Prolog
Zima 1882
Hrabstwo Cooke, Teksas
Malachi Shaw z wielkim trudem odzyskał przytomność. Prawdę mówiąc, wszystko, co do tej pory osiągnął w swoim trzynastoletnim życiu, wymagało wielkiego trudu. Nie było to jednak nic, czym warto by się chwalić. Ot, sierota, wygłodzony i... zmarznięty. To właśnie jako pierwsze odczuły jego zmysły. Zimno. Nie jakieś zmarznięcie, gdy ktoś skulił się pod schodami baru w zbyt cienkim ubraniu, kiedy wiał przeszywający północny wiatr. Nie. To zimno było tak ostre, że aż paliło. Co zupełnie nie miało sensu...
Mal podniósł z jękiem głowę i spróbował przyciągnąć do siebie ręce, aby się nimi podeprzeć. Wtedy poczuł kolejną falę bólu. Rwało go w ramieniu, miał obolałe żebra, a głowa sprawiała wrażenie, jakby zderzyła się z pociągiem. A, właśnie... Przecież tak się stało.
Powoli wygrzebywał się z zaspy, w której wylądował. W głowie wirowały mu wspomnienia. Wskoczył do pociągu, tak jak to robił już kilka razy w ciągu ostatniego miesiąca, odkąd jego ojca pijaka podczas próby przejścia przez ulicę potrącił wóz. Z ojca nie było wielkiego pożytku. Mal musiał szukać jedzenia po śmietnikach, a tymczasem jego opiekun wydawał na whiskey wszelkie drobne, jakie tylko udawało mu się wygrać w karty. Ale przynajmniej zapewniał im jakiś dach nad głową - zniszczony, przeciekający i podparty krzywymi, chwiejącymi się ścianami, które ledwie chroniły przed wiatrem, ale ostatecznie dach. Jednak kolejnego ranka po tym, jak pochowano ojca Mala, właścicielka zamieszkiwanej przez nich rudery wyrzuciła chłopca na bruk. Dała mu tak mało czasu, że ledwo zdążył zapakować do worka swój niewielki dobytek. Teraz rozpaczliwie przeszukiwał wszystko dokoła, a worka nigdzie nie było.
- Nie! - Uderzył pięścią w zamarzniętą ziemię i zwiesił głowę.
Czego się spodziewał? Że Bóg nagle przypomni sobie o jego istnieniu i mu pomoże? Ha! Niemożliwe. Bóg do tej pory się nim nie interesował. Dlaczego miałby to robić teraz? Lepiej siedzieć sobie wygodnie w niebie i śmiać się, gdy tymczasem biedny Malachi Shaw błądzi po omacku. Zabrał mu mamę na tyle wcześnie, że Mal nawet nie pamiętał, jak wyglądała. Dał mu ojca, który troszczył się bardziej o swojego kolejnego drinka niż o potomka. A potem zabrał mu nawet to. Zostawił go samego. Bez domu. Bez nikogo, kto chciałby go zatrudnić. Nie dał mu żadnej opcji poza jeżdżeniem pociągami i szukaniem jakiegoś miejsca, gdzie mógłby zostać uczciwie potraktowany.
I do czego go to doprowadziło? Natknął się na gang włóczęgów wożących się wagonami towarowymi, którym się nie spodobało, że wszedł na ich terytorium. Mal dotknął dłonią bolesnego guza na czole. Było ich czterech, wszyscy dwa razy więksi od niego. Każdy miał swoją kolejkę, a ostatni popchnął go tak, że uderzył głową o metalowe drzwi. Malachi nic już potem nie pamiętał, ale jak widać, wyrzucili go na koniec z pociągu.
Ledwie widział tory na górze długiego nasypu. Szkoda, że Bóg nie pozwolił mu po prostu złamać karku podczas upadku. Ale to nie byłoby w ogóle zabawne.
- Lepiej zostawić sobie trochę rozrywki, co? - Spojrzał gniewnie na szare niebo, które wkrótce miało się stać niemal czarne. - Lepiej, żebyście się tam razem z aniołami nie zanudzili.
Mal niezdarnymi ruchami strącił śnieg z włosów i ramion, po czym wstał. Zaciskając zęby, otrzepał sobie spodnie. Bolały go palce, jakby ktoś trzymał je w ogniu. Szczypały go uszy i nos. Stracił czucie w stopach. Niedobrze...
