic dobrego.
Jakaś brunetka zaczęła do nas machać - podobna do Ari - i ta przywitała ją uśmiechem. Podeszłyśmy do stolika blisko wejścia, skąd miałyśmy niezły widok na cały lokal.
- Hej, to jest Summer z mojej grupy. A to moja siostra, Judi.
Wymieniłam z dziewczyną uprzejmości, a kiedy usiadłyśmy, poprawiła swoje okulary korekcyjne, w których wyglądała jak bibliotekarka. Jej spojrzenie na mnie było badawcze, może nawet zbyt długie, jakby oceniała nie tylko to, co mówiłam, ale przede wszystkim to, jak wyglądałam.
- Dobra, to robimy szybkie szkolenie, czy chcecie najpierw coś zjeść? - zapytała swoim lekko zachrypniętym głosem, na co wzruszyłam ramionami. Nie byłam szczególnie głodna, więc było mi to obojętne.
- Opowiadaj, najwyżej zaraz coś zamówimy - odpowiedziała Ari.
- Lekcja pierwsza. Tutaj nic nie zamówicie. To tak zwany zwykły stolik. Można wybrać sobie jedzenie na wagę, zapłacić i zjeść. Cała filozofia, a plus jest taki, że jedzenie jest naprawdę dobre. Tam dalej, na samym końcu, są stoliki VIP. To te czarne. Na nich umieszczone są kody QR, które sczytuje się przez specjalną aplikację. Wtedy pojawia się menu, zaznaczacie to, co chcecie zjeść, a jedzenie serwowane jest przez obsługę do stolików. Jest tam sześciu znakomitych szefów kuchni i kilku innych kucharzy, a jedzenie niebiańskie. Zresztą ta wiedza wam się nie przyda. Praktycznie żaden pierwszoroczniak nie siada przy stołach VIP, bo są zarezerwowane dla zarządu, przewodniczących kół naukowych, kapitanów drużyn akademickich i innych tak zwanych społecznych elit.
- A tamte okrągłe kanapy na środku? - Ari wskazała na szerokie siedziska tworzące półokrąg, na których spokojnie zmieściłoby się z dwanaście osób. Przy nich tkwiły stoły idealnie wpasowujące się w owalną przestrzeń. - Są wolne.
- One nigdy nie są wolne i pod żadnym pozorem tam nie siadajcie. To stałe miejsce dla ludzi, którzy mają tu więcej do powiedzenia niż sam dziekan, więc broń Boże nie wchodźcie im w drogę. Właśnie idą, więc zaraz wam opowiem.
Rzuciłam okiem na postawnego mężczyznę o ciemnych blond włosach i zaroście w tym samym odcieniu. Był przystojny, a jego szerokie barki przyciągały wzrok. Przed nim kroczyła szczupła dziewczyna ubrana w ładną letnią sukienkę, a jasne blond włosy spływały gładką kaskadą na jej plecy. Nie zdążyłam dostrzec twarzy i byłam cholernie ciekawa, jak wyglądała.
- Christopher Henderson, kapitan drużyny futbolowej. Zastępca prezesa studenckiego zarządu i przy okazji jego najlepszy przyjaciel.
- A ta dziewczyna? - zapytała moja nowa znajoma. - Bardzo ładna.
- Selena Banks, jego dziewczyna. Podobno strasznie wredna suka. Jest na drugim roku, a już została wiceprzewodniczącą koła prawniczego. Podobno dzięki Hendersonowi, ale nikt o tym głośno nie powie, żeby się nie narażać.
Popatrzyłam na blondynkę, która pochylała się nad ekranem telefonu swojego chłopaka. Miała imponującą urodę - delikatne rysy twarzy, gładką cerę i pełne różowe usta, które przypominały mi moje własne.
- A oni? - zainteresowała się Ari, kiedy dwóch brunetów dołączyło do półokręgu.
- Ten wyższy, wytatuowany, to Jordan Miles. Studiuje marketing, tym też zajmuje się tutaj i spada na niego koordynacja większości studenckich przedsięwzięć i imprez. Niższy to Kevin Fimmel, głównie jest kuzynem Nixona i chyba zajmuje się zaopatrzeniem.
Przyjrzałam się szczupłemu, niewysokiemu mężczyźnie i byłam pewna, że gdzieś już widziałam tę twarz.
- Co studiuje? - dopytałam.
- Chemię - odpowiedziała Judi. - Przyszło dwóch kolejnych, więc zaraz będzie koniec. Czasami też ktoś się dosiada, jeśli zostanie zaproszony, ale to przeważnie jednorazowe. Jak jakaś laska usiądzie tam więcej niż trzy razy, to robi się sławna. Już po pierwszym razie budzi społeczne zainteresowanie. Najczęściej przyprowadza je Alan Sanders, to ten jasny blondyn z hollywoodzkim uśmiechem. Łóżkowy rekordzista, jeśli chodzi o zaliczanie dziewczyn, a z pozycją rozgrywającego w koszykówce nie brakuje mu powodzenia. W zarządzie prowadzi socjale.
- Uroczy - westchnęła Ari.
- Jestem trochę odmiennego zdania - wtrąciłam, wzruszając ramionami.
- A ten przystojniak obok?
- Tom Lewis. Jest na trzecim roku, studiuje ze mną matmę, jesteśmy w jednej grupie. W cholerę inteligentny, wszystko zalicza na sto procent, w dodatku poczucie humoru ma na najwyższym poziomie. Kulturalny, ale nie jest sztywniakiem. Chodzący ideał, pomijając fakt, że czas wolny spędza najczęściej z tą grupą. Zajmuje się finansami zarządu.
- Brzmisz jak jego psychofanka - zaśmiała się.
- Ogarnij się, to tylko znajomy. Jest dla mnie za... grzeczny. Po prostu mówimy sobie cześć pod salą i czasami wymieniamy spostrzeżenia, ale dzięki niemu można dojść do tej zamkniętej grupy.
- A tutaj sobie nie mówicie? - dociekałam teraz ja.
- Tutaj nikt im nie mówi "cześć", nawet jeśli się ich zna, taki zwyczaj. Nie odpowiadają. Rozmawiają z tak zwanymi zwykłymi studentami głównie podczas imprez.
- Dziwne - stwierdziłam.
- A teraz ostatni z grupy i to właśnie jego omijajcie szerokim łukiem. Nixon jest prezesem studenckiego zarządu, ale prócz całego piętra w Prime Club zajmuje biuro w Prime Hall obok dziekana. Do tego to wicekapitan drużyny futbolowej, wiceprzewodniczący koła informatycznego i przewodniczący uczelni. Wyręcza się ludźmi, ale to on tutaj pociąga za wszystkie sznurki, więc lepiej nie wchodzić mu w drogę. Dwa niefortunne zdania i możesz już nie być studentem Primeton. Jeśli masz po swojej stronie Harlanda, z góry jesteś na wygranej pozycji - powiedziała z charakterystyczną chrypką i zerknęła na mężczyznę, jakby go podziwiała.
Patrzyłam na niego w milczeniu. Chłodny dreszcz przeszył mnie od kręgosłupa aż po kark. Nie miałam wątpliwości - to był ten sam chłopak, którego spotkałam ostatnio w parku. Cholera, a więc jednak był kimś więcej niż aroganckim typem w czarnej bluzie.
- Summer? - Judi zmrużyła oczy, jakby wyczuła moje zamyślenie. - Czemu się tak w niego wpatrujesz?
- Wcale się nie wpatruję - zareagowałam zbyt szybko i sięgnęłam po butelkę z wodą. Ari tego nie zauważyła, ale w spojrzeniu jej starszej siostry dostrzegłam cień podejrzliwości.
- Właśnie wczoraj się zastanawiałam, o co chodzi, bo jak przemawiał dziekan, to ludzie szeptali i raczej była taka luźna atmosfera. A jak wyszedł ten Nixon, to zapadła grobowa cisza - stwierdziła Ari, a Judi tylko przytaknęła.
- Tak jest zawsze - dodała w końcu, jakby od niechcenia. - Dziekan wszystko zostawia jemu, sam tylko podpisuje. Uczelnią zajmuje się Nixon, a dziekan skupia się na rankingach i poszukiwaniu najlepszych profesorów z kraju i zagranicy.
Dziewczyna mówiła dalej, a mój wzrok nieustannie uciekał w stronę postawnego szatyna. Mocno zarysowana szczęka z krótkim zarostem dodawała mu surowości, ale była również bardzo atrakcyjnym elementem jego profilu. Czarna, dopasowana koszula opinała szerokie ramiona, a on sam przyciągał uwagę wszystkich zgromadzonych. A jednak to nie ich spojrzenia były najgorsze - tylko moment, gdy jego oczy spotkały się z moimi. Lodowaty prąd przeszył mnie od środka, jakby ktoś ścisnął mnie niewidzialną dłonią za gardło.
- Jak on się nazywa? - wyrwało mi się, gdy nerwowo odwróciłam wzrok, przypominając sobie tę cholerną rozmowę w parku. Skąd miałam wiedzieć, że to nie był zwykły student...
- Nixon Harland - padła odpowiedź.
Zrobiło mi się słabo, bo wszystko zaczynało układać się w jedną całość. Kevin Fimmel. To z nim dwa lata temu poszarpał się mój kuzyn w klubie. Mateo ostrzegał mnie wtedy, żebym trzymała się z daleka od niejakiego Harlanda. I to właśnie on, ten sam chłopak, dopadł mnie wtedy pod schodami. Stąd znał moje imię... Czy naprawdę będzie się na mnie mścił za wtrącenie się w jakąś gówniarską bójkę? To brzmiało jak absurd, a jednak pamiętałam słowa kuzyna, który mnie ostrzegał, że to świr... Kurwa, że też musiałam trafić akurat na niego spośród tylu ludzi na świecie.
Niepewnie zerknęłam jeszcze raz. Po sekundzie podniósł wzrok znad telefonu, jakby czuł, że na niego patrzyłam. Wbił we mnie spojrzenie, a potem powoli uniósł kącik ust w półuśmiechu. Czułam się jak ofiara, na którą polował niebezpieczny drapieżnik.
Telefon w mojej dłoni zawibrował. Serce zaczęło bić jak szalone, zanim jeszcze spojrzałam na ekran.
Numer nieznany:
Gra właśnie się rozpoczęła.
Nic nie przełknęłam przez całą przerwę, bo mój żołądek zacisnął się w bolesny supeł. Wyszłam z restauracji szybciej, żeby uniknąć minięcia się z tym typem, a Ari ruszyła razem ze mną. Byłam rozkojarzona, ale starałam się skupić na rozmowie, żeby nie wyjść na jakąś wredną laskę.
- Więc jaki masz teraz kurs? - zagaiła, bo o ile wykłady i zajęcia miałyśmy razem, to każdy student wybierał swoje dodatkowe kursy, a miejsca na listach były ograniczone.
- Rysunek - odpowiedziałam.
- No nie gadaj! Też na to chciałam iść, ale miejsca rozeszły się w parę minut. Zanim tam wszystko przeklikałam, to została mi tylko najgorsza opcja.
- Historia architektury?
Dziewczyna przytaknęła ze zniesmaczoną miną.
- Chyba najnudniejsze, ale pocieszę cię, że w ciągu czterech lat też będę musiała to odbębnić. Może lepiej, że będziesz miała to za sobą.
- Może... - Brzmiała na nieprzekonaną. - To do zobaczenia.
- Do zobaczenia.
Ruszyłam w kierunku wyznaczonej sali. Weszłam do środka, gdzie w piętrowanych ławkach siedziało już kilkoro studentów, a sam profesor Lambert przygotowywał materiały do wyświetlania.
- Dzień dobry - przywitałam się, a starszy mężczyzna przeniósł na mnie wzrok.
- Dzień dobry, proszę się podpisać obok nazwiska. - Wskazał na kartkę na swoim biurku.
Ochoczo sięgnęłam po długopis, ale ku mojemu zdziwieniu moje nazwisko na tej liście było wykreślone.
- Przepraszam, to chyba jakiś błąd. Mam potwierdzenie z systemu, że zostałam zapisana na ten kurs, a tutaj moje nazwisko jest wykreślone.
- Skoro nie ma pani na liście, przykro mi. Proszę to wyjaśnić w zarządzie studenckim, najlepiej umówić spotkanie bezpośrednio z panem Harlandem.
Czy ja się, kurwa, przesłyszałam? W jednej chwili byłam tak wściekła, że resztką sił powstrzymywałam się, żeby nie wybuchnąć.
- Dobrze, dziękuję - odpowiedziałam najgrzeczniej, jak potrafiłam i ze łzami w oczach opuściłam salę.
Cholernie mi zależało na tym kursie, był pierwszym, jaki wybrałam. Czekałam co do sekundy, żeby wpisać się na tę listę. Pieprzony Harland... jeszcze mnie popamięta.
Summer:
Wypieprzyłeś mnie z kursu.
Numer nieznany:
Może, ale wpisze cię z powrotem, kiedy cię wypieprzę.
Summer:
To akurat ten, na którym zależało mi najmniej, więc mam to gdzieś. Zajmij się swoim życiem, pieprzony zboczeńcu.
Przy okazji zapisałam jego numer drukowanymi literami IDIOTA.
IDIOTA:
Doskonale, z nieoficjalnych źródeł wiem, że zostałaś przepisana na historię architektury. To pewnie twój ulubiony przedmiot.
Nie odpisałam. Miałam zamiar dowiedzieć się o nim jak najwięcej i jakkolwiek mu zaszkodzić. Mógł być sobie samym prezydentem, ale jeśli faktycznie spróbuje mnie stąd usunąć, przynajmniej stanę do walki. Z drugiej strony miałam przed oczami swoją mamę, która skakała z radości, kiedy się tutaj dostałam. Ona nie miała takich możliwości, a mimo to osiągnęła tak wiele... Nie chciałam zawieść najbliższych i poddać się już na starcie.
Znalazłam salę z najnudniejszym kursem świata i zajęłam miejsce obok Ari. Powitała mnie wzruszeniem ramion, nie pytając o powód. Historia architektury... Przynajmniej teraz mogłam liczyć na jakiś wspólny temat z moją uroczą współlokatorką...
Po zajęciach odetchnęłam z ulgą, że mam pokój dla siebie i od razu wybrałam numer Mateo. Studiował na miejscowej publicznej uczelni, a nasz kontakt był sporadyczny - dzwoniliśmy i pisaliśmy od czasu do czasu, dopóki ktoś nie zwołał rodzinnego spotkania.
- Witam Primeton University.
- Brzmisz wrogo, co najmniej jakbyś pochodził z Indiana University. - Zaśmiałam się i mój humor od razu się poprawił. Nasze uczelnie były konkurencyjne ze względu na lokalizację w tym samym mieście, ale my byliśmy porównywani głównie do innych prywatnych placówek.
- Co słychać? Jak w wielkim świecie studentów? Pewnie niełatwo być pierwszorocznym, co?
- Średnio - westchnęłam. - W sumie dzwonię, żeby o coś zapytać. Pamiętasz taką dziwną akcję w klubie? To było z dwa lata temu, przepychałeś się z jakimś gościem, a potem Harland mnie zaczepił. Ostrzegałeś mnie przed nim. Powiesz mi coś więcej?
- W sumie to Harland pytał o ciebie. Kazałem mu spierdalać, a wtedy jego przydupas do mnie wysapał. Czemu to wspominasz?
- Pytał o mnie? - zdziwiłam się. To nie trzymało się kupy. - Spotkałam go tutaj i nasza znajomość zapowiada się dość burzliwie.
- Odetnij się od niego, Summer. To nie jest normalny typ. Jego stary ześwirował, ale ponoć odjebało mu od nadmiaru kasy. Zarobił grube miliardy i się stoczył. Nixon od zawsze miał zadatki na psychopatę. Prał się w nielegalnych walkach, podobno robił tam masakrę jak jakiś pieprzony potwór. Margines społeczny zarabiał tak na chleb, a on tam chodził, żeby się wyżyć.
- Myślisz, że jest niebezpieczny? - upewniałam się.
- Nie wiem, ale to nie jest ktoś, z kim należałoby utrzymywać znajomość. Jest starszy ode mnie, więc musi być na czwartym roku. Ty jesteś na pierwszym, więc raczej nie będziecie się widywać.
- Okej, też mam taką nadzieję... - Wiedziałam jednak, że Nixon będzie dążył do tego, żeby mnie stąd wywalić. Nie rozumiałam tylko, dlaczego pytał o mnie już dwa lata temu. Myślałam, że to ja zostałam wkręcona w jakąś popapraną sprawę, a nie że wciągnęłam w to Mateo. Nigdy nawet nie słyszałam o żadnym Harlandzie.
- Mam dobrego kolegę na Primeton. David Scott jest kapitanem drużyny koszykarskiej. Powiem mu, żeby miał na ciebie oko.
- Nie musisz, dam sobie radę. Co u Marthy?
- Pojechała ze swoim nowym chłoptasiem odwiedzić ojca w Kanadzie. Rzuciła pracę w kolejnym salonie fryzjerskim i matka już załamuje ręce. Nie wiem, w kogo ona się wdała.
- Ja wiem - zaśmiałam się. - Jesteś jej przeciwieństwem, zupełnie jak nasi ojcowie.
- Ojciec jest po prostu pojebany i chyba faktycznie wzięła te gorsze geny. Ja za to zawsze na plus. Spotkamy się pewnie na jakichś akademickich rozgrywkach. Jesteś w cheerleaderkach?
- W tym tygodniu będzie nabór - oznajmiłam. Chciałam się zgłosić, byłam kapitanką w ostatniej klasie liceum, ale nie wiedziałam, jak sytuacja wygląda tutaj, czy dorównam poziomem i czy ten idiota nie pokrzyżuje moich planów.
- Przedstawię ci kogoś. Tylko nie mów od razu, że jesteś moją kuzynką, niech będzie trochę zazdrosna. Daj znać, a ja sprawdzę, kiedy rozgrywki.
- Masz nierówno pod sufitem - burknęłam. - Nie chcę, żeby jakaś laska zmasakrowała mi twarz.
- Mia nie tknęłaby muchy, ale ciągle robi mi jakieś durne żarty. Odwdzięczę się, z twoją pomocą - zaznaczył.
- Czego nie robi się dla rodziny - przytaknęłam i ta rozmowa nieco poprawiła mi humor.
- Summer, uważaj na siebie, dobra? - zmienił ton na ten poważny, przez co brzmiał trochę jak mój ojciec. - W poprzednim roku na Primeton zginął student, a Harland był w to zamieszany. Gdyby coś się działo, po prostu do mnie zadzwoń.
- Chyba nie myślisz, że coś mu zrobił? - zaniepokoiłam się, choć starałam się to ukryć w swoim głosie. Zresztą nie słyszałam o żadnym martwym studencie, to mogła być po prostu plotka. Nixon z całą pewnością był psychopatą, ale chyba nie mordercą...
- Wyluzuj, tak jak mówiłem, nie powinniście się widywać. Głowa do góry i nie zmieniaj się znowu w siedzącą w domu kujonkę - rzucił żartując, na co trochę się rozluźniłam.
- Oczywiście, że nie. Będę uczyć się w akademiku, a nie w domu, to ta różnica - odpowiedziałam, a uśmiech znowu zagościł na moich ustach.
Zaraz po tym zakończyłam połączenie, bo do pokoju weszła urocza Erin, moja współlokatorka.
- Powiedz, że nie wiedziałaś, inaczej się obrażę - zaczęła od razu i usiadła na łóżku, zakładając nogę na nogę.
- O czym? - zapytałam znudzona, sądząc, że zaraz wypali coś nieistotnego o ludziach, których nie znałam. Ostatnio zarzuciła mi, że autor książki, którą czytałam, promował ekologiczne rozwiązania, a mimo to jadł mięso. Jakby jedno z drugim miało coś wspólnego...
Nie chodziło o to, że była głupia, bo naprawdę miała pamięć do tych wszystkich wydarzeń historycznych, ale wykrakałam i trafiłam na narzekającą świruskę czepiającą się pierdół. Ona pewnie też miała mnie za nienormalną, więc z czystym sumieniem tak o niej myślałam.
- Co roku na uczelni organizowane jest spotkanie, tak zwane Meeting Fire. To taka zapoznawcza impreza przy ognisku, żeby zintegrować pierwszorocznych z resztą społeczności akademickiej. To już w ten piątek.
- Nie wiedziałam i mimo ładnej nazwy to do mnie nie przemawia, ale baw się dobrze, Erin.
- Nie pójdziesz? - zdziwiła się.
- Nie wiem, póki co marzę tylko o tym, żeby przetrwać do tego piątku - odpowiedziałam, kładąc się na łóżku, bo kto wie, co jeszcze przygotował dla mnie Nixon.
- Nie dajesz rady na zajęciach? - zapytała z wyrafinowanym współczuciem.
- Daję, ale muszę chwilę odpocząć - odpowiedziałam. Zajęcia były obecnie moim najmniejszym problemem...
Położyłam się na wznak i patrząc w sufit, zaczęłam obmyślać plan zemsty na Nixonie Harlandzie.