Rozdział 9
Bryły domów z szarego betonu w listopadowym mroku sprawiały ponure
wrażenie. Anders Knutas i jego najbliższa współpracowniczka, inspektor
kryminalny Karin Jacobsson, wysiedli z samochodu na ulicy Jungmansgatan
w dzielnicy Gr?bo.
Lodowaty wiatr z północy sprawił, że przyspieszyli kroku, idąc w stronę
drzwi mieszkania Henry'ego Dahlströma. Grupa ludzi zdążyła zebrać się
przed domem. Niektórzy zajęci byli rozmową z policją. Pukano do drzwi
sąsiadów, administratorzy budynku byli przesłuchiwani.
Dom był podniszczony, lampa na fasadzie nie działała, a na klatce
schodowej farba odpadała ze ścian.
Przywitali się z jednym z kolegów, który zaprowadził ich do ciemni. Gdy
otworzył drzwi do piwnicy, uderzył ich smród nie do wytrzymania. Mdły,
duszący zapach zwłok wskazywał, że ciało zaczęło się już rozkładać.
Karin poczuła, że mdłości były niebezpiecznie blisko. Już wiele razy
wymiotowała na miejscu zbrodni i tym razem chciała tego uniknąć. Wyjęła
chusteczkę do nosa i zakryła sobie nią usta.
W drzwiach ciemni pokazał się technik kryminalistyki Erik Sohlman.
- Cześć. Ofiara nazywa się Henry Dahlström. Na pewno go kojarzycie,
stary pijaczyna, był fotografem. Flesz. To była jego ciemnia. Widocznie
nadal jej używał.
Skinął głową w stronę pomieszczenia znajdującego się za jego plecami.
- Rozbito mu czaszkę, zadano dużą liczbę ciosów. Krew jest wszędzie.
Chciałbym tylko ostrzec, że to nie jest przyjemny widok.
Zatrzymali się w drzwiach i spojrzeli na ciało.
- Kiedy nastąpił zgon? - spytał Knutas.
- Myślę, że leży tu od prawie tygodnia. Ciało zaczęło się rozkładać, ale
jeszcze nie tak bardzo, bo tu w piwnicy jest dość zimno. Gdyby poleżał
jeszcze jeden dzień, czuć by było na całej klatce schodowej. - Sohlman
odgarnął sobie włosy z czoła i westchnął. - Muszę pracować dalej. To
trochę potrwa, zanim będziecie mogli wejść.
- Jak długo?
- Z pewnością kilka godzin. Najlepiej by było, gdybyście zaczekali do
jutra. Mamy tu całą masę do zrobienia. To samo dotyczy mieszkania.
- Okej.
Knutas przyglądał się ciasnemu pomieszczeniu. Przestrzeń została w pełni
wykorzystana. Tłoczyły się tam plastikowe miski, bańki na płyny
fotograficzne, nożyczki, klamerki, stosy fotografii, skrzynie i pudła. W rogu piwnicy stał powiększalnik.
Jedna z misek była przewrócona i płyn fotograficzny zmieszał się z krwią.
Gdy wyszli na dwór, Knutas nabrał głęboko w płuca świeżego powietrza.
Był niedzielny wieczór osiemnastego listopada, kwadrans po ósmej. Deszcz
padający z ciemnego nieba zaczynał przechodzić w śnieg.
Rozdział 10
Poniedziałek, 19 listopada
Następnego ranka szefowie grupy śledczej zebrali się w komendzie policji
przy ulicy Norra Hansegatan. Właśnie zakończył się kosztowny remont i wydział kryminalny otrzymał nowe, dopiero co wyremontowane
pomieszczenia. Sala spotkań była jasna, z wysokim sufitem, dwa razy
większa od starej.
Umeblowana była w dużej mierze według prostego skandynawskiego designu,
meble z brzozy w odcieniach bieli i szarości. Pośrodku sali stał duży
stół z miejscami dla dziesięciu osób po każdej stronie. Na jednej ze
szczytowych ścian wisiała duża tablica do pisania i ekran projekcyjny.
Wszystko pachniało nowością. Jasna farba pokrywająca ściany dopiero co
zdążyła wyschnąć.
Wzdłuż dwóch ścian sali biegły rzędy okien. Z jednych widać było ulicę,
parking przy supermarkecie Obs i wschodnią stronę murów obronnych. Za
murami majaczyło morze. Okna naprzeciwko wychodziły na korytarz, tak że
można było zobaczyć, kto tamtędy przechodził. Jeśli potrzeba było trochę
prywatności, można było zasunąć cienkie bawełniane zasłony; stare żółte
zasłony zamienione zostały na białe z delikatnym wzorem.
Na poranne spotkanie Knutas był wyjątkowo kilka minut spóźniony. Gdy
wszedł do sali z kubkiem kawy w jednej ręce i teczką z papierami w drugiej, powitał go wesoły rozgardiasz. Minęła ósma i wszyscy byli już
na swoich miejscach. Ściągnął marynarkę, powiesił ją na oparciu krzesła,
usadowił się jak zwykle u szczytu stołu i wypił łyk gorzkiej kawy z automatu. Przyglądał się koleżankom i kolegom pogrążonym w rozmowie.
Na prawo siedziała jego najbliższa współpracowniczka Karin Jacobsson:
trzydzieści siedem lat, niskiego wzrostu, ciemnowłosa i brązowooka. W pracy potrafiła być jak terier, uparta i nieustraszona. Była otwarta i rozmowna, ale o jej życiu prywatnym nie wiedział wiele, mimo że
pracowali razem od piętnastu lat. Mieszkała sama, nie miała dzieci.
Knutas nie wiedział, czy była z kimś związana.
Całą jesień pracował bez niej i niezmiernie mu jej brakowało. W związku
z morderstwami ubiegłego lata wobec Karin zostało wszczęte wewnętrzne
dochodzenie, mające wykazać ewentualne błędy w pracy. Dochodzenie
umorzono, ale Karin bardzo przeżyła całą sprawę. Podczas dochodzenia
była zawieszona w obowiązkach, a zaraz po jego zakończeniu poszła na
urlop. O tym, co robiła w tym czasie, nie miał zielonego pojęcia.
Teraz przyciszonym głosem rozmawiała z inspektorem kryminalnym Thomasem
Wittbergiem. Ze swoją blond czupryną i wytrenowanym ciałem wyglądał
raczej jak surfer niż jak policjant. Był to dwudziestosiedmioletni
bywalec przyjęć, zmieniający kobiety jak rękawiczki, ale swoją pracę
wykonywał nienagannie. Jego umiejętności nawiązywania kontaktów bardzo
mu się przydawały - jako przesłuchujący był niezastąpiony.
Lars Norrby, siedzący po drugiej stronie stołu, był całkowitym
przeciwieństwem Wittberga. Wysoki, ciemnowłosy i czasem aż do przesady
dokładny. Jego zwyczaj czynienia rzeczy bardziej zagmatwanymi, niż były
w rzeczywistości, czasem doprowadzał Knutasa do szału. Znali na wylot
swoje przyzwyczajenia. Zaczynali razem w policji i razem chodzili na
patrole. Teraz obaj zbliżali się do pięćdziesiątki i światek przestępczy
Gotlandii, jak i siebie nawzajem, znali jak własną kieszeń.
Inspektor Norrby był również rzecznikiem prasowym policji i zastępcą
szefa wydziału kryminalnego. To połączenie nie zawsze cieszyło Knutasa.
Technik grupy, Erik Sohlman, był energiczny, obdarzony dużym
temperamentem i zawzięty jak pies tropiący, a jednocześnie bardzo
systematyczny w pracy.
Przy stole siedział również główny prokurator Gotlandii, Birger
Smittenberg. Z pochodzenia sztokholmczyk, żonaty z Gotlandką, od dawna
mieszkał na wyspie. Knutas cenił jego wiedzę i zaangażowanie.
Knutas rozpoczął spotkanie:
- Ofiarą jest Henry "Flesz" Dahlström, urodzony w 1943 roku. Został
znaleziony martwy wczoraj tuż po szóstej wieczorem w pomieszczeniu
piwnicznym, które pełniło funkcję ciemni. Jeśli jeszcze nie do
wszystkich to dotarło, powiem, że jest to ten pijaczyna, który był
fotografem. Często przebywał na Öster, jego znakiem rozpoznawczym był
aparat fotograficzny, który zawsze nosił na szyi.
Przy stole było cicho jak makiem zasiał, wszyscy słuchali
skoncentrowani.
- Dahlström został znaleziony z rozległymi ranami tłuczonymi potylicy.
Nie ma wątpliwości, że chodzi tutaj o morderstwo. Ciało zostanie
przewiezione dzisiaj do zakładu medycyny sądowej w Solnie.
- Czy znaleźliście narzędzie zbrodni? - zapytał Lars Norrby.
- Na razie jeszcze nie. Przeszukaliśmy ciemnię i mieszkanie.
Zabezpieczyliśmy tylko te dwa pomieszczenia. Cała reszta jest bez
znaczenia, bo ciało leżało w piwnicy tydzień i tylko Bóg wie, ilu ludzi
przeszło po schodach przez ten czas. Dahlström mieszkał na parterze w mieszkaniu narożnym. Zaraz obok domu biegnie ścieżka do dzielnicy Terra
Nova. Cała okolica zostanie przeszukana. Wczoraj zmrok utrudniał pracę,
ale poszukiwania zostały wznowione dzisiaj, jak tylko się przejaśniło.
Czyli chwilę temu.
Spojrzał na zegarek.
- Kto was zawiadomił? - zapytał prokurator.
- Ciało zostało znalezione przez jednego z administratorów budynku. Jest
ich, jak mi wiadomo, czterech. Ten administrator mieszka naprzeciwko
Dahlströma, nazywa się Ove Andersson. Powiedział, że mężczyzna, podający
się za dobrego przyjaciela ofiary, zadzwonił wczoraj do jego drzwi około
szóstej wieczorem. Mężczyzna powiedział, że od wielu dni nie widział
Dahlströma i zastanawia się, gdzie mógł być. Znaleźli go w piwnicy, ale
gdy administrator poszedł na górę, żeby zawiadomić policję, przyjaciel
wykorzystał okazję i czmychnął.
- To dość podejrzane, że zwiał. Być może to on jest mordercą -
powiedział Wittberg.
- Dlaczego miałby w takim razie zawiadamiać administratora? - zaoponował
Norrby.
- Być może chciał się dostać do mieszkania, żeby zabrać coś, czego
zapomniał, a nie miał odwagi się włamywać - podsunęła Karin.
- Cóż, to niewykluczone, ale brzmi dość niewiarygodnie - skontrował
Norrby. - Dlaczego czekałby cały tydzień? Ciało mogło zostać znalezione
w każdym momencie.
Knutas zmarszczył czoło.
- Być może zniknął, ponieważ bał się, że zostanie uznany za
podejrzanego. Może był jednym z uczestników libacji, bo wiemy, że w mieszkaniu takowa miała miejsce. Tak czy siak, musimy jak najszybciej go
znaleźć.
- Jak wygląda? - zapytał Wittberg.
Knutas spojrzał w swoje papiery.
- Według administratora w średnim wieku, około pięćdziesiątki. Wysoki i dobrze zbudowany. Ma wąsy, ciemne długie włosy zaczesane do tyłu, na
karku związane w kucyk. Był ubrany w ciemną bluzę i ciemne spodnie. Na
buty nie zwrócił uwagi. Według mnie wygląda to na Bengta Johnssona. To
chyba jedyny z tutejszego "elementu", który odpowiada opisowi.
- To musi być Bengan. Tych dwóch było jak papużki nierozłączki -
powiedział Wittberg.
Knutas zwrócił się do technika kryminologii:
- Erik, może ty przedstawisz techniczne ustalenia.
Sohlman skinął głową.
- Przejrzeliśmy mieszkanie i ciemnię, ale jeszcze długo potrwa, zanim
skończymy. Jeśli mam zacząć od ofiary i obrażeń, musimy obejrzeć
zdjęcia. Bądźcie przygotowani, że nie jest to przyjemny widok.
Sohlman zgasił światło i kliknięciami zmieniał zdjęcia cyfrowe, które
rzutnik komputerowy ustawiony w głębi sali wyświetlał na ekranie
projekcyjnym.
- Henry Dahlström leżał na podłodze twarzą do ziemi z rozległymi ranami
tłuczonymi potylicy. Sprawca użył tępego narzędzia. Zgaduję, że był to
młotek, lekarz sądowy niedługo powie nam coś więcej na ten temat. Ofiara
została uderzona w głowę wiele razy. Dookoła jest tak dużo krwi,
ponieważ morderca najpierw zrobił narzędziem dziurę w czaszce, a potem
zadawał kolejne ciosy, uderzając w zakrwawioną ranę. Za każdym razem,
gdy się zamachnął, żeby zadać nowy cios, krew pryskała naokoło.
Sohlman wskaźnikiem pokazywał rozpryśniętą krew widoczną zarówno na
podłodze, jak i na ścianach i suficie.
- Najprawdopodobniej sprawca powalił Dahlströma na podłogę i stał
pochylony nad nim, zadając leżącemu kolejne ciosy. Jeśli chodzi o ustalenie czasu zgonu, to zgaduję, że nastąpił on przed pięcioma,
sześcioma dniami.
Twarz ofiary miała intensywny żółtoszary kolor, przechodzący w zielony.
Oczy były czerwonobrązowe, usta czarne i zaschnięte.
- Proces rozkładu już się rozpoczął - kontynuował Sohlman niewzruszenie.
- Spójrzcie na te małe brązowe pęcherzyki na ciele z płynem trupim,
który zaczął wypływać. Ten sam, który wypływa z ust i nosa.
Siedzący dookoła stołu słuchacze krzywili się, słuchając. Karin
zastanawiała się w myślach, jak Sohlman mógł zawsze mówić o zakrwawionych ofiarach, stężeniu pośmiertnym i rozkładających się
zwłokach, jakby mówił o pogodzie lub o tegorocznych deklaracjach
podatkowych.
- Wszystkie meble są poprzewracane, ktoś przejrzał szafy i szuflady ze
zdjęciami. Morderca najwyraźniej czegoś szukał. Ofiara ma także ślady
walki na przedramionach. Widzicie siniaki i zadrapania. Najwyraźniej
próbował się bronić. Siniak na obojczyku może być spowodowany chybionym
uderzeniem. Oczywiście pobrano materiał do badania, zarówno krew,
niedopałek znaleziony na korytarzu piwnicznym, jak i włosy, które, jak
się wydaje, nie pochodzą od ofiary. Wszystko zostanie wysłane do
Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego, ale jak wiecie, może trochę
potrwać, zanim dostaniemy odpowiedź.
Wypił łyk kawy i westchnął. Na odpowiedzi z Centralnego Laboratorium
Kryminalistycznego w Linköping trzeba było czekać przynajmniej tydzień,
a najczęściej około trzech.
Sohlman kontynuował:
- Co się tyczy butów, znaleźliśmy odciski obuwia na rabacie przy oknie
piwnicznym. Niestety z powodu deszczu są niemożliwe do zidentyfikowania.
Za to odkryliśmy ślady butów na korytarzu pod drzwiami ciemni. Takie
same ślady znajdują się w mieszkaniu, które poza tym jest pełne butelek,
popielniczek, puszek po piwie i całej masy innych śmieci. Wygląda na to,
że odbyła się tam libacja, co potwierdzają świadkowie. Zdjęliśmy wiele
różnych odcisków palców oraz ślady butów czterech, pięciu różnych osób.
Mieszkanie także zostało przez sprawcę przeszukane.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1
Niedziela, 11 listopada
Po raz pierwszy od tygodni niebo się przejaśniło. Ospałe promienie
listopadowego słońca znalazły szpary między chmurami i widzowie toru
wyścigów konnych w Visby z tęsknotą odwrócili twarze w stronę słońca.
Był to ostatni dzień wyścigów w tym sezonie i w powietrzu można było
wyczuć oczekiwanie, zmieszane z odrobiną melancholii. Zmarznięci, lecz
pełni entuzjazmu oglądający tłoczyli się na trybunach. Pili piwo i gorącą kawę w plastikowych kubkach, jedli kiełbasę z grilla z chlebem i robili notatki w programie wyścigów. Henry "Flesz" Dahlström wyjął
piersiówkę i pociągnął porządny łyk samogonu. Wykrzywiło go, ale
przynajmniej dobrze rozgrzało. Razem z nim na trybunach była cała
paczka: Bengan, Gunsan, Monica i Kjelle. Wszyscy wstawieni, choć w różnym stopniu.
Właśnie rozpoczęła się defilada. Rżące, błyszczące od potu gorącokrwiste
konie przesuwały się tanecznym krokiem przed trybunami. Muzyka dudniła z głośników. Dobrze usadowieni powożący siedzieli okrakiem w swoich
lekkich sulkach.
Czarna tablica zakładów, ustawiona tuż przy torze, pokazywała
nieustannie zmieniające się stawki.
Henry przeglądał program. Postawi na Ginger Star w siódmej gonitwie.
Wydawało się, że nikt w nią nie wierzył, miała dopiero trzy lata.
Obserwował tę klacz podczas całego sezonu. Choć miała tendencję do
wpadania w galop, była coraz lepsza.
- Ej, Flesz, widziałeś Pitę Queen, widziałeś, jaka jest piękna?
Bengan zatoczył się i sięgnął po piersiówkę. Henry dostał przezwisko
Flesz, ponieważ przez wiele lat pracował jako fotograf dla lokalnej
gazety "Gotlands Tidningar", zanim alkohol zapanował nad jego życiem w pełnym wymiarze godzin.
- Cholernie. Ale ten trener - odpowiedział i podniósł się, żeby zanieść
kupon z wypełnioną kwintą.
Kasy zakładów stały w rzędzie z odsłoniętymi drewnianymi okienkami.
Portfele chętnie się otwierały, banknoty zmieniały właścicieli, kupony
krążyły. Na piętrze znajdowała się restauracja toru wyścigowego, w której stali bywalcy jedli befsztyki i pili mocne piwo. Cieszący się
uznaniem poważni gracze pociągali cygara i dyskutowali na temat formy
koni i metod powożenia.
Zaraz miało się zacząć. Pierwszy powożący zgodnie ze zwyczajem pozdrowił
sędziów krótkim skinieniem głowy w stronę wieży sędziowskiej. Spiker w głośnikach nawoływał do startu.
Po czterech gonitwach Henry miał na swoim kuponie cztery poprawnie
wytypowane zwycięstwa. Jeśli szczęście go nie opuści, wygra kwintę. A ponieważ w ostatniej gonitwie postawił na wysoko opłacaną Ginger Star,
wygrana powinna być pokaźna. Żeby tylko potrafiła się opanować.
Wystartowali. Dahlström śledził zaprzęgi na torze na tyle
skoncentrowany, na ile był w stanie po ośmiu mocnych piwach i bliżej
nieokreślonej liczbie łyków z piersiówki. Gdy zegar kontrolny zadzwonił,
jego puls przyspieszył. Ginger Star biegła dobrze, do cholery, biegła
bardzo dobrze. Po każdym kroku, który przybliżał ją do dwóch faworytów
na prowadzeniu, Dahlström coraz wyraźniej widział jej kontury. Silną
szyję, rozwarte nozdrza i skierowane do przodu uszy. Była w stanie to
zrobić.
Tylko teraz nie galopuj, nie galopuj. Mamrotał sam do siebie tę prośbę
jak mantrę. Oczy utkwił w młodej klaczy, która z niepohamowaną energią
zbliżała się do prowadzących koni. Właśnie minęła jednego ze swoich
rywali. W tym momencie poczuł na szyi ciężar aparatu fotograficznego i przypomniał sobie, że chciał robić zdjęcia. Pstryknął kilka zdjęć w miarę pewną ręką.
Czerwony piasek toru wyścigowego pryskał na boki spod kopyt, które w szalonym pędzie orały ziemię przed sobą. Powożący popędzali konie
batami, publiczność była coraz bardziej rozgorączkowana. Na trybunach
wiele osób podniosło się z miejsc, niektórzy klaskali, inni krzyczeli.
Ginger Star zaczęła wyprzedzać po zewnętrznej i zrównała się z prowadzącym koniem. Dopiero wówczas powożący po raz pierwszy użył bata.
Dahlström podniósł się z miejsca, cały czas śledząc konia przez zimne
oko kamery.
Gdy Ginger Star dobiegła do celownika o nos przed faworytem gonitwy,
publiczność wydała jęk zawodu. Dochodziły do niego pojedyncze
komentarze: "Że co, do cholery?", "To nie może być prawda!",
"Niemożliwe!", "Do diabła!".
Dahlström opadł na ławkę.
Wytypował kwintę.
Rozdział 3
Poniedziałek, 12 listopada
W jednym kąciku ust utworzyła się bańka ze śliny. Z każdym wydechem
powiększała się, aż w końcu pękła i spłynęła po brodzie na poduszkę.
W pokoju było jasno. Żaluzje były podniesione i brudne plamy na szybie
były bardzo dobrze widoczne. Na parapecie stała doniczka z dawno już
uschniętym fiołkiem.
Henry Dahlström pomału przychodził do siebie, słuchając upartego
dzwonienia telefonu, które przecinało ciężką ciszę. Odbijało się echem
od ścian dwupokojowego mieszkania, natrętnie wciskało się do głowy, aż w końcu wygrało ze snem. Pojedyncze myśli pomału rozbudzały się i nieubłaganie sprowadzały go do rzeczywistości. Czuł wewnątrz jakąś
abstrakcyjną radość, ale nie mógł sobie przypomnieć, skąd się ona
wzięła.
Ból głowy zaatakował, gdy spuścił nogi z łóżka. Ostrożnie usiadł.
Rozchwiany wzrok zatrzymał się na niewyraźnym wzorze narzuty. Pragnienie
zmusiło go do wstania i skierowało na niepewnych nogach do kuchni.
Podłoga kołysała się. Oparł się o framugę drzwi i przyglądał panującemu
w kuchni chaosowi. Drzwi lodówki szeroko otwarte, zlew zawalony brudnymi
szklankami, talerzami z resztkami jedzenia i ekspresem do kawy z fusami
przyschniętym do szklanego dzbanka. Ktoś upuścił talerz na podłogę.
Między kawałkami porcelany mógł odróżnić resztki smażonego śledzia i purée ziemniaczane. Na stole kuchennym piętrzyły się puszki po piwie,
puste butelki po alkoholu, przepełniona niedopałkami popielniczka i garść kuponów z wyścigów konnych.
Nagle dotarło do niego, jaki był powód jego wewnętrznego szczęścia. Jako
jedyny wytypował kwintę. Wygrana była zawrotna, przynajmniej dla niego.
Wypłacono mu ponad osiemdziesiąt tysięcy koron gotówką, prosto do
kieszeni. Nigdy wcześniej nie trzymał w rękach takich pieniędzy. W następnej sekundzie uświadomił sobie, że nie wie, co z nimi zrobił.
Strach, że ich nie ma, ścisnął mu żołądek. Musiał mieć wczoraj nieźle w czubie. Tak cholernie dużo pieniędzy.
Przelatywał wzrokiem po na pół pustych półkach kuchennych, od góry do
dołu. Musiał być na tyle przytomny, że ukrył pieniądze. Chyba że ktoś z jego znajomych... Nie, w to nie wierzył. Chociaż, gdy w grę wchodził
alkohol i pieniądze, to nie można być niczego pewnym.
Odsunął od siebie tę myśl i próbował sobie przypomnieć, co robił
poprzedniego wieczoru, gdy wrócili do domu po wyścigach. Co, do diabła?
Ależ tak, szafka z przyborami do sprzątania. Drżącymi rękoma wyjął
paczkę worków do odkurzacza. Gdy poczuł pod palcami pliki banknotów,
odetchnął z ulgą. Osunął się na podłogę, trzymając w rękach zawiniątko
jak drogocenną wazę z porcelany. W głowie pojawiały mu się pomysły, co
może zrobić z pieniędzmi.
Pojechać na Gran Canarię i pić drinki z parasolkami. Może zaprosi też
Monicę albo Bengana - a dlaczego by nie obydwojga? Przed oczami pojawił
mu się obraz córki. Właściwie to powinien chyba jej coś przesłać. Była
dorosła i mieszkała w Malmö. Zerwali kontakt dawno temu. Henry włożył
paczuszkę z powrotem do szafy i wstał.
Tysiąc gwiazd zatańczyło mu przed oczami.
Potrzeba wypicia czegoś coraz bardziej dawała o sobie znać. Puszki po
piwie były puste, butelki po alkoholu też. Zapalił jakiś dłuższy
niedopałek, który znalazł w popielniczce. Zaklął, gdy sparzył się w palec.
Pod stołem odkrył butelkę, która jak się okazało, miała jeszcze sporo
alkoholu na dnie. Chciwie wlał go w siebie, zawroty głowy zwolniły.
Wyszedł na werandę i zaciągnął się zimnym listopadowym powietrzem. Ku
swojemu wielkiemu zaskoczeniu i radości odkrył na trawniku nieotwartą
puszkę piwa. Wlał je w siebie i poczuł się o wiele lepiej. W lodówce
znalazł kawałek parówki, w garnku przyschnięty mus ziemniaczany.
Był poniedziałkowy wieczór. Było już po szóstej i monopolowy
Systembolaget był zamknięty. Musi iść załatwić alkohol.
Rozdział 4
Pojechał do miasta autobusem. Kierowca był tak miły, że pozwolił mu
jechać za darmo, mimo iż teraz bez wątpienia miałby pieniądze, żeby
zapłacić za bilet. Gdy wysiadał na końcowym przystanku przy
Östercentrum, był ostatnim pasażerem. Deszcz wisiał w powietrzu, było
ciemno i dość odludnie. Większość sklepów o tej godzinie była
pozamykana.
Na jednej z ławek obok kiosku z kiełbaskami Aliego siedział Bengan z tym
nowym Örjanem z kontynentu. Nieprzyjemny typ, blady, z ciemnymi,
zaczesanymi do tyłu włosami i przeszywającym spojrzeniem, mięśnie ramion
zdradzały, jak zabijał czas w więzieniu, z którego właśnie wyszedł.
Siedział, zdaje się, za ciężkie pobicia. Tatuaże pokrywały ramiona i klatkę piersiową, kawałek rysunku wystawał spod brudnego kołnierza
koszuli. Henry nie czuł się dobrze w jego towarzystwie, a stała obecność
jego warczącego psa obronnego nie polepszała sprawy. Biały z czerwonymi
oczami i kwadratowym nosem. Brzydki jak nieszczęście. Örjan przechwalał
się, że jego pies zagryzł pudla miniaturowego w samym centrum
Sztokholmu, w ekskluzywnej dzielnicy Östermalm. Właścicielka psa, nadęta
paniusia z wyższych sfer, dostała szału i zaczęła okładać Örjana
parasolem, zanim przyjechała policja i zajęła się nią. On sam dostał
jedynie polecenie, żeby sprawił sobie mocniejszą smycz. Nawet w telewizji mówili o tym zdarzeniu.
Gdy Henry podszedł bliżej, z gardła psa, który leżał u stópÖrjana,
wydobywało się stłumione warczenie. Bengan pozdrowił go chwiejnym
skinieniem głowy. Był nieźle wstawiony, było to widać na kilometr.
- Cześć, co słychać? Jeszcze raz gratuluję, super, cholera.
Patrzył na swojego przyjaciela mętnym wzrokiem.
- Dziękuję.
Örjan wyciągnął plastikową butelkę z bezbarwną, bliżej nieokreśloną
zawartością.
- Napijesz się?
- Pewnie.
Alkohol śmierdział. Po kilku głębszych ręce przestały drżeć.
- Postawiło na nogi, co? - Örjan zadał pytanie bez uśmiechu.
- Jak najbardziej - odpowiedział Henry i usiadł na ławce obok nich. - A co u was?
- Pomału żyjemy.
Bengan pochylił się w stronę Henry'ego i wydyszał mu do ucha:
- Do diabła z tym szmalem. Co za numer. Co chcesz z tym zrobić?
- Nie wiem.
Henry rzucił szybkie spojrzenie w stronę Örjana, który zapalił
papierosa. Spoglądał w stronę wałów przy murach obronnych Östergravar i wydawało się, że przestał słuchać.
- Pogadamy o tym później - wyszeptał. - Nie chcę, żebyś rozgadywał o pieniądzach, nikt inny nie może się o nich dowiedzieć. Okej?
- Pewnie, spokojnie - obiecał Bengan. - Jasne, stary.
Poklepał Henry'ego po ramieniu i odwrócił się znów w stronę Örjana.
- Dawaj łyka.
Dorwał się do butelki.
- Piano, do cholery. Piano.
Typowy Örjan, pomyślał Henry. Zawsze musiał mówić tak dziwacznie. Że
niby co piano? Pies wyszczerzył zęby. Henry teraz chciał tylko zdobyć
alkohol i do domu.
- Macie coś na sprzedaż?
Örjan pogrzebał w swojej wytartej torbie ze sztucznej skóry. Wyjął
plastikową butelkę z samogonem.
- Pięćdziesiąt koron. Ale może masz kasę, żeby wysypać więcej?
- Nie. Mam tylko pięćdziesiąt koron.
Henry podał mu banknot i złapał za butelkę. Örjan nie puszczał chwytu.
- Na pewno?
- Tak.
- A co, jeśli ci nie wierzę? Jeśli myślę, że masz więcej, tylko nie
chcesz zapłacić?
- Co, do cholery, odczep się!
Wyrwał butelkę i podniósł się z ławki. Örjan szyderczo się uśmiechał.
- Nie znasz się na żartach?
- Muszę lecieć. Na razie, będziemy w kontakcie.
Poszedł w stronę przystanku, nie oglądając się za siebie. Czuł wzrok
Örjana na swoim karku, był on jak ukłucia igłą.
Rozdział 5
Siedział wygodnie rozparty w fotelu, jedynym, który znajdował się w salonie. W drodze do domu kupił w otwartym wieczorami kiosku Grape Tonic
i zmieszał go z alkoholem, tak że powstała mieszanka o przyjemnym smaku.
Szklanka na stole przed nim była pełna, lód trzeszczał w środku.
Przyglądał się żarowi papierosa w półmroku pokoju i rozkoszował
samotnością.
Nie obchodziło go, że mieszkanie było nieposprzątane po świętowaniu
poprzedniego wieczoru.
Włączył starą płytę Johna Casha. Sąsiadka protestowała, stukając w ścianę, najprawdopodobniej dlatego, że muzyka przeszkadzała jej w oglądaniu szwedzkiego serialu, który leciał w telewizji. Nic sobie z tego nie robił, ponieważ gardził wszystkim, co dotyczyło zwyczajnego
życia Svenssona.
Nawet gdy pracował zawodowo, unikał rutyny. Jako jeden z najlepszych
fotoreporterów w "Gotlands Tidningar" miał dużą swobodę w decydowaniu o swoim czasie pracy. Gdy w końcu zaczął pracować na własny rachunek,
robił dokładnie to, na co miał ochotę.
W chwilach autorefleksji myślał, że to właśnie ta wolność była
początkiem jego końca. Stworzyła przestrzeń dla picia, które powoli,
lecz konsekwentnie wypierało pracę, życie rodzinne, czas wolny, aż w końcu stało się ważniejsze od wszystkiego; małżeństwo się rozpadło,
pracodawcy zniknęli, a kontakty z córką stały się coraz rzadsze i po
kilku latach zupełnie się urwały. Na koniec nie miał ani pracy, ani
pieniędzy. Jedyni przyjaciele, którzy przy nim zostali, to ci, z którymi
pił.
Łoskot na podwórku wyrwał go z zamyślenia. Zastygł ze szklanką w połowie
drogi do ust. Czy to jeden z tych przeklętych dzieciaków, które
zajmowały się kradzieżą rowerów w okolicy, żeby potem je przemalować i sprzedać? Jego własny rower stał nieprzypięty. Już raz próbowali go
ukraść.
Nowy brzęk. Spojrzał na zegar. Za piętnaście jedenasta. Ktoś tam był,
bez wątpienia. Mogło to być oczywiście jakieś zwierzę, na przykład kot.
Otworzył drzwi na werandę i wpatrywał się w ciemność. Mały trawniczek,
który stanowił jego kawałek działki, był oświetlony chłodnym światłem
latarni ulicznej. Rower stał oparty o ścianę tak jak zawsze. W oddali,
niedaleko ścieżki, jakiś cień zniknął za drzewami. Prawdopodobnie ktoś
wyprowadzał psa. Zamknął drzwi i dla pewności przekręcił zamek.
Poirytowało go, że zakłócono mu spokój. Zapalił światło i z niesmakiem
rozejrzał się po mieszkaniu. Nie był w stanie patrzeć na tę mizerię,
wsunął więc na nogi kapcie i zszedł do ciemni w piwnicy, żeby popatrzeć
na zdjęcia z wyścigów.
Wypstrykał cały film na Ginger Star, w tym kilka zdjęć dokładnie w chwili, gdy mijała celownik. Głowa wyciągnięta do przodu, rozwiana
grzywa i nos przed nosami innych koni. Co za uczucie.
Administrator budynku był na tyle w porządku, że pozwolił mu na
zagospodarowanie starego pomieszczenia na rowery, które Henry wyposażył
w powiększalnik, miski z płynami i stojak do suszenia zdjęć. Okno
piwnicy było przykryte kawałkiem czarnej papy, który odcinał dopływ
światła dziennego.
Jedynym źródłem światła była czerwona lampa na ścianie. W jej słabym
blasku praca przebiegała bez trudności. Lubił przebywać w ciemni.
Koncentrować się w stu procentach na swojej pracy, w ciszy i mroku.
Takiego samego uczucia spokoju doświadczył wcześniej tylko raz, podczas
podróży poślubnej do Izraela. Tam pewnego razu nurkowali razem z Ann-Sofie. Gdy poruszali się pod powierzchnią milczącego morza, miał
wrażenie, że znajdowali się w innym wymiarze. Nic nie zakłócało ich
ciszy, byli niedostępni dla nieustannego hałasu świata. Potem nigdy
więcej nie nurkował, ale tamto doświadczenie pozostawiło wyraźny ślad w jego pamięci.
Pracował dobrą chwilę, gdy przerwało mu delikatne pukanie do drzwi.
Instynktownie znieruchomiał i wytężył słuch. Kto to mógł być? Musiała
już chyba dochodzić północ.
Pukanie się powtórzyło, powolniejsze i dłuższe. Z utrwalacza wyjął
fotografię, nad którą pracował i powiesił ją do wyschnięcia. Cały czas
różne myśli krążyły mu po głowie. Otworzyć czy nie?
Rozsądek podpowiadał mu, że najlepiej zrobi, jak da sobie spokój. To
mogło mieć coś wspólnego z wygraną. Ktoś chciał się dostać do pieniędzy.
Wiadomość o tym, że wygrał, oczywiście rozeszła się już po okolicy. W pukaniu po drugiej stronie drzwi kryło się niebezpieczeństwo. Zaschło mu
w ustach. Choć równie dobrze mógł to być Bengan.
- Kto tam? - zawołał.
Pytanie zawisło w powietrzu. Żadnej odpowiedzi, tylko ciężka cisza.
Opadł na taboret, po omacku odnalazł butelkę z alkoholem i wypił kilka
szybkich łyków. Minęło kilka minut i nic się nie wydarzyło. Siedział w zupełnej ciszy i czekał, sam nie wiedząc na co.
Nagle z drugiej strony zadudniło w szybę.
Podskoczył tak gwałtownie, że prawie upuścił butelkę. W jednej chwili
wytrzeźwiał i wpatrywał się w papę zakrywającą okno. Prawie nie śmiał
oddychać. Dudnienie powróciło. Mocne, gwałtowne. Tak jakby ktoś tam na
zewnątrz uderzał nie pięściami, ale jakimś przedmiotem. Sufit i ściany
się skurczyły. Strach chwycił go za gardło. Siedział tu jak szczur w potrzasku, a ktoś tam na dworze bawił się z nim. Pot wystąpił mu na
czoło, jelita się ścisnęły. Musiał iść do toalety.
Uderzenia przeszły w rytmiczne, monotonne walenie w szybę okna w piwnicy. Nikt nie usłyszałby jego wołania o pomoc. W środku nocy, w zwyczajny dzień. Czy ten albo ci, co byli na zewnątrz, wybiją szybę? I tak nie mogliby się dostać tędy do środka, okno było zdecydowanie za
małe. Drzwi zamknął na klucz, tego był pewien.
Nagle zrobiło się cicho. Miał napięty każdy mięsień. Nasłuchiwał i próbował wychwycić dźwięki, których nie było.
Prawie godzinę siedział w tej samej zastygłej pozycji, zanim odważył się
poruszyć. Gwałtowny ruch sprawił, że zakręciło mu się w głowie i się
zachwiał. Zobaczył w ciemności błyszczące białe gwiazdy. Musiał iść do
toalety, dłużej już nie wytrzyma. Nogi ledwo go niosły.
Gdy otworzył drzwi, zorientował się od razu, że popełnił błąd.
Rozdział 6
Fanny mierzyła się wzrokiem w lustrze, przeciągając grzebień przez
błyszczące włosy. Jej oczy były ciemnobrązowe, tak jak skóra. Szwedzka
mama i tata z Karaibów. Była mulatką, nie miała jednak w wyglądzie
niczego typowego dla Afrykańczyków. Jej nos był mały i prosty, a usta
wąskie. Niektórzy myśleli, że pochodziła z Indii lub z Afryki Północnej,
stawiali na Maroko lub na Algierię.
Właśnie wyszła spod prysznica, włożyła majtki i luźny T-shirt. Świeżo
wyszorowana twardymi szczotkami, które kupiła w supermarkecie ?hléns.
Drapały ciało, aż skóra robiła się obolała. Mama spytała, do czego są
jej potrzebne.
- Do mycia. Jest się wówczas o wiele czystszym. I jest to dobre dla
skóry - odpowiedziała.
Wytłumaczyła, że zapach koni wnika bardzo głęboko. Prysznic był jej
najlepszym przyjacielem.
Odwróciła się bokiem i przyglądała się swojemu chudemu ciału z profilu.
Plecy przygarbione, bo gdy stała prosto, piersi odstawały i były jeszcze
bardziej widoczne. Dlatego zawsze chodziła lekko zgarbiona. Wcześnie
dojrzała. Piersi zaczęły jej rosnąć już w czwartej klasie. Na początku
robiła wszystko, żeby je ukryć. Duże, luźne bluzy pomogły.
Najgorzej było na gimnastyce. Mimo biustonoszy sportowych, które
spłaszczały piersi, były one widoczne, gdy podskakiwała albo biegła.
Zmiany zachodzące w jej ciele wzbudzały w niej wstręt. Dlaczego człowiek
stawał się tak obrzydliwy, gdy dorastał? Pod pachami goliła się, gdy
tylko wyczuła szorstkość długiego na milimetr owłosienia. Nie mówiąc już
o kroczu. Krew, która pojawiała się co miesiąc, brudziła majtki i prześcieradła, gdy przeciekała nocami. Brzydziła się swoim ciałem.
To, że była ciemnoskóra, nie polepszało sprawy. Chciała wyglądać tak jak
inni. W jej klasie tylko ona i jeszcze dwóch chłopców mieli ciemną
skórę. Ale oni byli bliźniakami i mieli siebie nawzajem. Zostali
adoptowani z Brazylii i grali w piłkę nożną najlepiej z całej szkoły.
Uważano ich za równych gości, bo wyglądali jak Roberto Carlos. Dla nich
kolor skóry był atutem. Ale nie dla niej. Ona nie chciała się wyróżniać.
Marzyła o tym, żeby być z koleżankami, żeby mieć własną najlepszą
przyjaciółkę. Kogoś, komu można się zwierzyć, z kim można dzielić
wszystkie troski. W szkole nikt nie zwracał na nią uwagi. Szła sama i do
szkoły, i ze szkoły. Jednocześnie była świadoma, że sama sobie jest
winna. Gdy zaczęła naukę w gimnazjum, czasem niektórzy ją pytali, czy
chciałaby gdzieś z nimi iść po szkole. Zawsze odpowiadała, że nie. Nie
dlatego, że nie chciała, ale dlatego, że spieszyła się do domu, do
Kropka i do wszystkiego, co było do zrobienia. Zaprosić kogoś do domu
było nie do pomyślenia. Istniało zbyt duże ryzyko, że zastaliby
zabałaganione, śmierdzące papierosami mieszkanie, z zasłoniętymi
żaluzjami i niesprzątniętym śniadaniem. Zdołowana mama z papierosem w ustach i kieliszkiem wina w ręku. Nie, dziękuję. Nie chciała narażać na
to ani siebie, ani żadnej koleżanki. Ale by gadali. Wstyd jak nie wiem
co, a ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała, były dodatkowe kłopoty.
Dlatego Fanny była sama. Koleżanki zmęczyły się pytaniem i w końcu nikt
więcej nie troszczył się nawet o to, żeby z nią rozmawiać. Tak jakby nie
istniała.
Rozdział 7
Niedziela, 18 listopada
Grad uderzający o blaszany dach obudził komisarza Andersa Knutasa w jego
willi znajdującej się rzut kamieniem od murów obronnych miasta Visby.
Wygrzebał się z łóżka, zadrżał, gdy stopy dotknęły zimnej podłogi.
Rozespany, po omacku odnalazł podomkę i podciągnął żaluzje. Zdziwiony
wyjrzał na dwór, grad w listopadzie był czymś wyjątkowym. Ogród
przypominał scenę z jednego ze starych, czarno-białych filmów Bergmana.
Drzewa miały ogołocone gałęzie, smutnie wyciągnięte w stronę
stalowoszarego nieba. Chmury przesuwały się po niebie, jedna bardziej
złowieszcza od drugiej. Asfalt przed willą był mokry i zimny. W oddali
kobieta w ciemnoniebieskim płaszczu z trudem przechodziła z wózkiem
dziecięcym przez ulicę. Osłaniała się przed wiatrem i ostrymi kawałkami
lodu, które zasypywały ziemię. Dwa nastroszone wróble siedziały
przytulone do siebie pod krzakiem porzeczki, którego wątłe gałęzie
dawały słabe schronienie.
Dlaczego w ogóle trzeba wstawać z łóżka, pomyślał i z powrotem wślizgnął
się pod ciepłą kołdrę. Line odwróciła się do niego plecami i spała
dalej. Położył się obok i pocałował ją w szyję.
Myśl o niedzielnym śniadaniu z ciepłymi bułeczkami i kawą wyciągnęła ich
w końcu z łóżka. Lokalne radio nadawało piosenki na życzenie, na
parapecie siedział kot i próbował złapać krople wody spływające po
drugiej stronie szyby. Niebawem do kuchni przywlokły się dzieci, jedno w piżamie, a drugie w koszuli nocnej. Petra i Nils byli bliźniakami i niedawno skończyli dwanaście lat. Mieli piegi i rude włosy Line oraz
smukłe, wysokie sylwetki po ojcu. Taki sam wygląd, ale zupełnie różne
charaktery. Petra odziedziczyła spokój swojego taty, uwielbiała chodzić
na ryby, grać w golfa i przebywać na świeżym powietrzu. Nils miał gorący
temperament, głośno się śmiał, ciągle się wygłupiał i miał fioła na
punkcie filmów i muzyki, zupełnie jak Line.
Knutas popatrzył na termometr za oknem. Dwa stopnie na plusie. Z pewnym
przygnębieniem uprzytomnił sobie, że skończył się słoneczny październik,
który był jego ulubionym miesiącem: rześkie powietrze, liście drzew w olśniewających kolorach od ochry do purpury, zapach ziemi i jabłek.
Jasnoczerwona jarzębina i las pełen jesiennych kurek. Błękitne niebo.
Nie za ciepło i nie za zimno.
Teraz październik ustąpił miejsca brudnoszaremu listopadowi, co chyba
nikogo nie cieszyło. Słońce wschodziło krótko przed siódmą i zachodziło
przed czwartą. Dni stawały się coraz krótsze i ciemniejsze, i tak aż do
Bożego Narodzenia.
Nic dziwnego, że o tej porze roku wiele osób cierpiało na depresję. Kto
tylko znajdował się na dworze, spieszył się, żeby jak najszybciej znowu
być pod dachem. Przechodnie kulili się pod uderzeniami wiatru i deszczu
i nie mieli nawet siły, aby podnieść wzrok, gdy kogoś mijali. Powinniśmy
zapadać w sen zimowy, tak jak niedźwiedzie, pomyślał Knutas. Ten miesiąc
to tylko czas przejściowy, nic więcej.
Lato wydawało się bardzo odległe. Wówczas wyspa miała zupełnie inne
oblicze. Każdego roku setki turystów przyjeżdżały na Gotlandię, żeby
podziwiać tutejszą wyjątkową przyrodę, piaszczyste plaże i średniowieczne Visby. Oczywiście wyspa potrzebowała turystów, ale
oznaczali oni także ciężką pracę dla policji. Hordy młodzieży zjeżdżały
się do Visby, żeby imprezować w wielu tutejszych pubach. Problemy z pijaństwem i narkotykami wzrosły drastycznie.
Jednak ubiegłego lata to wszystko zeszło na drugi plan. Seryjny morderca
grasował po wyspie i siał postrach zarówno wśród turystów, jak i mieszkańców Gotlandii. Policja pracowała pod dużą presją, a olbrzymie
zainteresowanie mediów nie ułatwiało im pracy.
Gdy było już po wszystkim, Knutas czuł, że poniósł porażkę z tego
powodu, że stało się tak, jak się stało. Zastanawiał się, dlaczego
policja wcześniej nie widziała związku pomiędzy ofiarami, dlaczego wiele
młodych istnień kobiecych musiało zostać zniszczonych.
Całą rodziną zrobili sobie pięciotygodniowe wakacje, ale gdy wrócił do
pracy, w ogóle nie czuł się wypoczęty.
Jesień była spokojna i to było właśnie to, czego potrzebował.
Rozdział 8
Stał pod drzwiami i dzwonił przynajmniej przez pięć minut. Przecież
chyba Flesz nie spał aż tak cholernie twardo? Teraz przez cały czas
trzymał wciśnięty błyszczący przycisk dzwonka, jednak w mieszkaniu nic
nie było słychać.
Schylił się z pewnym trudem i zawołał przez szparę na listy:
- Flesz! Flesz! Otwieraj, do cholery!
Z westchnieniem oparł się o drzwi i zapalił papierosa, chociaż wiedział,
że baba mieszkająca po sąsiedzku będzie zrzędzić, jeśli go przyuważy.
Minął już prawie tydzień, odkąd spotkali się przy Östercentrum i od
tamtego czasu Dahlström więcej się nie pokazał. To było do niego
niepodobne. Powinni natknąć się gdzieś na siebie, chociażby na dworcu
autobusowym albo w holu Domusa.
Zaciągnął się po raz ostatni papierosem i zadzwonił do kobiety w mieszkaniu obok.
- Kto tam? - zapiszczał słaby głos.
- Jestem kumplem Flesza... Henry'ego Dahlströma, który tutaj mieszka.
Chciałbym o coś zapytać.
Drzwi uchyliły się lekko i kobieta wyjrzała zza grubego łańcucha.
- O co chodzi?
- Widziała pani ostatnio Henry'ego?
- Czy coś się stało?
Błysk zaciekawienia w oczach.
- Nie, nie, nie sądzę. Zastanawiam się tylko, gdzie jest.
- Od czasu tej wrzawy w ubiegły weekend nie słyszałam żadnych odgłosów
dochodzących z mieszkania. Wówczas był tam straszny hałas. Tak, to
pewnie była jakaś libacja, jak zawsze - powiedziała oskarżycielskim
tonem i spojrzała na niego wyzywająco.
- Czy wie pani, kto może mieć klucz do jego mieszkania?
- Administratorzy budynku mają klucze do wszystkich. Jeden z nich
mieszka naprzeciwko. Może pan do niego pójść i go spytać. Nazywa się
Andersson.
Gdy razem z administratorem dostali się do mieszkania Dahlströma,
zastali tam chaos. Powyciągane szuflady, szafy z powyrzucaną na podłogę
zawartością i poprzewracane meble. Papiery, książki, ubrania i inne
rupiecie walały się dookoła. W kuchni na podłodze leżały resztki
jedzenia, niedopałki, butelki po alkoholu i inne śmieci. Śmierdziało
starym piwem, papierosami i smażoną rybą. Ktoś powywracał pościel i poduszki kanap.
Obaj mężczyźni zatrzymali się pośrodku salonu i patrzyli bez słowa. W końcu administrator Andersson wydusił z siebie jedno zdanie:
- Co, do cholery, tu się wydarzyło?
Otworzył drzwi na werandę i wyjrzał na zewnątrz.
- Tu też go nie ma. Pozostaje jeszcze tylko jedno miejsce.
Zeszli schodami do piwnicy. Z jednej strony pustego korytarza biegły
rzędem drzwi opatrzone różnymi tabliczkami: "Pralnia", "Wózki
dziecięce", "Rowery". Naprzeciw nich mieściły się normalne boksy
piwniczne z drzwiami z siatki. Na samym końcu były nieoznaczone drzwi.
Smród prawie powalił ich z nóg. Z ciemni wydobywał się odór, od którego
wszystko przewracało się w żołądku. Andersson zapalił światło. Widok był
przerażający. Na podłodze leżał Henry Dahlström zatopiony we własnej
krwi. Leżał na brzuchu, z twarzą zwróconą ku podłodze. Krew pokrywała
ściany i sufit. Na wyciągniętych rękach widać było małe, brązowe
pęcherzyki. Dżinsy miały z tyłu ciemne plamy, jakby zrobił pod siebie.
Andersson wycofał się na korytarz.
- Trzeba zadzwonić po policję - wydusił. - Ma pan komórkę? Zostawiłem
moją w mieszkaniu.
Odpowiedzią było zaprzeczenie głową.
- Proszę tu chwilę poczekać i nikogo nie wpuszczać.
Administrator odwrócił się i pospieszył do góry po schodach. Gdy wrócił,
znajomego Flesza już nie było.