Niewzruszenie. Tom 11 - Ewa Nowak

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (27,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Zaczęło kro­pić i gdyby Marianna była roz­sądna, przy­spie­szy­łaby, żeby dojść do domu, zanim się na dobre roz­pada. Ponie­waż jed­nak nie była roz­sądna, a może nawet była wręcz nieroz­sądna, naj­pierw zwol­niła, a następ­nie usia­dła na łań­cu­chu łączą­cym dwa z wielu słup­ków, które oka­lały lasek na skrzy­żo­wa­niu Odkry­tej i Mar­cina z Wro­ci­mo­wic. Łań­cuch był nie­sta­bilny i wbi­jał się w pośladki, ale posta­no­wiła zigno­ro­wać tę nie­do­god­ność. Zadarła głowę, łapiąc do ust kro­ple desz­czu.

Nie miała żad­nych kło­po­tów, nikt jej nic złego nie zro­bił, nikt nie doku­czył, nie zła­mał serca, nie skrzyw­dził. Wszystko było w nor­mie, od kilku jed­nak dni ta nor­mal­ność dziw­nie jej cią­żyła. Sama nie wie­działa, o co jej cho­dzi, ale naraz wszystko prze­stało jej się podo­bać.

- Zmok­niesz. - Lew wła­śnie wra­cał do domu.

- Sia­daj, kon­tem­pluj deszcz i mów, co u cie­bie.

- Nic. Jutro odbie­ram kota.

- Bar­dzo dobrze.

Zamil­kli. Sie­dzieli na dwóch sąsied­nich łań­cu­chach i bujali się lekko. W końcu byli tu po to, żeby mok­nąć, a nie gadać.

Wresz­cie ode­zwał się Lew:

- W co ci naj­bar­dziej zimno?

- W żyłę wrotną. A tobie?

- W zastawkę mitralną. Śle­dziona też mi zmar­zła. Idziemy. Jest w domu coś do jedze­nia?

- Resztki resz­tek, wczo­raj­szy chleb i sos po zra­zach. W naj­lep­szym razie po pół zra­zika, jeśli rano ojciec nie zjadł.

- Mniej jesz, dłu­żej żyjesz - powie­dział spo­koj­nie Lew.

- Tylko w cen­tral­nej Afryce raczej z tym hasłem nie wyska­kuj, dobrze ci radzę.

- Możemy już iść?

- Możemy.

- To dla­czego nie idziemy?

- Nie wiem, nie jestem wróżką - powie­działa poważ­nie i na­dal nie wsta­wała.

Po chwili ruszyli jed­nak w stronę domu.

- Dziś na mat­mie mie­li­śmy funk­cje. Pasjo­nu­jące. - Lew się skrzy­wił. - Roz­my­śla­łem o Wall.em. Szek­spir mógłby się uczyć od sce­na­rzy­stów. Gale­ria psy­cho­lo­gicz­nych arche­ty­pów...

- "Gale­ria psy­cho­lo­gicz­nych arche­ty­pów"? I ty się dzi­wisz, że nie masz kole­gów, kole­ża­nek ani nikogo w tym rodzaju, o dziew­czy­nie nie wspo­mi­na­jąc? Cho­ciaż nie, wspo­mnijmy: ty je odstra­szasz, pło­szysz! Jeśli będziesz uży­wał sfor­mu­ło­wań w rodzaju "kary­ka­tu­ralny sys­tem edu­ka­cyjny", masz szanse tylko u inte­lek­tu­ali­stek. A jaki pro­cent popu­la­cji lud­no­ści w Pol­sce sta­no­wią inte­lek­tu­alistki?

- Wiesz co, Mańka? Nie mogę słu­chać two­ich rad w kwe­stiach ser­co­wych. To jakby słu­chać bez­dom­nego, jak zostać milio­ne­rem. A tak na mar­gi­ne­sie, nie szu­kam dziew­czyny. Życie sin­gla bar­dzo mi odpo­wiada.

- Na pewno - mruk­nęła Marianna.

- Wiesz, ostat­nio obej­rza­łem sobie po raz kolejny Śpiącą. To jest coś! Kary­ka­tury ojców, jeden gor­szy od dru­giego, i wszy­scy to kupu­jemy, bo wszy­scy rozu­miemy, że jak gdzieś są rodzice, to zawsze porą­bani. Tylko Kodi ma matkę w nor­mie, ale może dla­tego, że widzimy jedy­nie jej łydki? Jak myślisz, jest na świe­cie cho­ciaż jedna osoba, która ma nor­mal­nych sta­rych?

- Wąt­pię. Ow­szem, bywają nor­malni ludzie, ale raczej nie zostają rodzi­cami. Nikt nor­malny nie zde­cy­do­wałby się na posia­da­nie dzieci. W każ­dym razie ja o takim przy­padku nie sły­sza­łam.

- Z tym że my mamy naj­go­rzej ze wszyst­kich.

- Bluź­nisz.

- Wiem.

- Jak ja nie lubię piąt­ków. W pią­tek jakoś zawsze bar­dziej widać, że nie ma żad­nych przy­ja­ciół. Zobacz, kobieta z fio­le­to­wymi wło­sami.

- Ten kolor to mahoń - powie­dział Lew bez­na­mięt­nie. - Albo ojciec Arielki. Jak byłem młod­szy, myśla­łem, że to furiat.

- A teraz co myślisz? Że to spo­kojny san­gwi­nik?

- Że to straszny furiat. Nie­bez­pieczny. Powinno mu się ode­brać prawa rodzi­ciel­skie. Idziemy. Wątroba też mi zmar­zła.

Lew otwo­rzył drzwi na pach­nącą nowo­ścią klatkę scho­dową i przy­trzy­mał je, żeby sio­stra weszła.

*

- Lewku, dla­czego ty tak grze­biesz w tym tale­rzu?

