Niezłomni czy realiści? Polskie podziemie antykomunistyczne bez patosu - Rafał Wnuk, Sławomir Poleszak

Kup ebooka

49.90 zł
38.92 zł (27,45 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRZY­PISY

1. PIĘTNO WOJNY

[4] Re­la­cja Sta­ni­sława Książka, 1994, w zbio­rach au­to­rów.
[5] Z. Klu­kow­ski, Za­mojsz­czy­zna 1918-1959, War­szawa 2017, s. 328.
[6] J. Ku­roń, Wiara i wina. Do i od ko­mu­ni­zmu, War­szawa 1989, s. 17.
[7] Cyt. za: M. Za­remba, Wielka trwoga, Pol­ska 1944-1947, War­szawa 2012, s. 93.
[8] A. Pa­weł­czyń­ska, War­to­ści a prze­moc, War­szawa 1992, s. 83.
[9] M. Hel­ler, Świat obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych a li­te­ra­tura so­wiecka, Pa­ryż 1974, s. 269.
[10] W. Gra­bow­ski, Ra­port. Straty ludz­kie po­nie­sione przez Pol­skę w la­tach 1939-1945 [w:] Pol­ska 1939-1945. Straty oso­bowe i ofiary re­pre­sji pod dwiema oku­pa­cjami, War­szawa 2009, s. 13-18; Cz. Łu­czak, Szanse i trud­no­ści bi­lansu de­mo­gra­ficz­nego Pol­ski w la­tach 1939-1945, "Dzieje Naj­now­sze" 1994, nr 2, s. 9-14.
[11] J. Ko­cha­now­ski, O jaką wojnę wal­czy­li­śmy? Tek­sty z lat 1984-2013, Gdańsk-Za­krzewo 2013, s. 25, 28; T. Sza­rota, Upo­wszech­nie­nie kul­tury [w:] Pol­ska Lu­dowa 1944-1955. Prze­miany spo­łeczne, red. F. Ryszka, Wro­cław-War­szawa 1974, s. 412.
[12] M. Za­remba, Wielka trwoga..., s. 96-99.
[13] "Dzien­nik Po­wszechny", 19 V 1945, cyt. za: M. Za­remba, Wielka trwoga..., s. 96.
[14] A. Uziem­bło, Pod­zie­mie [w:] Nie­pod­le­gła na ła­mach Kul­tury 1947-1962, Pa­ryż-Kra­ków 2018, s. 122.
[15] S. Paw­lina, Praca w dy­wer­sji. Co­dzien­ność żoł­nie­rzy Ke­dywu Okręgu War­szaw­skiego Ar­mii Kra­jo­wej, Gdańsk 2016, s. 169.
[16] Sta­ni­sław Li­kier­nik, cyt. za: ibi­dem, s. 173.
[17] An­drzej Świę­to­chow­ski, cyt. za: ibi­dem, s. 166.
[18] Alek­san­der Ka­miń­ski, cyt. za: ibi­dem, s. 167.
[19] S. Dąmb­ski, Eg­ze­ku­tor, War­szawa 2010, s. 22-23.
[20] Ibi­dem, s. 22.
[21] S. Paw­lina, Praca w dy­wer­sji..., s. 76-79.
[22] A. Uziem­bło, Pod­zie­mie..., s. 142-143.
[23] W pod­ziem­nym par­la­men­cie (czyli RJN) za­sia­dali re­pre­zen­tanci PPS, SL, SP, SN, Chłop­skiej Or­ga­ni­za­cji Wol­no­ści "Ra­cła­wice", or­ga­ni­za­cji "Oj­czy­zna", Zjed­no­cze­nia De­mo­kra­tycz­nego oraz ru­chu spół­dziel­czego i du­cho­wień­stwa ka­to­lic­kiego. Prze­wi­dziano w tym gre­mium miej­sce dla przed­sta­wi­cieli mniej­szo­ści na­ro­do­wych, jed­nak w wa­run­kach pa­nu­ją­cych w ostat­nich mie­sią­cach wojny nie udało się ich ob­sa­dzić.
[24] T. Strzem­bosz, Rzecz­po­spo­lita pod­ziemna. Spo­łe­czeń­stwo pol­skie a pań­stwo pod­ziemne 1939-1945, War­szawa 2000, s. 320-321.
[25] J. Kar­ski, Tajne pań­stwo, Opo­wieść o pol­skim Pod­zie­miu, Kra­ków 2014, s. 82.
[26] T. Strzem­bosz, Rzecz­po­spo­lita pod­ziemna..., s. 317.

1. PIĘTNO WOJNY

TRAUMA

Strach, de­struk­cja, chaos, prze­moc, nie­pew­ność ju­tra, gwał­towne wy­ostrze­nie kon­flik­tów na­ro­do­wo­ścio­wych, ze­rwa­nie lub prze­war­to­ścio­wa­nie tra­dy­cyj­nych więzi ro­dzin­nych i są­siedz­kich, utrata wła­sno­ści lub zmiana re­la­cji go­spo­dar­czych stały się do­świad­cze­niem po­wszech­nym. Do tego do­dać na­leży wszech­obec­ność śmierci. Żoł­nierz lub par­ty­zant gi­nął z rąk nie­przy­ja­ciela, w bom­bar­do­wa­nym mie­ście śmierć do­się­gnąć mo­gła każ­dego, bez względu na wiek, płeć, sta­tus spo­łeczny czy na­ro­do­wość, w obo­zach za­głady i obo­zach dla jeń­ców so­wiec­kich do­ko­ny­wano mor­dów na skalę prze­my­słową. Lu­dzie tra­cili ży­cie, bo na­le­żeli do "nie­wła­ści­wej" ka­te­go­rii. Ży­dzi - bo Niemcy uznali ich za pod­lu­dzi, za in­sekty; żoł­nie­rze Woj­ska Pol­skiego w Ka­ty­niu - bo So­wieci uwa­żali, że są ele­men­tem kla­sowo ob­cym; Po­lacy na Wo­ły­niu - bo na­cjo­na­li­ści ukra­iń­scy do­szli do wnio­sku, iż są oni prze­szkodą w bu­do­wie na­ro­do­wego pań­stwa ukra­iń­skiego. Nie­któ­rzy gi­nęli "przy­pad­kiem" - schwy­tani w ulicz­nej ła­pance, a po­tem roz­strze­lani pod­czas eg­ze­ku­cji lub za­mor­do­wani w pa­cy­fi­ko­wa­nej wsi.

