Niezapomniane twarze - Witold Kieżun

-
Proszę czekać

Zbigniew Herbert poleca...

Tylko uważnej i delikatnej przyjaźni mego kolegi z czasów uniwersyteckich zawdzięczam, że jego książka dotarła do moich rąk. Zdaję sobie sprawę z cudowności tego zdarzenia, gdyż w ciemnych kuźniach wojny wszystko usiłowało rozer­wać nasze związki.

Leży przede mną książka znakomita i chyba całkowicie zignorowana przez polską krytykę. Sto kilkadziesiąt stron olśniewająco czystej, eleganckiej, sprawnej polskiej prozy nie znalazło uznania w oczach aptekarzy i trucicieli naszej literatury.

W oczy rzuciła mi się przede wszystkim kompozycja tej minipowieści oraz styl, który trafnie charakteryzuje autora. Niepowtarzalna proza Witolda Kieżuna to zaledwie czternaście krótkich rozdziałów zamykających się w narracyjną całość.

Całkowicie świadom wzruszenia, jakie towarzyszyło mi podczas lektury, stwierdziłem z przekonaniem, że obcuję z jednym z najwybitniejszych utworów półwiecza.

Proza Witolda Kieżuna, nasycona wszystkimi zapachami, rawie wszystko, bo i pasje młodości, i naukowe zacięcie, precyzja obserwacji, wreszcie spokojna ekspresja tej wiernej rzeki słów. Powiedzcie, czyż nie jest to doprawdy wszystko, albo prawie wszystko?

Ze spokojnym sumieniem polecam Historii.

Niech na koniec wolno mi będzie posłużyć się cytatem zamieszczonym na okładce dzieła Witolda Kieżuna, które - wierzę w to święcie - przetrwa jako istotne dokonanie prozy polskiej:

Teofil to ktoś z pokolenia "Kolumbów". Przeżył wszystko, co było losem jego rocznika: wojnę, okupację, Powstanie Warszawskie, więzienie, gułag, wiele lat zniewolenia przez Związek Radziecki. Stale poszukujący prawdy, dążący do obiektywizmu, spotykał w swoim niezwykłym życiu ludzi różnego pokroju. Byli jego kolegami, towarzyszami broni, przełożonymi, podwładnymi lub po prostu znajomymi. Niektórzy spośród nich trwale zapisali się w jego pamięci.

Opowieść o nich spisał przyjaciel Teofila, profesor Witold Kieżun, polski prakseolog, wykładowca na uniwersytetach amerykańskich, autor wielu dzieł naukowych publikowanych w kraju i za granicą.

Recenzja Zbigniewa Herberta opublikowana w Magazynie Tygodnika Solidarność TYSOL, nr 3, sierpień 1998

Od wydawcy:

Powyższa recenzja Z. Herberta dotyczyła pierwszego wydania opowiadań W. Kieżuna, opublikowanego w 1997 r. nakładem Oficyny Wydawniczej Art-Studio.

Ślizgawka

Zima roku 1938 była wyjątkowo śnieżna i mroźna. W szkole zdecydowano urządzić na boisku ślizgawkę i udostępnić ją na dużej przerwie i po lekcjach wszystkim uczniom. Była to wielka radość. Każdego dnia tłum uczniów gonił z krzykiem na "salkofach" i "hokejach".

Jak to zwykle bywa, byli lepsi i gorsi. Było paru mistrzów jazdy szybkiej i figurowej. Były też tradycyjne niedorajdy takie jak Miecio Apfelbaum, krótkowzroczny grubasek z sąsiednich Nalewek. Miecio dobrze się uczył, zwłaszcza wyróżniał się w matematyce, ale nie­śmiały i mało sprawny fizycznie był przedmiotem pogardy sportow­ców, którzy nie mogli mu darować jego popularnego powiedzonka: "w zdrowym ciele zdrowe ciele".

Szczególną niechęcią darzył go Broner, silny sporto- wiec, świetny piłkarz i hokeista, który wyrażał się z pogar- dą o "tych z Nalewek" i przy każdej okazji kpił z Miecia. Szalał teraz na swoich wspania­łych "hokejach", okrążał z dużą szybkością ślizgawkę, gwałtownie hamując na zakrętach. Właśnie Miecio wyjechał pierwszy raz na no­wych "salkofach" i nieporadnie trzymając się na nogach, wolno sunął po boisku, gdy nagle, przerażony szybką jazdą Bronera, wywalił się jak długi, a Broner, mijając, uderzył go łyżwą w głowę.

