Prolog
Zaczęło kropić i gdyby Marianna była rozsądna, przyspieszyłaby, żeby
dojść do domu, zanim się na dobre rozpada. Ponieważ jednak nie była
rozsądna, a może nawet była wręcz nierozsądna, najpierw zwolniła, a następnie usiadła na łańcuchu łączącym dwa z wielu słupków, które
okalały lasek na skrzyżowaniu Odkrytej i Marcina z Wrocimowic. Łańcuch
był niestabilny i wbijał się w pośladki, ale postanowiła zignorować tę
niedogodność. Zadarła głowę, łapiąc do ust krople deszczu.
Nie miała żadnych kłopotów, nikt jej nic złego nie zrobił, nikt nie
dokuczył, nie złamał serca, nie skrzywdził. Wszystko było w normie, od
kilku jednak dni ta normalność dziwnie jej ciążyła. Sama nie wiedziała,
o co jej chodzi, ale naraz wszystko przestało jej się podobać.
- Zmokniesz. - Lew właśnie wracał do domu.
- Siadaj, kontempluj deszcz i mów, co u ciebie.
- Nic. Jutro odbieram kota.
- Bardzo dobrze.
Zamilkli. Siedzieli na dwóch sąsiednich łańcuchach i bujali się lekko. W końcu byli tu po to, żeby moknąć, a nie gadać.
Wreszcie odezwał się Lew:
- W co ci najbardziej zimno?
- W żyłę wrotną. A tobie?
- W zastawkę mitralną. Śledziona też mi zmarzła. Idziemy. Jest w domu
coś do jedzenia?
- Resztki resztek, wczorajszy chleb i sos po zrazach. W najlepszym razie
po pół zrazika, jeśli rano ojciec nie zjadł.
- Mniej jesz, dłużej żyjesz - powiedział spokojnie Lew.
- Tylko w centralnej Afryce raczej z tym hasłem nie wyskakuj, dobrze ci
radzę.
- Możemy już iść?
- Możemy.
- To dlaczego nie idziemy?
- Nie wiem, nie jestem wróżką - powiedziała poważnie i nadal nie
wstawała.
Po chwili ruszyli jednak w stronę domu.
- Dziś na matmie mieliśmy funkcje. Pasjonujące. - Lew się skrzywił. -
Rozmyślałem o Wall.em. Szekspir mógłby się uczyć od scenarzystów.
Galeria psychologicznych archetypów...
- "Galeria psychologicznych archetypów"? I ty się dziwisz, że nie masz
kolegów, koleżanek ani nikogo w tym rodzaju, o dziewczynie nie
wspominając? Chociaż nie, wspomnijmy: ty je odstraszasz, płoszysz! Jeśli
będziesz używał sformułowań w rodzaju "karykaturalny system edukacyjny",
masz szanse tylko u intelektualistek. A jaki procent populacji ludności
w Polsce stanowią intelektualistki?
- Wiesz co, Mańka? Nie mogę słuchać twoich rad w kwestiach sercowych. To
jakby słuchać bezdomnego, jak zostać milionerem. A tak na marginesie,
nie szukam dziewczyny. Życie singla bardzo mi odpowiada.
- Na pewno - mruknęła Marianna.
- Wiesz, ostatnio obejrzałem sobie po raz kolejny Śpiącą. To jest coś!
Karykatury ojców, jeden gorszy od drugiego, i wszyscy to kupujemy, bo
wszyscy rozumiemy, że jak gdzieś są rodzice, to zawsze porąbani. Tylko
Kodi ma matkę w normie, ale może dlatego, że widzimy jedynie jej łydki?
Jak myślisz, jest na świecie chociaż jedna osoba, która ma normalnych
starych?
- Wątpię. Owszem, bywają normalni ludzie, ale raczej nie zostają
rodzicami. Nikt normalny nie zdecydowałby się na posiadanie dzieci. W każdym razie ja o takim przypadku nie słyszałam.
- Z tym że my mamy najgorzej ze wszystkich.
- Bluźnisz.
- Wiem.
- Jak ja nie lubię piątków. W piątek jakoś zawsze bardziej widać, że nie
ma żadnych przyjaciół. Zobacz, kobieta z fioletowymi włosami.
- Ten kolor to mahoń - powiedział Lew beznamiętnie. - Albo ojciec
Arielki. Jak byłem młodszy, myślałem, że to furiat.
- A teraz co myślisz? Że to spokojny sangwinik?
- Że to straszny furiat. Niebezpieczny. Powinno mu się odebrać prawa
rodzicielskie. Idziemy. Wątroba też mi zmarzła.
Lew otworzył drzwi na pachnącą nowością klatkę schodową i przytrzymał
je, żeby siostra weszła.
*
- Lewku, dlaczego ty tak grzebiesz w tym talerzu?
- Wyobraża sobie, że to gołąbki z mrożonki.
- Nie miałam czasu, przepraszam.
- Czy ja coś mówię? Czy ja narzekam?
- Wpędzasz mnie w poczucie winy tym grzebaniem - powiedziała mama.
- A to już twój problem. Ja bez podtekstu sobie grzebię, to ty robisz
projekcję. - Lew poskrobał po talerzu, zamoczył wczorajszy chleb w resztkach barszczu. - Beznadziejny ten barszcz - mruknął cicho.
- Nie smakuje ci? - zapytała z troską mama.
- Bardzo mi smakuje. Jestem nieludzko głodny i zjadłbym nawet emaliowaną
miednicę. Mówię tylko, że jest beznadziejny. - Pożuł przez chwilę,
przełknął i zwrócił się do siostry: - A teraz z okazji piątku obejrzę
sobie Pioruna.
- A lekcji jakichś nie macie? - zainteresowała się mama.
- Nie zając - rzuciła Marianna.
- Też prawda. Mnie zawsze szkoda było piątku na lekcje. No, lecę do
roboty. - Mama jednym haustem dopiła kawę i wstała od stołu. - Wstawcie
naczynia do zmywarki.
- Z góry mówię, na mnie nie liczcie. Nie mam serca ich ładować do
zmywarki. Nie dość, że są brudne, to jeszcze zamykać je w ciemnicy?
Niech sobie postoją na blacie i popatrzą na świat - powiedziała Marianna
całkiem serio.
*
Było piątkowe mokre popołudnie, pierwszy dzień prawdziwej jesieni.
Zaczynał się weekend. Matki biegały na spotkania z koleżankami, a potem
z poczuciem winy wracały do domów, gdzie gotowały, żeby chociaż w sobotę
rodzina dostała jakąś normalną, mało przetworzoną żywność. Ojcowie
zalegali przed telewizorem albo uciekali na ryby czy mecz lub oddawali
się innym zajęciom, które miały usprawiedliwić ich brak zainteresowania
rodziną.
Z Henselami było inaczej - zaczynali najintensywniejszy czas w tygodniu.
Piątek to najlepszy dzień dla wróżki Sylwany, a dla ojca ostateczny
termin, żeby przygotować nagłośnienie, zadzwonić do Murzyna, spisać
repertuar na jutrzejsze wesele i załatwić telefonicznie resztę spraw.
Weekend w rodzinie Henselów to czas laby dla młodzieży, a dla rodziców
czas zarabiania pieniędzy.
*
Anna od najmłodszych lat była kierunkowana przez rodzinę, żeby wybrać
zawód solidny i cieszący się uznaniem społecznym. Jej mama była
stomatolożką, a ojciec architektem. Rodzice nie mówili tego głośno, ale
uważali, że byłoby najlepiej, gdyby Anna została stomatolożką lub
architektką. Deska kreślarska stałaby się rodzinnym fetyszem, gdyby
przeszła na młode pokolenie, nie wspominając już o wyposażeniu gabinetu.
Anna rozważała oba te kierunki. Kłopot polegał na tym, że była dobra i z przedmiotów humanistycznych, i matematyczno-przyrodniczych, dostałaby
się więc zarówno na medycynę, jak i na politechnikę. W końcu jednak
wybrała psychologię, bo na ten wydział zdawał Jacek, kolega z klasy,
który w owym czasie szalenie jej się podobał. Perspektywa obcowania z nim przez pięć lat wydawała jej się wprost oszałamiająca.