Je­den z do­wód­ców AK na Za­mojsz­czyź­nie wspo­mi­nał: "jak trup le­żał na ulicy, to się od­wra­cało głowę i prze­cho­dziło się na drugą stronę. Żeby tylko nie być po­wią­za­nym z tru­pem. Jak po­wiążą, to i ja będę tru­pem. Dziś [po­czą­tek lat dzie­więć­dzie­sią­tych XX wieku] by­łoby zbie­go­wi­sko, płacz, wzy­wano by po­li­cję"[4]. W paź­dzier­niku 1941 roku dy­rek­tor szpi­tala w Szcze­brze­szy­nie Zyg­munt Klu­kow­ski w dzien­niku za­pi­sał:

Wi­dok le­żą­cych na uli­cach tru­pów tak już spo­wsze­dniał, że lu­dzie mało zwra­cają na nie uwagi, prze­cho­dzą obo­jęt­nie. [...] Wi­dzia­łem, jak starą Ży­dówkę, która już nie mo­gła iść o wła­snych si­łach, ge­sta­po­wiec za­bił wy­strza­łem z ka­ra­binu. Mie­rzył dość długo, strze­lił raz, lecz nie za­bił, strze­lił po­now­nie i do­piero po­szedł da­lej, do­pę­dza­jąc pro­wa­dzoną grupę. Lu­dzie pa­trzyli jak na rzecz zwy­kłą, co­dzienną. Nie wiem dla­czego, ale i na mnie nie spra­wiło to już tak sil­nego wra­że­nia jak daw­niej[5].

Ja­cek Ku­roń dzie­ciń­stwo spę­dził w oku­po­wa­nym Lwo­wie. W pa­mięć wryła mu się na­stę­pu­jąca scena: "Ba­wi­li­śmy się na po­dwó­rzu, na­gle roz­legł się huk. To pod bramką ktoś strze­lił z re­wol­weru. Ci­sza, za­mar­li­śmy, do­zor­czyni pyta z po­dwórka: Co się stało? Pa­mię­tam do­kład­nie od­po­wiedź do­zorcy: - Nic. Ukra­iniec za­bił Żydka. Wy­bie­gli­śmy na ulicę, była krew i małe po­krę­cone zwłoki ży­dow­skiego dziecka. Nic, Ukra­iniec za­bił Żydka"[6]. A oto ob­raz ze sto­licy Pol­ski z kwiet­nia 1945 roku: "Na nie­któ­rych uli­cach zo­ba­czyć można setki pro­wi­zo­rycz­nych mo­gił, z któ­rych wy­do­bywa się trudny do znie­sie­nia za­duch - in­for­mo­wało "Ży­cie War­szawy" i na­wo­ły­wało - Niech ha­słem wa­szym bę­dzie: Na 1 maja ani je­den trup nie bę­dzie w War­sza­wie nie po­cho­wany"[7]. Kto zdo­łał oswoić się z wszech­obec­nym za­bi­ja­niem, stra­chem, obec­no­ścią zwłok, utratą bli­skich i zna­jo­mych, ten istot­nie zwięk­szał wła­sne szanse na prze­ży­cie.

W okre­sie oku­pa­cji czło­wiek znaj­do­wał się w sy­tu­acjach gra­nicz­nych z czę­sto­tli­wo­ścią dziś nie­wy­obra­żalną. Każda skut­ko­wała cier­pie­niem fi­zycz­nym lub psy­chicz­nym. O ile ból fi­zyczny mija sto­sun­kowo szybko, o tyle trauma wy­wo­łana utratą dzieci, ro­dzi­ców, przy­ja­ciół i dłu­go­trwa­łym ob­co­wa­niem ze śmier­cią może trwać w nie­skoń­czo­ność. Nie­miec­kie obozy kon­cen­tra­cyjne, obozy za­głady i ła­gry GU­ŁAG-u były in­sty­tu­cjami stwo­rzo­nymi do za­da­wa­nia śmierci i cier­pie­nia. Anna Pa­weł­czyń­ska - była więź­niarka Au­schwitz-Bir­ke­nau - pod­kre­śla, że czło­wiek, który w obo­zie nie po­rzu­cił tra­dy­cyj­nej hie­rar­chii war­to­ści, nie wy­tłu­mił em­pa­tii, ska­zy­wał się na śmierć. We­dług niej "me­cha­nizm ter­roru wy­twa­rzał sy­tu­ację, w któ­rej jedni więź­nio­wie ogra­ni­czali szanse prze­ży­cia in­nym sa­mym swoim ist­nie­niem"[8]. Mi­chaił Hel­ler, sam wię­zień ła­gru, po lek­tu­rze Opo­wia­dań ko­łym­skich War­łama Sza­ła­mowa i prozy Ta­de­usza Bo­row­skiego do­szedł do wnio­sku, że pi­sa­rze ci wy­do­by­wają na jaw to, o czym inni au­to­rzy bądź nie mogą, bądź też nie chcą pi­sać: "obóz za­bija także tych, któ­rzy zdo­łali prze­trwać. Tylko nie­licz­nym udaje się po­tem zmar­twych­wstać"[9]. Przez obozy kon­cen­tra­cyjne i ła­gry prze­szło kilka pro­cent miesz­kań­ców Pol­ski. Zo­bo­jęt­nie­nie jako wa­ru­nek prze­trwa­nia wojny było po­wszechne.

Nie znamy i za­pewne już nie po­znamy wiel­ko­ści wo­jen­nego żniwa śmierci. Naj­niż­sze sza­cunki mó­wią o czte­rech, naj­wyż­sze zaś o sze­ściu mi­lio­nach za­bi­tych spo­śród 36 mi­lio­nów oby­wa­teli II RP. Naj­czę­ściej pada liczba 5,5 mln, przy czym 2,9 mln to ofiary na­ro­do­wo­ści ży­dow­skiej. W ciągu sze­ściu wo­jen­nych lat za­mor­do­wa­nych zo­stało lub - zde­cy­do­wa­nie rza­dziej - po­le­gło około 15% miesz­kań­ców kraju. Naj­wyż­sze, dzie­więć­dzie­się­cio­pro­cen­towe straty po­nio­sła lud­ność ży­dow­ska[10]. Nie­które war­stwy spo­łeczne i grupy za­wo­dowe były zde­cy­do­wa­nie bar­dziej na­ra­żone na re­pre­sje niż po­zo­stałe. W la­tach 1939-1945 zgi­nęło 40% osób z wyż­szym, 30% z wy­kształ­ce­niem śred­nim i 20% du­chow­nych Ko­ścioła rzym­sko­ka­to­lic­kiego[11].

Pol­skie spo­łe­czeń­stwo wy­szło z wojny głę­boko strau­ma­ty­zo­wane. Mar­cin Za­remba uznał wszech­obec­ność śmierci za pierw­sze i naj­waż­niej­sze z pię­ciu źró­deł owej traumy. Na dru­gim miej­scu wy­mie­nił biedę. Pol­ski do­chód na­ro­dowy w 1945 roku był o po­nad 60% niż­szy niż w 1938 roku. W zbu­rzo­nych mia­stach i spa­lo­nych wio­skach lu­dzie tra­cili cały swój do­by­tek. Para bu­tów czy cie­pły płaszcz stały się do­brami luk­su­so­wymi. W oczy wielu zaj­rzał głód. Mi­zerne, kart­kowe ra­cje uzu­peł­niano za­ku­pami na czar­nym rynku, gdzie jed­nak za­opa­try­wać się mo­gli je­dy­nie lu­dzie le­piej sy­tu­owani. W la­tach 1944-1945 mi­liony żoł­nie­rzy Ar­mii Czer­wo­nej i We­hr­machtu ogo­ło­ciło te­reny przy­fron­towe z wszel­kich za­pa­sów. Czę­ści pól nie dało się upra­wiać ani ze­brać z nich plo­nów. Kon­se­kwen­cją biedy było sku­pie­nie się lu­dzi na za­spo­ko­je­niu pod­sta­wo­wych po­trzeb. By prze­trwać, ucie­kano się do kra­dzieży, sza­bru, a na­wet otwar­tej prze­mocy[12]. Bandy ra­bun­kowe po­ja­wiły się już na po­czątku oku­pa­cji i z roku na rok sta­wały się co­raz bar­dziej uciąż­liwą plagą.