- Wyobraża sobie, że to gołąbki z mro­żonki.

- Nie mia­łam czasu, prze­pra­szam.

- Czy ja coś mówię? Czy ja narze­kam?

- Wpę­dzasz mnie w poczu­cie winy tym grze­ba­niem - powie­działa mama.

- A to już twój pro­blem. Ja bez pod­tek­stu sobie grze­bię, to ty robisz pro­jek­cję. - Lew poskro­bał po tale­rzu, zamo­czył wczo­raj­szy chleb w reszt­kach barsz­czu. - Bez­na­dziejny ten barszcz - mruk­nął cicho.

- Nie sma­kuje ci? - zapy­tała z tro­ską mama.

- Bar­dzo mi sma­kuje. Jestem nie­ludzko głodny i zjadł­bym nawet ema­lio­waną mied­nicę. Mówię tylko, że jest bez­na­dziejny. - Pożuł przez chwilę, prze­łknął i zwró­cił się do sio­stry: - A teraz z oka­zji piątku obej­rzę sobie Pio­runa.

- A lek­cji jakichś nie macie? - zain­te­re­so­wała się mama.

- Nie zając - rzu­ciła Marianna.

- Też prawda. Mnie zawsze szkoda było piątku na lek­cje. No, lecę do roboty. - Mama jed­nym hau­stem dopiła kawę i wstała od stołu. - Wstaw­cie naczy­nia do zmy­warki.

- Z góry mówię, na mnie nie licz­cie. Nie mam serca ich łado­wać do zmy­warki. Nie dość, że są brudne, to jesz­cze zamy­kać je w ciem­nicy? Niech sobie postoją na bla­cie i popa­trzą na świat - powie­działa Marianna cał­kiem serio.

*

Było piąt­kowe mokre popo­łu­dnie, pierw­szy dzień praw­dzi­wej jesieni. Zaczy­nał się week­end. Matki bie­gały na spo­tka­nia z kole­żan­kami, a potem z poczu­ciem winy wra­cały do domów, gdzie goto­wały, żeby cho­ciaż w sobotę rodzina dostała jakąś nor­malną, mało prze­two­rzoną żyw­ność. Ojco­wie zale­gali przed tele­wi­zo­rem albo ucie­kali na ryby czy mecz lub odda­wali się innym zaję­ciom, które miały uspra­wie­dli­wić ich brak zain­te­re­so­wa­nia rodziną.

Z Hen­se­lami było ina­czej - zaczy­nali naj­in­ten­syw­niej­szy czas w tygo­dniu. Pią­tek to naj­lep­szy dzień dla wróżki Syl­wany, a dla ojca osta­teczny ter­min, żeby przy­go­to­wać nagło­śnie­nie, zadzwo­nić do Murzyna, spi­sać reper­tuar na jutrzej­sze wesele i zała­twić tele­fo­nicz­nie resztę spraw. Week­end w rodzi­nie Hen­se­lów to czas laby dla mło­dzieży, a dla rodzi­ców czas zara­bia­nia pie­nię­dzy.

*

Anna od naj­młod­szych lat była kie­run­ko­wana przez rodzinę, żeby wybrać zawód solidny i cie­szący się uzna­niem spo­łecz­nym. Jej mama była sto­ma­to­lożką, a ojciec archi­tek­tem. Rodzice nie mówili tego gło­śno, ale uwa­żali, że byłoby naj­le­piej, gdyby Anna została sto­ma­to­lożką lub archi­tektką. Deska kre­ślar­ska sta­łaby się rodzin­nym fety­szem, gdyby prze­szła na młode poko­le­nie, nie wspo­mi­na­jąc już o wypo­sa­że­niu gabi­netu. Anna roz­wa­żała oba te kie­runki. Kło­pot pole­gał na tym, że była dobra i z przed­mio­tów huma­ni­stycz­nych, i mate­ma­tyczno-przy­rod­ni­czych, dosta­łaby się więc zarówno na medy­cynę, jak i na poli­tech­nikę. W końcu jed­nak wybrała psy­cho­lo­gię, bo na ten wydział zda­wał Jacek, kolega z klasy, który w owym cza­sie sza­le­nie jej się podo­bał. Per­spek­tywa obco­wa­nia z nim przez pięć lat wyda­wała jej się wprost osza­ła­mia­jąca.

Spo­tkali się dwu­krot­nie, żeby razem się pouczyć. Anna była prze­ra­żona wizją, że Jacek naocz­nie się prze­kona, jaka jest mało zdolna. W noc przed ich spo­tka­niem wkuła więc cały dział o glo­nach. Miała wory pod oczami, ale Jacek nie zwró­cił na to uwagi. Ude­rzyły go nato­miast bystrość umy­słu i nie­praw­do­po­dobna wprost pamięć kole­żanki. To pierw­sze "glo­nowe" spo­tka­nie nie popra­wiło mu humoru.

Anna skrom­nie spu­ściła oczy i na następne spo­tka­nie, nie mogąc już pozwo­lić sobie na wypad­nię­cie z roli osoby obda­rzo­nej świetną pamię­cią, wkuła na pamięć oświe­ce­nie. Kiedy się spo­tkali, od nie­chce­nia wyre­cy­to­wała kilka bajek Kra­sic­kiego. Jacek wyznał, że ich liceum to paskudne miej­sce, skoro osoby tak pie­kiel­nie zdolne jak Anka nie były pry­mu­sami, i dzi­wił się, że wcze­śniej nie zwró­cił na nią uwagi. Do trze­ciego spo­tka­nia już jed­nak nie doszło. Ow­szem, usta­lili ter­miny i tematy następ­nych spo­tkań, ale w ostat­niej chwili Jac­kowi zawsze coś nagle wypa­dało. Ponie­waż jed­nak jego zachwyty brzmiały szcze­rze, Anna, mocno zadu­rzona, kar­miąc się cha­rak­te­ry­stycz­nymi dla tego stanu ducha mrzon­kami, nie widziała, że Jacek ją zwo­dzi. Była pewna, że naprawdę czuje się nie­wy­raź­nie, że bab­cia do niego przy­je­chała, że pękła mu rura pod zle­wem, więc kuła zawzię­cie, wie­dząc, że gdy tylko on upora się z prze­ciw­no­ściami losu, znów się spo­tkają i musi być wtedy przy­go­to­wana.

W ten spo­sób na nauce (Anna) i zwo­dze­niu kole­żanki (Jacek) doto­czyli się do egza­mi­nów. Anna przy­szła na nie uskrzy­dlona. Była pod­eks­cy­to­wana per­spek­tywą, że już od paź­dzier­nika będą przez pięć lat sie­dzieć ramię w ramię, wyjeż­dżać na obozy naukowe, uczest­ni­czyć w tych samych impre­zach i semi­na­riach, a w oko­li­cach trze­ciego roku pobiorą się i będą mieli śliczne jak Jacek i pra­co­wite jak ona dzieci.

Jak powszech­nie wia­domo, żeby odnieść suk­ces w jakim­kol­wiek obsza­rze życia, należy mieć silną moty­wa­cję. Anna ją miała - jeśli chciała, aby jej plany się ziściły, musiała się dostać na psy­cho­lo­gię. A skoro musiała - dostała się.

W tym samym cza­sie Jacek prze­cho­dził kry­zys gra­ni­czący z zała­ma­niem ner­wo­wym. Zro­zu­miał, jaki jest nie­zdolny i ogra­ni­czony umy­słowo. Anna wytrą­ciła go z rów­no­wagi. Zda­wał więc egza­miny w kiep­skim sta­nie ducha, a ponie­waż nie był prze­sad­nie pra­co­wity i nie miał dosta­tecz­nie solid­nej bazy nauko­wej, nerwy i luki w wie­dzy dopro­wa­dziły do oczy­wi­stego skutku - nie dostał się.

Ponie­waż było to w cza­sach przed­kom­pu­te­rowo-przed­ko­mór­ko­wych, listy przy­ję­tych, czyli kartki z wypi­sa­nymi na maszy­nie nazwi­skami, po pro­stu wywie­szało się na drzwiach uczelni.

Anna przy­je­chała, gdy tłu­mek przed wydzia­łem był gęsty jak smoła, i nie miała żad­nych szans, żeby prze­bić się do listy.

Nagle zoba­czyła Jacka. Roz­pro­mie­niła się na jego widok, a on zaczął się prze­py­chać w jej stronę.

- Ty się dosta­łaś - powie­dział tylko i znik­nął w tłu­mie.

Od tego czasu Anna przez wiele lat go nie widziała.

Jacek nie ode­zwał się wię­cej do Anny, nie przy­cho­dził rów­nież na spo­tka­nia kla­sowe, nie oddał Mariu­szowi płyty Repu­bliki i nie skon­tak­to­wał się z Wesoł­kiem, cho­ciaż mieli jechać razem w Tatry.

Anna była zała­mana. Jedyny motyw wyboru psy­cho­lo­gii znik­nął. Pogrą­żona w nie­speł­nio­nej miło­ści, nie uczest­ni­czyła w życiu stu­denc­kim. Jedyną rze­czą, jaka potra­fiła zająć sku­tecz­nie jej myśli, była nauka. Przy oka­zji tego, wyda­wa­łoby się, tępego kucia, zdo­była sporą rze­telną wie­dzę.

Ock­nęła się na początku trze­ciego roku. Dowie­działa się przy­pad­kiem, że Jacek dostał się na psy­cho­lo­gię za trze­cim razem, ale nie w War­sza­wie, tylko w Kra­ko­wie. Dopiero wtedy, być może dzięki wie­dzy psy­cho­lo­gicz­nej, którą już zdo­była, Anna zro­zu­miała, co zaszło. W pierw­szym odru­chu - rozu­mie­jąc, jak bar­dzo zra­niła jego miłość wła­sną - chciała jechać do Kra­kowa i wyja­śnić mu, że wcale nie jest taka bystra. Po chwili jed­nak pomy­ślała, że nie ma sensu zawra­cać sobie głowy face­tem nie tylko nie­zbyt pra­co­wi­tym, lecz także sła­bym psy­chicz­nie. Rozej­rzała się wokół sie­bie i zoba­czyła, że ma w gru­pie kilka bar­dzo inte­re­su­ją­cych, prze­sym­pa­tycz­nych osób.

W tym samym cza­sie jedna z jej kole­ża­nek wdała się w romans z asy­sten­tem z kate­dry psy­cho­lo­gii roz­wo­jo­wej. Spe­cja­li­zu­jący się w psy­cho­lo­gii twór­czo­ści dok­to­rant miał żonę i bliź­nięta, kole­żanka jed­nak za nic w świe­cie nie przyj­mo­wała tego do wia­do­mo­ści. Wszy­scy w gru­pie radzili jej, jak mogli, tłu­ma­czyli, szy­ka­no­wali ją i bła­gali - a ona nic. Wia­domo - zako­cha­nych nie prze­kona się do rze­czy, do któ­rych nie chcą się prze­konać.

