Niezdobyta. Tom 1 i 2 - Melissa Darwood

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (37,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROK 2019

Drga mi po­wieka. Je­stem mocno wku­rzona, ale sta­ram się trzy­mać nerwy na wo­dzy.

- Ja­kie masz pro­po­zy­cje? - py­tam Lidkę, czter­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­nią na­czelną re­dak­tor, która jest moją sze­fową od pię­ciu lat. Pię­ciu lat cią­głego za­ci­ska­nia pasa, od­ma­wia­nia so­bie za­gra­nicz­nych wcza­sów (na które i tak ni­gdy nie jeź­dzi­łam), no­wych ciu­chów (któ­rych i tak ni­gdy nie ku­po­wa­łam) i mar­ko­wych ko­sme­ty­ków (któ­rych i tak ni­gdy nie uży­wa­łam). Tylko po to, żeby udo­wod­nić so­bie i wszyst­kim wo­kół, że z dzien­ni­kar­stwa da się w Pol­sce utrzy­mać. Że mogę być dzien­ni­karką. Że je­stem pie­przoną dzien­ni­karką!

A skoro nie stać mnie na wa­ka­cyjny wy­jazd w tym roku, za­wsze mogę na­wa­lić się wi­nem tak sku­tecz­nie, że nie będę wie­działa, gdzie je­stem. Moż­liwe, że sko­rzy­stam z tej oferty na­wet już dzi­siaj wie­czo­rem: ubz­dryn­golę się na ka­na­pie z nu­cą­cym Zay­nem w tle.

- Może na­pi­szesz ja­kiś fe­lie­ton o nie­do­stęp­nych męż­czy­znach? Coś bar­dziej po­zy­tyw­nego niż do­tych­czas? - Lidka pa­trzy mi pro­sto w oczy. - Masz lek­kie pióro, tylko ja­koś za­wsze za­głę­biasz się w psy­cho­de­liczny szlam, któ­rym od­stra­szasz czy­tel­niczki. Twoje ar­ty­kuły są zbyt smutne, za po­ważne, na­der fi­lo­zo­ficzne. Współ­cze­sne trzy­dziestki i czter­dziestki pra­gną ma­rzyć, eks­cy­to­wać się czymś nad­zwy­czaj­nym. Te­mat musi być chwy­tliwy. Na to­pie. Zro­zum, Ju­lio, te ko­biety wra­cają pad­nięte po ro­bo­cie, ogarną dom, dzie­ciaki, zro­bią so­bie her­batę i mają ochotę za­nu­rzyć się w lek­tu­rze, która zre­kom­pen­suje im trudy dnia. Nie chcą czy­tać o glo­bal­nym ocie­ple­niu ani o pol­skiej pa­to­lo­gii wspie­ra­nej przez pięć­set plus. Wiesz, że mo­żesz na mnie li­czyć. Ce­nię twoje fe­lie­tony, ar­ty­kuły, wy­wiady, ich głę­bię, po­dwójne dno i tę nie­zwy­kłość, któ­rej tak bra­kuje in­nym. Ale prawda jest taka, że to się po pro­stu nie sprze­daje. Wi­dzia­łaś ostatni ra­port. Wal­czymy o każdy pro­cent rynku. Dru­ko­wane ma­ga­zyny od­cho­dzą w prze­szłość. In­ter­net jest pe­łen tek­stów o mo­dzie, show-biz­ne­sie, sek­sie. Ce­le­bryci są wi­do­czni w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych, nie po­trze­bują ko­lo­ro­wego pi­sma, by ob­na­żać się przed fa­nami, od tego mają In­sta­grama - wzdy­cha i po­pra­wia oku­lary na no­sie. - Nie wiem, czy przy obec­nej sprze­daży damy radę utrzy­mać ak­tu­alny stan za­trud­nie­nia.

Czuję gulę w gar­dle. Upi­jam łyk kawy, choć za­miast niej przy­da­łaby mi się te­raz wódka z Xa­na­xem. Ni­gdy nie pró­bo­wa­łam ta­kiej mie­szanki, ale my­ślę, że taki kok­tajl mógłby mnie te­raz sku­tecz­nie zo­bo­jęt­nić.

Lidka naj­wy­raź­niej do­strzega moją minę, bo od razu do­daje:

- Nie łam się. Tak po pro­stu jest w tym biz­ne­sie. Wie­rzę, że w końcu się od­bi­jesz. Mu­sisz tylko zmie­nić te­ma­tykę, stwo­rzyć coś lżej­szego, coś dla szer­szego grona od­bior­ców...

Ja­sne, in­nymi sło­wami, mam na­pi­sać gniota. Jak to le­ciało w pew­nej pio­sence: "pro­sto, szybko, spraw­nie, szast - pro­dukt musi być dla mas".

Mam ochotę za­cząć wa­lić głową w ka­wiar­niany sto­lik, przy któ­rym sie­dzimy. I na­wet je­śli do­sta­ła­bym od tego wstrzą­śnie­nia mó­zgu, to przy­naj­mniej za­koń­czy­ła­bym tę że­nu­jącą roz­mowę z przy­tu­pem.

Chce mi się wyć. Pięć lat stu­diów dzien­ni­kar­skich; ba­ta­lie z matką wa­riatką, która twier­dzi, że mar­nuję ży­cie na bez­sen­sowną ba­zgra­ninę; staż w ga­ze­cie, gdzie wy­słu­gi­wał się mną jak słu­żącą - przy­nieś, wy­nieś, po­za­mia­taj - wielki pan re­dak­tor prze­ko­nany o swoim po­nad­prze­cięt­nym je­ste­stwie; pi­sa­nie głu­pot o wy­pa­la­niu traw i wy­sta­wie stor­czy­ków w pal­miarni w za­mian za wier­szówkę, z któ­rej nie by­łam w sta­nie opła­cić ra­chun­ków i czyn­szu w ka­wa­lerce. Oprócz tego cią­głe udzie­la­nie się non-pro­fit na por­ta­lach in­ter­ne­to­wych, w lo­kal­nych oraz bran­żo­wych ga­ze­tach, żeby do­sko­na­lić pióro, zo­stać za­uwa­żoną.

By­cie peł­no­eta­to­wym dzien­ni­ka­rzem to ciężka praca, je­śli nie ma się zna­jo­mo­ści. Ja ich nie mia­łam, ale mia­łam za to wiel­kie szczę­ście, że taka osoba jak Lidka ob­jęła funk­cję na­czel­nej w re­dak­cji, w któ­rej pra­co­wa­łam, i do­strze­gła moje tek­sty. Wzięła mnie pod swoje skrzy­dła i uwie­rzyła, że to, co pi­szę, jest ważne. Prze­szłam tak długą drogę, żeby pi­sać wresz­cie to, na co mia­łam ochotę, co mnie po­ru­szało, a te­raz mam upaść tak ni­sko, by kle­pać ar­ty­kuły na po­zio­mie Pu­delka.

- Lidka. - Po­pra­wiam się na krze­sełku. - Jedni pi­szą w kon­wen­cji: "ży­cie jest piękne i pach­nie la­wendą", po czym wrzu­cają fotkę uśmiech­nię­tych ce­le­bry­tów. Ja pi­szę w nur­cie: "ży­cie jest do dupy i śmier­dzi łaj­nem", po czym daję wy­wiad ze zgwał­coną dziew­czyną. Nie wie­rzę, że nie ma lu­dzi, któ­rzy nie po­dzie­lają mo­jego zda­nia, któ­rzy nie chcą czy­tać o spra­wach waż­nych.

- Są, ale jest ich zbyt mało, żeby dal­sze pu­bli­ko­wa­nie two­ich ar­ty­ku­łów się opła­cało - mówi wprost, po­chyla się i splata dło­nie na sto­liku. - Ju­lio, stoję pod ścianą. Sama wiesz, jaki jest ry­nek. Co­dzien­nie do­sta­jemy dwa­na­ście pro­po­zy­cji ar­ty­ku­łów od lu­dzi, któ­rzy chcą u nas pi­sać. Nie­któ­rzy są go­towi od­dać tekst za darmo, byle za­ist­nieć, speł­nić ma­rze­nie o pu­bli­ka­cji, wpi­sać do­świad­cze­nie dzien­ni­kar­skie do ce­fałki. Za­rząd mnie na­ci­ska, zy­ski mu­szą się zwięk­szyć. Nie­istotne jest prze­sła­nie, nie­ważny ję­zyk, styl. Wal­czymy o prze­trwa­nie. Pi­smo ma się sprze­da­wać, to pro­dukt jak każdy inny. Je­śli nie opu­bli­ku­jemy bomby, czeka nas ka­ta­strofa. Utrzy­mu­jemy się z re­klam, a je­śli te nie będą do­cie­rać do sze­ro­kiego grona od­bior­ców, to nikt nie bę­dzie chciał się u nas re­kla­mo­wać. Zban­kru­tu­jemy.

- Chyba że zo­stanę za­mor­do­wana pod­czas zbie­ra­nia dla was ma­te­riału. Wtedy sprze­daż na pewno pod­sko­czy. Je­śli, rzecz ja­sna, spraw­nie to na­gło­śni­cie - żar­tuję, bo nic in­nego mi nie po­zo­stało.