Dez­in­te­gra­cja i ato­mi­za­cja to ko­lejne źró­dło traumy. Na ro­boty w głąb III Rze­szy Niemcy wy­wieźli około 2 mln oby­wa­teli pol­skich, ko­lejne 320 tys. de­por­to­wali So­wieci. Do tego na­leży do­dać Ży­dów wy­sie­dlo­nych do gett, lu­dzi wy­wie­zio­nych do obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych i so­wiec­kich ła­grów, żoł­nie­rzy WP, któ­rzy wy­co­fali się w 1939 roku na Wę­gry, Ru­mu­nię, Li­twę czy Ło­twę, i żoł­nie­rzy WP wy­wie­zio­nych do nie­miec­kich obo­zów dla jeń­ców wo­jen­nych, ochot­ni­ków prze­dzie­ra­ją­cych się na Wę­gry w celu do­łą­cze­nia do Ar­mii Pol­skiej we Fran­cji, w końcu osoby ucie­ka­jące z Wo­ły­nia i Ga­li­cji Wschod­niej przed czyst­kami et­nicz­nymi ukra­iń­skich na­cjo­na­li­stów. Wszystko to ra­zem two­rzy ob­raz mi­lio­nów lu­dzi wy­rwa­nych z wła­snego śro­do­wi­ska, rzu­co­nych w obce, czę­sto wro­gie oto­cze­nie. Wy­mu­szo­nym mi­gra­cjom to­wa­rzy­szyło gwał­towne ze­rwa­nie da­ją­cych po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa więzi spo­łecz­nych.

Oku­panci zli­kwi­do­wali in­sty­tu­cje uzna­wane wcze­śniej za gwa­ranta bez­pie­czeń­stwa i ładu spo­łecz­nego. Za­stą­pili je no­wymi, które słu­żyły w pierw­szym rzę­dzie ter­ro­rowi i wy­zy­skowi eko­no­micz­nemu. Za­miast sta­bi­li­zo­wa­nia tkanki spo­łecz­nej, jesz­cze bar­dziej ją roz­bi­jały. Od są­dów nie ocze­ki­wano spra­wie­dli­wych wy­ro­ków, po­li­cji nie uwa­żano za stró­żów prawa, nikt nie spo­dzie­wał się po­mocy ze strony oku­pa­cyj­nej ad­mi­ni­stra­cji. Ofi­cjalne nie­miec­kie urzędy trak­to­wano jako obce i wro­gie. Bu­do­wane suk­ce­syw­nie in­sty­tu­cje Pol­skiego Pań­stwa Pod­ziem­nego (PPP) sta­rały się wy­peł­nić tę próż­nię. Na te­re­nach wiej­skich czę­sto naj­sku­tecz­niej­szą formą le­gi­ty­mi­za­cji pod­zie­mia była nie walka z Niem­cami, lecz sku­teczne roz­pra­wie­nie się z lo­kal­nymi szaj­kami ra­bun­ko­wymi. Naj­le­piej na­wet zor­ga­ni­zo­wana kon­spi­ra­cja nie jest jed­nak w sta­nie za­stą­pić cie­szą­cych się za­ufa­niem spo­łecz­nym in­sty­tu­cji pra­wo­rząd­nego pań­stwa.

Ostat­nim wy­mie­nio­nym przez Za­rembę źró­dłem traumy stał się roz­pad obo­wią­zu­ją­cej wcze­śniej hie­rar­chii i prze­kre­śle­nie tra­dy­cyj­nych ról spo­łecz­nych. Na zie­miach wschod­nich II RP już w 1939 roku So­wieci zna­cjo­na­li­zo­wali więk­sze go­spo­dar­stwa rolne, wszyst­kie ma­jątki ziem­skie, fa­bryki i sklepy. Z dnia na dzień znik­nęła cała elita fi­nan­sowa, więk­szość klasy śred­niej i zie­miań­stwo. Ważne sta­no­wi­ska w apa­ra­cie so­wiec­kiej wła­dzy za­jęli lu­dzie znaj­du­jący się wcze­śniej na mar­gi­ne­sie ży­cia go­spo­dar­czego i spo­łeczno-po­li­tycz­nego: bez­rolni i ma­ło­rolni chłopi, naj­bied­niejsi, słabo wy­kształ­ceni ro­bot­nicy i dzia­ła­cze ra­dy­kal­nej le­wicy. Na te­re­nach włą­czo­nych do ZSRR lub III Rze­szy pol­skie elity pań­stwowe (urzęd­nicy, ofi­ce­ro­wie WP i po­li­cji) pod­dano bru­tal­nym re­pre­sjom. Przed­sta­wi­cieli owych elit ze­pchnięto ze szczytu dra­biny spo­łecz­nej na sam jej dół. Tak w na­zi­stow­skiej, jak i w ko­mu­ni­stycz­nej per­spek­ty­wie stali się ska­zaną na atro­fię ka­stą pa­ria­sów. Pod oku­pa­cją nie­miecką Ży­dów naj­pierw po­zba­wiono wła­sno­ści, na­stęp­nie od­cięto od kon­tak­tów go­spo­dar­czych i spo­łecz­nych z oto­cze­niem, a w końcu zgła­dzono. Do­pro­wa­dziło to do szyb­kiej i za­sad­ni­czej zmiany ukształ­to­wa­nych przez po­ko­le­nia ról spo­łecz­nych. W efek­cie Po­lacy, Ukra­ińcy i Bia­ło­ru­sini we­szli w ni­sze go­spo­dar­cze - han­del, rze­mio­sło, drobne usługi - wcze­śniej zdo­mi­no­wane przez Ży­dów. Bez­po­śred­nio po woj­nie fe­lie­to­ni­sta "Dzien­nika Po­wszech­nego" na­pi­sał:

Sławny ak­tor zo­stał kel­ne­rem, kel­ner za­czął pi­sać wier­sze, po­eta szmu­glo­wał pro­za­iczną sło­ninę, a dawny rzeź­nik zo­stał dy­rek­to­rem te­atrzyku. Pro­fe­so­ro­wie i uczeni pra­co­wali ło­patą, a dawni kry­mi­na­li­ści zo­stali ich do­zor­cami. Pan Ko­wal­ski po­czuł, że pły­nie w nim ger­mań­ska krew, a pan Mil­ler czy inny Szmidt gi­nęli za Pol­skę[13].