Teofil jechał za Bronerem i podniósł Miecia leżącego w kału­ży krwi. Szybko wezwane pogotowie odwiozło Miecia do szpitala. Lek­cje zostały przerwane i dyrektor natychmiast rozpoczął dochodzenie. Broner twierdził, że kopnął leżącego na lodzie Miecia niechcąco, nie mogąc się zatrzymać. Koronnym świadkiem był Teofil. Wszyscy wie­dzieli, że jechał za Bronerem i widział dobrze cały wypadek. Wezwa­ny przez Radę Pedagogiczną dokładnie wszystko wyjaśnił. Na pyta­nie: "Czy Broner uderzył naumyślnie?" odpowiedział, że nie może tego stwierdzić, ale znając kunszt jego jazdy, sądzi, że mógł uniknąć kolizji, hamując gwałtownie, tak jak to zwykł był czynić wielokrotnie.

Tymczasem okazało się, że Miecio musi być poddany operacji trepanacji czaszki i że stan jego jest ciężki. Cała szkoła była wstrzą­śnięta; w dniu operacji prefekt, ksiądz Maciejko, odprawił nabożeń­stwo w intencji Miecia.

Broner został zawieszony w obowiązkach ucznia i nie pokazywał się w szkole. Potępiano go jednomyślnie. Nawet nieliczni w szkole antysemici szczerze żałowali Miecia i czuli się zawstydzeni. W ob­liczu zagrożenia życia więzy koleżeńskie okazały się silniejsze niż animozje narodowościowe.

Miecio szczęśliwie doszedł do zdrowia. Jego ojciec, prawowierny Żyd z Nalewek, złożył wizytę dyrektorowi szkoły i księdzu prefekto­wi, dziękując za serdeczność i prosząc o wyrozumiałość dla Bronera, który "na pewno niechcący uderzył mego Miecia".

Broner został jednak usunięty ze szkoły. Odgrażał się, że pora­chuje się jeszcze z Teofilem, uważał bowiem, że to właśnie Teofil go "wkopał".

Wkrótce wybuchła wojna. Miecio znalazł się w getcie, a Broner zniknął z horyzontu. Któregoś dnia w 1941 roku Teofil dowiedział się, że widziano Bronera w mundurze SS-Bahnschutza. Ktoś z nim rozmawiał. Podobno tłumaczył, że jest volksdeutschem i że dawno już zrozumiał, że plutokracja i żydokomuna są źródłem wszelkiego zła na świecie. Dopytywał się też, co się dzieje z Teofilem. Sprawa zaczęła wyglądać groźnie. Teofil zameldował o tym swoim przełożo­nym z konspiracji i dostał rozkaz zmiany nazwiska i wyprowadzenia się ze swojej dzielnicy. Okazało się to rozsądne, bo parę miesię­cy później Gestapo szukało go w starym mieszkaniu, zajmowanym już przez nowych lokatorów. Później przyszła wiadomość, że Bro­ner został skierowany na front wschodni, dostał tam Krzyż Żelazny za waleczność i wreszcie - że gdzieś zaginął. Były to informacje przekazywane przez jego kuzynów, którzy nie byli volksdeutschami, ale chyba ciągnęli jakieś korzyści z pozycji krewniaka.

Miecio Apfelbaum zginął w getcie. Po wojnie okazało się, że walczył w Żydowskiej Organizacji Bojowej i że otoczony przez esesmanów wyskoczył z trzeciego piętra kamienicy swego ojca na Na­lewkach.

Ksiądz Maciejko, odprawiając po wojnie nabożeństwo żałobne za dusze poległych uczniów szkoły, wspomniał również i uczniów wyznania mojżeszowego, polecając ich dusze opiece Boskiej. Przy­pomniał także cierpienia Miecia i jego tragiczną śmierć.

Tymczasem Teofil skończył studia i rozpoczął pracę w banku. Jako prawnik został skierowany do działu prawnego Biura Kontroli, gdzie zajmował się również odszkodowaniami za zawinione manka kasjerskie.

