Niezauważalna - Marcus Sedgwick

Reflow text when sidebars are open.
Po raz ostatni powiedziałam sobie, że wcale nie porywam swojego braciszka.
Przysięgam, że nawet nie przyszło mi to do głowy, póki nie znaleźliśmy się w metrze, a zanim dotarliśmy na lotnisko, było za późno, żeby zmienić zdanie czy wsunąć kartę kredytową z powrotem do torebki mamy.
Było też za późno, aby cofnąć zakup (dokonany za pomocą tejże karty) dwóch biletów do Nowego Jorku - dla mnie i Benjamina - i bez cienia wątpliwości o wiele za późno, by cofnąć wypłatę pięciuset dolarów z nowoczesnego bankomatu na lotnisku.
Już bowiem to wszystko uczyniłam, składając przy tym część winy na mamę, która czasem pozwalała mi pomagać przy zakupach przez internet i zdradziła mi większość PIN-ów do swoich kart.
Wszystkie zbrodnie, które zdążyłam tego ranka popełnić, miały jednak bardzo dobre uzasadnienie - zresztą bladły zupełnie w porównaniu z faktem, że uprowadziłam swojego brata.
Benjamin, trzeba przyznać, znosił wszystko tak, jak to potrafi jedynie nieco dziwny siedmiolatek. Stał cierpliwie ze swoim plecakiem inspirowanym komiksem Strażnicy, trzymając mnie za rękę i czekając w milczeniu, aż wezmę się w garść. Zamiast krzyczeć, że porywa go własna siostra, zamartwiał się tylko, czy Stanowi również nie będzie potrzebny bilet.
Trzymałam go mocno za rękę. Znajdowaliśmy się gdzieś w hali odpraw w Terminalu nr 3. Panował tam hałas i zamęt, a my musieliśmy znaleźć odpowiednie stanowisko. Dokoła kłębiły się tłumy i już teraz nie mogłam się zorientować, z której strony przyszliśmy.
- Stan nie potrzebuje biletu - powtórzyłam po raz sto osiemnasty, po czym dodałam, nim Benjamin zdążył zapytać: - I paszportu też nie potrzebuje.
- Ale my tak - upewniał się Benjamin.
Wydawał się lekko podenerwowany. Wiedziałam, że jeśli Stan nie poleci, świat Benjamina niechybnie legnie w gruzach.
- Tak - potwierdziłam. - My potrzebujemy.
W tym momencie usłyszałam przypadkiem, jak ktoś obok wspomniał coś o locie do Nowego Jorku, i zaczęła mnie ogarniać panika.
Powoli zaczerpnęłam głęboko powietrza. Benjamin jest absolutnie wspaniały i kocham go całym sercem, ale miewa swoje humory, a teraz był mi potrzebny. Był wręcz niezbędny; przecież nie porwałabym go, gdyby było inaczej! Choć w zasadzie wcale go nie porwałam. Nie tak naprawdę.
- Potrzebujemy paszportów - wytłumaczyłam - bo jesteśmy prawdziwymi, żyjącymi ludźmi, a Stan, choć oczywiście jest kimś wyjątkowym, nie.
Benjamin przemyślał to sobie.
- Ale on jest prawdziwy - stwierdził.
- Tak, masz rację - przyznałam. - Przepraszam. Jest prawdziwy. Ale jest też wypchaną zabawką. Więc nie potrzebuje paszportu.
- Jesteś na pewno pewna?
- Jestem na pewno pewna. A w ogóle co u niego słychać?
Benjamin naradził się szybko ze Stanem. Domyśliłam się, że trzyma go za skrzydło, jak zawsze, tak jak ja trzymałam za rękę Benjamina. We trójkę musieliśmy wyglądać dość głupio: ja, niewyrośnięty Benjamin i wymiętoszony czarny kruk.
- W porządku, ale tęskni za wszystkimi.
Mówiąc "wszystkich", Benjamin miał na myśli menażerię pluszowych stworów i plastikowych superbohaterów, mieszkającą w jego pokoju.
- Zostawiliśmy ich zaledwie godzinę temu.
- Wiem, ale Stan już tak ma. Mówi też, że tęskni za tatą.
Pociągnęłam go za rękę i ruszyliśmy z miejsca.