Zrobił kilka kroków, aż większość białego puchu spadła ze sznurówek jego trzewików. Przyłożył do ust dłonie i pochuchał na nie. Niewiele to pomogło. Jedyną rzeczą, jaka mogłaby sprawić, żeby nie zamarzł na sopel, było jakieś schronienie. I ogień. I płaszcz. Gruba flanelowa koszula, jaką dostał z darów dla biednych w kościele, nie stanowiła osłony przed wiatrem. Teraz była na dodatek mokra od śniegu i chłodziła go zamiast chronić.
Przynajmniej w jego butach nie było żadnych dziur. Podeszwy były cienkie, ale całe. Jeśli miałby wymieniać to, za co jest wdzięczny, jak poradził ksiądz, który dał mu ubrania, byłby w stanie wyliczyć chociaż tę jedną rzecz. Uznał, że to lepsze niż nic.
Gdyby chociaż tamci ludzie zostawili mu jego worek z rzeczami. Brak worka to brak jedzenia, suchych ubrań i krzesiwa.
- Przestań marudzić, Mal - mruknął pod nosem. - Kwękaniem nie napełnisz żołądka. Jeśli chcesz się rozgrzać, zrób coś.
Wyprostował ramiona, uniósł głowę i rozejrzał się dokoła, dopatrując się śladów jakichś zabudowań. Najlepsza byłaby jakaś obora, gdzie przy zwierzętach byłoby trochę cieplej. Jednak niczego takiego nie widział. Wszędzie tylko zasypana śniegiem trawa prerii i kilka pojedynczo rosnących dębów.
Czego się spodziewał? Że podjedzie powóz i elegancki woźnica będzie się do niego zwracał: "proszę pana", i spyta, dokąd go zawieźć? "Proszę mnie podwieźć do najbliższej obory, dobry człowieku" - wyobraził sobie swoją odpowiedź. "I niech pan nie szczędzi koni".
Mal chrząknął, postawił kołnierz koszuli, włożył piekące dłonie do kieszeni i ruszył na wschód. Gainesville powinno być niedaleko stąd. To tam był, kiedy przyszedł mu do głowy wspaniały pomysł, by wskoczyć do trzeciego wagonu od końca. Włóczędzy od razu się na niego rzucili, więc pociąg nie mógł ujechać zbyt daleko do czasu, gdy go wypchnęli. Na pewno będzie gdzieś w pobliżu jakaś farma czy ranczo z oborą, gdzie mógłby się zatrzymać na noc czy dwie. Musiał tylko znaleźć takie miejsce, zanim zapadnie noc.
Kiedy w końcu doszedł do pierwszych zabudowań, trząsł się tak mocno, że ledwo stał na nogach. Wiatr wiejący z północy spychał go ze ścieżki, ale przynajmniej nie padał śnieg. Tamten ksiądz byłby z niego dumny. Właśnie podwoił swoją listę rzeczy, za które był wdzięczny. Chłopak zaśmiał się lekko, ale wypuszczenie powietrza zamieniło się w kaszel, który aż powodował ból w piersi. Mal skulił ramiona, spuścił głowę i zwrócił się w stronę wiatru, by przez pole ruszyć krótszą drogą w kierunku obory.
W oknach domu, który znajdował się niedaleko, widać było światło. Dym, poniewierany wiatrem podobnie jak chłopak, wylatywał z komina pod ostrym kątem. Mal zwykle unikał ludzi, ale teraz było mu zbyt zimno, żeby nawet zastanawiać się nad poszukiwaniem lepszej kryjówki. Jeśli udałoby mu się przespać noc w słomie i trochę ogrzać, zniknąłby stamtąd wcześnie rano, zanim właściciele zdążą wstać.
Odczuwając nagłą wdzięczność za zapadający zmierzch, Mal dotarł wreszcie do ściany obory i posuwając się powoli, doszedł do jej drzwi. Uchylił skrzydło znajdujące się bliżej niego tylko na tyle, by móc się przez nie przecisnąć. Wślizgnął się do środka i walcząc z podmuchem wiatru, przytrzymał drzwi, aby je po cichu zamknąć. Ostatnia rzecz, jakiej potrzebował, to trzaśnięcie, które mogłoby zaniepokoić gospodarza. Farmerzy zwykle nosili przy sobie broń, a Mal nie przepadał za śrutem.
