Nieznające litości - Namina Forna

Kup ebooka

40.90 zł
32.72 zł (29,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Tytuł oryginału: The Merciless Ones

Copyright ? 2022 by Namina Forna

All rights reserved.

 

Copyright ? for the Polish translation by Anna Dobrzańska, 2024

Copyright ? Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2024

 

Redaktorka prowadząca: Oliwia Łuksza

Marketing i promocja: Aleksandra Kotlewska, Anna Fiałkowska

 

Redakcja: Patryk Białczak

Korekta: Iga Wiśniewska, Daria Latzke

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt oryginalnej okładki: Tarajosu

Projekt mapy: Robert Lazzaretti

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Adaptacja mapy: Magdalena Zawadzka

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-67974-31-8

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni osoby autorskiej. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@weneedya.pl

marketing@weneedya.pl

www.weneedya.pl

 

 

 

 

 

 

1

 

 

 

 

Są cztery.

Ciała. Każde z nich należy do młodej kobiety, mniej więcej w moim wieku.

Wbito je na pale na skraju dżungli, gdzie wieczorne cienie rozpełzają się czarnymi mackami na ich skórze barwy popiołu i wzdętych, obrzmiałych brzuchach. Wyglądają prawie jak lalki... tyle że lalki nie noszą czarnych masek, które skrywają ich twarze jak całuny, i nie cuchną rozkładem jak zwierzęce truchła, które zbyt długo leżały na słońcu. Smród zgnilizny uderza mnie w nozdrza i żołądek podchodzi mi do gardła. Nawet w normalnych okolicznościach nie lubię zapachu mięsa, ale to... odór tych ciał wystawionych na pokaz pośród plątaniny korzeni i paproci... Dłonie mam mokre od potu i czuję w mięśniach delikatne drżenie. Skupiam się na naszyjniku ukrytym pod zbroją, moim kamieniu probierczym, w chwilach takich jak ta. Dostałam go od matek kilka miesięcy temu, w miejsce tego, który odziedziczyłam po swojej biologicznej matce, Umu.

Kiedy sięgam do niego umysłem, czuję w ciele wibrację - potwierdzenie od matek, że są tutaj ze mną. Bez względu na to, jak trudna jest sytuacja, boginie zawsze tu są i po cichu mnie wspierają.

- Myślisz, że powinnyśmy ryzykować i próbować je zdjąć? - Głos Britty wydaje się dziwnie spokojny, gdy przebija się przez gąszcz myśli w mojej głowie.

Jeszcze rok temu zalałaby się łzami. Była wtedy typową córką farmera z północy - jasnowłosą, rumianą i pulchną. Teraz jej mięśnie są równie imponujące jak jej krągłości, skórę ma złocistą od słońca pustyni, a serce uodpornione na takie widoki. Jej postura zdradza, jak bardzo jest wściekła, jednak spogląda na ciała z chłodnym spokojem.

Ja robię to samo i z uporem ignoruję dziwne bicie serca walącego w zaroślach kilka kroków dalej. Osoba, do której należy, siedzi tam od jakiegoś czasu, lecz zachowuje się tak głośno i niezdarnie, że z pewnością nie jest to jatu - strażnik byłego cesarza i nasz śmiertelny wróg - ani nikt, kto mógłby nam zagrozić.

Być może to krewny którejś z nabitych na pal dziewczyn. Zdarzało się już, że w miejscach takich jak to spotykałam pogrążonych w żalu członków rodziny. Podobne widoki można teraz oglądać w całej Oterze. Stanowią ostrzeżenie dla kobiet: oto, co dzieje się z tymi, które zachowują się niewłaściwie. Każdy z nich to gorzkie przypomnienie o tym, że im dłużej będziemy zwlekać z eliminacją kapłanów i jatu, tym więcej ucierpi mieszkanek Otery i tym więcej naszych przyjaciółek w Hemairze...

Odsuwam od siebie tę myśl i przyglądam się rozdętym brzuchom trupów.

- Nie - mówię w końcu. - Im nic już nie pomoże.

Zwykle zdejmujemy ciała z pali, lecz brzuchy tych dziewczyn są tak wzdęte z gorąca, że prawdopodobnie pękną, jeśli ich dotkniemy.

Odwracam się do swoich towarzyszek - Belcalis, Ashy, Adwapy i Katyi. W swych czarnych skórzanych zbrojach, które przywdziewamy podczas najazdów, są niemal niewidoczne pośród strzelistych pni, podobnie jak gryfy - skrzydlate pustynne koty o prążkowanej sierści, których dosiadamy. Widok jest tak znajomy, że mam wrażenie, iż lada chwila zobaczę Keitę oraz pozostałych uruni, naszych partnerów i towarzyszy broni, jak wychodzą spomiędzy drzew, żeby do nas dołączyć. Oni jednak są w Hemairze, gdzie wspierają nas w obleganiu bram miasta, które wciąż nie upadło po sześciu miesiącach bezwzględnych i nieustających walk.

- Dalej pójdziemy pieszo - mówię. - Gdzieś tutaj na pewno są pułapki.

Ixa, zmień się - dodaję w myślach, zwracając się do swojego zmiennokształtnego towarzysza.

Deka - mruczy pode mną i czuję, że zaczyna się kurczyć.

Normalnie Ixa wygląda jak ogromny pokryty błękitną łuską kot z rogami, które wyrastają mu z głowy niczym korona, jednak podczas misji, takich jak ta, woli przybierać postać małego niebieskiego ptaszka - nocolota.

Kiedy zsiadam z jego grzbietu, już wyrastają mu skrzydła.

