Niewyjaśniona logika mojego życia - Benjamin Alire Saenz

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (29,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Tytuł oryginału: The Inexplicable Logic of My Life

 

Original English language edition copyright ? 2017 by Benjamin Alire Sáenz

 

Published by arrangement with Simon & Schuster Books for Young Readers, An imprint of Simon & Schuster Children's Publishing Division.

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być reprodukowana ani przekazywana w jakiejkolwiek formie ani żadnymi środkami, elektronicznymi lub mechanicznymi, w tym fotokopiowaniem, nagrywaniem lub jakimkolwiek systemem przechowywania i wyszukiwania informacji, bez pisemnej zgody Wydawcy.

 

Copyright ? for the Polish translation by Artur Łuksza, 2024

Copyright ? Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2024

 

Redaktorka prowadząca: Oliwia Łuksza

Marketing i promocja: Aleksandra Kotlewska, Anna Fiałkowska

 

Redakcja: Patryk Białczak

Korekta: Daria Latzke, Małgorzata Tarnowska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Ilustracje na okładce: Abdelrahman, Ifti Digital | Adobe Stock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-67974-41-7

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni osoby autorskiej. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@weneedya.pl

marketing@weneedya.pl

www.weneedya.pl

 

 

 

 

 

 

Zaczyna się życie

 

 

 

CIEMNE CHMURY ZBIERAŁY SIĘ NA NIEBIE i w porannym powietrzu unosiła się zapowiedź deszczu. Gdy wyszedłem z domu, poczułem na twarzy chłodny powiew. Lato było długie i leniwe, pełne upalnych i bezdeszczowych dni.

Te dni były już jednak wspomnieniem.

Pierwszy dzień szkoły. Czwarta klasa liceum. Zawsze zastanawiałem się, jak będę się czuł w ostatniej klasie. A teraz miałem się tego dowiedzieć. Życie się zaczynało. Tak przynajmniej określała to Sam, moja najlepsza przyjaciółka. Ona wiedziała wszystko. Posiadanie przyjaciółki, która wszystko wie, oszczędza wiele wysiłku. Jeśli masz pytanie na dowolny temat, wystarczy, że zwrócisz się do niej i zapytasz, a ona poda ci informację, której potrzebujesz. Nie żeby w życiu chodziło tylko o informacje.

Sam była cholernie inteligentna. I wiedziała sporo rzeczy. Właściwie całe mnóstwo. Co więcej, wiele rzeczy także czuła. Mówię wam, Sam była dobra w czucie. Czasami wydawało mi się, że myśli, czuje i żyje za nas oboje.

Sam wiedziała, kim jest Sam.

A ja? Chyba nie zawsze byłem tego pewien. Co z tego, że potrafiła być emocjonalną ekshibicjonistką i w pełni korzystać z całego wachlarza emocji? Czasem była huraganem. Ale innym razem świeczką rozświetlającą ciemne pomieszczenie. Co z tego, że czasem trochę mnie wkurzała? Wszystko to - jej emocje, zmieniający się w mgnieniu oka humor i różne tony głosu - czyniło ją nadzwyczaj żywą.

Ja byłem zupełnie inny. Lubiłem spokój. Myślę, że dobrze karmiłem wewnętrznego policjanta. Ale czasami miałem wrażenie, jakbym wcale nie korzystał z życia. Może potrzebowałem Sam, bo w jej obecności czułem się bardziej żywy. Może to wcale nie było logiczne, ale też może to, co nazywamy logiką, jest przereklamowane.

Dlatego pierwszego dnia szkoły, rzekomego początku naszych żyć, szedłem w stronę domu Sam i mówiłem do samego siebie. Codziennie chodziliśmy razem do szkoły. Nie mieliśmy samochodów. Masakra. Tata lubił mi przypominać, że wcale nie potrzebuję auta. "Masz nogi, prawda?" Kochałem mojego tatę, ale nie zawsze podzielałem jego poczucie humoru.

Gdy dotarłem przed jej dom, napisałem do Sam: Jestem! Nie odpisała.

Stałem tak w oczekiwaniu. I wiecie co? Miałem dziwne przeczucie, że nic już nie będzie takie samo. Sam twierdziła, że nie wolno ufać złym przeczuciom. W pierwszej klasie liceum, po wizycie u wróżki czytającej z dłoni, z miejsca stała się cyniczką. W każdym razie to przeczucie mną jednak wstrząsnęło, bo chciałem, żeby wszystko pozostało takie, jakie było - naprawdę lubiłem swoje życie. Gdyby tylko już zawsze mogło być tak, jak wtedy. Gdyby tylko. Musicie też wiedzieć, że nie podobała mi się ta pogawędka z samym sobą - i nie odbywałbym jej, gdyby tylko Sam miała poczucie czasu. Wiedziałem, co ją powstrzymuje. Buty. Sam zawsze miała problem z wybraniem butów. A pierwszego dnia szkoły ten wybór był wyjątkowo ważny. Sam. Sam i jej buty.

Wyszła w końcu z domu, gdy pisałem do Fito. Jego dramy były inne od tych, które przeżywała Sam. Nigdy nie byłem zmuszony do życia w chaosie, którego Fito doświadczał każdego dnia, ale z mojej perspektywy radził sobie całkiem nieźle.

- Hej - powiedziała Sam, gdy do mnie podeszła, jakby zapomniała, że przecież tyle na nią czekałem. Była ubrana w niebieską sukienkę, która pasowała do jej plecaka. Jej kolczyki bujały się na lekkim wietrze. A co miała na stopach? Sandały. Serio? Czekałem tyle, żeby zdecydowała się na parę sandałów, którą kupiła w supermarkecie? - Wspaniały dzień - powiedziała z entuzjazmem, uśmiechnięta.