Inna kole­żanka z ich grupy opo­wia­dała o swo­jej ciotce, kobie­cie wykształ­co­nej, sza­no­wa­nej i sil­nej, która była ordy­na­torką gine­ko­lo­gii w jed­nym z war­szaw­skich szpi­tali. Owa ciotka uza­leż­niła się od wróżki. Cokol­wiek tamta powie­działa, było święte. Ordy­na­torka pytała wróżkę, czy powinna prze­ma­lo­wać pokój, czy pozwo­lić córce jechać na staż do Fran­cji, czy zatrud­nić nową sta­żystkę, czy przy­jąć cykl wykła­dów w USA. Pytała ją o wszystko, a wyroki wróżki były nie­pod­wa­żalne. Mąż i dzieci skie­ro­wali lekarkę na tera­pię uza­leż­nień, ale ona naj­pierw poszła do wróżki zapy­tać, czy powinna na taką tera­pię pójść. Mając dość irra­cjo­nal­nego zacho­wa­nia żony i matki, bli­scy wpa­dli na sza­tań­ski pomysł i doga­dali się z wróżką. To było podej­rzane etycz­nie, ale w tam­tym momen­cie jedyne moż­liwe roz­wią­za­nie. Rodzina wpa­dała do wróżki, pod­rzu­ca­jąc jej spis rze­czy, które ma ich żonie i matce powie­dzieć, żeby dom mógł funk­cjo­no­wać nor­mal­nie. Wróżka prze­ka­zuje to pani ordy­na­torce, a ona zgod­nie z tym postę­puje i wszy­scy są szczę­śliwi.

W gru­pie wywią­zała się burz­liwa dys­ku­sja na temat etycz­nych aspek­tów tej sytu­acji. Stu­denci zgod­nie usta­lili, że to skan­dal i że "takie wła­śnie te wróżki są". Anna nato­miast sku­piła się na innym aspek­cie tej histo­rii. Uświa­do­miła sobie, że wróżka dociera tam, gdzie nie dotrze żaden tera­peuta, choćby nie wia­domo jak uty­tu­ło­wany. Olśniło ją, jaką potężną moc oddzia­ły­wa­nia ma wróżka.

Kole­żanka od asy­stenta wła­śnie robiła uko­cha­nemu awan­turę o to, że on musi kupić para­ce­ta­mol dla bliź­niąt, pod­czas gdy jej to nic nie obcho­dzi. Ona tu stoi, czeka i żąda.

Annie wpa­dła kie­dyś w ręce bro­szurka o chi­ro­man­cji. Pobie­gła do domu, odna­la­zła ją i prze­stu­dio­wała z wła­ściwą sobie skru­pu­lat­no­ścią. Uzbro­jona w sto­sowny ezo­te­ryczny żar­gon poje­chała na uczel­nię. Zupeł­nie od nie­chce­nia bąk­nęła, że od lat para się wróż­biar­stwem, obej­rzała wewnętrzną stronę dłoni kole­żanki od asy­stenta i ze śmier­tel­nie poważ­nym wyra­zem twa­rzy oświad­czyła, że miłość jej życia pojawi się dopiero za pół roku, a ten, który teraz się nią inte­re­suje, ni­gdy nie opu­ści kobiety, którą Anna tu, na wzgórku Jowi­sza, wyraź­nie widzi. Bała się, że tro­chę prze­sa­dziła, kole­żanka jed­nak poże­gnała asy­stenta w try­bie natych­mia­sto­wym i zazna­czyła w kalen­da­rzu, kiedy ma się zja­wić jej uko­chany.

Niech nikt nie myśli, że była to jakaś głu­pia dziew­czyna. Wręcz prze­ciw­nie - otrzy­my­wała sty­pen­dium naukowe, była wolon­ta­riuszką w hospi­cjum dla dzieci, a z wymiany we Fran­cji przy­wio­zła pracę badaw­czą. Była więc pod każ­dym wzglę­dem mądra. Pod każ­dym poza miło­ścią, ale w tym obsza­rze, jak wiemy, mądrych nie ma.

Jesz­cze tego samego popo­łu­dnia wpa­dła do Anny z prośbą o poradę inna kole­żanka z grupy. Miała chło­paka, stu­denta archi­tek­tury, i chciała się dowie­dzieć, czy cią­gnię­cie tego związku ma sens. Anna usi­ło­wała wytłu­ma­czyć kole­żance, że nie może jej nic radzić, bo nie ma w tym kie­runku żad­nych kwa­li­fi­ka­cji. Kole­żanka się roz­pła­kała i oświad­czyła, że chło­pak trzy razy ją ude­rzył. On po pro­stu jest ner­wowy, a ona zawsze go czymś nie­po­trzeb­nie ziry­tuje.

Anna popu­kała się w głowę i obce­sowo powie­działa, że trzeba natych­miast sady­stę rzu­cić. Rada ta spły­nęła jed­nak po kole­żance jak woda po kaczce. Wtedy Anna ujęła dłoń tej dziew­czyny. Chwilę się w nią wpa­try­wała. Potem oznaj­miła, że widzi tu miłość z jej strony, wiel­kie serce i to, że chce być kochana, że jest w jej życiu ktoś, kto ma ana­li­tyczny umysł. Kole­żanka kiwała głową, dzi­wiąc się, że na jej wła­snej dłoni wszystko tak dokład­nie widać. Potem Anna - powo­lutku, klu­cząc jak to w ezo­te­ryce - dostrze­gła wyraźne linie, które jed­no­znacz­nie mówiły, że jeśli kole­żanka nie prze­rwie tego związku, to czeka ją cięż­kie uszko­dze­nie ciała. Z wła­ści­cie­lem ana­li­tycz­nego umy­słu będzie miała dwie córeczki, które zostaną przez ojca pobite... A poza tym, pozo­sta­jąc w tym tok­sycz­nym związku, nie zauważa, że wokół niej przez cały czas krąży sza­leń­czo zako­chany w niej chło­pak.

Po wypro­sto­wa­niu swo­jego życia i zakoń­cze­niu związku z ner­wo­wym stu­den­tem archi­tek­tury, który, co było do prze­wi­dze­nia, nie chciał tak łatwo wypu­ścić ze swych szpo­nów naiw­nej zdo­by­czy, owa kole­żanka opo­wie­działa, komu tylko mogła, o nie­zwy­kłym wróż­biar­skim darze Anny.