Wo­jenna bieda do­pro­wa­dziła do zni­we­lo­wa­nia nie­rów­no­ści eko­no­micz­nych, co prze­ło­żyło się na spłasz­cze­nie struk­tury spo­łecz­nej i stę­pie­nie an­ta­go­ni­zmów kla­so­wych. Unie­waż­nie­nie przez wojnę wcze­śniej­szych ról, skró­ce­nie dy­stansu mię­dzy wsią a mia­stem, in­te­li­gen­cją a chło­pami i ro­bot­ni­kami do­pro­wa­dziło do swego ro­dzaju de­mo­kra­ty­za­cji spo­łecz­nej. Pro­ces ten wzmoc­niony zo­stał przez ol­brzy­mie straty wśród warstw wyż­szych.

KON­SPI­RA­TO­RZY

Człon­ko­wie pod­zie­mia pod­le­gali tym sa­mym czyn­ni­kom wy­wo­łu­ją­cym stres co ich oto­cze­nie. Jed­nakże w pew­nym sen­sie byli w lep­szej sy­tu­acji psy­cho­lo­gicz­nej niż lu­dzie nie­zwią­zani z pod­zie­miem. Czło­wiek an­ga­żu­jący się w kon­spi­ra­cję miał świa­do­mość, że w ra­zie wpadki grozi mu eg­ze­ku­cja lub obóz kon­cen­tra­cyjny. Kon­spi­ra­tor sta­wał się zwie­rzyną łowną, na którą po­lo­wało Ge­stapo. Jed­nak pod­czas wojny każdy mógł tra­fić do obozu lub zgi­nąć w wy­niku ak­cji pa­cy­fi­ka­cyj­nej, bom­bar­do­wa­nia, za han­del kieł­basą lub chle­bem, po­sia­da­nie nie­za­kol­czy­ko­wa­nej (nie­za­re­je­stro­wa­nej przez Niem­ców) świni, brak do­ku­men­tów czy po­byt na ulicy po go­dzi­nie po­li­cyj­nej. W ta­kich przy­pad­kach trudno było nadać sens śmierci. Po­wszech­ność sto­so­wa­nia naj­wyż­szej kary pro­wa­dziła do jej in­fla­cji. Kon­spi­ra­tor zaś wie­dział, że je­żeli straci ży­cie, to przy­naj­mniej w imię nad­rzęd­nych war­to­ści, ta­kich jak wol­ność i oj­czy­zna. Ak­ces do pod­zie­mia był me­todą na oswo­je­nie śmierci i od­rzu­ce­niem roli bez­rad­nej ofiary. Kilka lat po woj­nie Adam Uziem­bło na­pi­sał:

ci, co brali udział w ży­ciu pod­ziem­nym, wy­ła­my­wali się z bier­no­ści. Nie o ja­kieś "za­sługi" tu idzie, a o ra­tu­nek dla wła­snej god­no­ści. Walka da­wała roz­kosz nie­mal fi­zyczną, do­ty­kalną. Uprzy­tom­nić so­bie dziś trudno, jak buj­nie wchła­niało się szczę­ście wol­no­ści w obo­zach le­śnych, w po­wie­larni, na ulicy peł­nej po­li­cji i szpie­gów, z paczką cze­goś za­ka­za­nego pod pa­chą. Te chwile opła­cały nie tylko trud, ale i strach, jaki wy­pa­dało prze­żyć[14].

W szcze­gól­nej sy­tu­acji zna­leźli się kon­spi­ra­to­rzy wal­czący z bro­nią w ręku. Se­ba­stian Paw­lina za­uważa: "tak jak dzia­łal­ność zbrojna była formą od­re­ago­wa­nia stresu, tak samo jej roz­po­czę­cie wią­zało się z jesz­cze jed­nym - prze­świad­cze­niem o ist­nie­niu [...] gra­nicy, któ­rej prze­kro­cze­nie zmu­sza do obrony pew­nych war­to­ści"[15]. Hi­sto­ryk ten wy­mie­nia mo­ty­wa­cje kie­ru­jące mło­dymi ludźmi zde­cy­do­wa­nymi na pod­ję­cie walki zbroj­nej w od­dzia­łach war­szaw­skiego Kie­row­nic­twa Dy­wer­sji (Ke­dywu). Naj­czę­ściej obok pa­trio­ty­zmu wy­mie­niane przy­czyny to: prze­ko­na­nie, że "tak da­lej nie można", ze­msta oraz chęć ze­rwa­nia z rolą zwie­rzyny łow­nej i prze­isto­cze­nia w my­śli­wego. Po­trzeby te od­dają słowa Sta­ni­sława Li­kier­nika, we­dług któ­rego pro­wa­dzona w ra­mach Ke­dywu walka zbrojna po­zwa­lała "wy­żyć się, ro­biąc coś, co zmie­niało czło­wieka ze szczu­tej zwie­rzyny w stronę wal­czącą, co "czy­niło czło­wie­kiem""[16]. An­drzej Świę­to­chow­ski na­pi­sał z ko­lei: "Stra­ci­łem naj­lep­szego przy­ja­ciela i wiem, że te­raz za­czyna się moja wojna z tymi, któ­rzy go za­mor­do­wali"[17]. Dla Ma­cieja Da­wi­dow­skiego "Alka" zaś aresz­to­wa­nie ojca było "jakby wy­po­wie­dze­niem jego pry­wat­nej wojny Niem­com. Jego pierw­szą próbą sta­wie­nia oporu wro­gowi"[18]. Uwol­niony z Au­schwitz Ro­man Art wszedł do Ke­dywu, by mścić się na Niem­cach za to, co zo­ba­czył w obo­zie.

To, że sami za­bi­jali lub mo­gli za­bi­jać, spra­wiało, że oka­zy­wano im sza­cu­nek lub zwy­czaj­nie się ich bano, co z ko­lei bu­do­wało po­czu­cie wła­snej war­to­ści. We wspo­mnie­niach wielu par­ty­zan­tów po­ja­wiają się to­wa­rzy­sze broni, o któ­rych krą­żyła opi­nia, że "mają lekki cyn­giel" lub po pro­stu "lu­bią za­bi­jać".