W chwili, gdy znika między srebrzystymi gałęziami szerokolistnej amaruli, na drugim końcu polany rozlega się wrzask: "Morderczynie!".

Nasza tajemnicza obserwatorka wychodzi, powłócząc nogami, spomiędzy cieni. Jej twarz zakrywa prosta maska w białym kolorze żałoby. Ku mojemu zaskoczeniu jest to mieszkanka Północy - o jasnoróżowej skórze i włosach tak białych, że niemal świecą w zapadającym zmroku. Każdy jej krok, wsparty na z grubsza ociosanej drewnianej lasce, jest ciężki i zmęczony - kobieta jest w podeszłym wieku, ma sześćdziesiąt lat, może nawet więcej. Niska i pulchna, mogłaby uchodzić za każdą mieszkankę Irfutu - wioski, w której przyszłam na świat.

- Ty to zrobiłaś - krzyczy, potrząsając laską w moją stronę. - To twoja wina, Nuru!

- Wiesz, kim jestem? - Jestem tak zaskoczona, że rozpoznała we mnie Nuru, pełnokrwistą córkę stworzoną przez matki, by wyzwolić krzykaczy śmierci i alaki spod tyranii jatu, że zapominam o innych zmartwieniach.

Nikt nie jest w stanie mnie rozpoznać w mojej bitewnej postaci, jak nazywam przemianę, która dokonuje się w moim ciele, gdy gotuję się do walki. Wcześniej zmieniała się tylko moja twarz: skóra stawała się cętkowana, kości policzkowe wyostrzały się, a oczy zmieniały kolor na czarny. Teraz całe moje ciało staje się kościste, szkieletowe, a paznokcie zmieniają się w ostre szpony. Można by pomylić mnie z krzykaczem śmierci, lecz krzykacze są ogromne, ich pomarszczone, humanoidalne ciała są niemal trzykrotnie większe od ludzkich, nie licząc pazurów długich jak rzeźnicze noże.

- Wszyscy wiedzą! - wrzeszczy kobieta. - Jesteś Deka z Irfutu. Ta, która idąc do walki, wygląda jak krzykacz śmierci wielkości człowieka. Przeklęta córka przeklętych bogiń.

- Nie mów źle o mych matkach - cedzę przez zaciśnięte zęby. O mnie może mówić, co tylko chce, ale Pozłacane dość już usłyszały oszczerstw na swój temat.

W Irfucie kapłani mówili nam, że boginie to tak naprawdę prastare demony, które spustoszyły Oterę, wycinając w pień całe miasta i pożerając dzieci. Nas, alaki, uważano za nieczyste, albowiem byłyśmy ich córkami: w naszych żyłach płynęła ich złota krew, miałyśmy ich siłę i szybkość, i tak jak one byłyśmy długowieczne. Wmawiali nam, że jedynym sposobem, by zasłużyć sobie na czystość - człowieczeństwo - jest pomoc cesarstwu w walce przeciwko krzykaczom śmierci, potworom, które przyciąga nasza krew.

Nie powiedzieli nam, że krzykacze śmierci to tak naprawdę alaki, które po śmierci wracają do życia jako odrażające monstra, by walczyć z dowodzonymi przez jatu ludźmi, którzy chcieli, by potomkowie bogiń wymarli na dobre.

- A kto za to odpowiada? Kto odpowiada za śmierć mojej córki... - Kobieta wskazuje pierwsze ciało od lewej, a ja czuję, że ogarniają mnie mdłości.

Trup jest wyraźnie krąglejszy od pozostałych, włosy ma rozpuszczone. W brodzie widać niewielki dołeczek. W innym życiu to mogłabym być ja. Jeszcze niedawno włosy miałam dłuższe i bardziej kręcone, oczy bardziej błyszczące i ja także miałam dołeczek w brodzie. Później zamieszkałam w południowych prowincjach i wyzbyłam się cech odziedziczonych po człowieku, którego nazywałam kiedyś swoim ojcem - szarych oczu, lekko kręconych włosów, dołeczka w brodzie. Teraz moje oczy są ciemne, włosy noszę zwinięte ciasno na czubku głowy, a moja broda niczym się nie wyróżnia. Jedyne, co pozostało po Dece z Irfutu, to niewysoki wzrost i północny akcent, choć i w nim pobrzmiewa teraz południowy zaśpiew.

Oto, co znaczy być Nuru, jedyną pełnokrwistą córką bogiń: mogę być kimkolwiek zechcę.

Zrozpaczona kobieta drży na całym ciele, z jej oczu płyną łzy.

- Moje biedne dziecko. Nie zrobiła nic złego. Ani raz nie sprzeniewierzyła się Księdze Nieskończonych Mądrości. Ale wtedy nadeszłyście wy z waszymi kłamstwami o wolności i innym życiu dla kobiet. Wystarczyło, że wymówiła twoje imię i wspomniała coś o Pozłacanych, a przyszli po nią kapłani. Zabrali ją. Nawet nie była alaki, jej czystość została udowodniona podczas Rytuału. Oni jednak mówili, że jest krnąbrna. Że zdeprawuje inne. Dlatego ją wzięli. Mnie też chcieli zabrać...

Kolejny raz wskazuje rozdęte ciało muskane nocną bryzą.

- To jest ta obiecana wolność? Gdzie są boginie, które miały bronić mieszkanek Otery? Gdzie one są?

Jej ból jest tak wielki, że wszelkie usprawiedliwienia zamierają mi na ustach.

- Śpią, gromadzą siły, a gdy to nastąpi...

- Jakie to ma znaczenie? - Rozpacz po stracie córki okazuje się silniejsza od strachu, bo kobieta podchodzi bliżej. - Wcześniej istniały zasady. Wiedziałyśmy, jak żyć. Jak przetrwać. Teraz nie ma nic. Przez ciebie nie mam już nic. Przez ciebie jestem niczym. - Pada na ziemię u stóp córki, a jej ciałem wstrząsa niekontrolowany szloch. - Moja córeczka, moje kochane dziecko.

U mego boku Nimita, wysoka, biała krzykaczka przydzielona do naszej grupy, wzdycha z irytacją. Tego dnia towarzyszy nam pięć krzykaczek śmierci, wśród nich jest Katya - niegdyś moja siostra krwi - której najeżona czerwonymi kolcami postać wyróżnia się na tle pozostałych. Ich nie znam tak dobrze i nawet nie próbuję poznać. W ostatnich miesiącach zginęło tylu ludzi, że budowanie bliższych relacji wydaje się czasem bezsensowne.

- Nie mamy na to czasu, czcigodna Nuru. - Głos Nimity przypomina niskie dudnienie.

Jak wszystkie krzykaczki posługuje się językiem powarkiwań i posykiwań, lecz rozumiem ją, jak gdyby mówiła po oterańsku. To kolejna korzyść z bycia Nuru: rozumiem wszystkich potomków Pozłacanych i jeśli chcę, mogę narzucać im swoją wolę.

Odwracam się i spoglądam na nią.

- Co twoim zdaniem powinnyśmy zrobić? Zabić ją i porzucić ciało?

- Zawsze to jakaś opcja. - Podobnie jak w przypadku Pierworodnych, czyli tych alaki, które przyszły na świat w czasie, gdy Oterą rządziły boginie, Nimita jest stworzeniem, które ponad wszystko przedkłada własne interesy. Śmierć i odrodzenie się w ciele krzykacza tego nie zmieniło.

- Nie zostawię jej. - Kiedy uwolniłam Pozłacane z ich więzienia w górach, obiecałam, że będę walczyła o kobiety Otery. Wszystkie, nie tylko alaki. Teraz skupiam uwagę na staruszce. - Nie możesz wrócić do domu, a tutaj jest niebezpiecznie. Jeśli chcesz, mogę kazać cię zabrać do Abeyi, miasta bogiń. Tam będziesz bezpieczna.

- Bezpieczna - syczy kobieta. - Już nigdzie nie jest bezpiecznie. Między wami a Starszym Kadiri - spluwa, wymawiając imię południowego kapłana, który gromadzi armie jatu z całej Otery - nie ma schronienia dla żadnej kobiety.

- A co z wolnością? - Te słowa wyraźnie zaskakują kobietę, szybko więc mówię dalej, powtarzając to, co ponad półtora roku temu usłyszałam od swojej nauczycielki, Białych Dłoni. - W Abeyi możesz robić, co tylko zechcesz, możesz być kimkolwiek zechcesz. Wystarczy, że się tam udasz. - Daję jej chwilę na podjęcie decyzji. - A więc jak, pójdziesz? Czy zostaniesz tu i dasz się pożreć?

Kobieta wysuwa dolną szczękę. A zaraz potem lekko, niemal niezauważalnie kiwa głową. Pójdzie.

- Dobrze więc. - Odwracam się do Chae-Yeong, drobnej, szczupłej krzykaczki z kikutem w miejscu prawej ręki. Została okaleczona, nim jej krew zmieniła kolor na złoty, i odrodziła się bez dłoni. - Wróć z nią do Abeyi. My pójdziemy dalej.

- Ale czcigodna Nuru... - zaczyna Chae-Yeong i zerka na Nimitę, jakby liczyła na jej wsparcie.

Kiedy starsza krzykaczka kręci głową, muszę się powstrzymywać, żeby nie zacisnąć pięści. Może i jestem Nuru, tą, która uwolniła matki i wprowadziła Jedno Królestwo w nową erę, lecz dla Pierworodnych już zawsze będę miała siedemnaście lat - dla nich, które przeżyły niezliczone tysiąclecia, to ledwie mgnienie oka. Jeśli dodać do tego wszystkich krzykaczy śmierci, których zabiłam, nim się dowiedziałam, kim jestem, nic dziwnego, że nigdy mi nie wybaczą. I nigdy mi w pełni nie zaufają.

Dlatego zawsze muszę się wykazywać. Udowadniać swą dominację.

Robię krok w przód.

- Teraz - upieram się, nawet nie patrząc na Nimitę.

- Tak, Nuru. - Chae-Yeong przypada na jedno kolano w geście, do którego zdążyłam się przyzwyczaić, po czym podchodzi do kobiety. - Chodź, człowieku - warczy, chociaż wie, że staruszka jej nie rozumie. Krzykacze śmierci nie mają cierpliwości do ludzi, nie winię ich jednak: trudno być cierpliwym wobec tych, którzy pragną twej śmierci.

- Idź z nią - zwracam się do kobiety. - Nie spotka cię nic złego. Obiecuję.

- Nie. - Kobieta cofa się pospiesznie. Kiedy wzdycham poirytowana, dodaje niemal nieśmiało: - Nie, dopóki nie zostaną pogrzebane. Ja... nie mam siły, żeby je ściągnąć.

Zamieram, czuję, jak ogarnia mnie wstyd. Jak mogłam zapomnieć o tak prostej ludzkiej potrzebie? Przez ostatnie miesiące musiałam się stać bardzo nieczuła, skoro nie przyszło mi do głowy, że matka będzie chciała pogrzebać swoje dziecko.

Kolejny raz spoglądam na Chae-Yeong.

- Najpierw je pochowaj - nakazuję jej cicho. - Później zabierz ją do Abeyi.

- Tak, Nuru. - Chae-Yeong znowu przyklęka.

Kobieta dziękuje mi skinieniem głowy, ale ja idę już dalej, skupiając uwagę na innych. Mam mało czasu i już dość zmitrężyłam go w tym miejscu.

- Ruszamy - rozkazuję, wskazując wieżyczki krwistoczerwonej świątyni wyłaniające się z oparów mgły. - Do Oyomosin.

 

 

 

 

 

 

2

 

 

 

 

Wejście na klif prowadzący do Oyomosin, świątyni nazwanej na cześć Oyomo, fałszywego boga, którego niegdyś czciłam, zajmuje nam trzy godziny. Wspinaczka jest żmudna, bo klif mieści się na szczycie uśpionego wulkanu, a emanujące z kamieni ciepło sprawia, że włosy lepią nam się do głów, a zbroje do ciał. Ja jednak nie zwracam na to uwagi i rozmyślam nad tym, co staruszka powiedziała o aktualnym życiu kobiet w Oterze. Każde jej słowo boleśnie przypomina mi o tym, jak wiele razy zawiodłam, odkąd uwolniłam matki: co z tego, że pokonałam pierwszą armię jatu atakującą ich górę, skoro pojawiają się dziesiątki innych. W ciągu sześciu miesięcy od obudzenia matek jatu powołali pod broń niemal wszystkich mężczyzn Otery zdolnych do walki. Nawet chłopcy, którym ledwie sypie się wąs, nie mogą czuć się bezpieczni.

Nie przejmowałabym się aż tak, gdybyśmy zdobyły Hemairę, symbol władzy jatu, lecz to oni wciąż kontrolują stolicę, której bramy nadal są dla nas zamknięte.

A teraz co tydzień zrzucają z murów kolejną siostrę krwi.

Nigdy dotąd nie widziałam czegoś równie strasznego. Wciąż słyszę krzyki wszystkich tych niewinnych dziewcząt, kiedy spadając z murów, gnają ku śmierci. Jatu wybierają je na chybił trafił z placów ćwiczeń w całej Hemairze. Każdego dnia drżę na myśl, że tym razem będzie to ktoś, kogo znam, lecz nie mogę nic zrobić - przynajmniej na razie. Mury Hemairy rzeczywiście są nie do pokonania, jednak nie z powodów, o których nam mówiono. Coś w nich mieszka - siła, która odstrasza potencjalnych najeźdźców żarem tysiąca płomieni. Mówią o niej "n'goma". Ten tajemniczy przedmiot, artefakt z czasów, kiedy matki władały Oterą, zawiera pozostałości ich ogromnej niegdyś mocy. W całej Oterze jest kilka takich przedmiotów, jednak n'goma jest najpotężniejszym z nich wszystkich. Uwalnia ogniste podmuchy, sprawiające, że intruzowi, który zbliży się do murów, mięso odchodzi od kości. Po tym, jak uwolniliśmy boginie, sama próbowałam kilka razy, lecz n'goma był zbyt silny nawet jak dla mnie.

Mogłam tylko stać bezradnie i patrzeć, jak ciała kolejnych dziewczyn oddzielają się od kości, podczas gdy jatu spoglądali na nie z góry, nieporuszeni ich krzykami. Najgorsze jednak jest to, że Pozłacane, które wzniosły mury Hemairy, nie mogą nic zrobić. Zamknięte w swoim więzieniu przez tysiące lat utraciły wyznawców, których wiarą się karmiły. Nie mogą zburzyć murów ani nawet spuścić na jatu ognistego deszczu, jak robiły to, gdy były u szczytu swojej mocy. Teraz cały czas śpią, chłonąc modlitwy wiernych.

Możemy jedynie negocjować z jatu albo znaleźć sposób, by boginie szybciej odzyskały swoją moc, tak, byśmy mogły uwolnić nasze siostry. Oto, dlaczego tu jestem i wspinam się na szczyt klifu.

Oyomosin wyrasta nade mną - wykuta w ścianie klifu surowa świątynia o posępnych, ostrych krawędziach oświetlonych bladym światłem księżyca. Zwykle można tu wejść tylko jedną drogą, a ta prowadzi przez widoczny nieco niżej skrzypiący drewniany most zwodzony, który kapłani podnoszą na noc, by powstrzymać potencjalnych napastników.

Podczas gdy Belcalis i ja idziemy skrajem skalnej półki ku skrawkowi zieleni wyznaczającemu granicę świątynnych terenów, nerwowy głos Britty niesie się na wietrze.

- Wiecie co? - prycha, wlokąc się za nami. - Nieładnie jest zostawiać swoich towarzyszy z tyłu podczas najazdu.

- Ale przecież - odpowiada Belcalis, której gibka miedzianoskóra postać przemyka pośród skąpych drzew otaczających świątynię - ci towarzysze mogą przeć do przodu jak my wszystkie.

Wskazuje głową Ashę i Adwapę, które razem z krzykaczami śmierci zakradają się na tereny świątyni - milczące cienie przemykające w ciemnościach.

Asha i Adwapa to bliźniaczki o skórze czarnej jak noc i cudownie umięśnionych ciałach. Jedyne, co je różni, to włosy albo ich brak: głowa Adwapy jest tak gładka, że odbija się w niej księżycowy blask, podczas gdy kruczoczarne włosy jej siostry mają upiorny zielony odcień. Zwiadowcy, którzy wyznaczyli nam ścieżkę, wpletli we włosy Ashy mapę Oyomosin razem ze świecącymi w ciemności księżycowymi paprociami, żebyśmy widziały, dokąd zmierzamy. Wpletliby ją w moje włosy, lecz niedawno znów je obcięłam, żeby cieszyć się wygodą, jaką daje krótka fryzura.

Britta odwraca się do Belcalis i warczy:

- Mam krwawienie miesięczne i dobrze o tym wiesz.

- Bliźniaczki też, a jakoś się nie skarżą - odcina się Belcalis.

I rzeczywiście, Asha i Adwapa podchodzą właśnie do dużego okna, którym zamierzamy dostać się do świątyni.

Pospieszcie się - pokazuje na migi Adawapa. Od tej chwili poruszamy się w milczeniu.

Podchodzę prędko do okna i kiwam głową. Wnętrze świątyni spowija upiorny mrok, którego nie rozprasza nawet płomień pojedynczej świecy. Inne okna są równie ciemne, chociaż wiem, że budowla nie jest pusta. Od jakiegoś czasu powietrze wypełniał niski pomruk modlitw, do którego dołączył teraz kolejny, bardziej niepokojący dźwięk: wrzaski. Odbijają się echem od trzewi świątyni, niesione z dymem przesiąkniętym charakterystyczną wonią palonego ciała.

Mięśnie zaczynają mi drżeć. Piwnica... Płynne złoto rozlewające się po podłodze niczym rzeki. Kapłani wywlekający mnie na dalekie pole. Stos pogrzebowy z ułożonym wokół niego drewnem. Skóra pęka, ciało płonie. Ból... tyle bólu!

Ciepła dłoń ląduje mi na ramieniu.

- Mam iść pierwsza, Deka? Zbadać teren?

Podnoszę wzrok i napotykam spojrzenie Britty. W jej niebieskich oczach czai się troska.

- Tak - szepczę, a wstyd niczym rozgrzane do białości żelazo przeszywa mi brzuch.

Minęło przeszło półtora roku, odkąd byłam w tej piwnicy. Półtora roku, podczas którego odkrywałam swoją naturę Nuru, stałam się wojowniczką, pokonałam niezliczone oddziały jatu... W przeciwieństwie do alaki - moich sióstr - jestem naprawdę nieśmiertelna. Nie ma dla mnie ostatecznej śmierci i nawet najgorsze rany nie są w stanie pozbawić mnie życia.

Dlaczego więc nadal ulegam tej jakże ludzkiej słabości?

Tak wiele zależy ode mnie. Moje siostry krwi w Hemairze, moje siostry we krwi i bitwie - wszystkie one czekają na to, by je wyzwolić. Wszystkie kobiety Otery, które karze się za moje czyny... Nie mogę pogrążyć się we własnych uczuciach, muszę być silna. Muszę udowodnić, że zasłużyłam na to, by być jedyną córką, którą matki wybrały, by niosła brzemię ich boskiej spuścizny.

Prostuję ramiona, starając się wyglądać godnie. Kiedy jednak wślizguję się do Oyomosin, ogarnia mnie dziwne, irytujące uczucie: mrowienie tuż pod skórą, będące reakcją na obecność boskiej krwi. Ktoś mnie obserwuje.

Odwracam się i wytężam wzrok, ale korytarz jest zupełnie pusty, nie licząc moich towarzyszek. Nikogo tu nie ma. Tymczasem do mrowienia dołącza inne niepokojące uczucie przytłaczającego ciężaru, jak gdyby wzrok obserwatora kładł się brzemieniem na mych barkach. Ramiona mi drżą. Jedno wiem na pewno - ktokolwiek nam się przygląda, nie jest nam przyjacielem.

To musi być jatu. Oprócz alaki i krzykaczy śmierci są jedynymi mieszkańcami Otery, w których żyłach płynie boska krew. Lecz krzykacz śmierci czy alaki już by się ujawnił, przymuszony do tego subtelną mocą, która emanuje z mojego ciała.

Zerkam za siebie na okno, wypatrując błysku czerwonej zbroi noszonej przez jatu. Widzicie kogoś? - pytam swoje towarzyszki w języku bitewnym.

Moje przyjaciółki natychmiast rozchodzą się po sali, czujne i skupione. Nic się jednak nie porusza.

Nie - pokazuje Adwapa. Niczego tu nie ma.

Marszczę brwi i jeszcze raz rozglądam się dookoła. Może to tylko wytwór mojej wyobraźni. Nie pierwszy raz zdarzyłoby się, że zmysły płatają mi figle. Mój umysł bez przerwy skupia się na nieistotnych rzeczach, by nie wracać do bolesnych wspomnień. Mimo wszystko, idąc w głąb korytarza, nie tracę czujności. Zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że się mylę.

 

 

Im dalej się zapuszczam, tym ciemniejsze i bardziej przytłaczające staje się wnętrze świątyni. Pełgające płomienie pochodni tworzą na kamiennej posadzce upiorne cienie, ukryte przejścia prowadzą nie wiadomo dokąd, a zdobiące ściany geometryczne rzeźby tworzą przyprawiające o zawrót głowy kształty, które łączą się ze sobą. Być może Oyomo był pierwotnie czczony w Oterze jako bóg słońca, lecz jest także bogiem matematyki, a to znaczy, że wszystkie jego świątynie wybudowano z zastosowaniem świętej geometrii. Oyomosin nie jest wyjątkiem. Każdy kamień, każda belka wokół nas jest modlitwą, podobnie jak te, które wykrzykują teraz kapłani.

Nadchodzą - pokazuje Katya, w miarę jak odgłosy kroków przybierają na sile.

Pospiesznie przywieram do ściany i tkwię w bezruchu tak, że nawet moje serce zaczyna bić wolniej. To jedyny środek ostrożności, jedyny, który muszę podjąć, zważywszy na to, że kapłani w Oyomosin są ślepi. Gdy przyjmują święcenia, wyłupiają sobie oczy na chwałę Oyomo. To dlatego świątynia tonie w mroku, a kapłani noszą maski ze z grubsza kutego złota bez otworów na oczy.

Na szczęście nie wyczuwają naszej obecności, gdy idąc w głąb korytarza, wyśpiewują pieśń na chwałę Oyomo i światła, którym rozświetla mroki świata.

Gdy nas mijają, daję znak pozostałym. Teraz, szybko - pokazują moje ręce.

Moje towarzyszki podążają za mną ciemnymi, niekończącymi się korytarzami Oyomosin, w głąb których wiedzie nas mapa Ashy. W końcu zatrzymujemy się przed masywnymi drzwiami w samym sercu świątyni. To zza nich dobiegają krzyki - symfonia bólu i wściekłości, która odbija się echem od kamiennych ścian. Gdy odwracam się do swych sióstr, te w milczeniu kiwają głowami.

To tam, za tymi drzwiami jest więziona.

Melanis. Światło Alaki.

 

 

 

 

 

 

3

 

 

 

 

Nawet gdy płonie żywcem, Melanis wciąż jest przepiękna.

Zerkam na nią przez szczelinę w ciężkich drewnianych drzwiach, na jej połyskliwe czarne włosy, widoczne między płomieniami, i ciało, które choć powykręcane z bólu, nadal pozostaje gibkie i pełne gracji. Dawno, dawno temu Melanis była znana jako najpiękniejsza alaki w całej Oterze. Była jedną z czterech królowych wojny, najpierwszym z Pierworodnych dzieci Pozłacanych i ich najpotężniejszych generałów. Podobnie jak Matka Beda, również miała białe skrzydła o złotych czubkach, na których wzbijała się w powietrze, a jej skóra zdawała się emanować boskim światłem. Ludzie śpiewali pieśni na jej cześć i rzucali jej do stóp kwiaty. Nazywali ją Światłem Alaki.

Ale to było kiedyś.

Teraz oczy Melanis, przyrównywane niegdyś do przejrzystych sadzawek, są wypalonymi jamami pełnymi mroku. Jej usta, niegdyś sławione za ich różaną barwę, przypominają wypalony węgiel drzewny, a złocistobrązowa skóra łuszczy się i odchodzi płatami. Po skrzydłach i niebiańskim blasku nie pozostał nawet ślad: zniknęły, tak jak zniknęły wszystkie boskie dary, które dawno temu matki ofiarowały swoim dzieciom, i obróciły się wniwecz. Alaki zwana niegdyś Melanis Świetlistą to teraz płonąca i rozwrzeszczana wijąca się postać, leżąca na ołtarzu z wydrążonego kamienia, wybudowanym nad kotłem z magmą. Od tysiąca lat łańcuchy z niebiańskiego złota trzymają ją rozciągniętą nad płomieniami, podczas gdy srebrzyste światło księżyca spływa na nią z wieńczącej sufit szklanej kopuły.

Krążący wokół niej kapłani w złotych maskach intonują kolejne modlitwy. Zdają się nie zauważać panującego w komnacie nieznośnego gorąca i raz za razem wlewają do jamy święty olej, który karmi płomienie, tak że te strzelają jeszcze wyżej. Smród palonego ciała przybiera na sile, a ja czuję, że moje mięśnie tężeją. Zamykam oczy i kolejny raz skupiam się na naszyjniku, który podarowały mi matki. Opada mi na pierś niczym strażnik, utkany z delikatnych nici niebiańskiego złota, które splecione razem tworzą setki maleńkich gwiaździstych kwiatów, te zaś układają się w lekką, niemal nic nieważącą kolczugę.

Pozłacane stworzyły go z własnej krwi - to symbol ich miłości. Ludzkie miecze nie są w stanie go zniszczyć ani nawet uszkodzić, tak jak nie są w stanie zabić matek. Płynie w nim boska moc, która nieustannie podnosi mnie na duchu. Teraz to wsparcie bardzo mi się przyda. Odór palonego ciała jest zbyt ciężki, zbyt przytłaczający. Wraz z nitkami dymu ulatuje przez szczelinę w drzwiach. Czuję ucisk w piersi, oddycham z trudem. Kolejny raz staram się skupić na naszyjniku i zwalczyć gęstniejący mrok, aż...

Czyjeś usta przy moim uchu szepczą łagodnie:

- Jesteśmy na miejscu, Deka.

Belcalis.

 

 

Chociaż nie lubi dotykać innych, otacza mnie ramionami i przyciska mnie do siebie. Użycza mi swojej siły. Z naszej grupy ona jedna doświadczyła podobnych koszmarów jak ja, więc wie, jak to jest, kiedy wspomnienia biorą nad tobą górę i czynią cię niewolnikiem własnego umysłu. Jej ramiona zaciskają się wokół mnie, mój oddech zwalnia. Jestem bezpieczna. Z siostrami krwi u boku zawsze jestem bezpieczna.

Kiedy oddycham już normalnie, uwalniam się z jej objęć i zerkam na pozostałe. Gotowe? - pokazuję w języku bitewnym.

Kiwają zgodnie głowami. Gotowe - mówią ich spojrzenia.

Kopnięciem otwieram drzwi.

Najwyższy kapłan - wysoki ciemnoskóry mężczyzna z laską zakończoną kuru, symbolem słońca Oyomo - odwraca się w naszą stronę i przechyliwszy głowę, nasłuchuje naszych kroków. Chwilę później wywarkuje jedno jedyne słowo:

- Alaki.

Kapłani zaczynają uderzać w posadzkę swoimi laskami. Ów dźwięk wibruje w całym moim ciele, a z moich ust dobywa się syk. Wiem, co robią. Tak samo zachowują się małpoptaki, kiedy szukają insektów w pniach drzew.

- Próbują nas namierzyć! - wołam. - Rozproszcie się!

Moje towarzyszki reagują w ostatniej chwili. Kapłani nacierają jednocześnie; ich laski wirują, rysując w powietrzu groźne wzory. Każdy z nich wydaje się bezwzględny, silny - są ode mnie znacznie wyżsi i lepiej zbudowani, być może właśnie dlatego zostali wybrani, by strzec Melanis. Ale nawet teraz się nie boję - nie tak jak kiedyś.

Nie dalej jak rok temu widok uzbrojonego mężczyzny by mnie przeraził. Na samą myśl o tym, co mógłby mi zrobić jeden z nich, kuliłabym się i drżała. Teraz widzę jedynie chaos w szeregach kapłanów - niezdarny sposób, w jaki trzymają laski, jakby jeszcze nigdy nie mieli okazji użyć ich w bitwie. To nie są doświadczeni wojownicy, którzy zjedli zęby na wojaczce. To zwykli mężczyźni, którzy poświęcili swe życie służbie Oyomo, by utrzymać istniejący porządek.

Nie zamierzam ich jednak bagatelizować. Wszak to zwyczajni mężczyźni torturowali mnie w piwnicy w mojej rodzinnej wiosce i to oni raz po raz pozbawiali mnie życia, aż pojawiła się Białe Dłonie i wyrwała mnie z ich szponów. Nie ma nic gorszego od zwyczajnych mężczyzn.

Dobywam mieczy i wybiegam im na spotkanie. Wytnijcie ścieżkę - pokazuję Britcie i pozostałym. Ja zajmę się Melanis.

Zrozumiałam - odpowiada gestem Britta, a zaraz potem wpada z impetem w pierwszy szereg kapłanów. Pozostałe dziewczęta idą za jej przykładem.

Ja skupiam się na Melanis, podczas gdy moje długie, płaskie miecze tną i siekają, wyrzucając w powietrze krwawą mgiełkę. Dzieli mnie od niej szerokość dłoni, płomienie wciąż trawią jej ciało. Za każdym razem, gdy na nią patrzę, jak szarpie się w łańcuchach, mój gniew wynurza się na powierzchnię... podobnie jak wspomnienia własnego stosu. Cały ten ból, niekończące się katusze...

Spalenie mnie było jednym z wielu sposobów, w jakie Starszy Durkas i reszta wioskowej starszyzny próbowali mnie zabić po tym, jak odkryli, że jestem alaki, i uwięzili mnie w świątynnej piwnicy. Podjęli dziewięć prób, nim pogodzili się z porażką - truli mnie, ścinali, topili, rozczłonkowywali. A przez cały ten czas mój ludzki ojciec, człowiek, którego krew - jak wierzyłam - płynęła w moich żyłach, stał z boku i nic nie zrobił. Oczywiście wtedy, gdy sam nie ścinał mi głowy.

Jego twarz staje mi przed oczami, szara i wydrążona, przez co ogarnia mnie chłód. Zmuszam się, by stawiać kolejne kroki, i zaciskam zęby, gdy szczęk metalu zagłusza wszystkie inne dźwięki.

Następne markowane ciosy, parowania i pchnięcia. Wokół mnie kolejni kapłani upadają na posadzkę. Powoli, lecz nieubłaganie ogarnia mnie bitewna euforia - ten stan całkowitego skupienia, gdy minuty umykają niczym sekundy, a godziny mijają w mgnieniu oka. Widzę jedynie moje miecze i upadające pod ich ciosami ciała. Wypełnia mnie euforia, gdy moje ciało staje się ostrzem, dokładnie tak, jak uczyła mnie karmoko Huon, moja pierwsza nauczycielka walki. Minuty się zlewają, czas staje się rozmazaną smugą potu, krwi i ciał.

I nagle jestem przy niej.

- Melanis...

Wisi bez ruchu nad paleniskiem. Teraz, kiedy kapłani nie podsycają ognia z kaldery, płomienie są niższe i nie sięgają jej ciała, tak jak robiły to jeszcze chwilę temu. Właściwie są tak niskie, że dostrzegam coś, na co wcześniej nie zwróciłam uwagi: ciało Melanis emanuje bladym, migotliwym, białym blaskiem, jakże innym od koloru płomieni. Patrzę na nie z rozdziawionymi ustami. Jeszcze nigdy nie widziałam czegoś takiego, nawet gdy wchodzę w bitewny trans i widzę białą, lśniącą istotę wszystkich rzeczy.

Co dziwniejsze, Melanis nie jest pogrążona w złotym śnie - na jej ciele nie widzę złocistej powłoki, która pokrywa skórę alaki, gdy doświadczają prawie-śmierci. Ale przecież Melanis jest Pierworodną. Zabicie jej nie jest tak proste jak zabicie alaki.

Nic dziwnego, że kapłani piekli ją żywcem przez ostatnie tysiąc lat.

Na myśl o tym kolejna fala złości przetacza się przez moje ciało.

Na moje skinienie głowy Katya i Belcalis podbiegają, by ostrożnie zdjąć Melanis znad płomieni. Łańcuchy grzechoczą przy każdym ruchu. W chwili, gdy ściągają ją z ołtarza, z gardła Melanis wyrywa się krzyk, a jej ciało szarpie się z bólu, lecz nie walczy i mam wrażenie, że w ogóle nas nie dostrzega. Jest zagubiona we własnym świecie, w którym tkwi prawdopodobnie od dnia, kiedy została zakuta w tej koszmarnej świątyni.

Tak właśnie działają tortury.

Katya ostrożnie otula Pierworodną peleryną, by ugasić płomienie. Gdy to robi, odór spalenizny nasila się i mam wrażenie, że całe moje ciało się zaciska. Zaczynam liczyć, co w chwilach takich jak ta przynosi mi ukojenie. Raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy. To nie moje ciało sprawuje kontrolę, tylko ja.

Ja sprawuję kontrolę... Zaciskam pięści tak mocno, że paznokcie niemal przebijają mi skórę. To jednak wystarczy, żebym skupiła się na tym, co tu i teraz.

Kiedy przestaję się trząść, powoli klękam przed Melanis i robię płytkie nacięcie na wewnętrznej stronie dłoni. W zagłębieniu zbiera się złota krew, którą rozsmarowuję na łańcuchach. W chwili, gdy stykają się ze sobą, ogniwa łańcuchów topią się z sykiem. Niebiańskie złoto wykonane jest z ichoru, boskiej krwi, zaś moja krew to jedyne, co może ją zniszczyć. Oto jeden z powodów, dla których zostałam stworzona: by zniszczyć ichor, który od tysięcy lat więził Pozłacane w świątyni, którą nazywają teraz swoim domem.

Moja krew jest antidotum na ichor: topi boską krew wszędzie tam, gdzie wykorzystali ją jatu, by uwięzić takie jak my.

Tymczasem Melanis zdaje się nie zauważać, że jest wolna, jest nieświadoma tego, co się wokół niej dzieje, kuli się w fałdach peleryny. Czuję, jak coś we mnie tężeje. Pamiętam, jak to było, gdy sama tak bardzo skupiałam się na własnej niedoli, że nie zwracałam na nic uwagi.

Nachylam się ku niej, tak blisko, że gdyby wyciągnęła rękę, mogłaby mnie dotknąć.

- Szacowna Królowo Wojny, Melanis - mówię, próbując zwrócić na siebie jej uwagę. - Jestem Deka, zrodzona z bogiń Nuru, twoja młodsza siostra. Przysłały mnie tutaj matki, Pozłacane. Przybyłam zabrać cię do domu.

Moje słowa nie docierają do niej od razu. W końcu jednak Melanis mruga powoli, odwraca się w moją stronę i zwraca ku mnie wypełnione wodnistym białym płynem oczodoły, w których były niegdyś jej oczy.

- Jesteś zjawą? - pyta chrapliwie, poruszając poparzonym, opuchniętym językiem.

Kręcę głową.

- Naprawdę tu jestem. - Podchodzę bliżej i przysuwam dłoń do jej rozgrzanego policzka, tak by nie dotknąć łuszczącej się, poparzonej skóry.

Pod nią tworzy się już nowa, wygojona. Krwawienie ustaje, rany się zasklepiają. Oto moc Pierworodnej. Moc, o której młodsze alaki, których krew została rozrzedzona przez lata krzyżowania, mogą tylko pomarzyć.

- Jestem prawdziwa - szepczę i przysuwam się jeszcze bliżej, tak by poczuła moją obecność.

Biedna Melanis. Jakże cierpiała przez te wszystkie lata. Na samą myśl o tym pęka mi serce. Kto by pomyślał, że spotka ją taki los.

Jako druga ze wszystkich Pierworodnych - ta, która przyszła na świat niemal zaraz po Białych Dłoniach - Melanis jest jedną z najbardziej umiłowanych alaki, jakie kiedykolwiek chodziły po świecie. Tylko jej jednej matki ofiarowały skrzydła w uznaniu dla jej dobrotliwej i inspirującej natury. Przez wieki jej złoty blask był niczym latarnia morska, która przyświecała innym alaki na polu bitwy, jak światło zwiastujące chwałę matek. Jedno spojrzenie na nią wystarczało, by całe armie opuszczały broń i dołączały do Pozłacanych.

Teraz, kiedy boginie są osłabione, rola Melanis jest jeszcze ważniejsza. Jest żywym symbolem alaki - samo jej pojawienie się przekona innych, by przyłączyli się do naszej sprawy, tak jak to było wieki temu. Więcej wyznawców oznacza zaś więcej modlitw do matek, którymi karmią się, by odzyskać pełnię władzy.

Melanis, oczywiście, nie ma o niczym pojęcia, gdy zbliża twarz do mej dłoni. Łzy spływają po jej policzkach, mieszają się z krwią.

- Jesteś tutaj. Nuru. Naprawdę przyszłaś, tak jak obiecywały matki - mówi i zanosi się szlochem.

Jedna z jej łez jest tak mała, że zauważam ją tylko dlatego, iż w jej środku tkwi uwięziona kropla krwi. Przypomina lśniącą kroplę rosy, która spada na moją skórę. Czuję się jak rażona piorunem, coś szarpie moim ciałem, moje żyły sypią iskrami.

I tak po prostu nagle jestem gdzieś indziej.