Spotkali się dwukrotnie, żeby razem się pouczyć. Anna była przerażona
wizją, że Jacek naocznie się przekona, jaka jest mało zdolna. W noc
przed ich spotkaniem wkuła więc cały dział o glonach. Miała wory pod
oczami, ale Jacek nie zwrócił na to uwagi. Uderzyły go natomiast
bystrość umysłu i nieprawdopodobna wprost pamięć koleżanki. To pierwsze
"glonowe" spotkanie nie poprawiło mu humoru.
Anna skromnie spuściła oczy i na następne spotkanie, nie mogąc już
pozwolić sobie na wypadnięcie z roli osoby obdarzonej świetną pamięcią,
wkuła na pamięć oświecenie. Kiedy się spotkali, od niechcenia
wyrecytowała kilka bajek Krasickiego. Jacek wyznał, że ich liceum to
paskudne miejsce, skoro osoby tak piekielnie zdolne jak Anka nie były
prymusami, i dziwił się, że wcześniej nie zwrócił na nią uwagi. Do
trzeciego spotkania już jednak nie doszło. Owszem, ustalili terminy i tematy następnych spotkań, ale w ostatniej chwili Jackowi zawsze coś
nagle wypadało. Ponieważ jednak jego zachwyty brzmiały szczerze, Anna,
mocno zadurzona, karmiąc się charakterystycznymi dla tego stanu ducha
mrzonkami, nie widziała, że Jacek ją zwodzi. Była pewna, że naprawdę
czuje się niewyraźnie, że babcia do niego przyjechała, że pękła mu rura
pod zlewem, więc kuła zawzięcie, wiedząc, że gdy tylko on upora się z przeciwnościami losu, znów się spotkają i musi być wtedy przygotowana.
W ten sposób na nauce (Anna) i zwodzeniu koleżanki (Jacek) dotoczyli się
do egzaminów. Anna przyszła na nie uskrzydlona. Była podekscytowana
perspektywą, że już od października będą przez pięć lat siedzieć ramię w ramię, wyjeżdżać na obozy naukowe, uczestniczyć w tych samych imprezach
i seminariach, a w okolicach trzeciego roku pobiorą się i będą mieli
śliczne jak Jacek i pracowite jak ona dzieci.
Jak powszechnie wiadomo, żeby odnieść sukces w jakimkolwiek obszarze
życia, należy mieć silną motywację. Anna ją miała - jeśli chciała, aby
jej plany się ziściły, musiała się dostać na psychologię. A skoro
musiała - dostała się.
W tym samym czasie Jacek przechodził kryzys graniczący z załamaniem
nerwowym. Zrozumiał, jaki jest niezdolny i ograniczony umysłowo. Anna
wytrąciła go z równowagi. Zdawał więc egzaminy w kiepskim stanie ducha,
a ponieważ nie był przesadnie pracowity i nie miał dostatecznie solidnej
bazy naukowej, nerwy i luki w wiedzy doprowadziły do oczywistego skutku
- nie dostał się.
Ponieważ było to w czasach przedkomputerowo-przedkomórkowych, listy
przyjętych, czyli kartki z wypisanymi na maszynie nazwiskami, po prostu
wywieszało się na drzwiach uczelni.
Anna przyjechała, gdy tłumek przed wydziałem był gęsty jak smoła, i nie
miała żadnych szans, żeby przebić się do listy.
Nagle zobaczyła Jacka. Rozpromieniła się na jego widok, a on zaczął się
przepychać w jej stronę.
- Ty się dostałaś - powiedział tylko i zniknął w tłumie.
Od tego czasu Anna przez wiele lat go nie widziała.
Jacek nie odezwał się więcej do Anny, nie przychodził również na
spotkania klasowe, nie oddał Mariuszowi płyty Republiki i nie
skontaktował się z Wesołkiem, chociaż mieli jechać razem w Tatry.
Anna była załamana. Jedyny motyw wyboru psychologii zniknął. Pogrążona w niespełnionej miłości, nie uczestniczyła w życiu studenckim. Jedyną
rzeczą, jaka potrafiła zająć skutecznie jej myśli, była nauka. Przy
okazji tego, wydawałoby się, tępego kucia, zdobyła sporą rzetelną
wiedzę.