- Sandały? - odpowiedziałem pytaniem. - I tyle musiałem czekać?

Nie pozwoliła wytrącić się z równowagi.

- Pasują idealnie. - Rzuciła mi kolejny uśmiech i pocałowała mnie w policzek.

- Za co to?

- Na szczęście. Czwarta klasa.

- Czwarta klasa. A potem co?

- Studia!

- Nie wypowiadaj tego słowa. Całe lato o nich gadaliśmy.

- Nieprawda. Całe lato ja o nich gadałam. W tych dyskusjach byłeś raczej nieobecny.

- Dyskusjach. Czyli tak to nazywasz? Myślałem, że to były monologi.

- Daj spokój. Studia! Nowe życie! - Uniosła zaciśniętą pięść.

- Ta. Życie - odpowiedziałem.

Rzuciła mi jedno ze swoich spojrzeń.

- Pierwszy dzień. Skopmy im tyłki.

Uśmiechnęliśmy się do siebie. I ruszyliśmy w drogę. By zacząć nowe życie.

 

Pierwszy dzień szkoły był całkowicie do zapomnienia. Zazwyczaj lubiłem początek roku szkolnego - wszyscy wtedy chodzą w nowych ubraniach i uśmiechają się optymistycznie, w głowach ma się same dobre myśli, a pozytywne odczucia unoszą się jak wielkie balony na paradzie albo jak slogany na transparentach podczas festynu: "To będzie najlepszy rok twojego życia!". Nauczyciele żarliwie twierdzili, że jesteśmy zdolni wspiąć się po metaforycznej drabinie do sukcesu, w nadziei, że jakoś nas to zmotywuje do nauki. Może tylko próbowali nas przekonać, byśmy zmienili swoje zachowanie. Bo trzeba to przyznać otwarcie: wiele z naszych zachowań wymagało zmiany. Sam stwierdziła, że dziewięćdziesiąt procent uczniów liceum El Paso potrzebuje terapii poznawczo-behawioralnej.

W tym roku zwyczajnie nie trafiała do mnie cała ta otoczka pierwszego dnia szkoły. Ani trochę. A potem oczywiście Ali Gomez siedziała przede mną na rozszerzonym angielskim już trzeci rok z rzędu. Taaak, Ali lubiła ze mną flirtować, w nadziei, że pomogę jej z zadaniem domowym. A właściwie, że zrobię je za nią. Mogła pomarzyć. Nie mogłem się nadziwić, jakim cudem udało jej się dostać na rozszerzony angielski. Była chodzącym dowodem na to, że system edukacji jest wadliwy. Tak że tego. Pierwszy dzień szkoły: do za-pom-nie-nia.

Do tego jeszcze Fito nie przyszedł. Martwiłem się o niego.

Tylko raz spotkałem mamę Fito i nie wyglądała na kogoś, kto żyje na tej samej planecie, co my. Jego starsi bracia rzucili szkołę, by móc poświęcić się substancjom psychoaktywnym, idąc tym samym w ślady swojej mamy. Gdy ją poznałem, jej oczy były całkowicie przekrwione i przeszklone, jej włosy tłuste i nie pachniała przyjemnie. Fito był tym cholernie zażenowany. Biedny koleś. Fito. Dobra, musicie wiedzieć, że miałem tendencję do zamartwiania się. Nienawidziłem tego w sobie.

 

Sam i ja wracaliśmy do domów po nudnym pierwszym dniu szkoły. Wyglądało na to, że będzie padać, a ja, jak większość mieszkańców terenów pustynnych, kochałem deszcz.

- Powietrze dobrze pachnie - powiedziałem jej.

- W ogóle mnie nie słuchasz - stwierdziła. Byłem przyzwyczajony do tego tonu, który czasem przybierała podczas rozmowy ze mną, znaczącego, że jest na mnie wkurzona.. Bez przerwy nawijała o kolibrach. Miała fioła na ich punkcie. Miała nawet koszulkę z kolibrem. Sam i jej fazy. - Ich serca biją nawet tysiąc dwieście sześćdziesiąt razy na minutę.

Uśmiechnąłem się.

- Naśmiewasz się ze mnie - stwierdziła.

- Wcale nie - odpowiedziałem. - Tylko się uśmiechałem.

- Znam wszystkie twoje uśmiechy - powiedziała. - A to twój prześmiewczy uśmiech, Sally. - Sam zaczęła mnie nazywać Sallym w siódmej klasie, bo chociaż lubiła moje imię, Salvador, uważała, że jest zbyt poważne dla chłopaka takiego jak ja. - Zacznę cię nazywać Salvadorem, gdy staniesz się mężczyzną, a wiedz, mój drogi, że jeszcze ci do tego daleko. - Zdecydowanie nie chciała używać formy Sal, jak nazywali mnie wszyscy inni, oprócz mojego taty, który mówił do mnie Salvie. Tak więc w nawyk weszło jej nazywanie mnie Sallym.

Nie znosiłem tego. Jaki normalny chłopak chciałby być nazywany Sallym? (Nie żebym dążył do określenia siebie "normalnym"). Musicie wiedzieć, że nie mogłem powiedzieć Sam, żeby czegoś nie robiła. Gdybym jej czegoś zakazał, w dziewięćdziesięciu siedmiu procentach sytuacji właśnie to by zrobiła. Pod względem upartości Sam była niezrównana. Po prostu rzuciła mi spojrzenie, które znaczyło, że muszę się z tym pogodzić. Dlatego dla Sam byłem Sallym.

Wtedy zacząłem ją nazywać Sammy. Trzeba sobie jakoś radzić i wyrównywać rachunki.