Wyjrzał przez szczelinę w niedomkniętych drzwiach i popatrzył na dom. Był gotowy uciec w pole, gdyby okazało się to konieczne, jednak nikt się nie pojawił. Chłopak wypuścił powietrze, które wstrzymywał, i zamknął drzwi. Wyglądało na to, że jego lista powodów do wdzięczności wydłużyła się o kolejny punkt. Mal uśmiechnął się szeroko i podreptał w najciemniejszy kąt.
Zapach siana łaskotał go w nos. Nie zważał jednak na to, ponieważ cieszył się faktem, że nie musi znosić podmuchów wiatru. Zesztywniałymi, drżącymi palcami zdołał rozpiąć guziki flanelowej koszuli. Zdjął ją, podobnie jak wełniany podkoszulek z długim rękawem, i oba te ubrania rozwiesił na drzwiach pustego boksu. Próbował rozsznurować buty, ale jego palce były zbyt skostniałe, by walczyć z supłami. Stopy będą musiały poczekać, aż odzyska czucie w rękach.
Pochuchał sobie na dłonie, a następnie przeszedł do boksu i zagrzebał się w stercie siana. Leżał nieruchomo przez dłuższy czas. Kościste ręce skulił przy klatce piersiowej i wysoko podciągnął kolana. Wilgoć przemoczonych spodni sprawiała, że nie mógł opanować szczękania zębami. Zamknął oczy i wyobrażał sobie wszystkie ciepłe rzeczy, jakie tylko był w stanie wymyślić. Palący się ogień. Wełniany koc - nie, nic drapiącego. Pikowana kołdra. Gruba, miękka, wypełniona pierzem kołdra z koronkowymi falbankami na brzegach. Taka, jaką kiedyś widział na wystawie sklepowej. Parująca miska krupniku...
Odczuł mocny skurcz w żołądku. "Wspaniale". Wiedział, że nie powinien myśleć o jedzeniu. Teraz nie będzie w stanie skupić się na niczym innym. Otworzył oczy i przyglądał się cieniom. Może w składziku, który minął po drodze, będzie kukurydza dla bydła. Nie byłby to pierwszy raz, kiedy jadłby kukurydzę podkradzioną zwierzętom. Obrzydliwość. Twarda i sucha. Zawsze wbijała się między zęby. Ale mogłaby powstrzymać męczące ssanie w żołądku i pozwolić zasnąć.
Niechętnie wygrzebał się z siana i otrzepał. Zacisnął szczęki, aby uspokoić dzwoniące zęby, i powoli udał się w miejsce, gdzie pamiętał, że widział składzik. Jeden z koni parsknął i kopnął w drzwi boksu, kiedy chłopak go mijał.
- Spokojnie - wyszeptał delikatnie Mal. - Nie ma co się denerwować. Nic tu nie zrobię.
Koń przyglądał się chłopakowi wielkimi brązowymi oczami w słabym świetle dochodzącym przez jedno z okien. Chłopca aż zaswędziała szyja, ale zwierzę przynajmniej przestało kopać.
Mal przeszedł, wciąż utrzymując wzrok na koniu. Nie podobało mu się to, jak zwierzę na niego patrzyło. Jakby z pogardą i zarozumiałością. Jak żona właściciela sklepu, która przeganiała go miotłą zawsze, gdy przyłapała go na przeszukiwaniu śmietników za budynkiem - jak gdyby był szczurem.
Pogrążony w myślach Mal nie zauważył stojącej przy ścianie łopaty, aż trącił ją butem. Przewróciła się na podłogę z hukiem, który rozszedł się echem po budynku. Chłopak zamarł. Serce waliło mu mocniej niż kowalski młot.
Zaskrzypiał jakiś zawias.
Mal odwrócił głowę w kierunku tego dźwięku - w lewo, w stronę przodu budynku, ale nie tak daleko jak jego drzwi.
Rozległy się kroki.
Malachi podniósł łopatę i przygotował się do ciosu. Uderzy i ucieknie, gdy tylko farmer się pokaże.
Z wnętrza głównego boksu w końcu wynurzyła się postać. Była drobnej postury, z okrągłymi, jasnymi oczami i nimbem ciemnych włosów. Miała jasną cerę i okrągłe, zaróżowione policzki.
Mal powoli opuścił ręce i odłożył łopatę. Nie będzie żadnego uderzania i uciekania, kiedy Bóg zsyła mu anioła.
- Kim jesteś? - spytał niebiański posłaniec, a jego dziecinny głos wyrażał jedynie zaciekawienie. Żadnych oskarżeń.
Mal nie był w stanie się odezwać.
Anioł nie zadał więcej pytań. Po prostu na niego patrzył.
Wtedy Mal przypomniał sobie, że nie ma koszuli. Objął się rękami w pasie, próbując zasłonić swoją wychudzoną, nagą klatkę piersiową. Nie chciał być nieprzyzwoity. Ani pozwolić, by ta osoba zobaczyła jego wystające kości. W końcu miał swoją dumę.
- Musi ci być zimno - odezwała się wreszcie.
Następnie zaczęła rozpinać płaszcz i zanim Mal się zorientował, co dziewczyna zamierza zrobić, ta zdjęła już okrycie i zarzuciła mu na ramiona.
Gruba wełna, nadal ciepła od jej ciała, była jak dotyk nieba. Ciepło przesączyło się na przemarzniętą skórę Malachiego. Chłopak pomyślał, że mógłby się roztopić niczym świeczka w piecu.
- Co tak stoisz i się gapisz, jakbyś nigdy nie widział dziewczyny. Włóż ręce do rękawów.
Anioł go upomniał. Kiedy dziewczyna mówiła pouczającym tonem, jej dolna warga wykrzywiała się, jakby w poirytowaniu. W końcu, ponieważ najwyraźniej nie ruszał się tak szybko, jak ona by sobie życzyła, odciągnęła jego ręce i wepchnęła je w zbyt krótkie rękawy płaszcza.
- Prawie zamarzłeś - zaczęła narzekać, kiedy dotknęła jego nadgarstka. To spostrzeżenie wcale jej nie spowolniło. Pozapinała guziki, a potem zaczęła pocierać jego ręce w rękawach, aby w ten sposób jeszcze trochę je rozgrzać. Kiedy to robiła, on spoglądał na czubek jej głowy. Sięgała mu do brody. Mały aniołek, ale potrafi się rządzić.
Po chwili się odsunęła.
- Hmmm... To nie wystarcza. - Podeszła do drewnianego stojaka umieszczonego przy ścianie, zrzuciła na ziemię uzdę, która na nim wisiała, i wzięła z niego pasiastą derkę. - Siadaj - rozkazała, ciągnąc w kierunku chłopca ciężki koc. Kiedy zrobił, jak poleciła, zarzuciła mu derkę na kolana. Ponownie popatrzyła się na niego z troską. Jej spojrzenie zawahało się przy brzegach rękawów, skąd wystawały jego odsłonięte nadgarstki i dłonie. - O! Moje rękawiczki! - Na twarzy dziewczyny pojawił się uśmiech. Podeszła do boksu, z którego wcześniej się wynurzyła.
Szybko wróciła i energicznym ruchem podała Malowi jaskrawoczerwone rękawiczki.
- Proszę. Załóż je. - Jej twarz na moment spochmurniała. - I jeszcze szal! - Odwinęła długi wełniany szal ze swojej szyi i zamotała wokół jego, osłaniając mu uszy i głowę. - Tak lepiej. - Triumf w jej głosie spowodował, że chłopak się uśmiechnął.
Ponownie mu się przyjrzała, a nad jej małym zadartym noskiem pojawiły się zmarszczki. Mal poczuł się jak jeden z bałwanów, jakie dzieci robiły za szkołą, gdy tylko zaczynała się zima. Zaczął podejrzewać, że dziewczyna zaraz znajdzie marchewkę i wbije mu w nos. Wcale by mu to nie przeszkadzało. Marchewka smakowałaby lepiej niż pastewna kukurydza.
- Twoje stopy - stwierdziła w końcu. - Masz nadal zamarznięte sznurówki. Ciotka Henry zawsze mnie pogania, żebym ściągała mokre buty i pończochy, zanim stopy mi przemokną. Ale jeśli chodziłeś po śniegu, chyba mamy więcej zmartwień niż tylko zamoczone palce.
"Ciotka Henry? Kto to w ogóle jest?"
Dziewczyna uważnie mu się przyjrzała.
- Stary Tarleton kilka lat temu zgubił się w czasie trwającej burzy śnieżnej i zupełnie odmroził sobie stopy. Trzy palce mu sczerniały i odpadły. - Przekazała te makabryczne wiadomości z niezbyt anielskim entuzjazmem. - Lepiej ściągnijmy te buty.
