Niezły numer. czyli dziewczyny w białych tenisówkach - Jakub Porada

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 4Skamandryci w tomacie

Jeśli człowiek chciał się napić na KSM-ie w latach osiemdziesiątych, najbliżej miał do baru przed Niemcem, jak nazywano supersam z uwagi na budowniczych rodem z NRD. W Blaszaku trzeba jednak było płacić marżę, a spod samu nieletnich amatorów alpagi przeganiali nadgorliwi dorośli. Na szczęście Soszka odkrył, że po drugiej stronie ulicy Chopina jest park, którego ławeczki znakomicie nadają się na biesiady. A ponieważ alejki wraz z żywopłotem tworzyły sielski krajobraz, miało się wrażenie bycia na łonie natury. Benek nosił więc tam z Soszką chętnie dwa wina z plastikową zatyczką. I taniej, i bezpieczniej niż na rakiecie, gdzie libacja kończyła się najczęściej spisaniem przez milicję.

Benek upierał się, żeby siadać na ławce pod żywopłotem, Tomasz wolał miejsce na wolnej przestrzeni. W każdym razie teren był na tyle rozległy, że nie siedzieli pod balkonem i można było spokojnie porozmawiać. A widok pijących był tak powszechny, że jeśli zachowywali się spokojnie, nikt się nie czepiał. Ławka była najlepszym miejscem do picia.

Z kolei najlepszym trunkiem było wino. Owocowe słodkie, pospolite z kapslem i bardziej wykwintne z plastikową zatyczką, robione na wiśniach, jabłkach i truskawkach. Torreador, Drink Nadwiślański i Lipa z Miodem, na którą Marynarz, jak miał dobry humor, mawiał "cipa z miodem". Kosztowały niewiele, a miały potężnego kopa. Lepsze od wódki, bo ta była droga i ohydna w smaku. Kiedy Benek próbował wmusić w siebie kolejny kieliszek, przełyk odmawiał mu posłuszeństwa.

O wiele lepiej wchodziło piwo, ale było trudne do zdobycia. Jeśli pojawiało się w Blaszaku, to zaledwie na kilka godzin. Około piątej po południu, kiedy Benek był po lekcjach, rzadko coś zostawało. Wino stanowiło rozsądną alternatywę, uruchamiało ocean wyobraźni i, jak pisał Himilsbach, wprowadzało baśniowy nastrój. Dzięki niemu rodziły się pomysły, wizje i teorie. Jeśli miało się długopis i zeszyt, warto było je zapisywać, żeby nie uciekły. Dwa wina to była doskonała miara na popołudnie.

Benek nigdy nie miał kubeczka, bo i skąd. Pili z Soszką na zmianę z gwinta po odstrzeleniu plastikowego korka. Benek brał drobne łyki, ocierając dokładnie ustnik, z kolei Soszka lubił zamieszać butelką przed kolejnym haustem. W oczekiwaniu na swoją kolej zapalał papierosa podkradzionego ojcu. Benek nie palił, ale dym mu nie wadził. Uwielbiał za to gadać, podobnie jak Tomasz. O wszystkim, co miało jakikolwiek związek z kulturą. Film, książka, muzyka, teatr, wydawało się, że nie ma dziedziny, która pozostawiała ich obojętnymi. Od architektury krajobrazu do dramatów Gombrowicza, od historii malarstwa do pism Heideggera. Tych ostatnich żaden z nich nie widział na oczy, ale opisy w "Literaturze na Świecie", którą Soszka prenumerował, były przetłumaczone czytelnym językiem. Najczęściej jednak spierali się o... poezję.

Tomasz wolał futurystów. Podobały mu się też mocne zadęcia Kazimierza Wierzyńskiego, brzmiące ostro jak Manifest szalony.

Precz z poezjami! Z duszą tromtadrata!

Niech żyją bzdurstwa, bujdy, banialuki!

Dosyć rozsądku! Wiwat trans wariata!

Życie jest wszystkim! Nie ma żadnej sztuki!

Nauczył się tego fragmentu na pamięć i recytował go radośnie w stanie wskazującym na spożycie.

- Ty słyszysz, jak to brzmi? Ty widzisz, jak to jest napisane? Siedem wykrzykników w jednej zwrotce. Nieźle, kurna, nieźle.

- No, może być - Benek też był pod wrażeniem. Opanowało go szaleństwo skamandrytów, choć nie każda postać z grupy podobała mu się jednakowo. Cenił Iwaszkiewicza, mniej podobał mu się Słonimski. Podobnie jak Tomasz najbardziej jednak poważał Wierzyńskiego i jego wyskokowo-alkoholowe przyśpiewki.

Jestem jak szampan, lekki, doskonały,

Jak koniak mocny, jak likier soczysty,

Jak miód w szaleństwie słonecznym dostały

I wyskokowy, jak spirytus czysty.

Marzył o tym, żeby znaleźć w Kielcach knajpę, która będzie działała podobnie jak słynny warszawski lokal Pod Picadorem na Nowym Świecie 57. Pić, gadać i żyć. Po pierwsze siła, po drugie optymizm. Podobnie jak skamandrytów fascynował go tłum. Pomiędzy ludźmi Benek czuł się szczęśliwy. Miał ochotę z każdym z nich porozmawiać, każdemu uścisnąć prawicę. Na trzeźwo nawet by na nich nie spojrzał.

- Tomasz, alkohol dodaje mi odwagi.

- Normalne - Soszka kiwał głową.

- Ale dlaczego na trzeźwo nie chce mi się z nimi gadać? A po winie wszystko mnie interesuje?

- Tak to jest, wino pobudza ci receptory.

Benek też kiwał głową, patrząc na park zachwyconym wzrokiem. Kiedy miał w sobie dawkę alkoholu, czuł, że może góry przenosić. Kompletnie znikała jego wrodzona nieśmiałość. Mógł rozmawiać z każdym i na każdy temat. Dlatego tak go ciągnęło do knajpy. To była apteka dwudziestego wieku.

Niestety knajpy były albo dla eleganckiej klienteli, albo dla żuli, w każdym razie dla klientów pełnoletnich. Zresztą Benek z Soszką i tak nie mieli kasy na majonezy. Fajnie było posiedzieć w knajpie, ale to na ławce rodziły się najlepsze pomysły. Zwłaszcza że gadanie było fajne, twórcze, bo każdy odbierał dzieło inaczej.

Benek uwielbiał te parkowe dyskusje wzmocnione winem. Nie musiał pić, żeby interesować się literaturą. Interesował się jednak mocniej, kiedy osiągał stan zadęcia procentowo-literackiego, podobnie jak lubił czytać o pisarzach, poetach, wszelkiej maści wykolejeńcach. Alkohol wydawał się uzupełnieniem twórczej pracy, lekarstwem na banał dnia.

Po takich nasiadówkach wracał do domu na bani, nie musiał się jednak specjalnie przejmować. Jeśli tylko dotarł bezpiecznie do pokoju, mógł być pewien, że nie spotkają go wymówki. Ojciec opuścił rodzinę dekadę wcześniej, a matka była najczęściej w pracy albo odsypiała zmianę. Poza tym prowadziła bardzo towarzyski tryb życia, więc dom był pełen gości. W podziękowaniu za lokal zawsze przynosili jakąś butelkę. "No to co? Prywatkę robimy?" - zacierali ręce już od progu. Głosy przenikały przez cienkie ściany jak przez tubę. Nie dało się ich nie słyszeć.

Po chwili spod zamkniętych drzwi zaczynał wydobywać się dym. Benek zasłaniał wtedy głowę poduszką. Nie lubił hałasów w trakcie zasypiania. I nie wiedział, jak sobie z tym poradzić. Dlatego następnego dnia z ulgą wracał do parku. Tam się czuł swobodnie. Zwierzył się nawet Tomaszowi, że zaczął pisać pamiętnik. Chętnie czytał też wspomnienia innych, widząc z zadowoleniem, że wspominają o dzienniku czy pamiętniku jako dobrej literackiej szkole.

- "Były takie czasy, kiedy ludzie mieli w zwyczaju często zwracać się do siebie samych i nie krępowali się notować swoich wewnętrznych pertraktacji myślowych - czytał na głos sentencję, którą znalazł w lekturze. - Dzisiaj natomiast prowadzenie dziennika uważa się za pewien rodzaj pobłażliwości wobec siebie, za słabość i rzecz w złym guście".

- Czyje to? - Soszka oderwał zębami zatyczkę z kolejnej butelki.

- Saula Bellowa.

- Nie znam - tym razem w Blaszaku rzucili wino Sierra. Brzmiało egzotycznie, dopóki Benek nie przeczytał, że zrobiono je w Sieradzu.

- A powinieneś. Powinieneś czytać wszystko, co amerykańskie i rosyjskie. Oto Stan zawieszenia - wyciągnął książkę z teczki. - O facecie, który czekając na pójście do wojska, dokonuje bilansu życia.

- Ja jestem na etapie Tołstoja. Aleksieja - zaznaczył Soszka, przytykając do szyjki. Tym razem w Blaszaku pojawił się rarytas, Miętówka Sandomierska z Zakładów Przemysłu Owocowo-Warzywnego w Dwikozach. Perła. - Droga przez mękę to najlepsza książka o rewolucji, jaką kiedykolwiek czytałem. Lepsza od Cichego Donu Szołochowa, którego zresztą Szołochow nie napisał.

- No i MacLean.

- Alistair MacLean?

- No mowa. To jest mocarz - Soszka mlasnął z lubością. - Tylko dla orłów.

- No - zgodził się Benek - i Forsyth.

- Psy wojny, wiadomo.

O literaturze mogli rozprawiać bez końca. I jak zwykle o dziewczynach, to był niemal żelazny punkt programu. Zwłaszcza że książki były łatwiejsze do zdobycia. Benek wolał dziewczyny szczuplejsze, Soszka te, które miały czym oddychać. Przechodził od górnolotnej poezji do prozy życia. W prostych słowach opisywał Aldonę z bloku obok, która - jak twierdził - sutki miała takie, że można nimi wykręcić numer telefonu. Aldona jednak była świadoma walorów i nie zadawała się z nikim z podwórka, podobno miała bogatego chłopaka na Uroczysku.

Zupełnym przeciwieństwem była Donata. Dziwne imię, Benek nigdy go nie słyszał. Wcześnie zaszła w ciążę i pałętała się po KSM-ie z wózkiem. Była znana większości bywalców Mikrusa. Za panieńskich czasów miała wielu adoratorów, teraz nikt się do niej nie przyznawał. Do żeniaczki ani opieki w roli ojca zastępczego. Starsi koledzy mawiali, że jak nie uważała, jak robi, to niech teraz robi, jak uważa.

Na KSM-ie nie było miejsca na czułość czy opiekuńczość. Liczyła się tylko teraźniejszość, dzień dzisiejszy, a jeśli można w ogóle mówić o jakimś planowaniu przyszłości, to wszyscy wiedzieli, że nie chcą jej planować z Donatą. Także Benek, zwłaszcza że po pijanemu zatracał zdolność planowania. Mogłoby dojść do czegoś, czego nie dałoby się cofnąć. Donata mogłaby chcieć iść do łóżka, a po przebudzeniu okazałoby się, że życie jest udupione. Tak kombinował, mimo że w łóżku jeszcze z żadną kobietą nie był. Ale na wszelki wypadek wolał nie zbliżać się do Donaty, jeśli miał w sobie odrobinę alkoholu. Co innego Aśka, główny cel sił i starań. Niestety przerastała Benka o głowę. Pocieszała go, że wzrost nie ma dla niej żadnego znaczenia, ale Kleks skomentował to w sposób nie zostawiający wyboru.

- Frajerze, jak wy będziecie razem chodzić? Przecież jak ona jest o tyle wyższa, to nawet nie wiadomo, jak ją chwycić wpół. A poza tym chłopaki na mieście będą się z ciebie śmiali.

- Nic nie bój, ona sobie to dokładnie obliczy. W końcu jest córką matematyka.

- Pewnie dlatego jest nieobliczalna.

- Spadaj - Benek odciął się z wdziękiem, ale niepokój pozostał. Może faktycznie, jak mówił Kleks, gorzkie prawdy z trudem się połyka, za to później korzystnie się odbijają. Aśka była za duża. Ale postanowił nie zwracać na to uwagi.

Kleks miał opinię na każdy temat. I twierdził, że każda dziewczyna nadaje się tylko do jednego. Powiedział mu to starszy kolega o znamiennym przezwisku Ruchacz.

- Nieprawda - przyszedł z pomocą Bobson. - Ja chodziłem wiele razy z dziewczynami wyższymi od siebie i nigdy nie było żadnych problemów.

- Bujać to my, ale nie nas. Zresztą, która by cię chciała - Kleks jak zwykle bywał okrutny. Bobson zaczerwieniał. Kleks był dużo silniejszy, więc nie mógł mu powiedzieć, że go trafi. Mimo to nie składał broni.

- Możesz nie wierzyć, mam to gdzieś. A poza tym zapytaj Małego. Od niego każda jest wyższa i jakoś nie ma problemu.

- Mały to co innego. Może wyjątek, ale potwierdza regułę. Laska nie może być wyższa od faceta. I już - Kleks kolejny raz udowodnił, że wszystko ma przemyślane. Tego dnia rozbawił nauczycielkę w szkole pytaniem:

- Proszę pani, mogę zgłosić nieprzygotowanie?

- Nie.

- A to nie zgłaszam.

Uratował się od dwójki z matmy, więc poczuł wiatr w żaglach. Mówił tak apodyktycznym tonem, że nie było miejsca na wątpliwości. Mimo to Benek nie wiedział, jaką podjąć decyzję. Zależało mu trochę na Aśce, ale nie zależało na śmieszności.

- No to mam chodzić, czy nie chodzić?

- Można chodzić - zawyrokował Bobson - ale ostrożnie. Jakby się okazało, że nie pasuje coś, wiej gdzie pieprz rośnie.

Tego samego dnia wieczorem Benek siedział z Aśką na murku przy basenie na Piecka. Rozmawiali o Fitzcarraldo Herzoga, z Klausem Kinskim, który leciał w nocnym kinie. Benek udawał, że się przejmuje losem szaleńca, który chciał postawić operę w amazońskiej dżungli, ale to była przykrywka. Nie miał zielonego pojęcia, co robić. Chyba powinienem ją teraz pocałować, pomyślał. Może ją jednak najpierw obejmę.

Aśka przytuliła się do niego. Teraz opowiadała o wakacjach i gdzie ma zamiar pojechać na obóz żeglarski. Benek czuł, że ogarnia go panika. Pierwszy krok zrobiony, ale trzeba iść za ciosem. Grzecznie potakiwał Aśce i czekał na właściwy moment. Obserwował z bliska twarz dziewczyny, której usta szczebiotały o grze aktorskiej Klausa Kinskiego. A on myślał, jak ją przesunąć, żeby głowa znalazła się naprzeciw jego twarzy. W końcu zaśmiał się nerwowo i zbyt gwałtownie.

- Aż tak cię to bawi? - Aśka spojrzała z wyrzutem. - Trochę dziwne poczucie humoru. Śmiać się, że mnie pogryzł pies.

Okazało się, że z filmu przeszła płynnie na historię prawie mrożącą krew w żyłach, kiedy została napadnięta przez bezpańskiego czworonoga, którego określała mianem owczarka cygańskiego.

- Ależ skąd - Benek musiał szybko reagować. - Ja się nie śmieję z tego, tylko że taka jesteś dzielna.

- Wcale nie jestem. Bałam się, jak sto diabłów.

- Najdzielniejsi ludzie się boją. A ty jesteś bardzo dzielna.

Aśka rozchmurzyła się i spojrzała Benkowi prosto w oczy. Teraz. Lepszego momentu nie będzie. Benek złapał ją ręką z tyłu głowy i delikatnie przyciągnął do siebie. Dotknął ustami. "Jezu, chyba się zaraz rozsypię z nerwów". Pocałował zamknięte wargi, które natychmiast się rozchyliły. Jezu.