W każdym razie zarzucała mnie statystykami dotyczącymi kolibrów. Zaczynała się na mnie wkurzać i oskarżać mnie o to, że nie traktuję jej poważnie. Nienawidziła, kiedy ktoś ją olewał. "TU MIESZKA KOBIETA ŚWIADOMA". Coś takiego powiesiła na swojej szkolnej szafce. Myślę, że całą noc obmyślała swoje motto. Co do tej świadomości, no cóż, zgrywało się to. Sam nie była jakaś płytka. Ale lubiłem jej przypominać o tym, że jeśli mnie było daleko do stania się mężczyzną, jej było tym dalej do przeobrażenia się w kobietę. Nie spodobała jej się moja mała uwaga. Rzuciła mi spojrzenie mówiące "przymknij się".

Gdy tak szliśmy, ciągnęła swój wywód na temat kolibrów, a potem zaczęła mi wytykać moją chroniczną niezdolność do słuchania jej. A ja sobie myślałem: Kurczę, kiedy Sam się na coś uweźmie, to nie potrafi odpuścić. W sensie naprawdę na mnie naskakiwała. W końcu zmuszony byłem - w sensie naprawdę zmuszony - jej przerwać.

- Dlaczego zawsze dążysz do tego, żeby się ze mną pokłócić, Sammy? Pytam poważnie. Poza tym wiesz przecież, że niespecjalnie lubię się z liczbami. Ja plus liczby równa się no bueno. Kiedy zarzucasz mnie danymi i statystykami, moje myśli uciekają w drugą stronę.

Jak mawiał mój tata, Sam była "niezrażona". Dalej ciągnęła swoje, ale tym razem przerwał jej ktoś inny - Enrique Infante. Podszedł do nas od tyłu. I nagle wyskoczył przede mnie i stanęliśmy twarzą w twarz. Spojrzał mi prosto w oczy, przyłożył palec wskazujący do mojej klatki piersiowej i powiedział:

- Twój tata to pedał.

Coś się we mnie zadziało. Gigantyczna i nieposkromiona fala wzburzyła mnie i roztrzaskała się o klify mojego serca. Nagle straciłem mowę i, no nie wiem, nigdy nie byłem aż tak wściekły, nie wiedziałem, co się w ogóle dzieje, bo gniewu nie było w moim repertuarze. Zupełnie jakbym ja, Sal, którego znałem, gdzieś zniknął, i inny Sal wstąpił w moje ciało i przejął kontrolę. Pamiętam ból w mojej pięści chwilę po tym, jak uderzyła twarz Enrique. Wszystko to wydarzyło się w mgnieniu oka, jak błysk pioruna, tyle że piorun nie spadł z nieba, tylko wydobył się z mojego wnętrza. Widząc całą tę krew dobywającą się z nosa innego gościa, poczułem się żywy. Taka prawda. I przeraziło mnie to.

Miałem w sobie coś, co mnie przeraziło.

Następnym, co pamiętam, było to, że patrzyłem na Enrique leżącego na ziemi. Na powrót byłem spokojnym sobą - cóż, może nie spokojnym, ale przynajmniej odzyskałem mowę. I powiedziałem:

- Mój tata jest człowiekiem. Ma na imię Vicente. Jeśli chcesz go jakoś nazywać, to nazywaj go po imieniu. I nie jest pedałem.

Sam tylko na mnie patrzyła. Spojrzałem na nią.

- Cóż, tego jeszcze nie było - powiedziała. - Co się stało z tym grzecznym chłopcem? Nie wiedziałam, że jesteś zdolny kogoś uderzyć.

- Ja też nie - powiedziałem.

Uśmiechnęła się do mnie. To był dziwny uśmiech.

Spojrzałem w dół na Enrique. Wyciągnąłem dłoń, żeby pomóc mu wstać, ale odrzucił ją.

- Pierdol się - powiedział, samemu zbierając się z ziemi.

Sam i ja patrzyliśmy, jak odchodzi.

Na chwilę się odwrócił i pokazał mi środkowy palec.

Byłem w lekkim szoku. Spojrzałem na Sam.

- Może nie zawsze wiemy, co w nas siedzi.

- Prawda - stwierdziła. - Myślę, że skrywa się w nas wiele rzeczy, których nawet nie dostrzegamy.

- Być może te rzeczy powinny pozostać w ukryciu - powiedziałem.

Powoli ruszyliśmy w stronę domów. Długi czas nic nie mówiliśmy i ta cisza między nami zdecydowanie była niepokojąca. W końcu Sam się odezwała:

- Niezły początek ostatniej klasy.

Wtedy zacząłem się trząść.

- Hej, hej - powiedziała. - Chyba sama ci powiedziałam rano, żebyśmy skopali innym tyłki?

- Śmieszek z ciebie - stwierdziłem.

- Sally, słuchaj, Enrique dostał to, na co zasłużył. - Rzuciła mi jeden ze swoich uśmiechów. Jeden z tych, które mówią, że mam wyluzować. - Okej, no dobra, może nie powinieneś bić innych. No bueno. Może jednak siedzi w tobie niegrzeczny chłopak czający się pod skórą.

- Nie, nie ma takiej opcji.

Powiedziałem sobie, że to po prostu była bardzo dziwna sytuacja. Ale coś mi mówiło, że miała w tym rację. Albo przynajmniej była na dobrym tropie. Niepokój. To właśnie czułem. Może Sam nie myliła się co do tych rzeczy, które w nas siedzą. Ile jeszcze skrywało się wewnątrz mnie?

Resztę drogi przeszliśmy w ciszy. Gdy byliśmy już blisko jej domu, powiedziała:

- Chodźmy na stację benzynową. Kupię ci colę. - Czasami piłem colę. Była moim napojem na pocieszenie.