Usiadła przed chłopcem i zaczęła mu rozwiązywać sznurówki.
Tego było już dość. Nie chciał, by anioł dotykał jego śmierdzących stóp. Pewnie po drodze wdepnął w różne okropne rzeczy.
- Ja to zrobię - odburknął. Próbował ją odepchnąć i zdjąć puchate czerwone rękawiczki, ale ona mu nie pozwoliła.
- Zostaw to! - Spojrzała na niego tak groźnie, że nie śmiał się sprzeciwiać. - Nie pozwolę, żebyś się przeziębił, kiedy się tobą opiekuję.
Dlaczego to robiła? Pomagała mu, zamiast zawołać swojego ojca, by go przegnał. Dawała mu swoje ubrania. Mówiła do niego, jakby był zwykłym człowiekiem, a nie śmieciem z rynsztoka, za jakiego się uważał.
W końcu rozwiązała sznurowadła i delikatnie zdjęła mu buty. Mal próbował schować stopy pod derką, zanim dziewczyna zauważyłaby, w jakim stanie były, jednak ona na to nie pozwoliła. Ściągnęła mu dziurawe skarpety i aż syczała, komentując, jak zimne miał stopy. Cieszył się, że nie poczerniały jak staremu Tarletonowi. Były jednak brudne. Brzydkie. Wysunął je z jej czystych dłoni i starał się ukryć pod materiałem.
Ona nic nie powiedziała. Po prostu usiadła przed nim na klepisku i ściągnęła swoje buty. Kim była? Anioł zdjął grube wełniane skarpety i poszukał pod kocem jego stóp. Zanim Mal zdążył zareagować i odsunąć się, chwyciła go za prawą nogę, wyciągnęła stopę i założyła mu skarpetkę. Z podobną łatwością potraktowała lewą stopę. Do tego czasu on przestał już próbować się jej wyrywać. Być może jego mózg też był już zamarznięty, ale potrafił rozpoznać walkę, która była nie do wygrania.
Ciepło skarpetek sprawiło, że odczuł w stopach łaskotanie, które wkrótce zmieniło się w palący ból, tak mocny, że chciał kopnąć dziewczynę, by go nie dotykała. Ale nie zrobił tego.
Miał właśnie do czynienia z największym błogosławieństwem, jakie go kiedykolwiek dotąd spotkało. Nie chciał w żaden sposób skrzywdzić tej dziewczyny. Zacisnął więc zęby i siedział bez ruchu, a ona przykryła derką jego obolałe stopy.
- A teraz coś do środka - powiedziała, a następnie wstała i wsunęła gołe stopy w buty, po czym ponownie zniknęła w swoim boksie. Kiedy się wynurzyła, ruszyła chwiejnym krokiem, niosąc przed sobą wiaderko z mlekiem.
Mal zerwał się z miejsca i wziął naczynie z jej rąk.
- Jest jeszcze ciepłe - powiedziała. - Ale nie mam kubka.
Malachi poczuł ślinotok na myśl o świeżym mleku.
- Nie potrzebuję kubka. - Przyłożyłby po prostu usta do brzegu wiaderka i przechylił je, a kremowa pyszność wlałaby mu się wprost do gardła. Ale nie. Nie mógł tak zrobić. Nie mógłby w jej obecności pić jak zwierzę. Nie mógłby zanieczyścić mleka, dotykając go ustami.
Rozejrzał się. Na stole roboczym stał słoik do połowy wypełniony gwoździami, pinezkami i różnymi drobiazgami. Mal ruszył w jego kierunku, odkręcił wieczko i wysypał zawartość, nie pozwalając, by cokolwiek spadło na ziemię. Wytarł słoik od zewnątrz swoimi nadal wilgotnymi spodniami i wydmuchał kurz ze środka.
- Może być.
Dziewczyna zmarszczyła nos.
- To jest przecież brudne.
Uśmiechnął się szeroko.
- Odrobina brudu nigdy mi nie zaszkodziła.
Odwzajemniła uśmiech, a to niemal ścięło go z nóg. Nigdy dotąd nie widział czegoś tak pięknego, tak dobrego, a na dodatek skierowanego do niego. Takie uśmiechy były zwykle zarezerwowane dla innych. Takich, którzy na to zasługiwali. On do nich nie należał.
Odchrząknął, minął dziewczynę i podszedł do wiaderka. Nie chciał zabrudzić mleka, zanurzając słoik, więc postawił naczynie na ziemi i podniósł wiaderko.
- Potrzymam to - zaszczebiotała dziewczyna, ciągle się uśmiechając, jakby to wszystko było niesamowitą przygodą.
Mal był tak osłabiony po tym, co przeszedł, że jego ręce aż się zatrzęsły pod ciężarem wiaderka. Trochę mleka polało się po ściankach słoika. Spojrzał na dziewczynę, wstrzymując oddech.
- Nalewaj - ponagliła go, zupełnie nie denerwując się, że oblał jej palce mlekiem. - Nalej sobie do pełna.
Napięcie odpuściło. Postąpił zgodnie z jej poleceniem, po czym odłożył wiaderko i wziął od niej słoik.
Przyłożył naczynie do ust. Zamknął oczy, gdy świeży, kremowy płyn spływał mu po języku. Kosztował słodycz. Kiedy została mu jedna trzecia, zatrzymał się i odłożył słoik.
- Dlaczego nie dokończysz? Ciotka Bertie zawsze każe mi wypijać mleko do końca, zanim odejdę od stołu.
"Czy przed chwilą nie było mowy o ciotce Henry?" Malachi zignorował tę myśl. Imię ciotki nie miało znaczenia.
- Zostawiam sobie na później. - Nauczył się, żeby nie zjadać od razu wszystkiego, co znalazł. Nigdy nie wiadomo, kiedy będzie następna okazja. Lepiej schować sobie trochę, póki jeszcze jest co.
- Mamy jeszcze dużo. - Skinęła głową w kierunku wiaderka z mlekiem.
- To twoje. Twojej rodziny.
Dziewczyna dziwnie na niego popatrzyła. Tak, jakby nie zrozumiał, co przed chwilą powiedziała.
- Ciotki nie będą miały nic przeciwko temu.
Mal potrząsnął głową.
- Jak chcesz.
Jego anioł rozejrzał się po oborze, sprawiając wrażenie już nie tak apodyktycznego, jak wówczas, kiedy chłopak zobaczył go po raz pierwszy. Dziewczyna objęła się wokół pasa i próbowała ukryć, że się trzęsie.
- Zmarzłaś - zauważył Mal ostrzej, niż powinien. Pomyślał, że dziewczyna mogła mu powiedzieć, iż było jej zimno. Natychmiast oddał jej rękawiczki i zdjął z siebie płaszcz. - Musisz wrócić do domu, mała. Usiąść przy piecu, czy coś takiego...
- Nie jestem dzieckiem. - Ale gdy jej wargi się wykrzywiły, Mal utwierdził się w swoim przekonaniu. Nie powinna się trząść w chłodnej oborze, kiedy miała ciepły dom.
- Zmykaj, mała. Dam sobie radę.
Założyła płaszcz i rękawiczki.
- Jak masz na imię? - spytała.
Spojrzał na nią gniewnie, po czym w końcu ustąpił.
- Malachi.
Uśmiechnęła się ponownie, sprawiając, że niemal zakręciło mu się w głowie.
- Ja jestem Emma.
- Dobrze - wycedził, nadal czując się winny, że pozwolił jej zmarznąć. - A teraz zmykaj.
Zniknęła. A razem z nią światło. Zostawiła Mala samego. W ciemności. Tam, gdzie było jego miejsce.
Przyzwyczaił się. Coś takiego nie powinno mu przeszkadzać. Szczerze mówiąc, nie przeszkadzało mu przez wiele lat. Teraz jednak zaczęło. Ponieważ teraz przekonał się, czego mu brakowało.
Podniósł derkę i otulił się nią. Potem wziął słoik i skierował się do swojego kącika, żeby zagrzebać się w sianie. Zatrzymał go widok wiaderka z mlekiem. Dziewczyna je zostawiła. Przeszedł go dreszcz. Czy to znaczy, że wróci? Czy może zostawi mleko? Porzuci... jak wszyscy porzucali jego. Może powinien je zanieść przed drzwi, aby podziękować jej za pomoc.
Schylił się, żeby chwycić wiaderko, ale w tym momencie drzwi obory szeroko się otworzyły.
- Dobre wieści, Malachi! - Emma stała przy wejściu, a jej uśmiech był tak radosny i promienny, że chłopak prawie musiał podnieść rękę, by przesłonić sobie oczy. - Ciotki powiedziały, że możesz zostać!