- Słuchaj, Benjaminie. Musisz znaleźć stanowisko, na którym będzie napisane: Odprawa Virgin Atlantic. Może Stan ci pomoże? Kruki mają przecież doskonały wzrok, prawda?
Było to lekko ryzykowne, ale podziałało.
- Virgin Atlantic... - powtórzył Benjamin. - Chodźmy. To tuż obok! Wygrałem z tobą, Stan, chociaż masz taki doskonały wzrok!
Ruszył z kopyta, a ja trzymałam go kurczowo i ciągnęłam za rękę w nadziei, że przypomni sobie, jak zazwyczaj chodzimy. Wymyśliliśmy ten sposób kilka lat temu i normalnie Benjamin bardzo to lubi, ale chyba podekscytowała go myśl o podróży samolotem. Nagle jego dłoń wyślizgnęła się z mojej, a on odbiegł w dal.
- Benjamin! - krzyknęłam, czekając, aż wróci.
Pewnie minęła ledwie jedna czy dwie sekundy, ale i tak wpadłam w panikę i ruszyłam za nim. Niestety, potknęłam się o jakąś torbę czy coś podobnego i wyłożyłam na podłodze jak długa.
Nawet w panującym na lotnisku zamęcie usłyszałam, jak wszyscy dokoła cichną, i wiedziałam, że zrobiłam z siebie widowisko. Leżałam z nogami na torbie i rękami wyciągniętymi przed siebie.
- Czy ja jestem niewidzialny? - spytał ze złością jakiś mężczyzna.
Okulary przeciwsłoneczne zleciały mi z twarzy. Usłyszałam, jak mężczyzna wciąga z irytacją powietrze.
- Patrz, jak chodzisz. Mam w środku laptop.
Podniosłam się, przy okazji znowu kopiąc jego torbę.
- Na miłość boską! - krzyknął.
- Przepraszam - wymamrotałam. - Bardzo przepraszam.
Stałam ze spuszczoną głową, podczas gdy on szperał w torbie, mrucząc pod nosem.
- Benjamin? - powiedziałam, ale on był już z powrotem przy mnie.
- Wszystko w porządku, Laureth? - spytał, wciskając mi coś do rąk. - Masz tu swoje okulary.
Nasunęłam je pospiesznie.
- Naprawdę bardzo pana przepraszam - powiedziałam w kierunku mężczyzny i wyciągnęłam dłoń do brata. - Lepiej już chodźmy.
Benjamin wziął mnie za rękę i ruszyliśmy jak należy, w nasz tajemny sposób.
- Jest kolejka - powiedział, zatrzymując się. - Ale krótka.
"Pierwsza bramka", pomyślałam. Tak by powiedział tata. Pierwsza osoba, z którą musiałam sobie poradzić, czyli pracownik linii przy stanowisku odprawy.
- Nasza kolej - szepnął Benjamin.
- Następna osoba, proszę!
Głos należał do kobiety przy stanowisku.
Ścisnęłam dłoń Benjamina i nachyliłam się, szepcąc do niego w odpowiedzi:
- Poczekaj tutaj.
- Dlaczego?
- Sam wiesz dlaczego - odpowiedziałam i stawiłam czoło wyzwaniu, jakim było samodzielne przejście kilku kroków do stanowiska.
Cieszyłam się, że było lato i panował upał, bo kiedy świeci słońce, okulary przeciwsłoneczne nie wydają się dziwne, nawet wewnątrz, a potknąwszy się już o torbę tamtego gbura, nie chciałam zwracać na siebie więcej uwagi.
- Dokąd pani leci? - spytała kobieta, zanim jeszcze doszłam do pulpitu.
Pomyślałam o swoim koledze ze szkoły, Harrym. Jest niesamowity. Pewnie spróbowałby zastosować swoją sztuczkę z wydawaniem dźwięków, żeby trafić do stanowiska dzięki echolokacji, ale domyślałam się, że tutaj nawet jemu by się nie udało; za duży hałas dokoła. Poza tym zawsze istniało ryzyko, że ktoś uzna, iż próbujesz udawać delfina. Wyglądałoby to bardzo dziwnie. Zamiast tego wolnym, ale płynnym ruchem uniosłam ręce przed siebie i z radością stwierdziłam, że niemal idealnie wyczułam odległość. Nie licząc tego, że trafiłam piszczelami w jakąś niską metalową barierkę - zagryzłam jednak zęby i rzuciłam nasze paszporty na blat.