Na po­szcze­gólne li­kwi­da­cje - pi­sze ako­wiec z Rze­szow­skiego Ste­fan Dąmb­ski - cho­dziło się prze­waż­nie na ochot­nika. Nasz od­dział [...] nie uży­wał do ak­cji wię­cej jak dzie­się­ciu lub naj­wy­żej pięt­na­stu chłop­ców [...]. Byli to lu­dzie za­wsze przy­go­to­wani na każdą ro­botę, do­brze znani do­wódz­twu, ma­jący tak wy­ro­bioną markę, że po pro­stu wy­bie­rano ich ru­ty­nowo w za­leż­no­ści od kwa­li­fi­ka­cji. Co trzeba było mieć w so­bie, ażeby być na­prawdę do­brym na tych ro­bo­tach? Po­trzebne było wy­szko­le­nie, do­bra kon­dy­cja fi­zyczna, no i - co naj­waż­niej­sze - zimna krew, opa­no­wa­nie. [...] Trzeba było wy­eli­mi­no­wać strach. [...] Dniami pra­co­wa­łem nad sobą. Ucie­ka­łem od re­al­no­ści. Ży­łem wieczną ima­gi­na­cją, wma­wia­łem so­bie, że ja tej wojny nie prze­żyję, a gdy­bym na­wet prze­żył ja­kimś cu­dem, to nie będę miał żad­nej po­myśl­nej przy­szło­ści przed sobą i że moja śmierć to je­dyne mą­dre roz­wią­za­nie. Ży­jąc z tym za­ło­że­niem ca­łymi mie­sią­cami, w końcu w nie uwie­rzy­łem. I to uczy­niło mnie ta­kim do­brym.

W pew­nym okre­sie by­łem dumą ca­łego od­działu. Po­nie­waż nie ro­biło mi róż­nicy, czy ja żyję, nie dba­łem zu­peł­nie o to, czy żyją inni. Strze­la­łem do lu­dzi jak do tar­czy na ćwi­cze­niach, bez żad­nych emo­cji. Lu­bi­łem pa­trzeć na prze­ra­żone twa­rze przed li­kwi­da­cją, lu­bi­łem pa­trzeć na krew try­ska­jącą z roz­wa­lo­nej głowy[19].

Wspo­mnie­nia te sta­no­wią rzadki za­pis au­to­re­flek­sji czło­wieka świa­do­mego, że wy­roki śmierci, ja­kie wy­ko­nał, po­czy­niły w jego psy­chice nie­od­wra­calne spu­sto­sze­nia. Za­ak­cep­to­wa­nie, zda­wało się, nie­uchron­nej per­spek­tywy wła­snej śmierci, wręcz "za­przy­jaź­nie­nie się" z nią, uczy­niło go spraw­nym, pro­fe­sjo­nal­nym za­bójcą, który za­czął czer­pać przy­jem­ność z wy­ko­ny­wa­nej "pracy". Ste­fan Dąmb­ski to przy­kład mło­dego męż­czy­zny po­dej­mu­ją­cego walkę z po­bu­dek pa­trio­tycz­nych, u któ­rego trauma śmierci wy­wo­łuje nie­da­jące się cof­nąć zmiany w psy­chice.

Lu­dzie zgła­sza­jący się na ochot­nika do wy­ko­ny­wa­nia eg­ze­ku­cji byli wśród par­ty­zan­tów mar­gi­ne­sem. Nie­mniej to wła­śnie ich to­wa­rzy­sze broni za­pa­mię­tali szcze­gól­nie mocno. Li­kwi­da­to­rzy bu­dzili jed­no­cze­śnie strach i sza­cu­nek. Je­śli za­czy­nali za­bi­jać na wła­sne konto, dla przy­jem­no­ści i bez roz­kazu prze­ło­żo­nych, sta­wali się zwy­kłymi mor­der­cami. Wów­czas ów sza­cu­nek tra­cili, a ota­czał ich już tylko strach.

W ob­li­czu wszech­obec­nej biedy ak­ces do pod­zie­mia by­wał stra­te­gią prze­trwa­nia mło­dzieży. Ste­fan Dąmb­ski na­pi­sał:

Dy­wer­sja da­wała ta­kiemu chłopcu szanse [...] i roz­ta­czała nad nim pew­nego ro­dzaju opiekę. Do­wódz­two mar­twiło się za niego: co bę­dzie jadł na obiad, gdzie bę­dzie spał i co ro­bił... Czuł się po­trzebny. I po­trzebny był rze­czy­wi­ście, bo bez ta­kich chłop­ców AK nie mo­głaby ist­nieć i nie mo­głaby pro­wa­dzić więk­szych ak­cji. [...] Nie prze­czę, że mnie i ta­kim jak ja ży­cie dy­wer­syjne było bar­dzo na rękę. Nie mu­sia­łem cho­dzić do szkoły [...], nie mu­sia­łem pra­co­wać fi­zycz­nie, nie mia­łem żad­nych zo­bo­wią­zań ro­dzin­nych i nie mu­sia­łem się mar­twić o to, co ju­tro włożę do garnka[20].

Se­ba­stian Paw­lina przy­wo­łuje sze­reg przy­kła­dów ak­cji re­kwi­zy­cyj­nych w nie­miec­kich ma­ga­zy­nach lub okra­da­nia trans­por­tów. Zdo­bytą żyw­ność roz­dy­spo­no­wy­wano wśród żoł­nie­rzy war­szaw­skiego Ke­dywu, resztę zaś sprze­da­wano na czar­nym rynku. Część kon­spi­ra­to­rów otrzy­my­wała re­gu­larne pen­sje wy­pła­cane z pie­nię­dzy prze­ka­zy­wa­nych do kraju za po­śred­nic­twem ci­cho­ciem­nych lub ze środ­ków zdo­by­tych pod­czas na­pa­dów na nie­miec­kie in­sty­tu­cje[21]. Uziem­bło opi­sał nie­rzad­kie przy­padki kon­spi­ra­to­rów, któ­rzy walkę pod­ziemną łą­czyli z dzia­łal­no­ścią za­rob­kową. Wspo­mina mię­dzy in­nymi o otrzy­mu­ją­cym re­gu­larny żołd żoł­nie­rzu jed­nego z od­dzia­łów spe­cjal­nych AK:

To dla niego za mało. On musi prze­cie nie tylko jeść, ale i ubrać się - no i za­ba­wić. To leży w sfe­rze jego po­trzeb i stylu tego "żoł­nier­skiego" ży­cia, które nie znosi ascezy, a w grun­cie rze­czy jest zbyt ner­wowe i pu­ste, aby mo­gło bez pod­niety, nar­kozy. Więc - z ko­le­gami "wy­pra­wiają się". Po­lują na Niem­ców i ich broń po­tem sprze­dają wła­snej or­ga­ni­za­cji, która płaci za sztukę tyle to a tyle. Raz przy­nie­śli z wy­prawy je­de­na­ście spluw i roz­py­lacz. [...] Roz­broić Niemca - rzecz chwa­lebna. Je­śli spró­buje się bro­nić - to ży­cie szkopa nie ma war­to­ści. Ow­szem, na­leży mu się słusz­nie kula, je­śli nie co gor­szego. Ży­cie wła­sne - ha to za­leży od zręcz­no­ści. Do­chód - to grunt. Zdo­bycz - ro­man­tyka ju­nac­twa. A prze­cież w grun­cie rze­czy je­ste­śmy znowu na po­gra­ni­czu ban­dy­ty­zmu - ba, już wła­ści­wie tę gra­nicę prze­kro­czy­li­śmy[22].