Kupie­nie kart do tarota i naucze­nie się na pamięć kilku ksią­żek o nume­ro­lo­gii było oczy­wi­stym następ­stwem tych wyda­rzeń. Na pią­tym roku Anna nie mogła się wręcz opę­dzić od klien­tów. Wie­działa już wtedy, że ludziom można poma­gać na różne spo­soby.

Anna Hen­sel była więc zawo­dową wróżką. Po stu­diach zro­biła dok­to­rat z psy­cho­lo­gii, gdyż ni­gdy nie wyzbyła się nawyku posze­rza­nia wie­dzy. Ści­śle współ­pra­co­wała z róż­nymi tera­peu­tami, psy­cho­lo­gami, leka­rzami i praw­ni­kami, a zwłasz­cza z psy­cho­lo­giem Jac­kiem S., absol­wen­tem Uni­wer­sy­tetu Jagiel­loń­skiego. Po latach mil­cze­nia ure­gu­lo­wali mło­dzień­cze emo­cje, zaprzy­jaź­nili się i owoc­nie współ­pra­co­wali.

Anna nie była obda­rzona szcze­gólną cha­ry­zmą, co jest pożą­dane w tym fachu, dla­tego pew­no­ści sie­bie doda­wała sobie, robiąc ostry maki­jaż, nosząc róż­no­ko­lo­rowe tre­ski i uży­wa­jąc wymy­ślo­nej przez sie­bie kom­po­zy­cji per­fum. No i zawsze miała na sobie wspa­niały fio­le­towy szal.

Ponie­waż nasta­wiała się na dłu­gie roz­mowy z klien­tem i pro­fe­sjo­nalne porad­nic­two w wielu obsza­rach, miała sza­lone powo­dze­nie i co za tym idzie cier­piała na chro­niczny brak czasu. Naj­wię­cej osób przy­cho­dziło z pro­ble­mami ser­co­wymi, bo one, jak wszy­scy wiemy, są nie tylko naj­waż­niej­sze, lecz także sta­no­wią zawsze naj­więk­szą nie­wia­domą.

*

Kiedy Lew dorósł na tyle, że zro­zu­miał, iż nie jest Tom­kiem, Michał­kiem, Krzy­siem, Paweł­kiem czy Domi­ni­kiem, gdy już zawsze i przez wszyst­kich był nazy­wany Zwie­rza­kiem, gdy nawet kole­żanki z klasy mówiły: "Zwier­zaczku, podasz mi, co ci wyszło w czwar­tym zada­niu?", posta­no­wił prze­pro­wa­dzić śledz­two i wykryć sprawcę tego stanu rze­czy. Zabrał się do pracy meto­dycz­nie. Do dziś ist­nieje kartka, na któ­rej sze­ścio­letni Lew zapi­sał:

- Mama

- Tata

- Marianna

- Bab­cia

- Dzia­dek

- Wujek Murzyn

Marianna została wykre­ślona, ponie­waż w dniu naro­dzin brata była osob­ni­kiem cho­dzą­cym raczej nie­po­rad­nie oraz nie­mó­wią­cym, mimo wieku trzech lat, ani jed­nego słowa. Śledz­two zaczął więc od mamy. Zadał jej kilka pod­chwy­tli­wych w jego poję­ciu pytań w stylu: "Kto mnie tak nazwał?". Mama wykrę­ciła się, mówiąc, że gdy go uro­dziła, cier­piała na ostrą depre­sję popo­ro­dową. Kiedy jej prze­szło, Lew miał sześć tygo­dni i był uro­czym boba­skiem.

Od ojca uzy­skał mniej wię­cej to samo, czyli odpo­wiedź nie na temat. Jak za każ­dym razem, gdy miał ku temu oka­zję, ojciec z przy­jem­no­ścią wyja­śnił, że syn był bez­po­śred­nią przy­czyną ich powtór­nego mał­żeń­stwa, o czym Lew dosko­nale wie­dział. Ojciec pamię­tał, że po naro­dzi­nach syna Anna miała ostrą depre­sję popo­ro­dową. Pła­kała i żądała, by jak naj­szyb­ciej dostar­czyć jej tru­ci­znę. Naj­pierw wszy­scy się tym bar­dzo prze­jęli, ale gdy położna powie­działa, że to zwy­czajna depre­sja popo­ro­dowa, prze­stali brać sobie do serca te napady pła­czu. Nie mogąc otrzy­mać tru­ci­zny, Anna przy­po­mniała sobie, że mig­dały zawie­rają śla­dowe ilo­ści cyjan­ków. Posta­no­wiła więc zabić się za pomocą mig­da­łów. Jadła je w ilo­ściach hur­to­wych, kar­miła Lwa pier­sią i cze­kała na śmierć. Nie była świa­doma tego, że musia­łaby ich zjeść bar­dzo dużo na raz, ani tego, że jej syn przez całe życie będzie uza­leż­niony od smaku mig­da­łów. Ojciec pamię­tał, że gdy reje­stro­wał syna w urzę­dzie, miał na kartce zapi­sane dru­ko­wa­nymi lite­rami imię "Lew".

Kto mu dał tę kartkę?

- Za dia­bła sobie nie przy­po­mnę.

Bab­cia powie­działa, że nic o żad­nej kartce nie wie. Marianna miała anginę i bab­cia nie odcho­dziła od jej łóżeczka. Dzia­dek nato­miast obja­śnił Lwu z całą powagą, że to on wymy­ślił to imię - sam poszedł i wnuka zare­je­stro­wał, co dosko­nale pamięta. To on wymy­ślił imię Andrzej po swoim pra­dziadku Eli­giu­szu.