Utarła się praktyka, że w przypadku powstania większego bra­ku w kasie jakiegoś oddziału terenowego Teofil z biegłym księgo­wym jechali zbadać okoliczności sprawy i określić zakres odpowie­dzialności kasjera. Właśnie w 1952 roku ilość niedoborów kasowych znacznie się zwięk- szyła i powstała umiejętnie rozdmuchiwana przez Wydział Ochrony, ekspozyturę Ministerstwa Bezpieczeństwa w ban- ­ku, psychoza sabotażu i działania "wroga klasowego". Teofil, któ­ry dbał o ściśle zawodowe podejście, był coraz bardziej naciskany, ażeby sugerować polityczne tło niedoborów. Bronił się jak dotych­czas, skutecznie argumentując, że przedmiotem jego badań jest sam fakt braku i odpowiedzialność służbowa kasjera, lecz zdawał sobie sprawę, że sam może być oskarżony o osłanianie rzekomych sabotażystów.

Kilkakrotnie był już przesłuchiwany przez funkcjonariuszy Wy­działu Ochrony, którzy kazali mu po parę razy powtarzać swój życio­rys od 1 września 1939 roku, usiłując złapać go na nieścisłościach. Myślał o zmianie pracy, ale ilekroć o tym wspominał, jego szef pro­testował i dawał mu do zrozumienia, że rezygnacja z pracy może być potraktowana jako demonstracja polityczna:

- W pańskiej sytuacji i z pańską przeszłością trzeba być ostroż­nym i przewidującym, ma pan przecież żonę i dziecko.

Teofil uświadamiał sobie zacieśniającą się pętlę zagrożenia, ale czuł się bezsilny, a to powodowało jego rozdrażnienie i niepokój.

W tej właśnie atmosferze przyszła wiadomość o wielkim braku w kasie oddziału w małym miasteczku powiatowym w województwie wrocławskim. Teofil został tam natychmiast skierowany z zadaniem zbadania sprawy i określenia, czy wszystkie przepisy były przestrze­ga- ne i kto ponosi odpowiedzialność.

Przyjechał wieczorem do miasta. Na dworcu powi- tał go dyrek­tor oddziału banku, odprowadził do hotelu i oświadczył, że sprawą bardzo interesuje się miejscowy szef Urzędu Bezpieczeństwa, podej­rzewając sabotaż.

Następnego dnia okazało się, że szef UB zaprasza inspektora ban­ku z Warszawy do siebie, chcąc uzyskać informacje dotyczące wyni­ków badań. Teofil oświadczył dyrektorowi, że jako pracownik centrali banku nie ma prawa informować nikogo z zewnątrz o rezultatach swo­jej analizy, jak również nie jest upoważniony do kontaktowania się ani z milicją, ani z Urzędem Bezpieczeństwa. Od tego są jego przełożeni w Warszawie. Dyrektor, słysząc ten wywód, aż jęknął z przerażenia:

- Inspektorze kochany, niech pan ma litość nade mną, jeśli pan się nie zgłosi, to ja będę winny. Pan wyjedzie, a ja tu zostaję, i ani chy­bi szef się zemści na mnie. Pan nie wie, co to za człowiek: aresztował dwóch lekarzy za słuchanie radia Wolna Europa, wsadził sekretarkę z Rady Narodowej za opowiedzenie kawału o hemoroidach Stalina, wszędzie ma swoich agentów i jest człowiekiem bezwzględnym. Ja jestem już po pięćdziesiątce, byłem w PPS-ie, jestem stale śledzony, niech pan nie robi mi tej strasznej krzywdy. Będzie pan mnie miał na sumieniu.

Teofil był zawsze wrażliwy na ludzkie prośby, pomyślał więc, że ostatecznie nie musi przekazywać żadnych bliższych informacji, wyjaśni jedynie metodę swojej analizy czysto operacyjno-bankowej. Szef wyznaczył mu spotkanie o 3 po południu.

Teofil punktualnie przybył do budynku Urzędu Bezpieczeństwa. Wartownik skierował go do biura przepustek, gdzie już odpowiedni dokument był przygotowany. W biurze szefa sekretarka wskazała mu drzwi obite ceratą i powiedziała:

- Proszę wejść, szef czeka.