Za­an­ga­żo­wa­nie w pod­zie­mie by­wało więc ucieczką od biedy. Nie­któ­rzy kon­spi­ra­to­rzy, zwłasz­cza ci dys­po­nu­jący bro­nią, uczest­ni­cząc w ak­cjach za­rob­ko­wych, czę­sto wkra­czali w szarą strefę od­dzie­la­jącą walkę o nie­pod­le­głość od cwa­niac­twa czy po­spo­li­tego prze­stęp­stwa. W pod­ziem­nym czy par­ty­zanc­kim wy­da­niu walka o wol­ność łą­czyła się z ra­bun­kiem i chę­cią zy­sku, a chęć wy­mie­rze­nia spra­wie­dli­wo­ści prze­ra­dzała się w prze­moc i ze­mstę. Wznio­słość i szla­chet­ność spla­tały się z nie­go­dzi­wo­ścią i uty­li­ta­ry­zmem nie­kiedy tak ści­śle, że two­rzyły nie­moż­liwy do roz­plą­ta­nia wę­zeł.

Kon­spi­ra­cja sta­no­wiła od­po­wiedź na za­nik in­sty­tu­cji no­wo­cze­snego pań­stwa. Cen­tralna De­le­ga­tura Rządu na Kraj wraz z jej wo­je­wódz­kimi i po­wia­to­wymi ko­mór­kami two­rzyły ogól­no­pol­ską ad­mi­ni­stra­cję, zło­żona z przed­sta­wi­cieli pod­ziem­nych de­mo­kra­tycz­nych stron­nictw po­li­tycz­nych Rada Jed­no­ści Na­ro­do­wej (RJN) speł­niała funk­cję par­la­mentu[23], Sądy Kap­tu­rowe zaś wy­da­wały wy­roki za zdrady, szpie­go­stwa, de­nun­cja­cje i dzia­ła­nia na szkodę współ­o­by­wa­teli. Ra­zem two­rzyły trzy pod­sta­wowe ro­dzaje władz (wy­ko­naw­czą, usta­wo­daw­czą i są­dow­ni­czą) nie­zbędne dla funk­cjo­no­wa­nia pań­stwa. Zwią­zek Walki Zbroj­nej (ZWZ), a na­stęp­nie AK były Woj­skiem Pol­skim w kon­spi­ra­cji. Do tego na­leży do­dać tajne kom­plety, setki ty­tu­łów pod­ziem­nej prasy i gę­stą sieć or­ga­ni­za­cji spo­łecz­nych, po­li­tycz­nych i kul­tu­ral­nych. Tak zbu­do­wane Pol­skie Pań­stwo Pod­ziemne wy­peł­niło czę­ściowo prze­strzeń po­wstałą po zli­kwi­do­wa­niu przez oku­pan­tów in­sty­tu­cji pań­stwo­wych i sto­wa­rzy­szeń spo­łecz­nych II Rzecz­po­spo­li­tej. Trzeba jed­nak za­zna­czyć, że po­wsta­wało ono stop­niowo i do­piero w 1943 roku osią­gnęło względną doj­rza­łość. Ko­mórki PPP ist­niały w każ­dej więk­szej miej­sco­wo­ści na ob­sza­rze Ge­ne­ral­nej Gu­berni. Na te­re­nach włą­czo­nych do III Rze­szy i czę­ści ziem wschod­nich sieć pod­ziem­nych in­sty­tu­cji była zde­cy­do­wa­nie słab­sza. Na du­żych ob­sza­rach Wo­ły­nia i Po­le­sia, na Ślą­sku i Po­mo­rzu PPP od­dzia­ły­wało na wą­ski krąg przed­wo­jen­nych pol­skich oby­wa­teli.

Cy­wilni i woj­skowi przy­wódcy PPP, za­równo lo­kalni, jak i ci pra­cu­jący na szcze­blu cen­tral­nym, wy­stę­po­wali w imie­niu Pol­ski. Rów­nie ważne, je­śli nie waż­niej­sze było to, że ich przy­wódz­two nie wy­ni­kało z no­mi­na­cji wła­dzy zwierzch­niej. W wa­run­kach kon­spi­ra­cji na­rzu­cony z góry, nie­ak­cep­to­wany przez pod­wład­nych prze­ło­żony nie miał szansy na wy­eg­ze­kwo­wa­nie po­le­ceń czy roz­ka­zów. Pod­ko­mendny mu­siał chcieć wy­ko­ny­wać po­wie­rzone mu za­da­nia. Li­de­rzy winni byli zdo­być za­ufa­nie pod­wład­nych, zbu­do­wać swój au­to­ry­tet. Ci, któ­rzy to po­tra­fili, sta­wali się oto­czo­nymi sza­cun­kiem, sku­tecz­nymi przy­wód­cami. Ci zaś, któ­rzy nie po­sia­dali od­po­wied­nich cech, zo­stali ze­pchnięci na mar­gi­nes. W ZWZ i AK nie od­na­la­zło się wielu przed­wo­jen­nych za­wo­do­wych ofi­ce­rów WP, a ko­men­dan­tami od­dzia­łów zbroj­nych zo­sta­wali na­uczy­ciele, pod­ofi­ce­ro­wie re­zerwy, urzęd­nicy itp. Znali oni miej­sco­wych lu­dzi, po­tra­fili z nimi roz­ma­wiać i zdo­by­wać ich za­ufa­nie. Za­wo­dowi ofi­ce­ro­wie czę­sto­kroć pró­bo­wali wy­mu­szać po­słu­szeń­stwo roz­ka­zem lub groźbą kary. Wy­nie­sione z ko­szar przy­zwy­cza­je­nia nie po­ma­gały jed­nak w kon­spi­ra­cji czy od­dziale par­ty­zanc­kim. Pol­skie Pań­stwo Pod­ziemne i po­zo­sta­jące poza nim or­ga­ni­za­cje kon­spi­ra­cyjne były oparte głów­nie na lo­jal­no­ści i oso­bi­stym za­ufa­niu, a do­piero w dru­giej ko­lej­no­ści na sfor­ma­li­zo­wa­nej za­leż­no­ści służ­bo­wej.

Dla lu­dzi "na dole" pod­zie­mie po­sia­dało wy­miar prak­tyczny. Dzieci i mło­dzież ko­rzy­stały z taj­nego na­ucza­nia, kon­spi­ra­cyjna prasa prze­ła­my­wała nie­miecki mo­no­pol in­for­ma­cyjny, wy­roki śmierci na zdraj­cach po­ka­zy­wały, że spra­wie­dli­wość wciąż ist­nieje. Żoł­nie­rze ZWZ-AK wy­stę­po­wali wów­czas w roli gwa­ranta spo­koju i ładu spo­łecz­nego, a więc w spo­sób bez­po­średni, na­ma­calny i wi­doczny brali na sie­bie obo­wiązki na­le­żące nor­mal­nie do pań­stwa. Ze wspo­mnień lu­dzi pod­zie­mia prze­bija prze­ko­na­nie, iż w pod­zie­miu spo­tkali naj­wspa­nial­sze osoby, z któ­rymi po­łą­czyły ich nie­zwy­kle silne więzy, nie­da­jące się po­rów­nać z ni­czym, co było wcze­śniej lub póź­niej.