Na to nie był przygotowany. Umiał się całować tylko z zamkniętymi. I wiedział, że to za mało. W te wakacje przekonał się o tym na własnej skórze. W piwnicy w bloku przy Mazurskiej koledzy nierozłączki, Goofi i Steyr, zrobili klub, miejsce do słuchania muzyki i nasiadówki. Gwoździem wieczoru była gra w butelkę. Wybierający kręcił zawzięcie flaszką po winie, modląc się, żeby szyjka wskazała na urocze dziewczę, a nie paskudnego paszczura. Tak się składa, że w piwnicy były przedstawicielki obu rodzajów, zwane pieszczotliwe Barbie Gosia i Beatka Paskuda. Oczywiście głośno nikt tak nie mówił, ale pseudonimy były wystarczająco wyraziste, żeby wiedzieć, na kogo NIE wolno trafić. Gdyby ktoś miał wątpliwości, rozwiewał je Kleks. Do Beatki zwykł mawiać:

- Beatka, a tobie ktoś mówił, że jesteś piękna? Nie? No patrz, do jakiego stopnia są wszyscy szczerzy.

Beatce pewnie było przykro, ale mówiła tylko, że jest kawałem chama. To z kolei zupełnie nie przeszkadzało Kleksowi. Teraz go nie było, więc Beatka Paskuda wpatrywała się chciwie w butelkę, czekając jak pająk w sieci na ofiarę. W końcu padnie na nią, nie ma siły - Benek myślał zapobiegawczo i miał tylko nadzieję, że nie będzie po drugiej stronie denka. Na razie dzieliło go jeszcze kilka kolejek.

- Ślepy los. Na kogo wypadnie, ten się całuje - Benek uśmiechnął się z przymusem.

ROZDZIAŁ 2Ustasze miłości

Droga na KSM wyglądała tak samo jak przed wiekami. Od czasu, kiedy Benek biegał po ruchliwej arterii do szkoły, upłynęło kilkadziesiąt lat, ale niewiele się zmieniło. Tyle że kiedyś to był koniec świata. Teraz Benek szedł ze słuchawkami na uszach i nie mógł uwierzyć, że to tak blisko. Wystarczyło minąć Kieleckie Centrum Kultury, zwane Kacekiem, potem pomnik pszczoły, postawiony przez miejscowy związek pszczelarzy, i przejść koło Winnicy, restauracji z ukraińską kuchnią. Z Zagórskiej zniknął pewex ze sprzętem za bony towarowe i butik z zagranicznymi ciuchami, przybyło za to sklepów z alkoholem. Do tego skansenu pasowała nowoczesna muzyka. Benek wcisnął play.

Anoraak. Inna epoka niż New Order, ale podobne emocje. Do tego umiłowanie elektroniki, w sposób niewrażliwy, taki jak potrafiło tylko kilka zespołów. Może Pet Shop Boys i właśnie Anoraak. Szczególnie piosenka Above Your Head.

Benek znalazł informację, że Anoraak to pseudonim Thomasa Marsa, męża Sofii Coppoli. Lubił jej filmy, podobała mu się platoniczna miłość podstarzałego aktora w Między słowami. Ale to Somewhere. Między miejscami poruszało go do głębi, a samotność bohatera, którą obserwował z wygodnego fotela warszawskiego kina, bolała niemal fizycznie. Film szybko zniknął z ekranów, ale Benek odszukał go ponownie w sieci. Wiedział, że to zakrawa na megalomanię, ale wydawało mu się, że Sofia Coppola go zna. I nakręciła film po części o nim.

Muzyka Anoraaka obezwładniała. Może była niedoskonała technicznie, Benek miał wrażenie, że więcej w niej elektronicznych pomysłów niż prawdziwego grania, ale była skrojona jak garnitur od Gucciego. Operująca obrazami, a to największa sztuka. Dlatego Benek wrzucił sobie całą płytę na komórkę. Wherever the Sun Sets. Lubił mieć przy sobie dźwięki. Dzięki temu o każdej porze mógł się skryć za ich ścianą. Były podkładem, który nadawał starym miejscom nowego znaczenia.

Benek był przygotowany na wstrząs i ewentualny niepokój serca. Nie żeby jakoś specjalnie świrować. Paść na kolana i ucałować ziemię ojczystą, jak przed laty zrobił to w żenujący sposób, parodiując papieża, poseł Siwiec. Wzruszanie się jest niemęskie, chłopaki nie płaczą. A komu w drogę, temu aviomarin.

- Bez przesady. To tylko osiedle.

Benek zobaczył KSM. Żeby przejść do zakrętu, zza którego wychynął blok na Źródłowej, wystarczyło pięć minut. "Ciekawe, dlaczego wszystko się z biegiem czasu kurczy - pomyślał. - Kiedyś było takie wielkie, a teraz mikroskopijne".

Kielecka Spółdzielnia Mieszkaniowa. Najstarsza i największa dzielnica nie tylko w mieście, ale i województwie. Nikt nie używał pełnej nazwy. Mówiło się, że ktoś jest z KSM-u albo że budynek znajduje się na KSM-ie.

Dzielnica dzieliła się na dwie części. Najdalej wysuniętą na południe placówką był basen przy Wilhelma Piecka, na północ - okolice Winnicy. Na zachodzie ograniczał go bazar na Seminaryjskiej, a na wschodzie tak zwana XIII Dzielnica. Tak nazwali ją bracia Drogowscy, którzy wystawali na rogu, zbierając na piwo. A droga od Mikrusa do Samanty, dwóch lokali, była osią, taką Marszałkowską KSM-u. Wzdłuż niej ciągnęły się bloki i szeregowce, wypełnione lokalsami szukającymi miejsca do popijawy. Przy dobrej pogodzie zombiaki okupowały skwery i place zabaw, a w zimne miesiące pomieszkiwały nielegalnie w piwnicach na Astronautów. Matka Agnieszki z klasy Benka zrobiła im kiedyś umoralniającą pogadankę, tłumacząc jak dzieciom, że mimo, iż nie leją w bramie, leją jednakowoż w piwnicy. Na co panowie grzecznie, ale stanowczo zwrócili uwagę, że w trakcie czynności fizjologicznej słyszą dzieci tupiące im nad głowami, więc wcale nie wiadomo, kto ma gorzej!

Osiedle łączyło się z Zagórską, która przechodziła płynnie w Sienkiewicza. W nocy blokowisko groziło przypadkowemu turyście mordobiciem, za dnia straszyło wielką płytą. Postpeerelowski turpizm łagodził park z fontanną po drugiej stronie. Dalej za Bohaterów Warszawy zaczynały się ogródki działkowe i, jak pisał Reymont w Chłopach, pola ojesieniałe. Benek rzadko się tam zapuszczał, najczęściej kiedy z Małym i Kleksem szli wyżerać sadownikom owoce.

Prawdziwe życie toczyło się jednak w pasie od skrzyżowania Zagórskiej ze Źródłową, aż do górnych bloków niedaleko basenu na Piecka. Od Mikrusa do Samanty. Przy czym w pierwszym z lokali oprócz osiedlowych pijaków przesiadywali także emeryci i inteligencja wyjadająca karnie abonamentowe obiady, podawane codziennie od dwunastej trzydzieści. W Samancie natomiast można było się zabawić na parkiecie. Szafa z piosenkami Adriana Celentana i Bee Geesów, pieczarki z patelni, dansing i prostytutki umilały wieczory klientom. Tych nie brakowało, bo obok znajdował się postój taksówek, a nawet monopolowy, jeśli trzeba było dokupić flaszkę na wynos. Kleks twierdził, że zna dokładny cennik i jeżeli będzie kasa, to gotów jest zaprowadzić ferajnę na prostytutki. Nikt jednak nie traktował zapewnienia poważnie od czasu, kiedy Kleks twierdził, że gonił go rekin na zalewie w Cedzynie.

KSM to był moloch, w skład którego wchodziły setki bloków zasiedlone przez tysiące ludzi. Można było poruszać się tylko w jego obrębie jak po wyspie Robinsona Crusoe. KSM był państwem w państwie. A Benek jego obywatelem.

"Może to nie największa metropolia, ale lepszy wróbel w garści niż skrzypek na dachu" - miał zwyczaj rzucać pod nosem życiowe bon moty Józek, jeden z żuli, który siedział najczęściej na ławce na ogródku przy rakiecie albo pod Mikrusem. Miał rację. Zagórska była osią, która wraz ze Źródłową tworzyły krzyż, nadający piętno całemu osiedlu. Były jak kręgosłup zrośnięty z jego sercem. Nawet jeśli Benek długo tam nie zaglądał, czuł się u siebie.

Przeszedł do zakrętu i wyszedł na główne skrzyżowanie. Po prawej wciąż istniał bazar na Seminaryjskiej, na wprost wciąż znajdował się park z wiecznie nieczynną fontanną. Benek rozpoznał po lewej sklep alkoholowy Mors. Trzy dekady temu przyciągał okolicznych pijaków, ze Spidermanem na czele. Spiderman mieszkał przy Astronautów, w drugiej klatce za zakrętem, w budynku wzniesionym jeszcze w latach pięćdziesiątych, z długimi piwnicami. Na imię miał Zenek, ale nikt tak do niego nie mówił. Bo tylko chodzenie po ścianie umożliwiało mu wyprawę do Morsa i bezpieczny powrót do domu po wypiciu ulubionego napoju. Oczywiście nie było mowy o zdolnościach nadprzyrodzonych, jakimi dysponował komiksowy człowiek pająk. Były za to umiejętności nie do przecenienia. Spiderman przekładał ręce po murze, wzdłuż którego szedł uparcie jak mrówka. Niezależnie od tego, jak bardzo był pijany, dopóki miał kontakt z karbowaną nawierzchnią, trzymał się ściany niczym gekon. Nigdy nie odpadł.

Mikrus i Mors nie były jedynymi miejscami zaopatrzenia w procenty. W bramie przy Źródłowej powstał mały sklepik, przy którym spotykała się osiedlowa żulia. Chłopaki najczęściej kupowali papierosy i piwo, pogwarzyli z ekspedientką, a butelki opróżniali na ławeczkach w głębi podwórka.

Bywał tam między innymi niejaki Zenek, dla odróżnienia od Spidermana zwany Aknosanem. Gdy był na głodzie, posiłkował się różnymi cieczami, które pierwotnie nie zostały przeznaczone do spożycia. Teoretycznie każda z nich powinna mu zaszkodzić, w praktyce nie szkodziła żadna. Aknosan pił co popadnie i tylko czasem, kiedy niewłaściwie dobierał składniki, twarz przybierała kolor biskupiej purpury. Dolegliwości ustępowały najczęściej w ciągu dwudziestu czterech godzin i następnego dnia Aknosan, jak gdyby nigdy nic, wystawał od rana na piwku.

Jego znajomym od flaszki został niejaki Kwaśniewski z podwórka przy Winnickiej, zwany dla dłuższych nieco włosów i zarostu Jezusem. Nazwisko wiele znaczyło, ale więcej ksywka. Nazwisko można było zmienić, ksywkę niemal nigdy. Jezus musiał zatem nim być, bez względu na to, co zrobił i jak wyglądał. Bobson twierdził, że chyba nawet nie był żulem, tylko po prostu towarzyskim gościem. I miłym dla otoczenia. Kiedyś córka jednej z jego koleżanek przybiegła do mamy z okrzykiem:

- Mamo, mamo, niedługo przyjedzie tu motorówka z bananem!

- Skąd wiesz, Kasiu?

- Pan Jezus mi powiedział! - odrzekło dobrze wychowane dzieciątko. Nie miało wątpliwości, że to, co usłyszało, musi być prawdą. Nadawca wiadomości wzbudzał nadludzką wiarę. Niezręcznie byłoby nie uwierzyć. Jeszcze gorzej nie usłuchać.

Podobnie na swoim terytorium Jezus dzielił i rządził. Mimo mikrej postury i kiepskich warunków fizycznych potrafił zjednać sobie największych łobuzów. Jeśli nawet wszczynali awanturę, Jezus wychodził z niej obronną ręką.

- Pax między chrześcijany. Napijemy się - rozwiązywał problemy jak don Corleone. Godzenie zwaśnionych przy alkoholu to trudne zadanie. Mało kto je umie wykonać. Jezus chyba rzeczywiście dysponował nadprzyrodzonymi mocami, bo dawał radę. Chyba że wśród biesiadujących był Szczurek. Ten nie zważał na żadne konwenanse, nie tworzył sojuszów. Przychodził z góry nastawiony na konflikt i zezował po biesiadnikach, szukając kontaktu wzrokowego.

"Oho, do zwady kogoś potrzebuje. Nie patrzcie chłopaki w oczy" - tak mówili starsi alkoholicy, wiedząc, co się święci.

Piwkowicze posłusznie spuszczali wzrok, jak w micie o Perseuszu i Meduzie. Kto spojrzał jej w oczy, zamieniał się w kamień. Szczurek był dalekim potomkiem Gorgony. Tylko zamiast zamienić nieszczęśnika w kamień, wolał mu nim przywalić.

Bobson twierdził, że Szczurek przypominał mamuta: małe oczka, krzywa gęba i dwa zęby wystające z gęby. Może rzeczywiście było podobieństwo, ale na nieszczęście Szczurek usłyszał o nim pewnego dnia i Bobson zarobił limo pod okiem. Szczurek nie był pamiętliwy. Po wybuchu złości równie szybko przychodziło opamiętanie. Powiedział zatem Bobsonowi, że nie ma do niego żalu, że mu lunął. Bobson się z nim zgodził i dalej przychodził na browary.

W ogóle, kto raz zawitał pod budkę, wracał regularnie. To było miejsce, w którym bez umawiania spotykało się kolegę i załatwiało biznesy. W Mikrusie do piwa doliczano marżę. Tutaj stało się za friko. I nikt nie miał pretensji, jeśli delikwent chciał się wysikać za sklepem.

Galeria postaci była imponująca. Połączenie powieści Marka Hłaski i Marka Nowakowskiego z domieszką Jana Himilsbacha. "Widocznie każde miasto ma swojego Benka Kwiaciarza i roboli z Ósmego dnia tygodnia" - myślał czasem Benek, odurzony pierwszymi łykami piwa. Żule. Odrażający, brudni, źli, a zarazem ciekawi, fascynujący. Zawsze mający czas i kasę na piwo. Rzucający między sobą radosnymi tekstami o pędzących na autobus.

- Kto rano wstaje, ten leje jak wół na malowane wrota.

- Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Popalić.

- Zostaw Boga w spokoju. Kto rano wstaje, ten jest niewyspany.

Benek znał ich wszystkich, nie zawsze osobiście, ale na pewno z widzenia. Niektórych bliżej, bo mieszkali w tym samym bloku, niektórych tylko z widzenia. Jako jednostki z gruntu aspołeczne żule mieli jednak tendencję do samoorganizowania się w skupiska pod sklepami. Dlatego łatwo ich było namierzyć w grupie.

Czasem z nimi zamieniał parę słów, większość miała jeszcze całkiem dobrze w głowie. Jakaś skaza na umyśle nie pozwalała im zająć się porządną robotą, ale przynajmniej potrafili porządnie zagadać. To byli jego żule i jego osiedle. Nie zamieniłby ich na żadnych innych. Lubił ich, tak jak lubił kolegów.

Wszyscy, których znał i którzy byli dla niego ważni, mieszkali na KSM-ie. Mały, Bobson, Kleks, Helmut. Lista wydłużała się w zależności od sytuacji, ale na tej krótkiej pozostawali najbliżsi. Ci, z którymi Benek spędzał wszystkie wakacje pod namiotami, a zimą przesiadywał na klatce, licząc, że wydarzy się coś ciekawego.

Dopiero w liceum doszło trochę nowego towarzystwa, często mieszkającego poza granicami osiedla, ale za każdym razem, kiedy Benek wracał z imprezy w nieswoim rewirze, oddychał z ulgą, widząc znajome bloki. To był dom i baza, na której wszystko się zaczynało i kończyło. Było to zarazem tak naturalne jak oddychanie. Jedyny świat, jaki znał.

Obok Morsa stała budka telefoniczna, najpierw na złotówki, a później żetony, czasami przy niej stał gość z saturatorem. Benek bardziej lubił gruźliczankę z czerwonym sokiem. Mały pił z podwójnym, Bobson najczęściej łykał samą wodę, twierdził, że taka mu najbardziej smakuje.

- Gdzie z tym nosem? Całe powietrze nim wessiesz! - sprzedawca lubił krzyczeć na młodszych. Wychodził z założenia, że każdy to potencjalny złodziej. W przypadku Kleksa niewiele się mylił, bo ten najchętniej zamawiał tyle szklanek, że zanim pojawiała się kolejna, z pierwszej już zdążył upić. Przez to zawsze dochodziło do awantur, bo sprzedawca słusznie uważał, że Kleks pije za darmo, ale nie potrafił mu tego udowodnić.

- Ty jesteś degenerat i złodziej.

- A ty zawiąż sobie gila z nosa na kokardkę, facet - Kleks nigdy nie pozostawał dłużny. Nawet jeśli musiał za to zapłacić suchym gardłem.

Takie było to osiedle, pełne tęsknoty za lepszym życiem i sardonicznego humoru przy procentowym napoju. Benek mieszkał w największym wieżowcu, górującym nad blokami jak koszykarz NBA nad reprezentacją Papui-Nowej Gwinei. Z zakrętu widział nawet swój balkon na trzecim piętrze. Znaczy, kiedyś swój, zanim matka nie sprzedała mieszkania i nie przeprowadziła się do lokalu po dziadkach na Sadach.

Podwórko na Źródłowej miało ogrodzenie, dzięki któremu piłka nie uciekała w trakcie gry w nogę. Dysponowało również zacisznymi ławeczkami pod rakietą oraz stalową konstrukcją wykonaną ku uciesze dzieciaków, ale stanowiącą razem z równie stalową lokomotywą miejsce libacji osiedlowych żuli.

Benek nie uważał, że KSM jest brzydki. Kiedyś okolica wydawała mu się wręcz piękna. Pamiętał, jak jeszcze jako nastolatek siedział z Małym na lokomotywie na podwórku. Nic nie przerywało sjesty. Ani Andrzej, który w napadzie szału wyrzucił przez okno telewizor, ani Józek próbujący załapać się na krzywy ryj na piwo pod Mikrusem.

Był ciepły czerwcowy dzień, a z otwartego okna na parterze sączyły się leniwe dźwięki. Idealnie pasowały do niedzielnego pejzażu w przededniu wakacji. Poczekali, co powie spiker. Ten zapowiedział amerykańską grupę Ambrosia z piosenką How Much I Feel.

- To o tym, jak wiele możesz poczuć - Benek dalej składał teksty piosenek ze słownikiem. Przepisał na czysto do zeszytu tłumaczenie Karma Chameleon Culture Club i Wishing brytyjskiej kapeli new romantic A Flock of Seagulls. Dzięki temu poznał nowe słówka.

- Ale to niezłe jest - Mały nie lubił soft rocka, ale doceniał warsztat i wykonanie. - Dobra aranżacja.

Piękna piosenka znakomicie się zgrała z krajobrazem przemysłowo-miejskim. Plac zabaw, żywopłot oraz blokowiska doskonale się skomponowały, zestroiły z brzmieniem niedzielnego popołudnia.

Większość czasu zajmowało im rozmawianie o muzyce. Dopóki byli dziećmi, myśleli jeszcze o zabawie, a kiedy stali się nastolatkami, zaczęli myśleć o miłości. Nawet nie o seksie, ten był tak odległy jak antypody albo - jak mawiał Góral - Zjednoczone Emiraty Seksualne, ale o uczuciu właśnie, które, jeśli odwzajemnione, miało się stać największym aktem uwznioślenia.

Benek nie słyszał wcześniej o kapeli, ale zapamiętał jej nazwę. Nie chciał pokazywać, że cokolwiek go rusza. Marzył jednak o wielkiej miłości, a im bardziej marzył, tym bardziej nie mógł się jej doczekać.

- Jak Kubuś Puchatek, który szuka miodu. Im bardziej ja chcę, tym bardziej ona nie chce mnie - skwitował Mały.

- No tak, niełatwo dziś o dobrą dziewczynę - Bobson strzykał przez zęby, przydeptując niedopałek. Zjawił się niepostrzeżenie i przysiadł na brzegu ławki.

- A skąd ty możesz o tym wiedzieć? Przecież sam łazisz jak smród po gaciach - Mały uderzył go pięścią w plecy.

- No właśnie mówię, niełatwo o dobrą dziewczynę. Ale jak będę chciał, to znajdę - zaperzył się Bobson.

- Znajdziesz, chyba wszy - śmiali się tym głośniej, im głośniej Bobson odgrażał się, że przyjdzie któregoś dnia z prawdziwą dziewczyną na podwórko.

Benek też bardzo chciał mieć dziewczynę. Niby była taka jedna Marta na Sadach. Benek chodził tam czasami na weekend. Odwiedzał dziadków i spędzał parę godzin na drugim podwórku. Marta łypała w jego stronę i właściwie nic nie stało na przeszkodzie, żeby zaczęli ze sobą chodzić, zwłaszcza że, jak to mawiał Helmut, laska była galantna i do tego nieźle ubrana. Niestety była także obiektem drwin. Chłopaki śmiały się z niej, że się zakochuje co dzień w innym, jest naiwna i zdobyć ją to żadna sztuka.

- Bierz ją - Pawlo z Sadów zagrzewał Benka do boju. Kątem oka mrugnął do reszty. Benek to widział. Wolałby chodzić z dziewczyną, która podoba się innym. A z Marty się śmiali.

- No dajże jej szansę - cedził nieszczerze kolega.

- Nie będę z nią chodził - powiedział Benek. Odwrócił się na pięcie.

- Słusznie robisz. Śmialiby się z ciebie chłopaki - Jastrząb pokiwał głową ze zrozumieniem, kiedy Benek przyszedł do niego pożyczyć książki. - Lepiej poczekać trochę, znajdzie się inna laska, fajniejsza.

Jeśli to miało brzmieć uspokajająco, to chyba uspokajało tylko Jastrząba, który również nie miał nikogo. W rezultacie Benek był dalej sam i bardzo chciał zmienić ten stan rzeczy. Kiedy wracał w niedzielne przedpołudnia z kościoła, wyobrażał sobie, że idzie za rękę z jakąś wyśnioną panienką, z którą może potem wybrać się do kina. Albo do parku. Wszystko jedno gdzie, byle za rękę. W końcu był już w wieku, w którym na znalezienie wolnego towaru miał coraz mniejsze szanse.

- Masz coś? - pytał Mały, który interesował się łowieniem ryb i przeniósł język wędkarzy do świata podrywu.

- No, skąd mam mieć? Nie mam - Benek bezradnie wzruszał ramionami po każdym weekendzie.

- Ja też nic nie mam - wzdychał Mały, rzucając kamykami w krzaki, jakby chciał przegonić zwierzynę.

- A ja będę miał - Bobson znów kiwał głową ze zrozumieniem, jakby kierowany wewnętrznym przekonaniem.

Benek nic nie mówił. Dziewczyny były treścią rozmów i rozmyślań. Trzeba było zrobić wszystko, żeby je zwabić. Znaleźć swoje mocne strony, ukryć słabe. Zwielokrotnić szansę na łowy. Muzyka, sport i gry dawały przyjemność. W rzeczywistości służyły jednak tylko temu, żeby olśnić płeć piękną, zbliżyć się do niej na dystans krótszy niż szkolna ławka. I to się nagle stało. Do tej pory laski otaczały Benka jak istoty, które pojawiły się nie wiadomo skąd. Ciągnęło się je za warkocze i chowało tornistry. Teraz nagle okazało się, że nadają się do rozmowy na poważne tematy. Chodziły w tych swoich białych tenisówkach jak anioły po chmurach. Kuszące tak skutecznie, że nawet największe łobuzy potrafiły odrobinę złagodnieć i powstrzymać się w ich towarzystwie od steku bluzgów.

Zasadniczo dzieliły się na dwie grupy. Pierwsza to prymuski. Zawsze schludnie ubrane, z włosami uczesanymi w przedziałek, czyste, pachnące. Kompletnie niewrażliwe na podryw. Benek nieraz zastanawiał się, czy to dlatego, że nie interesują się jeszcze chłopakami, czy dlatego, że przedkładają naukę nade wszystko i nie chcą zawracać sobie głowy miłostkami. Na korytarzu siedziały z książką, marszcząc zabawnie nosy nad lekturą i podciągając nogi, żeby falujący tłum nie zbezcześcił im butów. Mimo gwaru i zgiełku zawsze potrafiły zachować nieskazitelną biel tenisówek. Benek widział wśród nich wiele piękności. Bardzo późno dojrzewały. Na tym etapie nie nadawały się do niczego. Z taką mógłby chodzić w ciemno. Żeby tylko samemu wyjść jakoś z cienia.

Druga grupa to dresiary. Postrzelone, dzikie, frywolne wręcz. Ich tenisówki nigdy nie wyglądały na białe. Nawet jeśli były potarte na świeżo pastą do zębów, szybko przykrywały je szare smugi. Jakby biel w tym wypadku nie była możliwa do uzyskania.

Benek zastanawiał się, skąd się bierze ta różnica. Na pozór wszystko było podobne, dresiary nie zawsze łobuzowały. Niektóre potrafiły się nawet dobrze uczyć. Jednak fałsz, z jakim podchodziły z zeszytami do nauczycielek, był dla niego czytelnym znakiem, że to pozory. Nie zawsze miały rozum, zawsze miały spryt.

Dresiary były atrakcyjne i pociągające. Nie bały się nikogo i niczego. Paliły papierosy, próbowały alkoholu na imprezach, przekonane, że cały świat kręci się wokół nich. Ich pewność siebie sprawiała, że Benek czułby się dumny, mając taką laskę u swojego boku. Chyba dodawały mu odwagi, nawet kiedy go obrażały, mówiąc, że jest miły jak flaki z kobyły. Tak powiedziała kiedyś ta najbardziej wyszczekana, Patusia. Inne zaśmiały się gardłowo. Benek też się zaśmiał. Nie czuł się obrażony. Dresiarskie określenie najlepiej było neutralizować śmiechem.

Kujony nie miały takiej siły przebicia. Nawet najładniejsze z nich siedziały z boku i nie wyrywały się przed szereg. Pozornie skazane na porażkę w rankingu popularności zdawały się kompletnie nic sobie z tego nie robić. I to też Benkowi bardzo się podobało. Siadał czasami z nimi w ławce. Ściągał i podjadał im kanapki, a one mimo to się uśmiechały. Agnieszka, Agnieszka Druga i Dorota Pierwsza, nazywane tak dla odróżnienia. Nie obrażały się, wręcz przeciwnie, żartowały, jakby zadowolone, że mają w swojej drużynie śmieszka i trefnisia. Czasami dosiadał się do nich Mały, wtedy było jeszcze zabawniej.

Kleks też chciał siedzieć przed dziewczynami, ale nie było już dla niego miejsca. Mógł tylko obserwować gromadkę ze środkowego rzędu. Zagadywał więc przez salę, wykręcając niemiłosiernie szyję, czym ciągle zarabiał na uwagi wychowawczyni. Słowne i pisemne. Zaczęło się od wpisu do dzienniczka: "Namalował na ławce nagą kobietę goniącą knura". Potem pojawiły się kolejne: "Przyłapany na ściąganiu twierdzi, że tylko czerpał inspirację" oraz "Wyrwany do odpowiedzi mówi, że nie będzie zeznawał bez adwokata".

Kleks wkurzał też nauczycielkę uporem. Mimo że stawiał byki w zeszycie, potrafił bezczelnie bronić się do upadłego. Zapytany, kiedy używamy dużych liter, odpowiadał niezmiennie: "Kiedy mamy słaby wzrok", czym doprowadzał wychowawczynię do szewskiej pasji. Raz sam się wkopał.

- Proszę pani, a gdzie pani kupiła takie cienkie i krzywe rajstopy? - wyleciał za to z klasy, ale został bohaterem jej żeńskiej części. Interes się opłacił. Agnieszka, Agnieszka Druga i Dorota dopytywały o Kleksa, jeśli nie było go w szkole.

- Szkoda, z nim zawsze jest zabawnie.

Benek był trochę zazdrosny, wolałby, żeby dziewczyny o nim tak mówiły. Nie dał po sobie poznać rozczarowania. Kleks odnosił sukcesy w sporcie, więc to, że jeszcze był zabawny, było nie fair.

Benek w sporcie orłem nie był, choć dobrze sprawdzał się na biegach długodystansowych. Nie radził sobie jednak w piłce nożnej, a to była najważniejsza dyscyplina. Kompletnie go nie kręciła. Zamiast patrzeć na nudny mecz, wolał poczytać książkę, nawet jeśli też była nudna. Niestety nie miało to przełożenia na relacje damsko-męskie. W przeciwieństwie do meczu. Dziewczyny zawsze lubiły sportowców, nawet jeśli ci ostatni lubili tylko piłkę. Benek nie miał szansy przebicia się, więc nawet nie chciał się pokazywać na boisku z innymi.

- Ale jak tu chodzić, jak tu chodzić? - zastanawiał się co wieczór i rano.

- Chodź do kina - Bobson nie tracił animuszu i twierdził, że to tylko kwestia czasu. - Nie taka kobieta straszna, jak się umaluje - niezmiennie tłumaczył każdemu, kto go był skłonny słuchać, że gdyby chciał, to zaraz miałby każdą pannę. Tylko nie może trafić na taką, w której by się zakochał. Wtedy Mały zatykał uszy. Benek robił to samo.

Napięcie sięgało zenitu, gdy zbliżał się koniec tygodnia i odbywały się prywatki. Jeszcze nie takie prawdziwe, z alkoholem i możliwością wyrwania czegoś na boku, ale już przygotowujące grunt pod przyszłe podboje i wreszcie najbardziej oczekiwaną rzecz - seks.

Do seksu prowadziło chodzenie. Z kolei, żeby chodzić, wpierw trzeba było się ustawić. Ustawienie było kluczem do szczęścia, do posiadania dziewczyny. To zmieniało świat i przewartościowywało priorytety. I to było widać jak na dłoni. Nikt ze znajomych, kto już miał dziewczynę, nie pozostawał taki sam. Jak zombie w Nocy żywych trupów, na który Benek poszedł do kina Moskwa. Inne ruchy, inna mowa ciała, inny zapach nawet, a przede wszystkim inne oczy. W pewnym sensie szczęśliwiec był jak nieboszczyk.

Jeśli ktoś miał szansę na chodzenie, zmieniał się nie do poznania. Tak jak Roman, starszy o dwa lata dryblas z bloku na Mazurskiej. Do tej pory gotów siedzieć na ławce do późnej nocy w obszarpanym ubraniu, teraz wychodził w odprasowanej koszuli i dbał, żeby żaden paproszek nie pobrudził mu spodni.

- W piłkę grasz? - zapytany w ten sposób odpowiadał zawsze tak samo.

- Nieeeeee, dziś nie mogę - Roman spoglądał ukradkiem na zegarek i próbował tłumaczyć, że musi pójść coś załatwić.

- Ech, ty frajerze, randkę masz - krzyczał Kleks, wykopując piłkę. Roman czerwieniał na policzkach i zaprzeczał z atencją, ale stał na straconej pozycji. Musiał przejść próbę wspólnego wyszydzania, kiedy reszta dokuczała mu, że się zakochał jak uczniak. Nikt nie ważył się przyznać, że jest w stanie odmiennym. Miłość była dla nieporadnych ciołków. Można było jej ulegać, ale nie można było się z nią obnosić.

- Ustasze miłości - Benek znalazł ten zwrot w książce. Fajnie brzmiał.

- Co powiedziałeś? - Mały nadstawił ucha.

- Jesteśmy jak ustasze miłości. Tak zaciekli w dążeniu do celu, że nie patrzymy na cokolwiek innego.

- Co to ustasze?

- A tacy faszyści z Chorwacji. Dość wredne typki.

- I my jesteśmy takie typki?

- Oj, chodziło mi o to, że zaciekle poszukujemy uczucia - Benek się żachnął. - Metafora taka.

- Nie szczekaj tyle, bo cię hycel złapie - Mały nie lubił, gdy Benek nawiązywał do literatury. Twierdził, że w ten sposób kolega chce się wywyższyć i pokazać, że zjadł wszystkie rozumy. W szkole wyrzucał mu nawet z tego powodu czapkę przez okno, twierdząc, że jak kocha, to wróci.

Benek się bronił, ale bezskutecznie. Nie miał wyjścia, jeśli chciał skutecznie umówić się z jakąś panną, musiał ją złowić na wiedzę. Albo na gitarę. Nauczył się na niej grać kilka miesięcy wcześniej i kiedy nadeszło lato, wszędzie zabierał pudło ze sobą. W ten sposób zwiększał swoje szanse, bo jeśli nie było meczu na boisku, dziewczyny chętnie gromadziły się wokół gitarzysty.

- Zagraj coś, zagraj jaki przebój, Nie płacz, Ewka zagraj.

- Albo Jolka, Jolka, pamiętasz. Pamiętasz? - mówiły jedna przez drugą. Kiedy Benek zaczynał grać, milkły wpatrzone to w jego palce, to w niego samego, gdy zaczynał śpiewać. Nauczył się grać Square Rooms, przebój obdarzonego przyjemnym barytonem Ala Corleya. W wersji pozbawionej elektroniki utwór brzmiał ubogo, ale i tak dawał czadu, w refrenie wszyscy zawodzili zgodnym głosem: "Ooooo, square rooms".

Benkowi wydawało się, że ma nie najgorszy głos, choć na początku zżerała go trema. Słowa zachwytu warte były jednak przełamania się. Czuł, że chodzenie jest na wyciągnięcie ręki. Euforyczny stan przerywały wołania matek koleżanek na obiad albo do odrabiania lekcji. Dziewczyny budziły się z letargu, podciągały zrolowane podkolanówki i pędziły do klatki, chroniąc się przed gniewem rodziców.

Benek pozostawał z gitarą i jeśli miał ochotę dalej grać, musiał zadowolić się swoim towarzystwem. Czasem dołączał do niego Mały, wtedy mogli robić koncert w duecie, ale to nie było to samo. Popisywanie się przed żywym audytorium było o niebo lepsze.

W pozostałym czasie Benek wzdychał i zatapiał się w lekturze Limes inferior Janusza Zajdla. Lubił science fiction, pozwalała mu zapomnieć o sercowych niepowodzeniach. Szansa na ich pokonanie pojawiła się jednak pod koniec wakacji.

Do podstawówki na Sadach przyjechała kolonia ze Szczecina. Wśród nich roześmiane dziewczyny, chichoczące z okien sal internatu, pod które modnisie z Nowowiejskiej przychodzili z gitarą. Benek też grał. Mimo że był z KSM-u, czuł się na Sadach bezpiecznie. Miejscowi pozwalali mu włączyć się w tłum adoratorów.

Benek dostał od ciotki z Przeworska pokrowiec i woził instrument na plecach rowerem. Po klezmersku potrafił zagrać każdą piosenkę z listy przebojów Programu Trzeciego i to przy nim gromadziło się największe zbiegowisko fanek. Każda rzucała tytuł, a po sekundzie Benek dokładał odpowiednie akordy. Po chwili cała grupa zawodziła Mniej niż zero i Wciąż bardziej obcy. Dorosłe dzieci Turbo też miały wzięcie.

Tak Benek poznał Agatę. Miała brązowe oczy i rude włosy zaplecione w warkocz. Ubierała się modnie, ale nie szpanersko. Ponieważ miesiąc był ciepły, najczęściej nosiła koszulki z krótkim rękawem i dżinsy. Tenisówki albo trampki dopełniały całości. Potrafiła je nawet założyć do spódnicy w kratę. Pawlo, który miał posłuch w okolicach Nowowiejskiej na Sadach, śmiał się, że Agata ma gust jak baba z bazaru, ale Benek mówił mu, że sam jest z bazaru i kompletnie nie zna się na modzie.

Agata była zawsze obecna w gromadce wokalistek. I zawsze najbliżej Benka, który dzięki dobremu słuchowi i zdolności do improwizacji stawał się konkurencją nie do pokonania. Wreszcie Agata powiedziała mu, że chce z nim chodzić. I pocałowała go w policzek.

- Chcesz być moim chłopakiem? - zapytała niewinnie, kiedy po apelu zostali sami przed szkołą.

- No - powiedział Benek.

- Tak? - upewniła się Agata. Benek pokiwał głową. Nie potrafił z siebie wykrzesać żadnego sensownego zdania. Agata roześmiała się i zniknęła w budynku, a on pobiegł do dziadków, trzymając gitarę nad głową, żeby nie rozbić sprzętu na chodniku.

"Mam dziewczynę, kurczę, to jest niesamowite" - Benek nie mógł spać po nocach i codziennie latał pod budynek, żeby choć na chwilę zobaczyć się z ukochaną. Wyobrażał sobie uradowane brązowe oczy Agaty i nawet jeśli jej grupa jadła obiad albo szła na wycieczkę, potrafił cierpliwie czekać do wieczora, żeby zobaczyć się ze swoją muzą. Nawet w myślach zaczął układać o niej wiersz. Z jednej strony wydawało mu się to idiotyczne, z drugiej nie potrafił wyrazić siebie inaczej niż poprzez rymowanki.

I przegiął. Za mocno i zbyt intensywnie okazał uczucie. Zbombardował Agatę uczuciem do tego stopnia, że ta miała już pewność, iż należy do niej. Niestety ukochanej szybko przeszło. Od kiedy Benek zaczął okazywać jej żarliwą atencję, Agata stała się oziębła, unikała go. W końcu powiedziała, że to była pomyłka i nie chce już z Benkiem chodzić. Chyba że jako przyjaciele. Nie zrobiła tego nawet osobiście. Poprosiła koleżankę, Beatę, żeby ta była pośredniczką. Oczywiście Benek nalegał, żeby zobaczyć się i wszystko sobie wytłumaczyć, ale nie dane mu było dostąpić tego zaszczytu.

Było po chodzeniu. Takiego zawodu miłosnego Benek nie mógł przeżyć. Postanowił ukraść dziadkowi butelkę wódki i wypić ją, żeby stracić przytomność. Wcześniej nie omieszkał przekazać wieści, że będzie się targał na swoje życie. Na Sadach czasami taka desperacja pomagała. Jeśli dziewczyna widziała, że chłopak jest w niej tak szaleńczo zakochany, czuła się wyróżniona.

Wieść dotarła, gdzie trzeba, ale, jak zakomunikowała Beata, Agata dalej nie chciała Benka widzieć. Picie wódki stało się więc bezzasadne, nienaruszona butelka została odłożona na miejsce. Dziadek nie zauważył.

W sobotni poranek Benek chciał jeszcze raz udać się do szkoły. Pomyślał, że może chociaż zdobędzie adres i telefon dziewczyny. Zastał pusty budynek i wszystkie sale pootwierane na oścież. Ze stołówki dochodził odgłos ping-ponga.

Zaniepokojony Benek wbiegł do sali. Robotnicy grali od niechcenia, obok nich leżały wiadra i skrzynki z narzędziami. Spojrzeli na Benka, ale zajęci byli głównie sobą.

- Czego szukasz? - cieć znał Benka z widzenia, miał za zadanie pilnować, żeby nikt z miejscowych nie wchodził na teren ośrodka, ale przymykał na to oko.

- Nie ma Agaty? - wydyszał Benek.

- Nikogo nie ma. Pojechali dziś rano - cieć smarował chleb margaryną.

- Daleko? - Benek nie rozumiał jeszcze, że wydarzyło się coś nieodwracalnego.

- A jak myślisz? - cmoknął cieć. - Do domu pojechali, kolonie się skończyły przecież. Do Szczecina pojechali.

- Do Szczecina - powtórzył Benek.

Wyjechali. Agaty nie ma. A on nie ma nawet jej adresu. A do tego z nim zerwała. Przerąbana sytuacja. Przez chwilę Benek myślał, że może, jeśli wróci do szkoły, znajdzie gdzieś dane Agaty, ale dozorca powiedział, że nikogo nie ma do końca wakacji.

Związek z Agatą mógł uznać za definitywnie zakończony.

Od tego czasu szukał blisko siebie. Romanse wakacyjne były fajne, ale odległość mogła wykończyć największego twardziela. A co dopiero sentymentalnego nastolatka. Znacznie bliżej także były dziewczyny do wzięcia. Jedna z nich mieszkała zaledwie dwa bloki dalej. Wystarczyło przejść obok Mikrusa i zaczaić się na ławeczce na mikroskopijnym podwórku. Mieszkali tam między innymi Kutek i Bieda, więc w razie czego Benek mógł powiedzieć, że czeka na kumpla, nie na dziewczynę. Zresztą kumple sami podchodzili do ławki i jeżeli akurat rozmowy nie przerwał pijany Kiciuś, który domagał się, żeby zadeklarować się jako kibic Korony Kielce, albo Radziu zwany Pierdolcem, bo chciał bić wszystko i wszystkich, można było lukać.

Benek robił to regularnie, wypatrując, czy na podwórku nie pojawia się Ewa. Bardzo mu się podobała, tylko nie wiedział, jak jej to powiedzieć. Wystawał zatem godzinami pod klatką albo włóczył się między krzakami koło lokomotywy, żeby mieć szansę spotkać wybrankę. W końcu zdobył się na odwagę i wydeklamował wyuczony tekst o wspólnym chodzeniu. O dziwo, został przyjęty i latał teraz codziennie pod czteropiętrowy blok, nie zważając na gwizdy chłopaków. Kiedy Ewa miała świnkę, bardzo spuchła jej twarz. Musiała zostać obwiązana bandażem. Pielęgniarz nie wziął pod uwagę sprzyjającej aury. Ponieważ słońce przygrzewało, a Ewa spędzała na powietrzu sporo czasu, po zdjęciu bandaża okazało się, że ma opalony na czerwono środek twarzy, a reszta pozostała biała. Dziwacznie to wyglądało, ale Benek gotów był zaczekać, aż opalenizna równomiernie się rozłoży. Niestety zaczęła się pora deszczowa i Ewa znikła mu z oczu. Po chorobie jej uczucie osłabło.

- Nie będziemy już chodzić.

- Dlaczego? - mówił zdruzgotany Benek.

- Nie wiem dlaczego. Tak musi być.

- Ale przecież ja cię kocham - Benek czuł się jak ostatni frajer. Gorzej, jak ostatni głupiec, gdy mimo odmowy kolejny raz chciał wygłaszać argumenty, nie bacząc, że przegrał swoją kartę.

- Właśnie o to chodzi - Ewa dyskretnie tłumiła irytację, wydawało się nawet, że miała ochotę ziewnąć. Powiedziała mu to jeszcze raz. Nie pomogło żarliwe tłumaczenie i wiara, która miała czynić cuda. Ewa była zmęczona nachalnością Benka i żarliwym wygłaszaniem uczuć. Na odchodne powiedziała, żeby zostali przyjaciółmi, a Benek skwapliwie na to przystał, jakby licząc, że może w którymś momencie dziewczynie odmieni się i będzie jak dawniej.

Nie było, Ewa zaczęła się pojawiać z Tomkiem, który był wyższy od Benka, grał w koszykówkę i miał pieniądze. Chodzili za ręce do cukierni i do kina, a Benek wrócił jak niepyszny na ławeczkę.

Znowu się rozłożył przez okazywanie uczuć. Wierzył, że jeśli solidnie wyjaśni, dlaczego ich związek ma przyszłość, uratuje sytuację. Powtórzył te same błędy co z Agatą.

- Jesteś mistrzem pierwszego kroku - Mały uśmiechnął się z politowaniem.

- Niepotrzebnie jej się tak narzucałeś - wtórował mu Bobson. - Zapamiętaj, im bardziej ci zależy, tym bardziej olewaj.

- Jak to niepotrzebnie? To jak miałem jej pokazać, że mi zależy?

- Przez obojętność - Bobson szczerzył żółte zęby. Benek myślał, że robi go w balona, ale Mały kiwał głową z aprobatą.

- Co ty pierdzielisz?

- Mówię ci, przez obojętność zajdziesz dalej, niż ci się zdaje.

Benek zaśmiał się ze smutkiem.

- Gadasz jak mistrz Jedi. Weź się wal albo mów po ludzku, o co biega.

- To jest jak z totolotkiem. Jeśli bardzo chcesz wygrać, nigdy nie trafisz szóstki, kapujesz?

- To jak mam trafić?

- Musisz to olać.

- I wtedy trafię?

- Niekoniecznie - Bobson potarł czoło - raczej nie, ale wtedy olejesz.

- Przecież to się wyklucza wzajemnie - zdziwił się Benek.

- Pozornie. Im bardziej ci na czymś zależy, tym mniej tego pożądać musisz. Znaczy w środku tak, ale na zewnątrz ani dudu.

- I to działa? - Benek nie mógł uwierzyć w zapewnienia kolegi.

- Jeszcze jak. Szczególnie na dziewczyny. Jeśli będzie wiedzieć, że za nią szalejesz, natychmiast uczucie jej osłabnie. A jeśli będziesz ją z wdziękiem olewał, będziesz takim sympatycznym draniem, to zacznie za tobą latać. Przyciągają się nie podobieństwa, a przeciwieństwa.

To, co mówił Bobson, wydawało się sensowne.

Benek nie zapomniał o Ewie, ale po kilku tygodniach nie miał już depresji. Nawet widok Tomka nie napawał go agresją. Nie lubił gnoja, ale nie mógł mu nic zrobić. Musiał przejść obok tego obojętnie.

- Cierpliwości, czas najlepsze lekarstwo. Może nie pomaga od razu, ale w końcu pomaga. Olewam to - powtarzał sobie w duchu kilkadziesiąt razy dziennie.

Nie od razu uwierzył w to, co mówi. Skoro jednak kłamstwo powtarzane tysiąc razy może stać się prawdą, więc Benek ćwiczył z uporem zapewnienia, czekając na rezultat.

ROZDZIAŁ 1Scyzorykowo

Pociąg z łoskotem przetoczył się przez stacyjkę. Jeszcze przed chwilą było tu cicho. Spokój mąciło tylko stado wróbli, krążących nad zagajnikiem za torami i zwiastujących ćwierkaniem nadejście lepkiego od upału wieczoru. Teraz hałas zdawał się rozcinać ciszę z precyzją brzytwy.

Duchota wisiała w powietrzu, gotowa rzucić się na leniwą mysz, która nieopatrznie wychynie z rozkosznego chłodu podziemnej nory. W ten świętokrzyski gorąc wbijał się spocony skład kolejowy, oblepiony warstwą brudu, ciągnący za sapiącym elektrowozem przypadkowo spasowane wagony. Te z przedziałami pamiętały czasy Gierka, z kolei pulmanowskie świetność przeżywały jeszcze za Gomułki. Sczepione bez planu i szczątkowego poczucia estetyki sunęły potulnie jak stado gęsi, które nieopodal urządziły sobie kąpiel w rojącym się od much stawie. Przeraźliwy gwizd poderwał ptaki na baczność, wzbudzając gęganie z dziesiątek rozgniewanych gardeł. Na nic się zdało oburzenie ptactwa. Elektrowóz gwizdnął ponownie, pokazując definitywnie, kto tu rządzi.

Kostomłoty.

- Ale wizga - rudy mężczyzna z wąsem odsunął okno. Wychylił głowę, podnosząc się na palcach jak balerina na puentach - Kostomłoty minęła, zaraz bedą Piaski - powiedział właśnie tak - bedą, bez ogonka przy ę - ale zagłuszył go trzeci, najgłośniejszy jak do tej pory ryk.

- Czy ona musi tak wizgać, ta lokomotywa? - kolega rudego zatkał uszy z niesmakiem. Benek spojrzał na niego. Ten z kolei miał włosy siwe, za to mocno poprzecierane. Chyba już żadna lokomotywa z prawdziwego zdarzenia nie jeździła regularnie na trasie warszawsko-krakowskiej, najwyżej jakieś zabytkowe kursy z okazji święta kolei.

- Ostrzegawczo syczy. Jakby chciała wycofać się w ostatniej chwili - rudy wychylił się już do pasa, aż koszula wylazła mu ze spodni, odsłaniając kawałek majtek z napisem Kalwin Klain, wydrukowanym z błędem, żeby ustrzec producenta przed procesem.