W tym momencie Teofila ogarnęło zdenerwowanie. Przypomnia­ły mu się jego doświadczenia z pierwszych lat po wojnie. "Głupi jesteś - strofował sam siebie - przecież teraz nie jesteś oskarżonym".

Nacisnął klamkę, otworzył drzwi, wszedł, zamknął drzwi za sobą, ogarnął wzrokiem duży gabinet ze skórzanymi fotelami, zauważył na ścianie portret generała Radkiewicza, ministra bezpieczeństwa, po­stąpił parę kroków w kierunku dużego biurka, za którym siedział szef i... nogi lekko się pod nim ugięły. Szefem Powiatowego Urzę­du Bezpieczeństwa był Broner, nie ulegało to wątpliwości. Wstał z wyciągniętą ręką, ten sam wzrost, barczysta postać, ostro zarysowa­na kwadratowa szczęka, krótkie włosy "na jeża", typowa germańska uroda.

Broner podał rękę swemu gościowi, pilnie się mu przyglądając. Teo­fila ogarnęła desperacka myśl: "Poznał mnie, już nigdy stąd nie wyjdę".

Powszechnie znane były fakty ginięcia ludzi, którzy weszli do budynku Urzędu Bezpieczeństwa: wszedł i nie wyszedł - i nie wiado­mo, co się z nim stało. Ogarnęła go złość na samego siebie, za swoją tkliwość, za mazgajstwo, za litość nad dyrektorem. Poczuł, że robi mu się gorąco i że kołnierz koszuli staje się lepki od potu.

Broner jeszcze badał go wzrokiem - raptem szybko okrążył biur­ko i objął szerokim uściskiem, nieledwie krzycząc:

- Teofil, to ty, stary byku? Ile to lat? Aleś nic się nie zestarzał. Siadajże bracie.

Podniósł słuchawkę.

- Towarzyszko, koniaczek - zadysponował - szybciutko, na jednej nóżce, i dwie szklaneczki.

Już go prowadził do fotela, cały czas w uśmiechach i lansadach.

- Musisz mi powiedzieć, co z tobą, co ze starymi kumplami?

Po pierwszej szklance koniaku gruzińskiego wypitego jak wódka, duszkiem, w barwnych słowach przedstawił Teofilowi swoje dzieje. W roku 1941 uciekł do Związku Radzieckiego, tam od razu Komsomoł, potem Armia Czerwona, partyzantka radziecka. Ma ordery: Czerwoną Gwiazdę i wiele innych.

- Było bardzo ciężko, później już I Armia Berlinga, partia, bo - rozumiesz - trzeba było być aktywnym, służba bezpieczeństwa, walka z bandami i teraz ta niewdzięczna, oj, strasznie niewdzięczna praca; ludzie nie rozumieją, że trzeba wyplenić wszelką zarazę, sa­botaż, dywersję, wrogą propagandę.

- A ty? - wypytywał. - Widzę, żeś ważny inspektor centrali banku, oczywiście towarzysz partyjny? Pamiętam, pamiętam, zawsze byłeś lewicowy. A co z kolegami? Polonista Lisowski zginął w Oświęcimiu? A to szkoda, wielka szkoda, on też był człowiekiem postępowym.

Zalewał Teofila potokiem słów, był wspaniały, bohaterski, przy­szłość należała do niego. Zwierzył się w końcu, że zamierza przejść do służby zagranicznej, zna języki, liczy na karierę dyplomatyczną.

- Rozumiesz, tam nas potrzebują, ludzi pewnych, zaufanych, z doświadczeniem.

Wypili całą butelkę koniaku, o banku nie było mowy. Skończyło się to wszystko raptownie.

Zadzwonił telefon.

- Tak, tak, już, już jadę. Szkoda wielka - zwrócił się do Teo­fila - ale służba nie drużba, no to - dowidziska - odwiedzę cię w Warszawie, buźka, przyjacielu...

Teofil, lekko się zataczając, wrócił do hotelu. Zadzwonił do dy­rektora, że już wyjeżdża wieczornym pociągiem, a jutro przyjedzie inny inspektor.

Broner nie pokazał się w Warszawie. W 1959 roku Teofil dowie­dział się, że wyjechał na placówkę dyplomatyczną w Stanach Zjed­noczonych i... "wybrał wolność".