Ocknęła się na początku trzeciego roku. Dowiedziała się przypadkiem, że
Jacek dostał się na psychologię za trzecim razem, ale nie w Warszawie,
tylko w Krakowie. Dopiero wtedy, być może dzięki wiedzy psychologicznej,
którą już zdobyła, Anna zrozumiała, co zaszło. W pierwszym odruchu -
rozumiejąc, jak bardzo zraniła jego miłość własną - chciała jechać do
Krakowa i wyjaśnić mu, że wcale nie jest taka bystra. Po chwili jednak
pomyślała, że nie ma sensu zawracać sobie głowy facetem nie tylko
niezbyt pracowitym, lecz także słabym psychicznie. Rozejrzała się wokół
siebie i zobaczyła, że ma w grupie kilka bardzo interesujących,
przesympatycznych osób.
W tym samym czasie jedna z jej koleżanek wdała się w romans z asystentem
z katedry psychologii rozwojowej. Specjalizujący się w psychologii
twórczości doktorant miał żonę i bliźnięta, koleżanka jednak za nic w świecie nie przyjmowała tego do wiadomości. Wszyscy w grupie radzili
jej, jak mogli, tłumaczyli, szykanowali ją i błagali - a ona nic.
Wiadomo - zakochanych nie przekona się do rzeczy, do których nie chcą
się przekonać.
Inna koleżanka z ich grupy opowiadała o swojej ciotce, kobiecie
wykształconej, szanowanej i silnej, która była ordynatorką ginekologii w jednym z warszawskich szpitali. Owa ciotka uzależniła się od wróżki.
Cokolwiek tamta powiedziała, było święte. Ordynatorka pytała wróżkę, czy
powinna przemalować pokój, czy pozwolić córce jechać na staż do Francji,
czy zatrudnić nową stażystkę, czy przyjąć cykl wykładów w USA. Pytała ją
o wszystko, a wyroki wróżki były niepodważalne. Mąż i dzieci skierowali
lekarkę na terapię uzależnień, ale ona najpierw poszła do wróżki
zapytać, czy powinna na taką terapię pójść. Mając dość irracjonalnego
zachowania żony i matki, bliscy wpadli na szatański pomysł i dogadali
się z wróżką. To było podejrzane etycznie, ale w tamtym momencie jedyne
możliwe rozwiązanie. Rodzina wpadała do wróżki, podrzucając jej spis
rzeczy, które ma ich żonie i matce powiedzieć, żeby dom mógł
funkcjonować normalnie. Wróżka przekazuje to pani ordynatorce, a ona
zgodnie z tym postępuje i wszyscy są szczęśliwi.
W grupie wywiązała się burzliwa dyskusja na temat etycznych aspektów tej
sytuacji. Studenci zgodnie ustalili, że to skandal i że "takie właśnie
te wróżki są". Anna natomiast skupiła się na innym aspekcie tej
historii. Uświadomiła sobie, że wróżka dociera tam, gdzie nie dotrze
żaden terapeuta, choćby nie wiadomo jak utytułowany. Olśniło ją, jaką
potężną moc oddziaływania ma wróżka.
Koleżanka od asystenta właśnie robiła ukochanemu awanturę o to, że on
musi kupić paracetamol dla bliźniąt, podczas gdy jej to nic nie
obchodzi. Ona tu stoi, czeka i żąda.
Annie wpadła kiedyś w ręce broszurka o chiromancji. Pobiegła do domu,
odnalazła ją i przestudiowała z właściwą sobie skrupulatnością.
Uzbrojona w stosowny ezoteryczny żargon pojechała na uczelnię. Zupełnie
od niechcenia bąknęła, że od lat para się wróżbiarstwem, obejrzała
wewnętrzną stronę dłoni koleżanki od asystenta i ze śmiertelnie poważnym
wyrazem twarzy oświadczyła, że miłość jej życia pojawi się dopiero za
pół roku, a ten, który teraz się nią interesuje, nigdy nie opuści
kobiety, którą Anna tu, na wzgórku Jowisza, wyraźnie widzi. Bała się, że
trochę przesadziła, koleżanka jednak pożegnała asystenta w trybie
natychmiastowym i zaznaczyła w kalendarzu, kiedy ma się zjawić jej
ukochany.
Niech nikt nie myśli, że była to jakaś głupia dziewczyna. Wręcz
przeciwnie - otrzymywała stypendium naukowe, była wolontariuszką w hospicjum dla dzieci, a z wymiany we Francji przywiozła pracę badawczą.
Była więc pod każdym względem mądra. Pod każdym poza miłością, ale w tym
obszarze, jak wiemy, mądrych nie ma.
Jeszcze tego samego popołudnia wpadła do Anny z prośbą o poradę inna
koleżanka z grupy. Miała chłopaka, studenta architektury, i chciała się
dowiedzieć, czy ciągnięcie tego związku ma sens. Anna usiłowała
wytłumaczyć koleżance, że nie może jej nic radzić, bo nie ma w tym
kierunku żadnych kwalifikacji. Koleżanka się rozpłakała i oświadczyła,
że chłopak trzy razy ją uderzył. On po prostu jest nerwowy, a ona zawsze
go czymś niepotrzebnie zirytuje.
Anna popukała się w głowę i obcesowo powiedziała, że trzeba natychmiast
sadystę rzucić. Rada ta spłynęła jednak po koleżance jak woda po kaczce.
Wtedy Anna ujęła dłoń tej dziewczyny. Chwilę się w nią wpatrywała. Potem
oznajmiła, że widzi tu miłość z jej strony, wielkie serce i to, że chce
być kochana, że jest w jej życiu ktoś, kto ma analityczny umysł.
Koleżanka kiwała głową, dziwiąc się, że na jej własnej dłoni wszystko
tak dokładnie widać. Potem Anna - powolutku, klucząc jak to w ezoteryce
- dostrzegła wyraźne linie, które jednoznacznie mówiły, że jeśli
koleżanka nie przerwie tego związku, to czeka ją ciężkie uszkodzenie
ciała. Z właścicielem analitycznego umysłu będzie miała dwie córeczki,
które zostaną przez ojca pobite... A poza tym, pozostając w tym toksycznym
związku, nie zauważa, że wokół niej przez cały czas krąży szaleńczo
zakochany w niej chłopak.
Po wyprostowaniu swojego życia i zakończeniu związku z nerwowym
studentem architektury, który, co było do przewidzenia, nie chciał tak
łatwo wypuścić ze swych szponów naiwnej zdobyczy, owa koleżanka
opowiedziała, komu tylko mogła, o niezwykłym wróżbiarskim darze Anny.
Kupienie kart do tarota i nauczenie się na pamięć kilku książek o numerologii było oczywistym następstwem tych wydarzeń. Na piątym roku
Anna nie mogła się wręcz opędzić od klientów. Wiedziała już wtedy, że
ludziom można pomagać na różne sposoby.
Anna Hensel była więc zawodową wróżką. Po studiach zrobiła doktorat z psychologii, gdyż nigdy nie wyzbyła się nawyku poszerzania wiedzy.
Ściśle współpracowała z różnymi terapeutami, psychologami, lekarzami i prawnikami, a zwłaszcza z psychologiem Jackiem S., absolwentem
Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po latach milczenia uregulowali
młodzieńcze emocje, zaprzyjaźnili się i owocnie współpracowali.
Anna nie była obdarzona szczególną charyzmą, co jest pożądane w tym
fachu, dlatego pewności siebie dodawała sobie, robiąc ostry makijaż,
nosząc różnokolorowe treski i używając wymyślonej przez siebie
kompozycji perfum. No i zawsze miała na sobie wspaniały fioletowy szal.
Ponieważ nastawiała się na długie rozmowy z klientem i profesjonalne
poradnictwo w wielu obszarach, miała szalone powodzenie i co za tym
idzie cierpiała na chroniczny brak czasu. Najwięcej osób przychodziło z problemami sercowymi, bo one, jak wszyscy wiemy, są nie tylko
najważniejsze, lecz także stanowią zawsze największą niewiadomą.
*
Kiedy Lew dorósł na tyle, że zrozumiał, iż nie jest Tomkiem, Michałkiem,
Krzysiem, Pawełkiem czy Dominikiem, gdy już zawsze i przez wszystkich
był nazywany Zwierzakiem, gdy nawet koleżanki z klasy mówiły:
"Zwierzaczku, podasz mi, co ci wyszło w czwartym zadaniu?", postanowił
przeprowadzić śledztwo i wykryć sprawcę tego stanu rzeczy. Zabrał się do
pracy metodycznie. Do dziś istnieje kartka, na której sześcioletni Lew
zapisał:
- Mama
- Tata
- Marianna
- Babcia
- Dziadek
- Wujek Murzyn
Marianna została wykreślona, ponieważ w dniu narodzin brata była
osobnikiem chodzącym raczej nieporadnie oraz niemówiącym, mimo wieku
trzech lat, ani jednego słowa. Śledztwo zaczął więc od mamy. Zadał jej
kilka podchwytliwych w jego pojęciu pytań w stylu: "Kto mnie tak
nazwał?". Mama wykręciła się, mówiąc, że gdy go urodziła, cierpiała na
ostrą depresję poporodową. Kiedy jej przeszło, Lew miał sześć tygodni i był uroczym bobaskiem.
Od ojca uzyskał mniej więcej to samo, czyli odpowiedź nie na temat. Jak
za każdym razem, gdy miał ku temu okazję, ojciec z przyjemnością
wyjaśnił, że syn był bezpośrednią przyczyną ich powtórnego małżeństwa, o czym Lew doskonale wiedział. Ojciec pamiętał, że po narodzinach syna
Anna miała ostrą depresję poporodową. Płakała i żądała, by jak
najszybciej dostarczyć jej truciznę. Najpierw wszyscy się tym bardzo
przejęli, ale gdy położna powiedziała, że to zwyczajna depresja
poporodowa, przestali brać sobie do serca te napady płaczu. Nie mogąc
otrzymać trucizny, Anna przypomniała sobie, że migdały zawierają śladowe
ilości cyjanków. Postanowiła więc zabić się za pomocą migdałów. Jadła je
w ilościach hurtowych, karmiła Lwa piersią i czekała na śmierć. Nie była
świadoma tego, że musiałaby ich zjeść bardzo dużo na raz, ani tego, że
jej syn przez całe życie będzie uzależniony od smaku migdałów. Ojciec
pamiętał, że gdy rejestrował syna w urzędzie, miał na kartce zapisane
drukowanymi literami imię "Lew".
Kto mu dał tę kartkę?
- Za diabła sobie nie przypomnę.
Babcia powiedziała, że nic o żadnej kartce nie wie. Marianna miała
anginę i babcia nie odchodziła od jej łóżeczka. Dziadek natomiast
objaśnił Lwu z całą powagą, że to on wymyślił to imię - sam poszedł i wnuka zarejestrował, co doskonale pamięta. To on wymyślił imię Andrzej
po swoim pradziadku Eligiuszu.
Reszta podejrzanych, czyli Murzyn i pozostali koledzy ojca z zespołu,
wyparła się jakiegokolwiek związku ze sprawą. Nikt nie poczuwał się do
wymyślenia tego imienia. Gdyby Lew lubił swoje imię, każdy by się
chwalił, że to on jest pomysłodawcą. Wiadomo, sukces ma wielu ojców, a porażka zawsze jest sierotą. Kto zatem sprawił, że Lew był Lwem? Nie
dało się tego ustalić. Wszyscy pamiętali maminą depresję, migdały,
obustronną anginę Marianny, ale tego nie pamiętał nikt.
Lew uznał, że nie dojdzie prawdy, ale podjudził Mariannę, żeby w sprawie
swojego imienia przeprowadziła podobne śledztwo. Ponieważ Marianna
uwielbiała swoje imię, dowiedziała się, co następuje:
To mama wybrała jej imię, albowiem zawsze jej się podobało.
To ojciec od zawsze chciał tak nazwać córkę, gdyż w szkole podstawowej
kochał się w Mariannie Ochnio, nauczycielce chemii.
Babcia tak ją nazwała po swojej zmarłej szkolnej przyjaciółce.
Imię wymyślił dziadek, bo zawsze się interesował buddyzmem.
Murzyn zaproponował to imię; już nie pamięta dlaczego, ale pamięta, że
na pewno on je wyszukał. Jako niepodważalny argument podawał, że był
przecież świadkiem na obu ślubach rodziców, a to chyba o czymś świadczy.
Przy okazji warto wspomnieć, że odpowiedzi dziadka zostały potraktowane
jako żart. Wtedy bowiem nikt jeszcze nie wiedział, że to nie żarty,
tylko coś zupełnie innego.
*
Od siedemnastego lipca do trzeciego sierpnia Marianna była na obozie w Węgorzewie. Był to bardzo udany wyjazd. Kadrę i uczestników zintegrowały
beznadziejne warunki lokalowe. Pogoda też nie dopisała, więc całe dnie
spędzali na graniu w brydża, gadaniu, narzekaniu i zbiorowym obgadywaniu
dwóch par, które się na obozie utworzyły, a potem przez cały czas
sprzeczały, co dostarczało wszystkim cudownych tematów do rozmów.
Termin spotkania poobozowego ustalili jeszcze w Węgorzewie.
Marianna ze łzami w oczach żegnała się z obozowiczami, przekonana, że
wszyscy bardzo się zżyli i że na pewno już zawsze będzie ich łączyć
przyjaźń. Potem jednak jakoś nikt do nikogo nie dzwonił, a na spotkanie
przyszło raptem sześć osób. Mimo wszystko fajnie było zobaczyć ludzi -
niby tych samych, a jednak gdy mają umyte włosy i wyprasowane koszule,
są kompletnie inni, jakby się za kogoś poprzebierali.
Spotkanie trwało półtorej godziny. Wymienili się zdjęciami i powspominali, jak Jarek w ubraniu wszedł pod prysznic, Monika zgubiła w jeżynach kalosz, a na korytarzu był szczur, który zamiast agresji
wzbudził ich zachwyt, gdy beztrosko, nie reagując na ich obecność,
czyścił sobie ogonek. Jednak absolutnym hitem tego spotkania była
opowieść Marzeny, najmłodszej z wychowawczyń. Sześć osób stanowiło na
tyle małą grupę, że Marzena zdecydowała się opowiedzieć im swoją
historię. Otóż dwa lata temu, będąc na pierwszym roku studiów, zamiast
chłopakowi przez pomyłkę wysłała własnemu ojcu wiadomość następującej
treści:
Alarm odwołany. Mam okres.
Po chwili dostała odpowiedź:
Widzisz, Żabko, i nie było się czym martwić. Kocham Cię ponad
wszystko.
Chwilę ją to zastanowiło, bo chłopak nigdy do niej nie mówił "Żabko", a i do wyznań esemesowych jak do tej pory zdecydowanie się nie kwapił.
Wszystko bardzo spokojnie przemyślała i uznała, że chłopak pisał to nie
do niej i jest jakaś inna Żabka w jego życiu. Zadzwoniła więc do niego z awanturą i pretensjami. Kilka minut zajęło im ustalenie, że on żadnego
esemesa nie dostał, nie mógł zatem na niego odpowiedzieć. Marzena
dopiero wtedy sprawdziła, do kogo wysłała wiadomość. Najpierw zrobiło
jej się strasznie głupio, a potem odczuła dumę, że ma takiego fajnego
tatę. Jedno było tylko niepokojące - on również nigdy nie zwracał się do
Marzeny "Żabko", ale cóż, może po prostu umiał się znaleźć i jeszcze
błysnął niebanalnym żartem.
Prawda była jednak inna. Jej ojciec został ojcem dziecka Żabki, a Żabka,
zanim upłynęło sześć miesięcy, została macochą Marzeny, ponieważ jak się
okazało, ojciec ponad wszystko kochał właśnie Żabkę. Marzena opowiadała
tę historię lekko, dowcipnie, z taką swadą, że aż trudno było uwierzyć,
że mówi o rozpadzie własnej rodziny i o wiarołomstwie rodzonego ojca. A może tylko zmyślała? Tego Mariannie nie udało się ustalić.
Zaczęli rozmawiać o tym, że teraz ludzie często się rozwodzą. Wszyscy
byli zgodni, że jest to konsekwencja dobrobytu, braku wojny i wzrostu
stopy życiowej. Właśnie wdawali się w buńczuczne rozważania, jak dobra w skutkach byłaby jakaś wojna, gdy zjawił się Tomek.
Tomek był synem wychowawczyni grupy, w której była Marianna, a teraz
przyjechał, żeby odwieźć mamę do domu. Marianna widziała go na dworcu,
gdy odjeżdżali i gdy przyjeżdżali. Z opowiadań jego mamy wiedziała, że
jest spokojny, miły, mądry, oczytany, dobrze rokuje, że jest niezwykle
wierny i stały w uczuciach. Interesuje się muzyką i studiuje prawo, ale
kiedy był mały, chciał zostać strażakiem. Osobiście rozniecał ogień,
gdzie się dało, a następnie bohatersko go gasił. Teraz wyrósł i już nie
chce być strażakiem.
Wizja zabawienia się w swatkę bardzo mamie Tomka odpowiadała. Poprosiła
syna, żeby wpadł i poznał tę "miłą, mądrą, oczytaną, wesołą, opiekuńczą,
inteligentną, zaradną i gospodarną (z czego wnosiła to ostatnie
przekonanie, trudno stwierdzić) dziewczynę z obozu".
Marianna odwróciła się i zobaczyła Tomka. Stał w drzwiach i gapił się
prosto na nią.
- Cześć! Chodź do nas - powiedziała po prostu, a chłopak rozpromienił
się, jakby mu oświadczyła, że ma dla niego co najmniej złotą rybkę.
Marianna w żadnym razie nie interesowała się przesadnie sprawami
damsko-męskimi, ale była już w maturalnej klasie i uważała, że
przydałoby jej się jakieś męskie towarzystwo. Tomek nie powalił jej na
kolana, była już jednak za duża, żeby wierzyć w rażenie piorunem czy
strzałą Kupidyna. Pogadali o wszystkim i o niczym, a gdy już mieli się
zbierać, mama Tomka znikła w łazience, przy stoliku z resztkami
wysokokalorycznych przekąsek zapadła zaś cisza.
- Przepraszam, że tak obcesowo zagajam, ale... - Tomek zdecydował się
wykorzystać nieobecność matki. - Czy nie będziesz miała nic przeciwko
temu, żebym się do ciebie odezwał?
- Właśnie się odzywasz - powiedziała Marianna zadowolona ze swojej
celnej riposty.
- ...ale w sieci...
- A! Jasne. Zapisz sobie mój e-mail.
Zapisał. Numer telefonu też.
- Marianno, odwieziemy cię - oświadczyła pani Marta, a kiedy ruszyli,
zaprosiła ją na herbatę.
Żadne kurtuazyjne protesty na nic się nie zdały.
Marianna dostała herbatę z konfiturami z płatków róży i trzeci tego dnia
sernik. Tuż potem pani Marta ich przeprosiła, bo pilnie musiała
zadzwonić. Zostawiła ich na minutkę i nie było jej z pół godziny.
Uwagę Marianny zwróciło stojące w pokoju Tomka akwarium z wielkim gurami
i jeszcze większym skalarem, a akwarium wcale nie było ogromne.
Dodatkowo wypełniało je tyle roślin, że biedny skalar skazany był na
przebywanie tylko w jednej części. Marianna miała blade pojęcia o akwarystyce, ale to, że ryby się męczą, widać było gołym okiem.
Delikatnie zapytała, czy nie za dużo tu roślin. Tomek potwierdził. Wtedy
odważyła się, najsubtelniej, jak tylko umiała, wspomnieć, że skalar
bardzo się męczy. Tomek natychmiast obiecał, że się tym zajmie, i jeszcze podziękował, że mu na to zwróciła uwagę. Bardzo się to Mariannie
spodobało.