Wypiliśmy ją, siedząc na krawężniku.

Gdy odprowadziłem Sam pod jej dom, przytuliła mnie.

- Wszystko będzie dobrze, Sally.

- Wiesz, że zadzwonią do mojego taty.

- No, ale pan V jest spoko. - Pan V. Tak Sam nazywała mojego tatę.

- Mhm - odpowiedziałem. - Ale tak się składa, że pan V jest też moim rodzicem, a rodzic to rodzic.

- Wszystko będzie dobrze, Sally.

- Mhm - powiedziałem. Czasem byłem w stanie powiedzieć tylko "mhm", i to bez przekonania.

 

Idąc do domu, przypomniałem sobie nienawiść na twarzy Enrique. Nadal słyszałem słowo "pedał" wyraźnie dzwoniące w moich uszach.

Mój tata. Mój tata nie był tym słowem.

Nigdy nie był ani nie będzie. Nigdy, przenigdy.

Nagle rozległ się grzmot i deszcz zaczął lać jak z cebra.

Otaczająca mnie burza sprawiała, że nie widziałem, co jest przede mną. Ale szedłem dalej z opuszczoną głową.

Po prostu szedłem dalej.

Poczułem ciężar ubrań przemoczonych deszczem. I po raz pierwszy w swoim życiu poczułem się samotny.

 

 

 

 

 

 

Ja. Tata. Kłopoty

 

 

 

WIEDZIAŁEM, ŻE WPADŁEM PO USZY. Głębiej, po sam czubek głowy. Nawet nie w kłopoty, w szambo. Mój tata, który czasami bywał surowy, ale zawsze wyrozumiały, i który nigdy nie krzyczał, wszedł do mojego pokoju. Maggie, nasz pies, leżała na łóżku obok mnie. Zawsze wiedziała, kiedy czułem się źle. Dlatego była wtedy ze mną. Chyba można by stwierdzić, że było mi siebie żal. Było to dziwne uczucie, bo współczucie samemu sobie zdecydowanie nie było moim hobby. Inaczej niż w przypadku Sam.

Tata odsunął krzesło od mojego biurka i usiadł. Uśmiechnął się. Znałem ten uśmiech. Przed poważnymi rozmowami zawsze się uśmiechał. Przeczesał palcami swoje gęste szpakowate włosy.

- Przed chwilą zadzwonił do mnie dyrektor twojej szkoły.

Myślę, że odwróciłem wzrok.

- Spójrz na mnie - powiedział.

Spojrzałem mu prosto w oczy. Patrzyliśmy na siebie dłuższą chwilę. Cieszyłem się, że nie dostrzegłem gniewu. I wtedy powiedział:

- Salvadorze, nie wolno krzywdzić innych. I zdecydowanie nie wolno bić innych po twarzy.

Kiedy nazwał mnie Salvadorem, wiedziałem, że sprawa jest poważna.

- Wiem, tato. Ale nie wiesz, co on powiedział.

- Nieważne, co powiedział. Nikt nie zasługuje na fizyczną przemoc tylko dlatego, że powiedział coś, co ci się nie spodobało.

Przez dłuższą chwilę milczałem. W końcu uznałem, że powinienem się bronić. Albo przynajmniej uzasadnić swoje działanie.

- Powiedział o tobie coś bardzo chamskiego, tato.

Możliwe, że innego dnia bym płakał. Nadal jednak byłem zbyt wkurzony, żeby płakać. Tata zawsze mawiał, że płacz nie jest niczym złym i że gdyby ludzie częściej to robili, świat byłby lepszym miejscem. Nie żeby szedł za własną radą. I chociaż nie płakałem, można było stwierdzić, że jest mi trochę wstyd - i było - inaczej nie zwieszałbym głowy. Poczułem trzymające mnie ręce taty i po prostu wtuliłem się w niego, po czym wyszeptałem:

- Nazwał cię pedałem.

- Och, synku - powiedział. - Myślisz, że nigdy nie słyszałem tego słowa? Słyszałem gorsze. To słowo nie niesie ze sobą ani grama prawdy, Salvie. - Chwycił mnie za ramiona i spojrzał mi prosto w oczy. - Ludzie potrafią być okrutni. Ludzie nienawidzą tego, czego nie rozumieją.

- Ale tato, oni nie chcą zrozumieć.

- Może i nie. Ale musimy zapanować nad swoim sercem, żeby ich okrucieństwo nie zmieniło nas w skrzywdzone zwierzęta. Stać nas na więcej. Nie słyszałeś nigdy słowa "cywilizowany"?

"Cywilizowany". Tata uwielbiał to słowo. Dlatego kochał sztukę. Bo czyniła świat cywilizowanym.

- Słyszałem, tato - odpowiedziałem. - I to rozumiem. Ale co w przypadku, kiedy cholerny barbarzyńca w stylu Enrique Infantego się na nas uweźmie? W sensie - zacząłem głaskać Maggie - w sensie Maggie jest bardziej ludzka niż ludzie pokroju Enrique.

- Nie będę się spierał z tym zdaniem, Salvie. Maggie jest oswojona. Jest kochana. A niektórzy ludzie są dużo bardziej dzicy niż ona. Nie każdy, kto chodzi na dwóch nogach, jest dobry i przyzwoity. Nie każdy, kto chodzi na dwóch nogach, wie, jak korzystać ze swojego mózgu. Nie żebyś tego nie wiedział. Ale musisz nauczyć się nie zwracać uwagi na dzikich ludzi, którzy lubią warczeć.

- Musiałem coś zrobić.

- Wskakiwanie do kanalizacji, żeby złapać szczura, nie jest najlepszym pomysłem.

- Czyli mam pozwolić, by takie rzeczy uchodziły ludziom na sucho?

- A co konkretnie uszło mu na sucho? Co na tym zyskał?

- Nazwał cię pedałem, tato. Nie można pozwolić innym, by odzierali cię z godności.

- Wcale nie odarł mnie z godności. Ani ciebie z twojej, Salvie. Naprawdę uważasz, że cios w nos cokolwiek zmienił?

- Nikt nie będzie cię bezkarnie obrażał. Nie w mojej obecności. - Wtedy poczułem łzy płynące po moich policzkach. Ze łzami jest tak, że potrafią być ciche jak chmurka sunąca po pustynnym niebie. Jest też tak, że w pewien sposób boli mnie od nich serce. Ała.

- Mój uroczy synku - wyszeptał. - Jesteś oddany i dobry.

Tata zawsze nazywał mnie swoim uroczym synkiem. Czasami, gdy tak do mnie mówił, bardzo mnie to wkurzało. Bo po pierwsze, wcale nie byłem taki uroczy, jak sądził, a po drugie, jaki normalny chłopak chce myśleć o sobie jako o uroczym? (Może jednak dążyłem do określania się jako "normalny").

Po tym jak tata wyszedł, Maggie poszła za nim. Chyba stwierdziła, że sobie poradzę.

Długo leżałem na podłodze. Myślałem o kolibrach. Pomyślałem o ich nazwie w hiszpańskim: colibiris. Przypomniałem sobie, jak Sam mówiła o tym, że koliber był azteckim bogiem wojny. Może miałem w sobie cząstkę wojny. Nie, nie, nie, nie. To było jednorazowe. To miało się już nie powtórzyć. Nie byłem typem gościa, który bije się z innymi chłopakami. Nie byłem takim gościem.

Nie wiem, jak długo leżałem na podłodze tamtego wieczora. Nie pojawiłem się w kuchni na późnym obiedzie. Usłyszałem, jak tata i Maggie wchodzą do mojego ciemnego pokoju. Maggie wskoczyła na łóżko, a tata zapalił światło. Miał w ręce książkę. Uśmiechnął się do mnie i położył dłoń na moim policzku - tak jak to robił, gdy byłem mały. Przeczytał mi mój ulubiony fragment z Małego Księcia, ten o lisie, Małym Księciu i o oswajaniu.

Myślę, że gdyby wychował mnie ktoś inny, mógłbym być dzikim i gniewnym chłopakiem. Może gdybym został wychowany przez mężczyznę, którego geny odziedziczyłem, byłbym zupełnie innym gościem. Taaa, mężczyzna, którego geny odziedziczyłem. Właściwie nigdy o nim nie myślałem. Praktycznie wcale. Dobra, może trochę.

Ale wychował mnie mój tata, mężczyzna, który był ze mną w pokoju, a który wcześniej włączył światło. Oswoił mnie ogromną miłością, którą w sobie nosił.

Zasnąłem wsłuchany w głos taty.

Śnił mi się mój dziadek. Próbował mi coś powiedzieć, ale go nie słyszałem. Może dlatego, że był martwy, a żywi nie rozumieją języka zmarłych. Ciągle tylko go wołałem. "Popo? Popo?"

 

 

 

 

 

 

Pogrzeby i pedały, i słowa

 

 

 

SEN O MOIM POPO ORAZ SŁOWO "PEDAŁ" skłoniły mnie do myślenia. I oto, co sobie pomyślałem: słowa istnieją tylko w teorii. I nagle, pewnego zwykłego dnia, spotykasz słowo, które istnieje tylko w teorii, i stajesz z nim oko w oko. I wtedy to słowo staje się kimś, kogo znasz.

"Pogrzeb".

Spotkałem się z tym słowem, kiedy miałem trzynaście lat.

Wtedy umarł mój Popo. Byłem jednym z trumiennych. Do tamtej chwili nie wiedziałem, kim jest trumienny. Wiecie, gdy wpada się na słowo "pogrzeb", spotyka się też dużo więcej słów. Poznaje się wszystkich kumpli Pogrzebu: Trumiennego, Trumnę, Grabarza, Cmentarz, Nagrobek.

Niezmiernie dziwnie się czułem, niosąc trumnę mojego dziadka do jego grobu.

Nie byłem zaznajomiony z całym rytuałem i modlitwami za zmarłych.

Nie byłem zaznajomiony z tym, jak bardzo ostateczna jest śmierć.

Popo miał już nie wrócić. Miałem już nigdy nie usłyszeć jego głosu. Miałem już nigdy nie zobaczyć jego twarzy.

Cmentarz, na którym został pochowany, nadal miał staromodne podejście do pochówku. Po tym jak ksiądz odprawił mojego dziadka do nieba, mistrz ceremonii wbił łopatę w kupkę ziemi i wyciągnął ją przed siebie. Wszyscy doskonale wiedzieli, co robić. Uformowała się cicha i ponura kolejka; każda osoba czekała, by chwycić garść ziemi i sypnąć ją na trumnę.

Może to było coś, co robili Meksykanie, nie byłem pewien.

Pamiętam, jak wujek Mickey delikatnie odebrał łopatę mistrzowi ceremonii.

- Był moim ojcem.

Pamiętam, jak podszedłem do łopaty, wziąłem garść ziemi i spojrzałem wujkowi w oczy. Pokiwał głową. Nadal wyraźnie pamiętam, jak rzuciłem ziemię i patrzyłem, jak uderza w trumnę dziadka; jak ukryłem twarz w ramionach cioci Evie; jak podniosłem wzrok i zobaczyłem Mimę szlochającą w ramię taty.

I pamiętam jeszcze jedną rzecz z pogrzebu dziadka. Mężczyznę stojącego poza kapliczką, który rozmawiał z innym, paląc papierosa.

- Świat ma takich jak my w dupie. Całe życie pracujemy, a potem umieramy. Nie liczymy się. - Był naprawdę wkurzony. - Juan był dobrym facetem. - Juan był moim dziadkiem. Nadal słyszę gniew tego mężczyzny. Nie rozumiałem, o czym mówi.

Zapytałem więc mojego tatę:

- Kim są tacy jak my? I dlaczego powiedział, że się nie liczymy?

Tata odpowiedział:

- Każdy się liczy.

- Powiedział, że Popo był dobrym facetem.

- Popo był bardzo dobrym facetem. Bardzo dobrym i niedoskonałym facetem.

- Rozmawialiście ze sobą? W sensie tak jak ja rozmawiam z tobą?

- Nie. On taki nie był. Byłem z nim blisko na swój własny sposób, Salvadorze.

W wieku trzynastu lat byłem pełen pytań. Ale niewiele rozumiałem z odpowiedzi. Przyjmowałem słowa i nawet je zapamiętywałem, ale nie sądzę, bym cokolwiek rozumiał.

- A "tacy jak my"? Chodziło mu o Meksykanów, tato?

- Myślę, że chodziło mu o ludzi biednych, Salvie.

Chciałem mu wierzyć. Ale chociaż w wieku trzynastu lat niczego nie rozumiałem, wiedziałem już, że na świecie byli ludzie, którzy nienawidzili Meksykanów - nawet Meksykanów, którzy nie byli biedni. Nie musiałem tego słyszeć od taty. Wiedziałem też już wtedy, że na świecie byli ludzie, którzy nienawidzili mojego taty. Nienawidzili go za to, że jest gejem. I dla tych ludzi, cóż, mój tata się nie liczył.

Ani trochę.

Ale liczył się dla mnie.

 

Słowa istnieją tylko w teorii. I nagle, pewnego zwykłego dnia, spotykasz słowo, które istnieje tylko w teorii, i stajesz z nim oko w oko. I wtedy to słowo staje się kimś, kogo znasz. I to słowo staje się kimś, kogo nienawidzisz. I bierzesz je ze sobą wszędzie, dokąd pójdziesz. I nie możesz udawać, że go nie ma.

"Pogrzeb".

"Pedał".

 

 

 

 

 

 

Tata i Sam, i ja

 

 

 

NASTĘPNEGO DNIA TATA ZAWIÓZŁ MNIE do szkoły. Na rozmowę z dyrektorem. Gdy odebraliśmy Sam spod jej domu, była uśmiechnięta; z całych sił udawała, że wszystko jest okej.

- Hej, panie V - powiedziała, wsiadając na tylną kanapę. - Dzięki za podwózkę.

Tata tylko jakby się uśmiechnął.

- Hej, Sam - powiedział. - Tylko się nie przyzwyczajaj.

- Wiem, wiem. Mamy nogi. - Przewróciła oczami.

Widziałem, że mój tata tłumił śmiech.

I w samochodzie zapadła cisza, a ja i Sam zaczęliśmy ze sobą pisać.

Sam: Nie daj się

Ja: Tak sobie wyobrażałaś nowe życie?

Sam: Nie smutaj. Poza tym to nie ja uderzyłam Enrique

Ja: Prawda. Mam przesrane

Sam: Mhm mhm mhm

Ja: Dobra weź się

Sam: Za nic nie przepraszaj. Enrique sobie zasłużył. Jest świnią chrum chrum

Ja: Heh, chyba nikt nie podziela twojego punktu widzenia :)

Sam: No to mogą się wiesz co

Ja: Tylko nie przeklinaj przy tacie

Sam: Proszę cię

 

Tata przerwał naszą rozmowę.

- Możecie przestać? Wychowały was wilki czy coś?

Wychowany przez wilki. Jedno z ulubionych wyrażeń taty. Klasyk.

- Nie, tato - powiedziałem. - Przepraszam.

Sam nie mogła się powstrzymać. Zawsze musiała coś powiedzieć - nawet jeśli było to coś niestosownego. Nie była dobra w trzymaniu buzi na kłódkę.

- Mogę panu pokazać nasze wiadomości, jeśli pan chce.

Zobaczyłem lekki uśmiech na twarzy taty.

- Dzięki, Sam. Odpuszczę.

I wtedy zaśmialiśmy się całą trójką.

Śmiech jednak nie oznaczał, że mam mniejsze kłopoty.

 

Kiedy tata i ja weszliśmy do gabinetu dyrektora, Enrique Infante i jego tata już tam siedzieli, obaj posępni, z założonymi rękami. "Posępny" było słowem Sam. Bywały dni, gdy bycie posępną świetnie jej wychodziło.

Gdy wszedłem, dyrektor, pan Cisneros, spojrzał prosto na mnie.

- Salvadorze Silvo, podaj mi chociaż jeden dobry powód, dla którego nie miałbym cię zawiesić. - Nie było to właściwie pytanie, bardziej stwierdzenie. Zupełnie jakby już podjął decyzję.

- Nazwał mojego tatę pedałem - powiedziałem.

Pan Cisneros spojrzał na Enrique i jego ojca. Enrique wzruszył ramionami. Jakby miał to gdzieś. Ewidentnie nie poczuwał się do winy. Niewzruszony - to było idealne słowo dla określenia jego miny.

Wzrok dyrektora znowu padł na mnie.

- Przemoc fizyczna jest zachowaniem niedopuszczalnym i wbrew zasadom szkoły. Jest podstawą do zawieszenia.

- Mowa nienawiści również jest wbrew zasadom szkoły.

W sumie nie byłem wkurzony. A może bardziej próbowałem zachowywać się tak, jakbym nie był. W każdym razie wypowiadałem się spokojnie. Zazwyczaj byłem naprawdę spokojnym chłopakiem. Cóż, bywały jednak wyjątki od tej reguły. Najwyraźniej.

- Wedle mojego rozumowania - zaczął pan Cisneros - słowa te nie padły na terenie szkoły. Nie możemy być odpowiedzialni za coś, co nasi uczniowie mówią poza szkołą.

Mój tata się uśmiechnął, trochę złośliwie. Znałem każdy z jego uśmiechów. Spojrzał na pana Infantego, a następnie zwrócił się do pana Cisnerosa:

- Cóż, w takim razie nie mamy o czym rozmawiać, nieprawdaż? Skoro szkoła nie jest odpowiedzialna za to, co jej uczniowie mówią poza jej terenem, szkoła nie może być również odpowiedzialna za rzeczy, które jej uczniowie robią poza nią. Zastanawiam się, czy jesteśmy w stanie cokolwiek w tej sytuacji wypracować. - Tata zrobił pauzę. Jeszcze nie skończył. - Moim zdaniem żaden z chłopaków nie powinien być dumny z tego, co zrobił. Myślę, że zasługują na pewnego rodzaju karę. Ale nie można ukarać jednego, nie karząc drugiego. - Tata ponownie zrobił pauzę. - Jest to kwestia sprawiedliwości. I najwyraźniej również kwestia polityki szkoły.

Pan Infante miał naprawdę gniewną minę.

- Mój syn nazwał cię tym, czym jesteś.

Taty to nie wzruszyło, nawet się nie zająknął.

- Jestem gejem. Nie uważam, żeby to było równoznaczne z byciem pedałem. Jestem również meksykańskim Amerykaninem. Nie uważam, żebym tym samym był fasolarzem albo tacojadem. I nie uważam też, żeby było to równoznaczne z byciem nielegalnym imigrantem. - Nie było nawet śladu gniewu w jego głosie ani w jego minie. Zupełnie jakby był adwokatem na rozprawie sądowej, próbującym dowieść swojej racji przed ławą przysięgłych. Widziałem, jak stara się obmyślić kolejny krok. Spojrzał na pana Infantego. - Czasami - zaczął - nasi synowie nie do końca rozumieją rzeczy, które mówią. Ale ja i ty jesteśmy mężczyznami. My rozumiemy, nieprawdaż?

Pan Cisneros pokiwał głową. Nie wiedziałem, co to potaknięcie znaczy. Nigdy wcześniej nie byłem w tym gabinecie. Nie wiedziałem nic o dyrektorze - oprócz tego, że zdaniem Sam był kretynem. Ale Sam twierdziła, że większość dorosłych to idioci, więc może w kontekście pana Cisnerosa nie była rzetelnym źródłem informacji.

Na dłuższą chwilę lub dwie w gabinecie zapadła cisza. W końcu pan Cisneros znalazł rozwiązanie:

- Trzymajcie się od siebie z daleka.

Sam stwierdziłaby, że to tchórzliwe rozwiązanie. I pewnie miałaby rację.

Pan Infante i Enrique nawet się nie ruszyli, za to rozsiewali wokół swoją posępność jak ziarna owsa. I wtedy głos pana Infantego wypełnił niewielki gabinet. Wskazał na mnie palcem.

- Zamierza pan pozwolić, żeby uszło mu to na sucho?

Tamtego dnia prawdziwie zrozumiałem, co znaczy "wypaść z pomieszczenia". To właśnie zrobili pan Infante i jego syn - wypadli z pomieszczenia.

Ciężko było odczytać z miny taty, o czym myślał. Czasami prezentował niesamowicie pokerową twarz. Szkoda, że nie lubił hazardu. Spojrzał na mnie. Wiedziałem, że nie jest mną zachwycony.

- Zobaczymy się po szkole - powiedział. - Chciałbym zamienić parę słów z panem Cisnerosem.

Później Sam zapytała mnie, o czym, moim zdaniem, tata rozmawiał z dyrektorem. Odpowiedziałem, że nie wiem.

- A nie chcesz wiedzieć?

- W sumie nie.

- Cóż, ja chcę. Ta rozmowa raczej dotyczyła ciebie. Czemu nie chcesz wiedzieć? - Założyła ręce. Często to robiła. - Czego się boisz?

- Niczego. Po prostu są pewne rzeczy, których nie muszę wiedzieć.

- Nie musisz? Czy nie chcesz?

- Wybierz sobie, Sammy.

- Czasem cię nie rozumiem.

- Tu nie ma czego rozumieć - stwierdziłem. - Poza tym to ty jesteś tą, która musi wiedzieć, nie ja.

- Wcale nie muszę wiedzieć - powiedziała.

- No tak - odpowiedziałem.

- No tak - powtórzyła.

Tego samego dnia wieczorem Sam napisała mi słowo na dzień, czyli SND - to kolejna z naszych gier: SND = Bigoteria.

Ja: Dobre. Użyj go w zdaniu

Sam: Pan Cisneros popiera bigoterię

Ja: Ostro

Sam: Raczej łagodnie. Btw wiesz, że Infante po hiszpańsku znaczy niemowlę?

Ja: Mhm

Sam: Mhm mhm mhm

 

 

 

 

 

 

Fito

 

 

 

- KURDE, TEN ENRIQUE INFANTE. MÓWIĘ CI, SAL, masz teraz wroga na całe życie.

- Trzymasz się z nim?

- Nie. Zawsze próbuje mi wcisnąć fajki. Zawsze gada pierdoły. Niedobrze.

- Nie żebym wcześniej planował się z nim zakumplować. Niespecjalnie dobry z niego materiał na przyjaciela.

Fito zaśmiał się z tego.

- To jasne. Świat jest pełen takich gości jak on. Dzisiaj sprzedaje fajki, a jutro zacznie dilować. - Rzucił mi uśmiech. - Nie wiedziałem, że tak lubisz korzystać ze swoich pięści, kurde. Taki koleś jak ty, w sensie masz idealnie pościelone, a odwalasz taką akcję.

- Co masz na myśli?

- Gościu, twoje życie świetnie się układa i masz supertatę. W sensie wiem, że jesteś adoptowany, kurde, ale no wiesz, niczego ci nie brakuje.

- Wiem. Poza tym nigdy w sumie nie czułem, że jestem adoptowany.

- Spoko. Ja w sumie większość życia czuję, jakbym został zabrany z ulicy, bo ktoś mnie, kurde, wywalił z domu. W sensie tak się czuję w swoim domu.

- Słabo - powiedziałem.

- Cóż, u mnie na chacie wszystko jest słabe. W sensie tata jest całkiem spoko. Chciał mnie wziąć do siebie. Byłoby wyjebiście. Ale nie miał swojego domu, kurde, i nie mógł znaleźć pracy, więc koniec końców odpuścił i wyprowadził się do swojego brata, w Kalifornii. Kurde, przynajmniej się pożegnał i było mu megaprzykro, że nie może mnie wziąć ze sobą. Przynajmniej mu zależało. Wiem to. A to już coś.

- No - powiedziałem - to już coś. To więcej niż coś.

Było mi go żal. A Fito nie miał w zwyczaju użalać się nad sobą. Zastanawiałem się, jakim cudem udało mu się wyrosnąć na takiego świetnego gościa. Jak to się stało? Nie dostrzegałem w tym żadnej logiki. Ani grama.

 

 

 

 

 

 

 

 

Spis treści

 

 

 

Prolog

 

Część pierwsza

Zaczyna się życie

Ja. Tata. Kłopoty

Pogrzeby i pedały, i słowa

Tata i Sam, i ja

Fito

SND = Pochodzenie

Bójki. Pięści. Buty

Mima

Moje pochodzenie (ja próbujący sam sobie wyjaśnić pewne rzeczy)

Zdjęcia

Tata: SND = Studia

Mima i Sam

List

SND = Strach

Sam

SND = Może

Niepisane zasady

Fito

Sam (i ja)

Co, gdyby

Tata, ja i cisza

Sam

 

Część druga

Pośrodku nocy

Sam (i jej mama)

Sam. Obietnice

Ja. I tata. Rozmowa

Ja i Mima

Moi wujkowie i ciocie (i papierosy)

SND = Modlitwa

Ja (i modlitwa)

Mój tata

SND = Wychowanie? Natura?

Ja (w ciemności)

Ja. I moje pięści

Sam

Ja i tata

Między burzami

Ja. Fito. Przyjaciele

Ja i Sam

Ja i tata

Sylvia

Sam, ja i śmierć

 

Część trzecia

SND = Pocieszenie

Tata i Lina (i sekrety)

Szminka

Sam, ja i miejsce zwane domem

Tata i Sylvia

Sam. Tata. Ja. Dom

SND = Wymarły

Ja i Sam. I wiara

Sylvia. Pożegnanie

Rzeka

Papierosy

Sam (przeprowadzka)

Zaległości

Tragedie innych ludzi

Mima

Ja i Sam (i lombardy)

Ja, Sam i Maggie

Czytanie z twarzy

W drodze (do Mimy)

SND = Tortille

Sam. Ja. Przyszłość

Listy = Przyszłość?

Marcos?

 

Część czwarta

Rzeczy, których nie mówimy (tata) innym (mnie)

Ja. Sekrety

Marcos? Hmm

Ciasto

Ja. Sobotni wieczór. Sam

Tata. Przy śniadaniu. Ja i Sam

Kac

Mima. Ciasto

Poezja. Poezja?

Tata. Marcos

Tata (Marcos) Ja

Ja. Ja? Czyli kto?

SND = Pięści. Znowu?

Sam. Żałoba. Sylvia. Mima

Bieganie. Na oparach. Fito

Sam. Wspaniała wspaniałość

Tata

Ja. Sam. Jedziemy z tym

Ojcowie tak mają

Mój tata kot

Spędzanie czasu

Ja. Fito. Sam

Sam. Eddie. Ja

 

Część piąta

Sam. Nauka rozmawiania. Ja

Święto Dziękczynienia

Sam. Rozmowa. Fito. Rozmowa. Ja. Rozmowa

Kościół

Niesprawiedliwość. Niesprawiedliwość?

Mima. Zmęczona

Mima

Resztki. Pogadanki

Esej

Piątek

Marcos

Ja. Sny

Sam. Tata. Ja. Tata!

Siostra

Matki

Fito. Osiemnastka. Marcos. Dorosłość?

Nieszczęście (kolejne)

Przyjaciele

Pedał. Znowu to słowo

Pokłosie

Ja. Tata

Fito. Sam. Ja

Fito + słowa = ?

Zadania domowe. Matki

Śnieg. Zimno. Fito. Mima

Szczur

Mima. Ja

 

Część szósta

Sam. Zawzięta. O tak

Fito. Sam. Ja. Pisanie

Prochy

Cicha noc, święta noc

Ziemia. Papierowe torebki. Świeczki

Pasterka

Święta Bożego Narodzenia

Sen

Dom

Sylwester

Szczęśliwego nowego roku?

Noc

Czwartek. Druga w nocy

Odeszła

Żałoba

Cmentarz

Ja. Samotny. Wcale nie

Tata. Żałoba. Marcos

Tata. Ja

Dążenie do normalności

Sam. Ja. Fito

Mama

Salvador

 

Epilog

 

Posłowie