Praca kon­spi­ra­cyjna - pi­sze To­masz Strzem­bosz - w tym zwłasz­cza w kon­spi­ra­cji woj­sko­wej, a więc przede wszyst­kim w Ar­mii Kra­jo­wej, była czymś wię­cej niż or­ga­ni­za­cją, do któ­rej "się na­leży". Była tre­ścią i sen­sem ży­cia kilku se­tek ty­sięcy pol­skiej mło­dzieży. I to nie przez rok czy dwa, a cza­sami sześć lat - bar­dzo dłu­gich lat oku­pa­cji. Za­stę­po­wała im dom ro­dzinny (iluż było go po­zba­wio­nych!), za­stę­po­wała (lub uzu­peł­niała) pracę za­wo­dową, na­ukę szkolną lub uni­wer­sy­tecką, ży­cie to­wa­rzy­skie. Wszystko to, czego ta mło­dzież była w ogrom­nym stop­niu po­zba­wiona [...] tu miały miej­sce ich naj­więk­sze po­rywy i naj­więk­sze dra­maty; tu­taj prze­żyli je­żeli nie naj­lep­sze (wielu je tak okre­śla!), to "naj­moc­niej­sze lata" swo­jego ży­cia, lata, z któ­rymi nic nie może się po­rów­nać[24].

Pod­zie­mie dla wielu dzia­ła­ją­cych w nim sta­no­wiło le­kar­stwo na ato­mi­za­cję pol­skiego spo­łe­czeń­stwa. Ze­rwane wsku­tek wy­wó­zek, wy­pę­dzeń, za­ka­zów i prze­śla­do­wań stare więzi spo­łeczne za­stę­po­wała więź kon­spi­ra­cyjna. Czło­nek AK od­naj­dy­wał się w oto­cze­niu lu­dzi po­dzie­la­ją­cych jego war­to­ści, otrzy­my­wał od nich wspar­cie i je od­wza­jem­niał, był ak­cep­to­wany i co naj­waż­niej­sze - miał po­czu­cie przy­na­leż­no­ści, nie czuł się osa­mot­niony. Choć ta­kie ko­rzy­ści, jak do­dat­kowa żyw­ność czy przy­wi­lej po­sia­da­nia broni były istotne, to naj­istot­niej­sze wy­da­wało się opar­cie w gru­pie, po­czu­cie, że jest się czę­ścią ja­kiejś wiel­kiej, waż­nej sprawy. Kon­spi­ra­cja nada­wała ży­ciu sens. Jan Kar­ski stan ten ujął na­stę­pu­jąco: "czło­nek zbroj­nego Pod­zie­mia, po­mi­ja­jąc to, że mógł wpaść i na­ra­żał się na to wszystko, co wią­zało się ze schwy­ta­niem przez Ge­stapo, ko­rzy­stał z przy­wi­le­jów nie­osią­gal­nych dla reszty lud­no­ści pol­skiej"[25].

W końcu - na cha­rak­ter kon­spi­ra­cji miała też wpływ wspo­mniana już kwe­stia roz­padu przed­wo­jen­nej hie­rar­chii i prze­kre­śle­nie tra­dy­cyj­nych ról spo­łecz­nych. To­masz Strzem­bosz za­uwa­żył, że wojna przy­nio­sła da­leko idącą wy­mianę elit, przede wszyst­kim w śro­do­wi­skach przed wojną słabo za­an­ga­żo­wa­nych w ży­cie pu­bliczne. Do­ty­czyło to śro­do­wisk ro­bot­ni­czych, wsi i ma­łych mia­ste­czek. "Od­no­wie­niu ule­gły ka­dry kie­row­ni­cze, do któ­rych we­szli w wielu wy­pad­kach zu­peł­nie nowi, czę­sto bar­dzo mło­dzi, lu­dzie, na za­sa­dzie se­lek­cji po­zy­tyw­nej. Kon­spi­ra­cja sprzy­jała bo­wiem wy­ra­sta­niu grupy przy­wód­czej spo­śród lu­dzi naj­bar­dziej ener­gicz­nych i kon­cep­cyj­nych. Zni­kły ogra­ni­cze­nia stwo­rzone przez sfor­ma­li­zo­wany sys­tem awan­sów, ba­riery wieku i po­cho­dze­nia"[26].

Na sku­tek wojny po­pę­kały przed­wo­jenne "szklane su­fity", wojna zmio­tła dużą część sta­rych elit. Przy­po­mnijmy, że wojnę prze­żyło za­le­d­wie 60-70 tys. osób po­sia­da­ją­cych dy­plom ja­kiejś uczelni wyż­szej i mniej niż 300 tys. osób z ukoń­czoną szkołą śred­nią, co ozna­cza, że pod ko­niec oku­pa­cji śred­nie lub wyż­sze wy­kształ­ce­nie po­sia­dało co naj­wy­żej 1,5% miesz­kań­ców kraju. Nowe elity kształ­to­wały się naj­czę­ściej w kon­spi­ra­cji, w krę­gach PPP, w ka­drach Ar­mii Kra­jo­wej. Lo­kalni do­wódcy AK - na­uczy­ciele wiej­scy, przed­wo­jenni sier­żanci i pod­po­rucz­nicy, wy­bi­ja­jący się li­de­rzy chłop­scy - za­jęli miej­sce przy­pa­da­jące wcze­śniej zie­mia­nom, wój­tom, sta­ro­stom, sę­dziom itp. Zmiana ta mo­gła się do­ko­nać je­dy­nie na sku­tek za­ła­ma­nia się wcze­śniej­szego po­rządku spo­łecz­nego. Mar­cin Za­remba pa­trzy na ten pro­ces od­mien­nie niż Strzem­bosz, nie po­dziela jego opty­mi­zmu. Uważa on, że osła­biona wy­mor­do­wa­niem elit tkanka nie była w sta­nie się bro­nić, co po woj­nie uła­twiło ko­mu­ni­stom stwo­rze­nie no­wych elit i pod­po­rząd­ko­wa­nie so­bie ży­cia spo­łecz­nego. Wy­cią­gane przez obu au­to­rów wnio­ski to efekt przy­ję­tej per­spek­tywy. Pod­zie­mie nie­wąt­pli­wie wy­kre­owało no­wych li­de­rów, na­to­miast po­tężne straty po­nie­sione przez stare elity sprzy­jały wpro­wa­dza­nym przez ko­mu­ni­stów re­wo­lu­cyj­nym prze­mia­nom.