"Zaraz wypadnie - pomyślał Benek. - Wystarczy, że ktoś go kopnie w zadek. Chętnie sam bym to zrobił".

- Może nie chce wjeżdżać do miasta?

- Niby czemu nie chce?

- Ze strachu. No, bo dzikie tereny to są - rudy mrugnął porozumiewawczo do Benka. Mniej więcej od Piaseczna rozpijał niespiesznie flaszkę wódki z towarzyszem z przerzedzoną zaczeską. Na zapitkę pociągali łyki rompera, którego oferował im za pięć złotych obwoźny handlarz w Zalesiu Górnym. Benek znał tę podróbkę piwa. Ponad sześć procent, cholernie mocny zacier, mieszany ze spirytusem.

- Scyzoryków - zakaszlał pożyczka, może to był śmiech. Miał zaczerwienione oczy i jechało od niego jak z gorzelni. Nikt nie podchwycił żartu. - No, Scyzorykowo, scyzoryki same spadają z dachów.

- Nie scyzoryki, a żyletki, i nie z dachów, a z drzew. W miejskim parku - rudy robił w przedziale za eksperta. Chyba czuł się w obowiązku wyjaśnić żart, niezadowolony, że nie spotkał się ze zrozumieniem. - Dlatego mówię, że zaczynają się dzikie pola. A parawóz się burzy jak narowisty ogier - znów użył porównania.

- Pewnie, atrakcja żadna. Też mi metropolia, wojewódzkie miasto, a wiocha na każdym kroku wystaje jak słoma z gumiaków - pożyczka zapiął guzik na brzuchu, dzięki czemu upchał zwały tłuszczu wypadające co rusz poza bezpieczną przestrzeń paska.

Lokomotywa wydawała teraz ostrzegawcze syki. Całą serię.

- O, widzisz pan, obraziła się - rudy zaśmiał się, pocierając nos.

"Tylko patrzeć, jak zacznie w nim dłubać" - pomyślał Benek. Przez chwilę obserwował eksperta od kolei spod zmrużonych powiek. Rudy jakby wyczuł ten wzrok i w ostatniej chwili, na wysokości ust, wycofał już podniesiony palec. Cofnął się tyłkiem w głąb przedziału i zapadł w kanapę.

"Co ja tu robię właściwie?" - Benek zadał sobie pytanie, które kiełkowało w jego głowie od Piaseczna. Bliżej mu było wsiadać za Nową Iwiczną, niż pchać się autobusem na Centralny. Pytanie czaiło się od Warki do Suchedniowa i wyskoczyło znienacka na rogatkach Kielc jak motyl z kokonu poczwarki. Tyle że w przeciwieństwie do motyla nie było piękne. Raczej kłopotliwe. Jakby przypomniało sobie, że najwyższa pora na odpowiedź.

"Ach, jadę uporządkować sprawy, zacząć od nowa i wyjść na prostą" - Benek wzdrygnął się i poprawił mocniej na siedzisku.

- Co pan opowiada? Normalnie zwalnia. Zgodnie z rozkładem - teraz odezwał się trzeci mężczyzna. Szczupły, z siwymi włosami, wyglądał na najstarszego w przedziale. - Jedzie zgodnie z rozkładem nawet. Za dziesięć minut będziemy w Kielcach.

Facet siedział obok młodej dziewczyny. Na oko miała szesnaście lat. Benek zgadywał, choć pieniędzy by nie postawił. Widział na imprezach w Warszawie laski, które wyglądały jeszcze młodziej, mimo że przekroczyły trzydziestkę. Ta raczej jeszcze chodziła do szkoły, typowa córeczka tatusia.

Starszy chciał chyba jeszcze coś powiedzieć, ale nie zdążył zebrać myśli.

"Tatuś - jednak miałem rację" - pomyślał Benek.

- Ile znów chcesz kasy? - ojciec żachnął się na nastolatkę.

- Oj, tata jak zacznie, to jak w obozie jakimś.

- Uważaj sobie, gówniaro. Jak nie wiesz, co to obóz, to się nie wymądrzaj i nie miel ozorem.

- No bo ja nie mam nawet na hot doga. O butach nie wspomnę.

- I nie wspominaj. Na papierosy jakoś masz.

- Oj, tato, no - nastolatka zerknęła w stronę Benka, ten udawał, że nie słyszy. Westchnęła teatralnie, umościła się w fotelu. Przymknęła oczy.

- Idziesz spać? Myślałem, że nie sypiasz - dodał złośliwie starszy. Wcześniej dziewczyna szczebiotała przez telefon. Zaczęła w Piasecznie i zrobiła przerwę tylko na kontrolę biletów. Nawet do toalety poszła z telefonem.

- Jak mam z kim, to sypiam.

- Gówniara jedna, bezczelna. Figę dostaniesz, nie pieniądze następnym razem. Potrzebne ci to jak lafiryndzie majtki.

Do tej pory ojciec miał czerwoną twarz, teraz wstąpiła na nią fioletowa łuna. Nakręcał się własną złością i nie panował nad językiem.

"Chyba bym się tak nie odzywał do własnej córki" - Benek teraz uważniej przyglądał się nastolatce. Jeszcze trudno było powiedzieć, czy wyrośnie na piękną dziewczynę, ale miała zadatki. Za moment zganił się w duchu. Znalazł się ekspert, nie mam córki, więc łatwo mi się wymądrzać.

- Gówniara - powtórzył ojciec słabszym głosem, jakby dla zasady. Zrezygnowany i pogodzony z faktem, że córka nie spija mu z ust ojcowskich mądrości. Skrzyżował ręce na piersiach i utkwił wzrok w korytarzu. Gówniara nie przejęła się gadaniem. Znów wyciągnęła telefon i zaczęła klikać. Miarowo, metodycznie. I chyba skutecznie, bo co chwila uśmiechała się triumfalnie.

Benek przyglądał się teraz obojgu. Niemoc, która chwyciła go zaraz po wejściu do wagonu, nie chciała odejść. Rozbudził się dobry kwadrans temu, ale nie miał siły, żeby zacząć się zbierać do wysiadania. Miał za to słuchawki na uszach, więc słyszał rozmowę w przerwie między utworami.

W domu zrobił sobie składankę New Order na MP3. Gdyby kazano mu zdecydować, która kapela jest najlepsza na świecie, miałby problem z wyborem. New Order uznawał jednak za coś więcej niż zespół. Było jak religia i narkotyk w jednym. Od pierwszej piosenki, którą słyszał jeszcze na koloniach w Poznaniu na początku lat osiemdziesiątych.

"Blu mondej", tak zapowiadał ją didżej na parkiecie i potem powielał w niezliczonej ilości remiksów. Potem Benek dowiedział się, że przed New Order było Joy Division, mroczne, niepokojące, oskarżane o pronazistowskie sympatie. I kultowe, po samobójczej śmierci wokalisty Iana Curtisa. Benek czytał o tym w "Non Stop", kiedy wraz z członkami zespołu, który miał dać im sławę, wracali z Czarnowa na rodzinny KSM. Czarno-biały miesięcznik wydawano na papierze jakości toaletowego, więc zdjęcie kapeli było rozmazane, ale tekst piosenki dało się odczytać.

- Love Will Tear Us Apart - głośno dukał, próbując połączyć słowa w logiczną całość.

- Co to znaczy? - Mały nie rozumiał ani słowa.

- Miłość rozedrze nas na boki? - pytał Puzon, który znał już trochę angielskich słów, bo dzięki sąsiadowi pracującemu w EMPiK-u miał dostęp do zagranicznych magazynów.

- To właśnie znaczy? - Benek nie przyznawał się, że spędza wieczory ze słownikiem. Był dumny, kiedy rozgryzł znaczenie Smalltown Boy, gigantycznego przeboju Bronski Beat, ale ten tekst to była inna liga.

When the routine bites hard

And ambitions are low

And resentment rides high

But emotions won't grow.

- Kiedy rutyna mocno gryzie i ambicje są nisko - mamrotał Benek, mając przeczucie, że niemiłosiernie kaleczy język polski.

- Takie dziwne jakieś? - Soszka, zwany też Tomaszkiem od wyrodnego syna Niechciców z Nocy i dni, ziewnął i zajrzał Benkowi przez ramię. Ten czuł, że rozumie intencję, ale nie potrafi jej oddać słowami.

- Muszę tego posłuchać w domu, może łatwiej będzie załapać.

Benek próbował nagrać piosenkę w Romantykach Muzyki Rockowej. Tomasz Beksiński zapowiadał od kilku tygodni debiutancki album grupy z Manchesteru, Unknown Pleasures, jako odkrycie na miarę teorii względności. Nie udało się, bo tego dnia Benek kończył późno szkołę, a deck kupiony za całą pensję matki nie miał programatora czasowego. Na szczęście Bafik, kolega z klasy, przegrał mu kasetę, bo posiadał magnetofon z dwiema kieszeniami.

Wkrótce jednak Benek zdał sobie sprawę, że nie kręci go surowe brzmienie Joy Division, z monotonnie powtarzaną linią basu i nierzadko fałszującym wokalistą. Za to New Order od razu chwyciło go za serce. Szczególnie płyta Substance, którą udało mu się nagrać w całości. Słuchał jej nieustannie, najczęściej prawie dziewięciominutowej wersji Perfect Kiss, która zachwyciła go na kolejne dwadzieścia pięć lat. W piosence było wszystko, co sam chciałby grać: chropawa gitara połączona z ostrą elektroniką, szorstkość i romantyczność w jednym. To był wzór, do którego chciał znaleźć rozwiązanie.

- Fajne to było - Benek otworzył oczy. Ojciec grzebał w portfelu, gówniara jednak nie zwracała na niego uwagi. Wpatrywała się w Benka z ciekawością. Dopiero teraz go zauważyła. Znowu mówił do siebie, trzeba nad tym panować, bo ludzie patrzą jak na wariata. Benek uśmiechnął się przepraszająco i zmienił ścieżkę w odtwarzaczu. David Sylvian był dobry na każdą podróż, miał kojące działanie. Benek lubił go słuchać. Piosenka Praise została nagrana w jakimś dziwnym języku. Pakistański? Być może. Ważne, że wyciszała. Przynajmniej na kilka minut, tyle wystarczyło, żeby złapać zen. Dopiero kiedy pociągiem kolejny raz zatrzęsło, Benek przypomniał sobie, że też wysiada. Wstał, otrzepał bluzę z okruchów paluszków i sięgnął na półkę.

"Kielce, prosimy podróżnych o upewnienie się, że nie zostawili niczego w przedziałach".

Głos w szczekaczce był mało zrozumiały, ale konduktor zrobił postępy. Na poprzedniej stacji nie mógł poradzić sobie ze składnią. Powtarzał kilka razy, że "następna stacja jest Radom", jakby sam nie był przekonany do formy.

- Tym razem "następna stacja jest Kielce" - powiedział bezmyślnie Benek.

- Co pan mówi? A tak, zwalniamy już - rudy zerwał się i zaciskał w pośpiechu pasek.

Samo zwalnianie pociągu przypominało wysiłki pijanego, który nabrał jakimś cudem prędkości i nie może znaleźć punktu zaczepienia. I piszczał jak rozklekotane auto, w którym nie wymieniono klocków hamulcowych.

Facet w pomiętej marynarce też zerwał się z miejsca i chwycił walizkę.

- Zapomniałbym, przejechałby człowiek.

- Jeszcze dopijemy po kielichu.

- A pan dalej jedzie?

- No, do Jędrzejowa - rudy upił łyk z puszki. Za duży, bo skrzywił się, łapiąc powietrze jak ryba wodę. Benek znał to uczucie, bo często pił łapczywie. Potem czuł, jak w środku bąble wiją się niczym kłębowisko węgorzy, brutalnie próbując wydostać się na zewnątrz. Rudemu chyba też gaz wyskoczył z żołądka. Nieudolnie ukrył beknięcie.

- Wiesz pan, tak przy ludziach? - oburzyła się nastolatka.

- No sorki, no. Nie w tę mańkę poszło.

- To może lepiej nie pić na wybojach.

- No może i lepiej, ale jak? Najgorsze jest pierwsze pięć dni po weekendzie. Pić się chce jak w żniwa - rudy znów mrugnął okiem. Wyczuł, że Benek w niego patrzy, więc szukał sojusznika w żarcie. To miało być mrugnięcie w rodzaju: my faceci wiemy, o co chodzi. I w piciu, i w ten teges.

Drugi towarzysz podróży zamaszyście szarpnął drzwi. Po chwili już go nie było. Pociąg dopiero hamował, ale podróżni spieszyli się, jakby bali się, że nie zdążą wysiąść. "Dlatego ostatnie minuty spędzają przy drzwiach, wlepiając wzrok w szybę, jakby miało to przyspieszyć podróż" - pomyślał Benek. Rzucił okiem na "Super Express". Marynara zostawił wydanie, wcześniej kartkował je od deski do deski. Dziś tematem dnia była dziewczyna, "która sześć razy stała się dziewicą", i niewyżyta oprawczyni, co "zadźgała Ryśka, bo nie dał jej orgazmu".

"Świeże newsy prosto z dupy" - pomyślał Benek. W swoim czasie był kilka razy bohaterem tabloidów i wiedział, jak potrafią manipulować opinią publiczną, żeby zrobić jak największą sprzedaż. Inna sprawa, że wtedy, kiedy jakiś koleś pstryknął mu zdjęcie w towarzystwie kobiety, która nie była jego żoną, był trochę wypity i stracił zwyczajową czujność. Stare dzieje.

- "Od kapusty rosną biusty" - przeczytał na głos jeszcze jeden tytuł z końcowej kolumny i odłożył gazetę na miejsce. Pociąg jechał dalej do Krakowa, na pewno ktoś jeszcze zrobi z niej użytek.

- Ja też wysiadam.

- Pan już? Szkoda, to się nie napijemy.

- Pan, widzę, towarzystwa nie potrzebuje - Benek pożałował złośliwości. Ale rudy tylko wzruszył ramionami. Benek wyszedł z przedziału i przepchnął się przez wąski korytarz.

Wysiadł na peronie trzecim. Tradycyjnie, bo pierwsze dwa przeznaczone były dla kierunku na Skarżysko-Kamienną i Radom, a pozostałe na Kraków. Stolica świętokrzyskiego zawsze ciągnęła do obecnej stolicy. Albo do dawnej. Zero oryginalności.

Kielce. Scyzorykowo, Scyzoryków albo Scyzoryklandia. Benek zastanawiał się, ile jest tych określeń. Wszystkie oznaczały to samo. Obiekt niezliczonych drwin pomieszanych z respektem. Kiedy Benek wyjechał na dłużej z miasta, zawsze musiał odpowiadać, skąd się wzięło przezwisko mieszkańców. Jedni twierdzili, że to dlatego, iż autochtoni używali kozików do krojenia kiełbasy i sera. Inni, że nerwowe cechy populacji regionu świętokrzyskiego kazały im nosić scyzoryk jako broń osobistą, taki ostateczny argument w dyskusji.

- Scyzoryki nikomu nie przepuszczą. Może są prości w obyciu, ale też hardzi w walce. Może biedni, ale z honorem, z klasą - tak mówiły starsze chłopaki z podwórka. Mieli ciuchy, kasę i ciekawe historie do opowiedzenia. Benek słuchał ich z zachwytem. I wierzył w to, co mówią.

- Guzik tam - dziadek Wacek nie pozostawiał wątpliwości. Wyjaśnienie było tyleż historyczne, co banalne. Przed wojną w kieleckiej Hucie Ludwików produkowano szable dla wojska. Na szablę mówiło się potocznie scyzoryk.

- Ale chłopaki mówią, że to od noży.

- Wierz chłopakom, a daleko nie zajdziesz - dziadek nie miał dobrego zdania o bywalcach podwórkowych ławek. Ani o żulach, którzy też mieli do opowiedzenia ciekawe historie, zwłaszcza jak pociągnęli tęgiego łyka. Jabol zawsze rozwiązywał języki.