- Nie­któ­rym na­szym re­dak­to­rom z chę­cią po­mo­gła­bym zy­skać w ten spo­sób roz­głos. - Uśmie­cha się. - Ale nie to­bie. - Po­chyla się jesz­cze bli­żej mnie, opie­ra­jąc piersi o blat. - Masz ta­lent, lek­kie pióro, dzien­ni­kar­ski nos i sprawny warsz­tat. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści pu­bli­cy­stów, któ­rych znam, je­steś pra­co­wita, nie­za­chłanna, nie masz wy­bu­ja­łego ego i ro­dziny na gło­wie, dzięki czemu po­sia­dasz dużo czasu na pi­sa­nie. Świat stoi przed tobą otwo­rem. Mu­simy jed­nak na­kie­ro­wać cię na wła­ściwe tory... - Ści­sza głos, jakby oba­wiała się, że ktoś nas pod­słu­cha. - Te­raz na to­pie są arab­scy szej­ko­wie, ce­le­bryci, ksią­żęta, al­pi­ni­ści... Po­czy­taj o nich tro­chę, może hi­sto­ria któ­re­goś z nich cię za­in­spi­ruje. Ro­ze­znaj się i daj mi znać, czy po­dej­miesz się na­pi­sa­nia dla nas cze­goś w tym ob­sza­rze, do­brze?

Jej py­ta­nie za­wisa w po­wie­trzu, a ja je­stem świa­doma, że nie mam za du­żego wy­boru. Ni­sza albo ma­in­stream. Wiem, że Lidka ma ra­cję. Wiem, że ga­zeta Mój Świat sprze­daje się fa­tal­nie. Wiem, że mu­szę zmie­nić te­ma­tykę, je­śli za­mie­rzam utrzy­mać tę pracę. A chcę tu na­dal pra­co­wać, jed­nak nie za wszelką cenę. Dam im to, czego po­trze­bują - dam im ja­kie­goś ce­le­brytę, księ­cia czy in­nego su­per­mena. Tylko że na mo­ich wa­run­kach. Nie za­mie­rzam się sprze­dać, zmie­niać swo­jego stylu, za­po­mnieć o rze­czach waż­nych, o tym, dla­czego chcia­łam zo­stać dzien­ni­karką. Pra­gnę mó­wić o tym, co mnie boli, po­ru­sza, wku­rza i dzie­lić się tym z ludźmi. Znajdę osobę, która bę­dzie od­po­wia­dać Lidce, ko­goś, kto mnie za­fa­scy­nuje i komu czy­tel­nicy od­da­dzą swoje serca.

- Okej, zro­bię to. Ale po swo­jemu.

- Mam taką na­dzieję. - Uśmie­cha się. - Tylko wpleć w to ja­kiś ro­mans, po­świę­ce­nie dla ko­biety, za­ka­zane uczu­cie, nie­ak­cep­to­wany zwią­zek, seks... Wiesz, o co cho­dzi. Naj­le­piej scho­dzą te wy­da­nia, w któ­rych mi­łość i sprawy łóż­kowe grają pierw­sze skrzypce. Czy­ta­łaś ostatni ar­ty­kuł Anity o wie­lo­krot­nym or­ga­zmie? To był hit.

Prze­wra­cam oczami.

Do­bre rady o sek­sie, or­ga­zmie, speł­nie­niu, któ­rych udzie­lają moje ko­le­żanki po pió­rze w cza­so­pi­smach dla ko­biet, to bzdury. To kar­mie­nie nie­re­al­nymi fan­ta­zjami nie­świa­do­mych czy­tel­ni­czek. Bie­dac­twa po prze­czy­ta­niu ar­ty­kułu ta­kiej Anity są prze­ko­nane, że z ich ży­ciem sek­su­al­nym musi być coś nie tak, że ich part­ner to cipa, skoro nie za­spo­kaja ich ero­tycz­nych po­trzeb. Wiem, kim są dzien­ni­karki, które pi­szą tego typu ar­ty­kuły. Wi­dzę je w pracy. To sfru­stro­wane sin­gielki prze­glą­da­jące za­gra­niczne ma­ga­zyny w po­szu­ki­wa­niu in­spi­ra­cji, za­czy­tu­jące się w po­wie­ściach ero­tycz­nych dla ko­biet, eks­cy­tu­jące ro­man­sami z ame­ry­kań­skich box of­fice'ów, fan­ta­zju­jące o ide­al­nych fa­ce­tach, któ­rym za­wsze stoi i któ­rzy za­wsze do­pro­wa­dzają swoje ko­biety do or­ga­zmu po­chwo­wego. Prawda jest taka, że ist­nie­nie tego typu męż­czyzn to fak­toid.

Mam trzy­dzie­ści dwa lata. Mia­łam czte­rech part­ne­rów sek­su­al­nych i je­dyne or­ga­zmy, ja­kich do­świad­czy­łam w ży­ciu, to te osią­gnięte dzięki wła­snym pal­com.

Nie wie­rzę w iskrze­nie przy pierw­szym spo­tka­niu, w che­mię, wza­jemne przy­cią­ga­nie i zgodne do­pa­so­wa­nie po dwóch dniach zna­jo­mo­ści. Moje serce jest na tyle mą­dre, by ro­zu­mieć, że męż­czy­zna spę­dza­jący wię­cej czasu w si­łowni niż na czy­ta­niu nie jest dla mnie od­po­wied­nim part­ne­rem. Ni­gdy nie do­świad­czy­łam po­żą­da­nia, które mąci umysł i serce, spra­wia­jąc, że czło­wiek nie może jeść, spać, nor­mal­nie funk­cjo­no­wać.

Bo to wszystko są wy­my­sły ko­biet pra­gną­cych cze­goś, co nie ist­nieje.

Moje do­tych­cza­sowe związki były let­nie, żad­nego żaru, ognia, po­rywu po­żą­da­nia, zry­wa­nia z sie­bie ubrań, na­mięt­no­ści, ostrego seksu. Były po pro­stu ży­ciowe. Ni­gdy nie czu­łam, że moi fa­ceci o mnie za­bie­gają, ni­gdy nie mia­łam wra­że­nia, że je­stem ich nie­zdo­bytą, o któ­rej ma­rzą, śnią, o którą chcie­liby za­wal­czyć. I tak się w su­mie cza­sami czuję, jak nie­zdo­byta ko­bieta (zwłasz­cza kiedy za dużo wy­piję; na trzeźwo my­ślę już re­ali­stycz­nie - po pro­stu wiem, że nie ma ta­kich fa­ce­tów, o ja­kich pi­sze się w ma­ga­zy­nach i książ­kach). Moi do­tych­cza­sowi part­ne­rzy przy­po­mi­nali wy­glą­dem bar­dziej Bolka i Lolka niż księ­cia na bia­łym ko­niu. Nie prze­szka­dzało mi to, bo by­łam prze­ko­nana, że mało atrak­cyjny fa­cet ma bo­gat­sze wnę­trze i ni­gdy mnie nie zdra­dzi.

Nic bar­dziej myl­nego.

Z moim ostat­nim eks snu­li­śmy plany o za­miesz­ka­niu ra­zem, co wbrew po­zo­rom było i jest dla mnie ogrom­nym wy­zwa­niem oraz mi­lo­wym kro­kiem na­przód. Chcia­łam mu zro­bić nie­spo­dziankę z oka­zji dru­giej rocz­nicy. Zja­wi­łam się pod jego blo­kiem o pół­nocy - w szpil­kach, ma­łej czar­nej, sek­sow­nej bie­liź­nie i z Mer­lo­tem w ręku. Ale mój ów­cze­sny chło­pak miał już to­wa­rzy­stwo. Upra­wiał seks w au­cie na par­kingu ze swoją ko­le­żanką z biura (mie­siąc wcze­śniej mia­łam wąt­pliwą przy­jem­ność po­znać ją na jed­nej z ich fir­mo­wych im­prez).

To było rok temu i sta­no­wiło ostatni gwóźdź do trumny. Od tam­tej pory nie wie­rzę już w part­ner­stwo, wza­jemny sza­cu­nek, czu­łość. Nie wie­rzę w opie­kuń­czych męż­czyzn, z któ­rymi można pro­wa­dzić cie­kawe roz­mowy, zna­leźć wspólne za­in­te­re­so­wa­nia, spę­dzać przy­jem­nie czas i być dla nich tą je­dyną. W trak­cie trwa­nia mo­ich czte­rech (zda­wa­łoby się po­waż­nych) związ­ków, łu­dzi­łam się, że moi męż­czyźni są wy­jąt­kowi, że czuję się przy nich bez­piecz­nie, spo­koj­nie, pew­nie. I na­gle od­wa­lała im palma - kła­mali, oszu­ki­wali, zdra­dzali, ucie­kali. Być może bali się zo­bo­wią­za­nia, a może uświa­da­miali so­bie, że jed­nak nie je­stem tą je­dyną. Tak czy siak, za­wsze ro­bili mnie w chuja.

Dzię­kuję, ni­gdy wię­cej. Za­rzą­dzam prze­rwę od ja­kich­kol­wiek związ­ków. Seks na raz - tak. Na dwa, to mogę naj­wy­żej za­tań­czyć di­sco sambę.

Już czwarty dzień szu­kam od­po­wied­niego ma­te­riału na wy­wiad. Z te­ma­tów za­pro­po­no­wa­nych przez Lidkę naj­bar­dziej czuję chyba al­pi­ni­stów, choć o hi­ma­la­izmie wiem tyle co nic. Czy­tam ar­ty­kuły z wy­praw naj­wy­bit­niej­szych pol­skich wspi­na­czy. Trudno jest osza­co­wać, który z nich jest naj­lep­szy. Mam roz­pa­try­wać ich pod ką­tem ilo­ści wy­praw czy zdo­by­tych szczy­tów? Ci naj­bar­dziej uznani przez śro­do­wi­sko są już na tyle po­pu­larni, że na­pi­sano o nich bio­gra­fie, brali udział w re­kla­mach, są ikoną i wzo­rem dla in­nych wspi­na­czy. A ja szu­kam świe­żej krwi, ko­goś, o kim nikt jesz­cze nie sły­szał, a kto skrad­nie serca czy­tel­ni­czek.

Je­stem pod wra­że­niem osią­gnięć za­równo tych, któ­rzy na­dal się wspi­nają, jak i tych, któ­rzy już ode­szli. An­drzej Bar­giel - pierw­szy czło­wiek, który zje­chał na nar­tach z K2. Na nar­tach, z ośmio­ty­sięcz­nika!; Piotr Pu­stel­nik - zdo­był szczyt An­na­purna jako pięć­dzie­się­cio­dzie­wię­cio­la­tek, był to czter­na­sty ośmio­ty­sięcz­nik, który udało mu się zdo­być, pod­czas gdy jego ró­wie­śnicy mają pro­blem, żeby przejść dzie­sięć ki­lo­me­trów z kij­kami; Adam Bie­lecki - za­miast gnić przed kom­pu­te­rem jak jego ko­le­dzy, w wieku sie­dem­na­stu lat sa­mot­nie wszedł w stylu al­pej­skim na Chan Ten­gri, sta­jąc się tym sa­mym naj­młod­szym zdo­bywcą tego szczytu; Krzysz­tof Wie­licki - z po­wodu braku sprzętu wspi­nacz­ko­wego zdo­był Mo­unt Eve­rest w oku­la­rach spa­wal­ni­czych; Je­rzy Ku­kuczka - zdo­bywca czter­na­stu szczy­tów Ko­rony Hi­ma­la­jów i Ka­ra­ko­rum w prze­ciągu ośmiu lat, im­po­nu­jące i rzadko po­wta­rzane osią­gnię­cie; Wanda Rut­kie­wicz - pierw­sza ko­bieta na świe­cie i pierw­sza Po­lka, która zdo­była K2; Woj­ciech Kur­tyka - w dobę zdo­był dwa ośmio­ty­sięcz­niki z rzędu - Czo Oju i Szi­sza­pangmę...

Śle­dzę syl­we­tki na­stęp­nych wspi­na­czy i nie mogę uwie­rzyć, że mie­li­śmy i na­dal mamy w kraju tak nie­zwy­kłych lu­dzi. I cho­ciaż ich na­zwi­ska obi­jały mi się wcze­śniej o uszy, to tak na­prawdę nic o nich nie wie­dzia­łam.

Czy­tam i nie­stety nie mogę zro­zu­mieć po­bu­dek, dla któ­rych za­częli się wspi­nać i na­dal to ro­bią. Skąd tak ogromne sa­mo­za­par­cie, chęć zdo­by­wa­nia ko­lej­nych szczy­tów, ry­zy­ko­wa­nie ży­cia po to, by wejść na ja­kąś górę, która jest ni­czym wię­cej jak wy­pu­kłą formą ukształ­to­wa­nia te­renu? Prze­cież taki szczyt to nie ża­den ko­niec tę­czy! Nie czeka tam gar ze zło­tem ani obiet­nica wiecz­nej mło­do­ści. Nie po­tra­fię po­jąć mo­ty­wa­cji wspi­na­czy. Z jed­nej strony ich do­ko­na­nia są dla mnie im­po­nu­jące, wręcz nie­wia­ry­godne, z dru­giej zaś naj­zwy­czaj­niej w świe­cie nie ro­zu­miem, jak można być tak za­wzię­tym i lek­ko­myśl­nym rów­no­cze­śnie.

Ana­li­zuję sta­ty­styki zdo­by­wa­nych ośmio­ty­sięcz­ni­ków. Te w Hi­ma­la­jach po­chło­nęły do tej pory pra­wie osiem­set ludz­kich ist­nień, a i tak nie są to do­kładne dane. Część ciał ni­gdy nie od­na­le­ziono, nie­które udało się prze­trans­por­to­wać, więk­szość jed­nak leży pod śnie­giem w wiecz­nej zmar­z­li­nie. Mam ciarki na skó­rze, kiedy oglą­dam ma­te­riały pra­sowe z ak­cji ra­tun­ko­wych. Tych lu­dzi nikt nie na­padł, nie byli ofia­rami nie­szczę­śli­wego wy­padku, nie do­pa­dła ich nie­ule­czalna cho­roba, nie za­biła góra (choć za­uwa­ży­łam, że ta­kiego sfor­mu­ło­wa­nia czę­sto używa się w ar­ty­ku­łach o wspi­na­niu).

Ci lu­dzie sami, z wła­snej woli, żądni wra­żeń i osią­gnięć od­dali gó­rom swoje ży­cie. Do­sko­nale wie­dzieli, ja­kie po­no­szą ry­zyko. Byli świa­domi tego, że mogą nie wró­cić ze wspi­na­czki. I nie wró­cili.

To­masz Mac­kie­wicz zmarł z wy­czer­pa­nia w 2018 roku na Nanga Par­bat. W chwili śmierci miał czter­dzie­ści trzy lata, osie­ro­cił trójkę dzieci. Ma­ciej Ber­beka za­gi­nął w 2013 roku w wieku pięć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu lat na Broad Peak. Zo­sta­wił żonę i czte­rech sy­nów. Z tej sa­mej wy­prawy nie wró­cił dwu­dzie­sto­ośmio­letni To­masz Ko­wal­ski...

Li­sta wspi­na­ją­cych się Po­la­ków, któ­rzy zgi­nęli w gó­rach wy­so­kich, sięga sześć­dzie­siąt osób. Wy­gląda na to, że naj­wię­cej ofiar ma na swoim kon­cie Mo­unt Eve­rest.

Prze­glą­dam zdję­cia z wy­praw z ostat­nich mie­sięcy na Czo­mo­lungmę i włosy stają mi dęba: ko­lejka na szczyt! Dwu­stu pięć­dzie­się­ciu wspi­na­czy w ciągu jed­nego ma­jo­wego, sło­necz­nego dnia ata­kuje górę. Cze­goś ta­kiego się nie spo­dzie­wa­łam. Je­den za dru­gim, ni­czym mrówki, za po­mocą przy­go­to­wa­nych wcze­śniej lin po­rę­czo­wych wspi­nają się na zbo­cze Mo­unt Eve­re­stu. Nie wiem, czy się śmiać, czy krę­cić z dez­apro­batą głową.

To, co wi­dzę na zdję­ciach i w ma­te­ria­łach wi­deo, spra­wia, że po­sta­na­wiam z mar­szu umó­wić się na spo­tka­nie z Ma­te­uszem Mal­cem, który jest or­ga­ni­za­to­rem wy­praw na naj­wyż­szą górę na ziemi, na­zy­waną da­chem świata.

Nie pa­mię­tam ta­kiego maja. Jest do­piero dzie­siąta, a przy­się­gła­bym, że ter­mo­me­try po­ka­zują ze sto dwa­dzie­ścia sie­dem stopni w cie­niu. Taka po­goda w mie­ście to istne pie­kło, choć je­śli mia­ła­bym wy­bie­rać, to zde­cy­do­wa­nie wolę ta­kie upały od siar­czy­stego mrozu.

Za­kła­dam oku­lary prze­ciw­sło­neczne, zwiewną su­kienkę na ra­miącz­kach, słom­kowy ka­pe­lusz, który ku­pi­łam przed­wczo­raj za trzy złote w grze­bolu, i wy­cho­dzę z za­cie­nio­nej bramy po­dwórka na ską­pany w słońcu chod­nik.

Ce­nię so­bie wiele aspek­tów by­cia dzien­ni­karką, a ela­styczny czas pracy jest nie­za­prze­czal­nie jed­nym z naj­więk­szych atu­tów. Mogę pi­sać no­cami, nie mu­szę wsta­wać skoro świt. Nie je­stem ran­nym ptasz­kiem, moje ko­mórki mó­zgowe od­ży­wają do­piero około po­łu­dnia po wy­pi­ciu kawy. Dla­tego trzy­mam się wciąż mo­jej po­sady, choć do­staję pen­sję zbli­żoną do mi­ni­mal­nej kra­jo­wej, która wy­star­cza na­prawdę na nie­wiele. Ciu­chy ku­puję w lum­pek­sie, cza­so­pi­sma i książki na wy­prze­da­żach, na obiad jem czę­sto ma­ka­ron po­sy­pany bia­łym se­rem i cy­na­mo­nem (który jako da­nie za­pa­mię­ta­łam jesz­cze z cza­sów szkoły pod­sta­wo­wej) albo ziem­niaki z ko­per­kiem i ke­fi­rem (które z ko­lei przy­po­mi­nają mi wa­ka­cje u babci na wsi).

Na spo­tka­nie z Ma­te­uszem Mal­cem jadę dwie go­dziny au­to­bu­sem. Mam sporo czasu, żeby przej­rzeć przy­go­to­wane py­ta­nia i po­czy­tać wpisy na jego blogu.

Na dwo­rzec do­cie­ram punkt dwu­na­sta. Drogę do ka­wiarni, gdzie mamy się spo­tkać, po­sta­na­wiam po­ko­nać pie­szo. To ja­kieś dwa ki­lo­me­try. Niby mo­gła­bym wziąć tak­sówkę na koszt re­dak­cji, ale Lidka ostat­nio nie­chęt­nie ak­cep­tuje ja­kie­kol­wiek koszty. Wolę nie nad­wy­rę­żać bu­dżetu, bo być może pie­nią­dze przy­da­dzą mi się póź­niej na istot­niej­sze sprawy. Spa­cer do­brze mi zrobi, lu­bię pie­sze wy­cieczki.

Gdy tylko wcho­dzę do kli­ma­ty­zo­wa­nego, prze­szklo­nego po­miesz­cze­nia, zdej­muję oku­lary prze­ciw­sło­neczne i do­strze­gam przy sto­liku mo­jego przy­szłego roz­mówcę. Ma­te­usz to typ męż­czy­zny, od któ­rego na żywo bije jesz­cze więk­sza pew­ność sie­bie niż na po­zo­wa­nych zdję­ciach na In­sta­gra­mie. Wi­dać to po tym, w jaki spo­sób sie­dzi, jak prze­gląda coś na te­le­fo­nie, w co jest ubrany. Wy­gląda na ta­kiego, który ma po­wo­dze­nie u ko­biet. Jest za­dbany, atrak­cyjny, o ja­snych wło­sach (grzywkę opa­da­jącą na czoło po­pra­wia śred­nio co dzie­sięć se­kund).

Fa­cet zu­peł­nie nie jest w moim ty­pie i za­sta­na­wiam się, czy w ogóle znajdę z nim wspólny ję­zyk. Na pierw­szy rzut oka można by go wziąć za ce­le­brytę, który lubi ro­bić wo­kół sie­bie szum. Ale że ni­gdy nie oce­niam książki po okładce, po­sta­na­wiam wy­zbyć się tego wra­że­nia i na­sta­wić po­zy­tyw­nie do roz­mowy.

Się­gam po no­tes i dłu­go­pis, żeby nie grze­bać przy Ma­te­uszu w prze­past­nej tor­bie, w któ­rej no­szę wię­cej, niż na­prawdę po­trze­buję. Torba przy­po­mina wór bez kie­szeni, a w niej tam­pony wa­lają się w bez­ła­dzie ra­zem z port­fe­lem, gu­mami do żu­cia, po­madką do ust, ka­na­pką (którą zro­bi­łam na po­dróż), bu­telką wody mi­ne­ral­nej, klu­czami, sta­rymi pa­ra­go­nami, zu­ży­tymi bi­le­tami na tram­waj, per­fu­mami, pu­drem w ka­mie­niu, grze­bie­niem, te­le­fo­nem, czyt­ni­kiem, port­mo­netką z le­kami na aler­gię, ka­len­da­rzem (bo zwy­czaj­nie nie po­tra­fię ko­rzy­stać z tego w ko­mórce)... W su­mie jest tam jesz­cze z tu­zin rze­czy, więc szu­ka­nie no­tesu i dłu­go­pisu tro­chę mi zaj­muje.

W końcu pod­cho­dzę do sto­lika, go­towa na spo­tka­nie.

- Dzień do­bry. Pan Ma­te­usz, zga­dza się? - Kładę przy­bory na bla­cie.

Ma­lec pod­nosi na mnie piwne oczy znad te­le­fonu. Na jego twa­rzy po­ja­wia się uśmiech.

- Dla kogo mam na­pi­sać de­dy­ka­cję? - Sięga po mój no­tat­nik.

- Słu­cham?

- Twoje imię. - Kart­kuje ze­szyt, pstry­ka­jąc dłu­go­pi­sem. - Gdzie mam się wpi­sać?

Par­skam śmie­chem. Wy­daje mu się, że je­stem jego fanką. Za­bie­ram no­tes i dłu­go­pis z jego dłoni, po czym sia­dam na­prze­ciwko.

Pa­trzy na mnie zdez­o­rien­to­wany.

- Na­zy­wam się Ju­lia Ka­bat, by­li­śmy umó­wieni. - Zdej­muję ka­pe­lusz i umiesz­czam go na krze­śle obok.

- A, ja­sne. - Nie jest wcale za­że­no­wany swoim wcze­śniej­szym za­cho­wa­niem. Wręcz prze­ciw­nie, staje się jesz­cze bar­dziej pewny sie­bie. - Na­pije się pani cze­goś? Ja sta­wiam. - Szcze­rzy się od ucha do ucha.

- Nie trzeba. - Otwie­ram ze­szyt. - Dzię­kuję, że ze­chciał się pan ze mną spo­tkać...

- Może przej­dziemy na "ty"? - Wy­ciąga otwartą dłoń. - Wszy­scy mó­wią do mnie Mati.

Pa­trzę przez mo­ment na jego palce. Nie wiem czemu, ale wy­da­wało mi się, że wspi­na­cze nie mają ta­kich wy­pie­lę­gno­wa­nych rąk.

Trzy­mam się jed­nej klu­czo­wej za­sady pod­czas pracy z ludźmi - sta­ram się za­wsze za­cho­wać obiek­ty­wizm. Je­śli mam o kimś na­pi­sać ar­ty­kuł, to nie prze­cho­dzę z nim na "ty". Zwra­ca­nie się do sie­bie na "pan" i "pani" jest bar­dziej pro­fe­sjo­na­lne. Nie za­mie­rzam ła­mać tej za­sady i tym ra­zem. Ma­lec jest moim te­ma­tem, a nie kum­plem.

- Ju­lia, ale wo­la­ła­bym, że­by­śmy mó­wili so­bie na "pan" i "pani". - Ści­skam jego dłoń. Jest miękka, gładka. Czuję ukłu­cie za­wodu. Spo­dzie­wa­łam się twar­dej, szorst­kiej skóry, na któ­rej od­biły się trudy wspi­na­czki. Za­bie­ram rękę, bo ten po­wi­talny gest trwa sta­now­czo za długo. - Tak jak panu pi­sa­łam, przy­go­to­wuję ar­ty­kuł na te­mat al­pi­ni­zmu. O pań­skich wy­czy­nach można się dużo do­wie­dzieć z sieci, więc po­my­śla­łam, że bę­dzie pan cie­ka­wym źró­dłem in­for­ma­cji.

- Py­taj, o co tylko chcesz. - Uśmie­cha się sze­roko i upija łyk kawy.

Naj­wy­raź­niej nie zro­zu­miał, że nie mam ochoty mó­wić mu po imie­niu. Trudno, ja­koś to zniosę.

Zer­kam do no­ta­tek. Nie chcę od razu wa­lić z gru­bej rury, choć aż mnie ję­zyk świerzbi. Trzeba naj­pierw prze­ła­mać lody.

- To może za­czniemy od stan­dar­do­wego py­ta­nia: jak za­częła się pań­ska przy­goda ze wspi­na­niem?

- Oj­ciec za­pi­sał mnie na obóz wspi­nacz­kowy - od­po­wiada bez se­kundy za­sta­no­wie­nia. - Mia­łem trzy­na­ście lat, by­łem bar­dzo ru­chliwy, więc uznał, że to bę­dzie dla mnie od­po­wied­nie za­ję­cie. I miał ra­cję.

- I co było da­lej?

- W na­stęp­nym roku znów wy­je­cha­łem, po­tem po­now­nie i zła­pa­łem bak­cyla. Póź­niej już każdy week­end, wa­ka­cje i fe­rie spę­dza­łem w gó­rach.

Za­pi­suję jego słowa w no­te­sie, choć do­kład­nie to samo wy­czy­ta­łam z jego strony in­ter­ne­to­wej. I mogę się za­ło­żyć, że jest w sta­nie prze­wi­dzieć moje ko­lejne stan­dar­dowe py­ta­nie i od­po­wie­dzieć na nie ład­nie, skład­nie, per­fek­cyj­nie, mdło.

Prze­cho­dzę do kon­kre­tów.

- Zdo­był pan la­tem więk­szość ośmio­ty­sięcz­ni­ków. To spory wy­czyn jak na ko­goś tak mło­dego - za­czy­nam, a on roz­piera się dum­nie na krze­śle. Opiera prawą stopę na le­wym ko­la­nie, po czym kła­dzie dło­nie na pisz­czelu zgię­tej nogi. Lu­zak jak się pa­trzy. - Je­stem cie­kawa, skąd brał pan pie­nią­dze na tego typu wy­prawy. Po­zwo­le­nie na wspi­na­czkę to koszt około dzie­się­ciu ty­sięcy do­la­rów, wy­na­ję­cie szerpy1 to ja­kieś pięć ty­sięcy, do tego sprzęt, ekwi­pu­nek, prze­lot, trans­port na miej­scu... Uzbiera się z trzy­dzie­ści ty­sięcy do­la­rów.

Ma­lec zbiera pal­cem nie­wi­dzialne okru­chy ze stołu.

- Mu­szę przy­znać, że mia­łem duże wspar­cie w ro­dzi­cach. To oni fi­nan­so­wali moje wy­prawy, do­póki nie za­czą­łem sam ich or­ga­ni­zo­wać. Póź­niej już biz­nes sam się krę­cił. Pro­mo­wa­łem swoje wy­prawy, szu­ka­łem spon­so­rów, zdo­by­wa­łem fa­nów.

- No wła­śnie. - Zer­kam do no­ta­tek. - Od dwóch lat pro­wa­dzi pan firmę, która zaj­muje się or­ga­ni­za­cją wy­praw na Mo­unt Eve­rest. To do­syć ry­zy­kowne za­ję­cie. Bie­rze pan od­po­wie­dzial­ność za swo­ich klien­tów w eks­tre­mal­nych wa­run­kach, które wie­lo­krot­nie nie są w ża­den spo­sób od pana za­leżne.

- Sta­ram się przy­go­to­wać klien­tów jak naj­le­piej, za­pew­nić im od­po­wied­nie wa­runki. Człon­ko­wie wy­prawy re­ali­zują plan stop­nio­wej akli­ma­ty­za­cji, mam dla nich za­pas tlenu, każ­demu przy­dzie­lany jest tra­garz...

Krzy­wię się.

- A co z do­świad­cze­niem pana klien­tów we wspi­na­czce wy­so­ko­gór­skiej?

- Każdy ja­kieś po­siada - od­po­wiada, lecz bez prze­ko­na­nia.

- Ja­kieś... A może li­czy się bar­dziej po­sia­da­nie od­po­wied­nich środ­ków fi­nan­so­wych? Z tego, co pan pi­sze na swo­jej stro­nie, taka wy­prawa to koszt około stu pięć­dzie­się­ciu ty­sięcy zło­tych. Nie są­dzi pan, że zdo­by­wa­nie naj­wyż­szej góry świata po­winno być wy­zwa­niem prze­zna­czo­nym nie dla tych, któ­rzy mają pie­nią­dze, a dla tych, któ­rzy są od­po­wied­nio przy­go­to­wani?

Ma­te­usz za­ci­ska zęby.

- Dla tych lu­dzi wy­prawa jest wy­zwa­niem i są od­po­wied­nio przy­go­to­wani - od­po­wiada.

- Mnie ra­czej przy­po­mina to wy­cieczkę tu­ry­stów na Kas­prowy Wierch w klap­kach. - Się­gam do no­ta­tek. - W tym roku udzie­lono trzy­stu osiem­dzie­się­ciu po­zwo­leń i to tylko od strony Ne­palu. Ty­bet na­to­miast wy­dał sto czter­dzie­ści dwa ze­zwo­le­nia. Skoro każdy ze wspi­na­czy ma do po­mocy tra­ga­rza wy­so­ko­ścio­wego, wy­gląda na to, że wio­sną Mo­unt Eve­rest pró­bo­wało zdo­być ty­siąc osób. Kiedy po­ja­wiło się okno po­go­dowe, wszy­scy za­ata­ko­wali szczyt. Wszy­scy ci lu­dzie chcieli zdo­być górę w za­le­d­wie kilka dni. Zgi­nęło pięć osób. Czy na­dal pan uważa, że or­ga­ni­zo­wa­nie tego typu wy­praw jest od­po­wie­dzialne?

- Ci lu­dzie do­sko­nale wie­dzą, na co się de­cy­dują. - Na czole Malca po­ja­wia się pul­su­jąca żyłka.

- Po­do­bno ostat­nio zda­rzył się przy­pa­dek kra­dzieży sie­dem­dzie­się­ciu trzech bu­tli z tle­nem, które przy­go­to­wano wcze­śniej w obo­zie dla klien­tów jed­nej z agen­cji. My­śli pan, że było to dzia­ła­nie kon­ku­ren­cji któ­rejś z firm or­ga­ni­zu­ją­cych wy­prawę na Mo­unt Eve­rest? Po­strze­ga­cie sie­bie w ka­te­go­rii ze­spo­łów ry­wa­li­zu­ją­cych o szczyt?

Noz­drza Ma­te­usza fa­lują, wbija we mnie ostre spoj­rze­nie.

- Nikt z ni­kim nie ry­wa­li­zuje - ce­dzi przez za­ci­śnięte zęby.

- A jed­nak ktoś za­brał z obozu bu­tle z tle­nem, na­ra­ża­jąc klien­tów agen­cji na śmierć. Za­sta­na­wiam się więc, jaki jest sens tego typu wy­praw, skoro przy­brały formę cho­rych wy­ści­gów?

- Nie od­po­wia­dam za za­cho­wa­nie lu­dzi, któ­rzy ukra­dli tamte bu­tle. W przy­padku mo­ich wy­praw nic po­dob­nego ni­gdy nie miało miej­sca. - Od­chyla się na krze­śle, za­kłada ręce na piersi, co jest dla mnie sy­gna­łem, że mu­szę nieco zejść z tonu, je­śli mam za­miar z nim da­lej roz­ma­wiać. Py­ta­nie tylko, czy fak­tycz­nie na­dal chcę o nim pi­sać ar­ty­kuł? Czy ko­goś ta­kiego po­trze­buję? Czy on jest osobą, któ­rej za­mie­rzam po­świę­cić swój czas? Czy je­stem w sta­nie na­pi­sać o jego spon­so­ro­wa­nych i ko­mer­cyj­nych wy­pra­wach coś po­zy­tyw­nego, co za­chwyci moje czy­tel­niczki?

Daję so­bie chwilę, by nieco ochło­nąć i zmie­nić te­mat. Prze­glą­dam przy­go­to­wane wcze­śniej py­ta­nia i ką­tem oka wi­dzę, jak Ma­te­usz zerka na ze­ga­rek.

Przy­gry­zam dłu­go­pis.

- Dla­czego lu­dzie wy­dają tak ogromne pie­nią­dze, żeby stać w ko­lejce na szczyt? To ża­den spor­towy wy­czyn - za­daję ko­lejne py­ta­nie nieco ła­god­niej­szym to­nem.

- Dla mo­ich klien­tów jest to ży­ciowe wy­zwa­nie, po­nad­prze­ciętna atrak­cja, osią­gnię­cie, któ­rym mogą się po­chwa­lić w swoim śro­do­wi­sku. Mo­unt Eve­rest to naj­wyż­sza góra świata. Wi­dok ze szczytu jest wart za­chodu: tego nie da się opi­sać ani sfil­mo­wać, to trzeba zo­ba­czyć na wła­sne oczy. A przez to, że sprzęt i do­świad­cze­nie al­pi­ni­stów z roku na roku są co­raz lep­sze, szlaki prze­tarte, a trasy wy­zna­czone, zdo­by­cie góry jest znacz­nie ła­twiej­sze. Klienci mają świa­do­mość nie­bez­pie­czeń­stwa, ja­kie nie­sie ze sobą wy­prawa, moim za­da­niem jest na­to­miast mi­ni­ma­li­za­cja po­nie­sio­nego ry­zyka. Przed każdą wy­prawą spraw­dzam ze­spół, jaki się for­muje: ich kon­dy­cję fi­zyczną, do­świad­cze­nie we wspi­na­czce, ana­li­zuję ich ak­tu­alne wy­niki ba­dań...

Po­zwa­lam mu mó­wić. Ro­bię no­tatki, za­daję mu ko­lejne stan­dar­dowe py­ta­nia.

- Jak to się stało, że jest pan taki roz­po­zna­walny?

Ma­lec się uśmie­cha, prze­cho­dzi do opo­wie­ści o wła­snych wy­pra­wach, chwali się tym, jak osią­gnął obecny sta­tus prze­wod­nika wy­so­ko­gór­skiego:

- Zro­bi­łem li­cen­cję, pro­mo­wa­łem się w sieci. W su­mie za­częło się od konta na Fa­ce­bo­oku, po­tem do­szedł In­sta­gram. Mia­łem co­raz wię­cej ob­ser­wa­to­rów. Spon­so­rzy za­pew­niali mi nie tylko sprzęt, lecz także wy­na­gro­dze­nie, za które mo­głem po­kryć koszty po­dróży. A to zda­rza się rzadko. W za­mian ro­bi­łem dla nich do­brej ja­ko­ści zdję­cia, chwa­li­łem ich sprzęt wspi­nacz­kowy, pi­sa­łem o swo­ich osią­gnię­ciach, krę­ci­łem dro­nem filmy, które póź­niej były wy­ko­rzy­sty­wane przez spon­so­rów do pro­mo­cji. Hi­ma­la­izm to cho­ler­nie drogi sport.

- Czy to ozna­cza, że je­śli ktoś nie jest me­dialny, po­wi­nien po­że­gnać się ze zdo­by­wa­niem ośmio­ty­sięcz­ni­ków?

- Na pewno po­wi­nien za­po­mnieć o spon­so­ringu, je­śli nie czuje się osobą pu­bliczną, nie chce pi­sać o swo­ich do­ko­na­niach i nie lubi me­diów spo­łecz­no­ścio­wych.

- Czyli je­śli nie za­mie­rzasz się sprze­da­wać, to masz marne szanse na wy­prawy?

- Je­śli nie masz wła­snej kasy i gar­dzisz spon­so­rin­giem, zo­stają ci do zdo­by­cia oko­liczne pa­górki. - Uśmie­cha się, po czym upija łyk kawy.

- A więc cho­dzi o kasę. A by­wają w wa­szym śro­do­wi­sku wspi­na­cze, któ­rzy zdo­byli ośmio­ty­sięcz­niki Hi­ma­la­jów i Ka­ra­ko­rum wła­snym kosz­tem?

Ma­lec pry­cha i prze­suwa dło­nią po wło­sach.

- Znaj­dzie się kilku.

- Na przy­kład? Są wśród nich ja­cyś Po­lacy?

- Na przy­kład JJ. Mó­wimy na niego Ice­man. To sza­lony fa­cet - od­po­wiada z kpiącą miną.

- Ice­man? Jak ten gang­ster, który za­bi­jał dla ma­fii?

- Nie - par­ska. - Jak ten su­per­bo­ha­ter od Ma­rvela, który ma zdol­ność ma­ni­pu­lo­wa­nia lo­dem i zim­nem. Je­remi wy­ru­sza na wy­prawy z mi­ni­mal­nym bu­dże­tem, szybko się akli­ma­ty­zuje, ma gdzieś ase­ku­ra­cję, nie ko­rzy­sta z do­dat­ko­wego tlenu. Śmie­jemy się, że jego płuca sta­no­wią sześć­dzie­siąt pro­cent ob­ję­to­ści ciała. Ce­chuje go bra­wura, która prę­dzej czy póź­niej go zgubi. - Za­kłada nogę na nogę. - Góry uczą po­kory, JJ jej nie po­siada. Skoro masz scep­tyczne po­dej­ście do mo­ich wy­praw na Mo­unt Eve­rest, to każdą wspi­na­czkę Je­re­miego Jan­sona uzna­ła­byś za sza­leń­stwo.

Za­pi­suję na­zwi­sko w no­tat­niku, a mój puls przy­spie­sza.

- Pro­szę po­wie­dzieć mi o nim coś wię­cej.

- JJ to dzi­wak - stwier­dza. - Na wszyst­kie wy­prawy wy­ru­sza solo, tylko z szer­pami. Pa­mię­tam, jak zdo­był Broad Peak tra­wer­sami: pół­noc­nym, środ­ko­wym i głów­nym. Scho­dząc ze szczytu, spadł z półki. Po­mimo otwar­tego zła­ma­nia ręki ja­koś do­tarł do na­szego obozu. Le­dwo żył, miał liczne od­mro­że­nia, ale był przy­tomny. Kość była na wierz­chu, prze­biła skórę ra­mie­nia. Mimo to z nami roz­ma­wiał, a na jego twa­rzy nie od­ma­lo­wał się po­je­dyn­czy gry­mas bólu, je­dy­nie zmę­cze­nie.

- Może był na pro­chach? Wziął mor­finę, ste­ryd albo coś in­nego?

- Nie mam po­ję­cia. Sie­dział z nami w na­mio­cie do­bre pięć go­dzin, bo kiep­skie wa­runki po­go­dowe opóź­niały przy­by­cie he­li­kop­tera. Przez cały ten czas Je­remi nic nie brał, nic nie wcią­gał, nie ły­kał. Wy­pił z nami go­rącą her­batę, po czym opa­trzył so­bie ranę i na­wet przy tym nie zmarsz­czył czoła, na­wet nie pi­snął. Zu­peł­nie jakby nic nie czuł. Ni­gdy nie spo­tka­łem ta­kiego wspi­na­cza jak on.

- A jed­nak uważa go pan za sza­leńca.

- Bo nim jest. Obec­nie każdy z nas ma­rzy o tym, żeby zdo­być K2 zimą. Na­zy­wamy ją "pol­ską górą", po­nie­waż do tej pory sta­nęło na niej czter­na­stu Po­la­ków, ale nikt nie do­ko­nał tego zimą. Czo­gori2 w zi­mo­wej od­sło­nie jest nie­zdo­byta. Taka wy­prawa to droga za­bawa, to setki ty­sięcy zło­tych. Trzeba do­brać ze­spół, w któ­rego skład wcho­dzą naj­bar­dziej do­świad­czeni zdo­bywcy ośmio­ty­sięcz­ni­ków. Eks­pe­dy­cja to dzie­siątki ki­lo­gra­mów je­dze­nia, sprzętu, lin, za­opa­trze­nia nie­zbęd­nego do prze­trwa­nia przez trzy mie­siące w ba­zie u stóp góry - od pierw­szego do ostat­niego dnia zimy. Do ta­kiego przed­się­wzię­cia wspi­na­cze przy­go­to­wują się la­tami, a ma­rzą o nim czę­sto całe ży­cie. Warto mieć spon­so­rów na po­kry­cie ogrom­nych kosz­tów, zgrany ze­spół, lu­dzi, z któ­rymi spę­dza się dużo czasu w obo­zach, któ­rym można za­ufać na wy­pa­dek naj­gor­szego. Zdo­by­wa­nie ośmio­ty­sięcz­nika to wy­si­łek ze­spo­łowy, ważne są nie tylko re­la­cje ze wspi­na­czami, z któ­rymi zdo­by­wasz szczyt, ale także z me­diami i spon­so­rami. - Uśmie­cha się pod no­sem. - JJ za­mie­rza z marną kasą i z po­mocą kilku HAP-sów za­ło­żyć bazę oraz ko­lejne obozy i za­ata­ko­wać szczyt, co w za­sa­dzie jest nie­wy­ko­na­lne. Jego po­mysł jest rów­nie ab­sur­dalny, co prze­ra­ża­jący. Jan­son to wa­riat. Wej­ście na K2 zimą, solo, to już nie jest na­wet pro­jekt skraj­nie eks­tre­malny, to istne sza­leń­stwo. Nikt nie wszedł zimą sam na ża­den ośmio­ty­sięcz­nik. Czo­gori jest dru­gim naj­wyż­szym szczy­tem na ziemi, lecz naj­trud­niej­szym do zdo­by­cia.

Ostat­nie słowa Ma­te­usza spra­wiają, że czuję się jak po za­cią­gnię­ciu ma­ri­hu­aną. Za­czy­nają mro­wić mnie palce, serce bije szybko. Wiercę się nie­cier­pliwe na krze­śle, bo po raz pierw­szy, od­kąd za­czę­łam za­głę­biać się w te­ma­tykę al­pi­ni­zmu, je­stem na­prawdę pod­eks­cy­to­wana.

I mam już stu­pro­cen­tową pew­ność, że to nie o Ma­te­uszu będę pi­sać ar­ty­kuł. Mu­szę się ko­niecz­nie spo­tkać z Je­re­mim Jan­so­nem.

Oka­zuje się, że je­śli nie li­czyć tego, czego do­wie­dzia­łam się od Malca, nie mogę zna­leźć zbyt wielu in­for­ma­cji na te­mat JJ-a. I to nie dla­tego, że nie jest znany w śro­do­wi­sku, lecz dla­tego, że sku­tecz­nie unika me­diów i roz­głosu. Nie jest ni­g­dzie zrze­szony, nie ob­raca się w to­wa­rzy­stwie wspi­na­czy, na wy­prawy cho­dzi tylko z szer­pami, bez do­dat­ko­wego tlenu i czę­sto bez ase­ku­ra­cji. Na fo­rach krążą różne le­gendy. Nie­któ­rzy pi­szą o nim z po­dzi­wem, inni szy­dzą z jego bra­wury, wró­żąc mu ry­chłą śmierć w gó­rach. Nie­za­prze­czalny jest fakt, że fa­cet spę­dził sporą część ży­cia na wspi­na­niu. Trzy­dzie­sto­sze­ścio­la­tek zdo­był całą Ko­ronę Hi­ma­la­jów (dzie­sięć szczy­tów) i Ka­ra­ko­rum (cztery szczyty), co za­jęło mu w su­mie sie­dem­na­ście lat. Taki wy­czyn udał się za­le­d­wie trzy­dzie­stu dzie­wię­ciu oso­bom na świe­cie, jed­nak ni­komu z nich nie po­wio­dło się do­tar­cie na K2 zimą. To ostatni ośmio­ty­sięcz­nik nie­zdo­byty o tej po­rze roku.

Na­mie­rzam Jan­sona dzięki wpi­sowi do CE­IDG. Pro­wa­dzi jed­no­oso­bową dzia­łal­ność go­spo­dar­czą w za­kre­sie ar­bo­ry­styki, czyli wy­cinki i pie­lę­gna­cji drzew, oraz prac na wy­so­ko­ściach. Firmę za­re­je­stro­wano w Ma­łej Wsi, która znaj­duje się ja­kieś trzy­sta ki­lo­me­trów od mo­jego mia­sta. Sta­ram się skon­tak­to­wać z JJ-em przez nu­mer zna­le­ziony w in­ter­ne­cie, ale przez cały dzień nikt nie od­biera. Jed­nak póź­nym wie­czo­rem, kiedy biorę ką­piel, od­dzwa­nia. Gdy tylko wi­dzę jego nu­mer, serce za­czyna mi szybko wa­lić. Pró­buję ode­brać po­łą­cze­nie mo­krym pal­cem, a on się śli­zga po ekra­nie. Do dia­bła! Prze­su­wam no­sem po wy­świe­tla­czu. Udało się.

- Halo.

- Do­bry wie­czór. Je­remi Jan­son. Dzwo­niono do mnie z tego nu­meru - mówi ni­skim, głę­bo­kim gło­sem, od któ­rego po ra­mio­nach prze­biega mi przy­jemny dresz­czyk.

Pro­stuję się w wan­nie.

- Do­bry wie­czór. Dzię­kuję, że pan od­dzwo­nił. Na­zy­wam się Ju­lia Ka­bat i je­stem dzien­ni­karką. Chcia­ła­bym z pa­nem po­roz­ma­wiać o wy­pra­wach w góry. Czy mo­gli­by­śmy...

- Nie je­stem za­in­te­re­so­wany - prze­rywa mi w po­ło­wie zda­nia. - Do­bra­noc.

- Może cho­ciaż zgo­dziłby się pan na krót­kie spo­tka­nie?

Ci­sza.

- Halo? - od­zy­wam się do słu­chawki.

Zer­kam na wy­świe­tlacz. Cho­lera, roz­łą­czył się.

Wy­bie­ram jego nu­mer. Cze­kam, cze­kam, cze­kam. Nie od­biera. Dzwo­nię po­now­nie. Ta sama sy­tu­acja.

Od­kła­dam te­le­fon na de­skę klo­ze­tową, wy­cho­dzę z wanny, owi­jam się ręcz­ni­kiem i pró­buję znowu się do­dzwo­nić. Po sze­ściu sy­gna­łach wresz­cie od­biera.

- Za­kłóca pani moją ci­szę nocną.

Boże, jaki ten fa­cet ma bo­ski głos. Po­wi­nien za­trud­nić się w ra­diu.

- Prze­cież to pan od­dzwo­nił o tak póź­niej po­rze.

- Bo mia­łem aż sie­dem­na­ście nie­ode­bra­nych po­łą­czeń z pani nu­meru. Są­dzi­łem, że to coś waż­nego.

- To jest ważne. Czy mo­gli­by­śmy się spo­tkać?

- Po co?

- Sły­sza­łam, że wy­biera się pan zimą na K2.

- Od kogo pani tak sły­szała?

- Od Ma­te­usza Malca.

W słu­chawce roz­lega się sap­nię­cie.

- Nie mamy o czym roz­ma­wiać. Ży­czę spo­koj­nej nocy.

- Mo­ment! - Pod­no­szę głos. Je­stem pewna, że fa­cet znów się roz­łą­czy. - Halo! Jest pan tam?

- Tak.

Sta­ram się ze­brać jak naj­szyb­ciej ar­gu­menty, by prze­ko­nać Je­re­miego do dal­szej roz­mowy. Po jego re­ak­cji na na­zwi­sko Ma­te­usza do­my­ślam się, że nie pała do niego zbyt­nią sym­pa­tią.

- Chcę prze­pro­wa­dzić wy­wiad z al­pi­ni­stą, który roz­bu­dzi wy­ob­raź­nię czy­tel­ni­czek na­szego cza­so­pi­sma. Spo­tka­łam się z Mal­cem i przy­pad­kowo roz­mowa ze­szła na pana te­mat. Za­in­try­go­wała mnie pana osoba i chcia­ła­bym, żeby to właś­nie pan był tym al­pi­ni­stą...

Chwila ci­szy.

- Skoro roz­ma­wiała już pani z Mal­cem, to dla­czego nie chce pani na­pi­sać wła­śnie o nim?

- Bo chcę pi­sać o panu.

- Dla­czego?

- Bo za­mie­rza pan sa­mot­nie zdo­być K2 zimą, czego nikt inny jesz­cze nie do­ko­nał. Bo więk­szość wy­praw, ja­kie ma pan na kon­cie, od­był pan solo, a po­do­bno wspi­na­czka wy­so­ko­gór­ska to ak­tyw­ność ze­spo­łowa. Bo jest pan out­si­de­rem i cho­ciaż nie ży­czy pan so­bie roz­głosu, to jest spore grono lu­dzi, któ­rzy pana po­dzi­wiają.

- Nie ob­cho­dzi mnie, co są­dzą o mnie lu­dzie. I jak słusz­nie pani za­uwa­żyła, nie ży­czę so­bie roz­głosu, więc pro­szę już wię­cej nie dzwo­nić. Do­bra­noc.

- Cho­dzi tylko o krótki wy­wiad. Jak mogę pana prze­ko­nać? - Od­po­wiada mi ci­sza, a to ozna­cza, że albo Jan­son się za­sta­na­wia, albo się roz­łą­czył. - Halo?

Zer­kam na wy­świe­tlacz.

No, kurwa, roz­łą­czył się. Co za du­pek.

Upar­łam się. Tak już mam - im trud­niej­szy cel do zdo­by­cia, tym więk­sza mo­ty­wa­cja. Te­raz to już na pewno nie od­pusz­czę. Nie chcę ni­kogo in­nego. JJ mnie in­try­guje. I ten jego głos... Jezu, aż mi się robi go­rąco, jak so­bie przy­po­mnę głę­boki tembr. Za­sta­na­wiam się, jak mogę na­kło­nić Jan­sona na wy­wiad. Fa­cet nie chce roz­głosu, więc za­ofe­ro­wa­nie mu dar­mo­wej re­klamy w pi­śmie ko­bie­cym bę­dzie atrak­cyjne jak wy­prze­daż wen­ty­la­to­rów zimą.

Są­dząc po tym, co mó­wił o nim Ma­lec, zna­le­zie­nie spon­sora pew­nie rów­nież nie za­działa jako wa­bik.

Zo­staje kasa. Od­po­wied­nia go­tówka po­trafi zdzia­łać cuda.

- Ju­lio, na ja­kiej pla­ne­cie ty ży­jesz? - Lidka ściąga oku­lary, kła­dzie je na biurko i pa­trzy na mnie jak na małą dziew­czynkę, która prosi o ku­cyka na uro­dziny.

- Na pla­ne­cie, gdzie rzą­dzi pie­niądz.

- No do­brze, ro­zu­miem. Ale pła­ce­nie za wy­wiad? I to ko­muś, o kim nikt nie sły­szał? Fa­cet ci od­mó­wił, trudno. Się­gasz po te­le­fon i dzwo­nisz do na­stęp­nego. To jemu po­winno za­le­żeć na dar­mo­wej re­kla­mie, to on ma o cie­bie za­bie­gać, nie ty o niego. To nie jest gwiazda fil­mowa ani znany pio­sen­karz, ża­den też z niego ce­le­bryta. To zwy­kły sza­ra­czek, który wspina się po gó­rach.

- Wiem, wiem... - Wa­chluję się ka­pe­lu­szem, bo naj­wy­raź­niej za­rząd po­sta­no­wił za­osz­czę­dzić na na­pra­wie kli­ma­ty­za­tora w ga­bi­ne­cie Lidki. - Ale mam prze­czu­cie, że on bę­dzie strza­łem w dzie­siątkę.

- Nic o nim nie wiesz.

- Wiem na tyle dużo, by chcieć do­wie­dzieć się wię­cej.

Lidka od­chyla się na fo­telu i pa­trzy mi w oczy, co trwa do­brą mi­nutę. Wy­trzy­muję jej spoj­rze­nie, mu­szę jej po­ka­zać, że nie mam żad­nych wąt­pli­wo­ści co do słusz­no­ści prze­pro­wa­dze­nia wy­wiadu z Jan­so­nem.

- Ty­siąc pięć­set brutto - od­zywa się w końcu.

- Cztery ty­siące na rękę - od­po­wia­dam.

- Ile? - Śmieje się.

- Tyle do­stał De­nis Urubko za udzie­le­nie wy­wiadu jed­nej z bran­żo­wych ga­zet - tłu­ma­czę.

- Kto?

- Brał udział w na­ro­do­wej zi­mo­wej wy­pra­wie na K2. Za­ata­ko­wał szczyt sam, nie in­for­mu­jąc o tym reszty ze­społu.

- Zdo­był szczyt?

- Nie. Ni­komu się to jesz­cze nie udało. Być może JJ bę­dzie pierw­szy. Pierw­szy na świe­cie. A my bę­dziemy mieli z nim wy­wiad, który zo­sta­nie opu­bli­ko­wany tuż przed wy­prawą.

Lidka mruży oczy.

- Ty­siąc pięć­set te­raz, a resztę jak wróci z wy­prawy. I wy­wiad na wy­łącz­ność.

- A je­śli nie zdo­bę­dzie szczytu?

- Zo­sta­nie z tym, co do­stał.

Biorę głę­boki wdech. Cztery ty­siące zło­tych to moje dwie mie­sięczne pen­sje netto. Dla mnie to dużo. Bio­rąc jed­nak pod uwagę, jak wiel­kie są koszty wy­prawy wy­so­ko­gór­skiej, jak zna­czący bę­dzie wy­czyn zdo­by­cia K2 zimą, to wręcz śmieszne pie­nią­dze. Czuję, jak palą mnie po­liczki na myśl o tym, że będę mu­siała za­pro­po­no­wać JJ-owi ta­kie wy­na­gro­dze­nie za udzie­le­nie wy­wiadu na wy­łącz­ność.

- A gdyby udzie­lił nam dwóch wy­wia­dów, przed i po wy­pra­wie, ile mo­żemy mu wów­czas za­ofe­ro­wać?

- Ze zdję­ciami ze szczytu?

- Być może... - za­wie­szam głos. - Sze­fowo, ja na­prawdę wie­rzę, że to bę­dzie do­bry ma­te­riał. Czy kie­dyś cię za­wio­dłam? Wiesz, że mam nosa do lu­dzi. Każdy mój wy­wiad i każdy mój ar­ty­kuł był mocny aż do bólu.

- I pew­nie dla­tego lu­dzie nie chcieli ich czy­tać... - wzdy­cha.

- Opi­szę fa­ceta tak, że będą za nim pisz­czały wszyst­kie czy­tel­niczki. Ale mu­szę go naj­pierw prze­ko­nać do wy­wiadu.

Lidka znów mruży oczy. Za­kłada oku­lary, sięga po myszkę od kom­pu­tera i prze­nosi wzrok na mo­ni­tor. Śle­dzę każdy jej ruch, serce bije mi mocno. A ona nuci pod no­sem, jakby spa­ce­ro­wała z psem po parku, płyn­nie skro­luje treść, wpi­suje coś po­woli na kla­wia­tu­rze, po czym marsz­czy nos, przy­bliża twarz do ekranu i pyta:

- Kiedy ma być ta wy­prawa?

- Ja­koś w grud­niu, nie znam do­kład­nej daty.

- A kiedy po­wrót? - Nie od­rywa wzroku od kom­pu­tera.

- Nie wiem.

- Mniej wię­cej.

Jezu, nie mam bla­dego po­ję­cia.

- Ostat­nia na­ro­dowa wy­prawa na K2 zimą trwała osiem­dzie­siąt dni.

- Ile? - Lidka zerka na mnie znad oku­la­rów.

- Też by­łam za­sko­czona. Tylko że w niej brało udział trzy­na­ście osób, to był po­tężny pro­jekt po­dzie­lony na etapy. Dużo czasu spę­dzili w ba­zie u stóp góry, akli­ma­ty­zu­jąc się, pla­nu­jąc ko­lejne kroki, przy­go­to­wu­jąc po­rę­czo­wa­nie...

- Hm. - Lidka z po­wro­tem prze­nosi wzrok na mo­ni­tor. - Dział książki pol­skiej ma jesz­cze wolne miej­sca w pla­nie wy­daw­ni­czym na wrze­sień przy­szłego roku. Wy­ro­bisz się do czerwca?

- Wy­ro­bię z czym? - py­tam, bo nie na­dą­żam za jej to­kiem my­śle­nia.

- Z na­pi­sa­niem książki. Skoro fa­cet ma wejść zimą na drugi co do wiel­ko­ści szczyt Ziemi, co, jak twier­dzisz, ni­komu się jesz­cze nie udało, to mo­żemy mieć świa­towy be­st­sel­ler. - Klika myszką, cią­gle ze wzro­kiem wbi­tym w ekran.

Jest mi cho­ler­nie go­rąco. Czuję, że cała twarz mi pło­nie, a serce za­raz wy­sko­czy z piersi i od­tań­czy przed Lidką ta­niec dzięk­czynny.

Książka. Moja książka. Moja wła­sna książka!!! Mam na­pi­sać swoją książkę z gwa­ran­cją pu­bli­ka­cji!

Od­chrzą­kuję, bo za­schło mi w gar­dle. Sta­ram się utrzy­mać po­ważny wy­raz twa­rzy.

Nie uśmie­chaj się. Za­cho­waj spo­kój i pro­fe­sjo­na­lizm.

- Mó­wisz po­waż­nie? - Pró­buję po­wstrzy­mać nutę eks­cy­ta­cji w gło­sie.

- Skoro i tak zbie­rasz ma­te­riały, to szkoda je mar­no­wać na je­den czy dwa ar­ty­kuły. Wie­rzę w cie­bie. My­ślę, że masz w so­bie po­ten­cjał. Być może ten al­pi­ni­sta okaże się strza­łem w dzie­siątkę.

O tak! Je­stem tego pra­wie pewna. To bę­dzie moje pięć mi­nut. Wresz­cie się wy­biję. Wresz­cie na­pi­szę coś, co się sprzeda. I wy­jadę na wa­ka­cje! Do Włoch! Nad mo­rze z la­zu­rową wodą, z cie­płym pia­skiem, i będę opy­chać się ory­gi­na­lną pizzą i ma­ka­ro­nem, po­pi­jać chłodne wino w cie­niu pi­nio­wej so­sny...

Ale naj­pierw książka.

- Na ile zna­ków? - Z tru­dem trzy­mam pod­eks­cy­to­wa­nie na wo­dzy.

- Mi­ni­mum czte­ry­sta ty­sięcy ze spa­cjami. Do tego zdję­cia, mapki. Wszystko, co uda ci się zdo­być pod­czas wa­szej wy­prawy.

- Pod­czas jego wy­prawy - po­pra­wiam ją.

- Nie. Wa­szej. Po­je­dziesz ra­zem z nim.

- Słu­cham? - Pro­stuję się na krze­śle. Moje ciało z na­stroju eks­cy­ta­cji wpro­wa­dza się w stan za­gro­że­nia "walcz lub ucie­kaj".

- Doj­dziesz z nim do bazy i po­cze­kasz, aż zdo­bę­dzie szczyt.

Osza­lała. To przez ten brak kli­ma­ty­za­cji.

- Ale ja nie cho­dzę po gó­rach. Na­wet ich nie lu­bię.

- To po­lu­bisz.

Je­zus Ma­ria. Ona mówi po­waż­nie.

Lidka klika myszką, pa­trzy w kom­pu­ter, a mnie krew od­pływa z twa­rzy. Robi mi się słabo. Nie­na­wi­dzę zimna. Gru­dzień, sty­czeń i luty to dla mnie naj­gor­sze mie­siące w roku, pod­czas któ­rych je­dyne, na co mam ochotę, to za­szyć się pod ko­cem na ka­na­pie w to­wa­rzy­stwie Ko­cura (który i tak by uciekł, gdy­bym chciała się przy nim ogrzać), z go­rącą her­batą z ru­mem i wcią­ga­jącą książką. Ja się po pro­stu nie na­daję na taką wy­prawę. Jedno to na­pi­sać o eks­pe­dy­cji w Ka­ra­ko­rum, a dru­gie to sa­memu wziąć w niej udział. A mo­głam pi­sać o ja­kimś szejku. W Du­baju przy­naj­mniej jest cie­pło. I mają mo­rze, i zło­ci­ste plaże.

- A co, je­śli od­mó­wię? - py­tam.

Lidka zdej­muje oku­lary, po­chyla się w moją stronę i pa­trzy mi w oczy.

- Ju­lio, ist­nie­nie działu wisi na wło­sku. W prze­ciągu naj­bliż­szego ty­go­dnia mu­szę zwol­nić trzy osoby. Nasz bu­dżet woła o po­mstę do nieba. Prę­dzej czy póź­niej zli­kwi­dują na­szą sek­cję. A je­śli cze­goś nie wy­my­ślę, to czeka mnie za­si­łek dla bez­ro­bot­nych, bo w moim wieku ra­czej nie jest ła­two o pracę w tej branży. Zresztą w twoim rów­nież nie jest ko­lo­rowo. Je­śli na­to­miast nasz pro­jekt wy­pali, to ist­nieje szansa, że wraz z li­kwi­da­cją działu prasy dru­ko­wa­nej prze­niosą nas do działu książki. Jak ci się wi­dzi taka opcja?

Prze­ły­kam ślinę. Jak mi się wi­dzi? To speł­nie­nie ma­rzeń.

- A ich bu­dżet ma się le­piej?

Lidka od­chyla się na krze­śle.

- Do­stali do­fi­nan­so­wa­nie na pro­mo­cję czy­tel­nic­twa w ob­sza­rze li­te­ra­tury faktu. Do wzię­cia jest pra­wie czte­ry­sta ty­sięcy zło­tych.

Wcią­gam z sy­kiem po­wie­trze.

- Oczy­wi­ście nie mo­żemy li­czyć na ca­łość do­ta­cji - do­daje. - Ale na jedną czwartą czemu nie... - Uśmie­cha się jak li­sek chy­tru­sek. - Przy­go­tu­jemy pre­zen­ta­cję dla za­rządu, osza­cu­jemy koszty wy­prawy, spo­rzą­dzimy kal­ku­la­cję prze­wi­dy­wa­nych zy­sków... Tylko nie pod­nie­caj się jesz­cze zbyt mocno. Sama nie wiem, co po­wie­dzą na ten kon­cept, ale nie mo­żemy nie spró­bo­wać.

Boże, tyle pie­nię­dzy.

- A co, je­śli pro­jekt nie wy­pali? - do­cie­kam.

- To zna­czy?

- Jan­son nie zdo­bę­dzie szczytu? Albo zgi­nie w gó­rach?

A ja ra­zem z nim - prze­myka mi przez myśl, lecz szybko wy­rzu­cam to z głowy.

- To opi­szesz wszystko ze szcze­gó­łami. Li­czy się fakt, że fa­cet pró­buje do­ko­nać cze­goś nad­zwy­czaj­nego, a ty przy tym bę­dziesz. I na­wet je­śli ten twój cały JJ po­rywa się z mo­tyką na słońce i skoń­czy za­mar­z­nięty na so­pel lodu gdzieś w gór­skiej szcze­li­nie, to bę­dzie z tego nie­zły ma­te­riał. Bierz go i dzia­łaj. Umó­wię spo­tka­nie z za­rzą­dem na przy­szły ty­dzień, mu­simy ich prze­ko­nać, że to bę­dzie be­st­sel­ler.