Zaczyna się życie
CIEMNE CHMURY ZBIERAŁY SIĘ NA NIEBIE i w porannym powietrzu unosiła się zapowiedź deszczu. Gdy wyszedłem z domu, poczułem na twarzy chłodny powiew. Lato było długie i leniwe, pełne upalnych i bezdeszczowych dni.
Te dni były już jednak wspomnieniem.
Pierwszy dzień szkoły. Czwarta klasa liceum. Zawsze zastanawiałem się, jak będę się czuł w ostatniej klasie. A teraz miałem się tego dowiedzieć. Życie się zaczynało. Tak przynajmniej określała to Sam, moja najlepsza przyjaciółka. Ona wiedziała wszystko. Posiadanie przyjaciółki, która wszystko wie, oszczędza wiele wysiłku. Jeśli masz pytanie na dowolny temat, wystarczy, że zwrócisz się do niej i zapytasz, a ona poda ci informację, której potrzebujesz. Nie żeby w życiu chodziło tylko o informacje.
Sam była cholernie inteligentna. I wiedziała sporo rzeczy. Właściwie całe mnóstwo. Co więcej, wiele rzeczy także czuła. Mówię wam, Sam była dobra w czucie. Czasami wydawało mi się, że myśli, czuje i żyje za nas oboje.
Sam wiedziała, kim jest Sam.
A ja? Chyba nie zawsze byłem tego pewien. Co z tego, że potrafiła być emocjonalną ekshibicjonistką i w pełni korzystać z całego wachlarza emocji? Czasem była huraganem. Ale innym razem świeczką rozświetlającą ciemne pomieszczenie. Co z tego, że czasem trochę mnie wkurzała? Wszystko to - jej emocje, zmieniający się w mgnieniu oka humor i różne tony głosu - czyniło ją nadzwyczaj żywą.
Ja byłem zupełnie inny. Lubiłem spokój. Myślę, że dobrze karmiłem wewnętrznego policjanta. Ale czasami miałem wrażenie, jakbym wcale nie korzystał z życia. Może potrzebowałem Sam, bo w jej obecności czułem się bardziej żywy. Może to wcale nie było logiczne, ale też może to, co nazywamy logiką, jest przereklamowane.
Dlatego pierwszego dnia szkoły, rzekomego początku naszych żyć, szedłem w stronę domu Sam i mówiłem do samego siebie. Codziennie chodziliśmy razem do szkoły. Nie mieliśmy samochodów. Masakra. Tata lubił mi przypominać, że wcale nie potrzebuję auta. "Masz nogi, prawda?" Kochałem mojego tatę, ale nie zawsze podzielałem jego poczucie humoru.
Gdy dotarłem przed jej dom, napisałem do Sam: Jestem! Nie odpisała.
Stałem tak w oczekiwaniu. I wiecie co? Miałem dziwne przeczucie, że nic już nie będzie takie samo. Sam twierdziła, że nie wolno ufać złym przeczuciom. W pierwszej klasie liceum, po wizycie u wróżki czytającej z dłoni, z miejsca stała się cyniczką. W każdym razie to przeczucie mną jednak wstrząsnęło, bo chciałem, żeby wszystko pozostało takie, jakie było - naprawdę lubiłem swoje życie. Gdyby tylko już zawsze mogło być tak, jak wtedy. Gdyby tylko. Musicie też wiedzieć, że nie podobała mi się ta pogawędka z samym sobą - i nie odbywałbym jej, gdyby tylko Sam miała poczucie czasu. Wiedziałem, co ją powstrzymuje. Buty. Sam zawsze miała problem z wybraniem butów. A pierwszego dnia szkoły ten wybór był wyjątkowo ważny. Sam. Sam i jej buty.
Wyszła w końcu z domu, gdy pisałem do Fito. Jego dramy były inne od tych, które przeżywała Sam. Nigdy nie byłem zmuszony do życia w chaosie, którego Fito doświadczał każdego dnia, ale z mojej perspektywy radził sobie całkiem nieźle.
- Hej - powiedziała Sam, gdy do mnie podeszła, jakby zapomniała, że przecież tyle na nią czekałem. Była ubrana w niebieską sukienkę, która pasowała do jej plecaka. Jej kolczyki bujały się na lekkim wietrze. A co miała na stopach? Sandały. Serio? Czekałem tyle, żeby zdecydowała się na parę sandałów, którą kupiła w supermarkecie? - Wspaniały dzień - powiedziała z entuzjazmem, uśmiechnięta.
- Sandały? - odpowiedziałem pytaniem. - I tyle musiałem czekać?
Nie pozwoliła wytrącić się z równowagi.
- Pasują idealnie. - Rzuciła mi kolejny uśmiech i pocałowała mnie w policzek.
- Za co to?
- Na szczęście. Czwarta klasa.
- Czwarta klasa. A potem co?
- Studia!
- Nie wypowiadaj tego słowa. Całe lato o nich gadaliśmy.
- Nieprawda. Całe lato ja o nich gadałam. W tych dyskusjach byłeś raczej nieobecny.
- Dyskusjach. Czyli tak to nazywasz? Myślałem, że to były monologi.
- Daj spokój. Studia! Nowe życie! - Uniosła zaciśniętą pięść.
- Ta. Życie - odpowiedziałem.
Rzuciła mi jedno ze swoich spojrzeń.
- Pierwszy dzień. Skopmy im tyłki.
Uśmiechnęliśmy się do siebie. I ruszyliśmy w drogę. By zacząć nowe życie.
Pierwszy dzień szkoły był całkowicie do zapomnienia. Zazwyczaj lubiłem początek roku szkolnego - wszyscy wtedy chodzą w nowych ubraniach i uśmiechają się optymistycznie, w głowach ma się same dobre myśli, a pozytywne odczucia unoszą się jak wielkie balony na paradzie albo jak slogany na transparentach podczas festynu: "To będzie najlepszy rok twojego życia!". Nauczyciele żarliwie twierdzili, że jesteśmy zdolni wspiąć się po metaforycznej drabinie do sukcesu, w nadziei, że jakoś nas to zmotywuje do nauki. Może tylko próbowali nas przekonać, byśmy zmienili swoje zachowanie. Bo trzeba to przyznać otwarcie: wiele z naszych zachowań wymagało zmiany. Sam stwierdziła, że dziewięćdziesiąt procent uczniów liceum El Paso potrzebuje terapii poznawczo-behawioralnej.
W tym roku zwyczajnie nie trafiała do mnie cała ta otoczka pierwszego dnia szkoły. Ani trochę. A potem oczywiście Ali Gomez siedziała przede mną na rozszerzonym angielskim już trzeci rok z rzędu. Taaak, Ali lubiła ze mną flirtować, w nadziei, że pomogę jej z zadaniem domowym. A właściwie, że zrobię je za nią. Mogła pomarzyć. Nie mogłem się nadziwić, jakim cudem udało jej się dostać na rozszerzony angielski. Była chodzącym dowodem na to, że system edukacji jest wadliwy. Tak że tego. Pierwszy dzień szkoły: do za-pom-nie-nia.
Do tego jeszcze Fito nie przyszedł. Martwiłem się o niego.
Tylko raz spotkałem mamę Fito i nie wyglądała na kogoś, kto żyje na tej samej planecie, co my. Jego starsi bracia rzucili szkołę, by móc poświęcić się substancjom psychoaktywnym, idąc tym samym w ślady swojej mamy. Gdy ją poznałem, jej oczy były całkowicie przekrwione i przeszklone, jej włosy tłuste i nie pachniała przyjemnie. Fito był tym cholernie zażenowany. Biedny koleś. Fito. Dobra, musicie wiedzieć, że miałem tendencję do zamartwiania się. Nienawidziłem tego w sobie.
Sam i ja wracaliśmy do domów po nudnym pierwszym dniu szkoły. Wyglądało na to, że będzie padać, a ja, jak większość mieszkańców terenów pustynnych, kochałem deszcz.
- Powietrze dobrze pachnie - powiedziałem jej.
- W ogóle mnie nie słuchasz - stwierdziła. Byłem przyzwyczajony do tego tonu, który czasem przybierała podczas rozmowy ze mną, znaczącego, że jest na mnie wkurzona.. Bez przerwy nawijała o kolibrach. Miała fioła na ich punkcie. Miała nawet koszulkę z kolibrem. Sam i jej fazy. - Ich serca biją nawet tysiąc dwieście sześćdziesiąt razy na minutę.
Uśmiechnąłem się.
- Naśmiewasz się ze mnie - stwierdziła.
- Wcale nie - odpowiedziałem. - Tylko się uśmiechałem.
- Znam wszystkie twoje uśmiechy - powiedziała. - A to twój prześmiewczy uśmiech, Sally. - Sam zaczęła mnie nazywać Sallym w siódmej klasie, bo chociaż lubiła moje imię, Salvador, uważała, że jest zbyt poważne dla chłopaka takiego jak ja. - Zacznę cię nazywać Salvadorem, gdy staniesz się mężczyzną, a wiedz, mój drogi, że jeszcze ci do tego daleko. - Zdecydowanie nie chciała używać formy Sal, jak nazywali mnie wszyscy inni, oprócz mojego taty, który mówił do mnie Salvie. Tak więc w nawyk weszło jej nazywanie mnie Sallym.
Nie znosiłem tego. Jaki normalny chłopak chciałby być nazywany Sallym? (Nie żebym dążył do określenia siebie "normalnym"). Musicie wiedzieć, że nie mogłem powiedzieć Sam, żeby czegoś nie robiła. Gdybym jej czegoś zakazał, w dziewięćdziesięciu siedmiu procentach sytuacji właśnie to by zrobiła. Pod względem upartości Sam była niezrównana. Po prostu rzuciła mi spojrzenie, które znaczyło, że muszę się z tym pogodzić. Dlatego dla Sam byłem Sallym.
Wtedy zacząłem ją nazywać Sammy. Trzeba sobie jakoś radzić i wyrównywać rachunki.
W każdym razie zarzucała mnie statystykami dotyczącymi kolibrów. Zaczynała się na mnie wkurzać i oskarżać mnie o to, że nie traktuję jej poważnie. Nienawidziła, kiedy ktoś ją olewał. "TU MIESZKA KOBIETA ŚWIADOMA". Coś takiego powiesiła na swojej szkolnej szafce. Myślę, że całą noc obmyślała swoje motto. Co do tej świadomości, no cóż, zgrywało się to. Sam nie była jakaś płytka. Ale lubiłem jej przypominać o tym, że jeśli mnie było daleko do stania się mężczyzną, jej było tym dalej do przeobrażenia się w kobietę. Nie spodobała jej się moja mała uwaga. Rzuciła mi spojrzenie mówiące "przymknij się".
Gdy tak szliśmy, ciągnęła swój wywód na temat kolibrów, a potem zaczęła mi wytykać moją chroniczną niezdolność do słuchania jej. A ja sobie myślałem: Kurczę, kiedy Sam się na coś uweźmie, to nie potrafi odpuścić. W sensie naprawdę na mnie naskakiwała. W końcu zmuszony byłem - w sensie naprawdę zmuszony - jej przerwać.
- Dlaczego zawsze dążysz do tego, żeby się ze mną pokłócić, Sammy? Pytam poważnie. Poza tym wiesz przecież, że niespecjalnie lubię się z liczbami. Ja plus liczby równa się no bueno. Kiedy zarzucasz mnie danymi i statystykami, moje myśli uciekają w drugą stronę.
Jak mawiał mój tata, Sam była "niezrażona". Dalej ciągnęła swoje, ale tym razem przerwał jej ktoś inny - Enrique Infante. Podszedł do nas od tyłu. I nagle wyskoczył przede mnie i stanęliśmy twarzą w twarz. Spojrzał mi prosto w oczy, przyłożył palec wskazujący do mojej klatki piersiowej i powiedział:
- Twój tata to pedał.
Coś się we mnie zadziało. Gigantyczna i nieposkromiona fala wzburzyła mnie i roztrzaskała się o klify mojego serca. Nagle straciłem mowę i, no nie wiem, nigdy nie byłem aż tak wściekły, nie wiedziałem, co się w ogóle dzieje, bo gniewu nie było w moim repertuarze. Zupełnie jakbym ja, Sal, którego znałem, gdzieś zniknął, i inny Sal wstąpił w moje ciało i przejął kontrolę. Pamiętam ból w mojej pięści chwilę po tym, jak uderzyła twarz Enrique. Wszystko to wydarzyło się w mgnieniu oka, jak błysk pioruna, tyle że piorun nie spadł z nieba, tylko wydobył się z mojego wnętrza. Widząc całą tę krew dobywającą się z nosa innego gościa, poczułem się żywy. Taka prawda. I przeraziło mnie to.
Miałem w sobie coś, co mnie przeraziło.
Następnym, co pamiętam, było to, że patrzyłem na Enrique leżącego na ziemi. Na powrót byłem spokojnym sobą - cóż, może nie spokojnym, ale przynajmniej odzyskałem mowę. I powiedziałem:
- Mój tata jest człowiekiem. Ma na imię Vicente. Jeśli chcesz go jakoś nazywać, to nazywaj go po imieniu. I nie jest pedałem.
Sam tylko na mnie patrzyła. Spojrzałem na nią.
- Cóż, tego jeszcze nie było - powiedziała. - Co się stało z tym grzecznym chłopcem? Nie wiedziałam, że jesteś zdolny kogoś uderzyć.
- Ja też nie - powiedziałem.
Uśmiechnęła się do mnie. To był dziwny uśmiech.
Spojrzałem w dół na Enrique. Wyciągnąłem dłoń, żeby pomóc mu wstać, ale odrzucił ją.
- Pierdol się - powiedział, samemu zbierając się z ziemi.
Sam i ja patrzyliśmy, jak odchodzi.
Na chwilę się odwrócił i pokazał mi środkowy palec.
Byłem w lekkim szoku. Spojrzałem na Sam.
- Może nie zawsze wiemy, co w nas siedzi.
- Prawda - stwierdziła. - Myślę, że skrywa się w nas wiele rzeczy, których nawet nie dostrzegamy.
- Być może te rzeczy powinny pozostać w ukryciu - powiedziałem.
Powoli ruszyliśmy w stronę domów. Długi czas nic nie mówiliśmy i ta cisza między nami zdecydowanie była niepokojąca. W końcu Sam się odezwała:
- Niezły początek ostatniej klasy.
Wtedy zacząłem się trząść.
- Hej, hej - powiedziała. - Chyba sama ci powiedziałam rano, żebyśmy skopali innym tyłki?
- Śmieszek z ciebie - stwierdziłem.
- Sally, słuchaj, Enrique dostał to, na co zasłużył. - Rzuciła mi jeden ze swoich uśmiechów. Jeden z tych, które mówią, że mam wyluzować. - Okej, no dobra, może nie powinieneś bić innych. No bueno. Może jednak siedzi w tobie niegrzeczny chłopak czający się pod skórą.
- Nie, nie ma takiej opcji.
Powiedziałem sobie, że to po prostu była bardzo dziwna sytuacja. Ale coś mi mówiło, że miała w tym rację. Albo przynajmniej była na dobrym tropie. Niepokój. To właśnie czułem. Może Sam nie myliła się co do tych rzeczy, które w nas siedzą. Ile jeszcze skrywało się wewnątrz mnie?
Resztę drogi przeszliśmy w ciszy. Gdy byliśmy już blisko jej domu, powiedziała:
- Chodźmy na stację benzynową. Kupię ci colę. - Czasami piłem colę. Była moim napojem na pocieszenie.
Wypiliśmy ją, siedząc na krawężniku.
Gdy odprowadziłem Sam pod jej dom, przytuliła mnie.
- Wszystko będzie dobrze, Sally.
- Wiesz, że zadzwonią do mojego taty.
- No, ale pan V jest spoko. - Pan V. Tak Sam nazywała mojego tatę.
- Mhm - odpowiedziałem. - Ale tak się składa, że pan V jest też moim rodzicem, a rodzic to rodzic.
- Wszystko będzie dobrze, Sally.
- Mhm - powiedziałem. Czasem byłem w stanie powiedzieć tylko "mhm", i to bez przekonania.
Idąc do domu, przypomniałem sobie nienawiść na twarzy Enrique. Nadal słyszałem słowo "pedał" wyraźnie dzwoniące w moich uszach.
Mój tata. Mój tata nie był tym słowem.
Nigdy nie był ani nie będzie. Nigdy, przenigdy.
Nagle rozległ się grzmot i deszcz zaczął lać jak z cebra.
Otaczająca mnie burza sprawiała, że nie widziałem, co jest przede mną. Ale szedłem dalej z opuszczoną głową.
Po prostu szedłem dalej.
Poczułem ciężar ubrań przemoczonych deszczem. I po raz pierwszy w swoim życiu poczułem się samotny.