- Nie znają się. Głupoty gadają jak o dworcu - dziadek wzruszał ramionami. Jego zdaniem to był kolejny mit. Wszyscy znali określenie "piździ jak na dworcu w Kielcach". Benek zastanawiał się wielokrotnie dlaczego. Nigdy nie odczuwał, żeby na peronie wiało jakoś mocniej niż gdzie indziej. Istniała teoria mówiąca o tym, że wianie ma związek z geologicznymi formacjami. Miasto otoczone górami leżało w dolinie. Dworzec natomiast został usytuowany w miejscu, w którym powstają magnetyczne zawirowania.

- Nic nie wieje - dziadek Wacek nie miał wątpliwości - albo wieje tak jak wszędzie. Potem dosiadał historycznego konika i tłumaczył zawiłą historię regionu, z uwzględnieniem teraźniejszości - opowiadał, jak to w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym pierwszym roku został oddany do użytku budynek dworca. Wspominał, że poprzedni miał długą historię.

- Dworzec powstał w tysiąc osiemset osiemdziesiątym piątym roku jako element Kolei Iwanogrodzko-Dąbrowskiej - tłumaczył tonem starego wizytatora, nieznoszącym sprzeciwu. - W czasie pierwszej wojny światowej Rosjanie wysadzili go w powietrze, ale potem nowy zbudowali Austriacy. Ten budynek zbombardowali z kolei Niemcy we wrześniu trzydziestego dziewiątego, a po wojnie gmach znów odbudowano.

Ostatni trwał do dziś w niezmienionej formie. Brzydki, ale kiedyś, gdy go nie było, do Warszawy jechało się dwadzieścia cztery godziny, a furmanką - trzydzieści sześć.

Dziadek Wacek nie żył już ponad dwadzieścia pięć lat, ale Benek ciągle pamiętał jego nauki. Wśród nich tę, że dworzec nigdy nie grzeszył czystością. Akurat to zostało w nowej Polsce bez zmian. Ale przecież z brudu się nie umiera. Tak mawiał Mały.

- Gdzie tu można kupić papierosy?

- Idź pan na terminal główny - zapytany konduktor machnął ręką.

Benek uśmiechnął się i wszedł do hali. Terminal, co to za określenie? Może w innych krajach są terminale, ale to jest dworzec w Kielcach. Ludzie łazili bezmyślnie jak psy i koty w wielkim mieszkaniu bohaterów filmu Moskitiera niejakiego Agustiego Vili. "Kompletny chaos" - pomyślał Benek; widział niedawno film na komputerze, a miał zwyczaj dla lepszego pamiętania zapisywać każdy tytuł w notatniku.

Wnętrze, choćby nie wiem jak sprzątane, zawsze wyglądało na brudne. Być może wrażenie brało się z koloru marmuru, którego użyto do wyłożenia podłogi i częściowo ścian. Kilka kas, informacja i dwa kioski umiejscowione bez ładu i składu. Ławki dla podróżnych na środku sali i nieczynny bar na pierwszym piętrze. Zawsze tak było, jedyna różnica, że bar działał całą dobę i było w nim nawet piwo. Ale to jeszcze za komuny. Benek spędził w tym budynku niejedną dobę, kiedy zmuszony do czekania na spóźniający się pociąg przesiadywał właśnie w barze, pijąc czarną jak smoła kawę. Odkrył wtedy, że na pierwszym piętrze jest druga, znacznie większa poczekalnia i coś, co go najbardziej zdziwiło. Dworcowa biblioteka.

- Przepraszam pana, czy terminal jest czynny całą dobę? - zapytał faceta z rozwianym włosem w skórzanej marynarce. Delikwent wyraźnie był trafiony, bo lekko się kiwał i wodził po sali nieostrym wzrokiem.

- Co? - żul wytrzeszczył oczy jak kukułka z zegara ściennego.

- Zamykają na noc?

- Że jak?

- Dworzec, nic już.

"Co za śmonda" - pomyślał zniecierpliwiony Benek.

- Mów jak człowiek. Terminal dworcowy, co to za mowa? - facet powiedział dokładnie w taki sposób, w jaki Benek sam by się odezwał do konduktora. Oczywiście, gdyby był w takim stanie, flaszka zawsze upraszczała komunikację. Na ogół z dobrym skutkiem, przynajmniej w pierwszej fazie. Rozmówca wyglądał, jakby miał ich za sobą co najmniej kilka.

- Ja ciebie znam - menel uśmiechnął się radośnie i rozłożył ręce jak do niedźwiedzia. - Ty jesteś ten z telewizji, od tego przeboju Lato obleśnych ludzi.

- Sam jesteś obleśny - Benek pożałował, że wdał się w rozmowę.

- Ty w jakiej sprawie? - nie ustępował żul.

- Nijakiej.

- Dziewczyn?

- Jakich dziewczyn? - tym razem nie zrozumiał Benek.

- Jakichkolwiek - zarechotał żul. - W białych tenisówkach.

- Nie, dzięki - Benek odpowiedział dla świętego spokoju.

- Nie będzie dziewczyn w białych tenisówkach - menel spojrzał bystro na Benka, po czym znowu mu się rozjechał wzrok.

- To dobrze - powiedział Benek. Pewnie gościu ma zwidy od chlania. Naprawdę był w domu.

Wyszedł na plac Niepodległości i sięgnął po zapałki. Papieros przyprawiał go o mdłości. Jakby to określił bohater kryminału Chandlera, który gdzieś czytał, smakował jak chustka do nosa należąca do hydraulika. Zajrzał do torby. Słodkie bułki. Nie zapomniał o jedzeniu na drogę, ale nie miał ochoty jeść. Teraz nie było to potrzebne.

- Kolego, chcesz jagodziankę? - zaoferował bułkę kolejnemu trafionemu żulowi.

- A z czym?

- Z bananami, kurwa! - Benek stracił cierpliwość. Iluż pijanych można spotkać jednego dnia. Żul machnął ręką. Nie był wrogo nastawiony, więc nie odpyskował. Może nawet nie dosłyszał. Wyglądał, jakby mógł wypić każdą substancję bez uszczerbku dla zdrowia, nawet paliwo lotnicze. Przyjął pokornie zawiniątko, a Benek podszedł do przystanku.

Taksówki stały w szeregu jak karne wojsko. Benek nie lubił jeździć autem, dzięki temu miał dużą swobodę manewrowania. Nie musiał martwić się o parking, a poza tym w większość miejsc, które planował odwiedzić, mógł dojść na piechotę. Taksówki w Kielcach nie były drogie.

- Do Bristolu, proszę.

- Pojedziemy trochę dłuższą trasą. Ominiemy korki - kierowca włączył taksometr.

- Znam miasto - Benek wolał zaznaczyć, że jest tutejszy. Lepiej, żeby kierowcy nie chodziło po głowie, że można go naciąć. Z dobrym skutkiem. Kwadrans później byli na miejscu. Benek pomyślał, że na piechotę zaszedłby w tym samym czasie. Nie chciał jednak targować się o tych kilka złotych.

Hotel znajdował się dokładnie pośrodku ulicy Sienkiewicza, głównego miejskiego deptaku. Wystarczyło wyjść z bramy i od razu włączyć się w miejski zgiełk.

Benek nacisnął klamkę. Drzwi zaskrzypiały. Obrotowy mechanizm musiał być źle naoliwiony. Nie trzeba było jednak wielkiej siły, żeby przepchnąć skrzydło.

- A ja pana znam - recepcjonistka uśmiechnęła się zalotnie. Benek spodziewał się wcześniej czy później takiej sytuacji. Żula zbył, ale pięknej dziewczynie nie warto się opierać.

- Ciekawe skąd? - ile razy słyszał podobne teksty. Parę razy nawet się zirytował, dopiero pierwszy menadżer uświadomił mu, że większość pracy w tej branży polega na odpowiadaniu na te same zaczepki.

"Nie spodziewaj się, że ludzie będą cię zaskakiwać. Zawsze zaczną w ten sam sposób. I ty zawsze musisz się uśmiechać, jakby cię czymś zaskoczyli" - Wolter był menadżerem, pierwszym, jakiego miał Benek. I najlepszym, dopóki nie pokłócili się o pieniądze.

Benek miał odpowiedzi przygotowane na taką okazję. Niby zachęcające do rozmowy, a jednocześnie nic do niej niewnoszące. Takie pitu-pitu, żeby zorientować się w sytuacji.

- Znam pana piosenki. I bardzo je lubię.

- Całe szczęście. Bo już się martwiłem - Benek zlustrował dyskretnie sylwetkę dziewczyny. Blondynka, jasna karnacja, lekko zadarty nos i raczej pełne kształty. Obleci.

- No wie pan? - dziewczyna rozpromieniła się od ucha do ucha.

"Naprawdę nie najgorsza, chociaż nie do końca w moim typie" - pomyślał Benek. Doświadczenie zawodowe nauczyło go jednak, że często pierwsze wrażenie może być mylne. Po drugie, nigdy nie wiadomo, kiedy człowieka przypili.

- Po co wynajmuje pan pokój? Przecież pan jest z Kielc? - pewnie nie miało to być zbyt wścibskie. Ale było, więc i na to Benek miał odpowiedź w zanadrzu, jak królika w kapeluszu.

- Nie mam już tu rodziny - wyznał Benek. - W ogóle nie mam - dodał uzupełniająco. - No i mieszkać gdzie również - uśmiechnął się jednym z najbardziej czarujących grymasów. Recepcjonistka spuściła wzrok, wpisując dane do komputera.

- Pokój numer sto cztery. Gdyby miał pan jakieś pytania, proszę dzwonić wewnętrznym. Ja jestem cały czas. Do dyspozycji.

- Naprawdę? - Benek pomyślał, że bardziej żałosnego bajeru już chyba nie można wymyślić. To tak jakby na pytanie "O której będziesz?" odpowiedzieć: "Jak wrócę, to ci powiem". Ale lepsze to niż nic.

- Jak najbardziej. Proszę tylko dać znać, że potrzebuje pan pomocy.

Dziewczyna szczebiotała, robiąc przerwy tylko na szybki oddech. Benek nagle wyobraził sobie ten oddech w intymnej sytuacji. Łatwo przychodziły mu do głowy erotyczne fantazje. Byłoby miło.

Nie był pewien, czy to zachęta. Wydawało mu się, że zna typy kobiecych zachowań, ale teraz nie zamierzał tego analizować. Postanowił pozostawić ewentualny romans ślepemu trafowi. Do tej pory często znajomości zawarte w ten sposób kończyły się w łóżku. Ale to było wtedy, gdy był gwiazdą. Chociaż, jak na Kielce, był nią nadal. I zamierzał zrobić z tego użytek.

- W takim razie dam znać - jeszcze raz się uśmiechnął i wszedł po schodach na piętro. Nie zamierzał pozostawać w pokoju zbyt długo. Tyle, ile zajmie prysznic i założenie czystej koszuli. Nie był specjalnie brudny, ale poprzedniego dnia na imprezie sporo palił i miał wrażenie, że jest cały przesiąknięty dymem. Nie musiał wybierać akurat tego hotelu, ale lokalizacja była doskonała. Cena nie stanowiła problemu.

"Kto bogatemu zabroni" - akurat to nie była prawda. Ale ponieważ nie była również kłamstwem, więc Benek zwykł sobie tak mawiać, gdy czuł wyrzuty sumienia z powodu wydatku. Mógł zatrzymać się w tańszym lokalu. Nawet gdy zarabiał krocie, często tak robił ze skąpstwa. Tłumaczył sobie, że dorastał w biedzie i nie mógł się przemóc, by wydać pieniądze na zbytki. Byle łóżko było czyste. I toaleta. Reszta jest mało ważna. Czy w pokoju będzie kablówka, czy satelita, nic go nie obchodziło. Liczyła się tylko cena. Tym razem chciał jednak zamieszkać w Bristolu. Obietnica z dzieciństwa.

- Jest dobrze, nie? Dobrze jest - cedził przez zęby, szczotkując je nad zlewem. Podniósł głowę i otaczał wzrokiem pokój. Z perspektywy łazienki wydawał się jeszcze ładniejszy. Dużo światła. I duże łóżko.

- No dobra, poleżymy sobie później, robota czeka - Benek rozpakował walizkę. Miał sporo T-shirtów, mimo to od razu postanowił wyprać brudną bieliznę. Nigdy nie wiadomo, kiedy będzie potem okazja, lubił mieć zapas. Po skończonym praniu rozwiesił starannie koszulkę. Nie wymagała prasowania, ale Benek nie chciał, żeby wyglądała nawet na lekko pogniecioną. Spryskał się perfumami, wtarł krem pod oczy i na policzki, po czym zszedł oddać klucz.

Tym razem dziewczyny nie było. Benek zostawił numerek na blacie i spojrzał przez hol na salę balową. Hotel Bristol zawsze był elegancki. Zbyt elegancki dla Benka, który jako szczeniak nie mógł sobie nawet pozwolić na wejście do restauracji. Była połowa lat osiemdziesiątych, w sklepach pustki, panowało ogólne dziadostwo. Siedzieli tam głównie handlarze walutą i złodzieje. Oczywiście ich dziwki również. Mężczyźni szpanowali japońskimi zegarkami z kalkulatorami i tureckimi dżinsami z dekatyzowanego materiału.

Czasem cinkciarze się bili, wtedy cały lokal drżał w posadach, dopóki nie przyjechała milicja. Gdyby zamieszki były dyscypliną olimpijską, pod Bristolem ustanowionoby nowy rekord.

Kleks uwielbiał tam wchodzić do toalety. Najpierw do męskiej, za potrzebą, ale potem zwykle kierował kroki do drzwi z dziewczynką na nocniku.

- Kawalerze, to jest damska toaleta - portier budził się z drzemki i reagował czujnie jak stary esbek. Wielu z nich dorabiało w ten sposób do emerytury.

- No, tylko dam tu jakoś nie widać.

- Ty gówniarzu, jak ci zaraz nakopię, to nie będziesz taki do przodu.

- Niech pan się nie gniewa, panie kierowniku - Kleks znienacka zaskakiwał sapiącego ciecia, sprawiając, że ten czuł się zdezorientowany. Nawet zaczynał się uśmiechać, bo czuł, że wzbudza respekt.

- Chciałem pana zaprosić na święta do domu - ciągnął Kleks.

- Na święta? Jak to? Kiedy? - chłop kompletnie się gubił.

- No, jak najszybciej oczywiście. Zrobiliśmy sobie szopkę, a zginęła nam gdzieś figurka osła...

Uciekali z radością z udanego żartu gonieni przez portiera, który złorzeczył, że nie zauważył ich, kiedy wchodzili. Cinkciarze przypatrywali się spod zmrużonych powiek, a na ich niskich czołach malował się intelektualny wysiłek. Nie wiedzieli za bardzo, o co chodzi i czy się śmiać, czy niepokoić.

Teraz w Bristolu po pewexach nie było śladu, podobnie jak po cinkciarzach. W restauracji w ogóle nie było klientów. "Środek tygodnia, wczesna pora, to już nie te czasy, żeby ludzie siedzieli od rana, sącząc kuflowe piwo" - pomyślał Benek. Jeśli nie odbywały się żadne targi, które miasto oferowało wszystkim, którzy mieli coś na sprzedaż, na ogół w ciemno można było rezerwować miejsce. No, chyba że ktoś wyprawiał wesele, wtedy na chwilę restauracja przypominała czasy świetności. Do rana potrafiła urzekać, odrodzona jak feniks z popiołów. Potem wszystko wracało do normy i znów stawała się normalnym lokalem, czystym, schludnym, ale pustym, czekającym w uśpieniu na przebudzenie.

- Jakie to dziwne, że aby poznać przeszłość, czasami trzeba najpierw poznać przyszłość.

- Proszę? - recepcjonistka pojawiła się niespodziewanie. Musiała być na zapleczu. Albo w toalecie.

- Nie, nic. To nie do pani - Benek przypomniał sobie powiedzenie, które znalazł w opowiadaniach o Sherlocku Holmesie. Lektura za bardzo go nie wciągnęła, ale obecnie czuł się trochę jak detektyw badający historię. Zdarzało mu się, że mówił do siebie. Miał nadzieję, że to nie jest objaw choroby umysłowej.

Halina mówiła o sobie, że gada do palników. Na początku, kiedy w małżeństwie wszystko było jeszcze dobrze, gotowanie sprawiało jej przyjemność i sporo czasu spędzała w kuchni. Często tak żartowała. Potem lubiła zasiąść za stołem z pudełkiem ptasiego mleczka. Brała po kolei czekoladkę i nożykiem obkrawała boki, ścianka po ściance. Na koniec obdarty z powłoki biały glut lądował w jej ustach, po czym rzeź zaczynała się na nowo.

Benek początkowo uwielbiał ten rytuał. Sam nie jadał ptasiego mleczka, nie miał ochoty na lepki miąższ, zresztą rzadko dla niego coś zostawało. Smakowała mu jednak sama czekolada, więc zbierał palcami brązowe skórki i pakował je sobie do ust, po kilka naraz. Czasem się pomazał, ale zabawa była przednia.

Dopiero potem Halina przestała gotować, za to zaczęła więcej rozmawiać. Ze sobą albo znajomymi w sieci. O palnikach nie było już mowy.

- A jak pani ma na imię? - Benek otrząsnął się i zagadał recepcjonistkę.

- Jagoda.

- Pani Jagodo, mam prośbę. Jeśli ktoś będzie o mnie pytał, to proszę numer telefonu - Benek podał wizytówkę. Oprócz nazwiska i adresu studia miał na kartce wypisany e-mail i komórkę. Wiedział, że w wolnej chwili dziewczyna sprawdzi numer. Liczył na to.

- Oczywiście, nie ma problemu - dziewczyna schowała kartonik do szuflady.

- Lubię swoje łóżko, ale wolałbym być w twoim - rzucił Benek bezwiednie.

- Co proszę?

- Nic - skłamał przestraszony. Ale walnął, jak ostatni cham. Chyba nie wypowiedział tego na głos? Jak łatwo mógł chlapnąć coś, o czym wydawało mu się, że tylko myśli.

- Lubię odpocząć, ale muszę być u swoich. Przyjaciół, znaczy - dodał wyjaśniająco.

- Ach, rozumiem. Przecież to jest pana miasto - Jagoda uśmiechnęła się, odsłaniając garnitur białych zębów.

- Tak - Benek uśmiechnął się ponownie, odrobina lansu nie zaszkodzi. - Ano, moje, jak by nie patrzeć. Aż nie wiadomo, w którą stronę iść.

- To może zamówimy taksówkę? - dziewczyna znów uraczyła świat śnieżnobiałym błyskiem doskonałości. "Czemu ona się tak uśmiecha?" - pomyślał Benek. - "Sięga po słuchawkę, ale patrzy na mnie. Może jednak pobajerować trochę?" - myśli tłukły mu się po głowie jak worek ziemniaków.

- Mój znajomy jeździ dzisiaj. Chętnie zawiezie, gdzie trzeba. Zarobi parę gorszy, a nie oszuka - wydeklamowała recepcjonistka. Pewnie mówiła to każdemu.

- Dziękuję, to niedaleko. Ja bardzo chętnie się przejdę - Benek wykonał gest, jakby chciał chwycić Jagodę za rękę. Recepcjonistka zatrzymała się w połowie ruchu. Wpatrywała się dalej z uśmiechem. Zero wstydu. "Pewna siebie jak diabli" - pomyślał Benek.

- No to, jak pan uważa. W razie czego, proszę dać znać. Zamówimy na wieczór.

- Znakomicie - Benek cofnął się o krok, potem odwrócił na pięcie. Chyba ją trochę zaskoczył, sądziła, że zrobi coś więcej. Myślał intensywnie, oddalając się od recepcji. Na plecach pojawiło się niemiłe uczucie, jakby swędzenie. Co za debil, skarcił się w myślach. Z takim tanim tekstem wyjeżdżać. Jak ostatni wieśniak. Dobrze, że ta Jagoda tego nie słyszała. A może jednak? W każdym razie nie dała po sobie poznać.

Benek przekręcił klamkę u drzwi. Nie szkodzi, że jej teraz nie poderwał. Będzie jeszcze okazja. Wieczorem, a może następnego dnia. Nie ma co się napalać. W końcu przyjechał tu w innym celu.

Poszedł w górę ulicy. Chyba znajdzie się jakaś knajpa podobna do Bristolu. Benek miał zamiar trochę posiedzieć i może nawet trochę się upić. Wyszedł na Sienkiewicza i skierował się w górę. W stronę KSM-u. O rany, to brzmi jak W stronę Swanna, pomyślał z kwaśnym uśmiechem, przypominając sobie lekturę, przez którą przebrnął w liceum. Zapachniało Proustem.

- Chyba chrustem - wymamrotał Benek. Miał ochotę się uszczypnąć. Grunt, to się nie rozklejać. Zero afektacji, jak by powiedział dziadek Wacek. Częstochowski rym nie jest najlepszym sposobem na spokój duszy. Ale rozluźnia.

"Jak tak dalej pójdzie, to będę jedynym rozmówcą. Ze sobą - Benek postawił kołnierz płaszcza. Akurat dmuchnęło z dworca. Scyzorykland. - Jak to mówił ten facet z pociągu? Scyzorykowo? Nieważne. Ważne, że jestem w domu. A właściwie będę za kilka minut, tylko przejdę Zagórską. Ciekawe, co się zmieniło. Bo ja na pewno nie".

Benek poczuł przypływ energii. Smuteczki z pokoju hotelowego pochowały się w zakamarkach duszy. Nie miał wątpliwości, że przytrzyma je tam na dłużej. Zwłaszcza że miał plan, który zamierzał zrealizować.

ROZDZIAŁ 3Mistrz pierwszego kroku

Benek potknął się i z trudem utrzymał równowagę. Do salonu gier na Słowackiego, a raczej miejsca po nim, było jakieś dwadzieścia minut na piechotę. Może zajrzy tam jutro albo pojutrze.

- Chociaż po co? - Benek przyłapał się na tym, że znowu mówi do siebie. Wszystko przez słuchawki i nagrania prawdziwej perełki - Aztec Camera, szkockiego zespołu, którego gwiazda, Roddy Frame, miał w latach osiemdziesiątych niesamowitą łatwość komponowania urokliwych piosenek. Szkoda, że nie poznano się na nim w Polsce, poza Somewhere in My Heart, które rządziło na liście w osiemdziesiątym ósmym roku. Roddy Frame nucił właśnie Benkowi do ucha piosenkę o wietrze, Walk Out to Winter, jakby był kiedyś na dworcu w Kielcach.

- Kolego, masz papierosa? - menel w szarym palcie złapał Benka za nadgarstek. To już chyba trzeci od przyjazdu, dawniej było ich chyba trochę mniej. Benek posłusznie podsunął pod nos pijaczka paczkę z wysuniętym marlboro.

- Rura mnie pali jak skurwysyn - menel pochylił się, żeby lepiej widzieć ustnik, wyciągnął go pożółkłymi palcami i zamarł w oczekiwaniu. Benek podsunął mu ogień.

- Do picia nic nie mam - powiedział uprzedzająco - ani kasy.

- Nie trzeba, dzięki kierowniku - menel zasalutował do gołej głowy jak w dziecięcym teatrzyku i zniknął w tłumie. - Będzie dobrze - Benek usłyszał jeszcze jak mamrocze pod nosem.

Nierówność w chodniku przywróciła poczucie rzeczywistości. Skrzyżowanie Źródłowej z Mazurską. Okno na świat. Na prawo Zagórska Północ. Na lewo Zagórska Południe.

Zatrzymane w kadrze.

Nadawano kiedyś taki program w telewizji. Benek nie pamiętał, o co w nim chodziło, chyba o jakieś widowisko dokumentalne, w którym prowadzący pokazywał dziwne miejsca i porównywał je ze starymi fotografiami. Nudne jak cholera, ale były tylko dwa programy telewizji i zero wyboru.

Otrząsnął się i uśmiechnął przepraszająco. Miał zwidy jak z Dziadów Mickiewicza. Tak to jest, jak się staje nad brzegiem przeszłości, która styka się z teraźniejszością. Straszne i śmieszne zarazem. Wystarczyło zrobić tylko pierwszy krok.

Mistrz pierwszego kroku, Benek pamiętał określenie Bobsona ukryte w podskórnych pokładach pamięci. Wystarczy zerwać warstwy cebuli, jak u Güntera Grassa, żeby dostać się do piekącego środka. Jak to było? Że niby dobrze zaczynał, ale kiepsko kończył? Ciekawe, czy inni też przeżywali sercowe rozterki, Sernik i Termos, których interesowały tylko piesze wędrówki i modele samolotów. Tarpan, który dojeżdżał do szkoły z Domaszewic i nigdy nie zmieniał skarpet. Szpaku, Apostoł, Drakula, Beton czy Zając, albo Ząbek, syn sprzątaczki z podstawówki, potrafiący jednym uderzeniem główki powalić każdego przeciwnika. Na pewno żaden nie miałby drgań w sercu. Sentymenty, psia jego mać.

Benek się uśmiechnął. To nie miało w tej chwili większego znaczenia. Przecież nie będzie stał u zbiegu Zagórskiej i Źródłowej i dumał jak Cezar nad Rubikonem. Zrobił pierwszy krok. Potem kolejny. Zganił się w duchu, że przeżywa marsz, jakby szedł za Mojżeszem w Morze Czerwone. Mistrz pierwszego kroku.

- I kolejnych - Benek przeszedł przez światła na skrzyżowaniu. Nic się nie stało. To był wciąż KSM. Minął Morsa i przeszedł przez skrzyżowanie, kierując się wprost na pustą fontannę. Dawniej w lecie napełniona była wodą. Kleks chciał udowodnić, że się w niej wykąpie. Zrobił to razem z Meckiem. Rozebrali się do naga i kąpali w piątkową noc, krzycząc z zimna. Nawet nie byli pod wpływem alkoholu, ale trochę odurzeni wakacyjnym upałem. Nie mogli uciekać, bo ubrania zostały na murku. Mundurowi zawlekli ich na komisariat, ale kiedy inni dowiedzieli się, że małolaty tylko zażywały kąpieli, puścili ich wolno. Nawet nie przylali pałą.

W ogródku za fontanną ławki stały jak w latach osiemdziesiątych. Miały służyć emerytom albo matkom z dziećmi. Najczęściej siedziały jednak na nich żule w towarzystwie butelki wina. Benek przysiadł kiedyś obok nich ze Łzami sołtysa, zbiorem opowiadań Himilsbacha kupionym w księgarni na Zagórskiej przy Blaszaku. To nie byli bogaci kolesie spod Bristolu. Raczej cwane gapy, które ciułały grosiki na alkohol i jakoś udawało im się zdobyć na butelkę. Po pierwszych kieliszkach obejmowali się i całowali. Kiedy mieli mocno w czubie, kłócili się i bełkotali od rzeczy. Mogli nie mieć nowych ciuchów, ale zawsze mieli co wypić i zapalić. Od wczesnej wiosny do późnej jesieni można było w ciemno założyć, że spotka się któregoś z nich. Co innego w zimie. Zima to był najlepszy okres do twórczego wykorzystania murku. Wtedy fontannę i ławki przykrywała góra śniegu. Tworzyła się naturalna barykada, która zabudowana warstwami ubitego puchu zmieniała się w fortecę nie do zdobycia. Znakomite miejsce dla łebków, których rozpierała energia.

- A ile waży kilogram sypkiego śniegu? - pytał jeden.

- Ale ty jesteś głupi. Kilo to kilo - krzyczał drugi.

- Tak? To weź sobie zrzuć na nogę kilogram ołowiu i kilogram śniegu. Zobaczymy, czy odczujesz różnicę.

Mały z Kleksem snuli rozważania, przygotowując piguły. Kilkadziesiąt na głowę. Razem z Benkiem, Bobsonem i Wilkołem, który nie wymawiał r, mieli około trzystu pocisków. Potem wystrzeliwali białe kule w przechodniów na pasach. Jak bateria haubic. Kanonada wywoływała panikę na przejściu. Ponieważ piguły były wystrzeliwane stromotorowo, grad padał prosto z nieba. Po pierwszym strzale ludzie spoglądali w górę, w następnej sekundzie zasłaniając się ręką, próbując powstrzymać nieuniknione.

Nie wszyscy pokornie szli na rzeź. Co bardziej hardzi zawzięcie rozglądali się w poszukiwaniu przeciwnika. Dostrzegali ukrytą fortecę i ruszali na nią z furią, pomieszaną z odczuciem mrowienia za kołnierzem. Wtedy zaczynało się prawdziwe starcie.

- Kto się ruszy krok w tył, dostanie wpiełdol - podekscytowany Wilkoł krzyczał na całe gardło.

- Wpierdol - przekrzykiwał go Kleks.

- No właśnie, wpiełdol - w ferworze walki nikt nie zwracał uwagi na pomyłkę. Kleks także drżał z niecierpliwości i oczekując na możliwość konfrontacji, wydzierał się.

- Wstrzymać ogień. Bliżej podpuścić.

Wtedy okazywało się, do czego przydaje się zapas amunicji. Kiedy nieszczęśnik podchodził na odległość kilku metrów, otrzymywał siarczystą salwę w twarz z taką siłą, że lądował tyłkiem w zaspie. Jeśli nawet utrzymał się na nogach, był tak zaskoczony, że zanim podjął jakieś działanie, dostawał repetę. Mógł tylko krzyczeć: "Wy, gnoje jedne, zaraz wam tak nakopię do dupy, że matka was nie pozna". Najtwardsi próbowali brnąć w śniegu jak hitlerowcy pod Moskwą. Z równym skutkiem. Nie mieli siły przebicia, jaka dorównywałaby sile ognia zdrowych byczków, z których każdy rzucał pociski z prędkością trzech na sekundę. Razem dawało to piętnaście strzałów z bliska. Wszystkie celne.

- Nie ustępować. Ani na krok. Nie przejdą - Kleks piał już jak kogut. Poczerwieniał na twarzy, czapka z lisa zsunęła mu się na policzek. Wyglądał jak Czapajew z radzieckiego filmu o czerwonoarmistach, który Benek oglądał w telewizji. Nigdy się nie zdarzyło, żeby ktokolwiek przedarł się przez ostatnią linię obrony. To było ich zwycięstwo, nikomu niepotrzebne, ale zawsze zwycięstwo.

Murek stał jak dawniej, jedynie nie było przy nim ludzi. Pusto jak na akwarelach Hitlera, które Benek widział w jakimś albumie historycznym. Ci, których znał, chodzili jak cienie. Mógł je dostrzec tylko z pomocą wyobraźni. Przypomniał sobie Powrót z gwiazd, zapomnianą książkę Stanisława Lema o kosmonaucie, który wraca po dziesięciu latach z podróży. Okazuje się, że na Ziemi minęło sto dwadzieścia siedem lat, więc nikt nie pamięta o wyprawie i nikt na niego nie czeka. Powinni to kiedyś zekranizować, może z George'em Clooneyem, będzie dobry film.

- Benek.

Usłyszał szum spoza słuchawek. Musiał je uchylić, bo nie był pewien, czy to nie Roddy Frame mówi. Teraz leciała jednak solówka gitary. Ten dźwięk pochodził spoza ściany muzycznej. Podniósł wzrok.

- Benek, jak słowo daję.

Znał ten głos. I spodziewał się go usłyszeć. Szedł pod znajomy adres, bo miał przecież plan do zrealizowania. Jak się jednak okazało, ta część planu wyszła mu na spotkanie.

- Tomaszek.

- No jestem.

- No witaj - Benek nie wiedział, czy poprzestać na uścisku dłoni. W końcu poklepali się plecach.

Tomasz, zwany Tomaszkiem albo Soszką. Jeden z duchów, który potrafił się zmaterializować. A jednak myśl potrafi mieć siłę sprawczą. Benek? Benek uśmiechnął się. Nie słyszał tego przezwiska od ponad dwudziestu lat. Przylgnęło do niego jeszcze w podstawówce. Faktycznie, tak na niego mówiono, nawet jeszcze kilka lat po wyjeździe z miasta. Potem określenie zaginęło w czeluściach pamięci. Wystarczyło jednak raz wypowiedzieć słowo, żeby przeszłość wróciła z siłą wodospadu jak corega tabs z reklamy. Benek poczuł się jak bohater jakiejś kreskówki, który po wypowiedzeniu zaklęcia odzyskuje siły.

- Benek, dawno tego nie słyszałem.

- No, a jak mam mówić? - tubalny głos wibrował w powietrzu przebijając się przez nie jak pociąg na stacji w Kostomłotach.

Samego Tomka też nie widział wieki. Ale od razu by go rozpoznał. Tomaszek miał tylko więcej siwych włosów, ale sylwetka mu się nie zmieniła. Trochę cygański wygląd i długie baki, do tego wiecznie nieogolona gęba i uśmiech. Jeśli miał za mocno wystrzyżone włosy, wyglądał jak owczarek. Tak mawiał o nim Kleks. Benkowi przypominał trochę Jacka Colemana, aktora z Dynastii. Zwłaszcza kiedy nosił się na czeskiego hokeistę: krótkie włosy z przodu, długie kędziory z tyłu. Właściwie Tomasz był przystojny. Benkowi nie wypadało tego komentować, ale w duchu mógł przyznać, że kolega, jak na lata, których im nie ubywało, trzymał się nieźle. Zmarszczki wokół oczu, ale i młodzieńczy błysk, a do tego szczupła sylwetka. Całkiem nieźle.

- Nic się nie zmieniłeś - nie kłamał. Widok Tomasza wprawił go w dobry humor, bo pokazywał, że czas można spowolnić.

- Ty też niewiele - Tomasz zarechotał lustrując Benka od stóp do głów - dlatego cię poznałem. Ale wciąż nie wierzę.

- No, wreszcie się spotkaliśmy. Ile to już lat?

- A kto by to pamiętał. Zresztą czekaj, zaraz policzymy - Tomasz zagiął palce. - Do średniej szkoły chodziliśmy od osiemdziesiątego czwartego. Ożeż ty w mordę. Jak ten czas zapierdala - dostrzegł słuchawki na kołnierzu Benka.

- Jak żyjesz?

- Pomalutku. A ty?

- No też jakoś żyję.

- Widziałem. W telewizji.

Oho, zaczyna się. Akurat to nie był dobry temat na początek rozmowy.

- A, stare dzieje - Benek nie chciał wchodzić w szczegóły.

- No właśnie, wszystko, co znam, to sprzed wielu lat. A teraz nic nie robisz nowego?

Właśnie tego pytania Benek się obawiał najbardziej. Ogólny początek rozmowy prowadził nieuchronnie do tego punktu. Gdzie kończy się gadka, a zaczyna teatr.

- Jak nie, jak tak. Oczywiście, że robię. A jak tam wasze życie prywatne, panie kolego? - pojechał cytatem z Misia, mając nadzieję, że rozmówca nie zauważy jego irytacji. Tomasz był najzwyczajniej w świecie ciekawy. Benek nie miał jednak ochoty spowiadać się na ulicy. Zbyt często to ostatnio robił i wcale od tego nie czuł się lepiej. Dlatego wolał zmienić temat, cytując klasyka.

- A, bez zmian. Sam sobie mieszkam. I jakoś wiążę koniec z końcem - uśmiechnął się Tomasz.

- Zupełnie sam?

- No, zupełnie. Rodzice mi umarli, nie od razu, po kolei. Mama najpierw, potem tata. I jakoś zrobiło się pusto.

- A ty chyba miałeś brata jeszcze - Benek nie chciał się skupiać na smutnych tematach.

- A tak, na taksówce jeździ. Czasem przyjeżdża coś pozałatwiać. Ale tak na ogół to tylko przez telefon jest.

- Kobitę sobie znajdź jakąś.

- Miałem, miałem. Byłem z tą Dorotą, ty ją chyba nawet pamiętasz.

- Tę z tlenionymi włosami?

- Tę samą - dalej szczerzył zęby Tomasz. - Nie powiem, fajnie było się spotykać. Ale to cicha woda po kisielu. Ze mną była w poniedziałek, a z innym we wtorek. Chłopaki mi donieśli, że się rozmienia. Pogoniłem szantrapę.

Benek nie miał pojęcia, o kim mowa. Tak naprawdę nie pamiętał żadnej Doroty o tlenionych włosach. Nie chciało mu się jednak wypytywać kolegę o szczegóły. W gruncie rzeczy nic go to nie obchodziło.

- No, ale potem żeśmy się poróżnili. I ona wróciła do męża, a ja wróciłem do dawnych nałogów - Tomasz znów się uśmiechnął. - A czego słuchasz?

- Anoraak.

- Co to?

- Taki zespół - powiedział niechętnie Benek.

- Aha - Tomasz ziewnął - ja słucham disco polo.

- Naprawdę? - Benek był dziś w stanie uwierzyć we wszystko.

- Żartuję, baranie - Soszka wybuchnął śmiechem i pokazał mu swoje słuchawki. - Słucham Icehouse.

- Nie - teraz zaśmiał się Benek. Legendarna kapela z Australii z lat osiemdziesiątych, odnaleziona na odtwarzaczu kolegi? Niemożliwe.

- Poważnie - Soszka błysnął zębami. - W domu słucham, bo mi się zepsuł odtwarzacz. Z czego się śmiejesz?

- Z sympatii. Bo nie wiedziałem, że wciąż grają - Benek doskonale pamiętał szaleństwo w Polsce. - Słuchałem na okrągło Hey, Little Girl i Electric Blue.

- Grali jeszcze do niedawna. Ostatnią płytę wydali w dwa tysiące czwartym. Heroes się nazywa. Warto posłuchać - powiedział Soszka. - A skoro nie mówisz, czemu nie dzwoniłeś, to może powiesz, gdzie idziesz.

- Wiesz co, a ja miałem iść do ciebie właśnie - powiedział zgodnie z prawdą Benek. - W końcu dawno nie zaglądałem.

- A czemuś ty nie zachodził wcześniej? - Soszka wydawał się autentycznie zainteresowany.

"Właśnie, czemu?" - zastanowił się Benek. Przecież nic nie stało na przeszkodzie. Poza karierą, kasą, sławą i dbaniem o własne interesy.

- Nie uwierzysz, ale jak się coś ma pod nosem, to często nie ma się kiedy za to wziąć - Benek uśmiechnął się przepraszająco. Chyba niezbyt szczerze.

- Mnie nie świruj, jak nie chcesz, to nie mów, ale nie rób ze mnie wała. Cóż to, przez tyle lat nie miałeś się kiedy wziąć? Jakże to?

- No, nie zeszło się.

- Kręcisz - Tomasz złożył ręce na piersiach. - Kręcisz jak Zbynek zwany Góralem.

- Tak mówiono na Zbynka?

- Na Zbynka, Zbynka. Miał dobrą gadkę, więc wyrywał masę dziewczyn. Nie umiał jednak utrzymać związku, więc wszystko, co zapunktował na starcie, kończyło się tym, że kto inny zabierał mu towar sprzed nosa - Benek nic nie powiedział.

Soszka patrzył przez chwilę, a potem nagle się roześmiał.

- Znam to, oj znam. Jak się wybierałem zapłacić czynsz, to wszystko robiłem, żeby tam nie dojść, a potem jak już doszedłem, to okazało się, że nie mam kasy. Mnie nie musisz mówić. Nie przyjeżdżałeś, to pewnie miałeś powód.

Benek wzruszył ramionami.

- Pamiętasz przecież, że mistrzowi pierwszego kroku brakowało pary, żeby zrobić drugi.

Należało przełamać pierwsze lody i zacząć od podstawowego pytania. A jakie może być podstawowe pytanie po dwudziestu latach niewidzenia się? Najpełniejsze, najbardziej pojemne, przekrojowe.

- A ty do pracy teraz idziesz? - wydukał bezmyślnie.

- Eeeeee - Tomasz zaśmiał się tak radośnie, że Benek aż poczuł niestosowność pytania. - Do pracy to ja już nie chodzę dawno. Marnie płacą, więc wolę na zasiłku siedzieć. W domu siedzę, zawsze jakoś w domu taniej wychodzi. Za to mam dużo czasu na czytanie. Telewizję oglądam, grzebię w Internecie. Tylko fajki drogie, ale za to nie muszę rano wstawać. Wiesz, że kto rano wstaje, ten się gówno wyśpi.

- A ja myślałem, że kto rano wstaje, ten leje jak z cebra.

- Też.

- Słuchaj - Benek czekał na przerwę, żeby wpaść Tomaszowi w słowo. - Słuchaj - nie wiedział, jak zagaić, żeby wyszło naturalnie. - To może, jak mamy chwilę, to się napijemy? Masz ochotę?

- Pewnie, że mam. Roboty nie mam, ale ochotę do picia jak najbardziej.

- No to zajrzyjmy gdzie trzeba. Jest o czym gadać, nie ma przy czym.

- Ale u mnie z forsą krucho. Mówiłem ci, na zasiłku jestem. - Tomasz rozłożył ręce. Benek przygotował się jak na razie na wszystkie ewentualności. Także na to, że ktoś z dawnych znajomków może nie być przy forsie. Nie szkodzi, miał na to budżet, ale musiał go tak zareklamować, żeby nie naruszyć niczyjej dumy.

- Ale ja cię chciałem zaprosić. Wiesz, że dawno się nie wiedzieliśmy i w ogóle.

- To może zamiast do restauracji od razu pół litra? Chociaż, czekaj, pół litra jest dobre na dwóch. Jak jeden nie pije, a jak pije, to mało. Zero siedem jak weźmiesz, to będzie w sam raz.

- No, ale w restauracji jest zakąska i przepitka. Przecież nie wypijemy towaru na ławce w parku. Straż miejska capnie nas jak amen w pacierzu.

- A kto mówi o piciu w parku? Do mnie pójdziemy, przecież to niedaleko. Kup wodę mineralną, ja mam kawę, znajdą się nawet jakieś klopsiki z wczoraj. Gotowałem z taką jedną Marylką i jeszcze nie dojedliśmy.

- Mówiłeś, że sam mieszkasz.

- No bo sam. Czasem przychodzi do mnie sąsiadka. Wdowa, mąż jej umarł, wpadł pod samochód czy zamarzł pod klatką, w każdym razie jest sama. Posiedzi trochę, ugotuje coś. Telewizję razem pooglądamy. Wiesz, jak to jest. Kobieta bez mężczyzny jest jak ryba bez roweru.

Tomasz opowiadał, że Marylka mieszkała z nim od kilku lat. Żyli jak wzorowe małżeństwo, choć małżeństwem nie byli. I chyba nie zamierzali.

- W tym wieku człowiek nie pali się do wiązania jakimiś dziwnymi umowami.

- Ładnieś to rozegrał. Jak ci się nie podoba, to nie masz nikogo na karku. A jak potrzeba, zawsze jest bratnia dusza - Benek cieszył się z zaproszenia. Właśnie o to mu chodziło.

Większość jego znajomych kompletnie nie zamierzała zmieniać stanu cywilnego. Poza matką Benka, która chciała pokazać koleżankom, że koniecznie wyjdzie za mąż ponownie, i wzięła najgorszego pijaka. Pijaka już dawno nie było. Przedawkował wódkę kilka lat po ślubie. Mamy też zresztą nie było, choć po zawale nie piła ani nie paliła. Zabiła ją nadwaga. A może inne świństwo. W każdym razie Benek był sam jak palec.

- No to super. Weźmiemy jednak coś na ząb, żeby dwa razy nie chodzić. - Soszka podrapał się po głowie. - Kiedy kończy się wóda, zakąska staje się zwykłym żarciem.

Benek wiedział już, jak będzie wyglądać dalsza część dnia. I bardzo chętnie poddawał się alkoholowej karmie.

- A tej Marylki teraz nie będzie?

- Teraz nie, poszła do pracy. Dopiero późnym wieczorem.

- Pozdrów ją ode mnie.

- Sam ją pozdrowisz.

- Ale nie wiem, czy dzisiaj dam radę. Zależy, jak długo posiedzimy.

- A masz gdzie spać? Możesz u nas. Jak to się mówi, gość w dom, żona w ciąży.

- Dzięki bardzo, ale stanąłem w Bristolu.

- Uuuu - Tomasz gwizdnął przez zęby. - Bogato.

- Nie bardzo. Promocję mieli - Benek uznał, że lepiej nie stwarzać wrażenia, że jest się lepszym od innych, nigdy nie wychodzi z tego nic dobrego. - Poza tym chciałem w centrum. Blisko i na KSM, i na dworzec. - Benek klasnął niecierpliwie w ręce. Nie chciał się tłumaczyć. Chciał się napić. - Nie ma co się rozwodzić na sucho. Musimy chlapnąć.

- No to idziemy do Blaszaka.

- Zrobimy sobie jubileusz.

- Ja powiem jedno, wódka nas zjednoczy. - Tomasz zapalał się jak za czasów obrony murku na skwerze. - To będzie alkokalipsa. Jubileusz to jest wtedy, jak jest dużo kwiatów, a ty jeszcze żyjesz. Bibkę sobie zrobimy.

Benek uśmiechnął się jak dziecko. Miał czas na takie posiedzenie. Miał na nie również ochotę. Nawet dużą.

- Dobra, weźmiemy fajki.

- No, jakbyś mógł, bo ja nie mam. Skąd wezmę, jak nie mam. Na pochyłe drzewo przecież i Salomon nie naleje.

- Nie ma sprawy, mówiłem ci. - Benek odruchowo sprawdził, czy ma za pazuchą portfel. - Ja stawiam i nie ma dyskusji.

- Prowadź.

- Jakbyś nie znał drogi.

- Drogę to ja znam aż za dobrze. Idziemy.

- No to wyszedłem ci naprzeciw.

- No na to wygląda.

- Nieważne, idziemy.

- Do ciebie?

- Do mnie, a jakże. - Soszka mieszkał pośrodku, więc musiał pokonać jednakową drogę do obu lokali.

- Poczekaj, jedzenie - zreflektował się Benek. W Żabce kupił trochę pieczywa, wędlinę i czekoladę Milkę. Zapatrzył się na półkę z alkoholami i po namyśle wskazał palcem na żubrówkę.

- Dobra nasza - ucieszył się Soszka.

- Nie do końca nasza, bo żubrówkę kupili Ruscy.

- Jak to? - sprzedawca nadstawił ucha.

- Kupił ją koncern OECD, który należy do grupy Russian Standard. - Benek mądrzył się, bo czytał na ten temat artykuł w "Newsweeku".

- Wyprzedajemy w tym kraju, co najlepsze - westchnął sprzedawca, podając butelkę. Poszli Mazurską do szarego czteropiętrowego bloku. Soszka otworzył drzwi, żeby Benek mógł przejść z zakupami.

Pamiętał klatkę, więc nawet gdyby na drzwiach nie było nazwisk, doszedłby do tego jakoś metodą prób i błędów. Jeszcze w podstawówce szukał tego mieszkania z workiem na papucie. Tomasz zgubił buty i bardzo się bał, że rodzice spuszczą mu manto. Benek znalazł worek i postanowił zrobić koledze niespodziankę. Kiedy znalazł właściwe drzwi, załomotał z pięści i uciekł zanim się otworzyły. Worek z papuciami dyndał za nim radośnie na klamce.

Benek zachował się jak w Niewidzialnej ręce, popularnym programie dla młodzieży, w którym uczono młodych ludzi, by spełniali dobre uczynki. Nie wiedział, dlaczego po prostu nie przekazał go z rąk do rak.

- A pamiętasz, jak na twoich drzwiach wisiały buciki?

- Jakie, kurna, buciki? - Tomasz zrobił oczy jak spodki.

- No, szkolne buciki, takie juniorki chyba. Miałeś je w woreczku, czarnym. Zgubiłeś, a ja znalazłem. Odniosłem i powiesiłem ci na drzwiach mieszkania.

- Nic nie pamiętam. Ale jak się napijemy, to może sobie przypomnę - Tomasz nie wyglądał na zmartwionego brakiem pamięci. "Potrzeba mu bodźca" - pomyślał Benek. Wiele lat nic i dopiero teraz czarna dziura została wypełniona materią przeszłości. Nie musiał już tego tłumaczyć koledze.

- Dobrze, żeśmy na siebie wpadli.

- Kielce nie są na tyle duże, żeby wcześniej czy później wszyscy nie wpadali na siebie. Wchodź, trafim małe co nieco.