Żoł­nie­rze 5. Bry­gady Wi­leń­skiej Ar­mii Kra­jo­wej w mar­szu: (pierw­szy z le­wej) rtm. Zyg­munt Szen­dzie­larz "Łu­paszka", ka­pe­lan ks. Alek­san­der Gra­bow­ski "Ignacy" (piąty z le­wej), do­wódca 1. kom­pa­nii 5. Bry­gady ppor. Wik­tor Wią­cek "Ra­ko­czy" (szó­sty z le­wej), por. Gra­bow­ski "Pan­cerny" (dzie­wiąty z le­wej) i ppor. Ser­giusz Spru­din - fo­to­re­por­ter z Ko­mendy Okręgu Wi­leń­skiego AK, maj 1944 r.

W ja­kim punk­cie zna­leźli się pol­scy kon­spi­ra­to­rzy, gdy w ślad za wy­co­fu­ją­cymi się Niem­cami od­działy Ar­mii Czer­wo­nej wkro­czyły na te­ry­to­rium II Rzecz­po­spo­li­tej? Ja­kim dys­po­no­wali do­świad­cze­niem? Co wie­dzieli, a czego nie? Bez od­po­wie­dzi na te py­ta­nia nie można zro­zu­mieć mo­ty­wa­cji i de­cy­zji ani do­wód­ców pod­zie­mia, ani sze­re­go­wych jego człon­ków. Żoł­nierz AK z No­wo­gród­czy­zny przez pół­tora roku żył pod oku­pa­cją so­wiecką, a na­stępne trzy lata pod oku­pa­cją nie­miecką. Je­śli tra­fił do par­ty­zantki, to z du­żym praw­do­po­do­bień­stwem brał udział nie tylko w wal­kach z Niem­cami, ale też z par­ty­zan­tami so­wiec­kimi. Z jego per­spek­tywy ko­mu­ni­ści byli ta­kim sa­mym prze­ciw­ni­kiem jak na­zi­ści. Czło­nek sa­mo­obrony AK z Wo­ły­nia śmier­tel­nych wro­gów wi­dział w na­cjo­na­li­stach ukra­iń­skich. Uzna­wał on, że by prze­żyć i ura­to­wać ży­cie bez­bron­nych cy­wi­lów, ma prawo sko­rzy­stać z każ­dej po­mocy, także tej ofe­ro­wa­nej przez Niem­ców - znie­na­wi­dzo­nych oku­pan­tów, czy przez so­wiec­kich par­ty­zan­tów. W oczach kon­spi­ra­tora z Za­mojsz­czy­zny na naj­wyż­szym szcze­blu w hie­rar­chii wro­gów bez­sprzecz­nie lo­ko­wali się Niemcy, a na dru­gim na­cjo­na­li­ści ukra­iń­scy. Trzeci po­zo­sta­wał nie­ob­sa­dzony. Do so­wiec­kich par­ty­zan­tów i AL-owców miał sto­su­nek am­bi­wa­lentny - wi­dział w nich so­jusz­nika w walce z Niem­cami, ale i po­ten­cjalne za­gro­że­nie. Dzia­łacz PPP z War­szawy, Kielc czy Kra­kowa Niem­ców nie­odmien­nie na­zy­wałby wro­giem nu­mer je­den, a Zwią­zek Ra­dziecki nie­chcia­nym, nie­god­nym za­ufa­nia so­jusz­ni­kiem, pol­skich ko­mu­ni­stów zaś trak­to­wał jak obcą agen­turę i jed­no­cze­śnie kon­ku­ren­cję. Słowo Volks­deutsch (folks­dojcz) zna­czyło dla niego tyle co zdrajca lub ko­la­bo­rant. W tym sa­mym cza­sie pol­ski kon­spi­ra­tor na Ślą­sku czy Ka­szu­bach nie­mal na pewno pod­pi­sał volks­li­stę, lecz jed­no­cze­śnie za swego głów­nego wroga uzna­wał Niem­ców. Na Ar­mię Czer­woną cze­kał z obawą, przede wszyst­kim jed­nak z na­dzieją. To, kogo dzia­ła­cze pod­zie­mia uzna­wali za ob­cego, wroga czy so­jusz­nika, za­le­żało od miej­sca, w któ­rym przy­szło im żyć pod­czas oku­pa­cji.

Pol­skie Pań­stwo Pod­ziemne współ­two­rzyli lu­dzie o róż­no­rod­nych świa­to­po­glą­dach: lu­do­wcy, na­ro­dowcy, so­cja­li­ści, cha­decy, kon­ser­wa­ty­ści, li­be­ra­ło­wie, przed­wo­jenni zwo­len­nicy sa­na­cji i jej za­go­rzali prze­ciw­nicy. Łą­czyło ich uzna­nie II Rzecz­po­spo­li­tej Pol­skiej za wła­sne pań­stwo, któ­rego wła­dze prze­by­wały tym­cza­sowo na uchodź­stwie, jak też wi­zja po­wo­jen­nej Pol­ski jako de­mo­kra­tycz­nego, su­we­ren­nego, pra­wo­rząd­nego bytu po­zo­sta­ją­cego czę­ścią świata Za­chodu.

Poza tak wy­zna­czo­nymi ra­mami zna­leźli się ko­mu­ni­ści i naj­bar­dziej ra­dy­kalna część ru­chu na­ro­do­wego. Ci pierwsi nie utoż­sa­miali się ani z II Rzecz­po­spo­litą, ani z wła­dzami na uchodź­stwie, a PPP i AK okre­ślali mia­nem re­ak­cji. Z ich punktu wi­dze­nia wro­giem nu­mer je­den były fa­szy­stow­skie Niemcy, wro­giem nu­mer dwa zaś wła­śnie "ro­dzima re­ak­cja", czyli nie­ko­mu­ni­styczne pod­zie­mie. Skrajni na­cjo­na­li­ści też stali na sta­no­wi­sku dwóch wro­gów: Niem­ców i So­wie­tów trak­to­wali jako tak samo nie­bez­piecz­nych. Po bi­twie sta­lin­gradz­kiej ich sta­no­wi­sko za­częło ewo­lu­ować, za wroga nu­mer je­den uznali Zwią­zek Ra­dziecki i ro­dzi­mych ko­mu­ni­stów. III Rze­sza, któ­rej upa­dek zda­wał się być kwe­stią czasu, stała się wro­giem nu­mer dwa. Wy­cią­gali stąd pro­sty wnio­sek - nie na­leży trwo­nić sił na walkę ze słab­ną­cymi Niem­cami, trzeba za to skon­cen­tro­wać się na zwal­cza­niu ro­sną­cego za­gro­że­nia ko­mu­ni­stycz­nego. Po­dob­nie jak ko­mu­ni­ści dą­żyli do za­stą­pie­nia II Rzecz­po­spo­li­tej mo­no­par­tyjną dyk­ta­turą i z za­cie­kło­ścią zwal­czali li­be­ralną de­mo­kra­cję. Dla ko­mu­ni­stów wkro­cze­nie Ar­mii Czer­wo­nej na zie­mie Pol­ski przed­wo­jen­nej było speł­nie­niem ma­rzeń, dla ra­dy­kal­nych na­cjo­na­li­stów - zisz­cze­niem się kosz­maru.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki