INWAZYJNE BADANIE
Surowy wzrok doktora Grochowicza był dla mnie wręcz namacalny. Czułem się znowu jak w szkole, kiedy coś przeskrobałem i muszę się wytłumaczyć. Jasna cholera, a co, jak wezwie moich rodziców? Mam trzydzieści sześć lat, ale może jest jakiś zapis w regulaminie szpitala, który pozwoli mu ściągnąć tu moich starych na jakiegoś rodzaju wywiadówkę zdrowotną.
- Boję się.
- Panie Jurkiewicz, ma pan problemy z jelitami od dziesięciu lat. Nie może pan dłużej zwlekać z kolonoskopią.
Lęk nie pozwalał mi się zdecydować. Kilka razy już dzwoniłem do rejestracji, ale odkładałem słuchawkę, gdy tylko słyszałem głos kobiety prowadzącej zapisy na to nieludzkie badanie. Mojemu znajomemu kiedyś zbadali jelita. Mówił, że leżał bokiem i widział monitor, a na nim swoje bogate wnętrze, które podziwiał cały personel medyczny.
Przerażało mnie to. A co, jeśli znajdą coś upokarzającego? - zastanawiałem się. Był czas, gdy sporo imprezowałem, więc nie mogłem być pewny, że nie ma tam nakrętki po smirnoffie albo resoraka.
Dziwna myśl prześladowała mój mózg. W moim brzuchu będzie kamera.
Niektóre plemiona żyjące w Amazonii nie pozwalają się nagrywać, bo wierzą, że obiektyw kradnie twoją duszę. Wystąpiłem kilka razy w telewizji i muszę potwierdzić, że to prawda, bo gdy po nagraniach wracałem do domu, zawsze czułem dziwną pustkę.
Co noc nawiedzał mnie pewien sen. Goni mnie stalowy wąż zakończony kamerką. Biegnę przez pół miasta z nadzieją, że zgubię go w korkach. Niestety. To piekielne urządzenie zawsze zna precyzyjną lokalizację mojego odbytu.
- Panie Jurkiewicz, jest pan tu ze mną? - Grochowicz wyrwał mnie z zamyślenia.
Jego źrenice pochłaniały obraz żałosnej istoty, która przed nim siedziała. Nie byłem w stanie spojrzeć mu w twarz. Obiecałem przynieść wyniki tych badań sześć lat temu. Teraz musiałem mierzyć się z jego gniewem. Gniewem człowieka, którego zawsze trochę się bałem.
Kiedyś powiedział mi: "Ma pan nie używać papieru toaletowego. Czy pan rozumie?". Patrzyłem na niego najpewniej tępym wzrokiem, bo po chwili wyciągnął kartkę, narysował na niej papier toaletowy i go przekreślił. Od tamtej pory podczas wycieczek do Rossmanna boję się spojrzeć w kierunku działu ze srajtaśmą.
- Panie Jurkiewicz, żądam, żeby poddał się pan kolonoskopii.
- Ale ja się boję.
- A śmierci się pan nie boi? A co, jeśli w jelitach rośnie panu nowotwór? Lubi pan swoje jelita?
Nie odpowiedziałem.
- No dobrze - westchnął. - Nie chciałem tego proponować, bo to nie najlepsze rozwiązanie, ale jest jedno badanie będące w fazie eksperymentów.
A potem podsunął mi tajemniczą nazwę instytucji i numer telefonu.
***
Uśmiech pani, która mnie powitała, przypominał sierp księżyca. Jej oczy optymistycznie patrzyły w przyszłość. Tego właśnie potrzebowałem.
- Bardzo się cieszymy, że zgłosił się pan do Medycynowej na eksperymentalne badanie jelita grubego. - Wydawało się to mało prawdopodobne, ale jej uśmiech jakby się poszerzył.
- Na czym polega to eksperymentalne badanie?
- To prototyp. Będzie pan naszym pierwszym królikiem doświadczalnym. Mamy przypuszczenia, że ta procedura będzie znacznie bardziej komfortowa od klasycznej kolonoskopii.
Nie odpowiedziałem. Zamieniłem się w słuch.
- Nowatorska metoda polega na tym, że pomniejszymy naszego najlepszego chirurga do wielkości orzecha laskowego. Potem pan doktor wejdzie przez pański odbyt i zbada pańskie jelita.
Parsknąłem.
- To nie jest żart - zapewniła, reagując na mój uśmiech jeszcze szerszym uśmiechem. - Mamy specjalistę, który napisał setki prac na temat chorób jelit i zamierza poznać ludzkie jelita z bliska. Jest gotów poświęcić się dla nauki, zostać pomniejszonym i wejść między innymi w pański odbyt. Czy potrzebuje pan czasu, żeby to przemyśleć?
Nie istniał czas, który pozwoliłby mi przetrawić taką informację.
- A nie macie jakiejś innej metody?
- Hmm... Rozważamy jeszcze alternatywną formę tego eksperymentu, w której powiększamy panu odbyt do tego stopnia, żeby mógł tam wejść człowiek normalnej wielkości.
- W sensie powiększycie mnie do rozmiarów olbrzyma?
- Nie, tylko pański odbyt.
To brzmiało jeszcze gorzej. Zwizualizowałem sobie ten zabieg - i nie byłem zadowolony z tego, co zobaczyłem.
- Okej, spróbuję tej wersji z pomniejszonym lekarzem.
- Świetnie! Musi pan tylko podpisać kilka dokumentów, które zdejmują z nas odpowiedzialność, gdyby coś poszło nie tak.
***
- Nazywam się doktor Piotrowski i będę pana dzisiaj badał - rzekł niski jegomość w białym fartuchu. Był naprawdę niski, miał na oko metr pięćdziesiąt wzrostu. Myślałem, że bardziej go pomniejszą.
- Miło mi pana poznać - rzekłem niepewnie.
- To będzie wielki krok dla ludzkości, ale mały dla mnie. Wie pan, po pomniejszeniu będę stawiał półcentymetrowe kroki. - Wymusił uśmiech. Sprawiał jednak wrażenie przygnębionego. - Będę miał ze sobą krótkofalówkę, więc jeśli zacznie pan odczuwać jakieś dolegliwości bólowe, będziemy w kontakcie.
- Mogę zadać panu pytanie? Dlaczego zdecydował się pan na ten eksperyment? Czy to nie jest czasem niebezpieczne?
- Jest, ale fascynuje mnie ta dziedzina medycyny. Poza tym czekają mnie wyróżnienia i wieczna chwała na zjazdach gastroenterologów.
Pukanie do drzwi poinformowało nas o tym, że te za chwilę się otworzą. Doktor nie zdążył zareagować, gdy siostra wsunęła głowę do gabinetu.
- Już czas.
***
Piotrowski stał nieruchomo w szklanej kabinie. Po jego ciele zaczęły spływać czerwone promienie. Pomniejszanie nie było przyjemnym widokiem, bo nie odbywało się proporcjonalnie. To znaczy najpierw pomniejszyła się głowa lekarza, potem jego prawa ręka, a następnie reszta ciała. Zakładam, że było to bolesne, bo okrzyk, który z siebie wydał, nie należał do tych radosnych.
Po chwili moim oczom ukazała się miniaturowa wersja doktora Piotrowskiego. Świetna sprawa, pomyślałem, przydałoby mi się to w domu. Pomniejszałbym regularnie zmieszane śmieci, to rzadziej bym je wynosił.
Leżałem na brzuchu z rozchylonymi nogami, gdy pielęgniarka delikatnie wprowadziła Piotrowicza w mój odbyt. Poczułem ruch. Niesamowite. Doczekaliśmy się czasów, kiedy inteligentna istota pełza po układzie pokarmowym innej inteligentnej istoty.
- Słyszy mnie pan? - rozległ się cieniutki głos w mojej krótkofalówce. Niech to szlag. Wiedziałem, że tak będzie. To jest psikus i wpuścili mi do odbytu wiewiórkę. Znowu. - Proszę się nie martwić moim głosem. Moja malutka krtań wydaje teraz dźwięki o innych częstotliwościach.
- Przyjąłem. - Trochę oficjalnie, ale jakoś nie miałem nastroju na small talk.
- Odbytnicę ma pan elegancką. - Nigdy jeszcze nie usłyszałem takiego komplementu i nie bardzo wiedziałem, jak się z nim czuć. Czy powinienem się tym kiedyś pochwalić? Może wpiszę to sobie w CV? Dodatkowe kompetencje: "Elegancka odbytnica".
- Wkraczam do okrężnicy esowatej. Wszystko u pana okej, panie Cezary?
- Czuję delikatne łaskotanie wewnątrz, ale chyba wszystko w porządku.
- Polip przy wejściu do okrężnicy zstępującej. Wycinam.
- To coś groźnego?
- Raczej nie, ale schowam do plecaka i zrobimy analizę histopatologiczną.
Byłem pozytywnie zaskoczony sprawnością tego badania i zafascynowany możliwościami, jakie przyniesie to współczesnej medycynie. Przecież dzięki takim rozwiązaniom będzie można dużo dokładniej zbadać wszystko osobiście, a nie za pomocą maszyny, która generuje często niewyraźny obraz, i potem lekarz nie wie, czy to rak, czy tylko smuga na obiektywie. Mali lekarze będą wchodzić przez nozdrza, by zbadać mój mózg. Albo przez cewkę moczową, żeby zbadać moją płodność. Jeśli będę bogaty, zatrudnię armię miniaturowych medyków, którzy będą krążyć po całym moim ciele i na bieżąco je naprawiać.
Nagle usłyszałem w krótkofalówce coś jakby szloch. O nie...
- Co się stało? Czy to rak?
- Nie, nie, to nic takiego. Wkraczam do okrężnicy poprzecznej.
Uczucie było co najmniej dziwaczne. Tak jakbym miał motylki w brzuchu, choć nie byłem zakochany. Ledwo zdążyłem się wyluzować, gdy z głośnika dobiegł wyraźny płacz.
- Co się dzieje? - spytałem, zaniepokojony już nie na żarty.
Płacz się wzmógł, po czym przeszedł w ryk rozpaczy. Na taki horror nie byłem gotów. Nigdy też nie spotkałem się z taką reakcją specjalisty. Widziałem lekarzy zmartwionych widokiem infekcji górnych dróg oddechowych, ale żaden z nich nie płakał. Okej, jeden laryngolog, kiedy zobaczył u mnie ropę na gardle, założył, że jest to inwazja obcej cywilizacji, ale antybiotyk sobie poradził. Czy moje jelita były w aż tak złym stanie?
- Ja ją kocham... - wyszlochał Piotrowicz.
- Kogo? - zapytałem zdezorientowany.
- Moją żonę... - Przez płacz mówił z trudem. - Zostawiła mnie tydzień temu.
- O nie!
- Myślałem, że sobie z tym poradzę, i dławiłem te emocje, ale czuję się taki bezradny - rzekł kompletnie załamanym głosem.
- Ogromnie panu współczuję.
To był bardzo zły moment na załamanie nerwowe. Czemu akurat teraz? - zastanawiałem się. Może jakieś zwyrodnienie na jelitach mu się z nią skojarzyło?
- Moje życie nie ma sensu - lamentował tymczasem doktor. - Powinienem je zakończyć teraz!
Wizja, w której będę musiał wydalić małego trupka, bynajmniej nie była dla mnie atrakcyjna. Piotrowski był w emocjonalnej dupie. Problem w tym, że była to moja dupa.
- Nie działajmy pochopnie - próbowałem go powstrzymać. - Jest wiele innych rzeczy, dla których warto żyć. Na przykład praca, zbadanie moich jelit. Tak jak teraz...
Chyba nie byłem najlepszym negocjatorem, bo pielęgniarka wzięła ode mnie krótkofalówkę.
- Panie doktorze - powiedziała - może przerwijmy, jeśli nie czuje się pan najlepiej. Wyjdzie pan i powtórzymy badanie za miesiąc.
- Nigdzie nie wychodzę! - usłyszeliśmy w głośniku. - Mam dosyć ludzi! Odseparuję się od świata i zostanę w tym jelicie!
W pewnym sensie go rozumiałem. Ucieczka przed problemami w pracę prowadzi nas w mroczne miejsca. Wszyscy tam byliśmy.
***
Minęły dwa tygodnie, a on dalej siedział w mojej okrężnicy wstępującej i żywił się resztami mojego jedzenia.
Próbowałem już wszystkiego - próśb, gróźb, środków przeczyszczających. Wezwaliśmy nawet policyjnego negocjatora. Krótkofalówka się zepsuła, więc arbiter musiał komunikować się ze zbuntowanym doktorem, krzycząc do mojego odbytu. Zacząłem jeść więcej ostrych rzeczy i kiszonej kapusty, żeby uprzykrzyć mu życie. Próbowałem lewatywy, ale to tylko mu posłużyło - mógł się w końcu wykąpać.
W końcu poszedłem do chirurga z prośbą, żeby mi go wycięli, jednak ten stwierdził, że klauzula sumienia nie pozwala mu usunąć żywej istoty z organizmu ludzkiego, dopóki moje życie nie jest zagrożone.
To wszystko nie wpłynęło zbyt dobrze na mój stan mentalny. Może udzieliła mi się depresja Piotrowicza? A może to naturalna reakcja, kiedy ktoś chowa się przed problemami w twojej dupie?
Prowadziłem tę wojnę z pasażerem na gapę miesiącami. Pasożyt podjadał moje jedzenie, przez co traciłem na wadze. Miałem już trochę dość, więc któregoś dnia poszedłem ze znajomymi do pubu na piwo, żeby o tym zapomnieć. Nie poruszałem tego tematu. Nikt w towarzystwie nie wiedział o moim problemie i wolałem, żeby się nie dowiedział. To byłby ten poziom beki, że z pewnością powstałaby z tego jakaś paskudna ksywa, która przylgnęłaby do mnie na resztę życia.
Kolejne piwka pękały, a wraz z nimi kolejne pasjonujące historie moich przyjaciół. Przy szóstym piwie już nie myślałem o swoim problemie. Po raz pierwszy od wielu tygodni. Musiałem być mocno podpity, bo nie zwróciłem uwagi na ruch w swoich jelitach, nie poczułem też, że coś ze mnie wypełzło. Uświadomiłem sobie to w najgorszy możliwy sposób, gdy na stół wdrapał się mikroskopijny podpity lekarz. Stanął na środku, spojrzał na mnie i oznajmił:
- Z pana jelitami wszystko w porządku.