Reszta podej­rza­nych, czyli Murzyn i pozo­stali kole­dzy ojca z zespołu, wyparła się jakie­go­kol­wiek związku ze sprawą. Nikt nie poczu­wał się do wymy­śle­nia tego imie­nia. Gdyby Lew lubił swoje imię, każdy by się chwa­lił, że to on jest pomy­sło­dawcą. Wia­domo, suk­ces ma wielu ojców, a porażka zawsze jest sie­rotą. Kto zatem spra­wił, że Lew był Lwem? Nie dało się tego usta­lić. Wszy­scy pamię­tali maminą depre­sję, mig­dały, obu­stronną anginę Marianny, ale tego nie pamię­tał nikt.

Lew uznał, że nie doj­dzie prawdy, ale pod­ju­dził Mariannę, żeby w spra­wie swo­jego imie­nia prze­pro­wa­dziła podobne śledz­two. Ponie­waż Marianna uwiel­biała swoje imię, dowie­działa się, co nastę­puje:

To mama wybrała jej imię, albo­wiem zawsze jej się podo­bało.

To ojciec od zawsze chciał tak nazwać córkę, gdyż w szkole pod­sta­wo­wej kochał się w Marian­nie Ochnio, nauczy­cielce che­mii.

Bab­cia tak ją nazwała po swo­jej zmar­łej szkol­nej przy­ja­ciółce.

Imię wymy­ślił dzia­dek, bo zawsze się inte­re­so­wał bud­dy­zmem.

Murzyn zapro­po­no­wał to imię; już nie pamięta dla­czego, ale pamięta, że na pewno on je wyszu­kał. Jako nie­pod­wa­żalny argu­ment poda­wał, że był prze­cież świad­kiem na obu ślu­bach rodzi­ców, a to chyba o czymś świad­czy.

Przy oka­zji warto wspo­mnieć, że odpo­wie­dzi dziadka zostały potrak­to­wane jako żart. Wtedy bowiem nikt jesz­cze nie wie­dział, że to nie żarty, tylko coś zupeł­nie innego.

*

Od sie­dem­na­stego lipca do trze­ciego sierp­nia Marianna była na obo­zie w Węgo­rze­wie. Był to bar­dzo udany wyjazd. Kadrę i uczest­ni­ków zin­te­gro­wały bez­na­dziejne warunki loka­lowe. Pogoda też nie dopi­sała, więc całe dnie spę­dzali na gra­niu w bry­dża, gada­niu, narze­ka­niu i zbio­ro­wym obga­dy­wa­niu dwóch par, które się na obo­zie utwo­rzyły, a potem przez cały czas sprze­czały, co dostar­czało wszyst­kim cudow­nych tema­tów do roz­mów.

Ter­min spo­tka­nia poobo­zo­wego usta­lili jesz­cze w Węgo­rze­wie.

Marianna ze łzami w oczach żegnała się z obo­zo­wi­czami, prze­ko­nana, że wszy­scy bar­dzo się zżyli i że na pewno już zawsze będzie ich łączyć przy­jaźń. Potem jed­nak jakoś nikt do nikogo nie dzwo­nił, a na spo­tka­nie przy­szło rap­tem sześć osób. Mimo wszystko faj­nie było zoba­czyć ludzi - niby tych samych, a jed­nak gdy mają umyte włosy i wypra­so­wane koszule, są kom­plet­nie inni, jakby się za kogoś poprze­bie­rali.

Spo­tka­nie trwało pół­to­rej godziny. Wymie­nili się zdję­ciami i powspo­mi­nali, jak Jarek w ubra­niu wszedł pod prysz­nic, Monika zgu­biła w jeży­nach kalosz, a na kory­ta­rzu był szczur, który zamiast agre­sji wzbu­dził ich zachwyt, gdy bez­tro­sko, nie reagu­jąc na ich obec­ność, czy­ścił sobie ogo­nek. Jed­nak abso­lut­nym hitem tego spo­tka­nia była opo­wieść Marzeny, naj­młod­szej z wycho­waw­czyń. Sześć osób sta­no­wiło na tyle małą grupę, że Marzena zde­cy­do­wała się opo­wie­dzieć im swoją histo­rię. Otóż dwa lata temu, będąc na pierw­szym roku stu­diów, zamiast chło­pa­kowi przez pomyłkę wysłała wła­snemu ojcu wia­do­mość nastę­pu­ją­cej tre­ści:

Alarm odwo­łany. Mam okres.

Po chwili dostała odpo­wiedź:

Widzisz, Żabko, i nie było się czym mar­twić. Kocham Cię ponad wszystko.

Chwilę ją to zasta­no­wiło, bo chło­pak ni­gdy do niej nie mówił "Żabko", a i do wyznań ese­me­so­wych jak do tej pory zde­cy­do­wa­nie się nie kwa­pił. Wszystko bar­dzo spo­koj­nie prze­my­ślała i uznała, że chło­pak pisał to nie do niej i jest jakaś inna Żabka w jego życiu. Zadzwo­niła więc do niego z awan­turą i pre­ten­sjami. Kilka minut zajęło im usta­le­nie, że on żad­nego ese­mesa nie dostał, nie mógł zatem na niego odpo­wie­dzieć. Marzena dopiero wtedy spraw­dziła, do kogo wysłała wia­do­mość. Naj­pierw zro­biło jej się strasz­nie głu­pio, a potem odczuła dumę, że ma takiego faj­nego tatę. Jedno było tylko nie­po­ko­jące - on rów­nież ni­gdy nie zwra­cał się do Marzeny "Żabko", ale cóż, może po pro­stu umiał się zna­leźć i jesz­cze bły­snął nie­ba­nal­nym żar­tem.

Prawda była jed­nak inna. Jej ojciec został ojcem dziecka Żabki, a Żabka, zanim upły­nęło sześć mie­sięcy, została maco­chą Marzeny, ponie­waż jak się oka­zało, ojciec ponad wszystko kochał wła­śnie Żabkę. Marzena opo­wia­dała tę histo­rię lekko, dow­cip­nie, z taką swadą, że aż trudno było uwie­rzyć, że mówi o roz­pa­dzie wła­snej rodziny i o wia­ro­łom­stwie rodzo­nego ojca. A może tylko zmy­ślała? Tego Marian­nie nie udało się usta­lić.

Zaczęli roz­ma­wiać o tym, że teraz ludzie czę­sto się roz­wo­dzą. Wszy­scy byli zgodni, że jest to kon­se­kwen­cja dobro­bytu, braku wojny i wzro­stu stopy życio­wej. Wła­śnie wda­wali się w buń­czuczne roz­wa­ża­nia, jak dobra w skut­kach byłaby jakaś wojna, gdy zja­wił się Tomek.

Tomek był synem wycho­waw­czyni grupy, w któ­rej była Marianna, a teraz przy­je­chał, żeby odwieźć mamę do domu. Marianna widziała go na dworcu, gdy odjeż­dżali i gdy przy­jeż­dżali. Z opo­wia­dań jego mamy wie­działa, że jest spo­kojny, miły, mądry, oczy­tany, dobrze rokuje, że jest nie­zwy­kle wierny i stały w uczu­ciach. Inte­re­suje się muzyką i stu­diuje prawo, ale kiedy był mały, chciał zostać stra­ża­kiem. Oso­bi­ście roz­nie­cał ogień, gdzie się dało, a następ­nie boha­ter­sko go gasił. Teraz wyrósł i już nie chce być stra­ża­kiem.

Wizja zaba­wie­nia się w swatkę bar­dzo mamie Tomka odpo­wia­dała. Popro­siła syna, żeby wpadł i poznał tę "miłą, mądrą, oczy­taną, wesołą, opie­kuń­czą, inte­li­gentną, zaradną i gospo­darną (z czego wno­siła to ostat­nie prze­ko­na­nie, trudno stwier­dzić) dziew­czynę z obozu".

Marianna odwró­ciła się i zoba­czyła Tomka. Stał w drzwiach i gapił się pro­sto na nią.

- Cześć! Chodź do nas - powie­działa po pro­stu, a chło­pak roz­pro­mie­nił się, jakby mu oświad­czyła, że ma dla niego co naj­mniej złotą rybkę.

Marianna w żad­nym razie nie inte­re­so­wała się prze­sad­nie spra­wami dam­sko-męskimi, ale była już w matu­ral­nej kla­sie i uwa­żała, że przy­da­łoby jej się jakieś męskie towa­rzy­stwo. Tomek nie powa­lił jej na kolana, była już jed­nak za duża, żeby wie­rzyć w raże­nie pio­ru­nem czy strzałą Kupi­dyna. Poga­dali o wszyst­kim i o niczym, a gdy już mieli się zbie­rać, mama Tomka zni­kła w łazience, przy sto­liku z reszt­kami wyso­ko­ka­lo­rycz­nych prze­ką­sek zapa­dła zaś cisza.

- Prze­pra­szam, że tak obce­sowo zaga­jam, ale... - Tomek zde­cy­do­wał się wyko­rzy­stać nie­obec­ność matki. - Czy nie będziesz miała nic prze­ciwko temu, żebym się do cie­bie ode­zwał?

- Wła­śnie się odzy­wasz - powie­działa Marianna zado­wo­lona ze swo­jej cel­nej ripo­sty.

- ...ale w sieci...

- A! Jasne. Zapisz sobie mój e-mail.

Zapi­sał. Numer tele­fonu też.

- Marianno, odwie­ziemy cię - oświad­czyła pani Marta, a kiedy ruszyli, zapro­siła ją na her­batę.

Żadne kur­tu­azyjne pro­te­sty na nic się nie zdały.

Marianna dostała her­batę z kon­fi­tu­rami z płat­ków róży i trzeci tego dnia ser­nik. Tuż potem pani Marta ich prze­pro­siła, bo pil­nie musiała zadzwo­nić. Zosta­wiła ich na minutkę i nie było jej z pół godziny.

Uwagę Marianny zwró­ciło sto­jące w pokoju Tomka akwa­rium z wiel­kim gurami i jesz­cze więk­szym ska­la­rem, a akwa­rium wcale nie było ogromne. Dodat­kowo wypeł­niało je tyle roślin, że biedny ska­lar ska­zany był na prze­by­wa­nie tylko w jed­nej czę­ści. Marianna miała blade poję­cia o akwa­ry­styce, ale to, że ryby się męczą, widać było gołym okiem. Deli­kat­nie zapy­tała, czy nie za dużo tu roślin. Tomek potwier­dził. Wtedy odwa­żyła się, naj­sub­tel­niej, jak tylko umiała, wspo­mnieć, że ska­lar bar­dzo się męczy. Tomek natych­miast obie­cał, że się tym zaj­mie, i jesz­cze podzię­ko­wał, że mu na to zwró­ciła uwagę. Bar­dzo się to Marian­nie spodo­bało.

Rozdział pierwszy

W sobotę rano Anna była wykoń­czona. Zwią­zała byle jak włosy, ścią­gnęła poły szla­froka i popi­jała zde­cy­do­wa­nie za mocną kawę, która ewi­dent­nie jej szko­dziła i wypłu­ki­wała wita­miny z orga­ni­zmu, więc pijąc ją, połknęła dwie tabletki multiwita­miny.

Janusz był w zupeł­nie odmien­nym nastroju. Rado­sny jak szczy­gieł, ogo­lony, pach­nący, krę­cił się po kuchni, pod­śpie­wu­jąc pod nosem:

Daj, daj tej dziew­czy­nie biały welon.

Idź, idź do jej matki na nie­dzielę.

Zgaś, zgaś podły uśmiech ludzi złych...

Marianna - po poran­nym prysz­nicu, w dre­sie, z nie­dbale ścią­gnię­tymi gumką wło­sami - żuła czer­stwy chleb z dże­mem i myślała o tym, że ma dość post­nych sobot­nich śnia­dań. Się­gnęła po kolejną kromkę i upiła mami­nej kawy. Potem pomy­ślała, że na nie­dzielne spo­tka­nie z Tom­kiem nie ma wiel­kiej ochoty. Nie chciała jed­nak nic odwo­ły­wać, skoro się już umó­wiła. Poza tym pomy­ślała, że nie może być tak, że jej nie tylko naj­lep­szym, lecz także jedy­nym kum­plem jest młod­szy brat. Czas zadbać o swoje życie towa­rzy­skie.

- Była u mnie wczo­raj młoda dziew­czyna. Sza­leń­czo się zako­chała w chło­paku, który w ogóle jej nie dostrzega...

Marianna wstała, dopiła kakao, wło­żyła naczy­nia do zmy­warki i poszła do sie­bie. Nie cho­dziło o to, że jest nie­wraż­liwa na cudze kło­poty. Rzecz w tym, że o klien­tach mamy roz­ma­wiali kilka razy w tygo­dniu, a temat, przy­naj­mniej z punktu widze­nia Marianny, nie był pasjo­nu­jący. Poza tym musiała zro­bić zada­nia z matmy, skoń­czyć Fer­dy­durke, powtó­rzyć do kart­kówki z che­mii, przy­naj­mniej wyjąć mate­riały do pracy "Rodzaje map i ich zasto­so­wa­nie" i wymy­ślić, w co się jutro ubie­rze.

- Mańka, a gdyby tak... alter ego każ­dego dzie­ciaka. - Lew pod­su­nął jej nieco pognie­cioną ser­wetkę z rysun­kiem.

To była żaba. Sym­pa­tyczna żaba z lekką, umiej­sco­wioną w oko­li­cach bio­der nad­wagą, paląca fiku­śną długą fajkę.

- Zwie­rzaku, kto ci to nakręci? Dla dzieci? I pali?

- No wła­śnie rzuci, zwal­czy nałóg i to będzie wycho­waw­cze! Dobra, głu­pie.

Po chwili, pogwiz­du­jąc, sta­nął w przed­po­koju przed lustrem i spoj­rzał na sie­bie.

- Wyglą­dam jak rasowy matoł. Ale to dobrze, bo mało jest raso­wych mato­łów. Więk­szość to kun­dle - powie­dział sam do sie­bie.

Wziął z kuchni paczkę mig­da­łów i poszedł do swo­jego pokoju. Zamie­rzał obej­rzeć Wall.ego i przy­pa­trzyć się dobrze posta­ciom dru­go­pla­no­wym. Filmy, zwłasz­cza kom­pu­te­rowe ani­ma­cje, to była dla niego świę­tość.

Gdyby Anna i Janusz Hen­se­lo­wie byli lep­szymi rodzi­cami i na przy­kład od czwartku do nie­dzieli też byłoby co jeść, może Lew i Marianna aż tak by się nie przy­jaź­nili. Gdyby rodzice byli ciut bar­dziej prze­wi­dy­walni lub mniej kło­po­to­twór­czy, rodzeń­stwo mogłoby się nie kum­plo­wać. W tych oko­licz­no­ściach jed­nak musiało. Oczy­wi­ście to cudowne przy­jaź­nić się z wła­snym rodzeń­stwem, ale minus jest taki, że nie ma się wtedy innych przy­ja­ciół, bo jak wie już przed­szko­lak, w życiu nie można mieć wszyst­kiego.

Lew był więc dość samot­nym czło­wie­kiem, ale gwoli spra­wie­dli­wo­ści trzeba powie­dzieć, że nie zabie­gał o sze­ro­kie grono towa­rzy­skie. Nie­źle ryso­wał i wie­dział na bank, że będzie two­rzył filmy rysun­kowe. To było pewne.

*

Anna miała pociem­nia­jące oczy soczewki i piękny fio­le­towy szal, ale nie uży­wała tra­dy­cyj­nych atry­bu­tów wróżki, w rodzaju szkla­nych kul, dziw­nych wisio­rów czy szpo­nia­stych pazu­rów. Nie miała też czar­nego kota, kruka ani nawet wyli­nia­łego gołę­bia. W pośpie­chu wpi­sała poprzed­nią klientkę do bazy danych, prze­wie­trzyła pokój, wypiła dwa łyki kawy i poszła otwo­rzyć drzwi kolej­nej oso­bie.

W tym cza­sie ojciec stał na podium w lokalu Brzuch Wie­lo­ryba. Ubrany w koszulę z żabo­tem tkwił przy key­bo­ar­dzie, grał "...już mi niosą suk­nię z welo­nem..." i myślał o tym, że Murzyn ma zły dzień, bo cią­gle gubi rytm.

Lew sie­dział po turecku na swoim łóżku i usi­ło­wał zmon­to­wać krótką ani­ma­cję z wła­snych rysun­ków. Rzecz doty­czyła nie­zno­śnego do gra­nic nie­moż­li­wo­ści żół­wia śla­ma­zary, który nagle nabiera tem­pe­ra­mentu w zaba­wie z wie­wiórką i uczy się tole­ran­cji dla odmien­nego stylu zacho­wań.

Marianna dopi­jała drugą już tego dnia fili­żankę her­baty z ziela fiołka trój­barw­nego. Sie­działa przy kom­pu­te­rze w swoim pokoju i roz­ma­wiała na cza­cie z Tom­kiem. Oboje ser­decz­nie śmiali się z tego, że w pod­ręcz­niku do fizyki w ramce z napi­sem "To cie­kawe" jest zda­nie:

Sam możesz w pro­sty spo­sób skon­stru­ować ogniwo gal­wa­niczne za pomocą kwa­szo­nego ogórka oraz noża i widelca.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki