Niewymowne - Ernest Wit

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (30,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Puste wieszaki

dziwiłaś się samotnym

spacerom nastolatka

nie mówiłem że kocham

wiatr o ciemnych włosach

notowałem książki które chciałem

jeszcze przeczytać

Gianfranco Calligarich

Ostatnie lato w mieście

John Cheever

Wizja świata. Opowiadania wybrane

Gesualdo Bufalino

Opowieść siewcy zarazy

nic z tego nie wyszło

ponieważ umarłaś

odjazd pociągu

kiedy z całej siły próbuję

coś zatrzymać

w szafie wisiały

twoje miękkie suknie

prócz tej do trumny

i trwał ich zapach

potem ojciec

wszystkiego się pozbył

puste wieszaki

klekotały jak kości

Rusałki żałobniki

poryw wiatru odkrywa

srebrne spody liści białych topoli

jest popołudnie i szybko robi się ciemno

w mieście za jeziorem zapala się wieczór

sierp księżyca pruje pierzaste chmury

idę tam gdzie zostawiłaś swoje ciało

przy okazji odwiedzam

życia którymi nie żyłem

zamiast śniegu zimą pada deszcz

więc pociągi ślizgają się po szynach

jak dawniej dzieci

na zamarzniętym stawie

nawiasem mówiąc zawsze

lubiłem podróże koleją

widziałem jak szybko mijają życia

pojawiają się nowe

stara kobieta z trwałą ondulacją

w mieście młodości

zapada zmierzch lutowy

myśli jak myszy wychodzą spod mebli

koty kurzu od kiedy nie sprzątasz

tłuste koty w kuchni

od kiedy nie gotujesz

wysoko w niebie głos dzikich gęsi

pierwsza rocznica twojego odlotu

jeszcze chwila arktycznego chłodu

czystego jak kryształ strachu bez treści

już słońce zmusza

forsycje do kwitnienia

nadchodzi lato

rusałki żałobniki są zrozumiałe

jednak czerwończyk na chabrze

Aria ciała

kijanki w wysychającym rowie

niespełnione pragnienia

to słodki czas

kiedy siedzimy na miedzy

skubiąc szczaw

spocona staruszka pachnie

jak kwiaty czarnego bzu

a ty na łące pełnej jaskrów

mrużysz oczy

gorące popołudnie

dmucham w rurki twojej fletni

aria ciała na strunie G

to pora bliskości

woń błękitnej facelii

brzmi w twoim oddechu

zjadamy owoc miłości

wypluwamy pestki

jeszcze świetliki

coś zapalają po czym

nasze ciała stają się niebieskie

mówię gwiazdy wydają się

tak blisko siebie jak my

jednak w łóżku nasze sny

nigdy się nie dotykają

dlatego wyciągasz mnie

na nabożeństwo w wiejskim kościele

czuję słodki zapach lipy

ksiądz beczy baranim głosem

łąki umajone

naprawdę wierzyłem

że palcem w bucie można

poruszyć gwiazdy

Broszka ważki

odlatuje z twojej sukienki

szmaragdowa broszka ważki

cień skulony pod płotem jak stary pies

z wywalonym jęzorem

złote obrączki wody na nogach czapli

jemy podwieczorek na balkonie

jerzyki zmiatają muchy z patery nieba

potem się ściemnia

znów wychodzimy

w wieczornej ciszy

obwisłe kwiaty w kształcie trąbki

pogodny wrzesień

uśmiechasz się do mnie

pajęczyną zmarszczek

zegar stojący

w kącie pustego pokoju

głośno chodzi

w tę i nazad

w tę i nazad

aby zapomnieć

aby nie myśleć

idę skrajem pola

gdzie spokojne głowy kapusty

macza pędzel w wiadrze szarości

malarz jesiennych popołudni

w starej alei listopadowy deszcz

zmył makijaż z drzew

dęby stoją w skarpetach mchu

w zimowy wieczór para kochanków

pod prysznicem lampy

już po wszystkim mówisz

wysychające łzy łaskoczą policzek

Zardzewiały krajobraz

wiejskie dzieci które nigdzie

nie wyjeżdżają pokazują

gołe tyłki przejeżdżającym pociągom

w starych kryminałach podstarzałe damy

noszą małe torebki w których noszą

małe pistolety

zaskakująco śmiercionośne

czas kiedy zabijaliśmy czas oglądaniem

teraz czas zabija nas

nie patrząc na nic

tymczasem ksiądz nadal kropi

koszyczki z jedzeniem

za nim idzie ministrant

z koszykiem na datki

po dożynkach

urżnięci gospodarze

gra słów owszem

śmiech rozpaczy

więc brniemy dalej

historia jego miłostek

niech nosi tytuł

moje rzycie

tytoniowa woń suchych liści

po deszczu przechodzi w zapach

zgniłego czosnku

zardzewiały krajobraz listopada

wtedy próbujesz wepchnąć łzy

z powrotem na miejsce

ostatnie dni

kiedy z niej wszystko płynęło

nie mogło przestać

nie mogę przestać

dotykam twojego miękkiego ciała

jakbym lepił cię z gliny na swoją modłę

oczy jakby na uwięzi

zrywają się nagle

podążam za tobą wzrokiem

już nie wracam

Smak szczawiu

od dziecka lubiłem

odosobnienia

słodki smak

wrześniowego szczawiu

wysokie pokoje

w starych kamienicach

gdzie zakurzony landszaft

pająk wisiał na sierpie księżyca

potem te wiecznie

otwarte oczy nocy

późno gasną lampy bezsenności

jak szczęk nożyczek

głos przestraszonej sroki

ucina krótki sen

koszmar budzi się ze mną

na moim karku

ciężar twojego oddechu

albo nawet szachy

puste pola na szachownicy

końcówka lata

tamten wielki dąb po ścięciu

zapach figur kompletu dziadka

o staromodnych kształtach

i daleko nad rżyskiem

z krawędzi ciemnej chmury

wiszą długie włosy deszczu

albo ten co napisał

on cię nie rzeźbił Dawidzie

on tylko zamienił cię w kamień

i stacja w małym mieście

gdzie trawa rośnie między szynami

po złotym lecie spacer

pustym brzegiem siwego morza

z czasem pamięć staje się

dalekowidzem

dopiero w dzień

twojego pogrzebu

stałem się śmiertelny

Wesołe miasteczko

z czym kojarzy się ojciec

wata cukrowa lemoniada

brązowe pałki wodne

cygara okolicznych dzieci

w niedzielę smutne miasteczko

zamieniało się w wesołe miasteczko

zawrót głowy po karuzeli

stare miasto

uliczki wyłożone nagrzanym

kamieniem polnym

gorzkie piwo o barwie miodu

w barze gwarno jak w ulu

gramofon i płyty w walizce

za tym pustym stepem

miasto jest ogromne

w sobotni zimowy wieczór

ostatnie stadium

raka matki kiedy ojciec kopał ogród

woń wilgotnej ziemi

letnie słońce

przypiekało młode plecy

po latach czerniak

dał przerzuty do płuc i do mózgu

wszyscy myśleli że dożyje setki

tak jak mama żywił nadzieję

resztką swojego ciała

przed wyjazdem do hospicjum poprosił

żebym podlewał pomidory

odpowiedziałem wędrówką

po morenowych wzgórzach

jeszcze ciepłe były ścieżki pamięci

w cieniu starych buków

polodowcowe wąwozy

mała strużka na dnie

głębokiego jaru

Muszka owocowa

nie wiatr jedynie

nami targał

z martwego liścia

zostały nerwy

tylko muszka owocówka

chce się ze mną napić

na ściankach kieliszka łzy wina

był to wieczór z rodzaju tych

kiedy Strindberg i Munch piją

a Grieg im gra

to moje pierwsze w życiu zdjęcie

patrz jak wtedy wyglądały

wózki dziecięce

jak małe trumny

przez dziką łąkę biegniesz do mnie

w kurzu motyli

przepiórki w trawie nie wiedzą

że ich świat się kończy

smucę się za nie

i za ciebie

gdy mówisz cicho

młoteczek i kowadełko w moim uchu

ostatni raz uliczką przy rynku

idziemy w lipcowy skwar

czekoladki alkohol i chemia

w nagrzanym oknie małego sklepu

wołowina na zrazy

buraczki o smaku gorzkiej ziemi

klamka do okna którą złamał ojciec

po drodze do śmierci

było jeszcze parę

drobnych spraw do załatwienia

nie dałaś poznać ale ja widziałem

jak stałaś sama w polu

rozwiane włosy brzozy zwisłej

Chodzenie donikąd

samotność lata

zabiedzona roślinność piaszczystych gleb

rumowisko dawnego gospodarstwa

lebioda na zupę

tak mało trzeba

na suchym przydrożu kwitnie rozchodnik

smutna sarna schowana w zaroślach

nie męcz mnie gdy umieram

zapach polnych dróg zmoczonych deszczem

chodzenie donikąd

mrówki doją zielone mszyce

słodycz popołudnia

z nagrzanej drogi zbaczam w wierzbowy cień

moja nimfa dzwoni

przechodząc trącasz mnie lekko

dojrzały niecierpek

kwiaty wyki

fioletowy smak jej szminki

zgięty w łokciu konar

starego buka

daleko od miejskiej biegunki

koński szczaw

stopy bolą od długiej wędrówki

ostróżka polna

skoszona łąka

dusze ziół i kwiatów idą do nieba

leżę na sianie

jak na pieniądzach

wieczorna rosa

języczki polne liżą nam stopy

Śmierć premierą

pielęgniarka hospicyjna

opowiada o swojej pracy

objawy zbliżającej się śmierci

to zmiany w świadomości pacjenta

utrata kontaktu z otoczeniem

kolejne symptomy końca życia

to zmiany w oddychaniu i plamistość skóry

szczególnie na rękach i nogach

w ostatnich chwilach pojawiają się

końcowe wydzieliny z ust i gardła

reklama poleca księdza Adama

który odprowadza chorych na granicę życia

śmierć jest premierą

przed którą nie ma próby generalnej

dziewczyna podkreśla jednak

że te doświadczenia nie sprawiają bólu

są naturalną częścią umierania

mówi o ostatnich słowach umierających

krótko przed śmiercią

mówią do bliskich kocham cię

wzywają swoich rodziców

nawet jeśli ci od dawna nie żyją

nos małego chłopca

w słoneczny dzień zimowy

kapiący sopel

oczy młodego mężczyzny

kandelabry kwiatów kasztanowca

w jasny wieczór

uszy mężczyzny w średnim wieku

w pustawej sali koncertowej

Jardins sous la pluie z cyklu Estampes

Nie musieć nic

zastanawiam się czy trzeba było

zawozić ojca do hospicjum

zakładać cewnik na trzy tygodnie

mógł sikać w domu do pieluchy

na co pozwala się małym dzieciom

nienawykli do trudu i niewygody

niezdolni do poświęceń

oddaliśmy go w ręce zawodowców

nie chcieliśmy odwoływać

wycieczki na Rodos

nie mieliśmy czasu zajęci tym co zawsze

odgryzaliśmy kawałki matki ziemi

napychaliśmy się podgardlankami

jak Baloun z kompanii Szwejka

i takie zadowolenie nas ogarniało

od stóp do głów

nie musieć nic i móc wszystko

jak miliarder i SUV z reklamy

jeszcze wiszą dawne obrazy

w ocalonym pokoju

w bezwietrznym skwarze falują

włosy trawy wodnej

słodkie powietrze nad dawną rzeźnią

woda w rowie różowa

podwórko zalatuje

kiszoną kapustą i wychodkiem

w środku nocy rynek miasteczka

świeci pustką

deszcz gra na rynnach

melodię snu i zapomnienia

Dziewięć rzeczy

pielęgniarka z hospicjum spisała

dziewięć rzeczy których ludzie

żałują przed śmiercią

nie mówili kocham cię

nie byli lepszymi małżonkami rodzicami dziećmi

pracowali za dużo

bali się wyjść poza strefę komfortu

nie byli szczęśliwi nie cieszyli się bardziej życiem

nie spełnili swoich marzeń

nie dbali o siebie nie badali się częściej

nie zrobili więcej dla innych

wybrali zawód niezgodny z ich pasją

czy powiedziałeś mamie że ją kochasz

pewnie bardzo dawno temu

pod koniec mówiłeś że nie wytrzymasz z tą babą

mnie też nie powiedziałeś ani ja tobie

pracowałeś tyle ile trzeba było

co do wychodzenia ze strefy komfortu

nawet do pobliskiego kiosku nie lubiłeś chodzić

najgorszym dniem każdego miesiąca

była wizyta u fryzjera w mieście

czułeś się szczęśliwy w swoim ogrodzie

w zimowe wieczory siedziałeś w domu

fotel stał naprzeciwko telewizora

przed południem piłeś kawę jadłeś babkę

nie wiem co było twoim marzeniem

chyba po prostu chciałeś mieć święty spokój

nie badałeś się zdrowy po osiemdziesiątce

tego pieprzyka na plecach nie widziałeś

dopiero jak zaczął krwawić

wygonili cię do dermatologa

na pewno mogłeś zrobić więcej dla innych

ale też inni mogli zrobić więcej dla ciebie

zawód raczej niezgodny z twoją pasją

chociaż i tak musiałeś zapisać się do partii

żeby go wykonywać

właściwie nie wiem czym się pasjonowałeś

oprócz krzyżówek szarad kalamburów

a zwłaszcza rebusów