Nieznajomi - Izabela Janiszewska

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tamta noc

Samochód z impetem przeciął zarośla, jego koła mknęły po śliskiej od deszczu trawie, gałęzie krzewów drapały karoserię. Zawieszona na lusterku choinka zapachowa bujała się niczym w oszalałym tańcu. Pęd sprawiał, że kobietą siedzącą za kierownicą szarpało jak bezwolną lalką. Jej głowa boleśnie uderzyła o szybę. Słychać było trzask, a tuż po nim zduszone jęknięcie. Kobieta próbowała otworzyć oczy, ale nie potrafiła znaleźć w sobie sił, by to zrobić. Musiała odzyskać jasność myślenia, wyrwać się z mlecznego kokonu, który ją spowijał. Jej ciało paraliżował ostry ból, ściskający klatkę piersiową. Nie była pewna, czy jest jeszcze po tej stronie życia, czy znalazła się już za granicą, zza której nie ma powrotu. Coś jednak kazało jej walczyć.

Wreszcie zdołała dźwignąć ciężkie powieki. Ledwie na sekundę, jedynie na tyle, by dostrzec rozmyty obraz tablicy rozdzielczej i czerń za oknami. W ustach poczuła gorzki smak, w głowie dudnienie. Po jej skroni niczym rzeka meandrowała struga krwi. Znaczyła trasę biegnącą przez policzek i szyję, a później spływała czerwienią na jasną bluzkę.

Nagle samochód w coś uderzył. Rozległ się plusk i na przedniej szybie wylądowały krople wody.

To wtedy kobiecie udało się otworzyć oczy. Otoczyła ją gęsta ciemność, rozpraszana jedynie nikłą poświatą odległych domostw.

Rozglądała się wokół, nie rozumiejąc, co się dzieje. Wisiała na pasach, przechylona do przodu, a seat zdawał się stać pod nienaturalnym kątem. Dopiero gdy wyczuła wilgoć wspinającą się po łydkach i usłyszała chlupot wpływającej do samochodu wody, dotarło do niej, że tonie.

W panice zaczęła szarpać klamrę pasa, a gdy ta odmówiła współpracy, złapała klamkę drzwi. Usiłowała je otworzyć, ale nie chciały nawet drgnąć. Poziom wody podnosił się błyskawicznie, a po chwili chłód obejmował już uda kobiety i zmierzał w stronę jej brzucha.

- Nie, błagam, nie - wyrzucała z siebie.

Histerycznie naciskała guzik opuszczania szyby, który nie odpowiadał na te próby.

- Cholera - klęła, uderzając rękoma o kierownicę, która stopniowo znikała pod powierzchnią wody.

Wilgoć owijała się już wokół jej piersi, lizała końcówki włosów, a później wpełzła na szyję, by złożyć na niej mokre pocałunki. Z przerażenia i z zimna kobieta niemal przestała oddychać. Zanurzyła rękę i wreszcie zdołała odpiąć pas, po czym wspięła się na fotel.

- Niech ktoś mi pomoże - błagała, przyciskając głowę do podsufitki. Po jej policzkach płynęły łzy, które po chwili zaczęły mieszać się z wodami jeziora.

Usta kobiety bezradnie mamrotały słowa, których nikt nie mógł już usłyszeć. Strach rozszerzył jej źrenice, ale wola przetrwania sprawiała, że nadal się broniła. Zacisnęła wargi, chcąc ocalić resztki tlenu. Wtedy nastało nieuniknione. Czarna toń łapczywie pochłonęła samochód. Seat osunął się w nicość. Z mrocznej gardzieli dobył się złowieszczy gulgot, na powierzchnię wypłynęło kilka bąbli powietrza, a potem zapadła cisza.

Nie była to jednak cisza zupełna, bo choć wszystko zamarło, to w tej pustce wybrzmiewał jeszcze szmer czyjegoś oddechu. Ten ktoś stał przy drodze, wbijał spojrzenie w taflę jeziora, a na jego ustach malował się brzydki uśmiech.

Rozdział 1

Kiedy furtka zatrzasnęła się za Gretą, jej kark musnął delikatny podmuch wiatru. Poczuła dreszcz przebiegający po plecach, a jej ramiona pokryły się gęsią skórką. Wprawdzie poranek był słoneczny, ale wszystko wskazywało na to, że niebawem piękna twarz jesieni ustąpi miejsca jej bardziej ponuremu obliczu. Nie chcąc się przeziębić, Greta zapięła suwak bluzy, po czym zagwizdała na stojącego przy ogrodzeniu owczarka niemieckiego.

- Chodź, Bella, pora na spacer - oznajmiła, ciągnąc lekko za smycz.

Suka, która wciskała pysk w kretowisko, otrząsnęła się z ziemi, a następnie zaszczekała i zadowolona ruszyła przed siebie. Szły wąską drogą oddzielającą posesje od ściany lasu. Piasek chrzęścił pod butami Grety, a wysoki kucyk jej ciemnych włosów łaskotał długą szyję. Kobieta z uśmiechem obserwowała, jak wiatr podrywa z ziemi kolorowe liście i jak przedzierające się przez konary promienie słońca rysują na ścieżce świetlne kształty.

Po rozwodzie poranny niedzielny spacer z Bellą stał się rytuałem Grety. Pomagał jej rozsupływać splątane myśli i koił migrenowe bóle głowy. Lubiła, gdy płuca wypełniało rześkie powietrze, a wokół panował spokój, niezmącony jeszcze zgiełkiem dnia. Tego ranka również się nim delektowała, gdy niespodziewanie wychwyciła odgłosy rozmowy.

Przystanęła, w zdziwieniu marszcząc brwi. Dźwięki dochodziły z niezamieszkanej od dawna posesji pod lasem. Ostatni dom na końcu ulicy od lat straszył szkaradną bryłą i kratami w oknach. Poprzedni właściciel zginął w nim w sposób, który przez długi czas rozbudzał wyobraźnię okolicznych mieszkańców. Mówiono, że mężczyzna spadł ze schodów niechronionych balustradą i roztrzaskał się o posadzkę. Niektórzy uważali to za nieszczęśliwy wypadek. Inni byli przekonani, że po odejściu żony i bankructwie firmy produkującej reklamówki staremu Walczakowi zostały już tylko rosnące długi oraz poczucie życiowej porażki. Dlatego, ich zdaniem, zaczął topić smutki w alkoholu, a w końcu odebrał sobie życie.

Byli też jednak i tacy, którzy szeptali, że za pożółkłymi firankami zdarzało im się widywać szczupłą kobiecą postać. Miała to być wiotka, długowłosa dziewczyna. Według jednych blondynka, według innych brunetka. Zwolennicy tej teorii spiskowej różnili się co do szczegółów, ale zgodnie utrzymywali, że musiała być kochanką Walczaka, którą ten ukrywał przed światem, by jego była żona nie wróciła ze Stanów i nie zaczęła domagać się zwrotu pieniędzy zainwestowanych w trefny interes małżonka. Według pogłosek to właśnie tajemnicza kochanka miała dopomóc mężczyźnie w opuszczeniu tego świata, ale legendy te, podobnie jak ciało zmarłego sąsiada, z czasem obróciły się w proch.

Po śmierci mężczyzny dom odziedziczyła jego była żona. Wszyscy myśleli, że wystawi nieruchomość na sprzedaż, by pozbyć się ostatnich wspomnień łączących ją z mężem, ale ona miała wobec niej zupełnie inne plany. Zostawiła budynek nietknięty i z lubością przyglądała się, jak miejsce, które jej mąż kochał bezgraniczną miłością, ulega stopniowemu rozkładowi. Zarasta pajęczynami, rdzewieje i pokrywa się kurzem. Dom marniał więc z każdym kolejnym rokiem i coraz bardziej zniechęcał do siebie potencjalnych nabywców, a kiedy dzieci byłej żony wreszcie zdecydowały się sprzedać nieruchomość, nikt nie był już nią specjalnie zainteresowany.

To dlatego, usłyszawszy dobiegające z posesji odgłosy rozmowy, Greta z zaciekawieniem spojrzała w kierunku zaniedbanego budynku. Z miejsca, w którym się znajdowała, mogła dostrzec jedynie otwartą bramę wjazdową i fragment dachu czyjegoś samochodu, ale tyle wystarczyło, by przyszło jej do głowy, że ktoś wreszcie zdecydował się na kupno tego ponurego gmaszyska. Bella, którą obecność obcych zaintrygowała nie mniej niż jej panią, zaczęła się szarpać i coraz głośniej ujadać.

- Uspokój się - napomniała ją Greta, ale suka nie przestawała się wyrywać i w końcu pociągnęła smycz tak mocno, że jej uchwyt wypadł kobiecie z dłoni.

Zanim zdążyła zareagować, Bella gnała już przed siebie, sadząc potężne susy, a chwilę później przemknęła przez otwartą bramę i wpadła na podwórko domu numer trzynaście. Powietrze przeciął przeraźliwy krzyk, który sprawił, że z ust Grety padło gorzkie przekleństwo. Natychmiast ruszyła za dezerterką, a kiedy znalazła się w bramie sąsiadów, zobaczyła starszą, krótkowłosą kobietę z rękoma w górze, plecami przyciśniętymi do drzwi samochodu i przerażeniem wypisanym na twarzy. Pod jej nogami leżał karton przeprowadzkowy, z którego wysypały się różne przedmioty, a pobudzona Bella skakała na nieznajomą, uderzając łapami o jej uda i wydając z siebie krótkie szczeknięcia.

- Niech go pani zabierze! - krzyknęła pobladła kobieta.

Greta złapała sukę za obrożę i siłą odciągnęła ją od sąsiadki.

- Siad! - zawołała stanowczym głosem. - Co w ciebie wstąpiło? Nie wolno. Zły pies. - Rzuciła Belli surowe spojrzenie i pogroziła jej palcem.

Owczarek spuścił łeb, kuląc się w sobie, a nieznajoma przy samochodzie odetchnęła z ulgą.

- Bardzo przepraszam. Wyrwała mi się, gdy byłyśmy na spacerze. Nic pani nie jest? - Greta omiotła wzrokiem ubrudzone ziemią dżinsy sąsiadki i przybrała skruszoną minę.

- Nie, chyba nie. Po prostu nie przepadam za psami - odparła kobieta.

- Nie musi się jej pani obawiać. Bella tylko tak groźnie wygląda, w rzeczywistości jest łagodna jak baranek. Myślę, że chciała się z panią jedynie przywitać. Czasem zbyt wylewnie okazuje uczucia.

Suka, jakby na potwierdzenie tych słów, szczeknęła, po czym przekrzywiła łeb i posłała sąsiadce przepraszające spojrzenie, które sprawiło, że tamta się uśmiechnęła. Nieznajoma miała miłą, budzącą zaufanie twarz i błękitne tęczówki, tak jasne, jakby wyblakły na słońcu. Musiała dobiegać sześćdziesiątki, bo jej rysy zdradzały dojrzałość, a skórę wokół oczu i na czole znaczyły głębokie linie zmarszczek.

- Nic się nie stało - stwierdziła. - Zresztą może to ja przesadziłam. W dzieciństwie ugryzł mnie osiedlowy kundel i od tamtej pory reaguję paniką na widok psów.

- Naprawdę bardzo mi przykro. Obiecuję, że będę jej lepiej pilnować. Mieszkam kilka domów dalej, więc gdyby chciała się pani dowiedzieć czegoś o okolicy, jestem do dyspozycji. Greta Dębska. - Podała kobiecie rękę, a tamta odwzajemniła gest.

- Maria Dobosz, miło mi. I proszę, zwracaj się do mnie po imieniu, dzięki temu będę się czuła choć odrobinę młodsza.

Greta skinęła sąsiadce z uśmiechem, po czym schyliła się, by pomóc jej zebrać rozsypane obok samochodu przedmioty.

- Mam nadzieję, że nic się nie zniszczyło - powiedziała, otrzepując z ziemi metalowy łańcuch i taśmę naprawczą, które Maria pospiesznie wyjęła jej z ręki i wrzuciła do kartonu.

- Nie przejmuj się tym. To tylko piasek. Drobiazg w porównaniu z tym, co czeka mnie tam. - Kobieta przesunęła spojrzeniem po poszarzałym tynku. - Dostaję drgawek na samą myśl o tych wszystkich pajęczynach i stercie rzeczy zostawionych przez poprzedniego właściciela.

- Gdybyś potrzebowała pomocy, daj znać. Mam w domu nastolatka, który nieustannie dba o to, żebym ani na chwilę nie przestała podnosić swoich kompetencji w zakresie sprzątania.

Kąciki ust Marii uniosły się w życzliwym uśmiechu.

- Poradzę sobie, dziękuję - odparła. - Zresztą nie będę z tym sama. Zagonię do pracy męża. W końcu to był jego pomysł, żeby się tu sprowadzić, więc niech się teraz wykaże.

- Co was przywiodło do Józefowa?

- Stefan tutaj dorastał. Na stare lata zrobił się sentymentalny i zatęsknił za rodzinnymi stronami. Oboje czuliśmy się też już nieco przytłoczeni zgiełkiem Wrocławia i zapragnęliśmy spokojniejszego rytmu życia.

- W takim razie trzymam kciuki, żebyście się jak najszybciej urządzili. To miła okolica, myślę, że będzie się wam tu dobrze mieszkało - stwierdziła Greta i już miała odejść, gdy jej wzrok padł na stłoczone w bagażniku pudła przeprowadzkowe. - Może wniosę je chociaż na schody? Wyglądają na ciężkie.

- Nie ma takiej potrzeby, naprawdę. Stefan zajmie się nimi, jak tylko skończy naprawiać bojler.

Maria pospiesznie zatrzasnęła klapę bagażnika, stając między samochodem a Gretą. Dębska mogłaby przysiąc, że w ruchach sąsiadki dostrzegła nerwowość, a w jej spojrzeniu - nieufność. Nie chcąc dłużej narzucać się kobiecie, pożegnała się z nią i razem z Bellą ruszyła do wyjścia.

Znajdowała się już na drodze, kilka kroków od starego domu, kiedy dobiegło ją skrzypnięcie drzwi. Odwróciła się z nadzieją, że zobaczy męża Marii, ale na podwórzu nie było już nikogo. Uniosła więc wzrok na fasadę budynku i przez moment przyglądała się zszarzałym, na wpół zjedzonym przez mole firankom, gdy w oknie na poddaszu coś się poruszyło, a ona odniosła wrażenie, że dostrzegła tam młodą, długowłosą kobietę.

Zaskoczona skupiła spojrzenie na szybie, ale przez odbijające się w tafli szkła promienie słońca trudno było cokolwiek zobaczyć. Zmrużyła oczy i intensywnie wpatrywała się w niewielkie okienko, jednak teraz na poddaszu panował bezruch. Była już gotowa uznać, że uległa złudzeniu wywołanemu przez grę świateł, ale wtedy słońce skryło się za chmurami, a ona zobaczyła ponurą twarz.

Za szybą stał mężczyzna o szpakowatych włosach, kilkudniowym zaroście i ciemnych oczach. Trzymał ręce w kieszeniach spodni i lustrował ją w sposób, od którego robiło się jej chłodno. Założywszy, że ma do czynienia ze Stefanem, uniosła dłoń w geście pozdrowienia, a wtedy mężczyzna skinął jej głową i rozciągnął usta w wymuszonym uśmiechu. Jednak to nie jego fałszywa serdeczność martwiła Gretę najbardziej. Tym, co nie dawało jej spokoju, było przekonanie, że kiedy spojrzała w okno po raz pierwszy, zauważyła tam zupełnie inną, znacznie drobniejszą sylwetkę, należącą do kobiety, na której twarzy odbijał się strach.