?ROK GLAD
Siedzę w gabinecie otoczony głowami i ciałami. Moja poza jest świadomie zgodna z kształtem twardego krzesła. Do tego zimnego pomieszczenia w gmachu Administracji Uniwersytetu, obitego boazerią, obwieszonego remingtonami, zaopatrzonego w podwójne okna chroniące przed listopadowym upałem, izolowanego od odgłosów Administracji zewnętrzną poczekalnią, zaproszono przed chwilą Wuja Charlesa, pana deLinta i mnie. Jestem tu, w środku.
Trzy twarze uplasowały się nad letnimi sportowymi marynarkami i półwindsorami po drugiej stronie stołu konferencyjnego z polerowanej sosny, lśniącego rozpajęczonym światłem arizońskiego południa. To trzej Dziekani - ds. Rekrutacji, ds. Studenckich, ds. Sportu. Nie wiem, która twarz należy do którego.
Wierzę, że sprawiam wrażenie neutralne, może nawet miłe, chociaż pouczono mnie, żebym raczej zgrzeszył neutralnością, niż silił się na przyjemny wyraz twarzy czy też uśmiech.
Zdecydowałem się starannie, mam nadzieję, założyć nogę na nogę, kostka stopy na kolanie, dłonie razem w kroku spodni. Moje splecione palce tworzą lustrzaną serię czytelnych dla mnie liter X. Resztę obsady pokoju przyjęć stanowią: uniwersytecki Dyrektor ds. Prac Pisemnych, uczelniany trener tenisa i prorektor Akademii, pan A. deLint. C.T. jest przy mnie, pozostali, kolejno, w pozycji siedzącej, stojącej, stojącej, znajdują się na marginesie mojego pola widzenia. Trener tenisa pobrzękuje drobnymi w kieszeni. Zapach pokoju ma w sobie coś niejasno spożywczego. Wysokoprzyczepna podeszwa mojego gratisowego buta Nike tkwi równolegle do dyndającego mokasyna brata mojej matki, który występuje tu w roli Dyrektora Szkoły i zasiada w fotelu tuż po mojej, mam nadzieję, prawicy, również twarzą do Dziekanów.
Dziekan z lewej, chudy, żółtawy mężczyzna, którego permanentny uśmiech ma w sobie nietrwałość odcisku w opornym materiale, reprezentuje typ osobowości, który ostatnio nauczyłem się cenić: odracza konieczność mojej reakcji, recytując za mnie, pod moim adresem, moje własne kwestie. Odkąd środkowy Dziekan, który wygląda jak kudłaty lew, podał mu plik wydruków komputerowych, przemawia mniej lub bardziej do tych stronic, uśmiechając się z góry.
- Nazywasz się Harold Incandenza, lat osiemnaście, data ukończenia szkoły średniej w przybliżeniu za miesiąc, obecnie uczęszczasz do Enfieldzkiej Akademii Tenisowej w Enfield, Massachusetts, szkoły z internatem, w którym zamieszkujesz.
Jego okulary do czytania są prostokątne, mają kształt kortów tenisowych z liniami bocznymi zaznaczonymi górą i dołem ramek.
- Według Trenera White'a i Dziekana [nieczytelne] figurujesz w regionalnym, krajowym i kontynentalnym rankingu tenisistów juniorów, jesteś wielce obiecującym sportowcem ONANCAA1, pozyskanym przez nas drogą korespondencji Trenera White'a z obecnym tu doktorem Tavisem, zapoczątkowanej... w lutym bieżącego roku. - Górna strona zostaje usunięta i pedantycznie przeniesiona na spód pliku. - W Enfieldzkiej Akademii Tenisowej zamieszkujesz od siódmego roku życia.
Waham się, czy zaryzykować podrapanie się po prawej stronie ręki, gdzie mam torbiel łojową.
- Trener White informuje nasz wydział, że darzy wielkim szacunkiem program Enfieldzkiej Akademii Tenisowej oraz że drużyna tenisowa Uniwersytetu Stanu Arizona już kilkakrotnie skorzystała na immatrykulacji wychowanków EAT, jednym z których był niejaki pan Aubrey F. deLint, obecny tu dzisiaj wraz z tobą. Trener White i jego personel dali nam...
Słownictwo żółtawego Administratora jest, ogólnie rzecz biorąc, niewyszukane, chociaż muszę powiedzieć, że trafia w sedno. Dyrektor ds. Prac Pisemnych zdaje się mieć większą niż normalna liczbę brwi. Dziekan po prawej stronie dziwnie wpatruje się w moją twarz.
Wuj Charles mówi, że przypuszcza, iż Dziekani skłonni będą potraktować jego słowa jako panegiryk entuzjasty EAT, jednak on zapewnia panów Dziekanów, że to wszystko prawda: Akademia kształci obecnie ni mniej, ni więcej, tylko jedną trzecią z trzydziestu najlepszych juniorów kontynentu we wszystkich przedziałach wiekowych, a ja, czyli Hal, zaliczam się do "samej śmietanki". Dziekani prawy i środkowy uśmiechają się profesjonalnie, głowy deLinta i trenera skłaniają się ku sobie, a Dziekan z lewej odchrząkuje i podejmuje wątek:
- ...do zrozumienia, że mógłbyś już jako student pierwszego roku włączyć się w program szkolenia tenisowego naszego uniwersytetu. Miło nam słyszeć - mówi albo czyta, przekładając kartkę - że znalazłeś się tu po ważnych zawodach, dając nam okazję do spokojnej rozmowy o twoim podaniu, ewentualnym przyjęciu, immatrykulacji i stypendium.
- Poproszono mnie o dodanie, że nasz Hal jest rozstawiony z trójką w Zawodach Singlowych Chłopców do lat 18 prestiżowego WhataBurger Southwest Junior Invitational w Centrum Tenisowym Randolpha - mówi domniemany Dziekan ds. Sportu, którego przekrzywiona głowa ukazuje piegowatą łysinę.
- Mieszczącym się w Parku Randolpha, obok znakomitego hotelu El Con Marriott - wtrąca C.T. - Cała reprezentacja jest, jak dotąd, zachwycona tym miejscem, które...
- Święta prawda, Chuck, i chciałbym przy okazji dodać, że zdaniem Chucka Hal udowodnił już, że zasłużył na swoją wysoką pozycję, dochodząc do półfinału dzięki imponującej podobno wygranej z dzisiejszego rana, a jutro znów zagra w Centrum, ze zwycięzcą dzisiejszego wieczornego spotkania ćwierćfinałowego. Mecz, jeśli się nie mylę, zaplanowany jest na godzinę 8:30...
- Chcą zacząć, zanim przyjdzie ten przeklęty upał. Wprawdzie to suchy upał, ale jednak.
- ...i już podobno zakwalifikował się do zimowych Kontynentalnych Rozgrywek Halowych w Edmonton, jak mi donosi Kirk... - Przekrzywia głowę jeszcze bardziej, żeby spojrzeć do góry i w lewo na trenera reprezentacji uniwersyteckiej, którego zęby lśnią w uśmiechu na tle agresywnej opalenizny. - To doprawdy niemało. - Uśmiecha się, patrząc na mnie. - Wszystko się zgadza, Hal?
C.T. nonszalancko założył ręce; w klimatyzowanym blasku słońca ciało na jego tricepsach pokryte jest mapą cętek.
- Wszystko się zgadza idealnie, Bill. - I uśmiecha się. Dwie połówki jego wąsów nigdy dokładnie do siebie nie pasują. - I pozwolę sobie dodać, że Hal jest bardzo przejęty, przejęty tym, że zaproszony został trzeci rok z rzędu do udziału w WhataBurger Invitational, że ponownie należy do społeczności, którą darzy szczerym uczuciem, że może odwiedzić waszych wychowanków i kadrę trenerską, że już potwierdził swoją wysoką pozycję w niełatwych zawodach w tym tygodniu, że wciąż, jak to się mówi, jest na topie, ale najbardziej przejęty jest spotkaniem z wami, panowie, i możliwością obejrzenia tutejszych obiektów. To, co już widział, jest absolutnie najwyższej klasy.
Cisza. DeLint przesuwa plecami po boazerii i centruje na nowo środek ciężkości ciała. Mój wuj promienieje i prostuje się jak rozpięty pasek od zegarka. 62,5% twarzy obecnych w pokoju obraca się w moją stronę z wyrazem życzliwego wyczekiwania. Klatka piersiowa podskakuje mi jak wirówka z butami w środku. Układam usta w kształt, który w moim zamyśle zostanie odebrany jako uśmiech. Obracam się nieznacznie to tu, to tam, dzieląc uwagę między wszystkich obecnych w pokoju.
Cisza zmienia charakter. Brwi żółtego Dziekana tworzą cyrkumfleksy. Dwaj pozostali Dziekani patrzą na Dyrektora ds. Prac Pisemnych. Trener tenisa przesunął się pod szerokie okno, maca ostrzyżone na jeża włosy nad karkiem. Wuj Charles gładzi przedramię powyżej zegarka. Po lśniącym blacie sosnowego stołu przesuwają się nieznacznie cienie zajętych dłoni i jeden cień głowy jak czarny księżyc.
- Czy Hal dobrze się czuje, Chuck? - pyta Dziekan ds. Sportu. - Hal przed chwilą jakby się... no, skrzywił. Czy coś go boli? Boli cię coś, synu?
- Hal jest zdrów jak ryba. - Mój wuj się uśmiecha, pacyfikując powietrze niedbałym ruchem ręki. - To tylko taki mały, niewinny tik, z nadmiaru adrenaliny wywołanego, jak mi dał do zrozumienia, przebywaniem tutaj, na waszym imponującym kampusie, potwierdzeniem słuszności rozstawienia bez utraty, jak dotąd, ani jednego seta, otrzymaniem oficjalnej pisemnej oferty nie tylko zwolnienia z opłat, ale i stypendium socjalnego od tu obecnego Trenera White'a, na papeterii Pac 10, a także możliwością podpisania Zobowiązania przystąpienia do Narodowego Stowarzyszenia Sportowego Studentów, i to już dzisiaj, tu i teraz.
C.T. patrzy na mnie, a spojrzenie ma upiornie łagodne. Wybieram bezpieczne wyjście: rozluźniam wszystkie mięśnie twarzy, pozbawiając ją jakiegokolwiek wyrazu. Pilnie wpatruję się w kekuliański splot krawata środkowego Dziekana.
Moja milcząca odpowiedź na wyczekującą ciszę zaczyna wpływać na atmosferę w pokoju, drobinki kurzu i kłaczki lnu sportowych marynarek, wzniecane cugiem z ujść klimatyzatorów, tańczą nerwowo w ukośnej płaszczyźnie wpadającego przez okna światła, a powietrze nad stołem musuje jak nad świeżo nalaną wodą sodową. Trener, z lekkim akcentem, który nie jest ani brytyjski, ani australijski, tłumaczy C.T., że całą procedurę ubiegania się o przyjęcie, będącą z reguły miłą formalnością, znakomicie uprawnia fakt, że kandydat ma prawo mówić sam za siebie. Dziekani prawy i środkowy, nachyleni ku sobie, odbywają cichą konferencję, tworząc coś na kształt tipi ze skóry i włosów. Przypuszczam, że trenerowi tenisa chodziło nie o "uprawnianie", ale o "usprawnianie", chociaż sensowniejszym, jakkolwiek udźwięcznionym z punktu widzenia fonetyki przejęzyczeniem byłby czasownik "udrażnia". Dziekan o płaskiej żółtej twarzy nachylił się i odsłania zęby w wyrazie, który ja odczytuję jako zatroskanie. Jego dłonie stykają się na powierzchni stołu konferencyjnego, a palce wyglądają, jakby spółkowały, podczas gdy moja seria czterech X rozplata się i ściskam kurczowo krawędzie krzesła.
Powinniśmy szczerze pogadać o potencjalnych problemach z moim podaniem - zagaja - oni i ja. Rozwija wątek szczerości i jej wagi.
- W materiałach dołączonych do twojego podania, Hal, Komisja Rekrutacyjna zwróciła uwagę na wyniki niektórych testów. - Zerka w dół na kolorowy arkusz ujednoliconych wyników, ukryty w okopie jego ramion. - Członkowie Komisji Rekrutacyjnej analizują twoje wyniki testów, które, jak sam zapewne wiesz i możesz wytłumaczyć, są, powiedzmy to sobie... poniżej normy.
Powinienem się wytłumaczyć.
Jasne, że ten naprawdę dosyć szczery żółty Dziekan po lewej reprezentuje Komisję Rekrutacyjną. A w takim razie drobna ptasia figurka po prawej to Sport, ponieważ zmarszczki na twarzy kudłatego Dziekana pośrodku ściągnęły się w wyraz wyniosłej urazy, z gatunku dzięki-temu-co-jem-naprawdę-doceniam-to-czym-popijam, zdradzający fachowo akademickie zastrzeżenia. A więc pośrodku mamy nieskomplikowaną wierność standardom. Mój wuj spogląda na Sport, jakby zdezorientowany. Poprawia się nieznacznie w fotelu.
Niezgodność odcieni ręki i twarzy Rekrutacji jest wręcz agresywna.
- ...wyniki Egzaminów Ustnych niepokojąco bliskie zeru w zestawieniu ze świadectwem szkoły średniej, w której kierownictwie pracują twoja matka i jej brat... - Czyta z arkusza zamkniętego w elipsie jego ramion: - W minionym roku istotnie nieco się opuścił, ale zaznaczam, że opuścił się do oceny "wybitny" z niewiarygodnego wręcz poziomu z trzech poprzednich lat.
- Poza skalą.
- Większość placówek oświatowych nie stosuje nawet oceny A z wieloma plusami - mówi Dyrektor ds. Prac Pisemnych z niemożliwą do zinterpretowania miną.
- Ten rodzaj... jak to powiedzieć... rozbieżności - mówi Dziekan ds. Rekrutacji z miną szczerą i zatroskaną - zapala, rzec muszę, czerwoną lampkę potencjalnego problemu w procedurze przyjęcia.
- Prosimy cię zatem o wyjaśnienie tej ewidentnej rozbieżności, żeby nie rzec matactwa.
Dziekan ds. Studenckich ma cienki głosik, który brzmi absurdalnie, wydobywając się z tak dużej twarzy.
- "Niewiarygodny" miało zapewne znaczyć wielce, wielce imponujący, w odróżnieniu od dosłownego znaczenia słowa "niewiarygodny", na pewno - mówi C.T., który zdaje się obserwować trenera masującego sobie kark przy oknie. Przez wielkie okno nie widać nic poza oślepiającym słońcem i spękaną ziemią owianą mgiełką upału.
- Do wyjaśnienia pozostaje też kwestia dziewięciu, zamiast dwóch wymaganych, esejów załączonych do podania o przyjęcie na studia, z których część ma rozmiary bliskie monografii, a wszystkie bez wyjątku ocenione zostały jako "celujące", jakkolwiek z użyciem różnych przymiotników...
Dyr. ds. P.P.: - Ja celowo posłużyłem się w swoich ocenach określeniami "lapidarność" i "przeestetyzowany".
- ...i których tematykę i tytuły na pewno dość dobrze pamiętasz.
Hal: - Założenia neoklasyczne we współczesnej gramatyce normatywnej, Implikacje Przekształceń postfourierowskich w holograficznie mimetycznym kinie, Zjawisko stazy heroicznej w rozrywce telewizyjnej...
- Gramatyka Montaguego a semantyka modalności fizycznej?
- Człowiek, który zaczął podejrzewać, że jest ze szkła?
- Symbolizm trzeciego stopnia w erotykach justyniańskich?
Odsłania znaczne fragmenty dziąseł dotkniętych recesją.
- Powiem krótko: szczerze niepokoi nas to, że osoba, która uzyskała tak niefortunne, nawet jeśli wytłumaczalne, wyniki w testach, jest zarazem autorem tych esejów.
- Nie jestem pewien, czy Hal jest pewien, co tu się implikuje - mówi mój wuj.
Dziekan pośrodku pociera palcami klapy marynarki, interpretując budzące niesmak dane komputerowe.
- W opinii naszej uczelni ze ściśle akademickiego punktu widzenia mamy tu do czynienia z problemem rekrutacyjnym, który Hal musi nam pomóc rozwiązać. Na naszym uniwersytecie pierwszą rolą kandydata jest i musi być rola studenta. Nie możemy przyjąć na studia kandydata, którego mamy powód podejrzewać, że nie sprosta wymaganiom, choćby się nie wiem jak wyróżniał na boisku.
- Dziekan Sawyer ma, oczywiście, na myśli kort, Chuck - mówi Dziekan ds. Sportu, który tak mocno przekrzywia głowę, że wygląda, jakby zwracał się również do tego całego White'a. - Nie wspominając o regulaminie ONANCAA i o szpiclach, którzy wszędzie węszą nieprawidłowości.
Trener uniwersyteckiej kadry tenisa zerka na zegarek.
- Przyjmując, że niniejsze arkusze ocen adekwatnie odzwierciedlają umiejętności kandydata - mówi z powagą Dziekan ds. Studenckich, ściszając piskliwy głos i wciąż wpatrując się w leżące przed nim akta jak w talerz jakiegoś paskudztwa - powiem wprost: uważam, że to byłoby nie fair. Nie fair wobec pozostałych kandydatów. Nie fair wobec całej społeczności akademickiej. - Spogląda na mnie. - A zwłaszcza nie fair wobec Hala. Przyjęcie na studia chłopca, w którym widzimy tylko nadzieję sportową, byłoby równoznaczne z wykorzystaniem go. A nas śledzą tysiące oczu, pilnując, żebyśmy nikogo nie wykorzystywali. Twoje arkusze ocen, synu, mogłyby nas narazić na takie oskarżenie.
Wuj Charles prosi Trenera White'a, żeby zapytał Dziekana ds. Sportu, czy sąd nad moimi wynikami byłby równie surowy, gdybym był, dajmy na to, przynoszącym zyski geniuszem futbolu. Narasta we mnie znajoma panika wobec niezrozumienia, serce mi łomocze. Całą energię ładuję w milczące trwanie na krześle, wewnątrz mam pustkę, moje oczy to dwa wielkie wyblakłe zera. Obiecywano mi, że pójdzie gładko.
Za to wuj C.T. ma urażoną minę człowieka zapędzonego w kozi róg. W podobnych sytuacjach jego głos przybiera dziwaczne brzmienie zanikającego w oddali krzyku.
- Oceny Hala w EAT, która, podkreślam, jest Akademią, a nie obozem czy fabryką, placówką akredytowaną zarówno przez Wspólnotę Massachusetts, jak i przez Stowarzyszenie Północnoamerykańskich Akademii Sportu, skupioną na holistycznych potrzebach zawodnika i ucznia, założoną przez wybitnego intelektualistę, którego nazwiska nie muszę tu wymieniać, w oparciu o rygorystyczny, zaczerpnięty z Oxbridge, system quadrivium-trivium, szkołą wszechstronnie wyposażoną, z wykwalifikowaną kadrą dydaktyczną, powinny wystarczająco dowieść, że mój siostrzeniec potrafi sprostać wszelkim wymogom Pac 10, jak również...
DeLint przysuwa się do trenera tenisowego, który kręci głową.
- ...byłby w stanie dopatrzyć się w całej tej historii wyraźnych znamion dyskryminacji sportów elitarnych - mówi C.T., krzyżując i rozplatając nogi, a ja słucham, opanowany i wpatrzony w jeden punkt.
Musująca cisza pokoju tchnie teraz wrogością.
- Myślę, że czas najwyższy, aby nasz kandydat przemówił sam za siebie - mówi bardzo cicho Dziekan ds. Studenckich. - Odnoszę wrażenie, że w pana obecności będzie to niemożliwe.
Dziekan ds. Sportu uśmiecha się ze znużeniem pod dłonią masującą grzbiet nosa.
- Może wyjdziesz na chwilę i poczekasz na zewnątrz, Chuck.
- Trener White dotrzyma towarzystwa w sekretariacie panu Tavisowi i jego koledze - mówi żółty Dziekan, uśmiechając się w moje rozbiegane oczy.
- ...nie odnieść wrażenia, że to wszystko było z góry ukartowane - mruczy C.T., odprowadzany do drzwi razem z deLintem. Trener tenisa wyciąga hipertroficzne ramię.
Dziekan ds. Sportu oświadcza:
- Jesteśmy tu wszyscy przyjaciółmi i kolegami.
To nie działa. Uderza mnie myśl, że rdzenny użytkownik łaciny odczytałby EXIT jako podświetloną na czerwono informację ON WCHODZI. Poddałbym się impulsowi skoku do drzwi na ich oczach, gdybym miał pewność, że to, co mężczyźni zebrani w tym pokoju zobaczą, będzie skokiem do drzwi. DeLint mamrocze coś do trenera. Odgłos klawiatur komputerowych i konsoli telefonicznych, gdy drzwi otwierają się na moment, a potem kategorycznie zamykają. Zostaję sam pośród administracyjnych głów.
- ...chcieliśmy nikogo obrazić - mówi Dziekan ds. Sportu w płowej marynarce i krawacie sygnowanym drobniutkim nadrukiem - ...poza zdolnościami czysto fizycznymi, które, wierz mi, szanujemy, których nam potrzeba, możesz mi wierzyć.
- ...wątpliwości w tej kwestii, nie zabiegalibyśmy tak usilnie o bezpośrednią rozmowę z tobą, prawda?
- ...że wiedzieliśmy, dzięki kilku podaniom o przyjęcie, które wcześniej przeszły przez dział Trenera White'a, iż Szkoła Enfield kierowana jest, skądinąd imponująco, przez bliskich krewnych najpierw twojego brata, o którego, jak pamiętam, bardzo zabiegał poprzednik White'a, Maury Klamkin, a zatem obiektywność ocen może zostać z łatwością zakwestionowana...
- Przez kogo nie bądź: NAAUP2, nieżyczliwe nam szkoły Pac 10, ONANCAA...
Eseje są stare, zgoda, ale mojego autorstwa; de moi. No ale owszem, stare i nie całkiem na zadany temat, który brzmiał: Najistotniejsze Doświadczenie Dydaktyczne Wszech Czasów. Gdybym wam przedstawił pracę z ubiegłego roku, uznalibyście ją za efekt zabaw niemowlęcia z klawiaturą komputera, chociaż sami używacie "kogo nie bądź" jako dopełnienia bliższego. W tym nowym, mniejszym towarzystwie Dyrektor ds. Prac Pisemnych wyłania się znienacka jako alfa stada, a zarazem osobnik znacznie bardziej zniewieściały, niż to się początkowo zdawało: staje z wypiętym biodrem, ręka w talii, chodzi, kołysząc ramionami, brzęka drobnymi, podciągając spodnie, gdy wślizguje się w fotel, jeszcze ciepły po siedzeniu C.T., zakłada nogę na nogę, naruszając tym samym moją przestrzeń intymną, tak że widzę liczne tiki jego brwi i siateczki kapilarne na worach pod oczami, czując woń płynu do zmiękczania tkanin i skwaśniały już odór miętówki do odświeżania oddechu.
- ...chłopcem bystrym, solidnym, ale bardzo nieśmiałym, wiemy o twojej wielkiej nieśmiałości, Kirk White powiedział nam, co usłyszał od twojego atletycznie zbudowanego, lecz dość sztywnego młodszego trenera - mówi cicho Dyrektor, przykrywając miseczką, chyba dłoni, mój biceps pod sportową marynarką (oby nie); więc niech ten chłopiec przełknie ślinę i z ufnością przedstawi swój punkt widzenia tym panom, którzy nie chcą mu zrobić krzywdy, bynajmniej, a tylko wykonują swój zawód, starając się dostrzegać interesy wszystkich stron jednocześnie.
Wyobrażam sobie deLinta i White'a, jak siedzą z łokciami na kolanach w defekacyjnej pozie wszystkich odpoczywających sportowców, deLint wpatrzony w swoje wielkie dłonie, a tymczasem C.T. spaceruje w sekretariacie po orbicie ciasnej elipsy, mówiąc coś do słuchawki przenośnego telefonu. Zostałem przeszkolony przed tym spotkaniem jak mafijny boss przed przesłuchaniem przez komisję RICO. Neutralna i beznamiętna cisza. Rodzaj gry obronnej, którą ćwiczył ze mną Schtitt - najlepsza defensywa: niech się wszystko od ciebie odbija, nie rób nic. Powiedziałbym wam to, co chcecie, i jeszcze więcej, gdyby wydawane przeze mnie dźwięki były tymi samymi, które usłyszycie.
Dziekan ds. Sportu wyziera spod skrzydełka dłoni:
- ...pominąć procedury przyjęć sprawiające wrażenie nastawionych przede wszystkim na sport. Żeby nie narobić sobie bigosu, synu.
- Bill ma na myśli pozory, a niekoniecznie żywe fakty, których ty jeden możesz nam dostarczyć - mówi Dyrektor ds. Prac Pisemnych.
- ...pozory wysokiej pozycji sportowej, wyniki testów poniżej normy, przesadnie akademickie eseje, niewiarygodne oceny wynikłe z domniemanego nepotyzmu.
Żółty Dziekan nachylił się tak głęboko, że w jego krawacie powstał horyzontalny odcisk krawędzi stołu; jego niezdrowa twarz ma dobrotliwy wyraz tylko-bez-ściemy.
- Niech pan posłucha, panie Incandenza, Hal, wytłumacz mi, proszę, dlaczego nie mielibyśmy zostać oskarżeni o wykorzystanie ciebie, synu. Dlaczego nie miałby tutaj ktoś przyjść i powiedzieć nam: słuchaj no, Uniwersytecie Arizony, wykorzystujesz chłopca wyłącznie dla jego ciała, chłopca tak nieśmiałego i zamkniętego, że nie chce mówić sam za siebie, frajera z naciąganymi ocenami i gotowcem załączonym do podania.
Światło odbite od blatu pod kątem Brewstera różowieje pod moimi zamkniętymi powiekami. Nie mogę uzyskać zrozumienia.
- Nie jestem frajerem - mówię powoli. Wyraźnie. - Moje zeszłoroczne świadectwo mogło być z lekka podrasowane, być może, ale to miało mi pomóc przetrwać trudny okres. Wcześniejsze oceny są de moi. - Oczy mam zamknięte, w pokoju jest cicho. - Widzę, że nie mogę uzyskać zrozumienia. - Mówię głośno i wyraźnie. - Widocznie coś zjadłem.
Zabawne, czego człowiek nie pamięta. Nasz pierwszy dom na przedmieściu Weston, który ledwo sobie przypominam - mój najstarszy brat Orin twierdzi, że pamięta, jak był na podwórku tego domu z naszą matką i pomagał jej wyorać z zimnej gleby coś na kształt ogródka. Wczesna wiosna, marzec albo początek kwietnia. Miejscem pod ogródek był koślawy prostokąt wytyczony patyczkami od lodów i sznurkiem. Orin usuwał z drogi kamienie i twarde grudy ziemi, a Mamuś szła za nim z wypożyczoną glebogryzarką w kształcie taczki, z silnikiem benzynowym, która ryczała, czkała i wierzgała, i, jak pamięta Orin, to raczej ona popędzała Mamuś niż vice versa, a Mamuś jest bardzo wysoka, więc musiała schylać się z bólem do uchwytu, zostawiając za sobą pijany szlak śladów stóp odciśniętych w zaoranej ziemi. Orin pamięta, że w połowie tej orki wypadłem na podwórze w mechatym czerwonym ubranku z Kubusiem Puchatkiem, płakałem i pokazywałem na odwróconej dłoni coś, co, jak twierdzi Orin, wyglądało naprawdę nieprzyjemnie. Orin mówi, że mogłem mieć z pięć lat i poczerwieniałem od płaczu na zimnym wiosennym powietrzu. Powtarzałem w kółko coś, czego Orin nie mógł zrozumieć, dopóki nasza matka nie zauważyła mnie i nie wyłączyła glebogryzarki, która dalej brzęczała w jej rękach, po czym podeszła sprawdzić, co też takiego trzymam. Okazało się, że był to spory płat pleśni - Orin twierdzi, że mógł pochodzić z ciemnego kąta piwnicy domu w Weston, która była nagrzana od pieca i co wiosna zalewana powodziami. Samą pleśń opisuje mój brat jako horrendalną: ciemnozielona, lśniąca, jakby włochata, cętkowana żółtymi, pomarańczowymi i czerwonymi kropkami grzybów pasożytniczych. Co gorsza, widać było, że płat pleśni jest dziwnie niekompletny, nadgryziony, a ślady tego paskudztwa rozsmarowane są wokół moich rozdziawionych ust.
- Ja to zjadłem - oto co powtarzałem.
Podstawiałem pleśń pod nos Mamuś, która do brudnej roboty zdjęła szkła kontaktowe, więc zrazu, pochylona, widziała tylko swoje zapłakane dziecko z rączką wyciągniętą w geście ofiarowania, toteż, posłuszna najbardziej matczynemu z odruchów - ona, która nade wszystko brzydziła się odpadków i nieczystości - sięgnęła po to, co podawało jej dziecię, bo ileż to już razy sięgała po zasmarkaną jednorazową chusteczkę, wyplutego cukierka, przeżutą gumę, w teatrach, na lotniskach, na tylnych siedzeniach samochodów, w holach hal turniejowych. O. stał, jak powiada, podważając butem zmarzniętą grudę i bawiąc się rzepem puchowej kurtki, stał i obserwował Mamuś, która nachyliwszy się do mnie z wyciągniętą ręką i zbliżywszy do obiektu osłabiony wzrok, nagle zamarła, zastygła, gdyż zaczęła identyfikować to, co jej pokazywałem, spostrzegając także na mnie ślady oralnego kontaktu z tymże. O. zapamiętał jej minę jako nie do opisania. Jej wyciągnięta ręka, nadal drżąca w rytm glebogryzarki, zawisła w powietrzu przed moją.
- Ja to zjadłem - powiedziałem.
- Słucham?
O. mówi, że pamięta (sic) tylko tyle, że rzucił jakąś cierpką uwagę, wyginając się do tyłu, żeby opanować nagły skurcz w plecach. Mówi, że widocznie poczuł nieznośne napięcie. Mamuś kategorycznie odmawiała schodzenia do naszej wilgotnej piwnicy. Ja, pamięta O., przestałem płakać i stałem sztywno w tej czerwonej piżamce ze stópkami, w której miałem rozmiar i kształt hydrantu, i z powagą prezentowałem pleśń, niczym sprawozdanie z jakiegoś audytu.
O. mówi, że w tym momencie pamięć go zawodzi, najpewniej z powodu stresu. W jego następnym wspomnieniu Mamuś gania wielkim kręgiem po podwórku, wykrzykując histerycznie:
- O Boże!
- Ratunku! Mój syn zjadł to coś! - wrzeszczy w drugim, treściwszym wspomnieniu Orina, wrzeszczy w kółko to samo, trzymając wysoko nakrapiany płat w szczypczykach dwóch palców, biegając teraz dalej, po prostokącie ogródka, a O. jest niemym świadkiem pierwszego w swoim życiu spektaklu histerii u osoby dorosłej. Z okien i sponad ogrodzeń wyłaniają się głowy naszych sąsiadów śledzących bieg zdarzeń. O. pamięta, że potknąłem się o sznurek wytyczający granicę ogródka, po czym podniosłem się umorusany, zaryczany, żeby gonić Mamuś.
- O Boże! Ratunku! Mój syn zjadł to coś! Ratunku! - darła się Mamuś, wydeptując kanciasty szlak tuż po wewnętrznej stronie sznurka, a mój brat Orin zapamiętał, że nawet w histerycznej traumie linia jej ucieczki była schludna, ślady stóp po indiańsku proste, a zwroty w ideogramie sznurka precyzyjne i bojowe, punktowane okrzykami "Mój syn zjadł to coś! Ratunku!", i że zdublowała mnie dwa razy, zanim wspomnienie się skończyło.
- Moje podanie nie jest gotowcem - oznajmiam im, wołając w mrok czerwonej groty, która otwiera się przed zamkniętymi oczami. - Nie jestem tylko chłopakiem, który gra w tenisa. Mam zawiłą przeszłość. Doświadczenia i uczucia. Jestem skomplikowany.
- Czytam - dodaję. - Studiuję i czytam. Założę się, że przeczytałem wszystko to, co panowie. Pożeram całe biblioteki. Niszczę grzbiety okładek i dyskietki. Zdarza mi się wskoczyć do taksówki i rzucić: "Do biblioteki, i to gazem!". Moje wyczucie składni i mechaniki zdania jest na pewno, z całym szacunkiem, lepsze niż wasze.
Ale to przekracza mechanikę. Nie jestem maszyną. Czuję i wierzę. Mam opinie. Niektóre z nich są interesujące. Gdyby mi panowie pozwolili, mógłbym mówić i mówić. Porozmawiajmy o czymkolwiek. Moim zdaniem wpływ Kierkegaarda na Camusa jest niedoceniany. Moim zdaniem Dennis Gabor mógł z powodzeniem być Antychrystem. Moim zdaniem Hobbes to po prostu Rousseau w czarnym zwierciadle. Moim zdaniem Hegel ma rację i transcendencja jest absorpcją. Mógłbym was, panowie, zinterfejsować pod ten stół - powiadam. - Nie jestem creatus, wyprodukowany fabrycznie, uwarunkowany, wyhodowany do pełnienia jednej funkcji.
Otwieram oczy.
- Proszę nie myśleć, że mi nie zależy.
Rozglądam się. W moją stronę płynie zgroza. Podnoszę się z krzesła. Widzę obwisłe szczęki, uniesione brwi na drżących czołach, kredowobiałe policzki. Krzesło cofa się pode mną.
- Najsłodsza Matko Chrystusowa - mówi Dyrektor.
- Nic mi nie jest - oświadczam na stojąco. Sądząc po minie żółtego Dziekana, dmie ode mnie brutalny wiatr. Twarze akademików nagle się postarzały. Ośmioro oczu zamieniło się w puste krążki, które gapią się w to, co właśnie ujrzały.
- Dobry Boże - szepcze Dziekan ds. Sportu.
- Proszę się nie martwić - mówię. - Mogę wyjaśnić.
Uspokajam atmosferę niezobowiązującym ruchem ręki.
Obydwie moje ręce wykręca od tyłu Dyrektor ds. Prac Pisemnych, który brutalnie obala mnie na ziemię, przygniatając swoim ciężarem. Czuję smak podłogi.
- Co się dzieje?
- Nic się nie dzieje - mówię.
- Wszystko w porządku! Jestem tutaj! - krzyczy mi w ucho Dyrektor.
- Wezwać pomoc! - woła któryś Dziekan.
Moje czoło jest wciśnięte w parkiet, zimniejszy, niż przypuszczałem. Jestem aresztowany. Usiłuję sprawiać wrażenie wiotkiego i uległego. Moja twarz jest rozgnieciona na płask; ciężar Dyrektora ds. Prac Pisemnych utrudnia mi oddychanie.
- Proszę posłuchać - mówię bardzo powoli, głosem zduszonym przez podłogę.
- Co to, na Boga, za... - krzyczy piskliwie któryś Dziekan - ...za dźwięki?
Klikanie przycisków konsoli telefonicznej, szuranie obcasów, piruet, szelest spadającego pliku wiotkich kartek.
- O Boże!
- Ratunku!
Dolna część drzwi otwiera się w lewym peryferium mojego pola widzenia: klin halogenowego światła z korytarza, białe adidasy i zdarty but Nunn Bush.
- Postawcie go!
To deLint.
- Nic mi się nie dzieje - mówię powoli w podłogę. - Jestem tu, w środku.
Zostaję podźwignięty o kulach moich własnych przedramion i potrząśnięty przez purpurowolicego Dyrektora, który tą metodą w swoim mniemaniu przywraca mi spokój.
- Weź się w garść, synu!
DeLint u boku olbrzyma:
- Przestań!
- Nie jestem taki, jak widzicie i słyszycie.
Z daleka wycie syren. Niezdarny półnelson. Postacie w drzwiach. Młoda Latynoska gapi się i przyciska dłoń do ust.
- Nie jestem - mówię.
Nie można nie kochać staroświeckich toalet dla panów: cytrusowa woń krążków zapachowych w długim porcelanowym korytku; kabiny z drewnianymi drzwiami we framugach z chłodnego marmuru; rzędy wąskich umywalek, których misy podtrzymują chwiejne alfabety obnażonych rur; lustra nad metalowymi półeczkami; w tle ludzkich głosów nikły szmer nieustannego ciurkania, wzmożony echem w zderzeniu z mokrą porcelaną i zimną posadzką, której mozaikowy deseń wygląda niemal islamicznie z tak bliskiej perspektywy.
Wywołane przeze mnie zamieszanie buzuje na całego. Zostałem tu na wpół przywleczony przez rzadki tłum pracowników Administracji, w żelaznym uścisku Dyrektora ds. Prac Pisemnych - który najwyraźniej zmienia koncepcję: już myślał, że mam atak epilepsji (stąd siłowe rozwarcie mi ust celem sprawdzenia, czy nie dławię się językiem), że się czymś krztuszę (kaszlałem od podręcznikowego chwytu Heimlicha), że straciłem kontrolę nad sobą w epizodzie psychotycznym (próby odzyskania wzmiankowanej kontroli poprzez zastosowanie rozmaitych postaw i chwytów) - a wokół nas krąży deLint, który usiłuje powstrzymać niewolącego mnie Dyrektora, uczelniany trener tenisa, który powstrzymuje deLinta, i przyrodni brat mojej matki, który przemawia szybkimi kombinacjami polisylab do tria Dziekanów, ci zaś na zmianę sapią, załamują ręce, luzują krawaty, grożą palcem przed nosem C.T. i wymachują ewidentnie już bezużytecznymi arkuszami jak matador muletą.
Przeturlany na wznak po geometrycznych kafelkach, skupiam się potulnie na pytaniu, dlaczego amerykańskie toalety traktowane są przez nas w sytuacjach kryzysowych jak infirmerie, miejsca odzyskiwania kontroli. Moja głowa tkwi w kołysce podołka klęczącego Dyrektora, który tamponuje mi twarz szarobrunatnymi papierowymi ręcznikami, odebranymi z czyjejś ręki wysuniętej z grupy stojących mi nad głową, ja zaś z całą naturalnością, na jaką mnie stać, wpatruję się w dołeczki na dyrektorskich policzkach, najbardziej widoczne wzdłuż linii dolnej szczęki - blizny po dawno przebytym trądziku. Wuj Charles, prawdziwie niezrównany wciskacz kitu, szasta nim bez umiaru, próbując udobruchać mężczyzn, którym porządne otarcie czół przydałoby się znacznie bardziej niż mnie.
- Nic mu nie jest - powtarza. - Sami widzicie, spokojniutki, leży sobie.
- Pan nie widział, co tam zaszło - odpowiada mu zgarbiony Dziekan przez rozczapierzone palce.
- Denerwuje się i tyle, czasami, nerwowy dzieciak, pod wrażeniem...
- Ale jakie on wydawał dźwięki.
- Nie do opisania.
- Jak zwierzę.
- Podzwierzęce odgłosy i dźwięki.
- Nie mówiąc o gestach.
- Czy załatwił pan temu chłopcu jakąś pomoc, doktorze Tavis?
- Jak jakieś zwierzę, które trzyma coś w pysku.
- Chłopiec jest zaburzony.
- Jak osełka masła ubijana knyplem.
- Oszalałe zwierzę z nożem w ślepiu.
- Co pan właściwie chciał osiągnąć, próbując zapisać tego...
- A te jego ręce.
- Pan tego nie widział, Tavis. Te jego ręce...
- Młócił nimi jak cepami. Palce mu się rozczapierzały, dygotały, bębniły, wiły się. Merdały. - Grupa ogląda się chwilowo na kogoś poza moim polem widzenia, kto usiłuje coś zademonstrować.
- Jak na filmie poklatkowym o życiu jakiejś potwornej... narośli.
- Brzmieniem najbardziej przypominało to tonącą kozę. Kozę, która się topi w czymś lepkim.
- Taka seria zdławionych pobekiwań i...
- Tak właśnie: merdały.
- Czyżby odrobina merdania z emocji stała się zbrodnią?
- Narobił pan sobie kłopotów. Dużych kłopotów.
- A jaką miał minę. Jakby się dusił. Palił żywcem. Naprawdę czułem się, jakbym oglądał wizję piekieł.
- On ma jakiś kłopot z komunikacją, jest zaburzony komunikacyjnie, nikt temu nie zaprzecza.
- Temu chłopcu potrzeba opieki.
- A pan, zamiast się nim zaopiekować, przysyła go tutaj, żeby kandydował na studia, współzawodniczył?
- Hal?
- Panu się nawet w najgorszych koszmarach nie śniło, ile kłopotów pan sobie narobił, doktorze, tak zwany Wychowawco, pedagogu.
- ...dał nam do zrozumienia, że to czysta formalność. Panowie go zaskoczyli i tyle. Nieśmiały...
- A ty co, White? Chciałeś go przyjąć?
- ...wrażliwy i potwornie przejęty, został nagle z wami, bez nas, bez swojej grupy wsparcia, bo kazaliście nam wyjść, gdyby nie to...
- Widziałem go tylko w grze. Na korcie jest doskonały. Możliwe, że to geniusz. Nie mieliśmy pojęcia. Jego brat gra w cholernej NFL, na litość boską. Uznaliśmy, że mamy do czynienia z wybitnym tenisistą o południowo-zachodnich korzeniach. Jego wyniki nie mieściły się w tabeli. Obserwowaliśmy go przez cały Turniej WhataBurgera ubiegłej jesieni. Nie wywijał rękami, nie wydawał żadnych dźwięków. Oglądaliśmy istny balet, powiedział mi potem jeden kumpel.
- Święte słowa, White, oglądaliście balet. Ten chłopak jest baletowym wyczynowcem, to gracz.
- W każdym razie ktoś w rodzaju sportowego sawanta. Baletowa kompensacja głębokich problemów, które pan szanowny wolał zatuszować, nakładając mu przed nami kaganiec milczenia.
Para kosztownych brazylijskich espadryli mija mnie z lewej i wchodzi do kabiny, po czym espadryle obracają się i stają noskami do mnie. Ciurkanie do urynału w tle pobrzmiewających słabym echem głosów.
- ...lepiej już po prostu pójdziemy - mówi C.T.
- Spokój mojego snu został na zawsze zakłócony, szanowny panie.
- ...sobie myślał, że wtryni nam zaburzonego kandydata ze sfabrykowanym świadectwem, przepchnie go bokiem przez parodię rozmowy wstępnej i wciśnie na siłę w gorset rygorów życia akademickiego?
- Hal funkcjonuje, ty dupku. Jeżeli stworzy mu się sprzyjające warunki. Sam radzi sobie doskonale. Owszem, ma pewne kłopoty z kontrolowaniem emocji w rozmowie. Czy słyszeliście, żeby choć raz temu zaprzeczył?
- Byliśmy świadkami zachowania ledwo na poziomie ssaków, szanowny panie.
- Akurat. Spójrzcie sami. Aubrey, jak ci teraz wygląda nasz porywczy młody człowiek?
- Szanowny pan zapewne źle się czuje. To nie jest koniec sprawy.
- Jak to karetka? Czy wy w ogóle nie słuchacie? Mówię wam, że nie ma...
- Hal? Hal?
- Nafaszerować go prochami, wystąpić w roli jego tuby, nie dać mu dojść do słowa i ma pan teraz: leży jak katatonik z wybałuszonymi oczami.
Trzask kolan deLinta.
- Hal?
- ...rozdmuchać to publicznie w jakiejś zniekształconej wersji. Nasza Akademia ma wybitnych alumnów, radców prawnych. Hal jest kompetentny, czego można dowieść. Ma takie referencje, że szczęka opada, Bill. Czyta jak odkurzacz. Rozumuje analitycznie.
Ja sobie po prostu leżę, słucham, wącham papierowy ręcznik, śledzę piruet espadryla.
- Życie nie kończy się na siedzeniu i interfejsowaniu, co może być dla was nowiną.
A czy można nie kochać tego szczególnego lwiego ryku spuszczanej wody w toalecie publicznej?
Nie na darmo mawiał Orin, że w tych stronach ludzie poza domem śmigają tylko od klimatyzacji do klimatyzacji. Słońce jak młot. Już czuję, jak jedna strona mojej twarzy zaczyna się smażyć. Błękitne niebo jest lśniące i spęczniałe od upału, nieliczne cirrusy wiatr postrzępił po brzegach w cienkie pasma przypominające włosy. Ruch uliczny nie umywa się do bostońskiego. Nosze są szczególnego typu, na wszystkich czterech rogach mają pasy do unieruchomienia pacjenta. Ten sam Aubrey deLint, którego przez tyle lat lekceważyłem jako płaskiego formalistę, przyklęknął obok noszy na kółkach, żeby mi uścisnąć unieruchomioną rękę i powiedzieć: "Trzymaj się tam, Buckaroo", zanim się włączył z powrotem w spór administracyjny przy drzwiach karetki. To jest ambulans specjalny, wolę nie myśleć, skąd przysłany, z obsadą nie tylko ratowników medycznych, ale i lekarza psychiatry. Ratownicy podnoszą mnie delikatnie i wprawnie mocują pasy. Lekarz, oparty plecami o bok karetki, unosi obie dłonie w geście beznamiętnej mediacji pomiędzy Dziekanem a C.T., który dalej dźga powietrze anteną komórki jak szablą, oburzony, że niepotrzebnie wiozą mnie karetką na jakiś Ostry Dyżur, wbrew mojej woli i interesom. Płytko poruszona zostaje kwestia, czy zaburzeni w ogóle mają wolę i interesy, a jednocześnie jakiś superszybki myśliwiec, lecący zbyt wysoko, aby dało się go usłyszeć, przecina niebo z południa na północ. Lekarz wzniósł obie ręce i poklepuje powietrze na znak niezaangażowania. Ma potężną sinawą szczękę. Na jedynym Ostrym Dyżurze, na jakim się dotąd znalazłem, nosze psychiatryczne wturlano do środka i zaparkowano przy siedzeniach w poczekalni. Były to gięte krzesła z pomarańczowego plastiku i trzy z nich w dalszej części rzędu zajmowały trzy różne osoby, wszystkie trzymały puste fiolki po lekarstwach i pociły się obficie. Już samo to byłoby dość okropne, a tymczasem na skrajnym krześle, tuż przy moim zabezpieczonym pasami wezgłowiu, siedziała kobieta w T-shircie, z rzemienną cerą, w czapce szofera ciężarówki i z silnym przechyłem na prawą burtę; zwracając się do mnie, skrępowanego i unieruchomionego, zaczęła opowiadać, jak to z dnia na dzień nabawiła się nagłego, anormalnego gigantyzmu prawej piersi, o której mówiła "cycek"; miała niemal parodystyczny quebecki akcent, którym przez blisko dwadzieścia minut, dopóki mnie stamtąd nie wywieźli, relacjonowała stan obecny "cycka" oraz potencjalne diagnozy. Ruch i szlak przelotu odrzutowca przypominały cięcie chirurgiczne, odsłaniające pod błękitem białe mięso, które po przejściu ostrza stopniowo rozszerzało się w klin. Widziałem kiedyś słowo NÓŻ wypisane palcem na zaparowanym lustrze niepublicznej toalety. Stałem się infantofilem. Jestem zmuszony przewracać zamkniętymi oczami w górę lub na boki, żeby nie dopuścić do pożaru czerwonej groty, którą nagrzewa słońce. Ruch uliczny ma charakter ciągły i daje się słyszeć jako "ćśśś, ćśśś, ćśśś". Słońce, jeśli choć na sekundę zajrzy w rozbiegane oko, wywołuje niebieskie i czerwone plamy, jak migająca żarówka.
- Czemu nie? Czemu nie? Czemu nie nie, skoro najlepsze rozumowanie, na jakie cię stać, to czemu nie?
Głos C.T. zamiera z oburzenia. Teraz kątem prawego oka widzę już tylko waleczne dźgnięcia jego antenki. Odwiozą mnie na jakieś Pogotowie, położą na Oddziale Powypadkowym, gdzie potrzymają mnie, dopóki nie odpowiem na wszystkie pytania, a potem, kiedy już odpowiem, podadzą mi środki uspokajające - czeka mnie więc odwrotność standardowej kolejności jazdy, karetki i oddziału Pogotowia: najpierw jazda, potem odlot. Myślę przelotnie o świętej pamięci Cosgrovie Watcie. Myślę o hipopaliczkowatym terapeucie od żałoby. Myślę o Mamuś ustawiającej w porządku alfabetycznym puszki zupy w szafce nad mikrofalówką. Myślę o parasolu Jegomościa zawieszonym za uchwyt na krawędzi stolika na pocztę tuż za drzwiami sieni Domu Dyrekcji. Kontuzjowana kostka nie bolała mnie przez ten cały rok. Myślę o Johnie "Z.N.P." Waynie, który wygrałby tegoroczny Turniej WhataBurgera, wyobrażam go sobie, jak stoi na czatach w masce na twarzy, gdy Donald Gately i ja wykopujemy głowę mojego ojca. To prawie niewątpliwe, że Wayne by wygrał. A Venus Williams jest właścicielką rancza pod Green Valley - możliwe, że przyjdzie obejrzeć finały Chłopców i Dziewcząt do lat 18. Jak stąd wyjdę, będę miał jeszcze kupę czasu przed jutrzejszym półfinałem; ufam Wujowi Charlesowi. Dzisiaj wieczorem prawie na pewno wygra Dymphna, który ma szesnaście lat, ale jego urodziny wypadają dwa tygodnie przed graniczną datą 15 kwietnia; więc jutro o 8:30 Dymphna będzie jeszcze zmęczony, podczas gdy ja, na lekach uspokajających, wyśpię się jak suseł. Jeszcze nigdy nie grałem z Dymphną w turnieju, nie grałem też sonicznymi piłkami dla niewidomych, ale obserwowałem go w eliminacjach, przed ćwierćfinałem, gdzie z trudem pokonał Petropolisa Kahna, i wiem, że jest mój.
Zacznie się na Pogotowiu, przy kontuarze recepcji, jeżeli C.T. spóźni się, jadąc za karetką, albo w wyłożonej zieloną glazurą sali za pokojem z agresywnie cyfrową maszynerią; chyba że, skoro mamy ten specjalny ambulans z obsadą lekarską, zacznie się już podczas samej jazdy: jakiś sinoszczęki doktorek, wyszorowany do antyseptycznego połysku, z nazwiskiem wyhaftowanym kursywą na górnej kieszonce białego kitla i z markowym piórem wiecznym od kompletu, zasadzi się przy noszach, domagając się wywiadu, etiologii i diagnozy metodą sokratejską, uporządkowaną i punkt po punkcie. Według szóstej edycji Słownika Oksfordzkiego Języka Angielskiego istnieje dziewiętnaście niearchaicznych synonimów słowa "niekomunikatywny", w tym dziewięć zlatynizowanych i cztery saksońskie. W niedzielnym finale zagram albo ze Stice'em, albo w Polepem. Może na oczach Venus Williams. Ale to niewątpliwie jakiś fizyczny bez kwalifikacji - pomocnik sanitariusza z poobgryzanymi do żywego mięsa paznokciami, szpitalny ochroniarz, zmęczony salowy, Kubańczyk, który zwraca się do mnie per jou, spojrzy z góry w połowie swojej krzątaniny, pochwyci, w swoim mniemaniu, mój wzrok i spyta: "Stary, a ty co mi opowiesz?".
?ROK PIELUCHOMAJTEK DEPEND DLA DOROSŁYCH
Gdzie ta kobieta, która miała przyjść. Mówiła, że przyjdzie. Erdedy myślał, że już powinna była przyjść. Siedział i myślał. Znajdował się w salonie. Kiedy zaczynał czekać, jedno okno było pełne żółtego światła i rzucało świetlisty cień na podłogę, i dalej siedział i czekał, gdy ten cień zaczął blaknąć i został przecięty rozjaśniającym się cieniem okna w innej ścianie. Na jednej ze stalowych półek podtrzymujących jego sprzęt audio znajdował się owad. Owad w kółko wchodził i wychodził z jednego z otworów stelaża, w którym zamocowano półki. Owad był ciemny i miał lśniący pancerzyk. Erdedy ciągle na niego zerkał. Raz czy drugi już się podnosił, żeby podejść i obejrzeć owada z bliska, ale bał się, że kiedy podejdzie i zobaczy go z bliska, zabije stworzenie, a zabić je się obawiał. Nie skorzystał z telefonu, aby zadzwonić do kobiety, która obiecała przyjść, bo gdyby zablokował linię akurat w momencie, gdy ona próbuje się do niego dodzwonić, słysząc sygnał "linia zajęta", mogłaby sobie pomyśleć, że Erdedy nie jest zainteresowany, i wściec się, i zanieść gdzie indziej to, co mu obiecała.
Obiecała mu zdobyć jedną piątą kilograma marihuany, 200 gramów nadzwyczajnie dobrej marihuany, za 1250 $ US. Próbował zerwać z paleniem marihuany już z siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt razy. Zanim ta kobieta go poznała. Nie wiedziała, że Erdedy już wcześniej próbował przestać. Zwykle wytrzymywał tydzień albo dwa tygodnie, a niekiedy dwa dni, a potem postanawiał zapalić sobie jeszcze w domu po raz ostatni. Po raz ostatni szukał kogoś nowego, kogoś, komu nie mówił jeszcze, że musi przestać palić zioło, więc błaga, żeby pod żadnym warunkiem nie załatwiać mu żadnego towaru. Musiała to być osoba postronna, bo wszystkim znajomym dilerom zapowiedział, że zrywa z nałogiem. Pośrednik też musiał być kimś całkiem nowym, bo ilekroć Erdedy zdobył trochę towaru, przyrzekał sobie, że to już ostatni raz, a pośrednikowi zapowiadał, błagał go, aby w ramach zbawiennej przysługi już nigdy, przenigdy nie dostarczał mu wiadomej substancji. I osoby, której to zapowiedział, już nigdy nie prosił o towar ponownie, ponieważ był dumny, a także dobry i nie chciał nikogo stawiać w tego rodzaju sprzecznej sytuacji. Poza tym uważał, że świruje na punkcie zioła, i bał się, że inni też to zauważą. Siedział, myślał i czekał w nierównym X światła z dwóch różnych okien. Raz i drugi zerknął na telefon. Owad zniknął w otworze stalowej ramy, w której zamocowana była półka.
Obiecała przyjść o określonej godzinie i ta godzina już minęła. W końcu się poddał i zadzwonił na jej numer, korzystając z funkcji audio, i odczekał kilka dzwonków, martwiąc się, że tak długo blokuje linię, aż odezwała się jej poczta głosowa: komunikatowi towarzyszył strzępek ironicznego utworu pop, po którym jej głos pospołu z głosem męskim oznajmił: oddzwonimy - a owo "my" sugerowało, że są parą, mężczyzna był przystojnym czarnoskórym studentem prawa, a ona projektowała scenografie, i nie zostawił wiadomości, bo nie chciał, żeby się dowiedziała, jak bardzo to mu jest potrzebne. Zachowywał się w tej sprawie z daleko posuniętą nonszalancją. Kiedy mu powiedziała, że zna typa w Allston, zaraz po drugiej stronie rzeki, który sprzedaje średnie ilości towaru z wysoką zawartością żywicy, ziewnął i odpowiedział no, może, no, właściwie czemu nie, jasne, wyjątkowa okazja, nie kupowałem już od nie pamiętam kiedy. Ona na to, że ten typ z Allston mieszka w przyczepie, ma zajęczą wargę, hoduje węże i nie używa telefonu, w sumie nie zalicza się bynajmniej do osób przyjemnych i pociągających, ale często sprzedaje towar ludziom teatru z Cambridge i ma grono oddanych zwolenników. On na to, że już nawet nie pamięta, kiedy ostatnio kupował, tak dawno to było. Powiedział, że chyba poprosi ją o zakup przyzwoitej ilości, bo ostatnio dzwonili do niego przyjaciele z pytaniem, czy może im trochę załatwić. Miał taką fazę, że często mówił, że załatwia towar dla przyjaciół. Dzięki temu, kiedy ona nie miała towaru na umówiony czas i zaczynał się denerwować, mógł jej powiedzieć, że to jego przyjaciele zaczynają się denerwować, że jemu jest głupio, że zawraca jej głowę takim głupstwem, ale przyjaciele się denerwują i męczą go o to, więc chciałby wiedzieć, co ma im odpowiadać. Ujmował to tak, że jest między młotem a kowadłem. Mógł powiedzieć, że przyjaciele dali mu pieniądze i teraz się denerwują, wywierają nacisk, dzwonią i zawracają mu głowę. Ta taktyka nie była możliwa w tym konkretnym przypadku, bo jeszcze nie dał pośredniczce tych 1250 dolarów. Nie zgodziła się. Była dobrze sytuowana. Miała dobrze sytuowaną rodzinę, czym tłumaczyła, skąd ma takie ładne mieszkanie, w którym projektuje mroczne turpistyczne scenografie dla grupy teatralnej z Cambridge, wystawiającej chyba wyłącznie sztuki niemieckie. Nie przejmowała się zanadto pieniędzmi i powiedziała, że sama pokryje koszty, jak pojedzie do Allston sprawdzić, czy tamten facet jest w domu w swojej przyczepie, gdzie jej zdaniem na pewno będzie tego popołudnia, a on jej zwróci, jak już dostanie towar. Taki układ, zaproponowany na pełnym luzie, bardzo go speszył, więc siląc się na jeszcze większy luz, powiedział jasne, świetnie, jak chcesz. Wracając myślą do tamtej rozmowy, był pewien, że powiedział "jak chcesz", co go poniewczasie zmartwiło, bo mogło zabrzmieć, jakby mu w ogóle nie zależało, nic a nic, tak niewiele, że nic by się nie stało, gdyby zapomniała skombinować towar albo zadzwonić, a przecież odkąd podjął decyzję, żeby jeszcze raz ściągnąć do domu marihuanę, zależało mu bardzo. Zależało mu bardzo. Zbyt luzacko potraktował tę kobietę, trzeba ją było zmusić, żeby wzięła od niego 1250 dolarów, bo tak nakazują względy grzeczności, bo on nie chciałby stawiać jej w niewygodnej sytuacji finansowej z tak trywialnego i marginalnego powodu. Pieniądze wytwarzały poczucie obowiązku, a on chciał, żeby kobieta czuła się zobowiązana dotrzymać obietnicy, skoro jej obietnica tak go wytrąciła z równowagi. A skoro już dał się wytrącić z równowagi, zależało mu na tym tak bardzo, że aż bał się to okazać. Skoro poprosił ją o zdobycie towaru, musiał wykonać szereg posunięć. Owad powrócił na regał. Nie wyglądało na to, żeby coś robił. Po prostu wylazł z otworu w stelażu na skraj stalowej półki i tak siedział. Po dłuższej chwili zniknął z powrotem w otworze stelaża, w którym najprawdopodobniej też nie robił nic. A on poczuł się podobny do tego owada z dziury w stelażu, na którym zamocowana była półka, ale nie był pewien, na czym właściwie to podobieństwo polega. Skoro postanowił po raz ostatni wejść w posiadanie marihuany, musiał teraz wykonać szereg posunięć. Musiał połączyć się przez modem z agencją i zawiadomić, że ma awarię i wysyła notatkę elektroniczną na teleputer koleżanki z prośbą, by na resztę tygodnia przejęła jego zgłoszenia, ponieważ on sam będzie przez kilka dni bez kontaktu z powodu wspomnianej awarii. Musiał zostawić wiadomość głosową na swojej automatycznej sekretarce z informacją, że począwszy od tego popołudnia, będzie przez kilka dni nieosiągalny. Musiał wysprzątać sypialnię, której po zażyciu substancji nie będzie opuszczał, nie licząc błyskawicznych wypadów do lodówki i do łazienki. Musiał wywalić całe piwo i alkohol, gdyż picie alkoholu w połączeniu z paleniem trawy przyprawiało go o zawroty głowy i mdłości, a nie mógł ufać sobie, że się nie napije, kiedy już zacznie palić. Musiał zrobić zakupy. Musiał zgromadzić zapasy. Teraz już tylko jeden czułek owada sterczał z dziurki w stelażu. Sterczał, ale się nie ruszał. Musiał kupić napój gazowany, herbatniki, chleb, wędlinę, majonez, pomidory, M&M'sy ciasteczka Jak Domowe, lody, mrożony tort czekoladowy Pepperidge Farm i cztery puszki polewy czekoladowej do wyjadania dużą łyżką. Musiał złożyć zamówienie na filmy w wypożyczalni InterLace. Musiał kupić lek na nadkwasotę, której nabawi się w nocy po zjedzeniu tego wszystkiego, co zje. Musiał kupić nowy bong, bo ilekroć wypalił absolutnie ostatnią partię marihuany, postanawiał, że to koniec, basta i szlus, już mu nawet nie smakuje, no właśnie, koniec z ukrywaniem się, zgrywaniem przed kolegami, zostawianiem wiadomości na automatycznej sekretarce, przepakowywaniem samochodu poza osiedle, zamykaniem okien, zaciąganiem zasłon i żaluzji, z życiem na krótkich wektorach pomiędzy filmami na teleputerze InterLace, lodówką a ubikacją, i wtedy wywalał swój bong, zawinięty w kilka plastikowych reklamówek. Zamrażalnik jego lodówki wytwarzał lód w postaci nieprzezroczystych bloczków i wykroju półksiężyca, które on uwielbiał: kiedy palił w domu, zawsze wypijał wielkie ilości zimnej wody gazowanej z lodem. Język nabrzmiewał mu na samą myśl. Spojrzał na telefon i na budzik. Wyjrzał przez okna, ale nie na listowie i asfaltowy podjazd pod domem. Wyczyścił już odkurzaczem żaluzje i zasłony, wszystko było gotowe do zamknięcia. Kiedy tylko przyjdzie kobieta, która obiecała przyjść, cały system zostanie zamknięty. Przeszło mu przez myśl, że on sam zniknie w dziurce stelaża wewnątrz siebie, na którym wspiera się konstrukcja czegoś innego w jego wnętrzu. Nie był pewien, czym jest to coś wewnątrz niego, i nie czuł się na siłach podjąć czynności, jakich wymagałoby zbadanie tej kwestii. Kobieta miała przyjść już prawie trzy godziny temu. W trakcie programu terapii dziennej, którą odbył przed dwoma laty, psycholog, niejaki Randi przez i, z wąsem kanadyjskiego konnego policjanta, powiedział mu, że jest niedostatecznie zaangażowany w proces eliminowania substancji ze swojego życia. Musiał kupić nowy bong u Bogarta na Poster Square w Cambridge, bo ilekroć wykończył resztkę posiadanych substancji, wywalał wszystkie bongi i fajki, osłonki i rurki, i bibułki do skrętów, i pęsety do petów, zapalniczki, Visine i Pepto-Bismol, i ciastka, i mrożonki, żeby wyeliminować na przyszłość wszelką pokusę. Za każdym razem po wyrzuceniu tych przedmiotów odczuwał optymizm i siłę woli. Kupił nowy bong i zgromadził zapasy dzisiaj rano, zdążył ze wszystkim do domu grubo przed zapowiedzianym przyjściem tej kobiety. Myślał o nowym bongu i o nowej paczuszce okrągłych mosiężnych osłonek w torbie od Bogarta na stole w zalanej słońcem kuchni i nie mógł sobie przypomnieć, jakiego koloru jest jego nowy i definitywnie ostatni bong. Poprzedni był pomarańczowy, a jeszcze wcześniejszy przydymiony różowy, który w raptem cztery dni zamulił się na dnie od żywicy. Nie mógł sobie przypomnieć koloru tego nowego i definitywnie ostatniego bonga, którego teraz będzie używał, ale doszedł do wniosku, że obsesyjne sprawdzanie i konwulsyjne ruchy popsują atmosferę nonszalanckiego spokoju, który koniecznie chciał zachować, czekając - stercząc bez ruchu - na tę kobietę, którą poznał na projektanckiej sesji w ramach małej kampanii prowadzonej przez jego agencję dla nowego festiwalu Wedekinda organizowanego przez jej małą spółkę teatralną, czekając na kobietę, z którą dwukrotnie odbył stosunek seksualny na cześć jej niezobowiązującej obietnicy. Usiłował przypomnieć sobie, czy ta kobieta jest ładna. Na konto swoich ostatnich marihuanowych wakacji zaopatrzył się jeszcze w wazelinę. Kiedy palił marihuanę, miał skłonność do wzmożonej masturbacji, bez względu na to, czy nadarzała się okazja odbycia stosunku, na marihuanie wolał masturbację od stosunku, a dzięki wazelinie wracał do normalnego funkcjonowania niepoobcierany i nieobolały. Wzdragał się przed powstaniem i sprawdzeniem koloru bonga także dlatego, że idąc do kuchni, musiałby przejść tuż obok konsoli telefonicznej, a nie chciał ulec pokusie zadzwonienia do tej kobiety, która obiecała, że przyjdzie, ponieważ czułby się głupio, zawracając jej głowę czymś, co sam przedstawił jako bagatelkę, a bał się, że jeszcze głupiej wyglądać będzie na jej automatycznej sekretarce kilka głuchych telefonów, no i niepokoiło go, że może zająć linię w sytuacji, gdy ona akurat dzwoni, co z pewnością by zrobiła. Zdecydował się zainstalować w audiofonie funkcję Rozmowa Oczekująca za symboliczną opłatę, ale zaraz przypomniał sobie, że przecież po raz ostatni ulega temu, co Randi przez i nazwał nałogiem niemniej niszczycielskim niż czysty alkoholizm, a więc właściwie nie potrzebuje funkcji Rozmowa Oczekująca, ponieważ taka sytuacja jak obecna więcej się nie powtórzy. Ten ciąg myśli doprowadził go niemal do złości. Aby utwierdzić się w opanowaniu, w jakim czekał, siedząc w oświetlonym słońcem fotelu, skupił zmysły na bezpośrednim otoczeniu. Żadnej części obserwowanego wcześniej owada nie było już widać. Tykania jego przenośnego budzika składały się w istocie z trzech krótszych tyknięć, oznaczających domniemane przygotowanie, ruch i zatrzymanie w nowej pozycji. Zaczynał nabierać obrzydzenia do siebie za to, że tak gorliwie czeka na obiecaną dostawę czegoś, co i tak już przestało być fajne. Już nawet nie był pewien, czy jeszcze to lubi. Wysuszało mu jamę ustną i śluzówkę oczu, powodowało zaczerwienienie i uwiąd skóry twarzy, a on nie znosił, kiedy twarz mu więdła, jakby marihuana erodowała całą spójność mięśni twarzowych, i strasznie się wstydził tego, że twarz mu więdnie, i już dawno zabronił sobie palić zioło w obecności innych osób. Już nawet nie wiedział, co go w niej tak pociągało. Nie umiał nawet znaleźć się wśród ludzi w dniu, w którym palił marihuanę, tak bardzo się wstydził. Na dodatek po trawie często miewał bolesne zapalenie opłucnej, jeżeli palił ostro przez dwa dni z rzędu przed ekranem InterLace w swojej sypialni. Jego myśli wystrzeliwały wtedy zygzakowato w dziwnych kierunkach i gapił się zachłannie niczym nierozgarnięte dziecko na kartridżową rozrywkę - bo gromadząc kartridże z filmami na wakacje z marihuaną, wybierał takie, w których dużo rzeczy wybuchało i się zderzało, co taki fachowiec od niemiłych faktów jak Randi uznałby na pewno za źle rokujące. Wygładził krawat pod szyją, mobilizując intelekt, wolę, samowiedzę i przekonanie, i powziął decyzję, że kiedy ta jego ostatnia kobieta wreszcie przyjdzie, bo przyjdzie na pewno, będzie to po prostu pożegnalna orgietka z marihuaną. Wypali po prostu tak dużo w tak krótkim czasie, a wrażenie i wspomnienie tego będzie tak obrzydliwe, że z chwilą, gdy jak najszybciej pozbędzie się tego z domu i z życia, już nigdy więcej nie zachce mu się zapalić. Już on o to zadba, żeby stworzyć sobie w pamięci naprawdę przykry zestaw obmierzłych skojarzeń z substancją. Trawa go przerażała. Budziła w nim lęk. Nie samej trawy się bał, tylko tego, że po jej wypaleniu boi się wszystkiego innego. Dawno już przestała mu przynosić wyzwolenie, ulgę czy przyjemność. Na ten ostatni raz wypali całe 200 gramów - 120 gramów oczyszczonej, bez szypułek - w cztery dni, ponad uncję dziennie, w zwartych, ciężkich, ekonomicznych, pojedynczych dawkach umieszczonych w dziewiczym bongu wysokiej jakości, w niewiarygodnych, szaleńczych dawkach dziennych, potraktuje to jak misję, jak pokutę i terapię behawioralną zarazem, przepali się przez 30 wysokojakościowych gramów dziennie, zaczynając, gdy tylko się obudzi, łyknie wody z lodem, żeby odkleić język od podniebienia, i zażyje lek na nadkwasotę - dochodząc średnio do 200 lub 300 ciężkich buchów dziennie, liczby obłędnej i rozmyślnie niemiłej, i potraktuje to jak misję, żeby palić cięgiem, nawet jeżeli - o ile towar będzie tak dobry, jak zapewniała kobieta - po pięciu buchach nie będzie mu się chciało nabijać z powrotem bonga przez co najmniej godzinę. Zmusi się i nabije. Wypali wszystko, nawet gdyby nie chciał. Nawet gdyby dostał zawrotów głowy i mdłości. Dzięki dyscyplinie, wytrwałości i woli uczyni całe to doświadczenie tak nieprzyjemnym, tak poniżającym, obmierzłym i wstrętnym, że od tej chwili jego model behawioralny ulegnie modyfikacji i on już nigdy nie zechce tego powtórzyć, gdyż wspomnienie czterech dni w amoku będzie zbyt głęboko i brutalnie wypalone w jego pamięci. Wyleczy się przesytem. Przewidywał, że kobieta, kiedy już przyjdzie, będzie chciała wypalić razem z nim coś z tych 200 gramów, posiedzieć, posłuchać jego imponującej kolekcji nagrań Tita Puente i zapewne odbyć stosunek seksualny. Jeszcze nigdy nie uprawiał seksu po marihuanie. Szczerze mówiąc, sam pomysł go odrzucał. Zespolenie wyschłych ust usiłujących się całować, jego wstydliwe myśli zapętlone wokół siebie jak wąż na patyku, kiedy miota się nad nią, stękając chrypliwie, z podpuchniętymi przekrwionymi oczami, z oklapłą, zwiędłą twarzą, której obwisłe fałdy muskają fałdy jej zwiędłej, oklapłej twarzy - twarzy, która miota się po poduszce, poruszając spieczonymi wargami. Odpychająca myśl. Postanowił, że każe jej rzucić z daleka to, co przyniosła, a potem sam rzuci jej z daleka 1250 dolarów w wysokich nominałach, radząc, by uważała, żeby drzwi nie walnęły jej w tyłek, gdy będzie wychodzić. Nie powie "w tyłek", tylko "w dupę". Będzie dla niej tak niegrzeczny i niemiły, że wspomnienie własnego braku elementarnej przyzwoitości i jej ściągniętej, obrażonej miny stanie się dodatkowym czynnikiem zniechęcającym na zawsze, na przyszłość, do ryzyka wykonania telefonu do niej i powtórzenia czynności, do której się właśnie zobowiązał.
Jeszcze nigdy nie czekał w takim napięciu na kobietę, z którą nie chciał się widzieć. Doskonale pamiętał ostatnią laskę, którą wciągnął w próbę odbycia ostatnich wakacji z ziołem przy zaciągniętych zasłonach. Ta ostatnia kobieta była tak zwaną artystką zawłaszczającą, co chyba znaczyło, że kopiuje i upiększa prace innych artystów, po czym sprzedaje je za pośrednictwem prestiżowej galerii na Marlborough Street. Miała własny manifest artystyczny, który zawierał radykalne treści feministyczne. Pozwolił podarować sobie jeden z jej mniejszych obrazów, który zasłonił pół ściany nad jego łóżkiem i przedstawiał sławną aktorkę filmową, której nazwiska nigdy nie mógł sobie przypomnieć, oraz mniej sławnego aktora filmowego, w czułej scenie ze słynnego starego filmu, romantycznej scenie uścisku, skopiowanej z podręcznika historii kina, lecz znacznie powiększonej i usztucznionej, zagryzmolonej jaskrawoczerwonymi literami, układającymi się w obsceniczne wyrazy. Ta ostatnia kobieta była seksowna, lecz nieładna, podczas gdy kobieta, której teraz nie chciał widzieć, ale niecierpliwie na nią czekał, była ładna w spłowiałym, przywiędłym typie Cambridge, czyli ładna, ale nie seksowna. Artystce zawłaszczającej dał do zrozumienia, że był kiedyś uzależniony od spidu, sam pamiętał, że mówił jej o dożylnym uzależnieniu od chlorowodorku metamfetaminy[1], opisał nawet paskudny smak chlorowodorku w ustach narkomana po wstrzyknięciu preparatu, bo starannie zbadał ten temat. Ponadto dał jej do zrozumienia, że marihuana powstrzymuje go przed zażywaniem narkotyku, z którym naprawdę ma problem, więc jeśli z entuzjazmem odpowie na jej propozycję załatwienia marihuany, to tylko dlatego, że heroicznie powstrzymuje się od mroczniejszych, głębszych i bardziej uzależniających ciągotek i potrzebuje jej pomocy. Nie przypominał sobie dokładnie, gdzie i jak dał jej to wszystko do zrozumienia. Z pewnością nie usiadł i nie okłamał jej z kamienną twarzą, raczej stworzył wrażenie, które podsycał, pozwalając mu nabrać własnego życia i mocy. Owad był teraz całkowicie widoczny. Znajdował się na półce, na której stał jego cyfrowy korektor dźwięku. Możliwe, że w istocie nie cofnął się całkowicie w otwór w stelażu półki. To, co wyglądało na jego ponowne pojawienie się, mogło wynikać z nieuwagi obserwatora albo ze światła padającego przez okna bądź też z wizualnego kontekstu otoczenia owada. Stelaż wystawał ze ściany i był trójkątem z matowej stali, z otworami, w które wchodziły półki. Metalowe półki, na których stał sprzęt audio, pomalowane były na ciemną, przemysłową zieleń i przeznaczone pierwotnie na żywność w puszkach. W zamierzeniu projektanta był to dodatkowy regał kuchenny. Owad siedział w ciemnym lśniącym pancerzyku, w znieruchomieniu sugerującym gromadzenie sił, siedział jak karoseria pojazdu, z którego chwilowo wymontowano silnik. Był ciemny, miał lśniący pancerzyk i czułki, które sterczały, ale się nie ruszały. On czuł, że musi skorzystać z łazienki. Jego ostatni kontakt z artystką zawłaszczającą, z którą odbył stosunek płciowy, podczas którego ona rozpylała w powietrzu jakieś perfumy z pojemnika, który trzymała w lewej ręce, leżąc pod nim i wydając szeroki wachlarz dźwięków, i rozpylała te perfumy tak obficie, aż poczuł ich zimną mgiełkę osiadającą mu na plecach i ramionach, co go zmroziło i zraziło, więc ten ostatni kontakt po jego wycofaniu się w ukrycie z marihuaną, którą ona mu załatwiła, miał formę przysłanej przez nią kartki, będącej fotograficznym pastiszem wycieraczki z szorstkiej zielonej plastikowej trawy, z napisem WITAJ i zamieszczonym obok pochlebnym reklamowym zdjęciem artystki zawłaszczającej w jej galerii w Back Bay, a pomiędzy napisem i zdjęciem widniał znak nierówności, czyli znak równości przekreślony ukośną linią, dołem zaś biegł obsceniczny tekst majuskułą, który on odniósł do siebie, tekst dopisany tłustą czerwoną kredką, z licznymi wykrzyknikami. Obraziła się, bo spotykali się codziennie przez dziesięć dni, a kiedy wreszcie zdobyła mu 50 gramów genetycznie udoskonalonej hydroponicznej marihuany, powiedział, że uratowała mu życie i jest jej wdzięczny, i przyjaciele, którym obiecał zdobyć towar, też są jej wdzięczni, ale teraz ona musi sobie iść, bo on jest umówiony i musi się już zbierać, ale na pewno zadzwoni do niej później jeszcze tego dnia, i wymienili mokry pocałunek, a ona powiedziała, że czuje przez marynarkę, jak mu serce bije, i odjechała przerdzewiałym autem bez tłumika, a on poszedł i przeparkował swój samochód do podziemnego garażu kilka przecznic dalej, wrócił biegiem, zaciągnął czyste rolety i zasłony i zmienił tekst na automatycznej sekretarce na wiadomość o nagłym wyjeździe z miasta, i spuścił oraz domknął żaluzje w sypialni, i wyjął z torby od Bogarta swój nowy różowy bong, i nie pokazywał się przez trzy dni, i zignorował ponad dwa tuziny wiadomości głosowych, protokołów i e-notatek wyrażających zaniepokojenie nagłym charakterem jego nagrania na automatycznej sekretarce, i nigdy więcej się z artystką nie skontaktował. Miał nadzieję, że ona uzna, iż znowu uległ chlorowodorkowi metamfetaminy i pragnie jej oszczędzić udręki oglądania jego ponownego staczania się w piekło uzależnienia chemicznego. W istocie natomiast po raz kolejny postanowił, że te 50 gramów nasączonego żywicą zioła, które było tak mocne, że drugiego dnia przyprawiło go o stan lękowy tak paraliżujący, że wysikał się w pamiątkowy ceramiczny wazon z herbem Uniwersytetu Taftsa, żeby uniknąć wychodzenia z sypialni, to będzie jego ostatnia orgia narkotykowa, więc musi odciąć się od wszelkich przyszłych źródeł pokusy i dostawy, co oczywiście obejmowało artystkę zawłaszczającą, która, przypomniał sobie, przyszła z towarem dokładnie o wyznaczonej godzinie. Z ulicy dobiegł go odgłos pojemnika na śmieci opróżnianego do śmieciarki EWD. Wstyd na myśl o tym, że, z drugiej strony, ona może postrzegać jego zachowanie jako obmierzły fallocentryzm, dodatkowo ułatwił mu unikanie jej. A właściwie nie wstyd. Raczej pewien dyskomfort na samą myśl. Musiał dwa razy wyprać pościel, żeby wywabić z niej zapach tamtych perfum. Wszedł do łazienki w celu skorzystania z toalety, pilnując się bardzo, żeby nie spojrzeć ani na owada widocznego na półce po lewej, ani na konsolę telefoniczną ustawioną na lakowej stacji roboczej po prawej. Był zdecydowany nie tknąć ani jednego, ani drugiego. Gdzie się podziała ta kobieta, która obiecała przyjść. Nowy bong w torbie od Bogarta był pomarańczowy, co znaczyło, że mógł błędnie zapamiętać poprzedni bong jako pomarańczowy. Nasycony jesienny oranż rozjaśniał się w oranż cytrusowy po uniesieniu plastikowego cylindra pod późnopopołudniowe światło wpadające przez okno nad kuchennym zlewem. Metalowy trzpień i miseczka wykonane były z szorstkiej nierdzewnej stali, takiej z widocznym ziarnem, nieładnej i czysto funkcjonalnej. Bong miał pół metra wysokości i osadzony był na obciążonej podstawie obciągniętej miękkim sztucznym zamszem. Dziurka odpowietrzacza wycięta byle jak w grubym pomarańczowym plastiku naprzeciwko trzpienia jeżyła się plastikowymi zadrami, które podczas palenia mogły mu pokaleczyć kciuk, ale to postanowił zaliczyć na poczet pokuty, którą odbędzie po przyjściu i wyjściu kobiety. Drzwi do łazienki zostawił otwarte, żeby na pewno usłyszeć telefon albo domofon. W łazience niespodziewanie poczuł ścisk w gardle i rozszlochał się na całego. Trwało to dwie lub trzy sekundy, po których szloch nagle ustał i pomimo prób nie chciał powrócić. Minęły już cztery godziny od niefrasobliwie obiecanej pory odwiedzin kobiety. Gdzie był, kiedy zaczynał czekać, w łazience czy w fotelu przy oknie, w pobliżu telefonu, owada i okna, przez które wpadał równy prostokąt światła? Słońce wpadało przez okno pod kątem coraz bardziej ukośnym. Jego cień stał się równoległobokiem. Światło wpadające przez okno południowo-zachodnie było proste i czerwonawe. Pomyślał, że powinien skorzystać z łazienki, ale nie był w stanie. Spróbował załadować cały stos kartridżów filmowych do stacji dysków i włączyć wielki teleputer w sypialni. W lustrze nad TP widział dzieło sztuki zawłaszczającej. Ściszył fonię do minimum i wycelował pilotem w TP jak jakąś bronią. Siedział na skraju łóżka z łokciami na kolanach i przeglądał plik kartridżów. Każdy kartridż w stacji opadał na komendę i uruchamiał czytnik z kliknięciem i owadzim furkotem, a on go skanował. Erdedy nie mógł jednak skupić się całkowicie na teleputerze, ponieważ przy żadnym filmie nie udało mu się wytrwać dłużej niż kilka sekund. Z chwilą, gdy zorientował się, o co chodzi w filmie, opadało go przemożne, dręczące poczucie, że na innym kartridżu znajdzie coś zabawniejszego, co właśnie w tej chwili potencjalnie traci. Zdawał sobie sprawę, że będzie miał dość czasu na obejrzenie wszystkich filmów, był też intelektualnie świadom bezsensu odczuwania w tej sytuacji paniki z powodu straty. A jednak. Ekran wisiał na ścianie, o połowę większy od dzieła sztuki feministycznej. Erdedy przez jakiś czas przeglądał kartridże. Konsola telefoniczna ożywiła się podczas gorączkowego skanowania. Zerwał się, zanim wybrzmiał pierwszy dzwonek, i rzucił do telefonu, owładnięty ekscytacją czy może ulgą, wciąż z pilotem TP w garści, ale to był tylko zaprzyjaźniony kolega z pracy, więc gdy dobiegł go głos nienależący do kobiety, która obiecała mu przynieść to, co postanowił przez kilka najbliższych dni wyrugować na zawsze ze swojego życia, omal nie zemdliło go z rozczarowania, bo w jego organizmie świeciła teraz i dzwoniła kolosalna dawka wezbranej omyłkowo adrenaliny, więc tak szybko zakończył rozmowę z kolegą, by zwolnić linię dla tamtej kobiety, że miał pewność, iż kolega uznał go albo za obrażonego, albo za zwykłego chama. Dodatkowo wytrąciła go z równowagi myśl, że o tak późnej porze jego automatyczna sekretarka nie recytowała informacji o niedostępności abonenta, którą to informację podałaby, gdyby kolega zadzwonił po wizycie tej kobiety, kiedy on zamknąłby cały system łączący go ze światem; stał więc nad konsolą telefoniczną, usiłując zdecydować, czy ryzyko ponownego telefonu kolegi lub kogoś innego z agencji jest wystarczająco znaczne, by usprawiedliwić zamianę komunikatu automatycznej sekretarki z informacji o jego nagłym wyjeździe po południu na informację o nagłym wyjeździe wieczorem, ale doszedł do wniosku, że skoro kobieta obiecała przyjść, to pozostawienie tekstu w stanie niezmienionym będzie gestem wierności wobec tej obietnicy, a może nawet w jakiś pokrętny sposób obietnicę tę wzmocni. Śmieciarka opróżniała kontenery na całej ulicy. Wrócił na fotel przy oknie. Stacja dysków i wizor TP w sypialni wciąż były włączone i przez skos uchylonych drzwi widział migotanie ekranu o wysokiej rozdzielczości, a na nim kolory podstawowe, przechodzące jeden w drugi w półmroku pokoju, więc przez chwilę zabijał czas próbami wyobrażenia sobie rozrywkowych scen na ekranie niepilnowanego wizora, o których to scenach mogłyby świadczyć zmieniające się kolory i intensywność światła. Fotel stał przodem do pokoju, a nie do okna. Czytanie podczas oczekiwania na marihuanę nie wchodziło w grę. Pomyślał o masturbacji, ale zrezygnował. Nie odrzucił tego pomysłu aż tak raptownie, żeby na niego nie zareagować i nie patrzeć, jak odpływa. Zastanowił się głęboko nad pragnieniami i ideami poddanymi obserwacji wolnej od reakcji, zastanowił się nad impulsami, które więdną, gdy odmówić im ekspresji, i na jakimś poziomie poczuł, że ma to coś wspólnego z nim i jego aktualną okolicznością i że to coś zasłuży niewątpliwie na miano problemu, o ile problemu tego nie rozwiąże ostatnia wyczerpująca orgia, na którą się zdecydował, ale nie zdążył nawet się zastanowić, w jaki sposób obraz przepływających jałowych impulsów odnosi się czy to do niego, czy do owada, który właśnie cofnął się do swojej dziurki w kanciastym stelażu, bo w tym dokładnie momencie telefon i domofon zadzwoniły równocześnie, oba głośno, raptownie i z taką udręką, jakby ktoś je przeciągnął przez bardzo małą dziurkę do wnętrza olbrzymiego balonu kolorowej ciszy, w której on siedział, czekając, i rzucił się najpierw do konsoli telefonicznej, potem do modułu domofonu, potem znów do konsoli, po czym podjął próbę rzucenia się do obu jednocześnie i stanął rozkraczony, z dziko rozpostartymi ramionami, jak coś wyrzuconego, plaśniętego, zagrzebanego między tymi dwoma dźwiękami, bez jednej myśli w głowie.
?1 KWIETNIA - ROK PODPASEK HIGIENICZNYCH TUCKS
- Wiem tylko tyle, że tata kazał mi tu przyjść.
- Wejdź, proszę. Zaraz po lewej zobaczysz krzesło.
- No to jestem.
- Świetnie. Seven-up? Może gazowanej lemoniady?
- Chyba nie, dziękuję. Po prostu jestem, i tyle, i jakby zastanawiam się, po co tata mnie tutaj przysłał. Na pana drzwiach nic nie jest napisane, a u dentysty byłem w zeszłym tygodniu, więc zastanawiam się, po co tu jestem, no właśnie, tyle. Dlatego jeszcze nie siadam.
- Ile ty masz lat, Hal? Czternaście?
- W czerwcu skończę jedenaście. Czy pan jest dentystą? To jakaś konsultacja dentystyczna?
- Jesteś tu, żeby konwersować.
- Konwersować?
- Tak. Wybacz, muszę wprowadzić korektę wieku. Twój ojciec z jakiegoś powodu zapisał cię jako czternastolatka.
- Konwersować, znaczy, z panem?
- Jesteś tu, żeby konwersować ze mną, Hal, tak jest. Chyba jednak muszę suplikować, abyś się napił lemoniady. Te suche, lepkie odgłosy twoich warg świadczą o niedostatku śliny.
- Doktor Zegarelli mówi, że jedną z przyczyn moich ubytków w uzębieniu jest zbyt skąpe wydzielanie śliny.
- Te suche, lepkie, bezślinowe dźwięki potrafią zarżnąć dobrą konwersację.
- Znaczy, że ja jechałem tutaj rowerem pod wiatr tylko po to, żeby z panem pokonwersować? Czy ta konwersacja ma się zacząć moim pytaniem dlaczego?
- Zacznę ja. Zapytam cię, Hal, czy znasz znaczenie słowa "suplikować".
- No to ja już sobie wezmę ten Seven-up, skoro ma pan suplikować.
- Poważnie pytam: czy wiesz, co znaczy czasownik "suplikować", mój paniczu?
- Paniczu?
- Przecież nosisz muchę. Czy nie jest to zaproszenie do formy "paniczu"?
- "Suplikować" to czasownik regularny, nieprzechodni: prosić pokornie, żebrać, zaklinać, upraszać, apelować. Synonim bliższy: błagać. Synonim dalszy: nalegać. Etymologia niemieszana: od łacińskiego supplico: na klęczkach, pokornie prosić, błagać. Supplex znaczy gnący kolana, klęczący.
- Boże święty, nie przesadziła nic a nic.
- Biją mnie czasem w Akademii za takie rzeczy. Czy to ma związek z moim znalezieniem się tutaj? To, że figuruję w rankingu kontynentalnym jako tenisista kategorii juniorów, który potrafi cytować na wyrywki, literalnie, duże fragmenty słownika i bywa bity, i nosi muchę? Pan jest specjalistą od uzdolnionych dzieci? Czy to znaczy, że uważają mnie za uzdolnionego?
SPFFFT.
- Proszę cię bardzo. Wypij to.
- Dziękuję. GULPGULPGULP... Uch. Aa.
- Ale ci się chciało pić.
- Więc jeśli usiądę, to mi pan powie?
- ...zawodowy konwersant zna przecież swoje błony śluzowe.
- Chyba będę musiał beknąć za momencik po tym napoju. Uprzedzam pana zawczasu.
- Hal, znalazłeś się tutaj, ponieważ ja jestem zawodowym konwersantem, a twój ojciec zapisał cię do mnie na konwersacje.
- BURP. Przepraszam.
Puk puk puk puk.
- GULPGULPAAA.
Puk puk puk puk.
- Jest pan zawodowym konwersantem?
- Owszem, tak, zdaje się, że to właśnie powiedziałem: zawodowym konwersantem.
- Proszę nie patrzeć na zegarek, jakbym zabierał panu cenny czas. Skoro Jegomość mnie zapisał i zapłacił, to chyba ten czas jest mój, zgadza się? A nie pański. Ale co to właściwie znaczy "zawodowy konwersant"? Czy to po prostu ktoś, kto intensywnie konwersuje? Pan pobiera opłatę za intensywne konwersowanie?
- Konwersant, jak się zapewne domyślasz, to także ktoś, kto wyróżnia się w sztuce konwersacji.
- Takie znaczenie podaje Webster w wydaniu siódmym, ale nie Oxford.
Puk puk.
- Ja jestem specjalistą od Słownika Oksfordzkiego Języka Angielskiego, panie doktorze. Jeżeli jest pan doktorem. Jest pan? Ma pan doktorat? Większość ludzi z kwalifikacjami wywiesza dyplomy. A Webster wydanie siódme nie jest nawet zaktualizowany. Webster w wydaniu ósmym podaje poprawioną definicję: "konwersujący z wielkim entuzjazmem".
- Jeszcze jeden Seven-up?
- Czy Jegomość nadal tkwi w halucynacji, że ja się nigdy nie odzywam? Czy dlatego nakłonił Mamuś, żeby mnie tu przysłała rowerem? Jegomość to mój tata. Nazywamy go Jegomościem. Właśnie tak. Na matkę mówimy Mamuś. Mój brat to wymyślił. Mniemam, że to nic niezwykłego. Mniemam, że większość mniej więcej normalnych rodzin zwraca się do siebie, używając nazw zwierząt, zdrobnień i pseudonimów. Proszę nawet nie myśleć o pytaniu mnie o mój rodzinny przydomek.
Puk puk puk.
- Ale mówiliśmy o tym, że Jegomość miewa ostatnio halucynacje, o czym powinien pan wiedzieć. Zastanawiam się, dlaczego Mamuś pozwoliła mu wysłać mnie rowerem pod górę, pod wiatr, skoro o trzeciej mam ważny mecz. Czy tylko po to, żebym sobie pokonwersował z entuzjastą bez tabliczki na drzwiach i dyplomów na widoku?
- Ośmielam się mniemać, że miało to tyleż wspólnego ze mną, co z tobą. Że poprzedziła mnie moja reputacja.
- Czy to zazwyczaj nie jest stwierdzenie pejoratywne?
- Strasznie fajnie się ze mną rozmawia. Jestem wytrawnym profesjonalistą. Ludzie wychodzą z mojego gabinetu w uniesieniu. Jesteś tutaj. Jest pora konwersacji. Może podyskutujemy o bizantyjskiej sztuce erotycznej?
- Skąd pan wie, że interesuję się bizantyjską sztuką erotyczną?
- Widzę, że uparcie bierzesz mnie za kogoś, kto po prostu wywiesza sobie tabliczkę "konwersant", i to podejrzaną, przyczepioną gumą do żucia i sznurkiem. Sądzisz, że ja nie mam personelu? Sztabu badaczy na jedno skinienie? Sądzisz, że nie sięgamy dogłębnie w psychikę osób, z którymi umawiamy się na konwersacje? Nie sądzisz, że nasza w pełni akredytowana spółka z o.o. ma swój interes w pozyskiwaniu danych na temat tego, co motywuje i stymuluje naszych konwersantów?
- Znam tylko jedną osobę, która użyłaby słowa "dogłębnie" w niezobowiązującej rozmowie.
- Zawodowy konwersant i jego personel nie prowadzą niezobowiązujących rozmów. My drążymy. My wydobywamy, i to niemało. Mój paniczu.
- Okej. Okres aleksandryjski czy konstantyński?
- Sądzisz, że nie zbadaliśmy wnikliwie twoich powiązań z całym nurtem kryzysu wewnętrznego w południowym Quebecu?
- Co za kryzys wewnętrzny w południowym Quebecu? Myślałem, że chce pan konwersować o pikantnych mozaikach.
- To jest ekskluzywna dzielnica ważnej północnoamerykańskiej metropolii, Hal. Tu panują ekskluzywne standardy, naprawdę wysokie. Zawodowy konwersant drąży dogłębnie. Czyżbyś choć przez chwilę pomyślał, że zawodowy akuszer fachu konwersacji poniecha wysondowania na długość dzioba szemranych powiązań twojej rodziny z członkiem Pankanadyjskiego Ruchu Oporu, sławetnym Monsieur DuPlessisem i jego szatańską, choć podobno zniewalającą sekretarkowykonawczynią Lurią P.?
- Przepraszam, pan się dobrze czuje?
- Czy ty?
- Ja mam dziesięć lat, do jasnej anielki. Może się panu pomyliły rubryki w kalendarzu przyjęć? Jestem potencjalnie zdolnym dziesięcioletnim tenisistą i geniuszem słownikowym, którego mama trzęsie akademickim światem gramatyki normatywnej, a tata jest szychą w kręgach awangardy filmowej i w pojedynkę założył Enfieldzką Akademię Tenisową, ale pija wild turkey o piątej nad ranem i przewraca się na porannych treningach na kortach; to w niektóre dni, a w inne ulega złudzeniu, że ludzie poruszają ustami, ale nic się z tych ust nie wydobywa. Ja nie doszedłem jeszcze nawet do J w skróconym wydaniu SOJA, więc gdzie mi tam do Quebecu i szatańskich Luriów.
- ...fakt, że zdjęcia wyżej wspomnianych... powiązania, które przeciekły do "Der Spiegel", powodując kuriozalną śmierć paparazzo z Ottawy i redaktora działu zagranicznego z Bawarii, zmarłych odpowiednio na skutek przebicia podbrzusza alpensztokiem i udławienia się cebulką koktajlową.
- Dopiero co skończyłem jew's-ear. Jestem na samym początku jew's-harp i ogólnej teorii lir w tradycji oralnej. Nawet jeszcze nigdy nie jeździłem na nartach.
- Że też miałeś czelność wyobrażać sobie, iż nie nawiążemy w naszych konwersacjach do cotygodniowych, nazwijmy to... igraszek twojej matki z pewnym niewymienionym z nazwiska biseksualnym puzonistą z taktycznej orkiestry dętej Tajnej Gwardii stanu Alberta.
- Hej, czy ja dobrze widzę, że tam jest wyjście?
- ...że twoja beztroska ślepota na igraszki ukochanej gramatycznej matki nie z jednym czy dwoma, ale z przeszło trzydziestoma bliskowschodnimi attaché medycznymi...
- Czy będzie nietaktem, jeśli powiem panu, że ma pan przekrzywione wąsy?
- ...że wprowadziła ezoterycznie mnemoniczne sterydy, stereochemicznie nieodmienne od aplikowanych podskórnie codziennych zastrzyków twojego ojca z "megawitaminowego" suplementu, pozyskiwanego z pewnego związku organicznego pobudzającego regenerację testosteronu, a wydestylowanego przez szamanów Jivaro z południowo-centralnego basenu LA, do twojej niewinnie wyglądającej miski płatków śniadaniowych Rolston...
- W gruncie rzeczy posunę się dalej i powiem panu, że cała pańska twarz tak jakby osiada, może pan sprawdzić. Nosem celuje pan w kolana.
- Że twoje, cytuję, "darmowe" szerokokadłubowe rakiety tenisowe Dunlopa o supertajnym składzie, obejmującym wzmocnioną wysokomodułowym grafitem żywicę polibutylenu poliwęglanu, są organochemicznie identyczne, powtarzam identyczne, z żyroskopowym czujnikiem równowagi i z kartą przyswajania scenografii, i z kartridżem priapicznej rozrywki, wszczepionymi w anaplastyczne kresomózgowie twojego dominującego ojca po okrutnej serii zabiegów detoksykacji, wygładzania zwojów mózgowych, gastrektomii, prostatektomii, pankreaktomii i falluktomii...
Puk puk. GULPSPAAACH.
- ...mogło ujść połączonej uwadze badawczej...?
- I uświadamiam sobie, że na pewno już gdzieś widziałem tę trykotową kamizelkę w romby. To odświętna trykotowa kamizelka Jegomościa, którą Jegomość przywdziewa tylko do uroczystego obiadu w Święto Niepodległości i której dla zasady nigdy nie oddaje do prania. Znam te plamy. Byłem przy powstawaniu tego, o tutaj, zacieku z cielęciny w marsali. Czy całe to spotkanie to jakaś gra skojarzeniowa? To prima aprilis, tato, czy mam dzwonić po Mamuś i C.T.?
- ...kto domaga się tylko codziennego dowodu na to, że ty mówisz? Że rozpoznajesz czasem świat poza mięsistym czubkiem własnego słusznych rozmiarów mondragońskiego nosa?
- Wynająłeś w tym celu całe biuro i twarz, a zapomniałeś o starej trykotowej kamizelce? A w ogóle to jak dostałeś się tutaj przede mną, skoro mercury stoi w warsztacie po twoim... Podpuściłeś C.T., żeby dał ci kluczyki do służbowego samochodu?
- Kto modlił się o dzień, w którym jego nieboszczyk ojciec usiądzie, odkaszlnie i rozłoży cholerny nowy numer "Obywatela Tucson", czyniąc z tej gazety piątą ścianę pokoju? I kto po tej całej głośnej hecy postawił, jak widać, na dawne milczenie?
- ...
- Kto spędził całe swoje krzepkie, lepkie, zakichane życie w pięciościennych pokojach?
- Tato, ja za dwanaście minut gram regulaminowy mecz z Schachtem, z wiatrem czy pod wiatr. Równo o piątej przed Brighton Best Savings będzie na mnie czekał ekspert od lir oralnych w charakterystycznym krawacie. Za to spotkanie będę mu musiał przez miesiąc kosić trawnik. Nie mogę sobie ot tak siedzieć i patrzeć, jak pan, który uważa mnie za niemowę, celuje sztucznym nosem w podłogę. Słyszysz, że mówię, tato? Mówi się. Pije się lemoniadę, definiuje się słowo "suplikować" i konwersuje się z tobą.
- Modlisz się o jedną jedyną rozmowę, która nie zakończyłaby się zgrozą? Która nie zakończyłaby się jak wszystkie inne: ty się gapisz w jeden punkt, ja przełykam ślinę?
- ...
- Synu?
- ...
- Synu?
?9 MAJA - ROK PIELUCHOMAJTEK DEPEND DLA DOROSŁYCH
Innym przejawem wpływu ojców na synów jest to, że z chwilą, gdy synowie przejdą mutację, zaczynają odbierać telefon z frazeologią i intonacją ojców. Dzieje się to bez względu na to, czy ojcowie jeszcze żyją.
Ponieważ Hal wychodził z internatu przed 6:00 na poranne treningi i często wracał tam dopiero po kolacji, spakowanie na cały dzień tornistra, plecaka i torby ze sprzętem sportowym, wraz z wybraniem rakiet z najlepszym naciągiem, zabierało mu sporo czasu. Zwłaszcza że zazwyczaj gromadził, pakował i wybierał po ciemku, i to chyłkiem, bo jego brat Mario zwykle spał jeszcze w drugim łóżku. Mario nie trenował, nie umiał grać i musiał się jak najwięcej wysypiać.
Hal trzymał otwartą torbę na sprzęt i przytykał do nosa kolejne pary spodni dresowych, usiłując wybrać po zapachu najczyściejsze, kiedy zadzwonił telefon. Mario rzucił się i usiadł na łóżku: mała zgarbiona figurka z dużą głową na tle szarego światła od okna. Hal dopadł konsoli za drugim dzwonkiem, a za trzecim wyciągnął antenę przezroczystego telefonu.
Odebrał, mamrocząc coś, co zabrzmiało jak "Mmmallooo".
- Chcę ci powiedzieć - przemówił głos na linii. - Głowa mi pęka od rzeczy do powiedzenia.
Hal trzymał trzy pary spodni dresowych z logo EAT w tej samej ręce, w której trzymał telefon. Ujrzał, jak jego starszy brat ulega sile ciążenia i opada bezwładnie na poduszki. Mario często zrywał się do siadu i opadał z powrotem na śpiąco.
- Nie szkodzi - rzekł cicho Hal. - Mógłbym czekać w nieskończoność.
- Tak ci się tylko zdaje - powiedział głos. Połączenie zostało przerwane. To był Orin.
- Hej, Hal?
Światło w pokoju było upiornie szare, rodzaj nieświatła. Hal usłyszał śmiech Brandta z drugiego końca korytarza. Brandt śmiał się z czegoś, co powiedział Kenkle, i rozległ się brzęk ich dozorcowskich wiader. Osobą, która dzwoniła, był O.
- Hej, Hal?
Mario się obudził. Trzeba było czterech poduszek dla podtrzymania przerośniętej czaszki Maria. Jego głos dobywał się ze skotłowanej pościeli.
- Na dworze wciąż ciemno czy to mi się zdaje?
- Śpij jeszcze. Nie ma nawet szóstej.
Hal wsadził w nogawkę spodni dresowych najpierw zdrową nogę.
- Kto dzwonił?
Wsuwając trzy kompozytowe rakiety Dunlop bez pokrowców do torby sportowej i zasuwając zamek tylko częściowo, żeby zostawić miejsce na wystające uchwyty, znosząc wszystkie trzy torby pod konsolę, żeby wyłączyć dzwonek telefonu, Hal odpowiedział:
- Nie znasz. Nie sądzę.
?ROK PIELUCHOMAJTEK DEPEND DLA DOROSŁYCH
Chociaż jest tylko na wpół etnicznym Arabem, a z urodzenia i miejsca zamieszkania Kanadyjczykiem, attaché medyczny pozostaje znów pod saudyjskim immunitetem dyplomatycznym, tym razem jako specjalny konsultant laryngologiczny osobistego lekarza księcia Q-, saudyjskiego ministra ds. domowej rozrywki, przysłanego tu, na północny wschód USA, z misją dobicia kolejnego gigantycznego targu z InterLace TelEntertainment. Jutro, tj. w czwartek 2 kwietnia Północnoamerykańskiego Roku Księżycowego Pieluchomajtek Depend dla Dorosłych, attaché medyczny kończy trzydzieści siedem lat. Legat uważa, że sponsorowanie północnoamerykańskiego kalendarza do celów promocyjnych jest komicznie wulgarne. Nie mówiąc o przykuwającym wzrok obrazie najsłynniejszego i najbardziej zadowolonego z siebie bałwana Zachodu, kolosalnej Statui Libertynizmu, ubranej w gigantyczną pieluchę dla dorosłych. Obraz ten, komicznie stosowny do sytuacji kraju, spopularyzowały serwisy fotoreporterskie wielu międzynarodowych pism.
Normalnie attaché dzieli praktykę lekarską między Montreal a Rub al-Chali, jest to jego pierwszy powrót na amerykańską ziemię, odkąd osiem lat temu zakończył rezydencję. Jego tutejsze obowiązki polegają na migrowaniu z księciem i jego świtą pomiędzy dwoma filarami rzemiosła i propagandy InterLace - ośrodkiem w Phoenix, Arizona, USA, i ośrodkiem w Bostonie, Massachusetts, USA - w charakterze asystenta laryngologa przy osobistym lekarzu księcia Q-. Specjalnością attaché medycznego są twarzowo-szczękowe konsekwencje nierównowagi w florze jelitowej. Książę Q- (jak każdy, kto odmawiałby jedzenia czegokolwiek poza czekoladą Toblerone) chronicznie cierpi na Candida albicans, z uboczną skłonnością do grzybiczego zapalenia zatok oraz do pleśniawek, których drożdżakowe wypryski i blokady zatokowe wymagają niemal codziennego osuszania w zimnym i wilgotnym klimacie wczesnowiosennego Bostonu, USA. Będąc prawdziwym artystą w swoim fachu, obdarzonym niezrównaną zręcznością w operowaniu wacikiem i strzykawką, attaché medyczny słynie wśród kurczących się wyższych sfer narodów petroarabskich jako DeBakey drożdżaków twarzowo-szczękowych, a jego powalający cennik opłat uchodzi za jak najbardziej ad valorem.
Zwłaszcza saudyjskie opłaty za konsultacje przekraczają z lekka granice przyzwoitości, ale na tym wyjeździe obowiązki attaché medycznego są psychicznie wyczerpujące i swoiście obrzydliwe, toteż gdy pod koniec dnia attaché wraca do przepysznych apartamentów, które kazał żonie wynająć w dzielnicach odległych od zwyczajowych rezydencji legacji w Back Bay i Scottsdale, musi się zrelaksować w najgorszy możliwy sposób. Jako ponadprzeciętnie gorliwy wyznawca sufizmu, propagowanego za jego lat dziecinnych przez Pir Valayata, attaché medyczny nie sięga ani po kif, ani po trunki destylowane, musi więc relaksować się bez wspomagania chemicznego. Kiedy wraca do domu po wieczornych modlitwach, lubi popatrzeć na pikantny i stuprocentowo shari-a-halal obiad, koniecznie gorący, ładnie skomponowany i parujący przyjemnie na tacy, lubi, żeby jego śliniak był wyprasowany i ułożony w gotowości obok tacy, i lubi, żeby teleputer w salonie był podłączony i rozgrzany, a przeznaczone na wieczór kartridże z rozrywką już wybrane i ułożone równiutko w stacji, a więc gotowe do zdalnego przełożenia na czytnik wizora. Attaché medyczny półleży przed ekranem na specjalnym elektronicznym szezlongu, a jego zawoalowana na czarno etnicznie arabska żona obsługuje go bez słowa, rozluźnia krępujące elementy garderoby, reguluje oświetlenie pokoju, zakłada mężowi przez głowę zawile wyprofilowaną tacę, tak aby opierała się na jego ramionach i wystawała w przestrzeń tuż pod brodą, dzięki czemu będzie mógł się raczyć gorącym obiadem bez konieczności odrywania oczu od lecącej akurat rozrywki. Attaché medyczny ma wąską hiszpańską bródkę, o którą również dba jego żona, oczyszczając ją z resztek jedzenia. Attaché medyczny siedzi i ogląda, i je, i ogląda, relaksując się stopniowo w sposób widoczny, aż kąty jego ciała na oparciu szezlonga i głowy na karku wskazują na to, że zapadł w sen, a wówczas specjalny elektroniczny szezlong można rozłożyć do pozycji horyzontalnej: z podłużnych szczelin w bokach urządzenia wyłoni się wówczas jedwabno-analogowa pościel i, o ile żona nie jest nieuważna i nie posługuje się niezdarnie ręcznymi pilotami szezlonga, attaché medyczny przeniesie się bez wysiłku ze stanu zrelaksowanego oglądania w stan całkowicie zrelaksowanego nocnego snu, nie opuszczając horyzontalnego szezlonga, a teleputer przełączy się na cichy poszum morskich fal i drobnego deszczyku kapiącego na szerokie zielone liście.
Wyjątkiem są środowe wieczory, kiedy w Bostonie małżonce wolno uczestniczyć w wieczorkach tenisowych Postępowej Ligi Kobiet Arabskich, wraz z innymi żonami i partnerkami dyplomatów, w luksusowym klubie Mount Auburn w West Watertown, więc w te wieczory żona nie obsługuje go bez słowa, gdyż środa jest w USA dniem powszednim, w którym na półki sklepów z importowanymi słodyczami na Newbury Street w Bostonie, Massachusetts, USA, trafia świeży transport czekolady Toblerone i niezdolność saudyjskiego ministra ds. domowej rozrywki do powściągnięcia apetytu na środowego Toblerone'a sprawia, że wymaga on często osobistej opieki attaché medycznego na wynajętym ze zniżką czternastym piętrze hotelu Back Bay Hilton, gdzie attaché medyczny żongluje wacikami i szpatułkami, nystatyną i ibuprofenem, środkami ściągającymi i balsamami antybiotykowymi na afty, rehabilitując błony śluzowe dyspeptycznego, zdesperowanego i częstokroć (acz nie zawsze) skruszonego i pełnego wdzięczności saudyjskiego księcia Q-. Tak więc 1 kwietnia RPDD, kiedy attaché medyczny okazuje się (podobno) nie dość zręczny w dotykaniu pałeczką higieniczną owrzodzonej martwicy zatokowej i dokładnie o godzinie 18:00 pada ofiarą gorączkowego ataku ze strony niezrównoważonego bakteryjnie ministra ds. domowej rozrywki, i za sprawą jednego gromkiego fiat zostaje zastąpiony przy książęcym wezgłowiu przez osobistego lekarza księcia, wezwanego biperem z sauny Hiltona, i kiedy mokry lekarz osobisty poklepuje attaché medycznego po ramieniu, mówiąc mu, żeby się nie przejmował awanturą, bo to tylko odezwała się drożdżyca, więc niech lepiej jedzie do domu, rozluźni się i chociaż raz użyje zasłużonego środowego wieczoru o przyzwoitej godzinie, attaché postępuje za jego radą, lecz kiedy dociera do domu około 18:40, zastaje swoje przestrzenne apartamenty puste, światło w salonie nieprzygaszone, obiad niepodgrzany, tacę w zmywarce, a co najgorsze, stwierdza brak kartridżów z rozrywką z outletu InterLace na Boylston Street, gdzie żona attaché medycznego, podobnie jak wszystkie zakwefione żony i partnerki książęcych legatów, ma bezpłatne konto. A nawet gdyby attaché medyczny nie był zbyt zmęczony i spięty, żeby zapuścić się z powrotem w wilgotną miejską noc i pojechać po kartridże, to przecież żona, jak co środa, wzięła samochód z dyplomatycznymi tablicami rejestracyjnymi, bez którego żaden myślący obcokrajowiec nie śmie wałęsać się nocą po Bostonie, Massachusetts, USA.
Opcje relaksacyjne attaché medycznego zostają w ten sposób drastycznie ograniczone. Wykwintny teleputer w salonie odbiera wprawdzie spontaniczne transmisje z Subskrypcyjnej Matrycy Impulsów InterLace, lecz procedura zamawiania konkretnych spontanicznych impulsów jest tak zawiła technicznie i kryptograficznie, że attaché zadanie to powierzał zawsze żonie. Tego środowego wieczoru, wypróbowując przyciski i skróty niemal na chybił trafił, attaché łapie tylko amerykańskie sporty zawodowe na żywo - które zawsze uważał za brutalne i wstrętne - Texaco Oil Company - serial sponsorowany - naoglądał się już dzisiaj ludzkich języczków podniebiennych, wielkie dzięki - wznowienie odcinka popularnego popołudniowego programu InterLace dla dzieci Pan Hopsasa - który bierze zrazu za dokument o zaburzeniach dwubiegunowych, a połapawszy się, pospiesznie zmienia kciukiem przycisk na pilocie - oraz wznowienie wczesnoporannej sesji aerobiku domowego Fit Forever prowadzonej przez aerobikową guru InterLace, panią Tawni Kondu, skąpo odziane i giętkie wcielenie nieskromności, które grozi pobożnemu attaché medycznemu nieskromnymi myślami.
Jedyne kartridże rozrywkowe w całym mieszkaniu - co stwierdza attaché po frenetycznych poszukiwaniach - to te, które przyszły środową pocztą z USA, położone na kredensie w salonie, razem z prywatnymi i służbowymi faksami i listami, których attaché medyczny nie zamierza czytać, dopóki nie przejrzy ich wcześniej jego żona, która wie, co go może zaciekawić. Kredens stoi pod ścianą naprzeciwko elektronicznego szezlonga, nad którym wisi doskonały tryptyk bizantyjskiej sztuki erotycznej. Bąbelkowe koperty z kartridżami, wyróżniające się prostokątnym wybrzuszeniem, pomieszane są byle jak z mniej rozrywkową pocztą. Szukając czegoś relaksującego, attaché medyczny rozrywa kolejne bąbelkowe koperty wzdłuż perforacji. Znajduje film Służb Specjalistycznych O.N.A.N.M.A o antybiotykach z grupy aktynomycyn i zespole jelita drażliwego. Także czterdziestominutowy skrót programu CBC/Pathe North American News z 1 kwietnia Roku Pieluchomajtek Depend dla Dorosłych, dostępnego codziennie na autosubskrypcję żony i bądź to transmitowanego na TP przez nierejestrowany impuls InterLace, bądź też przysyłanego ekspresem na jednorazowej samoczyszczącej się płycie ROM. Jest także arabska wersja kwietniowego numeru pisma "Self" dla żony attaché, z modelką na okładce "Nass" cnotliwie spowitą w suknię i woal. Jest też pospolicie brązowe i irytująco niezatytułowane pudełko po kartridżach, w neutralnie białym bąbelkowym opakowaniu służącym do spedycji kartridżów standardową trzydniową przesyłką USA First Class. Bąbelkowe opakowanie nosi stempel poczty lotniczej podmiejskiej okolicy Phoenix, Arizona, USA, a na pudełku zwrotnym widnieje tylko napis WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO Z OKAZJI ROCZNICY, z prymitywnie nakreśloną długopisem małą uśmiechniętą buźką zamiast adresu zwrotnego czy logo nadawcy. Chociaż urodził się i mieszka w Quebecu, gdzie językiem dominującego dyskursu nie jest angielski, attaché medyczny wie doskonale, że angielskie słowo "rocznica" nie oznacza tego samego co "urodziny". Ponadto attaché medyczny i jego zakwefiona żona złączeni zostali w oczach Boga i Proroka nie w kwietniu, lecz w październiku, cztery lata wcześniej, w Rub al-Chali. Zamieszanie z bąbelkowym opakowaniem potęguje fakt, że każda przesyłka pochodząca z legacji księcia Q- w Phoenix, Arizona, USA, nosiłaby stempel poczty dyplomatycznej, a nie rutynowy stempel pocztowy ONAN. Summa summarum attaché medyczny czuje się boleśnie dotknięty i niedoceniony i gotów jest z góry zirytować się zawartością przesyłki, którą stanowi standardowy czarny kartridż z rozrywką, tyle że bez naklejki i kolorowej, informacyjnej bądź zachęcającej okładki, zamiast której, w miejscu kodu nagrania i czasu trwania filmu, widnieje tylko jeszcze jedna typowo amerykańska buźka z niemrawym uśmiechem. Attaché medyczny jest skonsternowany tajemniczym opakowaniem, pudełkiem i nieopisanym filmem i wstępnie poirytowany tym, że tyle czasu musiał spędzić na stojąco przy kredensie, sprawdzając pocztę, co nie jest jego zadaniem. Jedynym powodem, dla którego nie wyrzuca do kosza nieopisanego kartridża ani nie odkłada go na bok dla żony, aby obejrzała film i oceniła jego przydatność, jest żałośnie skromny wybór rozrywek na irytujących, zamerykanizowanych wieczorkach ligi tenisowej, na które żona uczęszcza daleko od domu. Attaché zatem osobiście włączy anonimowy kartridż i zeskanuje akurat tyle z jego treści, aby móc zdecydować, czy jest to film irytujący, czy banalny, nieśmieszny i kompletnie niewciągający. Podgrzeje w mikrofalówce gotową jagnięcinę halal z pikantnym halal garnirem do najwyższej temperatury, zakomponuje atrakcyjnie potrawę na tacy, obejrzy kilka pierwszych scen zagadkowego i/lub irytującego, a może tajemniczo pustego kartridża z rozrywką, po czym zrelaksuje się przy skrócie wiadomości, a następnie może rzuci niepożądliwym okiem na zamieszczone w "Nass" zdjęcia wiosennej kolekcji nieseksownej czarnej odzieży dla pobożnych kobiet, na sam koniec zaś włączy monotonną kasetę z szumem fal i deszczu i uda się na zasłużony wczesny środowy spoczynek z nadzieją, że żona nie wróci z klubu tenisowego w przepoconym sięgającym do kostek czarnym kostiumie tenisowym i nie zdejmie mu tacy obiadowej z uśpionej szyi tak nieostrożnie lub bezdusznie, że potencjalnie go obudzi.
Kiedy zasiada z tacą i kartridżem, na cyfrowym wyświetlaczu wizora jest godzina 19:27.
ROK MYDEŁKA DOVE W ROZMIARZE PRÓBNYM
Wardine marudzi, że matka źle się z nią obchodzi. Reginald przylazł na podwórko pod mój blok, gdzie skakałam przez podwójną skakankę z Dolores Epps, i mówi do mnie, Clenette, Wardine jest u mnie na chacie i marudzi, że matka źle się z nią obchodzi. No to idę z Reginaldem do jego bloku, a tam Wardine siedzi w szafie u Reginalda i ryczy. No to Reginald wziął i wyciągnął Wardine z szafy i sam już ryczy, a ja razem z nim i rozmazuję smarki po całej twarzy Wardine, a Reginald bardzo ostrożnie ściąga z niej wszystkie koszule, które Wardine ma na sobie, i mówi do Wardine, żeby mi pokazała. Plecy Wardine są całe zbite i pocięte. Ma takie wielkie pręgi po całych plecach, różowe, a skóra przy nich taka sama jak na ustach. Bebechy mi się wywracają, jak na to patrzę. A Wardine ryczy. Reginald mówi, że Wardine mówi, że matka źle się z nią obchodzi. Mówi, że matka zlała ją wieszakiem na ubrania. Mówi, że facet matki Wardine, Roy Tony, chce się przespać z Wardine. Daje jej cukierki i klepie ją po tyłku. Zagradza jej drogę i nie przepuści bez macania. Reginald mówi, że Wardine mówi, że w te noce, kiedy jej matka jest w pracy, Roy Tony przyłazi i staje przy materacu, na którym Wardine śpi z Williamem, Shantell i małym Royem, i stoi tak po ciemku, gada do niej coś po cichu i dyszy. Matka Wardine mówi, że to Wardine kusi Roya Tony'ego do Grzechu. Wardine mówi, że jej matka mówi, że ona swoim młodym, jędrnym ciałem sprowadza Roya Tony'ego na drogę Zła i Grzechu. I leje Wardine po plecach wieszakami wyciągniętymi z szafy. Moja Mamuś mówi, że matka Wardine ma nie po kolei w głowie. Moja Mamuś boi się Roya Tony'ego. Wardine ryczy. Reginald pada na kolana i błaga Wardine, żeby opowiedziała jego matce, jak jej matka się z nią obchodzi. Reginald mówi, że kocha swoją Wardine. Mówi, że kocha, ale jakoś nie umiał dotąd zrozumieć, czemu Wardine nie chce z nim spać jak dziewczyna z facetem. Mówi, że Wardine nigdy mu nawet nie pozwoliła rozebrać się z koszul, żeby mógł zobaczyć, jak matka Wardine ją leje za Roya Tony'ego. Dopiero dzisiaj, jak przyszła z płaczem do Reginalda na chatę, pozwoliła, żeby Reginald pozdejmował z niej koszule i zobaczył, jak jej matka ją leje za Roya Tony'ego. Reginald kocha swoją Wardine. Wardine mało nie zdechnie ze strachu. Na błagania Reginalda odpowiada nie. Mówi, że jakby poszła do mamy Reginalda, to mama Reginalda poszłaby do jej matki, a wtedy matka Wardine by sobie pomyślała, że Wardine sypia z Reginaldem. Wardine mówi, że jej matka mówi, że jakby Wardine ten tego z facetem, zanim skończy szesnaście lat, to zatłukłaby Wardine na śmierć. Reginald mówi, że nigdy nie dopuści, żeby to się stało Wardine.
Roy Tony zabił brata Dolores Epps, Columbusa Eppsa, na osiedlu Brighton Projects cztery lata wstecz. Roy Tony jest na zwolnieniu warunkowym. Wardine mówiła, że jej pokazał takie coś na kostce, co wysyła sygnały radiowe do kuratora sądowego, że Roy Tony cały czas jest w Brighton. Royowi Tony'emu nie wolno opuszczać Brighton. A brat Roya Tony'ego to jest ojciec Wardine. On gdzieś przepadł. Reginald próbuje uspokoić Wardine, ale nie daje rady powstrzymać Wardine od płaczu. Wardine wygląda jak szajbnięta, tak się boi. Mówi, że się zabije, jak ja albo Reginald wygadamy naszym matkom. Clenette, mówi do mnie, ty jesteś jak moja siostra, ja cię błagam, nie mów swojej Mamuś o mojej matce i Royu Tonym. Reginald mówi Wardine, żeby się uciszyła i spokojnie poleżała. Wziął z kuchni margarynę Shedd Spread i smaruje rany na plecach Wardine. Bardzo ostrożnie przesuwa tłustym palcem po tych różowych pręgach od lania wieszakiem na ubrania. Wardine mówi, że od wiosny nie ma czucia w plecach. Leży na brzuchu na podłodze u Reginalda i mówi, że nie ma czucia w skórze na plecach. Kiedy Reginald wychodzi po wodę, Wardine mnie prosi, żebym jej powiedziała prawdę: jak bardzo źle wyglądają jej plecy, które ogląda Reginald. Czy jeszcze jest ładna, płacze.
Nie powiem matce o Wardine i Reginaldzie ani o matce Wardine i Royu Tonym. Moja Mamuś boi się Roya Tony'ego. Bo to przez moją Mamuś Roy Tony zabił Columbusa Eppsa cztery lata wstecz na osiedlu Brighton Projects, z miłości.
Ale wiem, że Reginald wygada. Reginald mówi, że prędzej umrze, niż matka Wardine znowu ją zleje. Mówi, że pójdzie do Roya Tony'ego i mu powie, żeby się odwalił od Wardine i nie dyszał po nocach nad jej materacem. Mówi, że pójdzie na plac zabaw w Brighton Projects, gdzie Roy Tony robi interesy, i pogada z Royem Tonym jak mężczyzna z mężczyzną, i załatwi sprawę.
Ale mnie się zdaje, że Roy Tony zabije Reginalda, jak Reginald do niego pójdzie. Mnie się zdaje, że jak Roy Tony zabije Reginalda, to matka Wardine zatłucze Wardine na śmierć wieszakiem na ubrania. I nikt nie będzie znał prawdy oprócz mnie. A ja będę miała dziecko.
W ósmym roku amerykańskiego systemu kształcenia Bruce Green zakochał się na zabój w koleżance z klasy, która nazywała się całkiem od czapy Mildred Bonk. Nazywała się od czapy, bo jeżeli istniała kiedykolwiek ósmoklasistka, która wyglądałaby na Daphne Christianson, Kimberly St. Simone czy kogoś w tym stylu, to była nią Mildred Bonk. Reprezentowała typ zabójczo pięknej i zjawiskowo ponętnej postaci snującej się po przepoconych gimnazjalnych korytarzach sennych pejzaży każdego chłopca cierpiącego na nocne polucje. Włosy, które egzaltowana nauczycielka Greena określiła jako "lniane"; ciało, które nawiedził, ucałował i opuścił już w szóstej klasie ten sam kapryśny anioł dojrzewania, który nie miał nawet pojęcia, gdzie Bruce Green mieszka; nogi, które nie traciły powagi nawet w pomarańczowych adidasach z odblaskowo fioletowymi sznurówkami. Nieśmiała, promienna, wdzięczna jak źrebię, barokowa w biodrach, odpowiednio biuściasta, miała nawyk odgarniania wstydliwym gestem lnianych włosów z uroczego kremowego czoła, a gest ten doprowadzał Bruce'a Greena do szaleństwa. Zjawisko w letniej sukience i śmiesznych butach. Mildred L. Bonk.
Lecz oto w dziesiątej klasie nastąpiła przedziwna przemiana z gatunku jak-to-się-mogło-stać i Mildred Bonk stała się zblazowaną członkinią siejącej postrach paczki ze szkoły średniej Winchester, która paliła mocne Marlboro w przesmyku między gmachem liceum a gmachem gimnazjum, a w przerwie na lunch definitywnie opuszczała szkołę, odjeżdżając głośnymi samochodami z niskimi zawieszeniami i z systemami audio o nielegalnej mocy, żeby pić piwo i palić zioło, i używać Visine i Clorets etc. Była jedną z nich. Żuła gumę (albo jeszcze gorzej) w stołówce, jej prześliczna nieśmiała twarz nosiła teraz maskę Pozy, jej lniane pukle, teraz niesforne i usztywnione żelem, jawiły się całemu światu jako skutek wetknięcia palca w gniazdko elektryczne. Bruce Green zaoszczędził na stary samochód z niskim zawieszeniem, a Pozę przećwiczył na ciotce, która go przygarnęła. Zrodziła się w nim wola.
I tak oto w roku, w którym mieli zdawać maturę, Bruce Green był o wiele bardziej znudzony, zblazowany i siejący postrach niż Mildred Bonk i razem z Mildred Bonk oraz malutką, nietrzymającą moczu Harriet Bonk-Green mieszkał tuż za torowiskiem w Allston, w błyszczącej przyczepie kempingowej, do spółki z drugą siejącą postrach parą, i z Tommym Dooceyem, sławetnym zajęczowargim dilerem trawy i różnych różności, który trzymał kilka dużych węży w niemytych, niekrytych akwariach, z których cuchnęło, czego Tommy Doocey nie zauważał, ponieważ górna warga całkowicie zasłaniała mu nozdrza. Mildred Bonk popołudniami paliła zioło i oglądała seriale na kartridżach, a Bruce Green miał stałą pracę w Leisure Time Ice i przez jakiś czas życie było mniej lub bardziej jedną wielką balangą.
?ROK PIELUCHOMAJTEK DEPEND DLA DOROSŁYCH
- Hal?
- ...
- Hej, Hal?
- Tak, Mario?
- Śpisz?
- Bubu, już to przerabialiśmy. Nie mogę spać, skoro gadamy.
- Tak właśnie myślałem.
- Miło mi przyznać ci rację.
- Kurczę, ale dałeś dzisiaj. Kurczę, ale załatwiłeś tego kolesia. Jak on zagrał środkiem, a ty odebrałeś i upadłeś, i posłałeś tego dropwoleja, to Pemulis powiedział, że koleś wygląda, jakby się miał wyrzygać na całą siatkę, tak powiedział.
- Bu, skopałem tyłek smarkaczowi, i tyle. Koniec bajki. Nieładnie się tak rozwodzić nad skopaniem komuś tyłka. To kwestia godności. Myślę, że najlepiej zostawić to bez komentarza, przemilczeć. To a propos milczenia.
- Hej, Hal?
- ...
- Hej, Hal?
- Późno jest, Mario. Pora spać. Zamknij oczy i przestaw się na myślenie rozmyte.
- Mamuś też zawsze tak mówi.
- U mnie to zawsze działa, Bu.
- Ty myślisz, że moje myślenie stale jest rozmyte. Pozwalasz mi mieszkać ze sobą w jednym pokoju, bo się nade mną litujesz.
- Bubu, nie będę tego nawet komentował. Uznaję to za ostrzeżenie. Zawsze się dąsasz, jak się nie wyśpisz. No i już widać dąsy na zachodnim horyzoncie.
- ...
- ...
- Pytałem cię, czy śpisz, bo chciałem cię zapytać, czy czułeś, że wierzysz w Boga, dzisiaj, tam na korcie, jak dawałeś popalić temu kolesiowi.
- Znowu to?
- ...
- Naprawdę nie wydaje mi się, że północ w kompletnie ciemnym pokoju to czas i miejsce na takie tematy, Mario. Jestem taki zmęczony, że włosy mnie bolą, a za sześć krótkich godzin mam trening.
- ...
- Pytasz mnie o to raz na tydzień.
- Dlatego że nigdy nie odpowiadasz.
- No to dzisiaj, żeby cię uciszyć, odpowiem ci, że administracyjnie mam na pieńku z Bogiem. Uważam, że Bóg ma, nazwijmy to, luzacki styl zarządzania, za którym nie przepadam. Ja jestem dość zdecydowanym przeciwnikiem śmierci. A Bóg, na co wszystko wskazuje, jest zwolennikiem śmierci. Nie widzę, żebyśmy się mogli w tej sprawie dogadać, on i ja, Bu.
- Tak mówisz, odkąd Jegomość nie żyje.
- ...
- No widzisz? Nigdy nie mówisz.
- Ależ mówię. Właśnie powiedziałem.
- ...
- Tak się po prostu składa, że nie powiedziałem tego, co chciałeś usłyszeć, Bubu, koniec kropka.
- ...
- Jest różnica.
- Nie ogarniam, jak mogłeś nie poczuć, że wierzysz, dzisiaj, tam na korcie. Poruszałeś się, jakbyś wierzył całkowicie.
- ...
- Jak się czujesz w środku, nie wierząc?
- Mario, ty i ja jesteśmy dla siebie nawzajem tajemnicą. W tej kwestii stoimy po dwóch stronach nieredukowalnej różnicy. Poleżmy teraz bardzo cicho i zastanówmy się nad tym.
- Hal?
- ...
- Hej, Hal?
- Mam propozycję, Bu: opowiem ci kawał, pod warunkiem że potem będziesz cicho i dasz mi spać.
- Ale dobry?
- Mario, co wyniknie ze skrzyżowania człowieka cierpiącego na dyssomnię z mimowolnym agnostykiem i dyslektykiem?
- Poddaję się.
- Wyniknie ktoś, kto nie śpi po nocy, bo zadręcza się pytaniem, czy buk jest, czy go nie ma.
- Dobre!
- Ćśśś.
- ...
- ...
- Hej, Hal, co to jest dyssomnia?
- To, na co cierpi twój współlokator, chłopcze.
- Hej, Hal?
- ...
- Dlaczego Mamuś nie płakała, jak Jegomość umarł? Ja płakałem, ty płakałeś, nawet C.T. płakał. Widziałem osobiście, jak płakał.
- ...
- Ty słuchałeś w kółko Toski, płakałeś i mówiłeś, że jest ci smutno. Wszystkim nam było smutno.
- ...
- Hej, Hal, a nie wydaje ci się, że Mamuś wygląda na szczęśliwą, odkąd Jegomość odszedł?
- ...
- Mnie się wydaje, że jest szczęśliwsza. Nawet jakby urosła. Przestała ciągle gdzieś wyjeżdżać w tych tam sprawach. W sprawie gramatyki korporacyjnej. W sprawie protestu bibliotek.
- Teraz już nigdzie nie wyjeżdża, Bu. Teraz ma Dom Dyrekcji i swoje biuro, i tunel między jednym a drugim, i w ogóle nie opuszcza terenu szkoły. Stała się jeszcze gorszą pracoholiczką niż przedtem. I bardziej obsesyjno-kompulsywną. Kiedy ostatnio widziałeś w tym domu pyłek kurzu?
- Hej, Hal?
- Teraz jest po prostu agorafobiczną pracoholiczką, w dodatku obsesyjno-kompulsywną. To dla ciebie jest uszczęśliwienie?
- Oczy jej się poprawiły. Nie są takie zapadnięte. Śmieje się z C.T. o wiele więcej, niż śmiała się z Jegomościa. Śmieje się bardziej z głębi trzewi. Śmieje się więcej. Często opowiada lepsze kawały niż ty.
- ...
- Jak to możliwe, że się nie smuciła?
- Ależ smuciła się, Bubu. Tylko smuciła się na swój sposób, a nie na twój czy mój. Smuciła się, jestem prawie pewien.
- Hal?
- Pamiętasz, jak personel opuścił flagę przed bramą do połowy masztu, kiedy to się stało? Pamiętasz to? I że opuszcza się ją do połowy masztu co roku na zjazd absolwentów? Pamiętasz o fladze, Bu?
- Hej, Hal?
- Nie płacz, Bubu. Pamiętasz flagę opuszczoną do połowy masztu? Bubu, są dwa sposoby opuszczania flagi do połowy masztu. Słuchasz? Bo ja się, kurde, naprawdę zaraz muszę przespać. No więc słuchaj: jednym sposobem na opuszczenie flagi jest po prostu opuszczenie flagi. Ale jest i drugi sposób. Można podwyższyć maszt. Maszt można podwyższyć jakieś dwa razy w stosunku do normalnej wysokości. Nadążasz? Rozumiesz, o co mi chodzi, Mario?
- Hal?
- Jest strasznie smutna, mogę się założyć.
O 20:10 1 kwietnia RPDD attaché medyczny wciąż ogląda rozrywkę na nieopisanym kartridżu.
PAŹDZIERNIK - ROK PIELUCHOMAJTEK DEPEND DLA DOROSŁYCH
Dla Orina Incandenzy #71 ranek jest nocą duszy. W sensie psychicznym, najgorszą porą dnia. Orin podkręca na noc klimatyzację w mieszkaniu, a i tak prawie co rano budzi się zlany potem, w pozycji embrionalnej, w trumnie psychicznego mroku, w którym człowiek boi się własnych myśli.
Brat Hala Incandenzy, Orin, budzi się samotnie o godzinie 7:30 w wilgotnym zapachu perfum Ambush, a na wymiętej poduszce po drugiej stronie łóżka leży nagryzmolona zamaszystym pensjonarskim pismem karteczka z telefonem i niezbędnymi danymi. Karteczka też pachnie ambushem. Jego strona łóżka jest przemoczona.
Orin szykuje sobie grzankę z miodem, stojąc na bosaka przy kuchennym blacie, w spodenkach i starej bluzie z logo Akademii, z obciętymi rękawami, wyciska miód z głowy plastikowego misia. Podłoga jest tak zimna, że stopy go bolą, ale podwójna szyba okna nad zlewem parzy w dotyku: tuż za nią trwa bestialski upał październikowego przedpołudnia w stołecznym Phoenix.
Gdy jest w domu z drużyną, to bez względu na natężenie klimatyzacji i cienkość prześcieradła Orin budzi się z odciskiem własnego ciała wpoconym ciemną plamą w materac, który potem przez cały dzień wysycha powoli, zachowując biały solny zarys jego sylwetki, nieznacznie przesunięty w stosunku do wcześniejszych solnych zarysów z danego tygodnia, tak że embrionalna skamielina wizerunków układa się wachlarzowato na jego stronie łóżka, niczym talia ledwo zachodzących na siebie kart, jak ślad po kwasie albo przeeksponowane zdjęcie.
Skwar tuż za szklanymi drzwiami ściska mu czaszkę. Orin niesie śniadanie na biały metalowy stół przy centralnym basenie osiedla i próbuje je tam zjeść, w tym gorącu, w którym kawa ani nie paruje, ani nie stygnie. Siedzi pogrążony w tępym zwierzęcym bólu. Ma wąsy z potu. Jaskrawa piłka plażowa przepływa i uderza o ścianę basenu. Słońce jak wizja piekła oglądana ukradkiem przez dziurkę od klucza. Nikogo więcej nie ma na dworze. Osiedle pierścieniowo otacza basen, pomost i jacuzzi. Upał drży nad pomostem jak opar paliwa. Powstaje miraż: przy takim ekstremalnym upale suchy pomost wygląda jak polany benzyną. Zza pozamykanych okien Orin słyszy oglądaczy kartridżów w akcji: poranna sesja aerobiku, ktoś gra na organach, a ta starsza kobieta z mieszkania obok, która nigdy się do niego nie uśmiecha, ćwiczy gamy operowe, przytłumione storami, firanami i potrójną szybą. Jacuzzi szemrze i się pieni.
Wiadomość od Podmiotu z ubiegłej nocy wypisana jest na fioletowym bileciku złożonym na pół, z krążkiem ciemniejszego fioletu na samym środku, gdzie zostawił swój ślad rozpylacz persum Podmiotu. Kaligrafia jest o tyle tylko interesująca, ale i przygnębiająca, że wszystkie kółka - o, d, p, 6 i 8 - zostały zamalowane, kropki nad "i" nie są natomiast kółkami, tylko maleńkimi walentynkowymi serduszkami, niezamalowanymi. Orin czyta liścik, jedząc grzankę stanowiącą przede wszystkim pretekst dla miodu. Przy jedzeniu i piciu posługuje się mniejszą, prawą ręką. Jego przerośnięta lewa ręka i duża lewa noga pozostają o rannej porze w stanie spoczynku.
Lekki podmuch przegania piłkę plażową przez cały błękitny basen, a Orin obserwuje jej bezgłośny ślizg. Białe żelazne stoły nie mają parasoli, więc pozycję słońca można określić bez patrzenia: czując ją w konkretnym miejscu na skórze, łatwo dokonać projekcji. Piłka cofa się ostrożnie ku środkowi basenu i tak zostaje, ani drgnie. Od sennych, lekkich podmuchów spróchniałe palmy wzdłuż kamiennego ogrodzenia osiedla szeleszczą i trzeszczą, a kilka palmowych liści odrywa się i spada, plaskając o pomost. Wszystkie tutejsze rośliny są szkodliwe, ciężkie i ostre. Fragmenty palm ponad liśćmi omotane są czymś obrzydliwym, co przypomina włosy na kokosie. W drzewach gnieżdżą się karaluchy i inne paskudztwa. Możliwe, że i szczury. Wstrętne wysokolubne stwory wszelkiej maści. Wszystkie rośliny są albo kolczaste, albo mięsiste. Kaktusy o dziwacznych kalekich kształtach, szczyty palm jak fryzura Roda Stewarta z dawnych czasów.
Dwie noce temu Orin wrócił ze swoją drużyną z meczu w Chicago nocnym lotem. Wie, że tylko on i kopacz nie cierpią już fizycznie po straszliwym łomocie, który tam dostali.
W przeddzień wyjazdu - czyli jakieś pięć dni temu - Orin był sam w jacuzzi przy basenie u schyłku dnia. Kurował nogę. Siedział w promieniującym cieple i krwawym przedwieczornym świetle, bezwiednie ściskając w garści piłkę tenisową, którą wciąż jeszcze ściska z przyzwyczajenia. Patrzy, jak jacuzzi tryska, pieni się i bulgocze wokół nogi. I oto, ni stąd, ni zowąd, do jacuzzi wpada ptak. Z płaskim, prozaicznym plop. Ni stąd, ni zowąd. Z szerokiego, pustego nieba. Nic nie wisi nad jacuzzi, tylko to niebo. Ptak widocznie dostał w locie zawału czy czegoś podobnego, wykitował i spadł z pustego nieba, i wylądował martwy w jacuzzi, tuż przy nodze. Orin zsunął ciemne okulary na czubek nosa i przygląda się ptakowi. Niedrapieżny. Możliwe, że to strzyżyk. Żadną miarą nie wygląda to na dobry znak. Martwy ptak podskakuje i turla się w pianie, w jednej sekundzie jest wsysany, w drugiej się wyłania, stwarzając iluzję dalszego lotu. Orin nie odziedziczył po Mamuś fobii na punkcie bałaganu i higieny. (Nie przepadał jednak za robactwem - karaluchami). A jednak siedział w wodzie, ściskając piłkę, i patrzył na ptaka, bez jednej świadomej myśli w głowie. Gdy się obudził następnego ranka, skulony w grobowcu pościeli, był już prawie pewien, że to musiał być zły znak.
Orin ostatnio kąpie się pod prysznicem tak gorącym, jak tylko zdoła wytrzymać. Cała łazienka w jego mieszkaniu wyłożona jest miętowo-żółtymi kafelkami, które nie on wybierał, być może wybrał je libero, który tu mieszkał, zanim Cardinalsi posłali drużynie New Orleans libero, dwóch rezerwowych obrońców i gotówkę w zamian za Orina Incandenzę, puntera.
Tyle już razy wzywał ludzi z Terminexu, a z rur w łazience wciąż wyłażą gigantyczne karaluchy. Terminex mówi, że to karaluchy kanalizacyjne. Blattaria implacablus czy jakoś tak. Naprawdę wielkie karaluchy. Robactwo o wyglądzie wozów opancerzonych. Całkiem czarne, z powłoką typu kevlarowego i tak dalej. I nieustraszone, wychowane w czeluściach kanalizacji, gdzie panuje prawo Hobbesa. Małe brązowe karakany, bostoński i nowoorleański, też były obrzydliwe, ale wystarczyło zapalić światło, żeby rozpierzchły się w popłochu. A te południowo-zachodnie karaluchy kanalizacyjne, jak zapalisz światło, tylko gapią się na ciebie z posadzki, jakby mówiły: "Masz jakiś problem?". Orin, raz jeden tylko, rozdeptał to draństwo, jak mu wylazło z rury pod prysznicem, kiedy się kąpał: wyskoczył wtedy goły, włożył buty, wrócił do kabiny i spróbował zmiażdżyć go konwencjonalnie, a rezultat był wybuchowy. Fuga wciąż nosi ślady tego incydentu. Chyba nieusuwalne. Wnętrzności karalucha. Rzygać się chce. Wolał wyrzucić buty niż obejrzeć podeszwę i ją oczyścić. Teraz trzyma w łazience duże kieliszki i gdy po zapaleniu światła widzi karalucha, przykrywa go kieliszkiem, zamykając w pułapce. Po kilku dniach kieliszek jest kompletnie zaparowany, a karaluch schludnie uduszony; wówczas Orin wyrzuca jedno i drugie, karalucha i kieliszek, w oddzielnych torebkach plastikowych typu otwórz/zamknij, do śmietnika przy polu golfowym na drugim końcu ulicy.
Żółta posadzka łazienki zamienia się czasami w mały tor przeszkód z odwróconych kieliszków, w których stoicko konają wielkie karaluchy: siedzą spokojnie, a ścianki kieliszków zachodzą pomału parą karaluszego dwutlenku węgla. Cała ta operacja przyprawia Orina o mdłości. Ostatnio wykombinował, że im gorętsza woda leci z prysznica, tym mniejsza jest szansa, że któremuś z wozów opancerzonych zechce się wychynąć z rury, gdy on się kąpie.
Niekiedy z samego rana zastaje je w muszli klozetowej: pływają pieskiem, starając się dotrzeć do ściany i na nią wgramolić. Orin nie przepada też za pająkami, chociaż raczej podświadomie: jego niechęć nie umywa się do panicznego lęku, jaki w Jegomościu budzą czarne wdowy i ich chaotyczne pajęczyny - czarne wdowy występują nagminnie i tutaj, i w Tucson, nie widuje się ich tylko w najzimniejsze noce, a ich pozbawione jakiegokolwiek ładu pajęczyny zalegają w każdym prawie półmrocznym i ustronnym miejscu załamanym pod kątem prostym. Trucizny Terminexu okazują się skuteczniejsze na oknach. Orin stosuje je co miesiąc; jest na liście stałych klientów Terminexu.
Szczególny świadomy lęk Orina, oprócz lęku wysokości i stanów lękowych o wczesnych godzinach porannych, dotyczy karaluchów. Jako dziecko Orin kategorycznie odmawiał chodzenia w niektóre okolice stołecznego miasta Bostonu w rejonie zatoki. Na widok karalucha dostaje ataków histerii. W parafiach nowoorleańskich panowała kiedyś plaga pewnej odmiany złośliwych tropikalnych latających karaluchów łacińskiego pochodzenia, które były małe i płochliwe, ale potrafiły, kurwa, latać; całymi stadami obsiadały nocą nowoorleańskie niemowlęta w kołyskach, zwłaszcza zaś niemowlęta z czynszowych kamienic i ruder, i podobno karmiły się wydzieliną z niemowlęcych oczu, specyficznym śluzem optycznym - temat koszmarnych snów: jesteś niemowlęciem i latające karaluchy dobierają ci się do oczu - i podobno wywoływały ślepotę; rodzice podchodzili do kołyski w upiornym kamienicznym świetle wczesnego poranka i znajdowali swoje pociechy ślepe; tylko zeszłego lata odnotowano z tuzin takich przypadków; i właśnie podczas tej koszmarnej plagi, spotęgowanej lipcowymi powodziami, które wypłukały z cmentarza na wzgórzu kilkanaście trupów i te szarosine trupy zsuwały się po zboczu, na którym stał dom goszczący Orina i dwóch jego kolegów z drużyny, w podmiejskim Chalmette, rozsiewając w błocie kończyny i wnętrzności, a jedno z ciał zatrzymało się któregoś ranka na słupku ich przydrożnej skrzynki na listy, kiedy Orin wyszedł do niej po poranną gazetę, i wtedy Orin poprosił swojego agenta o transfer. I tak trafił w szklane wąwozy i bezlitosne światło stołecznego miasta Phoenix, i zatoczywszy niejako odwodniony krąg, znalazł się w pobliżu Tucson, miasta odwodnionej młodości swojego ojca.
Najboleśniejsze są poranki po snach z pająkami i wysokościami, potrzeba czasem trzech kaw i dwóch pryszniców, żeby rozluźnić ścisk w gardle jego duszy; a te pokoszmarowe poranki są jeszcze gorsze, gdy Orin budzi się nie sam, bo Podmiot minionej nocy jest wciąż obecny, chce pogadać, przytulić się i spółkować w pozycji na łyżeczkę, dopytuje się, co właściwie mają znaczyć te zaparowane kieliszki na posadzce w łazience, komentuje jego nocne poty, tłucze się po kuchni, szykując piklingi albo bekon, albo coś jeszcze obrzydliwszego i bezmiodowego, co on miałby zjeść z postkoitalnym męskim apetytem, bo są i takie, które mają manię na punkcie tego całego etosu pt. Nakarmić Mojego Mężczyznę i chcą, żeby mężczyzna, który ledwo daje radę utrzymać poranną grzankę z miodem, wcinał ich danie z męskim apetytem, wystawiając łokcie na boki, napychając się i mlaszcząc. Nawet kiedy jest sam, może rozprostować ciało w samotności, usiąść powoli, wyżąć prześcieradło i pójść do łazienki, te najciemniejsze poranki rozpoczynają dni, w których Orin całymi godzinami nie może zmusić się do myślenia nawet o tym, jak przetrwać do wieczora. Te najgorsze poranki z zimną podłogą, gorącymi szybami i bezlitosnym światłem - ta pewność duszy, że dzień będzie nie tyle trawersem, ile wspinaczką po pionowej ścianie, a potem, pod koniec dnia, znowu spanie, które znów będzie jak spadanie z nagiej wysokości.
A więc teraz, na pustynnym południowym zachodzie, wydzielina jego oczu jest bezpieczna, za to złe sny nasiliły się od przenosin w ten cholerny region, z którego Jegomość dał nogę dawno temu, jeszcze jako nieszczęśliwy młodzieniec.
Jakby tytułem ukłonu w stronę nieszczęśliwej młodości Orina wszystkie sny zaczynają się krótką sekwencją sytuacji z turnieju tenisa. Wczorajszy rozpoczął się szerokokątnym ujęciem Orina na korcie Har-Tru, czekającego na przyjęcie serwisu od kogoś widocznego niewyraźnie, kogoś z Akademii - może Rossa Reata albo poczciwego M. Baina, albo szarozębego Walta Flechette'a, obecnie zawodowego trenera w Karolinach - gdy nagle ekran snu zwęża się i roztapia momentalnie w jednolity ciemny róż powiek zamkniętych przed jaskrawym światłem, i ogarnia Orina upiorne uczucie, że tonie i nie wie, w którą stronę ma płynąć do powierzchni i powietrza, ale po krótkiej przerwie ten Orin ze snu wyrywa się z tej swoistej wzrokowej sufokacji i znajduje głowę swojej matki, pani Avril M.T. Incandenzy, samą głowę Mamuś, przytwierdzoną twarzą w twarz do jego własnej pękniętej głowy, przyszytą ciasno, na plecionkę, do jego własnej twarzy, najwyższej jakości struną z jagnięcego jelita VsHiPro, pochodzącą z jego rakiety tenisowej będącej własnością Akademii. I na nic podejmowane przez Orina próby energicznego potrząsania i kręcenia głową, zadzierania jej i przewracania oczami, gdyż i tak ciągle patrzy na, w i osobliwie przez twarz matki. Tak jakby głowa Mamuś była przyciasnym hełmem, z którego Orin nie może się wyzwolić[2]. W tym śnie jest to, oczywiście, dla Orina sprawa najwyższej wagi, żeby wyswobodzić głowę z filakteryjnych więzów pozbawionej korpusu głowy matki, co mu się jednak nie udaje. Liścik od ubiegłonocnego Podmiotu daje do zrozumienia, że w którymś momencie tejże nocy Orin ścisnął oburącz głowę Podmiotu i próbował ją (Podmiot) niejako obezwładnić sztywnym ramieniem, chociaż z zachowaniem delikatności i bez urazy (to o liściku, a nie o sztywnym ramieniu). Ewidentna amputacja głowy Mamuś od reszty Mamuś sprawia we śnie wrażenie chirurgicznie schludnej: ani śladu kikuta czy choćby zgrubienia szyi, a podstawa tej okrągłej, ładnej głowy została chyba zasklepiona, a także jakby zaokrąglona, przez co głowa przypomina dużą żywą piłkę, globus z twarzą, przytroczony do twarzy jego głowy.
Podmiotem po siostrze Baina, ale przed poprzedniczką ostatniego Podmiotu z zapachem ambusha i serduszkami nad "i", była ładna bladolica studentka psychologii rozwojowej ze stanu Arizona, z dwojgiem dzieci, oburzająco wysokimi alimentami i upodobaniem do krzykliwej biżuterii, mrożonej czekolady, kartridżów edukacyjnych InterLace i zawodowych sportowców, którzy rzucają się przez sen. Niespecjalnie bystra - dość powiedzieć, że figurę, którą on bezwiednie nakreślił po seksie na jej nagim biodrze, wzięła za liczebnik 8. W ich ostatni wspólny poranek, tuż przed tym, jak posłał jej dziecku kosztowną zabawkę, a potem zmienił numer telefonu, Orin ocknął się z całonocnego seansu horrorów z nagłym skurczem płodowym, nieodświeżony i nieoświecony na duszy, z rozbieganymi oczami i własną sylwetką odciśniętą na mokro na prześcieradle, niczym kredowy obrys koronera - ocknął się, zastał Podmiot obudzony i wsparty plecami o poduszkę do czytania, w jego pozbawionej rękawów bluzie z logo Akademii, popijający orzechowe espresso i śledzący na zajmującym pół południowej ściany sypialni ekranie kina domowego jakąś makabreskę pod tytułem INTERLACE EDUCATIONAL CARTRIDGES WE WSPÓŁPRACY Z CBC EDUCATIONAL PROGRAMMING MATRICS PREZENTUJE FILM SCHIZOFRENIA: UMYSŁ CZY CIAŁO?, więc musiał leżeć, mokry i sparaliżowany, w pozycji embrionalnej na własnym potnym cieniu i oglądać bladego młodego faceta mniej więcej w wieku Hala, z miedzianej barwy zarostem, niesfornym ryżym kosmykiem i płaskimi, pustymi, beznamiętnie czarnymi oczami lalki, który gapił się w przestrzeń po lewej, podczas gdy dziarski albertyński głos zza kadru wyjaśniał, że ten oto Fenton jest zatwardziałym schizofrenikiem paranoidalnym, który wierzy, że jego czaszkę atakują płyny radioaktywne, a wielce skomplikowane maszyny high-tech zostały zaprojektowane i zaprogramowane specjalnie po to, żeby go ścigać do upadłego, torturować i pogrzebać żywcem. Był to stary, późnomilenijny film dokumentalny CBC, nakręcony w ramach lansowania kampanii społecznej, zrekonstruowany cyfrowo i redystrybuowany z imprimatur InterLace - nadawane wcześnie rano, w godzinach niskiej oglądalności filmy InterLace bywały raczej zgrzebne i tandetne pod względem metod Spontanicznego Rozpowszechniania.
I tak, ponieważ teza tego starego dokumentu CBC skłaniała się dość wyraźnie ku koncepcji SCHIZOFRENIA: CIAŁO, głos z offu z wymuszonym optymizmem tłumaczył, że owszem, widoczny na ekranie nieszczęsny Fenton jest beznadziejnym przypadkiem niezdolności do funkcjonowania poza zakładem zamkniętym, ale pozytywne jest to, że nauka może nadać jakiś sens jego istnieniu, badając go sumiennie celem ustalenia, jak schizofrenia objawia się w ludzkim mózgu... że, innymi słowy, przy zastosowaniu techniki pozytronowej tomografii emisyjnej, czyli PET (całkowicie zastąpionej od tamtego czasu inwazyjną metodą cyfrową, mruczy do siebie studentka psychologii rozwojowej, spoglądając w uniesieniu ponad filiżankę, nieświadoma, że paralitycznie obudzony Orin wszystko słyszy), naukowcy mogą skanować różne części dysfunkcyjnego mózgu biednego Fentona i obserwować, jak emituje on pozytrony w całkiem innej topografii niż przeciętny, krzepki, nieomamiony, bogobojny mózg obywatela Alberty, dokonując postępu w nauce za sprawą wstrzyknięcia badanemu podmiotowi, czyli temuż Fentonowi, specjalnego barwnika radioaktywnego, przenikającego barierę pomiędzy krwią a mózgiem, a następnie umieszczenia podmiotu w obrotowej komorze skanera PET o rozmiarach ludzkiego ciała - na ekranie jest to gigantyczna machina z szarego metalu, która wygląda jak zaprojektowana przez Jamesa Camerona do spółki z Fritzem Langiem, a teraz spójrzmy w oczy tego gościa, Fentona, który właśnie zaczyna pojmować, co mówi głos z offu - i w ostrym skrócie telewizji publicznej pokazuje się teraz rzeczonego Fentona w mocowanych w pięciu punktach pasach bezpieczeństwa, jak miota miedzianą głową z boku na bok, gdy faceci w seledynowych maskach i czepkach chirurgicznych wstrzykują mu płyny radioaktywne strzykawką wielkości brytfanny na indyka, przy czym oczy dobrego starego Fentona wyłażą z orbit z przewidywalnym wyrazem skrajnego przerażenia, bo oto wiozą go do wielkiego szarego urządzenia PET i wsuwają, niczym niewyrośnięty bochen, w jego rozwartą paszczę, pozostawiając na widoku tylko zgniłozielone tenisówki, i pojemnik o rozmiarach ludzkiego ciała obraca podmiot zgodnie z ruchem wskazówek zegara, z brutalną prędkością, tak że noski starych tenisówek wskazują w górę, w lewo, w dół, w prawo i w górę, coraz szybciej i szybciej, maszyna beka i ćwierka, bynajmniej nie zagłuszając dochodzących z grobowca komory odgłosów wycia Fentona, którego najgorsze urojone lęki ucieleśniły się oto w cyfrowym stereo i słychać, jak wywrzaskiwane są z niego ostatnie resztki funkcjonalnego, przeniknionego barwnikiem mózgu, a w prawym dolnym rogu ekranu, tam, gdzie zazwyczaj wyświetla się dane InterLace o czasie i temperaturze powietrza, ukazuje się nałożony cyfrowo obraz żarliwie czerwonego i neutronowo błękitnego mózgu Fentona, a dziarski głos podaje zwięzłe historie, najpierw schizofrenii paranoidalnej, a potem PET. A Orin leży z oczami jak szparki, cały mokry i newralgiczny od porannych lęków, marząc, żeby Podmiot włożyła na siebie ubranie i krzykliwą biżuterię, wzięła z zamrażalnika resztkę Toblerone'a i wreszcie się wyniosła, a wtedy on będzie mógł pójść do łazienki, powynosić wczorajsze uduszone karaluchy do pojemnika na śmieci firmy EWD, zanim wszystkie pojemniki się zapełnią, i zdecydować, jaki kosztowny prezent pośle pocztą dziecku Podmiotu.
I jeszcze sprawa martwego ptaka, ni w pięć, ni w dziewięć.
I jeszcze wiadomość o naciskach zarządu AZ Cardinals na współpracę z jakimś profilerem z pisma "Moment", w ramach mdłej serii wywiadów biograficznych obejmujących pytania natury osobistej, na które należy odpowiadać z bezbarwną szczerością, w duchu drużynowego PR-u, co wywołuje u Orina niezbadany stres, który każe mu znów zadzwonić do Halliego i otworzyć na nowo całą tę pełną robactwa puszkę Pandory.
Orin goli też pod prysznicem czerwoną od gorąca, owianą parą wodną twarz, goli się na wyczucie, z dołu do góry, z południa na północ, tak jak go uczono.
?ROK PIELUCHOMAJTEK DEPEND DLA DOROSŁYCH
Oto Hal Incandenza, lat siedemnaście, ze swoją małą mosiężną lufką jara ukradkiem w Pompowni Enfieldzkiej Akademii Tenisowej, wydmuchując blady dym w przemysłowy wentylator wyciągowy. Trwa smutna mała przerwa po popołudniowych meczach i treningach, ale przed wspólną akademicką kolacją. Hal jest tu na dole sam i nikt nie wie, gdzie on jest ani co robi.
Hal lubi jarać w sekrecie, ale większy sekret polega na tym, że Hal jest przywiązany do sekretności niemniej niż do jarania.
Jednobuchowa fifka, podobna do długiej cygarniczki FDR, z końcówką nabitą szczyptą dobrego zioła, rozgrzewa się i parzy usta - zwłaszcza mosiężna - ale lufki mają tę zaletę, że są wydajne: wdycha się każdą cząsteczkę palonej trawy, bez przypadkowego cudzego dymu z dużej fajki używanej na imprezach, Hal może więc wchłonąć głęboko wszystko co do joty, wstrzymując oddech, jak długo zechce, tak że jego wydechy są tylko lekko bladawe i zalatujące mdłą słodyczą.
Pełna utylizacja dostępnych surowców = brak stwierdzalnych publicznie odpadów.
Pompownia Płuca kortów tenisowych Akademii mieści się pod ziemią i dojść tam można jedynie przez tunel. EAT jest obficie zaopatrzona w rozgałęzione tunele. Tak ją zaplanowano.
Lufki są w dodatku małe, co stanowi ich zaletę, bo, powiedzmy sobie szczerze, wszystko, w czym paliło się wysokożywiczne zioło, musi śmierdzieć. Bong jest duży, więc i jego smród będzie odpowiednio znaczny, no i trzeba coś zrobić ze śmierdzącą wodą z bonga. Fajki są mniejsze i przynajmniej przenośne, ale zawsze mają w zestawie wielorazowy pojemniczek, który rozprasza niezużyty dym na znacznym obszarze. A lufki można użyć bezodpadowo, potem zostawić do wystygnięcia, zawinąć w dwa kondomy, zapakować w plastikowy woreczek typu otwórz/zamknij i umieścić w dwóch skarpetach sportowych, te zaś zamknąć w przyborniku razem z zapalniczką, kroplami do oczu, pastylkami miętowymi i pudełeczkiem po kliszy zawierającym samo zioło - rzecz jest łatwo przenośna, bezwonna i praktycznie nie do wykrycia.
O ile Hal się orientuje, koledzy Michael Pemulis, Jim Struck, Bridget C. Boone, Jim Troeltsch, Ted Schacht, Trevor Axford plus prawdopodobnie Kyle D. Coyle i Pal Paul Shaw, ewentualnie jeszcze Frannie Unwin, wiedzą, że Hal regularnie jara w ukryciu. Nie jest też niemożliwe, że wie o tym Bernadette Longley, no a antypatyczny K. Freer oczywiście zawsze żywi wszelkiego rodzaju podejrzenia. To i owo wie także brat Hala, Mario. I na tym kończy się wiedza publiczna. Ale chociaż wiadomo, że Pemulis, Struck, Boone, Troeltsch i Axford też czasami jarają (w celu leczniczym czy też turystycznym), podobnie zresztą jak Stice i Schacht, to jedyną osobą, z którą Hal się upalił przy tych rzadkich okazjach, kiedy palił z kimkolwiek, bo tego unika, jest Pemulis. Byłby zapomniał: Ortho "Ciemny" Stice z Partridge, Kansas, też wie, a najstarszy brat Hala, Orin, chociaż jest daleko, w tajemniczy sposób domyśla się więcej, niż mówi, chyba że Hal za dużo wyczytuje z jego telefonicznych komentarzy.
Matka Hala, pani Avril Incandenza, i jej adoptowany brat, dr Charles Tavis, obecny Dyrektor EAT, wiedzą, że Hal czasami popija alkohol, na przykład w weekendowe wieczory z Troeltschem, ewentualnie z Axfordem, w klubach przy biegnącej u stóp wzgórza Commonwealth Avenue; w Niezbadanym Życiu odbywa się co piątek Noc Ślepego Bramkarza, kiedy wpuszczają na piękne oczy. Pani Avril Incandenza nie jest zachwycona tym, że Hal pije, głównie dlatego, że ojciec Hala pił ostro za życia, a przed nim podobno ojciec ojca, w AZ i CA - jednak sukcesy akademickie Hala, a zwłaszcza jego niedawne turniejowe zwycięstwo w kategorii juniorów, dowodzą, że chłopiec radzi sobie ze skromnymi niewątpliwie ilościami, które konsumuje; nie można przecież poważnie nadużywać jakiejś substancji i jednocześnie wyróżniać się na poziomie naukowym i sportowym, zapewnia matkę Hala szkolna psycholog EAT, dr Rusk - zwłaszcza na wyższym poziomie sportowym - i Avril czuje, jakie to ważne, żeby troskliwy, lecz nietłamszący samotny rodzic wiedział, kiedy powinien odpuścić i pozwolić dwóm pełnosprawnym ze swoich trzech synów popełnić własne ewentualne błędy i nauczyć się z własnego doświadczenia, choćby nie wiem jak targały ją, matkę, tajone niepokoje. A Charles wspiera ją we wszystkich powziętych w duchu decyzjach dotyczących dzieci. I Bóg świadkiem, że Avril wolałaby, żeby Hal wypił sobie czasem parę piw, niż miałby wchłaniać Bóg wie jakie nowomodne ezoteryczne substancje z tym gadzinowatym Michaelem Pemulisem albo z obmierzłym jak ślimak Jamesem Struckiem, którzy przyprawiają ją o histeryczne matczyne udręki. Ostatecznie więc Avril oświadcza doktorom Rusk i Tavisowi, że woli, aby Hal żył w bezpiecznej świadomości, że matka mu wierzy, że darzy go zaufaniem, wspiera i nie ocenia, że nie zadręcza się i nie załamuje pięknych rąk nad okazjonalnym kanadyjskim piwem, które Hal wypija z kolegami, i dlatego usilnie pracuje nad sobą, żeby ukryć matczyny lęk przed możliwością, że Hal zacznie kiedyś pić tak jak James albo jak ojciec Jamesa, a wszystko po to, żeby Hal mógł się cieszyć bezpiecznym poczuciem, że może być z nią szczery w takich sprawach jak picie, i żeby nie czuł, że musi przed nią cokolwiek ukrywać, w jakichkolwiek okolicznościach.
Doktor Tavis i Dolores Rusk omówili sobie prywatnie kwestię tego, że nie najbłahszym z czynników stresujących, które Avril tak mężnie znosi, jest paniczny lęk przed jakąkolwiek formą skrytości ze strony synów.
Avril i C.T. nic nie wiedzą o skłonności Hala do wysokożywicznego zioła i jego podziemnej absorpcji, co oczywiście bardzo Hala cieszy, chociaż właściwie nigdy nie zastanawiał się dlaczego. Dlaczego to go tak cieszy?
Wzniesienie, na którym stoi EAT, można strawersować tunelem. Na przykład Avril I., która już nie opuszcza terenu uczelni, rzadko przemieszcza się po powierzchni, woli skulona przemykać się bocznymi tunelami między Domem Dyrektora a swoim biurem, które sąsiaduje z biurem Charlesa Tavisa w Gmachu Mieszk.-Adm., neogeorgiańskiej budowli z różowej cegły i z białymi kolumnami, o której brat Hala, Mario, mówi, że wygląda jak sześcian, który połknął kulę za dużą jak na swój brzuch[3]. Dwa komplety wind i jedne schody łączą hall i recepcję z biurami Administracji na parterze oraz z siłownią, sauną i przebieralnią z prysznicami na poziomie minus jeden. Jeden szeroki tunel ze słoniowej barwy betonu biegnie od pryszniców dla chłopców do gigantycznego pomieszczenia pralni pod Kortami Zachodnimi, a dwa mniejsze tunele odchodzą promieniście od sauny na południe i wschód, wiodąc w podziemia mniejszych kulisto-sześciennych protogregoriańskich budynków (mieszczących sale klasowe i Subdormitoria B i D); te dwa podziemia i mniejsze tunele często służą za skład rzeczy wychowanków i korytarze pomiędzy prywatnymi pokojami poszczególnych prorektorów[4]. Wreszcie dwa jeszcze mniejsze tunele, dostępne dla każdej osoby dorosłej, która zechce przyjąć małpią postawę i szorować knykciami o ziemię, łączą owe mniejsze podziemia z byłymi zakładami optyki i wywoływania filmów firmy Leith and Ogilvie oraz świętej pamięci dr. Jamesa O. Incandenzy (już nieżyjącego), mieszczącymi się poniżej i tuż na zachód od Domu Dyrekcji (od których to zakładów odchodzi jeszcze jeden tunel, pokaźnej średnicy, prowadzący wprost na najniższy poziom Gmachu Mieszkalno-Administracyjnego, z tym że jego funkcje ulegały przez cztery lata stopniowym przemianom i teraz przejście nim jest utrudnione przez nagromadzenie kabli, rur z gorącą wodą i przewodów grzewczych), i z biurami Węzła Infrastrukturalnego, znajdującymi się niemal bezpośrednio pod środkowym rzędem odkrytych kortów tenisowych EAT, które to biura plus stróżówka połączone są z kolei z Magazynem Płuca i Pompownią Płuca ozdobnie tynkowanym tunelem, zbudowanym pospiesznie przez firmę TesTar All-Weather Inflatable Structures Corp., która do spółki z pracownikami ATHSCME Systemy Wentylacji Przemysłowej stawia i obsługuje nadmuchiwaną dendryuretanową kopułę zwaną Płucem, która przykrywa środkowy rząd kortów w zimowym sezonie rozgrywek halowych. Zgrzebny mały tunelik o szorstkich ścianach pomiędzy Węzłem a Pompownią daje się przejść tylko na czworakach, toteż jest właściwie nieznany ciału pedagogicznemu i Administracji, a lubią go tylko mniejsze dzieci z Klubu Tunelowego Akademii, jak również pewna grupa nastolatków z silnie skrywanym upodobaniem do łażenia na czworakach.
Pomieszczenie Magazynu Płuca jest praktycznie nie do przejścia od marca do listopada, gdyż wypełnia je przemyślnie poskładany materiał kryjący Płuca i rozmontowane odcinki elastycznych rurek, łopaty wentylatorów etc. Pompownia jest tuż obok, ale żeby się do niej dostać, trzeba wczołgać się z powrotem do tunelu. Na diagramach inżynieryjnych Pompownia lokuje się jakieś dwadzieścia metrów pod środkowymi kortami środkowego rzędu kortów i wygląda jak pająk zawieszony do góry nogami - bezokienna owalna komora z sześcioma zakrzywionymi duktami odbiegającymi promieniście w górę i na boki do wylotów na powierzchni ziemi. A Pompownia ma sześć rozmieszczonych promieniście otworów, po jednym na każdy zakrzywiony w górę dukt: trzy dwumetrowe wentyle z wielkimi turbinowymi wentylatorami wyciągowymi przyśrubowanymi do krat i trzy inne tej samej długości z wentylatorami wlotowymi ATHSCME, które zasysają powietrze z powierzchni ziemi i tłoczą je w dół, gdzie obiega komorę i uchodzi trzema wentylatorami wyciągowymi. Pompownia przypomina więc narząd płucny bądź też epicentrum olbrzymiego sześciosektorowego tunelu wiatrowego, a uruchomiona ryczy jak zjawa, która przytrzasnęła sobie rękę drzwiami, chociaż Pompownia działa na pełnych obrotach, tylko kiedy Płuco jest postawione, zazwyczaj od listopada do marca. Wentylatory wlotowe tłoczą zimowe powietrze z poziomu ziemi do podziemnej komory, skąd po okrążeniu wnętrza uchodzi ono przez trzy wentylatory wyciągowe do sieci pneumatycznych rurek w ścianach i kopule Płuca; wiotkie Płuco usztywnia się dzięki ciśnieniu ruchomego powietrza.
Kiedy Płuco osłaniające korty zostanie zwinięte i zmagazynowane, Hal zstąpi do tunelu i przejdzie, a następnie przeciśnie się do środka, aby upewnić się, że nikogo nie ma w Węźle Infrastrukturalnym, po czym się skuli i z przybornikiem w zębach przeczołga do Pompowni, gdzie uruchomi jeden z dużych wentylatorów wyciągowych i zajara w sekrecie, wydmuchując blady dym prosto w ujście wentylacji, żeby żaden ewentualny odór nie wydostał się duktem wylotowym i nie rozproszył przez zakratowany otwór po zachodniej stronie Kortów Zachodnich, przez otwór z gwintowanym brzegiem, do którego sprawni ludzie w białych kombinezonach z logo ATHSCME podłączą arterię systemu pneumatycznych rurek Płuca, i to już niebawem, gdy Schtitt et al. z Rady Pedagogicznej dojdą do wniosku, że pogoda już definitywnie nie sprzyja grze w tenisa na odkrytych kortach.
W miesiącach zimowych, kiedy każdy wydalany zapach zostałby odprowadzony duktami do Płuca i zawisł tam, zwracając na siebie uwagę, Hal chodzi przeważnie do dalekiej ubikacji pod dormitorium, gdzie wspina się na sedes w kabinie i wydmuchuje dym w kratkę jednego z małych wentylatorów wyciągowych na suficie, ale tej rutynie brak swoistej podziemnej dramaturgii. Z tego samego powodu Hal boi się jak ognia Dnia Współzależności, od którego już tylko krok do Turnieju WhataBurgera, i Święta Dziękczynienia, i nieznośnej pogody, i postawienia Płuca.
Narkotyki rekreacyjne są w zasadzie tradycyjnie obecne w każdej amerykańskiej szkole średniej, może z powodu bezprecedensowych napięć związanych z postlatencją, dojrzewaniem, lękiem egzystencjalnym, nieuchronną dorosłością etc. Od początku istnienia EAT zawsze był tam pewien procent pierwszorzędnych młodocianych graczy, którzy zmiany swojej wewnętrznej pogody kontrolują chemicznie. Znaczny w tym udział poczciwej, czystej, doraźnej zabawy, ale z reguły mniejszy i bardziej hardcore'owy odłam młodzieży woli polegać na osobistej chemii, aby sprostać szczególnym wymaganiom EAT - a więc przed meczami deksedryna lub słaba metedryna[5], a po meczu, na wyluzowanie, benzodiazepiny[6] w połączeniu z Mudslide (mieszanka wódki, Kahlúi i Bailey's Irish Cream) albo Blue Flames (likier Southern Comfort plus olejek miętowy - podpalone), w jakimś wyrozumiałym lokalu przy Commonwealth Avenue[7], ewentualnie z piwem i trawką nocą w jakimś dyskretnym kąciku Akademii, żeby przetrwać cykl wzlotów i upadków; mogą też być grzybki lub X albo coś z grupy łagodnych syntetyków[8] - a od czasu do czasu odrobina Black Star[9], kiedy zdarzy się weekend bez meczu i zadań specjalnych, bo Black Star czyści całą płytę główną i wysadza wszystkie obwody - a potem długo wraca się do siebie, następuje swoiste odrodzenie neurologiczne i rozpoczyna się cykl od nowa... ta kolista rutyna, o ile twoja podstawowa instalacja jest w porządku, potrafi działać zadziwiająco dobrze przez okres adolescencji, a czasem i do pierwszych lat po dwudziestce, zanim zacznie dawać się we znaki.
No więc niektórzy wychowankowie EAT - bynajmniej nie tylko Hal Incandenza - mają kontakt z substancjami odurzającymi, o to chodzi. Zresztą kto nie ma na jakimś etapie życia, w USA i w Rejonach Współzależnych, w dzisiejszych, przeważnie niespokojnych czasach. Chociaż spory procent uczniów EAT nie ma wcale. Kontaktu, w sensie. Niektóre osoby potrafią poświęcić się ambitnym celom i to im wystarcza. Chociaż to się czasem zmienia z wiekiem, gdy dążenie do celu staje się bardziej stresujące. Doświadczenie amerykańskie zdaje się sugerować, że ludzie są praktycznie nieograniczeni w potrzebie poświęcania się na rozmaitych poziomach. Tylko niektórzy po prostu robią to w sekrecie.
Uczeń sportowiec używający alkoholu lub niedozwolonych środków chemicznych jest bezzwłocznie wydalany ze szkoły, jak głosi broszura EAT dla kandydatów. Personel EAT ma jednak na głowie sprawy znacznie ważniejsze niż nadzorowanie dzieciaków, które już poświęciły się ambitnemu współzawodnictwu. Administracja Akademii, najpierw za dyrekcji Jamesa Incandenzy, a potem Charlesa Tavisa, wychodzi z założenia, że po co ktoś, kto chce chemicznie sprzeniewierzyć się własnym zdolnościom, miałby w ogóle przychodzić tutaj, do EAT, gdzie naczelną ideą jest eksponowanie i wszechstronne doskonalenie owych zdolności[10]. A ponieważ to prorektorzy alumnów mają najbardziej bezpośredni kontakt nadzorczy z dzieciakami, a prorektorzy sami są przybici i straumatyzowani tym, że nie zrobili kariery w zawodowym tenisie i musieli wrócić do EAT, gdzie mieszkają w przyzwoitych, lecz podziemnych pokojach, które przylegają do tunelu, i pracują jako asystenci trenerów oraz nauczyciele śmiechu wartych zajęć nieobowiązkowych - bo tym zajmuje się ośmiu prorektorów EAT, o ile nie grają w trzeciorzędnych turniejach wyjazdowych albo nie startują w rundach kwalifikacyjnych do jakiejś imprezy z grubą forsą - więc chodzą skwaszeni, mają niskie morale i często, z reguły, są niezadowoleni z siebie, nic więc dziwnego, że od czasu do czasu sami biorą, chociaż nie tak ukradkowo i entuzjastycznie jak hardcore'owa chemiczna kadra uczniowska, no więc, mając to wszystko na uwadze, nietrudno zrozumieć, dlaczego walka z narkotykami w EAT raczej kuleje.
Pompownia ma jeszcze tę miłą zaletę, że połączona jest tunelem z rzędami prorektorskich pomieszczeń mieszkalnych, co oznacza męskie toalety, co z kolei oznacza, że Hal może się przecisnąć, skulony, na palcach, do niezajętej męskiej toalety i wyszorować zęby turystyczną szczoteczką Oral-B, i obmyć twarz, i zapuścić sobie krople do oczu, i popsikać się Old Spice'em, i zażyć szczyptę ciemnozielonego kodiaka, a potem wrócić spokojnie do sekcji sauny i wyjść na powierzchnię świeży i pachnący, bo kiedy ćpa, rodzi się w nim potężna obsesja nieujawniania przed nikim - nawet przed kadrą neurochemiczną - że ćpał. Obsesja ta ma nieodpartą wręcz siłę. Rozmiar zabiegów organizacyjnych, które Hal musi wykonać, i liczba przyborów toaletowych, które musi przetaszczyć, zanim uwali się w sekrecie przed podziemnym wentylatorem wyciągowym podczas przerwy przed kolacją, zniechęciłyby osobnika mniejszego formatu. Hal nie ma pojęcia, dlaczego i skąd u niego ta obsesja tajemnicy. Rozmyśla o tym czasami abstrakcyjnie, kiedy się uwali: o tej regule Nikt-Nie-Może-Się-Dowiedzieć. Nie jest to lęk per se, obawa przed nakryciem. Dalej jednak deliberacje Hala stają się zbyt abstrakcyjne i zagmatwane, żeby do czegokolwiek doprowadzić. Jak większość Północnoamerykanów jego pokolenia Hal wie znacznie mniej o przyczynach swojego stosunku do obiektów i celów, którym się poświęcił, niż o samych rzeczonych obiektach i celach. Trudno orzec z całą pewnością, czy to rzeczywiście takie złe. Ta niewiedza.
Drugiego kwietnia o godzinie 00:15 żona attaché medycznego wychodzi właśnie z Mount Auburn Total Fitness Center, gdzie rozegrała pięć sześciogemowych prosetów w cotygodniowej rundzie każdy-z-każdym kółka tenisowego żon dyplomatów regionu środkowowschodniego, a potem posiedziała z innymi paniami w specjalnej Sali dla Członkiń Srebrnego Klucza, z odkrytą twarzą i odsłoniętymi włosami pograła w Narjees[11] i wszystkie paliły kif, żartując sobie z największą delikatnością i oględnie z idiosynkrazji seksualnych mężów, śmiejąc się cicho i zasłaniając usta dłońmi.
Attaché medyczny wciąż przegląda w mieszkaniu nieopisany kartridż, który już kilkakrotnie cofnął do początku, aż wreszcie ustawia funkcję automatycznego powtarzania. Siedzi przykuty do zimnej kolacji i ogląda w kółko to samo, jest godzina 00:20, zmoczył już spodnie i szezlong.
Mario Incandenza, który w maju skończy osiemnaście lat, ma w Enfieldzkiej Akademii Tenisowej specjalne zadanie filmowe: niekiedy podczas porannych treningów, albo popołudniowych meczów, Trener Schtitt et al. każą mu ustawić na statywie starą kamerę albo inne urządzenie wideo, które akurat jest pod ręką, i rejestrować obraz wskazanej części kortu, grę poszczególnych dzieciaków, pracę nóg, pewne tiki i kiksy w serwisach lub wolejach, żeby nauczyciel mógł potem pokazać uczniom film instruktażowy, demonstrując im na ekranie to, o czym mówił trener albo prorektor. Chodzi o to, że dużo łatwiej coś poprawić, gdy się to zobaczy.
JESIEŃ - ROK PRODUKTÓW MLECZARSKICH Z SERCA AMERYKI
Narkomani imający się przestępstw dla sponsorowania swojego nałogu nie są najczęściej skłonni do agresywnych zbrodni. Agresja bowiem wymaga wielorakiej energii, a większość narkomanów woli zużywać energię nie na przestępstwo, tylko na to, co przestępstwo pozwala im kupić. Dlatego narkomani bywają często włamywaczami. Jeżeli dom, w którym doszło do włamania, wydaje się sponiewierany i nieczysty, to prawdopodobnie dlatego, że nawiedzili go narkomani. Don Gately był dwudziestosiedmioletnim narkomanem preferującym środki doustne (zwłaszcza Demerol i Talwin[12]) i mniej więcej zawodowym włamywaczem; sam był nieczysty i sponiewierany. Włamywaczem był jednak zdolnym i włamywał się - chociaż miał posturę młodego dinozaura, z potężną, niemal kwadratową głową, której po pijaku używał do zabawiania kolegów, pozwalając im zamykać na niej i otwierać drzwi windy, to w zenicie swoich zawodowych możliwości okazywał się bystry, sprytny, przebiegły, cichy, szybki, obdarzony dobrym gustem i niezawodnym środkiem transportu - ze swoistą zajadłą uciechą charakteryzującą jego stosunek do tego sposobu zarabiania na życie.
Jako czynny narkoman Gately wyróżniał się zajadłym i radosnym rozmachem. Duży, kwadratowy podbródek nosił wysoko, uśmiechał się szeroko, ale nikomu się nie kłaniał i nikim nie gardził. Chamstwa nie tolerował i był pogodnym, acz niezłomnym przedstawicielem szkoły Nie-Denerwuj-Się-Wal-Na-Odlew. Raz, na przykład, po niemiłej trzymiesięcznej odsiadce w Więzieniu Revere, gdzie trafił na podstawie poszlakowego podejrzenia pozbawionego skrupułów Zastępcy Prokuratora Okręgowego Północnego Wybrzeża, aby wyjść po dziewięćdziesięciu dwóch dniach, gdy obrońca z urzędu uzyskał dla niego uniewinnienie na mocy prawa do szybkiego procesu, Gately z zaufanym wspólnikiem[13] złożył półprofesjonalną wizytę w prywatnym domu wspomnianego Zastępcy Prokuratora Okręgowego, którego gorliwość i nakaz aresztowania kosztowały Gately'ego jakże przykry zaimprowizowany detoks na posadzce ciasnej celi. Będąc również wyznawcą dictum Zemsta-Najlepiej-Smakuje-Na-Zimno, Gately odczekał cierpliwie, aż w dziale Oko na Ludzi gazety "Globe" ukazała się wzmianka, że ZPO i jego żona będą obecni na jakiejś celebryckiej imprezie dobroczynnej na jachcie w Marblehead. Gately ze wspólnikiem udał się owej nocy do prywatnego domu ZPO w szpanerskiej dzielnicy Revere, Wonderland Valley, prostym spięciem licznika wyłączył domową elektryczność, po czym podpiął kabel ziemny do kosztownego alarmu HBT, żeby alarm zawył po dziesięciu mniej więcej minutach, stwarzając pozór, że przestępcy, uruchomiwszy alarm, spłoszyli się w połowie roboty. Później tej samej nocy, kiedy wykwintne towarzystwo ubezpieczeniowe z Revere i Marblehead wezwało ZPO z żoną do domu, stwierdzili oni, że zostali zubożeni o kolekcję monet i dwie zabytkowe strzelby, nic więcej. Sporo innych kosztowności walało się po podłodze w salonie przylegającym do foyer, jakby przestępcom nie starczyło czasu na ich wyniesienie. Wszystko inne w obrabowanym domu wyglądało na nienaruszone. ZPO był starym wyjadaczem: obszedł cały dom, dotykając co chwila ronda kapelusza[14], i odtworzył prawdopodobne zdarzenia: włamywaczom w ogóle nie udało się unieszkodliwić alarmu i wypłoszyła ich syrena, gdy zmasowana rezerwa HBT kopnęła z siłą 300 V. ZPO ukoił żonine poczucie sponiewierania i nieczystości. Spokojnie nalegał na spanie tej właśnie nocy u siebie w domu; żadnych hoteli, w takich razach najważniejsze jest to, żeby natychmiast wsiąść z powrotem na emocjonalnego konia. A następnego dnia ZPO załatwił sprawę z ubezpieczeniem i poinformował o strzelbach kolegę z ATF[15], a jego żona uspokoiła się i życie wróciło do normy.
Jakiś miesiąc później do eleganckiej skrzynki pocztowej ZPO z kutego żelaza przyszła koperta. W kopercie znajdowała się standardowa błyszcząca broszura Amerykańskiego Towarzystwa Stomatologicznego o znaczeniu codziennej higieny ustnej - dostępna chyba w każdym gabinecie stomatologicznym - i dwa wysokopikselowe zdjęcia polaroidowe, jedno przedstawiające dużego Dona Gately'ego, a drugie jego wspólnika, obu w halloweenowych maskach klaunów, świadczących o błazeńskiej zawodowej uciesze, obu ze spuszczonymi spodniami i w skłonie, a z zadka każdego z nich sterczał trzonek szczoteczki do zębów - były to szczoteczki ZPO i jego małżonki.
Don Gately miał dość rozumu, żeby nigdy więcej nie pracować na Północnym Wybrzeżu. Ale i tak skończył w paskudnych tarapatach, i to w związku z tymże ZPO. Albo to był pech, albo przeznaczenie, albo co. Zawiniło przeziębienie, zwyczajny ludzki rinowirus. I to nawet nie Don Gately się przeziębił, co skłoniło go do refleksji i zakwestionowania własnego losu.
Z początku rzecz wyglądała na bułkę z masłem, w sensie sztuki złodziejskiej. Piękny neogeorgiański dom we wściekle bogatej dzielnicy Brookline, usytuowany korzystnie na zapleczu nieoświetlonej pseudowiejskiej drogi, miał pretensjonalny system alarmowy SentryCo, podłączony, dość idiotycznie, do całkiem oddzielnego kabla 330 vAC 90 Hz z własnym licznikiem, raczej nie stał na trasie regularnych popołudniowych patroli policyjnych, a od tyłu miał elegancko delikatne drzwi balkonowe przesłonięte gęstymi liściastymi krzewami bez kolców i ocienione przed rzęsistym światłem halogenów znad garażu przez wytworny prywatny śmietnik. Krótko mówiąc, prawdziwy samograj dla złodzieja, dla narkomana. No to Don Gately unieszkodliwił licznik alarmu i razem ze wspólnikiem[16] włamał się do wnętrza, po którym stąpał na swoich wielkich stopach cicho jak kot. Tyle że nieszczęśliwym trafem właściciel okazał się być w domu, mimo że oba jego samochody i reszta rodziny wyjechali. Leżał chory w łóżku na górze, w acetatowej piżamie, z termoforem na piersi, z pełną do połowy szklanką soku pomarańczowego i flaszeczką NyQuilu[17], z książką w obcym języku i numerami pism "International Affairs" i "Interdependent Affairs", z grubymi okularami i przemysłowej wielkości pudłem chusteczek higienicznych na nocnym stoliku, a w nogach łóżka szemrał ledwo, ledwo słyszalnie pusty nawilżacz powietrza, no i gość był, najdelikatniej mówiąc, niezadowolony, że budzi się i widzi snopy światła górnoprzepustowych latarek krzyżujące się na ścianach nieoświetlonej sypialni, sekretarzyka i tekowej szyfonierki, bo Gately ze wspólnikiem szukali właśnie sejfu w ścianie, który - o dziwo - podobnie jak u 90% ludzi, którzy mają sejfy w ścianie, znajdował się w małżeńskiej sypialni za jakimś pejzażem lądowym lub morskim. Ludzie okazywali się tak identyczni w pewnych kluczowych domowych szczegółach, że Gately czasami czuł się aż dziwnie, jakby był w posiadaniu zbyt wielkiej dozy prywatnych informacji, do których nikt nie powinien mieć dostępu. Gately miał o wiele bardziej nieczyste sumienie z powodu posiadania tych prywatnych informacji niż z powodu zawłaszczania cudzych przedmiotów osobistego użytku. Aż tu nagle w połowie poszukiwań sejfu objawia się ten przerasowany właściciel domu, który okazał się tkwić w domu z paskudną infekcją kataralną, podczas gdy jego rodzina wyjechała w dwa samochody na jesienną wycieczkę po tym, co zostało z Berkshires, i miota się gość po łóżku, półprzytomny i naszprycowany NyQuilem, wydając tubalne nosowe odgłosy i dopytując się, co to ma znaczyć, do jasnej cholery, tyle że wysławia się w quebeckiej francuszczyźnie, która dla zbirowatych amerykańskich narkomanów znaczy dokładnie nic, i siada w łóżku, mikry i staroświecki, z głową o kształcie piłki futbolowej, z siwą hiszpańską bródką i z oczami, po których widać, że są nawykłe do soczewek korekcyjnych, i włącza oślepiającą nocną lampkę. Gately mógł stamtąd z łatwością uciec, nie oglądając się za siebie, ale oto w świetle lampki widać pejzaż morski wiszący obok szyfonierki, więc wspólnik Gately'ego zerka na niego ukradkiem i oznajmia, że mieszczący się za obrazem sejf jest śmiechu wart, można go wręcz otworzyć jednym ostrym słowem - a jako że narkomani uzależnieni od środków doustnych mają skłonność do działania na skrajnie sztywnym fizycznym schemacie potrzeby i zaspokojenia, a Gately jest w tym momencie całkowicie w sytuacji potrzeby, więc D.W. Gately decyduje się na własną rękę iść na całość i zmienić nieagresywne włamanie w klasyczny rabunek, który w obliczu prawa wiąże się z zastosowaniem przemocy lub groźby przemocy - i Gately prostuje się na całą swoją groźną wysokość, świeci latarką w kaprawe oczka mikrego właściciela domu i zwraca się do niego w języku groźnych przestępców z popularnych filmów rozrywkowych, stosując twardy akcent, liczne apokopy i tak dalej, i łapie gościa za ucho, i sprowadza go na dół do kuchni, gdzie przywiązuje mu ręce i nogi do krzesła kablami elektrycznymi odciętymi schludnie od lodówki, elektrycznego otwieracza puszek i automatycznego ekspresu do kawy marki M.Cafe, ponieważ ma nadzieję, że wycieczka do Berkshires udała się pierwszorzędnie i gość posiedzi solo na krześle przez dłuższy czas; następnie Gately zaczyna szperać po kuchni za srebrami - nie za paradnymi srebrami od wielkiego dzwonu, bo te już znalazł w szkatule z cielęcej skórki pod schludnie poskładanymi papierami po prezentach gwiazdkowych w przepięknej, inkrustowanej kością słoniową komodzie w salonie, gdzie 90% ludzi z wyższych sfer trzyma z reguły najlepsze srebra w rodzaju tych, których stos[18] czeka teraz na Gately'ego i jego wspólnika w foyer, tylko za zwyczajnymi starymi srebrami na co dzień, bo olbrzymia większość właścicieli domów trzyma ścierki dwie szuflady poniżej szuflady z codziennymi srebrami, a Pan Bóg nie uczynił lepszego knebla do tłumienia wołań o pomoc niż stara, dobra zalatująca oliwą ścierka kuchenna z grubego lnu; tymczasem skrępowany kablami gość na krześle połapał się, czego Gately szuka, i szamocze się, i mówi: "Niech mnie pan nie knebluje, jestem ciężko przeziębiony, mam zatkany nos, nie mogę oddychać przez nos, na litość boską, niech mi pan nie knebluje ust"; i w geście dobrej woli właściciel domu podaje Gately'emu, który wciąż szpera po szufladach, kombinację do sejfu ukrytego za morskim pejzażem w sypialni, tyle że w liczebnikach francuskich, które w połączeniu z nosową modulacją, jaką jego mowie narzuca grypa, nie brzmią w uszach Gately'ego jak ludzka mowa, ale uwaga, gość mówi Gately'emu, że posiada jeszcze stare złote quebeckie monety z czasów przed aneksją brytyjską, schowane w sakiewce z cielęcej skóry, przytwierdzonej taśmą klejącą do odwrocia mało znanego pejzażu impresjonistycznego, który wisi w salonie. Niestety, wszystko, co mówi kanadyjski właściciel domu, znaczy tyle co nic dla biednego poczciwego Dona Gately'ego, który pogwizduje skoczną melodię i stara się wyglądać groźnie w masce klauna - znaczy niewięcej niż, powiedzmy, krzyki mew z Północnego Wybrzeża albo śródlądowych wilgowronów; no i rzeczywiście, ścierki leżą dwie szuflady pod łyżkami, i oto Gately kroczy przez kuchnię jak jakiś Bozo z piekła rodem, a usta gościa z Quebecu tworzą ze zgrozy regularny owal i w te właśnie usta wciska się zmięta w kulę, lekko zalatująca tłuszczem ścierka, a w poprzek policzków i kopuły zmiętego płótna przechodzi wysokojakościowa taśma klejąca z szufladki pod odciętym telefonem - dlaczego wszyscy trzymają przybory do pakowania w szufladzie najbliższej kuchennego telefonu? - i Don Gately ze wspólnikiem kończą szybko i w najlepszej wierze bezprzemocową akcję ogołocenia domu, który wygląda teraz jak łąka po inwazji zdziczałych chomików, i zamykają za sobą frontowe drzwi, i odjeżdżają nieoświetloną drogą w niezawodnej czteronapędówce Gately'ego z podwójnym tłumikiem. A związany, rzężący, odziany w acetat Kanadyjczyk - prawa ręka Szefa najbardziej chyba niesławnej organizacji antyonanowskiej na północ od Wielkiej Wklęsłości, adiutant i zaufany doradca od rozwiązywania problemów, który altruistycznie i na ochotnika przeniósł się wraz z rodziną w dziko amerykańskie okolice metropolitalnego Bostonu, aby tam działać jako łącznik i animator pomiędzy kilkoma wzajemnie antagonistycznymi ugrupowaniami Quebeckich Separatystów a albertańskimi ultraprawicowcami zjednoczonymi li tylko fanatycznym przekonaniem, że eksperialistyczny amerykański "dar" czy też "przywrócenie" tak zwanej Zrekonfigurowanej Wielkiej Wypukłości północnemu sąsiadowi i sojusznikowi ONAN stanowi nieznośny cios w kanadyjską suwerenność, honor i higienę - właściciel domu, bez wątpienia VIP, aczkolwiek VIP raczej potajemny, więc może trafniej byłoby powiedzieć po francusku PIT[19] o tym potulnie wyglądającym koordynatorze kanadyjskiego terroryzmu - przywiązany do krzesła, starannie zakneblowany, siedzący sam jak palec pod fluorescencyjnym oświetleniem kuchni[20], mężczyzna dotknięty retrowirusem, zakneblowany z wprawą pierwszorzędnym materiałem - gość, który tak bardzo się starał choć częściowo udrożnić zablokowany przewód nosowy, że zerwał sobie więzadła międzyżebrowe, stwierdził niebawem, że uzyskany z takim trudem dopływ powietrza zablokował się ponownie nieustępliwą lawą kataru, więc zrywa sobie kolejne więzadła, usiłując przedmuchać drugie nozdrze, i tak w kółko; a po godzinie walki, palenia w klatce piersiowej i krwi na wargach oraz na białej ścierce od gorączkowych prób wypchnięcia tejże ścierki językiem przez taśmę klejącą, która jest taśmą wysokiej jakości, i po zrywie nadziei na dźwięk dzwonka u drzwi, nadziei zgasłej, gdy osoba za drzwiami, młoda kobieta z podkładką do pisania i gumą do żucia, która roznosi promocyjne kupony gwarantujące zniżkę Happy Holidays na sześciomiesięczne lub dłuższe członkostwo w sieci bostońskich solariów bez UV, wzrusza osłoniętymi parką ramionami, kreśli znak na podkładce i beztrosko cofa się długim podjazdem do pseudowiejskiej drogi, godzina lub dłużej tej męki, zanim wreszcie quebecki PIT, ofiara niewysłowionej tortury - bo powolna śmierć przez uduszenie, kataralne czy nie, to nie wycieczka na Montrealski Festiwal Tulipanów - w szczytowym nasileniu udręki, słysząc własny puls w skroniach jako zamierający grzmot dalekiej burzy i obserwując kurczące się pole widzenia otoczone wirującym równomiernie czerwonym kręgiem, pomimo bólu i paniki potrafi jedynie myśleć, jakie to głupie, tak umrzeć, po tak długim czasie, której to myśli, gdyby nie ścierka i taśma uniemożliwiająca mimikę, towarzyszyłby rzewny uśmiech, jaki przydarza się najlepszym z ludzi na najgłupszym końcu żywota - ów Guillaume DuPlessis zszedł smętnie z tego padołu i siedział dalej na kuchennym krześle, 250 km na wschód od zachwycającego jesiennego listowia, przez dwie noce i dwa dni, przybierając postawę coraz bardziej wojskową za sprawą rigor mortis, z bosymi stopami, które z racji zasinienia przypominają fioletowe bochny chleba; a gdy wezwani wreszcie Najwspanialsi z Brookline odwiązali go od zimno oświetlonego krzesła, musieli wytaszczyć biedaka w pozycji siedzącej, tak comme il faut po wojskowemu zesztywniały mu członki i kręgosłup. A nieszczęsny Don Gately, którego zawodowy zwyczaj wyłączania elektryczności przez odcięcie kabla licznika jest, na dobrą sprawę, jak własnoręczny podpis i który zajmował, oczywiście, szczególne miejsce w sercu bezwzględnego ZPO z Revere, słynącego ostatnio na cały Boston i okolice jako bezprecedensowo bezwzględny ZPO, którego żona musiała teraz zażywać valium, nawet kiedy czyściła zęby nitką dentystyczną, podczas gdy wzmiankowany ZPO cierpliwie czekał na okazję, będąc z natury cierpliwym Mścicielem i Zimnym Draniem, zupełnie jak Don Gately, który przez brak skłonności do energochłonnej przemocy znalazł się oto po szyję w piekle szamba, które potrafi życie człowieka postawić na głowie.
Rok Pieluchomajtek Depend dla Dorosłych: InterLace TelEntertainment, 932/1864 RISC sieciowe odbiorniki TP z/bez konsoli, Pink2, satelitarny cyfrowy system rozpowszechniania post-Primestar, menu, ikonki, bezpikselowy InterNet Fax, trój- i czwórmodemy z regulacją transmisji, Sieci Rozpowszechniania, ekrany o wysokiej rozdzielczości dającej złudzenie realu, ekonomiczna wideofonia, wbudowany Froxx CD-ROM, elektroniczna couture, konsole typu all-in-one, nanoprocesory Yushityu, chromatografia laserowa, karty pamięci z funkcją Virtual, impuls światłowodowy, kodowanie cyfrowe, zabójcze aplikacje; newralgia nadgarstka, migrena fosfonowa, otłuszczenie pośladków, lumbago.
3 LISTOPADA - ROK PIELUCHOMAJTEK DEPEND DLA DOROSŁYCH
Pok. 204, Subdormitorium B: Jim Troeltsch, lat siedemnaście, miejsce zamieszkania Narbeth PA, obecnie #8 w rankingu Osiemnastolatków Chłopców Enfieldzkiej Akademii Tenisowej, zachorował. Ponownie. Stało się to, gdy w/w ubierał się ciepło na trening kadry B o godz. 7:45. Mały odtwarzacz pokojowy z wyciszoną jak zwykle fonią wyświetlał kartridż z nagraniem jednej ósmej finału wrześniowego turnieju US Open, a Troeltsch poprawiał akurat zapięcie suspensorium, bezwiednie naśladując pięścią akcję meczu, kiedy go dopadła. Choroba. Przyszła znikąd. Nagle gardło zaczęło go boleć przy oddychaniu. Potem poczuł straszne gorąco w otworach czaszki. Potem kichnął, wydzielając gęstą i lepką materię. Stało się to błyskawicznie i spadło jak grom z jasnego przedtreningowego nieba. Troeltsch leży teraz w łóżku na wznak i ogląda czwartego seta meczu, ale nie naśladuje akcji. Ekran znajduje się dokładnie pod plakatem Pemulisa z paranoicznym królem[21], na który nie da się nie patrzeć, jeżeli chce się patrzeć w ekran. Zużyte chusteczki zaśmiecają podłogę wokół kosza na śmieci ustawionego przy łóżku. Nocna szafka jest zawalona dostępnymi bez recepty i na receptę środkami wykrztuśnymi i przeciwkaszlowymi, środkami przeciwbólowymi i megakapsułkami witaminy C, wśród których stoi buteleczka Benadrylu i buteleczka Seldane[22], z tym że buteleczka po Seldane zawiera kilka 75 mg kapsułek, które Troeltsch podprowadza po cichu z części pokoju należącej do Pemulisa i gromadzi, w swoim mniemaniu sprytnie, na widoku, we flaszeczce po lekach przy łóżku, której Peemsterowi nigdy nie przyjdzie do głowy sprawdzić. Troeltsch jest z tych, co potrafią rozpoznać u siebie gorączkę przez dotknięcie czoła. To na pewno rinowirus, wyjątkowo agresywny. Troeltsch zastanawia się, czy może wczoraj podczas lunchu, gdy stali obok dozownika mleka i Graham Rader udał, że kicha mu w talerz, Graham Rader nie kichnął naprawdę, bez udawania, że udaje, i tym sposobem przeniósł zakaźne rinowirusy na delikatną śluzówkę Troeltscha. Troeltsch gorączkowo obmyśla kosmiczną zemstę na Raderze. Żadnego z współlokatorów Troeltscha nie ma w pokoju. Ted Schacht poddaje się właśnie pierwszemu w tym dniu masażowi wodnemu kolana. Pemulis wyszykował się i poszedł na trening o 7:45. Troeltsch oddał Pemulisowi śniadanie w zamian za napełnienie mu inhalatora i wykonanie telefonu do pielęgniarki z pierwszej zmiany z prośbą o "jeszcze trochę" antyhistaminowego Seldane Forte plus dekstrometorfan w aerozolu i pisemne usprawiedliwienie nieobecności na porannym treningu. Leży i poci się obficie, śledząc zarejestrowany cyfrowo mecz zawodowego tenisa, ale zanadto boi się o gardło, by komentować głośno akcję na ekranie. Seldane nie powinien oszałamiać, a jednak Troeltsch czuje się osłabiony i nieprzyjemnie ogłupiały. Z trudem zwiera dłoń w pięść. Jest zlany potem. Całkiem możliwe, że dostanie torsji. Nie może uwierzyć, jak szybko to na niego przyszło, ta choroba. Inhalator kipi i beka, a wszystkie cztery okna w pokoju zachodzą mgiełką w zetknięciu z panującym na zewnątrz zimnem. Słychać nikłe, smutne odgłosy, jakby ktoś w oddali strzelał z szampana - to dziesiątki piłek odbijanych na Kortach Wschodnich. Troeltsch dryfuje na poziomie tuż nad snem. Gigantyczne wentylatory ATHSCME wysoko na ścianie w głębi pokoju, daleki szum od granicy i głosy z zewnątrz, i puk-puk zimnych piłek tworzą rodzaj dźwiękowego dywanu pod trawiennymi dźwiękami inhalatora i skrzypieniem sprężyn łóżka Troeltscha, który się rzuca i podryguje w wilgotnym półśnie. Ma ciężkie germańskie brwi i dłonie o grubych kłykciach. Doświadcza nieprzyjemnego, narkotycznie gorączkowego stanu półsnu, raczej fugi dysocjacyjnej niż uśpienia, nie tyle dryfowania, ile bycia miotanym przez wzburzone morze, na zmianę pogrążanym i wytrącanym z tego półsnu, w którym umysł wciąż pracuje, i można spytać siebie, czy się śpi, czy jedynie śni. A sny w tym stanie są poszarpane na brzegach, nadżarte, niekompletne.
To dosłownie "śnienie na jawie", chore, rodzaj niepełnej fugi, z której człowiek budzi się z psychicznym hukiem, gramoląc się niezdarnie do pozycji siedzącej, przekonany, że w sypialni jest ktoś nieupoważniony. I Troeltsch opada chorobliwie z powrotem na zaplutą poduszkę, wgapiony prosto w górę, w rozwlekłe fałdy tureckiego kobierca, który Pemulis z Schachtem przymocowali za pomocą Krazy-Glue do rogów sufitu, aby się wzdymał, tworząc pejzaż dolin i cieni.
Zaczynam rozumieć, że doznanie najgorszych koszmarów, których można doświadczać we śnie lub na jawie, jest identyczne z formą tychże koszmarów: to nagła wewnątrzsenna świadomość, że istota i oś koszmaru towarzyszyła ci od zawsze, nawet na jawie, tyle że była... przeoczona; i tu następuje ta straszliwa pauza między uświadomieniem sobie, co przeoczyłeś, a odwróceniem głowy, by przyjrzeć się temu, co od początku było z tobą, przez cały czas... Było już w twoim pierwszym koszmarze z dala od domu i bliskich, w twojej pierwszej nocy w Akademii: śni ci się, że się budzisz z głębokiego snu, budzisz się nagle, spocony i spanikowany, i ogarnia cię nagłe poczucie, że w ciemności obcego dormitorium znajduje się destylator totalnego zła, sama esencja i środek zła jest tutaj, w tej sali, właśnie teraz. Przeznaczone wyłącznie dla ciebie. Nie obudził się żaden z pozostałych małych chłopców w tej sali; zagłębienie pryczy nad tobą jest martwe, nieruchome; nikt się nie rusza; nikt inny w tym pomieszczeniu nie czuje obecności radykalnego zła; nikt się nie rzuca, nie zrywa spocony; nikt nie krzyczy; cokolwiek to jest, to nie jest zło dla nich. Latarka, którą matka podpisała ci na przezroczystej taśmie klejącej i starannie spakowała, omiata snopem światła internacki pokój: podwieszany sufit, szary prążkowany materac i wybrzuszenie siatki sprężyn łóżka, też w matowoszarym kolorze, który nie odbija światła; sterty książek, płyt CD, taśm i sprzętu tenisowego; twój krąg białego światła drży jak księżyc na wodzie, igrając po identycznych sekretarzykach, po niszy mieszczącej łazienkę i drzwi na korytarz, po szczeblinach framugi stożek światła obmacuje urządzenia, cienie brył chłopięcych ciał na tabaczkowo-białych ścianach, dwa owale szmacianych dywaników na drewnianym parkiecie, czarne linie listew przypodłogowych, szpary w żaluzjach, przez które sączy się fioletowe nieświatło nocy bez śniegu, z małym tylko haczykiem księżyca; twoja podpisana matczyną kursywą latarka bada każdy cm ścian, reostaty, płyty CD, plakat InterLace z Tawni Kondo, konsole telefoniczne, osobiste teleporty na biurkach, twarz na podłodze, plakaty z zawodowymi tenisistami, cebulowożółty odcień abażurów lampek na biurkach, układy dziurek w panelach sufitu, kratę sprężyn górnej pryczy, niszę z szafką i drzwiami, chłopców zakutanych w koce, lekkie, lecz zauważalne pęknięcie o linii górskiego potoku we wschodniej części sufitu, klonowy reglet na styku sufitu i ścian od strony północnej i południowej, żadna podłoga nie ma twarzy, którą ukazało ci światło twojej latarki, ale czyż nie widziałeś jej oczu o szeroko rozstawionych źrenicach zwężonych pionowo jak u kota, o brwiach w kształcie \/ i upiornie zębatych ustach szczerzących się szyderczo do twojego światła przez cały czas o matko skanujesz twarz na podłodze o matko a snop światła twojej latarki maca ciemności szukając znów tej przeoczonej twarzy za blisko za daleko wreszcie skupiasz się na tym co przeczuwałeś ale widziałeś nie widząc dopiero co gdy tak uważnie operowałeś światłem, twarz na podłodze która była tam zawsze chociaż inni nie czuli jej obecności a i ty jej nie widziałeś aż do chwili gdy poczułeś że nie powinno jej tu być, bo to jest zło: zło.
I wtedy jej paszcza rozwiera się, by połknąć twoje światło.
I budzisz się rozdygotany jak membrana bębna, leżysz przebudzony i drżący, mobilizując odwagę i wydzielanie śliny, i przekręcasz się na prawy bok, tak jak w tym śnie, żeby sięgnąć po rzeczoną latarkę przy łóżku, na wszelki wypadek, i leżysz na boku, świecąc latarką po pokoju, tak jak w tym śnie. Leżysz, sunąc latarką, i patrzysz; cały składasz się z żeber, łokci i rozszerzonych źrenic. Obudzona podłoga jest zasłana sprzętem sportowym i brudnymi ciuchami, jasny parkiet o zwartych szparach, dwa chodniki, gołe wypastowane drewno lśni w śnieżnym świetle padającym z okien, podłoga jest neutralna, bez twarzy, nie widzisz żadnej twarzy na podłodze, a leżysz obudzony, bez twarzy, pusty, wytrzeszczony, co chwila omiatając światłem podłogę, niepewny przez całą noc, na zawsze niepewny, czy czegoś nie przegapiasz, czegoś, co przecież tam jest: leżysz przytomny i prawie dwunastoletni, wierząc z całych sił.
?ROK PIELUCHOMAJTEK DEPEND DLA DOROSŁYCH
Enfieldzka Akademia Tenisowa działa jako placówka oświatowa akredytowana od jedenastu lat, trzy lata przed-Sponsorowane i osiem lat Sponsorowanych, najpierw pod dyrekcją dr. Jamesa Incandenzy, a następnie pod zarządem jego przyrodniego szwagra, Charlesa Tavisa, doktora pedagogiki. James Orin Incandenza - jedyne dziecko byłego amerykańskiego mistrza juniorów w tenisie, a później obiecującego młodego aktora sprzed Metody, który we wczesnym okresie formacyjnym stał się aktorem nieszanowanym i właściwie nieobsadzalnym, co go zmusiło do powrotu do rodzinnego Tucson, AZ, gdzie resztki energii podzielił między gościnne występy w charakterze zawodowego tenisisty w uzdrowiskach agroturystycznych a sporadyczny udział w spektaklach grupy o nazwie Desert Beat Theater Project, zapijaczonego tragika upośledzanego stopniowo przez obsesję śmierci wskutek ukąszenia pająka, tremę sceniczną oraz gorzką niechęć niejasnego pochodzenia, lecz zabójczej intensywności, do szkoły zawodowego aktorstwa opartej na Metodzie i do jej najbardziej obiecujących przedstawicieli; ojca, który w nadirze swych zawodowych sukcesów postanowił zejść do spryskanej Raidem piwnicznej pracowni i zmajstrować obiecującego sportowca kategorii juniorów, tak jak inni ojcowie odbudowują zabytkowe samochody albo budują statki w butelkach, albo dokonują renowacji foteli etc. - James Incandenza wyrósł na zamkniętego w sobie, lecz pojętnego adepta tej gry, a wkrótce został zdolnym zawodnikiem kategorii juniorów - wysokim, w okularach, władczym przy siatce - który za tenisowe stypendia sam sobie sfinansował prywatną szkołę średnią, a potem wyższą, najdalej od amerykańskiego Południowego Zachodu, jak tylko można zajechać, nie topiąc się. Prestiżowe rządowe ONR[23] sfinansowało mu doktorat z fizyki optycznej, co było jak spełnienie dziecięcego marzenia. W federalnym okresie historycznym od G. Forda do wczesnego G. Busha jego wartość strategiczna jako głównego właściwie speca od stosowanej optyki geometrycznej w ONR i SAC, projektanta rozpraszających neutrony odbłyśników do systemów broni termostrategicznych, późniejszego członka Komisji Energii Atomowej - gdzie opracowane przezeń indeksy gamma-refrakcyjne do anodowanych litem soczewek i paneli uchodzą za jeden z sześciu wynalazków, które umożliwiły Stanom Zjednoczonym i ich sojusznikom oraz protektorom zimną fuzję pierścieniową i względną niezależność energetyczną - przełożyła się, po przejściu J.O.I. na wcześniejszą emeryturę z sektora publicznego, na patentową fortunę w postaci dochodów z lusterek wstecznych do okularów fotochromowych, holograficznych kartridżów okolicznościowych na urodziny i Boże Narodzenie, wideofonicznych tableau, oprogramowania do kartografii równopowierzchniowej, niefluorescencyjnych systemów oświetlenia ulicznego oraz sprzętu filmowego, a następnie, gdy J.O.I. wycofał się z twardej nauki, którą w jego mniemaniu uwieńczyło wybudowanie i uruchomienie akredytowanej przez USTA i pedagogicznie eksperymentalnej akademii tenisowej, aby zająć się "apresgardową" eksperymentalno-konceptualną twórczością filmową, która albo zbytnio wyprzedzała swój czas, albo za nim nie nadążała, ale w chwili śmierci J.O.I. w Roku Mydełka Dove w Rozmiarze Próbnym cieszyła się wielkim wzięciem, jakkolwiek w znacznej części była podobno pretensjonalna, pozbawiona wdzięku i kiepska, do czego mogło się przyczynić stopniowe popadanie J.O.I. w ciężką dipsomanię - przypadłość jego nieboszczyka ojca[24].
Majowo-grudniowy[25] ślub rosłego, niezgrabnego, upośledzonego społecznie i ostro pijącego doktora Incandenzy z jedną z nielicznych bona fide seksbomb w północnoamerykańskim świecie akademickim, z wyjątkowo wysoką i nerwową, ale przy tym wyjątkowo ładną, wdzięczną, niepijącą i rasową Avril Mondragon - jedyną żeńską przedstawicielką kadry akademickiej, która objęła katedrę MacDonalda na Wydziale Gramatyki Normatywnej w college'u Royal Victoria przy Uniwersytecie McGilla, poznaną przezeń na zorganizowanej przez Uniwersytet Toronto konferencji naukowej na temat Refleksy a Refleksje w Ujęciu Systemowym - stał się jeszcze bardziej romantyczny za sprawą przeszkód biurokratycznych w uzyskaniu wizy wyjazdowej, a następnie wjazdowej, nie mówiąc już o Zielonej Karcie, nawet dla poślubionej w USA profesor Mondragon, której studenckie związki, aczkolwiek ewidentnie nieagresywne, z pewnymi członkami Quebeckiej Lewicy Separatystycznej sprawiły, że jej nazwisko znalazło się na sławetnej liście Personnes a Qui On Doit Surveiller Attentivement Kanadyjskiej Królewskiej Policji Konnej. Narodziny Orina, pierwszego dziecka państwa Incandenzów, były przynajmniej po części manewrem prawnym.
Wiadomo, że w ciągu ostatnich pięciu lat życia dr James O. Incandenza polikwidował swoje aktywa i umowy patentowe, przekazał nadzór nad lwią częścią działań Enfieldzkiej Akademii Tenisowej przyrodniemu bratu żony - byłemu inżynierowi zatrudnionemu ostatnio w Zarządzie Sportu Amatorskiego Throppinghamshire Provincial College, Nowy Brunszwik, Kanada - a niezmącone troską godziny poświęcił niemal wyłącznie produkcji filmów dokumentalnych, hermetycznych filmów o sztuce oraz zjadliwie niejasnych i obsesyjnych dramatów fabularnych, pozostawiając po sobie pokaźną (zważywszy na późny wiek twórczego rozkwitu) liczbę ukończonych filmów, z których część zyskała uznanie małej widowni akademickiej, ceniącej je za techniczny rozmach oraz patos, który jakimś cudem potrafił być zarazem surrealistycznie abstrakcyjny i rozdzierająco melodramatyczny.
Przedwczesne samobójstwo profesora Jamesa O. Incandenzy juniora w wieku lat pięćdziesięciu czterech uznano za wielką stratę w trzech co najmniej światach. Prezydent J. Gentle (FC) wygłosił mowę żałobną w imieniu ONRUSDD i AECONAN oraz przekazał kondolencje za pośrednictwem tajnej poczty elektronicznej ARPA-NET. Pogrzeb Incandenzy w hrabstwie L'Islet, Quebec, był dwukrotnie przekładany o cykl hiperfloracji pierścieniowej. Wydawnictwo Cornell University Press ogłosiło plan wydania księgi pamiątkowej. Kilku młodych, cytat, "apregardowych" i "antykonfluencyjnych" filmowców zastosowało w swojej twórczości z Roku Mydełka Dove w Rozmiarze Próbnym pewne zawoalowane chwyty wizualne - przede wszystkim światłocień i efekty niestandardowej soczewki, charakterystyczne dla oryginalnej techniki "pełnej głębi ostrości" Incandenzy - składając zmarłemu elegijny hołd wtajemniczonych, niezauważalny dla publiczności. Wywiad z Incandenzą opublikowany został pośmiertnie w książce o genezie formowania się pierścieni. A ci juniorzy w EAT, których hipertroficzne ramiona dały się wcisnąć w czarną opaskę, nosili takową na kortach przez prawie rok.
DENVER, KOLORADO, 1 LISTOPADA ROKU PIELUCHOMAJTEK DEPEND DLA DOROSŁYCH
- Nienawidzę tego! - drze się Orin do wszystkich szybujących zbyt blisko. Nie robi pętli ani korkociągów, jak ci szołmeni, raczej halsuje szybowcowym odpowiednikiem pługa śnieżnego, nieefektownym i nastawionym na to, żeby ukończyć trening jak najszybciej i bez szwanku. Nylon sztucznych czerwonych skrzydeł łopocze w prądzie wstępującym; źle przylepione pióra stale się odrywają i stają na sztorc. Prąd wstępujący to tlenki z tysięcy ust na stadionie Mile-High. Zdecydowanie najgłośniejszym stadionie świata. Orin czuje się jak ostatni kutas. Dziób utrudnia mu oddychanie i widzenie. Dwaj skrajni wykonują coś w rodzaju połączonej beczki. Najgorszy jest moment tuż przed skokiem z bandy stadionu. Ręce siedzących w górnych rzędach wyciągają się i próbują łapać. Ludzie się śmieją. Kamery InterLace śledzą lotniarzy i robią zbliżenia; Orin aż za dobrze zna boczną lampkę, która oznacza zoom. Gdy już wzbiją się nad boisko, głosy rozpraszają się i wtapiają w tlenki oraz prąd wstępujący. Lewa garda się wznosi, zamiast opadać. Para dziobów i szpon odrywają się komuś i pikują na murawę. Orin halsuje wisielczo w tę i z powrotem. Należy do tych, którzy kategorycznie odmawiają świstania i krakania. Pal sześć dodatkowe punkty. Megafony stadionu brzmią jak metaliczny gulgot. Nawet na ziemi nigdy nie słychać ich wyraźnie.
Smutny stary eksobywatel Quebecu, który już ledwo się trzyma, wierzga, jakby wykopywał piłkę z miejsca, i zrównuje się z szybującym powoli w tę i we w tę Orinem około stu metrów nad linią wyznaczającą czterdziesty jard boiska. Jest jedną z symbolicznych samic: ma mniej ostry dziób i nie tak krzykliwie czerwone skrzydła.
- Nie cierpię tego, Clayt, nienawidzę z całej duszy!
Tamten próbuje wykonać skrzydłem gest rezygnacji i prawie go znosi w dziewicze upierzenie Orina.
- Już prawie na dole! Miłego lotu! Ty... meldujesz się w dwadzieścia dwa G, zaraz koło...
Reszta komunikatu ginie w gremialnym ryku towarzyszącym lądowaniu pierwszego zawodnika, który zrzuca promocyjne czerwonopióre urządzenie. Trzeba wrzeszczeć na całe gardło, żeby ktoś obok usłyszał. W pewnym momencie ryk tłumu jakby sam sobie odpowiadał, powstaje echo jak po wybuchu. Jeden z zawodników Broncos wypada z kostiumu głową w dół w środkowym polu, co wygląda, jakby urządzeniu urwała się dupa. Orin nie przyznał się nikomu z Cardinalsów, nawet psychologowi drużyny, specjaliście od terapii wizualizacyjnej, do swojego śmiertelnego lęku wysokości.
- Ja wykopuję piłkę. Płacą mi za to, że wykopuję daleko, wysoko, dobrze i na każde zawołanie! Zmuszanie mnie do osobistych wywiadów na temat moich osobistych spraw jest karygodne! Ale to już przekracza wszelkie granice! Dlaczego my się na to godzimy! Jestem sportowcem! A nie błaznem cyrkowym! Nikt nie wspominał o lataniu przy zawieraniu kontraktu. W Nowym Orleanie kończyło się na sukniach i aureolach i raz na sezon była cytra. Ale to raz na sezon. A to jest, kurwa, jakiś koszmar!
- Mogło być gorzej!
Opadają spiralnie ku linii X-ów i ku facetom w czapkach z daszkiem, którzy pomagają odpiąć skrzydła - to ochotnicy, mają piwne brzuchy i zawsze uśmiechają się ironicznie, ale tak, że nie można im nic zarzucić.
- Płacą mi za wykopywanie!
- W Filadelfii jest jeszcze gorzej!... W Seattle podtapiali przez trzy sezo...
- Błagam cię, Panie, oszczędź moją nogę - szepcze Orin za każdym razem tuż przed lądowaniem.
- ...że mógłbyś być Oilerem! Albo Brownsem.
?
Organopsychodeliczny muscymol, izoksazol z grupy alkaloidów pozyskiwany z Amanita muscaria alias muchomora - którego w żadnym razie nie należy mylić, podkreśla Michael Pemulis, z phalloides, verna ani innymi trującymi gatunkami północnoamerykańskiej Amanity - a małe dzieci siedzą po turecku na podłodze Sali Projekcyjnej, patrzą szklanym wzrokiem, starają się nie ziewać - o nazwie chemicznej 5-aminometylo-3-izoksazol, zażywana doustnie w jednorazowej dawce 10-20 mg, która czyni ją dwu- do trzykrotnie silniejszą od psylocybiny, wywołuje zazwyczaj następujące zmiany świadomości (nie czyta z kartki i nie odwołuje się do notatek): rodzaj półsennego transu, któremu towarzyszą wizje, stan uniesienia, doznanie fizycznej lekkości i wzmożonej siły, podwyższoną percepcję zmysłową, synestezję oraz przyjemne zniekształcenia obrazu ciała. Odbywa się to w ramach przedobiedniej narady plemiennej ze Starszym Kumplem, podczas której młodsze dzieci otrzymują zazwyczaj braterskie wsparcie i rady od starszego ucznia. Pemulis traktuje czasami narady plemienne swojej grupy jako rodzaj kolokwium, na którym dzieli się osobistymi odkryciami i zainteresowaniami. Na ekranie podłączonym do komputera wyświetla się wersalikami tytuł wykładu: METOKSYLOWANE PODSTAWY MANIPULACJI FENYLOALKILAMINOWEJ, a pod spodem biegnie tekst, który dla Młodszych Kumpli mógłby być równie dobrze po grecku. Dwoje dzieci ściska rytmicznie piłki tenisowe; dwoje kiwa się po chasydzku, żeby nie zasnąć; jedno nosi czapeczkę ze sztucznymi czułkami zrobionymi z ciasno skręconych sprężyn. A Pemulis opowiada im, że czczony w różnym stopniu przez aborygeńskie plemiona dzisiejszego południowego Quebecu i Wielkiej Wklęsłości muchomor jest zarazem wielbiony i znienawidzony za swoje silne, lecz nie zawsze (to zależy od staranności dawkowania) przyjemne psycho-duchowe efekty. Jeden chłopczyk z wielkim zainteresowaniem sonduje własny pępek. Inny udaje, że się przewraca.
Niektórzy trzeciorzędni gracze zaczynają podobno niestety już w wieku lat dwunastu, szczególnie z psychedrynami przed meczem i enkefaliną[26] po, co może wywołać błędne koło osobniczej neurochemii; co do mnie jednak, to złożywszy za młodu pewne śluby tyczące się ojców i unikania podobieństwa, do piętnastego, a nawet szesnastego roku życia nie spróbowałem nawet kawałeczka Boba Hope'a[27] - dopiero wtedy Bridget Boone, w której pokoju zbierało się przed gaszeniem świateł sporo szesnastolatków i młodszych, zaprosiła mnie na późnonocne bongo o działaniu psychodysleptycznego Sominexu, który być może pozwoli mi wreszcie przespać do końca niemiły sen, nawracający co noc tygodniami i budzący mnie in medias res - sen, który już zaczynał mnie wykańczać, co objawiało się lekkim spadkiem jakości gry i pozycji w rankingu. Czy sprawił to podłej jakości syntetyczny bob, czy nie, w każdym razie bongo podziałało jak zaklęcie.
W tym śnie, który od czasu do czasu jeszcze powraca, stoję na oczach tłumu na końcowej linii gargantuicznego kortu. Najwyraźniej biorę udział w turnieju: jest widownia, oficjele. Kort ma rozmiary boiska futbolowego, chociaż może tylko tak się wydaje. Trudno powiedzieć. Nade wszystko jednak kort jest skomplikowany. Linie tego kortu, które narzucają ramy grze, są złożone i zawiłe jak rzeźba ze sznurka. Biegną we wszystkich kierunkach, biegną ukośnie albo się krzyżują, tworząc węzły, nisze i rzeki, i dopływy, i systemy wewnątrz systemów: linie, narożniki, przesmyki i kąty zamazują się na dalekim horyzoncie siatki. Stoję niepewnie. Całość jest zbyt zagmatwana, żeby ją ogarnąć za jednym zamachem. Po prostu przeogromna. I dzieje się to publicznie. Milczący tłum rozmywa się na domniemanej granicy kortu, poubierany w cytrusowe letnie kolory, nieruchomy i bardzo czujny. Batalion sędziów liniowych stoi w beznamiętnym pogotowiu, w marynarkach i kapeluszach safari, z rękami złożonymi na rozporkach spodni. Wysoko w górze, przy domniemanym słupku siatki, sędzia główny w granatowej marynarce, na wysokim krześle, podłączony do megafonu, szepcze: Grać. Tłum tworzy tableau, nieruchome i uważne. Obracam w dłoni trzonek rakiety i odbijam świeżutką żółtą piłkę, usiłując wykombinować, w który punkt chaosu powinienem skierować serwis. Na trybunach po lewej dostrzegam białą solejkę Mamuś: Mamuś siedzi w małym krążku prywatnego cienia, siwowłosa, noga na nogę, wznosząc delikatną piąstkę w geście zwartego i bezwarunkowego poparcia.
Sędzia główny szepcze: Proszę Grać.
Gramy tak jakby. Ale wszystko jest jakieś hipotetyczne. Nawet "my" to teoria: właściwie nie widzę dalekiego przeciwnika przez cały ten sztafaż gry.
?ROK PIELUCHOMAJTEK DEPEND DLA DOROSŁYCH
Lekarze mają skłonność do wkraczania na obszar swojej praktyki zawodowej z dziarskim animuszem, który muszą nieco powściągać, kiedy tym obszarem jest piąte piętro szpitala, oddział psychiatryczny, gdzie dziarski animusz zakrawałby na swoistą Schadenfreude. Dlatego lekarze na oddziałach psychiatrycznych tak często noszą na twarzach nieuchwytnie fałszywy wyraz zaintrygowanego skupienia, jeśli i kiedy mija się ich w korytarzach piątego piętra. Dlatego lekarz szpitalny - z reguły zdrów, rumiany, bez widocznych porów skóry i niemal zawsze ładnie pachnący czystością - podchodzi do pacjenta psychiatrycznego pozostającego pod jego opieką z zawodową manierą plasującą się gdzieś pomiędzy obojętnością a zaangażowaniem, ze zdystansowaną, lecz szczerą troską podzieloną równo pomiędzy subiektywny dyskomfort pacjenta a twarde fakty danego przypadku.
Lekarz, który wetknął piękną głowę przez uchylone drzwi przegrzanej sali i chyba odrobinę zbyt subtelnie zapukał w metalowe ościeże, zastał Kate Gompert leżącą na boku na wąskim, twardym łóżku, w granatowych dżinsach i koszulce bez rękawów, z kolanami podkulonymi do podbrzusza i oplecionymi palcami rąk. Patos tej pozy był niemal zbyt oczywisty: dokładnie tę samą pozę przedstawiała melancholijna rycina z epoki Watteau, wykorzystana jako frontyspis Atlasu stanów klinicznych Jewtuszenki. Kate Gompert była w granatowych tenisówkach bez skarpetek i sznurowadeł. Połowę jej twarzy zasłaniała zielona lub żółta, trudno powiedzieć, poszewka plastikowej poduszki, jej dawno niemyte włosy pozlepiały się w przetłuszczone strąki, a czarne pasma kładły się niczym lśniące pręty krat na widocznej połowie czoła. Oddział psychiatryczny pachniał ostro środkiem dezynfekcyjnym i dymem papierosowym z Palarni, z kwaśną nutą odoru odpadów medycznych czekających na wyniesienie i słabym, lecz permanentnym amoniakalnym fetorem uryny; rozbrzmiewał w nim podwójny dzwonek windy, daleki brzęczyk interkomu wywołujący któregoś lekarza i donośne przekleństwa wariata z różowego Pokoju Ciszy w drugim końcu korytarza oddziału psychiatrycznego, patrząc od strony Świetlicy. Pokój Kate Gompert też pachniał przypalonym kurzem z odpowietrznika centralnego ogrzewania oraz przesłodzonymi perfumami młodej pielęgniarki oddziału psychiatrycznego, która siedziała na krześle w nogach łóżka dziewczyny, żuła niebieską gumę i oglądała niemy film z kartridża ROM na oddziałowym laptopie. Kate Gompert była w grupie S, co oznaczało Nadzór Specjalny, co oznaczało, że zdradzała kiedyś Myśli i Zamiary, co oznaczało, że musi pozostawać pod ścisłą obserwacją dwadzieścia cztery godziny na dobę, dopóki lekarz prowadzący nie odwoła Nadzoru Specjalnego. Personel na dyżurach S zmieniał się co godzina, oficjalnie po to, żeby osoba dyżurująca była zawsze wypoczęta i czujna, ale tak naprawdę dlatego, że siedzenie w nogach łóżka i patrzenie na kogoś, kto przeżywa tak straszną psychiczną udrękę, że chce się zabić, było niewiarygodnie przygnębiające, nudne i niemiłe, w związku z czym personel dzielił znienawidzony dyżur na jak najmniejsze cząstki. Dyżurnym nie wolno było czytać, pisać, oglądać CD-ROM-ów, zajmować się osobistą toaletą czy w dowolny inny sposób odwracać uwagę od pacjenta S. Pacjentka Gompert sprawiała wrażenie, jakby nie mogła złapać tchu, a jednocześnie oddychała tak szybko, że graniczyło to z hipokapnią; lekarz nie omieszkał też zauważyć, że Kate Gompert miała stosunkowo duże piersi, które wznosiły się i opadały gwałtownie w kręgu ramion, którymi obejmowała kolana. Oczy dziewczyny, które były bez wyrazu, odnotowały pojawienie się lekarza w drzwiach, lecz nie śledziły jego zbliżania się do łóżka. W dodatku dyżurna pielęgniarka piłowała sobie paznokcie jednorazowym pilnikiem. Lekarz powiedział jej, że chce zostać na chwilę sam z panną Gompert. Regułą jest, że lekarz, zwracając się do podwładnego, czyta lub przynajmniej obrzuca wzrokiem coś na podkładce z klipsem, więc doktor pilnie wpatrywał się w Kartę Przyjęcia pacjentki i arkusze dokumentacji choroby nadesłane via Med.-Net z oddziałów psychiatrycznych innych szpitali miejskich. Gompert Katherine A., lat 21, zam. Newton, MA. Rejestratorka danych w biurze nieruchomości w Wellesley Hills. Cztery hospitalizacje w ciągu trzech lat, depresja kliniczna, jednobiegunowa. Jedna seria terapii elektrowstrząsowej w szpitalu Newton-Wellesley, dwa lata temu. Przyjmowała przez krótki czas Prozac, następnie Zoloft, ostatnio Parnate z litem. Dwie wcześniejsze próby samobójcze, ostatnia latem br. Bi-Valium nie zażywa od dwóch lat, Xanaksu nie zażywa od roku - przyznaje się do nadużywania przepisanych środków. Depresje jednobiegunowe o dość klasycznym przebiegu, charakteryzujące się nasiloną dysforią, stanami lękowymi z objawami paniki, niepokojem/nadpobudliwością w fazie dziennej, myślami i próbami "S". Pierwsza próba - z użyciem CO: silnik pojazdu w garażu zatrzymał się, zanim doszło do śmiertelnej reakcji hemotoksycznej. Druga próba (ubiegły rok) - blizny chwilowo niewidoczne, gdyż węzły naczyniowe nadgarstków pacjentki są ukryte pod zgiętymi kolanami. Wpatrywała się dalej w drzwi, w których pojawił się lekarz. Ostatnia próba "S" - przedawkowanie leków. Hospitalizowana via Ostry Dyżur trzy doby temu. Dwa dni na respiratorze po płukaniu żołądka i lewatywie. Kryzys nadciśnieniowy drugiego dnia wywołany przez retoks metaboliczny - musiała zażyć od cholery tabletek - pielęgniarka oddziałowa z OIOM-u wzywała kapelana, a więc retoks musiał być poważny. Tym razem prawie umarła dwa razy, Katherine Ann Gompert. Trzeci dzień pod obserwacją na 2-West, ostrożne podanie litu ze względu na skaczące ciśnienie krwi. Obecnie na oddziale 5, pod jego opieką. Ciśnienie krwi stabilne w czterech ostatnich pomiarach. Następne badanie godz. 13:00.
Ta próba była poważna, na serio. Dziewczyna nie żartowała. Przypadek kliniczny jak z Jewtuszenki czy Dretskego. Ponad połowa przyjmowanych na oddziały psychiatryczne to typ czirliderek po zażyciu dwóch fiolek Midolu z powodu zerwania licealnego romansu albo też typ siwego aseksualnego ponuraka, niepocieszonego po śmierci ukochanego czworonoga. Katarktyczna trauma znalezienia się w psychiatryku, kilka wyrozumiałych skinień głową, jakieś banalne zalecenie wysłuchane jednym uchem - i trzask-prask, wychodzą. Trzy poważne próby i seria elektrowstrząsów to zgoła inny przypadek. Stan wewnętrzny lekarza lokował się gdzieś pomiędzy trwożną drżączką a podnieceniem, co manifestowało się na zewnątrz beznamiętnym wyrazem głębokiej zaintrygowanej troski.
Lekarz powiedział Cześć i wyjaśnił, że chce się upewnić, że ma do czynienia z Katherine Gompert, ponieważ jak dotąd się nie spotkali.
- To ja - odpowiedziała z gorzkim zaśpiewem. Głos miała dziwnie ożywiony jak na kogoś, kto leży w pozycji embrionalnej z martwym wzrokiem bez mimiki.
Lekarz spytał, czy mogłaby mu trochę opowiedzieć. Dlaczego znalazła się tu u nich na oddziale. Czy pamięta, co się stało?
Wzięła jeszcze głębszy oddech. Usiłowała zakomunikować tym znudzenie lub irytację.
- Połknęłam sto dziesięć parnatów, jakieś trzydzieści kapsułek Litonatu i trochę starego Zoloftu. Połknęłam wszystko, co miałam na świecie.
- W takim razie musiałaś chcieć zrobić sobie krzywdę, na to wygląda.
- Na dole powiedzieli, że to Parnate spowodował utratę przytomności. Podziałał na ciśnienie krwi. Moja matka usłyszała hałas na górze i znalazła mnie leżącą na boku: żułam dywanik. Mój pokój jest wyłożony szmacianymi dywanikami. Mówiła, że leżałam na podłodze cała czerwona i obśliniona jak noworodek; podobno w pierwszej chwili doznała halucynacji, że znowu jestem noworodkiem. Leżącym na boku, całym czerwonym i obślinionym.
- To był wynik kryzysu hypertensyjnego. Ciśnienie krwi tak wzrosło, że mogło cię zabić. Sertralina w połączeniu z MAOI[28] w odpowiedniej dawce zabija. A biorąc pod uwagę toksyczność takiej ilości litu, muszę powiedzieć, że masz szczęście, że w tej chwili tu jesteś.
- Moja matka czasami myśli, że ma halucynacje.
- Sertralina, nawiasem mówiąc, to ten Zoloft, który połknęłaś, zamiast zgodnie z instrukcją pozbyć się go po zmianie leku.
- Twierdzi, że wygryzłam dużą dziurę w dywaniku. Ale kto wie.
Lekarz wybrał prawie najlepszy długopis z kolekcji w kieszonce białego kitla i zanotował coś w świeżej karcie choroby Kate Gompert, wydanej przez ten konkretny oddział psychiatryczny. Wciśnięta między długopisy w jego kieszonce widniała gumowa końcówka pleksora diagnostycznego. Zapytał Kate, czy mogłaby mu powiedzieć, dlaczego chciała zrobić sobie krzywdę. Czy była zła na siebie. Na kogoś innego. Czy przestała czuć, że jej życie ma sens. Czy może słyszała głosy namawiające ją do zrobienia sobie krzywdy.
Nie padła żadna słyszalna odpowiedź. Oddech dziewczyny spowolnił do przyspieszonego. Lekarz zastosował elementarny trik kliniczny i spytał Kate, czy nie byłoby jej łatwiej, gdyby przekręciła się na drugi bok i usiadła, żeby wreszcie mogli porozmawiać ze sobą normalnie, twarzą w twarz.
- Przecież siedzę.
Lekarz trzymał długopis w pogotowiu. Jego powolne skinienie głową było wyważone i beznamiętnie zaintrygowane.
- Chcesz powiedzieć, że czujesz się tak, jakby twoje ciało już znajdowało się w pozycji siedzącej?
Spojrzała na niego przeciągle jednym okiem, westchnęła znacząco i przekręciła się z boku na bok, po czym usiadła. Katherine Ann Gompert uznała widocznie, że ma przed sobą kolejnego psychiatrę z zerowym poczuciem humoru. Powodem tego było zapewne jej niezrozumienie ścisłych ograniczeń metodologicznych, które każą lekarzowi oddziału psychiatrycznego traktować nowo przyjętych pacjentów z całą dosłownością. Zresztą tutejsze żarty i sarkastyczne uwagi były zbyt brzemienne w znaczenia kliniczne, żeby nie traktować ich serio: sarkazm i żarciki okazywały się często butelką, w której chorzy na depresję kliniczną przemycali swoje najrozpaczliwsze wołania o pomoc. Doktor - który, nawiasem mówiąc, nie miał jeszcze stopnia dr., tylko był stażystą na dwunastotygodniowej praktyce psychiatrycznej - cierpliwie znosił te kliniczne fanaberie, podczas gdy pacjentka dawała misterny pokaz wyciągania spod siebie cienkiej poduszki i ustawiania jej na sztorc przy gołej ścianie za łóżkiem, po czym oparła o poduszkę zgarbione plecy i skrzyżowała ręce na piersiach. Doktor doszedł do wniosku, że ten ostentacyjny pokaz irytacji może oznaczać albo coś pozytywnego, albo nic. Kate Gompert wbiła wzrok w punkt nad lewym ramieniem mężczyzny.
- Ja nie chciałam zrobić sobie krzywdy. Ja chciałam się zabić. To różnica.
Lekarz poprosił ją o wyjaśnienie, jak rozumie różnicę między jednym a drugim.
Zwłoka poprzedzająca jej odpowiedź była tylko marginalnie dłuższa niż pauza w typowej niezobowiązującej rozmowie. Doktor nie miał pojęcia, na co może wskazywać to ostatnie spostrzeżenie.
- Macie tu do czynienia z różnymi rodzajami samobójstw?
Tym razem lekarz rezydent nie zapytał Kate Gompert, co miała na myśli. Kate Gompert jednym palcem usunęła sobie coś z kącika ust.
- Sądzę, że muszą istnieć różne typy samobójstw. Ja nie zaliczam się do tych, co nienawidzą siebie. Do tych, co zdają się mówić: "Jestem gównem i świat będzie szczęśliwszy beze mnie", a jednocześnie wyobrażają sobie, że wszyscy przyjdą na ich pogrzeb. Poznałam ten typ na oddziałach. Jestem-biednym-malutkim-kotkiem-nienawidzę-siebie-ukarz-mnie-przyjdź-na-mój-pogrzeb. I pokazuje ci błyszczące zdjęcie swojego zdechłego kota, w formacie 20 × 25. To rozczulanie się nad sobą. Jedna wielka ściema. Ja nie miałam specjalnych zażaleń. Nie oblałam egzaminu, nikt mnie nie rzucił. Wszystkie te typy robią sobie krzywdę.
Wciąż ta niepokojąca, intrygująca kombinacja twarzy-maski z konwencjonalnie ożywionym głosem. Doktor nieznacznie kiwa głową, co w jego zamierzeniu ma być nie odpowiedzią, lecz zaproszeniem do kontynuacji wypowiedzi, tym, co u Dretskego nazywa się Momentumizer.
- Nie chciałam się jakoś szczególnie zranić. Czy też ukarać. Ja siebie nie nienawidzę. Chciałam się tylko wyautować. Nie chciało mi się dłużej grać, to wszystko.
- Grać. - Doktor potwierdza skinieniem głowy, robiąc drobne, szybkie notatki.
- Po prostu chciałam przestać być świadoma. Zaliczam się do całkiem innego typu. Po prostu już nie chciałam się tak czuć. Gdybym umiała sama wprowadzić się w stan długiej śpiączki, zrobiłabym to. Albo zaaplikować sobie elektrowstrząsy, zrobiłabym to. Zamiast.
Lekarz notował zawzięcie.
- Ostatnią rzeczą, jakiej mogłabym chcieć, jest ból fizyczny. Ja już po prostu nie chcę się tak czuć. Nie wierzę... nie wierzyłam, że to uczucie samo kiedyś minie. Nie wierzę. Wciąż nie wierzę. Wolałabym nic nie czuć niż czuć to.
Oczy doktora wyrażają abstrakcyjnie żywe zainteresowanie. Są znacznie powiększone za ładnymi, lecz grubymi szkłami w stalowej oprawce. Pacjenci z innych pięter skarżyli się czasem, że czują się jak preparat w słoju obserwowany przez grube szkło. Doktor przemówił:
- To uczucie pragnienia, by śmiercią położyć kres odczuwaniu, jest zatem...
Gwałtownie, rozpaczliwie zaprzeczyła ruchem głowy.
- To odczucie jest powodem pragnienia śmierci. To odczucie jest przyczyną pragnienia śmierci. Jestem tutaj, bo chcę umrzeć. Dlatego znajduję się w pokoju bez okien, z okratowanymi żarówkami i bez zamka w drzwiach toalety. Dlatego odebrali mi sznurówki i pasek. Ale tego odczucia jakoś nie odbierają, co?
- Czy tego odczucia, o którym mówisz, doświadczałaś już w poprzednich depresjach, Katherine?
Pacjentka nie odpowiedziała od razu. Wysunęła stopy z kapci i palcami jednej stopy dotknęła drugiej. Czynność tę śledziła wzrokiem. Rozmowa chyba pomogła jej się skoncentrować. Jak większość pacjentów z depresją kliniczną zdawała się funkcjonować lepiej w stanie uważnej aktywności niż w stanie spoczynku. W typowym dla tych pacjentów paralitycznym zastoju umysł działa destrukcyjnie. Ale skłonienie pacjenta do zrobienia czegoś, co pomoże mu się skupić, to za każdym razem tytaniczny wysiłek. Większość stażystów uważała piąte piętro za przygnębiające miejsce odbywania praktyk.
- Próbuję się od ciebie dowiedzieć, czy to odczucie, o którym mówiłaś, kojarzysz konkretnie ze swoją depresją.
Jej spojrzenie powędrowało w bok.
- Tak to, zdaje mi się, lubicie nazywać.
Lekarz kilkakrotnie pstryknął powoli długopisem i wyjaśnił, że bardziej interesuje go, jak ona sama nazwałaby to odczucie, które jest przecież jej odczuciem.
Powróciła do obserwacji ruchu własnych stóp.
- Wkurza mnie ta nazwa, bo moim zdaniem depresja kojarzona jest z głębokim smutkiem, milczeniem i melancholią: że ktoś siedzi przy oknie i wzdycha albo sobie leży. Wszystko jest mu obojętne. Taki rodzaj rzewnego stanu zawieszenia.
Wydawała się teraz lekarzowi zdecydowanie bardziej ożywiona, chociaż nadal nie patrzyła mu w oczy. Jej oddech znów przyspieszył. Lekarz przypomniał sobie, że klasycznemu epizodowi hiperwentylacji towarzyszą skurcze nadgarstka i stopy, więc postanowił starannie obserwować podczas wywiadu dłonie i stopy pacjentki pod kątem odruchów tężcowych, w przypadku których zaleca się podanie kroplówki z wapnia w roztworze solankowym, którego stężenie trzeba będzie szybko sprawdzić.
- No a to - wskazała na siebie - to nie jest stan. To jest odczucie. Ja to czuję w całym ciele. W rękach i w nogach.
- Czy również w nad... w dłoniach i stopach?
- Wszędzie. W głowie, w gardle, w tyłku. W żołądku. To jest wszędzie. Nie wiem, jak to nazwać. Nie mogę wyjść z siebie, żeby nazwać to czymkolwiek. To raczej zgroza niż smutek. Raczej zgroza. Jakby miało się zdarzyć coś strasznego, najstraszniejszego, co można sobie wyobrazić, bo masz poczucie, że natychmiast powinieneś coś zrobić, żeby temu zapobiec, tylko że nie wiesz co, a jednocześnie to się już dzieje, przez cały ten straszny czas to się ma stać i już się staje, jednocześnie.
- A więc powiedziałabyś, że znaczną część depresji stanowi napięcie.
W tej chwili nie było jasne, czy pacjentka odpowiada lekarzowi.
- Wszystko potwornieje. Widzisz same brzydkie rzeczy. Obmierzłe, to jest właściwe słowo. Doktor Garton użyła kiedyś słowa "obmierzłe". To jest właściwe słowo na określenie tego czegoś. Wszystkie dźwięki stają się dokuczliwe, ostre i bolesne, jakby nagle każdy słyszalny dźwięk dostał zębów. I wydaje ci się, że śmierdzisz nawet tuż po wyjściu spod prysznica. No a jaki jest sens w myciu się, skoro wszystko śmierdzi twoim niemytym ciałem?
Lekarz wszystko to notował i przez moment miał minę bardziej zaintrygowaną niż zatroskaną. Wolał robić notatki odręcznie niż na laptopie, gdyż był zdania, że lekarze stukający podczas wywiadu w ustawiony na kolanach komputer sprawiają wrażenie oziębłych.
Kate Gompert skrzywiła się mimowolnie, gdy doktor pisał.
- Człowieku, ja się boję tego czucia bardziej niż czegokolwiek. Bardziej niż bólu, śmierci mamy i zatrucia środowiska. Najbardziej na świecie.
- Lęk to główny składnik napięcia - potwierdził lekarz.
Katherine Gompert jakby na chwilę wyłoniła się ze swojego mrocznego snu. Przez kilka sekund patrzyła lekarzowi prosto w oczy, a on, który się wyzbył zażenowania pod intensywnym spojrzeniem pacjenta, kiedy odbywał staż piętro wyżej, na oddziałach paraliżu/plegii, wytrzymał jej wzrok, odpowiadając spojrzeniem pełnym uprzejmego współczucia, charakterystycznym dla osoby, która współczuje, chociaż oczywiście nie czuje tego, co pacjent, i okazuje szacunek dla uczuć cierpiącego tym, że nawet nie próbuje udawać, że je podziela. Z kolei mina młodej kobiety zdradzała, że oto już na wstępie relacji terapeutycznej Kate Gompert postanowiła podjąć własne ryzyko. Malujący się teraz na jej twarzy wyraz abstrakcyjnej determinacji był echem miny doktora z chwili, gdy poprosił on pacjentkę, by usiadła na łóżku.
- Niech pan posłucha - powiedziała. - Było panu kiedyś niedobrze? Mdliło pana, jakby miał pan za chwilę puścić pawia?
Doktor wykonał gest mówiący: No jasne.
- Parszywe uczucie, no nie? A to tylko w żołądku. Mówi się: "Niedobrze mi", a to tylko sam żołądek. - Z powrotem wpatrywała się intensywnie w swoje kończyny dolne. - To wszystko okej, co mówiłam doktor Garton, ale niech pan sobie wyobrazi, że dokładnie tak samo czuje się pan cały od środka. W całym ciele. Jakby każda pana komórka, czy tam atom, czy neuron, czy cokolwiek, miało mdłości i chciało się wyrzygać, ale nie mogło, i tak się pan czuje przez cały czas, i ma pan pewność, że to uczucie nigdy, przenigdy nie minie, że spędzi pan z nim resztę swojego naturalnego życia.
Lekarz zapisał coś, co było o wiele za krótkie na to, żeby korespondowało bezpośrednio z jej słowami. Kiwał przy tym głową, czego nie poniechał, gdy podniósł wzrok.
- Ale przecież to samo mdlące uczucie pojawiało się i znikało w przeszłości, w poprzednich depresjach, i jakoś ci przechodziło, prawda, Kate?
- Ale o tym się zapomina, kiedy ono trwa. Czuje się, że tak zawsze było i zawsze będzie, i zapomina się, że kiedyś przeszło. Bo to jest filtr, przez który odbywa się całe myślenie, parę tygodni po...
Siedzieli i patrzyli na siebie. Doktor doznawał połączonych emocji silnego klinicznego podekscytowania i niepokoju, że powie coś nie tak w tej przełomowej chwili i wszystko spaprze. Jego nazwisko było wyhaftowane żółtą przędzą na lewej kieszonce białego fartucha, który miał obowiązek nosić.
- Słucham? Parę tygodni po...
Odczekał kilka oddechów.
- Chcę dostać elektrowstrząsy - powiedziała wreszcie. - Czy w ramach tego troskliwego wywiadu nie powinien pan spytać, jak według mnie moglibyście mi pomóc? Bo ja to już przerabiałam. Nie zapytał pan, czego bym sobie życzyła. Mam powiedzieć? No to albo mi znowu zróbcie ECT[29], albo oddajcie mi pasek. Bo ja tego uczucia nie zniosę ani przez sekundę dłużej, a sekundy napływają bez końca.
- No cóż... - powiedział powoli lekarz, kiwając głową na znak, że dotarły do niego wyrażone przez młodą kobietę uczucia. - No cóż, chętnie omówię z tobą opcje terapii, Katherine. W tej chwili jednak muszę stwierdzić, że zaciekawił mnie początek twojej wypowiedzi, który zabrzmiał jak wstęp do wyznania, co takiego stało się dwa tygodnie temu, co rzeczone uczucie wywołało. Czy zechciałabyś ze mną o tym porozmawiać?
- Albo ECT, albo możecie mnie uśpić na miesiąc. Jesteście w stanie to zrobić. Potrzebuję, myślę, najwyżej miesiąca. Coś w rodzaju kontrolowanej śpiączki. To moglibyście dla mnie zrobić, jeśli chcecie pomóc.
Lekarz przyglądał się jej z cierpliwością, którą miała zauważyć.
A ona odpowiedziała mu przerażającym uśmiechem, uśmiechem wypranym z wszelkiej emocji, zupełnie jakby ktoś poraził jej mięsień okrężny ust tigmotaktyczną elektrodą. Widoczne w tym uśmiechu zęby zdradzały typowe dla osoby cierpiącej na depresję kliniczną oznaki zaniedbania higieny jamy ustnej.
- Właśnie miałam powiedzieć, że uzna mnie pan za wariatkę, jak panu powiem. Ale zaraz sobie przypomniałam, gdzie jestem.
Wydała cichy odgłos, który miał być śmiechem, ale zabrzmiał chropawo, zjadliwie.
- Miałam powiedzieć, że dawniej czasami myślałam, że to uczucie ma coś wspólnego z Nadzieją. Hope.
- Hope.
Przez cały czas pacjentka miała ręce skrzyżowane na piersiach i chociaż pokój był przegrzany, bez przerwy pocierała dłońmi ramiona, a odruch ten kojarzony jest powszechnie z uczuciem chłodu. Poza i ruch dłoni chroniły wewnętrzną stronę jej ramion przed widokiem. Brwi lekarza utworzyły synklinę w wyrazie zdziwienia, z czego nie zdawał sobie sprawy.
- Bob.
- Bob.
Lekarz zaniepokoił się, że jego niemożność zrozumienia, o co chodzi dziewczynie, wyjdzie na jaw, potęgując jej poczucie osamotnienia i psychicznego bólu. Klasycznym depresjom jednobiegunowym towarzyszy zazwyczaj dręczące przekonanie, że nikt inny nie słyszy ani nie rozumie podejmowanych przez pacjenta prób porozumienia się z otoczeniem. Stąd żarty, sarkazm, psychopatologia masowania ramion.
Głowa Kate Gompert kołowała na szyi jak głowa ślepca.
- Bob Hope. Dope. Zioło. Skręt. Trawa. - Wykonała szybki gest z katalogu duBoisa, przybliżając kciuk i palec wskazujący do ust złożonych w ciup. - Tam, gdzie kupuję, dilerzy, przynajmniej niektórzy, każą to nazywać przez telefon Bob Hope, na wypadek gdyby ktoś podsłuchiwał na linii. Należy pytać, czy Bob jest w mieście. I jak coś mają, to odpowiadają: "Hope springs eternal". Nadzieja umiera ostatnia. Zwykle tak. To taki szyfr. Koleś każe ci się prosić, żeby z łaski swojej popełnił przestępstwo. Ci dilerzy, co działają od jakiegoś czasu, mają skłonność do paranoi. Jakby miał się na to nabrać ktoś, kto wie wystarczająco dużo, żeby opłacało mu się czatować na linii. - Sprawiała teraz wrażenie zdecydowanie bardziej ożywionej. - Szczególnie taki jeden, co trzyma węże w akwarium, w przyczepie w Allston...
- Więc mówisz, że podejrzewasz, iż jednym z czynników sprawczych mogą być narkotyki.
Przez chwilę robiła coś, co personel pilnujący niedoszłych samobójców nazywa Tysiącmetrowym Spojrzeniem.
- Nie narkotyki - wycedziła powoli. Lekarz poczuł w sali smród wstydu, kwaśny, mocznicowy. Jej twarz stała się niedostępną maską bólu. - Odstawienie - dokończyła.
Lekarz, teraz już swobodnie, powtórzył, że chyba nie rozumie, czym ona właściwie chce się z nim podzielić.
Na to dziewczyna zrobiła serię min klinicznie uniemożliwiających lekarzowi ustalenie, czy jest do końca szczera. Min na przemian zbolałych i wyrażających hamowane rozbawienie. Powiedziała:
- Nie wiem, czy pan mi uwierzy. Martwię się, że uzna mnie pan za wariatkę. Mam problem z gandzią.
- Chodzi o marihuanę.
Lekarz był dziwnie przekonany, że Kate Gompert tylko udaje, że bierze, zamiast brać na serio.
- Marihuana. Większość ludzi uważa, że marihuana to łagodna substancja, ja wiem, taka sobie neutralna roślinka, która przypadkiem poprawia nastrój, na tej samej zasadzie, na jakiej trujący dąb powoduje swędzenie, i dlatego jak ktoś mówi, że ma problem z Bobem Hope'em, to ludzie się z niego śmieją. Bo są na rynku o wiele gorsze narkotyki. Proszę mi wierzyć, znam się na tym.
- Ja się z ciebie nie śmieję, Katherine - zapewnił doktor całkiem szczerze.
- Ale ja ją uwielbiam. Czasami nie mam nic ważniejszego w życiu. Wiem, że mi szkodzi, mówiono mi wprost, żebym nie paliła, jak biorę Parnate, bo doktor Garton twierdzi, że nie wiadomo, jak podziałają pewne kombinacje, i że to zawsze ruletka. Ale mija jakiś czas i mówię sobie, że minął jakiś czas i tym razem na pewno będzie inaczej, nawet na Parnacie, więc biorę znowu, znów zaczynam. Na początek to tylko parę buchów po pracy, żeby jakoś przetrwać obiad, bo obiady z moją matką to jest... No, mniejsza, ale bardzo szybko palę już przez całą noc, w swoim pokoju, przy wentylatorze wystawionym na okno, palę lufki i wydycham w wentylator, żeby zabić smród, i zapowiadam matce, że jakby ktoś dzwonił, to mnie nie ma, i okłamuję ją, jak pyta, co ja tam robię całą noc, a nawet jak nie pyta, bo czasem pyta, a czasem nie. Później zaczynam popalać skręty w pracy, na przerwach, idę sobie do kibla, staję na sedesie i wydmuchuję dym w okienko, bo tam jest takie małe okienko pod sufitem, zaparowane, brudne, zarośnięte pajęczynami, brzydzę się przybliżać do niego twarz, ale co robić, jak bym je umyła, to pani Diggs albo ktoś inny poznałby, że ktoś coś robił przy okienku, no więc staję w tych szpilkach na obrzeżu sedesu i w kółko myję zęby, i płuczę Collyrium[30], zużywam tego całe butle, konsolę przełączam na audio i za każdym razem, jak odbieram telefon, muszę się napić wody, bo zasycha mi w ustach, szczególnie na Parnacie, od Parnate'u zawsze zasycha mi w ustach. No i w krótkim czasie popadam w totalną paranoję: wydaje mi się, że wszyscy wiedzą, że siedzę naćpana w pracy, że jestem na haju i że cuchnę, i tylko ja jedna nie wiem, że cuchnę, więc wpadam w taką obsesję - wiedzą? wyczuli? - że proszę matkę, żeby zadzwoniła do mnie do pracy, że jestem chora, dzięki czemu po jej wyjściu do roboty mam cały dom dla siebie, nie muszę się martwić, Czy Wiedzą, ani palić w wentylator, tylko rozpylam wszędzie lizol i potrząsam kocią kuwetą, tak że cały dom zajeżdża kocią szczyną, i palę, i oglądam beznadziejny poranny chłam w teleputerze, bo nie chcę, żeby matka znalazła jakieś zamówienia na kartridże w te dni, kiedy ja rzekomo leżę w łóżku chora, i zaczynam popadać w obsesję, Czy Ona Wie. Robię się coraz bardziej nieszczęśliwa i mam dość siebie samej, że tyle palę, to przychodzi po jakichś dwóch tygodniach, nie więcej, i zaczynam mieć odlot, a myślę tylko, że powinnam odstawić to całe zioło, żeby móc wrócić do pracy, zacząć odbierać telefony i prowadzić jakieś, cholera, życie, a nie wysiadywać w piżamie, zgrywając chorą jak jakaś smarkula z trzeciej klasy podstawówki, i palić, i znów gapić się w TP, więc jak już wypalę wszystko, co mam, to mówię sobie Koniec Z Tym i wyrzucam bibułki i fifkę, już chyba wywaliłam do śmietników w naszej dzielnicy z pięćdziesiąt fifek, niektóre bardzo ładne, drewniane i mosiężne, w tym dwie z Brazylii, założę się, że śmieciarze grzebią codziennie w naszym śmietniku w poszukiwaniu kolejnej dobrej fifki. No, w każdym razie rzucam. Odstawiam. Nie mogę na to patrzeć, nienawidzę tego, co to ze mną robi. I wracam do pracy, i zasuwam jak mały parowozik, żeby nadrobić stracone dwa tygodnie, i otrzymuję wsparcie, jednym słowem gromadzę kapitał do nowego startu, rozumie pan?
Twarz młodej kobiety i jej oczy przechodziły przez liczne fazy konfiguracji afektywnych podszytych niewytłumaczalną pustką i jakby nie do końca szczerych.
- No - powiedziała - ale jednak rzuciłam. I dwa tygodnie po ostrym paleniu, po którym w końcu rzuciłam, odstawiłam i wróciłam do normalnego życia, dwa tygodnie później wkradło się powoli to odczucie, pomalutku, z początku marginalnie, jak tylko wstanę z rana albo jak czekam na T po pracy, żeby wrócić do domu na kolację. I próbuję się go wyprzeć, tego odczucia, zignorować je, bo już wiem, że ono jest silniejsze od wszystkiego.
- To odczucie, które wcześniej opisałaś, to ono się wkrada.
Kate Gompert wzięła wreszcie prawdziwy oddech.
- Ale żebym nie wiem co robiła, ono się nasila, jest go coraz więcej, tworzy taki filtr i to sprawia, że mój lęk przed nim jest coraz większy, aż po paru tygodniach to uczucie utrzymuje się permanentnie, cała w nim tkwię, grzęznę, wszystko musi się przez nie przesączyć, żeby do mnie dotrzeć, i już nie chcę palić zioła, nie chcę pracować, nie chcę wychodzić z domu ani czytać, ani oglądać TP, ani wychodzić z domu, ani siedzieć w domu, ani nic robić, ani nic nie robić, nie chcę nic, tylko żeby to odczucie minęło. Ale ono nie mija. Częścią tego odczucia jest jakby gotowość do zrobienia wszystkiego, żeby tylko przeszło. Proszę zrozumieć. Absolutnie wszystkiego. Rozumie pan? To nie jest chęć zrobienia sobie krzywdy, to jest pragnienie, żeby nie bolało.
Doktor nie udawał już nawet, że robi notatki. Wbrew własnej woli usiłował ustalić, czy aura pustej nieszczerości, którą emanowała pacjentka w procesie sprawiającym, z klinicznego punktu widzenia, wrażenie znaczącego przełomu i ruchu w kierunku zaufania i odsłonięcia się, była w istocie emanacją pacjentki czy też projekcją psychiki lekarza, wynikłą z emocji, które ożywiła w nim myśl o radykalnych możliwościach terapeutycznych, jakie nieść w sobie mogło jej wyznanie, że jest zaniepokojona zażywaniem narkotyków. To czasochłonne rozważanie przypominało z zewnątrz trzeźwy, głęboki namysł nad tym, co powiedziała Kate Gompert. Która znowu patrzyła na interakcję własnych stóp z pustymi tenisówkami bez sznurówek, a wyraz jej twarzy oscylował pomiędzy żałobą a cierpieniem. Żadna z pozycji literatury klinicznej, z którymi lekarz musiał się zapoznać na stażu psychiatrycznym, nie sugerowała związku między epizodami jednobiegunowymi a odstawieniem kanabinoidów.
- A więc tak już bywało w przeszłości, przed twoimi poprzednimi hospitalizacjami, Katherine?
Jej twarz, skrócona perspektywicznie przez nachylenie w dół, krzywiła się w konwulsyjnych konfiguracjach szlochu, ale łzy się nie pokazały.
- Niech mi pan po prostu zaaplikuje elektrowstrząsy. Niech mnie pan po prostu z tego wyciągnie. Zrobię wszystko, co pan zechce.
- Czy omawiałaś ewentualny związek pomiędzy zażywaniem kanabisu a depresjami ze swoim terapeutą, Katherine?
Nie odpowiedziała wprost. Jej kojarzenie, w opinii lekarza, zaczęło szwankować, twarz natomiast w dalszym ciągu wykrzywiała się bez łez.
- Przedtem miałam elektrowstrząsy i mi pomogły. Pasy. Pielęgniarki w tenisówkach osłoniętych zielonymi torebkami. Zastrzyki przeciwślinotokowe. Gumowy knebel na język. Znieczulenie ogólne. Tylko ból głowy. W ogóle mi nie przeszkadzał. Ja wiem, że wszyscy uważają to za horror. Taki jak w tym starym filmie z Nicholsem i wielkim Indianinem. Przesada. Tutaj też robią znieczulenie ogólne, prawda? Usypiają. To nie takie straszne. Chętnie się poddam.
Lekarz wpisywał do karty pacjenta jej wybór terapii, do którego miała prawo. Miał wyjątkowo ładny charakter pisma jak na lekarza. Jej słowa "niech mnie pan z tego wyciągnie" zamknął w cudzysłowie. Dodawał właśnie końcowe pytanie "I co dalej?", kiedy Kate Gompert rozszlochała się na dobre.
I tuż przed godziną 1:45 2 kwietnia RPDD jego żona wróciła do domu, odkryła włosy i weszła do pokoju, i ujrzała bliskowschodniego attaché medycznego i jego twarz, i tacę, i oczy, i zaświniony stan jego specjalnego szezlonga, i rzuciła się ku niemu, wzywając głośno jego imienia, dotknęła jego czoła, spróbowała wykrzesać z niego jakąkolwiek reakcję, bez rezultatu, on nadal gapił się tępo przed siebie, aż w końcu, naturalną koleją rzeczy - widząc, że mina na jego stężałej twarzy wyraża mimo wszystko emocje pozytywne, wręcz powiedziałoby się ekstazę - odwróciła głowę, podążając wzrokiem za jego spojrzeniem utkwionym w ekranie odtwarzacza kartridżów.
Gerhardt Schtitt, Trener Główny i Dyrektor Sportowy Enfieldzkiej Akademii Tenisowej w Enfield, MA, był obiektem żarliwych zabiegów ze strony Dyrektora EAT, dr. Jamesa Incandenzy, wręcz błagań o przystąpienie do zarządu szkoły, od chwili, gdy szczyt wzgórza został ścięty na płask i stanęła na nim Akademia, podejmując działalność dydaktyczną. Incandenza uparł się, że wciągnie Schtitta do zarządu - i to mimo że Schtitta poproszono niedawno o odejście z grona opiekunów obozu Nicka Bollettieriego w Sarasocie z powodu wielce niefortunnego zajścia ze szpicrutą.
Dziś już jednak wszyscy w EAT są przekonani, że całą tę aferę ze stosowaniem przez Schtitta kar cielesnych rozdmuchano ponad wszelkie sensowne proporcje, bo chociaż Schtitt wciąż ma słabość do wyglansowanych czarnych oficerek i, owszem, epoletów i posługuje się składanym wskaźnikiem do map, który ewidentnie zastępuje mu zabronioną szpicrutę, to zbliżając się do siedemdziesiątki, złagodniał do postaci podstarzałego męża stanu, który kładzie większy nacisk na pojęcia abstrakcyjne niż na dyscyplinę i jest raczej filozofem niż satrapą. Jego odczuwalna obecność ma przeważnie charakter werbalny: przez całe dziewięć lat jego pracy w EAT wskaźnik do map nie zetknął się dyscyplinarnie z ani jedną sportową pupą.
Niemniej chociaż dysponuje obecnie sztabem Lebensgefährtins[31] i prorektorów do wcielania w życie większości niezbędnych drobnych a okrutnych metod kształtowania charakteru, Schtitt nadal lubi od czasu do czasu się zabawić.
Więc gdy Schtitt przywdziewa pilotkę i gogle i odkręca manetkę pochodzącego z czasów RFN motocykla marki BMW, i jeździ za spoconymi drużynami EAT odbywającymi popołudniowe biegi kondycyjne po wzgórzach i dolinach Comm. Ave. aż do East Newton, nie żałując groszkostrzelca do poganiania maruderów, to w wózku bocznym towarzyszy mu zazwyczaj osiemnastoletni Mario Incandenza, starannie zabezpieczony pasami bezpieczeństwa. Wiatr ulizuje cienkie włosy na jego przerośniętej głowie, a Mario uśmiecha się od ucha do ucha i macha do znajomych. Może się wydać dziwne, że to właśnie leptosomatyczny Mario I., tak głęboko upośledzony, że nie jest w stanie utrzymać rakiety, o odbiciu piłki rakietą nie wspominając, że to właśnie on jest tym jedynym chłopcem w EAT, którego upodobał sobie Schtitt, na dobrą sprawę jedyną osobą, z którą Schtitt rozmawia szczerze, niejako rozpuszczając swoje pedagogiczne włosy. Nie jest on szczególnie blisko ze swoimi prorektorami, do Aubreya deLinta i Mary Esther Thode odnosi się tak oficjalnie, że graniczy to wręcz z parodią. Za to, najczęściej ciepłymi wieczorami, Mario i Trener Schtitt siedzą sobie sami pod płóciennym baldachimem Kortów Wschodnich albo pod strzelistym bukiem na zachód od budynku Mieszkalno-Administracyjnego, albo też przy którymś z porytych inicjałami sekwojowych stołów piknikowych przy ścieżce na zapleczu Domu Dyrekcji, w którym mieszkają matka Maria i jego wuj, i Schtitt delektuje się poobiednią fajką, Mario napawa się zapachem nachyłków rosnących wzdłuż wytyczonych w kwinkunks ścieżek kampusu, a ze stoków wzgórz bije słodkawy aromat sosen i drożdżowo-pleśniowa woń głogów. Mario nawet lubi siarczany odór osobliwej austriackiej wody kolońskiej Schtitta. Schtitt mówi, Mario słucha i tak to wygląda na ogół. W zasadzie Mario jest urodzonym słuchaczem. Jedną z pozytywnych stron widocznego upośledzenia jest to, że ludzie czasem zapominają o twojej obecności nawet w kontakcie twarzą w twarz. Jest prawie tak, jakbyś ich podsłuchiwał. Jest prawie tak, jakby myśleli sobie: Nikogo nie ma, nie ma się czego wstydzić. Dlatego w ucho upośledzonego słuchacza wpadają często brednie, najgłębsze sekrety lub snute na głos intymne wynurzenia godne pamiętnika, a słuchacz - uśmiechnięty, bradykinetyczny chłopiec - nawiązuje z mówiącym interpersonalną łączność, którą tylko on zdolny jest rzeczywiście poczuć, o czym sam wie.
Schtitt odznacza się nieprzyjemną żylastością starych mężczyzn, którzy wciąż uprawiają intensywną gimnastykę. Ma zdziwione niebieskie oczy i zabójczo białą fryzurę na jeża, z gatunku tych, co nadają męski i świetny wygląd mężczyznom, którzy i tak już utracili dużo włosów. Jego biała jak czysta pościel skóra wręcz błyszczy, świadcząc o odporności na UV słońca; w ocienionym sosnami półmroku jest prawie perłowa, jakby wycięta z materii księżyców. Schtitt ma dar do skupiania się cieleśnie w bardzo wąskim wycinku przestrzeni: dostosowuje rozstaw nóg do żylaków powrózka nasiennego i otula jedno ramię drugim ramieniem, jakby otulał całym sobą fajkę, którą jest zajęty. Mario potrafi siedzieć bez ruchu naprawdę długo. Kiedy Schtitt wydmuchuje dym z fajki w rozmaite formy geometryczne, obydwaj zdają się pilnie je studiować; kiedy Schtitt wydmuchuje dym z fajki, wypowiada cicho głoski, wahające się w zależności od siły plozji pomiędzy P a B.
- Realizuję cały mit wydajności bez odpadów, na którym bazuje kontynent krajów, w których tkwimy. - Wydech. - Wiesz, co to mit?
- Taka bajka?
- No właśnie. Zmyślona historia. Dla jakichś dzieci. Wydajność euklidesowa: płaska. Dla płaskich dzieci. Naprzód! Przed siebie! Dawaj! To jest mit.
- Przecież nie ma płaskich dzieci.
- Ten mit o współzawodnictwie i mistrzostwie ucieleśniamy tu w walce dla was, zawodników: zakłada się, że skuteczna jest tylko droga naprzód, dawaj! Ta bajka, że najkrótszą drogą między dwoma punktami jest linia prosta, tak?
- Tak?
Schtitt może posłużyć się ustnikiem fajki jako wskaźnikiem, narzędziem emfazy:
- Ale co z sytuacją, w której coś staje na twojej drodze, no nie? Naprzód; dawaj; zderzenie: łubudu!
- O kurdele bele!
- Gdzie jest wtedy najkrótsza prosta, tak? Gdzie skutecznie szybka prosta euklidesowa, tak? A ile jest par punktów, między którymi nic nie stoi?
Zabawnie bywa obserwować wieczorne komary osiadające i pożywiające się z lubością na perłowym Schtitcie, który jest na to obojętny. Dym nie odstrasza owadów.
- Gdy byłem małym chłopcem i trenowałem do walki o mistrzostwo, nad naszym ośrodkiem treningowym wisiał wielki transparent z hasłem JESTEŚMY DROGĄ, KTÓRĄ PRZECHODZIMY.
- O kurczę.
Tradycja wywodząca się chyba z tympanonów szatni mistrzostw Anglii na Wimbledonie nakazuje, aby każda wyższa akademia tenisowa posiadała specyficzne tradycyjne motto umieszczone na ścianie szatni, jakiś zwięzły aforyzm, który ma opisywać i objaśniać filozofię danej akademii. Po odejściu doktora Incandenzy, ojca Maria, nowy Dyrektor, dr Charles Tavis, obywatel kanadyjski, brat przyrodni lub adoptowany, zależnie od wersji, pani Incandenzy, usunął hasło założycielskie autorstwa Incandenzy - TE OCCIDERE POSSUNT SED TE EDERE NON POSSUNT NEFAS EST[32] - i zastąpił je bardziej optymistycznym: CZŁOWIEK, KTÓRY ZNA SWOJE OGRANICZENIA, NIE MA ŻADNYCH OGRANICZEŃ.
Mario jest zagorzałym fanem Gerhardta Schtitta, którego większość alumnów EAT postrzega jako prawdopodobnie wariata i szalonego gadułę, a okazują mu szczątkowy szacunek głównie dlatego, że Schtitt osobiście nadzoruje codzienne treningi i może, jeśli poczuje się dotknięty, sprawić, że Thode i deLint dadzą im solidnie w kość na porannych zajęciach pod chmurką.
Jednym z powodów, które skłoniły nieboszczyka Jamesa Incandenzę do usilnych starań o ściągnięcie Schtitta do EAT, było to, że Schtitt, podobnie jak sam założyciel szkoły (który powrócił do tenisa, a później do filmu, ze świata optyki opartej na hardcore'owej matematyce), podchodził do tenisa turniejowego jak matematyk, a nie jak technik. Większość trenerów szkolących juniorów to technicy nastawieni na rozwiązywanie bieżących problemów, fanatycy danych statystycznych, niekiedy z dodatkowym upodobaniem do krótkowzrocznej psychologii i kazań motywacyjnych. Co do nieprzywiązywania przesadnej wagi do statystyk, to Schtitt jeszcze w roku 1989 PS[33], na konferencji USTA poświęconej wykorzystaniu metody fotoelektrycznej w sędziowaniu na linii, poinformował Incandenzę o swoim przeświadczeniu, że prawdziwy tenis nie polega na łączeniu porządku statystycznego z potencjałem rozwoju, który to schemat czczą nabożnie technicy tej gry, lecz jest w istocie przeciwieństwem tego schematu - nie-porządkiem, granicą, miejscem pęknięcia, rozbicia w piękno. Że prawdziwy tenis jest tak samo nieredukowalny do ograniczonych czynników lub krzywych prawdopodobieństwa jak szachy czy boks, których to dwóch gier stanowi hybrydę. Krótko mówiąc, Schtitt oraz dryblas z sekcji optyki AEC (czyli Incandenza), któremu mordercza metoda serwuj-płasko-i-gnaj-do-siatki zapewniła gładkie przejście przez MIT na pełnym stypendium i którego konsultacyjny raport o fotoelektrycznym śledzeniu wielkich prędkości oficjele z USTA uznali za treściwy ponad ludzkie pojęcie, odkryli, że są całkowicie zgodni w kwestii wyrwania tenisa ze statystycznej regresji. Gdyby dr Incandenza pozostawał dzisiaj wśród żywych, opisywałby tenis w paradoksalnych kategoriach "dynamiki pozalinearnej"[34]. Natomiast Schtitt, którego znajomość matematyki formalnej dorównuje mniej więcej poziomowi tajwańskiego przedszkolaka, jakimś cudem wiedział to, czego nie wiedzieli Hopman, van der Meer i Bollettieri: że lokowanie piękna, sztuki i magii, i doskonalenia, i kluczy do perfekcji, i zwycięstwa w płynnym procesie gry meczowej nie jest fraktalną kwestią zredukowania chaosu do schematu. Schtitt zdawał się intuicyjnie przeczuwać, że w ogóle nie jest to kwestia redukcji, tylko - perwersyjnie - ekspansji, aleatorycznego trzepotu niekontrolowanego, metastatycznego rozrostu - gdyż każda dobrze podana piłka otwiera n możliwości odbicia, n2 możliwości odbicia każdego z tych odbić i tak dalej, aż po - jak mawiał Incandenza do tych, co podzielali jego wykształcenie - cantorowskie[35] continuum nieskończoności możliwych ruchów i odbić, cantorowskie i piękne, bo rozwijające się od wewnątrz, zamknięte, diagnatyczna nieskończoność nieskończoności wyboru i realizacji, matematycznie niekontrolowana, ale po ludzku zamknięta, ograniczona talentem i wyobraźnią gracza i przeciwnika, zagięta w siebie przez zamykające granice umiejętności i fantazji, które jednego z graczy doprowadzają w końcu do porażki, nie pozwalając wygrać obydwóm - i to one, te granice ja, czynią nareszcie ze spotkania grę.
- Znaczy się tak, jak linie końcowe są granicami w baseballu? - pyta nieśmiało Mario.
- Lieber Gott, nein! - ze zwarto-wybuchowym prychnięciem. Schtitt przepada za puszczaniem kółek z dymu, ale mu to nie wychodzi i najczęściej wydmuchuje koślawe lawendowe hot dogi, które Maria zachwycają.
Cecha Schtitta: jak większość Europejczyków jego pokolenia, zakotwiczony od niemowlęctwa w pewnych trwałych wartościach, które - no tak, tak, jasne - mogą, przyznajmy, zalatywać potencjałem protofaszystowskim, ale mimo wszystko ładnie zakotwiczają duszę i proces życia - patriarchalne wartości Starego Świata, takie jak honor, dyscyplina i wierność większej jednostce społecznej - Gerhardt Schtitt nie tyle nie lubi współczesnych ONAN-ickich Stanów Zjednoczonych Ameryki, ile uważa je za śmieszne i straszne zarazem. Przede wszystkim chyba po prostu obce. Tego nie powinno się podawać w takiej ekspozycji jak niniejsza, ale Mario Incandenza ma znacznie ograniczony zakres pamięci verbatim. Schtitt natomiast wychowany został w przedzjednoczeniowym Gymnasium hołdującym kantowsko-heglowskiej idei, że sport młodzieżowy jest w istocie kształceniem cnót obywatelskich, że sport młodzieżowy to nauka poświęcania porywczych ciasnych imperatywów własnego Ja - potrzeb, pragnień, lęków, wielorakich zachcianek łakomej osobistej woli - na rzecz większych imperatywów drużyny (no dobra, Państwa) i zbioru ograniczających reguł (no dobra, Prawa). Brzmi to niemal przerażająco prymitywnie, ale nie dla Maria, który siedzi po drugiej stronie sekwojowego stołu i słucha. Ucząc się w sali gimnastycznej cnót, które przynoszą bezpośredni zysk w grach opartych na rywalizacji, zdyscyplinowany chłopiec zaczyna budować bardziej abstrakcyjne, odraczające nagrodę umiejętności, niezbędne do bycia "graczem zespołowym" na szerszym polu: przyswaja nacechowany subtelną dyfrakcją moralny chaos służebnego obywatelstwa w Państwie. Tyle że Schtitt mówi "Ach", bo któż może sobie wyobrażać, że takie szkolenie osiągnie cel w eksperialistycznym i eksportującym odpady kraju, który zapomniał o wyrzeczeniu, ofiarności i dyscyplinie, której uczy ofiarność, wymagając jej? Stany Zjednoczone współczesnej Ameryki, w której Państwo przestało być drużyną i hasłem, stały się czymś w rodzaju niechlujnej sieci pragnień i lęków, w której jedyny społeczny konsens, któremu poddać się musi chłopiec, sprowadza się do uznania priorytetu prostolinijnej pogoni za krótkowzroczną ideą osobistego szczęścia:
- Beztroskiej przyjemności pojedynczej osoby, tak?
- No to dlaczego pan pozwala, żeby deLint przywiązywał buty Pemulisa i Shawa do linii, jak linie nie są granicami?
- Na zewnątrz jest coś większego. Co nie daje się ogarnąć i opatrzyć znaczeniem. Samotnego. Verstiegenheit[36].
- Na zdrowie.
- Cokolwiek. Co to jest, jest mniej ważne niż to, że Coś jest.
Schtitt opowiedział raz Mariowi, gdy maszerowali (Schtitt) i człapali (Mario) przez Commonwealth Avenue w kierunku wschodnim, na Allston, rozglądając się po drodze za luksusowymi lodami, że kiedy był mniej więcej w wieku Maria - a może raczej Hala, wszystko jedno - zakochał się w drzewie, w wierzbie, która wyzierała z wilgotnej perspektywy zmierzchu jak tajemnicza kobieta spowita w gazę; to drzewo na publicznym Platz zachodnioniemieckiego miasteczka miało nazwę, która w uszach Maria zabrzmiała tak, jakby ktoś się dusił. Schtitt mówił, że to drzewo wzięło go na serio.
- Chodziłem tam codziennie, żeby być z tym drzewem.
Maszerowali (Schtitt) i człapali (Mario), licząc na lody, przy czym to Mario poruszał się jak staruszek, bo nie zważał na krok, zaabsorbowany myśleniem o tym, w co wierzył Schtitt. Wyraz wytężonego myślenia na twarzy Maria przypomina to, co u kogoś innego byłoby komicznym grymasem obliczonym na rozśmieszenie niemowlęcia. Mario usiłował wymyślić, jak wyartykułować w sensownej formie pytanie w rodzaju: Ale jak ta zasada poświęcenia osobistych pragnień większej sprawie Państwa lub ukochanego drzewa czy czegokolwiek działa w celowo zindywidualizowanym sporcie, jakim jest tenis juniorów, gdzie występujesz tylko ty przeciwko temu drugiemu?
I jeszcze jedno: czym, jeżeli nie liniami końcowymi, są te granice, które obejmują i kierują do wewnątrz nieskończoną ekspansję, upodabniając tenis do szachów w biegu, pięknych i nieskończenie treściwych?
Koronna teza Schtitta i jego wielki, nieodparty atut w oczach zmarłego ojca Maria: prawdziwym przeciwnikiem, obejmującą granicą, jest sam gracz. Jedynym jestestwem na korcie, z którym trzeba się zmierzyć, zawalczyć, wynegocjować warunki, jest zawsze własne Ja. Zawodnik po drugiej stronie siatki nie jest wrogiem, jest raczej partnerem w tańcu. Jest dla ciebie, zabrakło mi słowa, pretekstem czy też okazją do spotkania ze sobą. Tak jak ty jesteś okazją dla niego. Nieskończone korzenie piękna tenisa tkwią w autorywalizacji. Rywalizujesz z własnymi ograniczeniami na drodze do przekroczenia siebie w wyobraźni i w realizacji. Zatrać się w grze: przełam ograniczenia; transcenduj; doskonal się; wygraj. Oto dlaczego tenis jest w istocie swojej przedsięwzięciem tragicznym dla doskonalącego się, poważnego juniora z ambicjami. Dążysz bowiem do pokonania i przekroczenia ograniczonego Ja, którego granice umożliwiają ci przecież grę. Tenis jest tragiczny i smutny, i chaotyczny, i piękny. Takie samo jest całe życie obywateli ludzkiego stanu: ożywcze granice leżą wewnątrz, unicestwiane i opłakiwane wciąż na nowo.
Mario rozmyśla o stalowym maszcie wyciągniętym na podwójną wysokość i zaczepia barkiem o zieloną stalową krawędź pojemnika na śmieci - piruetuje w dół na beton i już prawie pada, kiedy Schtitt rzuca się i go łapie; wyglądają prawie, jakby tańczyli przeginane tango na parkiecie, a Schtitt powiada, że tej gry muszą się nauczyć wszyscy adepci EAT, tego nieskończonego systemu decyzji, kątów i linii, nad których opanowaniem pracowali z brutalnym uporem bracia Maria: sport młodzieżowy to tylko jedna faseta prawdziwego klejnotu: bez niekończącej się wojny przeciwko własnemu Ja nie da się żyć.
Schtitt popada następnie w charakterystyczne milczenie kogoś, kto podziwia, mentalnie przewija i odtwarza to, co sam właśnie powiedział. Mario znów myśli intensywnie. Usiłuje wymyślić sposób wyartykułowania czegoś w rodzaju: Ale czy w takim razie walczyć ze sobą i pokonać siebie to znaczy zniszczyć siebie? Czy chodzi o to, że życie sprzyja śmierci? Trzej mijający ich allstońscy ulicznicy wyśmiewają się z Maria i parodiują jego wygląd za plecami Maria i Schtitta. Niektóre miny Maria, kiedy myśli, są wręcz orgazmiczne: rozdygotane i obwisłe. To w takim razie jaka jest różnica między tenisem a samobójstwem, życiem a śmiercią, grą a końcem gry?
Ostatecznie to Schtitt eksperymentuje z nowym, egzotycznym smakiem lodów, gdy już dochodzą na miejsce. Gdy przychodzi do podjęcia decyzji przy ladzie, Mario zawsze w ostatniej chwili dostaje cykora i wybiera stare dobre czekoladowe. Rozumuje tak: Lepszy taki smak, o którym wie się na pewno, że się go lubi.
- No więc tak. Może nie ma różnicy - przyznaje Schtitt, sadowiąc się prosto na ażurowym aluminiowym krześle, podczas gdy Mario zajmuje miejsce pod przekrzywionym parasolem przytwierdzonym do stolika, który z tego powodu drży i pobrzękuje na owiewającym chodnik wietrze. - Może nie ma różnicy, no tak. - Schtitt wgryza się energicznie w trójkolorowy rożek. Dotyka z boku bladej szczęki, gdzie wyrósł mu jakiś czerwony wyprysk. - Nie ma różnicy... - Spogląda w dal na wzniesioną linię środkową alei, po której zjeżdża z klekotem pociąg Green Line. - ...poza tym, że jest szansa gry. - Rozjaśnia twarz w przygotowaniu do śmiechu, do porażającego niemieckiego rechotu. - No nie? - mówi. - No tak? Szansa gry, tak? - A Mariowi spływa na brodę glut czekolady, bo Mario ma taki bezwiedny odruch, że śmieje się zawsze, kiedy śmieje się ktoś inny, więc Schtitt odkrywa, że powiedział przed chwilą coś bardzo śmiesznego.
ROK PIELUCHOMAJTEK DEPEND DLA DOROSŁYCH
Nie ma ani cienia jowialnej ironii w imieniu Tiny'ego Ewella. Tiny jest tyci, jest amerykańskim samcem o rozmiarach elfa. Jego stopy ledwo dotykają podłogi taksówki. Siedzi i wieziony jest na wschód, w ponure trzypoziomowe dzielnice East Watertown, na zachód od Bostonu właściwego. Obok Tiny'ego Ewella siedzi rehabilitant w służbowej bieli pod kurtką lotniczą, z założonymi łapskami i łagodnym, krowim wzrokiem wpatruje się w misternie pobrużdżony kark taksówkarza. Na oknie, przy którym siedzi Tiny, widnieje nalepka, która z góry dziękuje mu za niepalenie. Tiny Ewell nie nosi żadnego zimowego okrycia na marynarce z krawatem, które nie całkiem do siebie pasują, i z niespokojną intensywnością gapi się w okno na dzielnicę, w której się wychował. Normalnie korzysta z pokrętnych tras, żeby ominąć Watertown. Jego marynarka ma rozmiar 26 S, spodnie 26/24, a koszula jest jedną z tych, które tak troskliwie spakowała mu żona do zabrania na szpitalny detoks, gdzie zawisną na wieszakach niedających się zdjąć z pręta w szafie. Jak wszystkie służbowe koszule Tiny'ego Ewella, tak i ta ma wyprasowany tylko kołnierzyk i mankiety. Tiny Ewell nosi półbuty Florsheim numer 6, które przyjemnie lśnią, jeśli pominąć dużą białą rysę, pamiątkę po kopniaku we frontowe drzwi, kiedy wrócił do domu tuż przed świtem i stwierdził, że żona wymieniła zamki, złożyła wniosek o zakaz zbliżania się i porozumiewa się z nim za pośrednictwem kartek przekazywanych przez szparę na listy pod czarną mosiężną kołatką (mosiądz malowany na czarno) na białych drzwiach. Gdy Tiny się nachyla i próbuje zetrzeć rysę szczupłym kciukiem, ta tylko blednie i się rozmazuje. Tiny jest po raz pierwszy bez kapci, licząc od drugiego dnia detoksu. Florsheimy mu zabrali, gdy minęły dwadzieścia cztery godziny abstynencji i Tiny zaczął się chyba pomału odtruwać. Wcześniej widział myszy harcujące po pokoju, a kiedy złożył skargę i zażądał natychmiastowej fumigacji pomieszczenia, a potem zaczął biegać w kółko i obcasem trzymanego w dłoni Florsheima tłuc myszy, które tłumnie wlewały się do wnętrza przez gniazdka elektryczne i myszkowały odrażająco po całym pokoju, aż wreszcie sympatyczna pielęgniarka w asyście dwóch osiłków w służbowej bieli wynegocjowała z nim zamianę butów na Librium, obiecując, że ten łagodny lek uspokajający wykurzy to, co naprawdę powinno zostać wykurzone. Dali mu kapcie z zielonej pianogumy, z uśmiechniętymi buźkami na wierzchu. Pacjentów oddziału odwykowego zachęca się do nazywania ich Wesołe Paputki. Prywatnie personel mówi o nich "sikołapy". To pierwszy od dwóch tygodni dzień Tiny'ego Ewella bez gumowych kapci, odsłaniającej dupę piżamy odwykowej i pasiastego szlafroka. Wczesnolistopadowy dzień jest mglisty i bezbarwny. Niebo i ulice mają ten sam kolor. Drzewa wyglądają jak szkielety. Wzdłuż krawężników nagromadziły się lśniąco mokre śmieci. Domy są chude, trzypiętrowe, stłoczone, portowo szare z nalotem solnej bieli, w podwórkach madonny, przy ogrodzeniach rozjuszone psy na koślawych nogach. Uczniowie w nakolannikach i kaskach ochronnych grają w ulicznego hokeja na betonowym szkolnym boisku. Tylko że wszyscy jakby zastygli w bezruchu. Kościste palce drzew wykonują pod adresem przejeżdżających zaklinające gesty. East Watertown jest oczywiście prostoliniowym obszarem zabudowanym pomiędzy oddziałem odwykowym w St. Mel a domem przejściowym w Enfield; taksówkę opłacono z ubezpieczenia Ewella. Ze swoją korpulentną figurą, białą kozią bródką i silnym rumieńcem, który w weselszych okolicznościach mógłby ujść za oznakę zdrowia, Tiny Ewell wygląda jak radykalnie pomniejszony Burl Ives, jak świętej pamięci Burl Ives w niedorzecznej postaci brodatego dziecka. Tiny patrzy przez okno na rozetę kościoła przylegającego do szkolnego boiska, na którym chłopcy grają/nie grają. Rozeta nie jest podświetlona z żadnej strony.
Mężczyzna, który przez ostatnie trzy dni dzielił z Tinym Ewellem pokój na oddziale odwykowym szpitala St. Mel, siedzi na niebieskim krześle ze sztywnym oparciem przed okiennym klimatyzatorem ich wspólnego pokoju i obserwuje urządzenie. Klimatyzator szemrze i parska, a mężczyzna wpatruje się chciwie w jego ekran horyzontalnych odpowietrzników. Przewód klimatyzatora jest gruby, biały i prowadzi do gniazdka z trzema bolcami otoczonego czarnymi odciskami butów na ścianie. W listopadowym pokoju panuje temperatura około 12°C. Mężczyzna przestawia pokrętło klimatyzatora z #4 na #5. Wiszące nad klimatyzatorem zasłony wzdymają się przy oknie. Na twarzy mężczyzny obserwującego klimatyzator maluje się i zamiera rozbawienie. Mężczyzna siedzi na niebieskim krześle, z drżącym styropianowym kubkiem kawy i kartonową tacką po brownie, na którą strząsa popiół z papierosów, a klimatyzator wdmuchuje tytoniowy dym z powrotem ponad jego głowę. Tytoniowy dym zaczyna się gromadzić pod ścianą za plecami mężczyzny i schłodzony spływa na podłogę, gdzie tworzy coś w rodzaju zwału chmur. Ekstatycznie rozbawiony profil mężczyzny pojawia się w lustrze wiszącym na ścianie obok komody, wspólnej dla obydwu pacjentów. Mężczyzna, podobnie jak Tiny Ewell, ma wygląd uróżowanego nieboszczyka, charakterystyczny dla fazy odtruwania z ostatnich stadiów alkoholizmu. Jego rumieniec podszyty jest paloną żółcią chronicznej żółtaczki. Lustro, w którym się odbija, powleczone jest odpornymi na wstrząsy polimerami produkcji Lucite. Mężczyzna z tacką po brownie na kolanach pochyla się z namaszczeniem i przestawia pokrętło klimatyzatora z 5 na 3 i na 7, potem na 8, cały czas sprawdzając panel dmuchających powietrzem otworów wentylacyjnych. Wreszcie ustawia pokrętło narzędzia aż na 9. Klimatyzator ryczy i rozwiewa horyzontalnie jego długie włosy, brodę zarzuca mu na ramię, wokół wiruje popiół i okruchy z talerzyka brownie, a czubek peta jarzy się na wiśniowo i miota skry. Tiny Ewell skarżył się, że współlokator wpędza go w histerię. Łazi w sikołapach i pasiastym bawełnianym szpitalnym szlafroku i nosi okulary bez jednego szkła. Przez cały dzień obserwuje klimatyzator. Na jego twarzy malują się uśmieszki i grymasy osoby niezmiernie rozbawionej.
Gdy duży czarny rehabilitant wsadził Tiny'ego Ewella w taksówkę i sam wepchnął się za nim, podając szoferowi adres Oddział #6 Enfieldzkiego Zespołu Szpitalnego Weteranów Marynarki przy Commonwealth Avenue, taksówkarz, którego zdjęcie znajdowało się na Licencji Stanu Massachusetts przylepionej do schowka na rękawiczki, obejrzał się, zmierzył wzrokiem tyciego Tiny'ego Ewella, jego schludną białą bródkę, rumianą cerę i ostre rysy, podrapał się pod kaszkietem i spytał Tiny'ego Ewella, czy jest chory, czy co.
Tiny Ewell odpowiedział:
- Na to wygląda.
Środek popołudnia 2 kwietnia RPDD: bliskowschodni attaché medyczny; jego oddana żona; osobisty asystent osobistego lekarza saudyjskiego księcia Q-, przysłany do sprawdzenia, dlaczego attaché medyczny nie pojawił się rano w Back Bay Hilton, a potem nie odpowiedział na monit z bipera; osobisty lekarz we własnej osobie, który przyszedł sprawdzić, dlaczego jego osobisty asystent nie wraca; dwaj ochroniarze ambasady, z bronią osobistą, przysłani przez cierpiącego na kandydozę, solidnie wkurzonego księcia Q-; i dwaj schludnie odziani kolporterzy broszur z Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego, którzy dostrzegłszy w oknie salonu ludzkie głowy i stwierdziwszy, że drzwi nie są zamknięte, weszli do środka z najlepszymi duchowymi intencjami - wszyscy śledzili w TP pętlę rekursywną, którą minionej nocy włączył attaché medyczny, na stojąco lub na siedząco, z największą uwagą, bez cienia niepokoju czy też przykrości, chociaż w pokoju pachniało naprawdę bardzo nieprzyjemnie.
?30 KWIETNIA - ROK PIELUCHOMAJTEK DEPEND DLA DOROSŁYCH
Siedział ponad pustynią, podświetlony zza pleców na czerwono i ujęty w ramy skał łupkowych, obserwując bardzo żółte maszyny budowlane czołgające się po ubitej ziemi jakiegoś amerykańskiego placu budowy kilka km na południowy wschód. Wysokość skalnego występu pozwalała mu, Marathe'owi, ogarnąć wzrokiem większość terenu USA objętego numerem kierunkowym 6026. Jego cień nie sięgał jeszcze centralnych okolic miasta Tucson, jeszcze nie całkiem. Co do dźwięków w tej jałowej ciszy, to tylko czasem świsnął gorący wiatr, zafurkotały niewyraźnie skrzydełka owada, zahurgotały osypujące się po stoku żwir i drobne kamyki.
A do tego zachód słońca nad pagórkami i górami, jakże inny od rozwodnionych i takich jakichś smutnych wiosennych zachodów słońca w quebeckich rejonach Papineau, gdzie jego żona przebywała na kuracji. Ten (zachód słońca) przypominał raczej eksplozję. Rozgrywał się ponad nim i za nim, aż Marathe na jakiś czas się odwrócił, żeby popatrzeć: zachodzące słońce było nabrzmiałe, doskonale okrągłe, wielkie i promieniujące sztyletami światła, gdy zmrużył oczy. Wisiało na niebie, lekko drżąc, jak lepka kropla, która ma zaraz skapnąć. Wisiało tuż nad szczytami wzgórz Tortolita za jego (Marathe'a) plecami i zapadało się powoli.
Marathe siedział samotnie z pledem na kolanach w robionym na zamówienie fauteuil de rollent[37] na występie czy też półce skalnej w połowie wysokości góry i czekał, zabawiając się własnym cieniem. W miarę jak kąt padania światła zza jego pleców coraz bardziej się zaostrzał, doskonale znane Goethemu zjawisko Brockengespenst[38] wyolbrzymiało i rozciągało jego siedzący cień, tak że szprychy tylnych kół wózka rzucały dwa gigantyczne asteryski na więcej niż dwa hrabstwa w dolinie, a promieniste linie asterysków mogły się lekko obracać, gdy Marathe przesuwał nieznacznie gumowe obręcze kół; tymczasem cień głowy Marathe'a sięgnął przedmieść West Tucson, przynosząc tam przedwczesny zmierzch.
Wydawał się wciąż skupiony na grze swojego olbrzymiego cienia, gdy ze stromego stoku ponad nim dał się słyszeć chrzęst żwiru, a potem także czyjś oddech, z góry posypała się dokoła wózka kaskada żwiru i utytłanych ziemią kamieni, które spadały poza krawędź półki, i zaraz rozległ się niemożliwy do pomylenia z niczym bolesny krzyk osoby, która gdzieś tam powyżej zderzyła się z kaktusem. Ale Marathe nie musiał się odwracać, żeby śledzić olbrzymi cień tego, kto tak niezdarnie schodził, cień sięgający na wschód aż po pasmo Rincon wznoszące się tuż za miastem Tucson, widział więc, jak ten cień ześlizguje się ku zachodowi w stronę jego własnego cienia: to funkcjonariusz Służb Niesprecyzowanych M. Hugh Steeply zstępował z góry, upadając dwukrotnie i klnąc w amerykańskiej angielszczyźnie, aż wreszcie jego cień osunął się tuż obok monstrualnego cienia Marathe'a. Nastąpił jeszcze jeden bolesny krzyk, gdy funkcjonariusz terenowy Służb Niesprecyzowanych runął na ziemię i zjechał na tyłku ostatnie kilka metrów prosto na skalną półkę, a nawet prawie i poza nią, gdyby nie to, że Marathe puścił pistolet maszynowy schowany pod kocem i złapał Steeply'ego za gołe ramię, zatrzymując go w poślizgu. Spódnica Steeply'ego była obscenicznie zadarta, a w jego rajstopach widniały liczne oczka i kikuty kolców. Funkcjonariusz usiadł u stóp Marathe'a, lśniąco purpurowy w padającym od tyłu świetle, z nogami spuszczonymi poza skalną półkę. Oddychał z trudem.
Marathe się uśmiechnął i puścił jego ramię.
- Świetnie się skradasz - powiedział.
- Zesraj się w swój chapeau - wyrzęził Steeply, podciągając nogi, żeby ocenić zniszczenia w rajstopach.
Gdy spotykali się tak jak teraz, ukradkiem w terenie, mówili przeważnie po amerykańsku. M. Fortier[39] życzył sobie, żeby Marathe żądał porozumiewania się po quebecku-francusku, tytułem drobnego symbolicznego ustępstwa wobec AFR ze strony Biura Służb Niesprecyzowanych, które Quebecka Lewica Separatystyczna uparcie nazywała BSN - Buerau des Services sans Specificité.
Marathe obserwował, jak kolumna cienia wyciąga się ponownie na wschód ponad pustynią, gdy Steeply podparł się ręką i wstał: kawał chłopa chwiejnie trzymający się na nogach. We dwóch mężczyźni rzucali dziwaczny Brockengespenst cień w stronę miasta Tucson, cień koliście radialny u podstawy, a strzępiasty u góry, peruka Steeply'ego bowiem potargała się w trakcie schodzenia. Gigantyczne protezy piersi Steeply'ego sterczały teraz w dziko rozbieżnych kierunkach, jedna nieomal prosto w puste niebo. Matowa zasłona prawdziwego cienia zmierzchu nasuwała się bardzo powoli na pasmo Rincon i pustynię Sonora na wschód od Tucson, wciąż wiele kilometrów od ich własnego olbrzymiego cienia.
Ale skoro Marathe zdecydował się nie tylko udawać, że zdradza swoich Les Assassins des Fauteuils Rollents, aby pozyskać zaawansowaną opiekę medyczną dla żony, a w istocie postanowił zdradzić naprawdę, perfidnie - udając tylko przed M. Fortierem i jego zwierzchnikami z AFR, że udaje, iż przekazuje tajne informacje do BSN[40] - to z chwilą podjęcia takiej decyzji Marathe utracił wszelką władzę i był teraz na łasce władzy Steeply'ego i BSN, które reprezentował Hugh Steeply: dlatego teraz rozmawiali wyłącznie w preferowanej przez Steeply'ego amerykańskiej wersji języka angielskiego.
Prawdę mówiąc, Steeply lepiej znał quebecki niż Marathe angielski, ale, jak to się mówi, c'était la guerre.
Marathe lekko pociągnął nosem.
- No to jesteśmy dwaj.
Miał na sobie wiatrówkę, ale się nie pocił.
Oczy Steeply'ego podkreślał wulgarny makijaż. Tył jego sukni był cały wyświniony. Makijaż zaczynał miejscami spływać mu po twarzy. Wyglądał, jakby salutował, bo osłaniał oczy ręką, żeby spojrzeć przez palce na resztki wybuchowego, drżącego słońca.
- Jak się tutaj wdrapałeś, na miłość boską?
Marathe powoli wzruszył ramionami. Jak zwykle sprawiał na Steeplym wrażenie półśpiącego. Zignorował pytanie i wzruszając ramionami, powiedział tylko:
- Mój czas jest limitowany.
Steeply miał też ze sobą damską torebkę.
- A żona? - spytał, patrząc na razie w górę. - Jak tam twoja żona?
- Jakoś się trzyma, dziękuję - odparł Marathe. - No to do rzeczy: co twoje Biura w swoim mniemaniu chciałyby wiedzieć?
Steeply chwiał się na jednej nodze, bo z drugiej zdjął damski pantofel i wytrząsał z niego żwir.
- Nic specjalnie zaskakującego. Chodziłoby o te hocki-klocki, które się dzieją u was na północnym wschodzie, w tak zwanym rejonie Ops, na pewno słyszałeś.
Marathe pociągnął nosem. Silna woń niedrogich wysokoalkoholowych perfum biła nie od Steeply'ego, tylko z jego torebki, która nie pasowała do butów. Marathe powtórzył:
- Klocki?
- To wiedza na poziomie przeciętnego obywatela. Nie mów mi, że dla was to nowina. Nie ma jej w InterLace. Przychodzi normalną, fizyczną pocztą. Jesteśmy pewni, że o tym słyszałeś, Rémy. Kartridż będący kopią pewnej, nazwijmy to między sobą, Rozrywki. Zwyczajną pocztą, bez uprzedzenia, bez motywu. Ni z gruszki, ni z pietruszki.
- Z pietruszki?
Funkcjonariusz BSN spocił się nawet pod makijażem i rozmazał mu się tusz, nadając jego twarzy urodę starej kurwy.
- Osoba bez politycznego znaczenia dla kogokolwiek, tyle że Saudyjskie Ministerstwo Rozrywki narobiło wokół tego od cholery smrodu.
- Attaché medyczny, specjalista od trawienia, o nim mowa. - Marathe znów wzruszył ramionami w ten wkurzający frankofoński sposób, który można odczytać wielorako. - Twoje biuro chce wiedzieć, czy ten rozrywkowy kartridż był rozpowszechniany naszymi kanałami.
- Nie marnujmy twojego limitowanego czasu, ami, stary druhu - powiedział Steeply. - Tak się składa, że psota miała miejsce w metropolitalnym Bostonie. Kody pocztowe rejestrują drogę paczki przez pustynny Południowy Zachód, a wiemy skądinąd, że wasz system dystrybucyjny obejmuje teren pomiędzy Phoenix a tutejszą granicą. - Steeply nieźle się przyłożył do feminizacji swoich min i gestów. - Byłoby lekką naiwnością ze strony BSN nie pomyśleć o waszej szanownej komórce, no nie?
Pod wiatrówką Marathe nosił sportową koszulę, której kieszonka była pełna długopisów.
- My nie mamy informacji o podobnych ofiarach. Takich jak mówisz, ni z gruszki, ni z pietruszki.
Steeply usiłował usunąć coś z wnętrza drugiego pantofla.
- Powyżej dwudziestu, Rémy. Kompletnie wyautowanych. Attaché i jego żona, ta żona jest obywatelką Arabii Saudyjskiej. Do tego czterech tępych osiłków, wszyscy z legitymacjami ambasady. Dwoje sąsiadów. A reszta to głównie policjanci, zanim o sprawie zrobiło się tak głośno, że powstrzymano policję przed dalszym w niej udziałem do czasu wyłączenia prądu.
- Lokalne siły policyjne. Żandarmi.
- Lokalny komisariat.
- Pupile miejscowego prawa.
- Obsada lokalnego komisariatu była, nazwijmy to, nieprzygotowana na tego rodzaju Rozrywkę. - Steeply nawet zzuwał i wkładał z powrotem szpilki, stojąc na jednej nodze, z drugą podkuloną pod pupę, tak jak to robią zalotne Amerykanki. Tyle że z wyglądu był kobietą olbrzymią i nalaną, nie tylko nieatrakcyjną, ale wręcz budzącą rodzaj erotycznej rozpaczy. Powiedział:
- Attaché ma status dyplomatyczny, Rémy. Środkowy Wschód. Arabia Saudyjska. Podobno ma bliskie powiązania z pomniejszymi członkami rodziny królewskiej.
Marathe pociągnął mocno nosem, jakby miał zatkane zatoki.
- Zagadkowy typ - powiedział.
- A zarazem twój rodak. Obywatelstwo kanadyjskie. Urodzony w Ottawie, w rodzinie arabskich imigrantów. Wiza podaje jako miejsce zamieszkania Montreal.
- A Służby Niesprecyzowane chciałyby wiedzieć, czy były jakieś podskórne powiązania, czyniące tego osobnika kimś więcej niż zwyczajnym obywatelem bez związku ze sprawą. Należałoby spytać, czy AFR zamierza uczynić go przykładem.
Steeply usuwał brud z ubrania na tyłku, klepiąc się po pośladkach. Stał niemal dokładnie ponad Marathe'em. Marathe pociągnął nosem.
- Nie mamy ani leków na trawienie, ani korpusów dyplomatycznych na naszych listach operacyjnych. Oglądałeś osobiście wstępne listy AFR. A już na pewno nie figurują na nich montrealscy cywile. Mamy, że się tak wyrażę, grubsze owoce morza do złowienia.
Steeply spoglądał w dal na pustynię i miasto, nie przestając klepać się po tyłku. Najwyraźniej zauważył zjawisko Gespenst w związku z własnym cieniem. Marathe z jakiegoś powodu ponownie udał, że przedmuchuje nos. Wiatr był umiarkowany i stały, o temperaturze amerykańskiej suszarki do bielizny nastawionej na słabe grzanie. Świszczał przenikliwie. Towarzyszył temu odgłos gnanego wiatrem żwiru. Toczące się ziele jak olbrzymie kłęby włosów koziołkowało co chwila przez widoczną w dole autostradę międzystanową I-10. Widowiskowa perspektywa, czerwieniejące światło na bezmiarze płowego kamienia, nadciągająca kurtyna zmierzchu, dalsze wydłużenie ich monstrualnych agnatycznych cieni - wszystko to razem działało wręcz hipnotyzująco. Żaden z nich najwyraźniej nie był w stanie patrzeć na nic innego niż widok na dole. Marathe potrafił jednocześnie mówić po angielsku i myśleć po francusku. Pustynia miała płowy odcień lwiej skóry. Rozmawiali, nie patrząc na siebie nawzajem, zwróceni w tym samym kierunku, co nadawało ich konwersacji rys swobodnej intymności cechującej starych przyjaciół przed ekranem odtwarzacza kartridżów albo stare małżeństwo. Marathe snuł takie myśli, otwierając i zamykając uniesioną dłoń, której cień był ogromnym czarnym kwiatem rozwijającym się i zwijającym nad Tucson.
A Steeply wzniósł obnażone ramiona, wyciągnął je przed siebie i skrzyżował - być może wysyłał w dal sygnał o pomoc, rzucając X-y i pendentywy V na znaczny obszar miasta Tucson.
- Mimo wszystko, Rémy, ten cywilny attaché urodził się w znienawidzonej przez ciebie Ottawie i miał powiązania z wielkim kontrahentem sieciowej rozrywki. A kontrola z biura bostońskiego wykazała możliwe sygnały domniemanych uprzednich związków ofiary z wdową po auteur, który, jak obaj wiemy, był odpowiedzialny za wiadomą Rozrywkę. Samizdat.
- Uprzednich?
Steeply wyjął z torebki belgijskie papierosy, wielomilimetrowe i zwyczajowo damskie.
- Żona reżysera wykładała na Brandeis, gdzie ofiara odbywała rezydencję. Mąż był w zarządzie AEC. Kwerendy kilku różnych agencji pozwalają sądzić, że żona bzykała wszystko, co się rusza. - Tu Steeply uczynił nieznaczną pauzę, w czym był mistrzem. - Zwłaszcza jeżeli było to kanadyjskie.
- A więc chodzi o czynnik seksualny, nie zaś polityczny.
- Żona - powiedział Steeply - jest z Quebecu, Rémy, z hrabstwa L'Islet; Szef mówi, że przez trzy lata figurowała na ottawskiej liście Personnes Qui On Doit. Istnieje coś takiego jak seks polityczny.
- Powiedziałem ci wszystko, co wiemy. Cywile jako indywidualne zagrożenie dla ONAN to nie nasza branża. Akurat to jest ci wiadome. - Marathe miał prawie zamknięte oczy. - Cycki ci się poprzekrzywiały. Służby Niesprecyzowane dały ci beznadziejne cycki, każdy sterczy w inną stronę.
Steeply spojrzał w dół po sobie. Jedna sztuczna pierś (jasne, że sztuczna, nie posunąłby się przecież do terapii hormonalnej, pomyślał Marathe) prawie dotykała podbródka Steeply'ego, który podwoił się po spuszczeniu głowy.
- Poproszono mnie tylko o przeprowadzenie osobistej weryfikacji - rzekł Steeply. - W biurze odnoszę wrażenie, że szefostwo uważa cały ten incydent za nielichą zagwozdkę. Krążą różne teorie i kontrteorie. A nawet antyteorie, postulujące błąd, pomyloną tożsamość, głupi kawał. - Wzruszenie ramion bez odrywania rąk od protezy piersi nie wyszło bynajmniej galicko. - Z drugiej jednak strony mamy dwadzieścia trzy istnienia ludzkie stracone bezpowrotnie. Ładny mi głupi kawał, no nie?
Marathe pociągnął nosem.
- O weryfikację poprosił cię nasz Monsieur Tine? Jak ty na niego mówisz? Rod Boski?
(Rodney Tine senior, Naczelnik Służb Niesprecyzowanych, uznany architekt ONAN i Rekonfiguracji Kontynentalnej, mający dostęp do ucha Białego Domu, miał stenotypistkę, która od dawna była równocześnie stenotypistką-i-jeune-fille-de-venerdi Monsieur DuPlessisa, byłego asystenta koordynatora Pankanadyjskiego Ruchu Oporu, a jego (Tine'a) źle skrywane przywiązanie do tej podwójnej sekretarki - niejakiej panny Lurii Perec z Lamartine, hrabstwo L'Islet, Quebec - nasuwało pytania o lojalność: czy Tine "debluje"[41] dla Quebecu z miłości do Lurii, czy też "trebluje", udając tylko, że zdradza sekrety, a w istocie zachowując duchową wierność wobec USA wbrew magnetycznej sile nieodpartej miłości).
- Boski Rod, Rémy. - Jasne było, że Steeply nie jest w stanie poprawić konfiguracji biustu bez odsłonięcia dekoltu, co jednak wstydził się uczynić. Wyjął z torebki ciemne okulary i włożył je na nos. Były wysadzane kryształkami górskimi i wyglądały absurdalnie. - Boski Rod.
Marathe z trudem powstrzymał się od komentarza na temat okularów. Steeply zmarnował kilka zapałek, próbując zapalić papierosa na wietrze. Inwazja prawdziwego zmroku zaczynała zamazywać chaotyczny cień jego peruki. U stóp pasma górskiego Rincon na wschód od miasta zamigotały światła elektryczne. Steeply usiłował owinąć całe ciało wokół zapałki, żeby osłonić płomyk od wiatru.
Horda zdziczałych chomików, wielka horda, gna hałaśliwie przez żółte równiny południowych rubieży Wielkiej Wklęsłości, tam, gdzie kiedyś był stan Vermont, wzbijając kurz, który formuje tuman o odcieniu uremicznym i somatycznych kształtach, które można interpretować aż z Bostonu i Montrealu. Horda ta wywodzi się od dwóch udomowionych chomików wypuszczonych na wolność przez chłopca z Watertown, NJ, w początkach wielkiej migracji eksperialistycznej, w sponsorowanym Roku Whoppera. Chłopiec uczęszcza teraz do college'u w Champaign, IL, i zapomniał, że jego chomiki nazywały się Ward i June.
Hałas hordy brzmi jak tornado, jak lokomotywa. Wyraz wąsatych chomiczych pyszczków jest rzeczowy i nieubłagany - jest to odwieczny wyraz oblicza nieubłaganej hordy. Chomiki gnają na wschód przez obszar o dużej zawartości glinu i żelaza, dziś jałowy, ogołocony. Po stronie wschodniej, przyćmiona płową chmurą wzbitą przez chomiki, rysuje się intensywnie zielona, postrzępiona linia przenawożonych lasów na obszarze dawnego środka stanu Maine.
Wszystkie wymienione terytoria są obecnie własnością Kanady.
W odniesieniu do stada tych rozmiarów zaleca się zachowanie zdrowego rozsądku, który, jak się nad tym zastanowić, w ogóle powstrzymałby człowieka myślącego od wyprawy na południowo-wschodnią Wklęsłość. Zdziczałe chomiki nie są zwierzętami domowymi. Nie znają się na żartach. Omijaj zdziczałe stado wielkim łukiem. Nie miej przy sobie nic chociażby odlegle warzywnego, kiedy znajdujesz się na trasie zdziczałej hordy. Jeżeli staniesz na drodze takiej hordy, oddal się pospiesznie, lecz spokojnie w kierunku prostopadłym do jej trajektorii. Jeżeli jesteś Amerykaninem, odradzamy kierunek północny. Oddal się na południe, spokojnie, lecz jak najszybciej, do którejś z przygranicznych metropolii - Rome, NNJ, Glens Falls, NNJ, Beverly, MA - albo do punktów przygranicznych pomiędzy nimi, gdzie gigantyczne wentylatory ochronne ATHSCME na szczytach potężnie wybrzuszonych ekranów ochronnych z anodyzowanego pleksiglasu nie dopuszczają oślinionego, zabarwionego kolorem szczyn zwału teratogennych chmur z Wklęsłości, odpędzając go daleko, daleko na północ, ponad twoją osłoniętą głową.
Bełkotliwa angielszczyzna Steeply'ego była jeszcze trudniej zrozumiała przez papierosa w ustach. Mówił:
- A ty, oczywiście, zaraz doniesiesz Fortierowi o tej naszej małej pogwarce.
Marathe wzruszył ramionami.
- 'n s?r.
Steeply'emu udało się zapalić papierosa. Był dużym, miękkim mężczyzną, typem amerykańskiego atlety uprawiającego brutalne sporty kontaktowe, który się roztył. Marathe widział w nim nie tyle podobieństwo do kobiety, ile zwichrowaną parodię kobiecości. Elektroliza spowodowała wystąpienie na jego twarzy kolonii czerwonych pryszczyków wzdłuż linii szczęki i górnej wargi. Trzymał też odstawiony łokieć tej ręki, w której dzierżył zapałkę, a w ten sposób żadna kobieta nie zapala papierosa, gdyż wszystkie przyzwyczajone są do biustu, więc łokieć z zapałką trzymają przy sobie. Poza tym Steeply kolebał się bez wdzięku na wysokich obcasach, stąpając po nierównej powierzchni kamienia. Ani na moment nie odwrócił się całkiem plecami do Marathe'a, gdy tak stał na krawędzi występu. Marathe natomiast zaciągnął na maksa blokady kół wózka i mocno trzymał gruzłowatą kolbę pistoletu maszynowego. Torebka Steeply'ego była mała, czarna i błyszcząca, a jego okulary miały damską oprawkę ze sztucznymi klejnotami na skroniach. Marathe podejrzewał, że Steeply'ego w jakimś sensie cieszy to groteskowe przebranie, że pragnie on upokorzenia, na jakie narażały go kostiumy operacyjne narzucane mu przez przełożonych z BSN.
Steeply prawdopodobnie patrzył teraz na niego zza ciemnych okularów.
- A więc przed chwilą zapytałem cię, czy doniesiesz, a ty odpowiedziałeś bien s?r?
Śmiech Marathe'a miał tę niefortunną cechę, że brzmiał fałszywie i przesadnie jowialnie, bez względu na to, czy był szczery, czy nie. Marathe podetknął palec pod nos, udając z jakiegoś powodu, że tłumi impuls kichnięcia.
- Weryfikujesz mnie, bo co?
Steeply podrapał się pod obrzeżem swojej blond peruki (głupio, niebezpiecznie) kciukiem tej dłoni, w której trzymał papierosa.
- No przecież ty już jesteś potrójnym agentem, Rémy, tak czy nie? A może poczwórnym? Wiemy, że Fortier i AFR wiedzą, że jesteś teraz ze mną.
- Ale czy moi bracia na kółkach wiedzą, że ty wiesz, że przysłali mnie, żebym udawał podwójnego agenta?
Broń Marathe'a, pistolet maszynowy Sterling UL35 9 mm z tłumikiem Mag Na Port, nie miała bezpiecznika. Szeroki, chropawy uchwyt rozgrzał się od dłoni Marathe'a, sprawiając, że dłoń Marathe'a pociła się pod kocem. Po stronie Steeply'ego panowała cisza.
- ...czy ja tylko udawałem - powiedział Marathe - że udaję, że udaję, że zdradzam[42].
Pustynne amerykańskie światło nagle posmutniało, bo już ponad połowa okrągłego słońca skryła się za Tortolitas. Dopiero teraz cienie kół wózka i grubych nóg Steeply'ego padały poniżej linii zmroku: cienie te, coraz bardziej przysadziste, cofały się stopniowo w stronę obu panów.
Steeply odtańczył krótkiego nibycharlestona, bawiąc się cieniami własnych nóg.
- Nie bierz tego do siebie. Wiesz przecież. To tylko obsesyjna ostrożność. Kto to kiedyś powiedział, że płacą nam za to, żebyśmy wpędzali się w obłęd maniacką ostrożnością? Wy, chłopcy, i Tine... ten wasz DuPlessis zawsze podejrzewał, że Tine starał się ograniczyć informacje, które drogą seksualną przekazywał Lurii.
Marathe z emfazą wzruszył ramionami.
- A teraz Monsieur DuPlessis znienacka przeniósł się na tamten świat. W okolicznościach wręcz komicznie podejrzanych. - Znów ten fałszywie brzmiący śmiech. - Nieudolne włamanie i grypa, akurat.
Obaj zamilkli. Marathe zauważył, że Steeply ma na prawym ramieniu paskudne zadrapanie jadłoszynem.
Marathe spojrzał wreszcie na zegarek, którego tarcza świeciła w cieniu jego ciała. Cienie obydwu mężczyzn wspinały się teraz po stromiźnie, powracając do swoich panów.
- Mnie się wydaje, że my własne sprawy załatwiamy prościej niż wasze BSN. Gdyby zdrada M. Tine'a nie była całkowita, wiedzielibyśmy o tym w Quebecu.
- Z powodu Lurii.
Marathe udawał, że zajmuje się pledem, że go poprawia.
- Ależ tak. Ostrożność. Luria byłaby tego świadoma.
Steeply podszedł ostrożnie do samej krawędzi półki i cisnął w przestrzeń peta. Wiatr porwał niedopałek i zniósł go na wschód. Obaj mężczyźni milczeli, dopóki niedopałek nie spadł na ciemny stok góry, poniżej miejsca, gdzie stali: maleńki pomarańczowy kwiatek. Ich milczenie zamieniło się w kontemplację. Napięcie w powietrzu pomiędzy nimi się rozluźniło. Marathe już nie czuł słońca na czaszce. Dokoła nich rozpanoszył się zmierzch. Steeply odkrył u siebie zadrapanie na tricepsie i skręcił fałd ciała, żeby obejrzeć je dokładnie, zaokrąglając uszminkowane usta w wyrazie troski.
ROK PIELUCHOMAJTEK DEPEND DLA DOROSŁYCH
Wtorek, 3 listopada, Enfieldzka Akademia Tenisowa: trening poranny, prysznic, śniadanie, lekcja, laboratorium, lekcja, lekcja, obiad, egzamin z gramatyki normatywnej, laboratorium/lekcja, bieg kondycyjny, trening popołudniowy, mecz próbny, mecz próbny, ćwiczenia górnej części ciała w siłowni, sauna, prysznic, osunięcie się na podłogę szatni wraz z innymi zawodnikami.
- ...chociażby uświadomić sobie, że tym, co czują, gdy tam siedzą, jest nieszczęście? Albo chociażby poczuć to na początek?
Godz. 16:40: Męska szatnia budynku Mieszkalno-Administracyjnego pełna jest czystych uczniów wyższych klas poowijanych w ręczniki po popołudniowych meczach; włosy zawodników są mokre i lśnią od Barbicide. Pemulis wielkozębym końcem grzebienia nadaje fryzurze zaorany wygląd, który preferują młodzi z Allston. Włosy Hala wyglądają jak uczesane na mokro, nawet gdy są suche.
- No - mówi Jim Troeltsch, rozglądając się dokoła. - No więc co sądzicie?
Pemulis opuszcza się powoli na podłogę przy umywalkach, opierając głowę o szafkę ze środkami dezynfekcyjnymi. Ma zwyczaj czujnie się rozejrzeć, zanim przemówi.
- Czy w tym wszystkim był jakiś punkt centralny, Troeltsch?
- Egzamin dotyczył składni zdania Tołstoja, a nie prawdziwych nieszczęśliwych rodzin - mówi cicho Hal.
John Wayne, jak większość Kanadyjczyków, unosi lekko jedną nogę, żeby pierdnąć, jakby pierdnięcie było swoistym zadaniem. Stoi przy swojej szafce i czeka, aż stopy obeschną mu na tyle, żeby mógł włożyć skarpetki.
Panuje cisza. Z sitek prysznicowych kapie na kafelki. W powietrzu wisi para wodna. Dalekie odgłosy T. Schachta dochodzą z jednej z kabin za prysznicami. Wszyscy gapią się przed siebie, otępiali ze zmęczenia. Pemulis, który potrafi znieść góra dziesięć sekund zbiorowego milczenia, odchrząkuje głęboko i pluje do góry flegmą, celując w umywalkę, którą ma za sobą. Hal widzi, że część trzęsącej się plwociny przywiera do lustra. Hal zamyka oczy.
- Zmęczony - szepcze ktoś na wydechu. Ortho Stice i John "Z.N.P." Wayne sprawiają wrażenie nie tyle zmęczonych, ile nieobecnych; posiedli znaną tylko najlepszym graczom sztukę wyłączania na krótko całego układu nerwowego: gapią się w przestrzeń, którą przed chwilą zajmowali, zakapturzeni ciszą, odcięci na tę chwilę od ciągłości wszelkich zdarzeń.
- No dobra - mówi Troeltsch. - Błyskawiczny quiz. Błyskawiczne pytanie testowe. Jaka jest główna różnica, to dla Leitha na jutro, między historycznym odbiornikiem telewizyjnym a TP na kartridże.
Disney R. Leith uczy w EAT historii rozrywki I i II oraz prowadzi zaawansowany kurs ezoterycznej optyki, na który trzeba mieć Zezwolenie Inst.
- Panel katodoluminescencyjny. Brak pistoletu katodowego. Brak ekranu fosforowego. Całkowita liczba linii rozdzielczości na szerokość przekątnej ekranu mierzonej w centymetrach.
- Mówisz o wysokiej rozdzielczości odbiornika w ogóle czy o specyficznym odbiorniku z komponentem TP?
- Koniec z analogami.
- Koniec z kaszą na ekranie, koniec z bladymi duchami pojawiającymi się wokół obrazów UHF, koniec z przewijaniem się ekranu, gdy górą przelatuje samolot.
- Analogi przeciwko cyfrówkom.
- Czy mówimy o transmisji sieciowej w porównaniu z TP, czy o systemie sieć plus kabel w porównaniu z TP?
- Czy telewizja kablowa posługiwała się analogami? Działała jak telefony sprzed ery włókna?
- Chodzi o urządzenia cyfrowe. Leith ma takie słowo, którym określa przejście z analogu na cyfrę. Używa go z jedenaście razy na godzinę.
- A co właściwie wykorzystywały telefony sprzed ery włókna?
- Starą zasadę blaszanej puszki i sznurka.
- "Przełomowe". Stale to powtarza. "Przełomowe, przełomowe".
- Mówi, że to największy postęp w cywilnej komunikacji od czasu wynalezienia telefonu.
- A w dziedzinie domowej rozrywki od czasu pojawienia się telewizora.
- Leith powiedziałby, że w dziedzinie rozrywki przełomem była zapisywalna płyta CD.
- Leitha trudno zagiąć w temacie rozrywki jako takiej.
- A Diz by ci powiedział: rusz głową - mówi Pemulis. - Axford chodził na jego kurs w tamtym roku. Leith każe argumentować. Zgnoi człowieka, któremu się wydaje, że istnieje oczywista odpowiedź.
- Do tego jeszcze z TP masz dekoder InterLace zamiast anteny - mówi Jim Struck, wyciskając sobie coś za uchem. Graham "Cieciu" Rader sprawdza sobie włosy pod pachą. Freer i Shaw chyba śpią.
Stice opuścił nieco ręcznik i maca głęboką czerwoną pręgę na podbrzuszu po gumce suspensorium.
- Chłopaki, jak kiedyś zostanę prezydentem, to w pierwszej kolejności poleci włókno elastyczne.
Troeltsch udaje, że tasuje karty.
- Następny punkt. Wyciągam następną kartę. Zdefiniuj ostrość. Kto odpowie?
- Miara rozdzielczości wprost proporcjonalna do ustalonego stosunku rozdzielczości dla kodu cyfrowego danego impulsu - odpowiada Hal.
- I znowu Incster ma ostatnie słowo - podsumowuje Struck. Czym uruchamia chór:
- Halster.
- Halorama.
- Halacja.
- Halacja - podchwytuje Rader. - Ślad ekspozycji w kształcie aureoli wokół źródeł światła widoczny na filmie chemicznym odtwarzanym w zwolnionym tempie.
- Najbardziej anielskie ze zniekształceń.
- Jutro będziemy się bili o miejsce koło Inca - mówi Struck. Hal przymyka oczy: pod powiekami widzi stronicę tekstu, pozakreślaną, zażółconą.
- Potrafi zeskanować stronę, obrócić ją wokół osi, zagiąć róg i wyczyścić nim sobie pod paznokciami, wszystko mentalnie.
- Dajcie mu spokój - mówi Pemulis.
Freer otwiera oczy.
- Zrób nam jedną stronę słownika, bądź człowiekiem, Inc.
- Zostaw go - mówi Stice.
Wszystko to jest tylko na wpół złośliwe. Hal ze spokojem przyjmuje docinki, wszyscy tak robią. Sam też robi sobie jaja z kolegów. Kilkoro mniejszych dzieciaków, które biorą prysznic po starszakach, podsłuchuje. Hal siedzi na podłodze, wyciszony, z brodą wspartą na piersi, myśli, że fajnie jest móc po prostu głębiej pooddychać.
Temperatura spadła z zachodem słońca. Marathe nasłuchiwał szumu wieczornego wiatru omiatającego zbocze i dno pustyni. Czuł, jak miliony roślinnych porów nabłonka rozwierają się pomału z nadzieją na deszcz. Amerykanin Steeply emitował krótkie wydechy przez zęby, badając rankę na ramieniu. Tylko ostatnie pojedyncze opuszki palczastych promieni słońca znalazły sobie szczelinę pomiędzy szczytami Tortolitas i dźgały teraz dach nieba. Słychać było nieznaczne i nieumiejscowione szmery drobnych żywych stworzeń, które lubią wychodzić po nocy - właśnie wychodziły. Niebo było fioletowe.
Każdy z obecnych w szatni opasany jest ręcznikiem jak kiltem. Wszyscy oprócz Stice'a mają białe ręczniki EAT; Stice używa własnych, czarnych. Po chwili ciszy Stice wypuszcza głośno powietrze przez nos. Jim Struck skubie się bez żenady po twarzy i szyi. Rozlegają się ze dwa westchnienia. Peter Beak, Ivan Ingersoll i Kent Blott, dwanaście, jedenaście i dziesięć lat, siedzą na jasnych drewnianych ławkach ciągnących się przed rzędami szafek, owinięci ręcznikami, z łokciami na kolanach, wyobcowani. Podobnie jak Zoltan Csikszentmihalyi, który ma szesnaście lat, ale bardzo słabo mówi po angielsku. Idris Arslanian, nowy, doszedł w tym roku, etnicznie nieokreślony, czternastoletni, z wielkimi stopami i zębami, czai się jak cień tuż poza obszarem szatni, co jakiś czas wtykając do środka niekaukaski nochal i szybko się cofając - strasznie wstydliwy.
Każdy gracz EAT z grupy do lat 18 ma czworo do sześciorga dzieciaków do lat 14, które powinien otaczać skrzydłem doświadczenia i mieć na oku. Im bardziej ci ufa Administracja EAT, tym młodsze i ogólnie mniej zorientowane maluchy dostajesz pod opiekę. Charles Tavis, który wprowadził tę praktykę, nazywa ją Systemem Starszego Kumpla w materiałach, które rozsyła rodzicom nowych adeptów. Dzięki temu rodzice nie obawiają się, że ich pociecha zginie w instytucjonalnym zamęcie. Beak, Blott i Arslanian należą w RPDD do grupy Starszego Kumpla Hala. Hal dostał też w końcu Ingersolla, nieoficjalnie wymieniwszy na niego Todda Possalthwaite'a, który tym samym przeszedł do Axforda, bo Trevor Axford stwierdził, że z niewiadomej przyczyny tak głęboko pogardza Ingersollem, że musi stale walczyć z przerażającą chęcią wsadzenia małych paluszków Ingersolla w szczelinę pod zawiasem otwartych drzwi i zamknięcia tych drzwi bardzo powoli, więc Axford przyszedł do Hala prawie z płaczem. Ale formalnie Ingersoll jest nadal u Axforda, a Possalthwaite u Hala. Possalthwaite, wielki lober, ma niesamowitą, młodo-starą twarz i małe wilgotne usteczka, które w stresie popadają w odruch ssania. Teoretycznie Starszy Kumpel plasuje się gdzieś pomiędzy Asystentem Rezydentem a Prorektorem. Jego zadaniem jest odpowiadać na pytania, ułatwiać burzliwy okres aklimatyzacji, wprowadzać w arkana szkolnego życia i pośredniczyć w kontaktach z Tonym Nwangim, Texem Watsonem i innymi prorektorami specjalizującymi się w małych dzieciach. Być kimś, do kogo się przychodzi nieoficjalnie. Być ramieniem, na którym się można wypłakać. Kiedy szesnastoletni lub młodszy chłopiec zostaje mianowany Starszym Kumplem, jest to rodzaj wyróżnienia: znak, że w opinii władz szkoły wysoko zajdzie. Jeżeli nie szykuje się akurat turniej albo wyjazd etc., Starsi Kumple spotykają się dwa razy w tygodniu na prywatnych zebraniach ze swoimi grupkami liczącymi od czterech do sześciu podopiecznych, w przerwach między popołudniowymi meczami a kolacją, zazwyczaj po saunie i odsiedzeniu paru minut w szatni dla złapania tchu. Hal czasem siada ze swoimi Młodszymi Kumplami do kolacji. Ale nieczęsto. Starsi Kumple, którzy znają się na rzeczy, nie spoufalają się otwarcie ze swoimi małymi efebami, nie pozwalają im zapomnieć o nieprzekraczalnej przepaści doświadczenia, umiejętności i statusu, jaka dzieli efebów od starszoklasistów, którzy w EAT siedzą i wytrzymują od lat. Młodzi nabierają przez to większego szacunku. Starszy Kumpel, który zna się na rzeczy, nie narzuca się ani nie panoszy; trwa na własnym gruncie, pozwalając petentom samodzielnie zrozumieć, kiedy potrzebują jego pomocy, po którą zawsze mogą się zgłosić. Trzeba wiedzieć, kiedy wkroczyć do akcji, a kiedy odczekać, pozwalając dzieciakom uczyć się z własnego doświadczenia, z którego nauczyć się będą musiały, jeżeli chcą utrzymać się w tej szkole. Co roku największym źródłem zmniejszenia liczebności uczniów, obok dyplomu osiemnastolatków, jest grupa tych z przedziału 13-15, którzy mają dość, bo nie nadążają. To się zdarza, Administracja się z tym godzi: nie każdy jest stworzony do spełniania tutejszych wymagań. Niemniej C.T. zmusza swoją asystentkę administracyjną, Boczną Alice Moore, by doprowadzała do szału prorektorów, usiłując wyciągnąć od nich dane o kondycji psychicznej młodszych dzieci, co by mu pozwoliło przewidzieć przypadki wypalenia i rejterady, dzięki czemu wiedziałby, ile miejsc on sam i Komisja Rekrutacyjna mają do zaoferowania kandydatom na następny semestr. Starsi Kumple są w trudnej sytuacji: z jednej strony każe im się informować prorektorów na bieżąco o tych podopiecznych, którzy sprawiają wrażenie chwiejnych pod względem determinacji i odporności na ból, stres, kary fizyczne, tęsknotę za domem i zmęczenie, a z drugiej chcieliby pozostać godnymi zaufania powiernikami najbardziej intymnych i delikatnych spraw swoich Młodszych Kumpli.
Hal, mimo że walczy z osobliwym odruchem okrucieństwa wobec Ingersolla, który przypomina mu kogoś nielubianego, chociaż nie wiadomo kogo, w sumie raczej lubi być Starszym K. Lubi być tym, do kogo przychodzą dzieci, lubi robić im bezpretensjonalne miniwykłady o teorii tenisa, systemie pedagogicznym i tradycjach EAT, lubi okazywać dobroć, która go nic nie kosztuje. Niekiedy odkrywa, że wie coś, czego sobie nawet nie uświadamiał, dopóki to nie wyszło z jego ust w obliczu pięciu pozbawionych zarostu, pyzatych, ufnych, bezrozumnych twarzy Młodszych Kumpli. Odbywające się dwa razy w tygodniu (częściej jednak okoliczności sprawiają, że raz w tygodniu) zebrania z jego kwintetem bywają nieprzyjemne tylko po wyjątkowo złej popołudniowej sesji na kortach, bo Hal jest wtedy zmęczony, poirytowany i najchętniej zaszyłby się sam i porobił sekretne rzeczy w podziemnym wentylowanym zaciszu.
Jim Troeltsch obmacuje sobie gruczoły. John Wayne reprezentuje szkołę skarpetka-but, skarpetka-but.
- Zmęczony - wzdycha ponownie Otto Stice. Wymawia "smęszon...". Starszoklasiści leżą teraz co do jednego na niebieskiej wykładzinie podłogi szatni; powyciągali nogi z palcami stóp sterczącymi jak w kostnicy, barkami opierają się o niebieską stal szafek, starannie omijając sześć ostrych podłużnych osłon wentylatorów antypleśniowych u ich podstawy. Wszyscy prezentują się na golasa trochę śmiesznie z racji swej tenisowej opalenizny: nogi i ręce w głębokim kolorze sjeny o odcieniu baseballowej rękawicy łapacza, to jeszcze z lata, opalenizna właśnie zaczyna blaknąć, za to stopy mają wszyscy po kostki białe jak brzuch ropuchy, trupio białe, inaczej niż klatka piersiowa, barki i ramiona, które są raczej kremowe, bo graczom wolno siedzieć bez koszulek na turniejowych trybunach, kiedy sami nie grają, i łapać na klatę chociaż tę odrobinę słońca. Najgorzej chyba wyglądają twarze, przeważnie czerwone i błyszczące, niektóre łuszczą się jeszcze po trzech tygodniach sierpniowo-wrześniowych turniejów na odkrytych kortach. Poza Halem, który i tak ma atawistycznie smagłą cerę, najmniej łaciaci są ci gracze, którzy potrafią znieść spryskiwanie się preparatem Lemon Pledge przed grą na odkrytych kortach. Okazuje się, że Lemon Pledge, gdy zaaplikować go w fazie wyciszenia przed meczem i pozwolić zaschnąć w cienką skorupkę, jest fenomenalnym filtrem słonecznym o czynniku UV rzędu 40+ i jedynym na świecie środkiem zdolnym wytrzymać trzysetowy pot. Nie wiadomo, który gracz juniorów z której akademii odkrył lata temu tę cechę Pledge ani jak tego dokonał: domniemywa się dość osobliwe okoliczności tego odkrycia. Jednak zapach przesiąkniętego potem Lemon Pledge na korcie przyprawia co delikatniejsze dzieciaki o mdłości. Są też tacy, którzy wszystkie preparaty z filtrem UV uważają za oznakę skrajnego zniewieścienia, podobnie jak białe daszki i ciemne okulary. Dlatego większość starszoklasistów z EAT cechuje ta łaciata opalenizna, która nadaje im wygląd postaci skleconych naprędce z części różnych ciał, zwłaszcza gdy dodać do tego muskularne nogi, zapadniętą zwykle klatkę piersiową i nierównych rozmiarów ramiona.
- Smęszon, smęszon, smęszon - mówi Stice.
Grupowa empatia wyraża się wzdychaniem, osuwaniem się niżej, drobnymi spastycznymi gestami wycieńczenia, cichym stukotem czaszek o cienką stal szafek.
- W kościach mi dzwoni, tak jak niektórzy mówią, że dzwoni im w uchu, taki jestem zmęczony.
- Odczekuję do ostatniej chwili, zanim zrobię wdech. Nie rozszerzam klatki piersiowej, dopóki nie zmusi mnie do tego brak powietrza.
- Taki zmęczony, że to nie mieści się w znaczeniu słowa "zmęczony" - mówi Pemulis. - "Zmęczony" to za mało.
- Zmachany, zmordowany, wypluty - podpowiada Jim Struck, trąc przymknięte oko nasadą dłoni.
- Skonany.
- Słuchaj no. - Pemulis celuje palcem w Strucka. - Ja tu próbuję myśleć.
- Wzruszający widok.
- Padnięty. Ukichany.
- Raczej zjebany.
- Wyżęty. Sflaczały. Wyżyłowany. Półżywy.
- Kulą w płot wszystkie te słowa.
- Inflacja słów - mówi Stice, trąc ostrzyżoną na jeża głowę, aż czoło mu się marszczy i wygładza. - Większy i lepszy. Wielki większy największy nieskończenie wielki. Hiperboliczny i hiperboliczniejszy. Całkiem jak inflacja ocen szkolnych.
- Dobrze by było - mówi Struck, który od piętnastego roku życia uczy się w EAT warunkowo.
Stice pochodzi z tej części Kansas, która jest już prawie Oklahomą. Namówił firmy, które przekazują mu darmowe ciuchy i sprzęt, żeby dawały mu wszystko czarne - stąd jego szkolne przezwisko Ciemny.
Hal unosi brwi, patrząc na Stice'a, i się uśmiecha.
- Hiperboliczniejszy?
- Jak mój tata był mały, mówiło się "wyprztykany", fajne słówko.
- A my tu siedzimy i szukamy całkiem nowych słów i terminów.
- Fraz, zdań, modeli i struktur gramatycznych - mówi Troeltsch, nawiązując po raz kolejny do egzaminu z gramatyki normatywnej, o którym wszyscy oprócz Hala woleliby teraz nie pamiętać. - Potrzebujemy gramatyki generatywnej na bazie inflacji.
Keith Freer udaje, że wyciąga swój interes z ręcznika i celuje nim w Troeltscha.
- Zgeneruj sobie to.
- Przydałaby się całkowicie nowa syntaksa na opisanie zmęczenia w takie dni jak dzisiejszy - mówi Struck. - Niech najtęższe umysły EAT zajmą się tym problemem. Przewertują i zanalizują całe tezaurusy. - Wykonuje sarkastyczny gest. - Hal?
Jeden jest sem, który zadziała zawsze, a osiąga się go tak: unieś pięść, a drugą ręką kręć przy niej jak korbą i prostuj pomalutku środkowy palec pięści, jakbyś otwierał zwodzony most. Hal, rzecz jasna, drwi jednocześnie z samego siebie. Wszyscy zgodnie potwierdzają, że to bardzo wymowne. W zaparowanym prostokącie otwartych drzwi ukazują się przez moment buty i siekacze Idrisa Arslaniana, ale zaraz znikają. Wszystkie postacie odbijają się kubistycznie w lśniącej glazurze ścian. Nosząc nazwisko przekazywane po mieczu od pewnego Umbryjczyka sprzed pięciu pokoleń, a obecnie znacznie zniekształcone przez jankeski język Nowej Anglii i legitymując się prababką, w której żyłach płynęła krew Indian z południowo-zachodniego szczepu Pima, Hal jest jedynym żyjącym Incandenzą o wyglądzie etnicznym. Jego świętej pamięci ojciec był za młodu wysoki i śniady, miał wysokie, płaskie kości policzkowe Indian ze szczepu Pima i bardzo czarne włosy, które czesał do góry i tak przylizywał Blycreamem, że nad czołem tworzył mu się nieuchronnie wdowi szpic. Jegomość, owszem, wyglądał etnicznie, ale już nie żyje. Hal jest gładki i świetliście ciemnoskóry, trochę jak wydra, wzrostu lekko powyżej średniej, oczy ma niebieskie, ale ciemnoniebieskie, i nie ulega poparzeniom słonecznym nawet bez kremu z filtrem; jego nieopalone stopy mają odcień słabej herbaty, a nos nigdy mu się nie łuszczy, tylko lekko się błyszczy. Gładkość Hala jest nie tyle oleista, ile wilgotna, mleczna; Hal martwi się w sekrecie, że wygląda trochę jak dziewczyna. Ciąże jego rodziców musiały być istnymi wojnami chromosomatycznymi: Najstarszy brat Hala, Orin, odziedziczył anglo-północnokanadyjski fenotyp matki: głęboko osadzone jasnoniebieskie oczy, nienaganną postawę i niewiarygodną elastyczność ciała (Orin był jedynym znanym w EAT osobnikiem płci męskiej, który potrafił wykonać pełny szpagat niegorzej niż czirliderki), a kości jarzmowe pełniejsze i bardziej wystające.
Drugi starszy brat Hala, Mario, nie jest podobny do żadnej z osób znanych rodzinie Incandenzów.
Przeważnie w te dni niewyjazdowe, których jako Starszy Kumpel nie spędza ze swymi podopiecznymi, Hal czeka, aż wszyscy zajmą się sobą w saunie i pod prysznicami, odstawia rakiety do szafki i swobodnym krokiem zstępuje po betonowych schodach w szkolny system tuneli i komór. Potrafi oddalić się niepostrzeżenie i zyskać całkiem sporo czasu dla siebie, zanim ktokolwiek dostrzeże jego nieobecność. Często wkracza jakby nigdy nic z powrotem do szatni w momencie, kiedy wszyscy leżą na podłodze w ręcznikach, dyskutując o zmęczeniu, wkracza z torbą sportową i w zasadniczo zmienionym nastroju i wchodzi do łazienki, gdzie zastaje większość małych dzieciaków, które oskubują sobie kończyny z łusek Lemon Pledge i po kolei biorą prysznic, nabiera trochę szamponu z czyjejś butelki w kształcie komiksowej postaci i kąpie się pod prysznicem, potem zadziera głowę i zapuszcza sobie Visine w kabinie, w której akurat nie ma Schachta, płucze gardło, szoruje i nitkuje zęby, ubiera się, czesać zazwyczaj się nie musi. Krople Visine, nić dentystyczną o smaku miętowym i podróżną szczoteczkę do zębów nosi w kieszeni torby sportowej Dunlopa. Ted Schacht, fanatyk higieny jamy ustnej, z powodu nici dentystycznej i szczoteczki stawia Hala za przykład wszystkim kolegom.
- Jestem taki zmęczony, że czuję się prawie jak na haju.
- Ale nie na miłym haju - uściśla Troeltsch.
- Byłby to milszy haj zmęczeniowy, gdybym, kurwa, nie musiał czekać do dziewiętnastej z odrabianiem lekcji - mówi Stice.
- Byłoby miło, gdyby Schtitt nie pastwił się nad nami chociaż w tygodniu przed sesją półsemestralną.
- Byłoby miło, gdyby trenerzy i nauczyciele spróbowali zgrać swoje harmonogramy.
- Byłoby miło, gdybym po kolacji mógł się uwalić na górze ze spokojną głową i pooglądać coś nieskomplikowanego.
- Gdybym nie musiał się przejmować formami normatywnymi i ostrością obrazu.
- Poleżeć do góry brzuchem.
- Obejrzeć coś ze scenami pościgów i wybuchami.
- Wyluzować, zajarać, poleżeć do góry brzuchem, przejrzeć katalogi damskiej bielizny, pojeść granolę wielką drewnianą łyżką - rozmarza się Struck.
- Przelecieć laskę.
- Mieć jedną wolną noc na Rozrywkę i Relaks.
- Posłuchać atonalnego jazzu w stroju Adama.
- Zaliczyć seks. Przelecieć laskę.
- Pobzykać się. Podupczyć. Pociupciać.
- Znaleźć sobie kelnereczkę z burgerowni dla kierowców w północno-wschodniej Oklahomie z takimi wielkimi cycami.
- Z wielkimi białoróżowymi cycami jak z francuskiego malarstwa, co wyłażą ze stanika.
- Taką wielką drewnianą łyżką, co ledwo mieści się do ust.
- Mieć chociaż jedną noc na relaks i własne przyjemności.
Pemulis wybekuje dwa szybkie wersy Chances Are Johnny'ego Mathisa, których nie zdążył wyśpiewać pod prysznicem, a potem zajmuje go coś na lewym udzie. Shaw wydmuchuje bańkę śliny, która urasta do tak niepodobnych rozmiarów jak na ślinę, że pół sali śledzi ją w napięciu, dopóki nie pęknie dokładnie w momencie, gdy Pemulis kończy pieśń.
- Dyrekcja mówi, że da nam wolną sobotę w wigilię Dnia Współzależności - mówi Evan Ingersoll.
Kilka starszoklasowych głów przekrzywia się w jego stronę. Pemulis wypycha policzek językiem, którym porusza w kółko.
- Tere-fere kuku - szydzi Stice.
- Puszczą nas z lekcji, i tyle, treningi jak zawsze, tak mówi deLint - uściśla Freer.
- Ale nie będzie treningu w niedzielę, przed akademią.
- Ale mecze będą.
Wszyscy zawodnicy juniorów obecni w szatni sklasyfikowani są w grupie sześćdziesięciu czterech najlepszych graczy kontynentu, z wyjątkiem Pemulisa, Yardleya i Blotta.
Byłoby jasne, że T. Schacht wciąż siedzi w jednej z kabin ubikacji za prysznicami, nawet gdyby Hal nie widział czubka wielkiego fioletowego gumowego klapka Schachta wystającego spod drzwi kabiny, dokładnie tam, gdzie wejście do łazienki przecina linię wzroku Hala. Nieruchome stopy wystające spod drzwi sracza mają w sobie jakąś pokorę, wręcz uległość. Halowi przechodzi przez myśl, że poza defekacyjna jest wyrazem bezwarunkowego pogodzenia się z losem. Głowa spuszczona, łokcie na kolanach, palce splecione między kolanami. Zgarbiona ponadczasowa figura wyczekiwania, niemalże religijna. Buty Lutra na podłodze koło nocnika, może nawet drewniane chodaki, XVI-wieczne buty Lutra, zamarłe w oczekiwaniu na epifanię. Nieme, potulne cierpienie pokoleń komiwojażerów w kabinach dworcowych klozetów, głowy spuszczone, palce splecione, wyglansowane półbuty nieruchome, oczekiwanie na wypróżnienie. Kapcie kobiet, zakurzone sandały centurionów, podkute buciory robotników portowych, pantofle papieża. Wszystkie czekają noskami do przodu, leciutko przytupując. Rośli mężczyźni o krzaczastych brwiach, odziani w skóry, kucają tuż poza kręgiem blasku ogniska z garścią zmiętych liści: czekają. Schacht cierpiał na chorobę Crohna[43], spadek po ojcu wrzodowcu ze skłonnością do kolek, więc przy każdym posiłku musiał zażywać środek wiatropędny i znosić niewybredne żarciki o swoich kłopotach trawiennych, a na domiar złego z powodu choroby Crohna przyplątał mu się gościec w prawym kolanie, powodujący na korcie straszliwy ból.
Rakiety Freera i Pala Paula Shawa spadają z ławki z klekotem, a Beak i Blott podrywają się błyskawicznie, żeby je podnieść i ułożyć z powrotem na ławce, Beak jedną ręką, bo drugą przytrzymuje ręcznik w pasie.
- No to policzmy - mówi Struck.
Pemulis uwielbia śpiewać w pomieszczeniach z glazurą.
Struck dźga otwartą dłoń palcem albo tytułem emfazy, albo odliczania porządkowego.
- Powiedzmy, że prawie godzina biegu dla drużyn A, godzina i kwadrans treningu, dwa mecze jeden po drugim.
- Ja rozegrałem tylko jeden - wtrąca się Troeltsch. - Na porannym treningu dostałem gorączki, którą deLint kazał mi zbić do jutra.
- Wszyscy, którzy ugrali trzy sety, grali tylko jeden mecz, Spodek i Kent na przykład - mówi Stice.
- To ciekawe, że zdrowie Troeltscha zaczyna szwankować, gdy zaczynają się poranne treningi na dworze - mówi Freer.
- ...zwyczajowo dwie godziny na mecze. Zwyczajowo. Później pół godziny na siłowni pod pieprzonymi paciorkami piwnych oczu Loacha, który siedzi z boku i rejestruje na podkładce. W sumie jakieś pięć godzin non stop intensywnego ruchu.
- Ciągłego i wyczerpującego.
- Schtitt zarządził, że w tym roku nie śpiewamy żadnych głupich piosenek w Port Washington.
John Wayne przez cały czas nie odezwał się ani słowem. Zawartość jego szafki jest schludna i poukładana. John Wayne zawsze zapina koszulę na górny guzik, jakby miał włożyć krawat, którego nawet nie posiada. Ingersoll też się ubiera, wyciągając rzeczy z małej kwadratowej szafki młodszoklasisty.
- Tylko że oni chyba zapominają, że jesteśmy jeszcze w wieku chłopięcym - mówi Stice.
Ingersoll jest chłopcem całkowicie pozbawionym brwi, tak przynajmniej zaobserwował Hal.
- Mów za siebie, Ciemny.
- Chodzi mi o to, jak krótkowzroczne jest takie przeciążanie dojrzewającego kośćca - mówi Stice podniesionym głosem. - Co ja zrobię, kiedy będę miał dwadzieścia lat i przyjdzie mi grać non stop w pokazówkach, a kościec będę miał nadwerężony i podatny na kontuzje?
- Ciemny ma rację.
Zawinięty ścinek mętnawej starej łupiny Lemon Pledge i zielona niteczka bandaża Gauze Tex wkręciły się zawile w niebieskie włókna wykładziny dywanowej koło lewej kostki Hala, która to kostka jest lekko opuchnięta i ma sinawy odcień. Hal porusza miarowo kostką, gdy tylko sobie o niej przypomni. Struck i Troeltsch, nie wstając z podłogi, odbywają krótki sparing otwartymi dłońmi, robiąc chytre uniki głowami. Hal, Stice, Troeltsch, Struck, Rader i Beak rytmicznie ściskają piłki tenisowe w dłoniach od trzymania rakiety, na chwałę Akademii. Barki i kark Strucka są wściekle zaognione, Hal spostrzegł też wrzód na wewnętrznej stronie uda Teda Schachta, kiedy ten usiadł. Odbicie twarzy Hala mieści się dokładnie w kafelku na ścianie naprzeciwko, a kiedy Hal powoli porusza głową, twarz stopniowo się rozszerza i rozmywa, aby wyłonić się nagle w całości z kafelka obok. Prysznicowa atmosfera wspólnoty jest dołująca. Nawet Evan Ingersoll zerka na zegarek i odchrząkuje. Wayne i Shaw już się ubrali i wyszli, Freer, gorący zwolennik Pledge, czesze się jeszcze w lustrze, Pemulis też już wstaje, żeby uciec wreszcie od sąsiedztwa nóg i stóp Freera. Oczy Freera są permanentnie wybałuszone - Aksjomat mówi, że Freer wygląda, jakby go cały czas straszyli albo dusili.
A czas w tym popołudniowym pomieszczeniu szatni ma niezgłębioną głębię: tak samo byli tu już kiedyś i będą jutro. Słońce za oknem smutnieje i żałobę po nim czuje się w kościach, wydłużające się cienie mają ostre kontury.
- A ja wam mówię, że to Tavis - oznajmia w lustrze Freer, zwracając się do wszystkich. - Za morderczą harówą i cierpieniem zawsze stoi pierdolony Tavis.
- Nie, to Schtitt - mówi Hal.
- Schtitt miał nierówno pod sufitem na długo, zanim dopadł nas, panowie - mówi Pemulis.
- Peemster i Hal.
- Halabarda i Pemurama.
Freer wydyma ust pąkowie i wypuszcza powietrze, jakby zdmuchiwał zapałkę albo jakiś paproch z wielkiego lustra.
- Schtitt tylko robi, co mu każą, jak każdy dobry nazista.
- Co to, kurde, ma znaczyć? - pyta Stice, który jest znany z tego, że pyta Na Jaką Wysokość, Panie Psorze, kiedy Schtitt rzuca komendę Skaczemy, i maca dywan wokół siebie w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby rzucić we Freera. Ingersoll rzuca Stice'owi nawilgły zwinięty ręcznik, chcąc mu pomóc, ale oczy Stice'a w lustrze wpatrują się w oczy Freera, więc ręcznik trafia Stice'a w głowę i tam pozostaje, na głowie Stice'a. Emocje w szatni zmieniają się diametralnie co parę sekund. Grzmi półokrutny śmiech wymierzony w Stice'a, a Hal gramoli się na nogi, ostrożnie wznosząc ciało etapami i opierając cały swój ciężar na dobrej nodze. W trakcie tej ekwilibrystyki spada z niego ręcznik. To, co mówi Struck, ginie w ryku wysokociśnieniowej spłuczki sedesu.
Sfeminizowany Amerykanin stał lekko bokiem do Marathe'a na skalnym występie. Jak bezwładnie urzeczony wpatrywał się w cień zmierzchu, wewnątrz którego obaj się znaleźli, i w coraz bardziej skomplikowane migotanie amerykańskiego miasta Tucson - podobne widoki, niedające się objąć wzrokiem, wprawiają patrzącego w stan apatycznego zagapienia.
Marathe wyglądał, jakby miał zaraz zasnąć.
Nawet głos Steeply'ego nabrał w tym cieniu innego tembru.
- Podobno ta twoja Luria to wielka miłość Roda Tine'a.
Marathe stęknął i poprawił się na wózku.
- To taka miłość, o której śpiewają pieśni, dla której ludzie umierają i zostają uwiecznieni w balladach, w operach. Tristan i Izolda. Lancelot i ta, no, jak jej tam. Agamemnon i Helena. Dante i Beatrycze.
Senny uśmiech Marathe'a nasilał się, aż przeszedł w skrzywienie.
- Narcyz i Echo. Kierkegaard i Regina. Kafka i ta nieszczęsna panna, która bała się wyjść do skrzynki po pocztę.
- Ciekawy przykład z tą skrzynką pocztową. - Steeply udał śmiech.
Marathe włączył czujność.
- Ściągnij tę perukę i zesraj się w nią, Hugh Steeply z BSN. Twoja ignorancja mnie przeraża. Agamemnon nie miał nic wspólnego z tą królową. Jej mężem był Menelaos, ten ze Sparty. Chodziło ci o Parysa. Tego z Troi.
Steeply ucieszył się jak głupi.
- Parys i Helena, ta, co rozpętała wojnę. Koń: dar, który nie był darem. Anonimowy prezent z dostawą do domu. Oblężenie Troi od środka.
Marathe uniósł się lekko na kikutach nóg, zdradzając pewne emocje względem Steeply'ego.
- Naiwność waszego ujęcia historii jest porażająca. Parys i Helena byli pretekstem do wojny. Poza Spartą Menelaosa wszystkie państwa greckie atakowały już Troję, ponieważ Troja kontrolowała Dardanele i pobierała za przeprawę horrendalne myto, czemu ostro sprzeciwiali się Grecy, którym zależało na bezpiecznej drodze handlowej łączącej ich z Dalekim Wschodem. To była wojna o handel. Tak zwana miłość Parysa do Heleny stanowiła jedynie pretekst.
Steeply, geniusz przesłuchań, zgrywał czasem przed Marathe'em większego idiotę niż zwykle i wiedział, że Marathe się na to nabiera.
?PRZYPISY I ERRATA
[1] Chlorowodorek metamfetaminy a.k.a. krystaliczna meta.
[2] Orin, nawiasem mówiąc, nigdy w życiu nie zaszczycił wizytą gabinetu profesjonalnego terapeuty, toteż z reguły odczytuje swoje sny na poziomie dość dosłownym.
[3] Zabudowania EAT tworzą kardioidę: cztery główne budynki, zwrócone frontem do środka, mają wypukle zaokrąglone ściany tylne i boczne, układające się w krzywiznę kardioidy, której centrum zajmuje basen i pawilony, parkingi dla personelu i dla studentów natomiast znajdują się na tyłach Gmachu Mieszk.-Adm., tworząc tam niewielkie wcięcie, które z lotu ptaka nadaje całemu kompleksowi zarys walentynkowego serduszka, jednak nie można byłoby mówić o kardioidzie, gdyby nie wypukłe zarysy budynków stanowiące łuki o tym samym "r", co jest szokującym wyczynem architektonicznym, zważywszy na nierówności terenu oraz na wewnątrzścienne instalacje elektryczno-hydrauliczne dormitoriów, biur administracji i poliżywicznego Płuca, dającego się zwinąć i usunąć, czego potrafi dokonać chyba tylko jeden człowiek na całym Wschodnim Wybrzeżu - pierwszy architekt EAT, wieloletni serdeczny przyjaciel Avril, istny Übermensch mapowania krzywizny zamkniętej, A.Y. "Pole Wektorowe" Rickey z Uniwersytetu Brandeisa, już nieżyjący, który w Weston zachwycał Hala i Maria tym, że ściągał z siebie kamizelkę bez zdejmowania marynarki, którą to sztuczkę M. Pemulis zdemaskował po latach jako tandetne salonowe wykorzystanie pewnych podstawowych cech funkcji ciągłych, którą to rewelację Hal skrycie odchorował, jak dziecko, które się dowiaduje, że Święty Mikołaj nie istnieje, Mario natomiast zignorował, gdyż wolał wierzyć, że sztuczka z kamizelką to czysta magia.
[4] Młodszy personel, pełniący podwójne funkcje akademików i trenerów sportowych, zwany jest "asystentami", zgodnie z konwencją przyjętą w północnoamerykańskich akademiach tenisowych.
[5] Tak zwane "dryny" - czyli lekki spid: Cylert, Tenuatea, Fastin, Preludin, niekiedy nawet Ritalin. Warto nadmienić, że w przeciwieństwie do Jima Troeltscha czy Bridget Boone, amatorki Preludinu, Michael Pemulis (może powodowany prostackim honorem) rzadko zażywa "dryny" przed meczem, zostawiając je sobie na czas wolny - są tacy, którzy odpoczywają przy powodującej wzmożoną akcję serca i wysadzającej oczy z orbit stymulację "drynami".
a Tenuate to nazwa firmowa chlorowodorku diethylpropionu, wytwarzanego przez Marion Merrell Dow Pharmaceuticals, preparatu odchudzającego na receptę, popularnego wśród niektórych sportowców z uwagi na działanie łagodnie euforyczne i mobilizujące, bez objawów zgrzytania zębami i przykrego kryzysu wywołanego wzrostem stężenia substancji we krwi, typowych dla twardszych "dryn", takich jak Fastin czy Cylert, jednak Tenuate często powoduje oczopląs. Oczopląs nie zniechęca Michaela Pemulisa, który szczególnie upodobał sobie Tenuate i gromadzi do użytku własnego wszystkie 75-miligramowe białe kapsułki, które mu się nawiną, i nigdy ich nie sprzedaje ani nie wymienia, chyba że z Jimem Troeltschem, z którym dzieli pokój, ponieważ Troeltsch zamęcza Pemulisa o kapsułki, a w dodatku załatwia je sobie na lewo, po kilka sztuk, korzystając z Pemulisowej czapki kapitana jachtowego, ponieważ twierdzi, że wzmagają jego elokwencję jako komentatora sportowego. Pemulis wie o tych machlojkach, ale odwleka zemstę: co się upiecze, to nie uciecze, nie ma obawy.
[6] Łagodne trankwilizatory: Valium-III, Valrelease, niezawodny Xanax, Dalmane, Buspar, Serax, a nawet Halcion (nadal, o dziwo, legalnie dostępny w Kanadzie); dla amatorów czegoś mocniejszego - "reds drug", Meprospan, Plastry "Happy Patch", Miltown, Stelazine, sporadycznie przeciwbólowy Darvon - które zażywa się niedłużej niż przez dwa sezony, z tej oczywistej przyczyny, że silne środki uspokajające potrafią sprawić, że pacjentowi odechce się nawet oddychać; znaczny procent zgonów wywołanych trankwilizatorami przypisuje się nieoficjalnie zjawisku PS - Pulmonary Sloth, czyli Rozleniwieniu Płucnemu.
[7] Najlepsi gracze kategorii juniorów na ogół uważają z alkoholem, głównie ze względu na fizyczne konsekwencje nadużycia, takie jak mdłości, odwodnienie i słaba koordynacja oko-ręka, które wręcz uniemożliwiają grę na wysokim poziomie. Bardzo niewiele innych standardowych używek powoduje krótkoterminowego kaca, chociaż zażyta wieczorem kokaina, nawet syntetyczna, potrafi zmienić poranny trening w bardzo niemiłe przeżycie i dlatego bardzo niewielu uczniów EAT zażywa twardą kokainę, zwłaszcza że koszty są znaczne: jakkolwiek wielu EAT-owców to dzieci zamożnych rodziców, ich kieszonkowe jest zazwyczaj skromne, jako że wszystkie potrzeby zaspokaja (bądź udaremnia) Akademia. Warto może nadmienić, że osoby uzależnione od rekreacyjnych "dryn" mają pociąg do kokainy, metedryny i innych środków dających "kopa", podczas gdy spora rzesza wyżej zmotywowanej młodzieży sięga raczej po trankwilizatory, kanabis, barbituraty, no i owszem - alkohol.
[8] A więc: psylocybina, Happy Patchesa, MDMA/Xtasy (niestety, zła wiadomość); rozmaite prymitywne manipulacje na pierścieniu benzenowym w psychodelikach klasy metoksy, zazwyczaj do produkcji domowej; syntetyki w rodzaju MMDA, DMA, DMMM, 2CB, para-DOT I-IV etc. - z zastrzeżeniem, że grupa ta nie powinna obejmować środków atakujących centralny układ nerwowy, takich jak STP, DOM, niesławny Grievous Bodily Harm (kwas gamma hydroksybutanowy), LSD-25 i -32, czy DMZ/M.P. Upodobanie do tych substancji zdaje się niezależne od typu neurologicznego.
a Plastry domowej roboty, zazwyczaj MDMA lub Muscimole, zawierające DDMS lub dostępne bez recepty DSMO w charakterze nośnika transdermalnego.
[9] Czyli LSD-25, często z dodatkiem "dryny" w charakterze "kopa", zwane Black Star, ponieważ w Bostonie kwas występuje zazwyczaj w cienkich kartonowych pakiecikach z nadrukiem czarnej gwiazdki (całe zapasy pochodzą od zamelinowanej grupy dostawców z New Bedford). Wszelki kwas i Grievous Bodily Harm [Ciężkie Uszkodzenie Ciała], podobnie jak kokaina i heroina, dociera do Bostonu przeważnie z New Bedford, MA, gdzie dostarczane jest z Bridgeport CT - prawdziwego podbrzusza Ameryki Północnej, co warto wiedzieć, jeśli się tam nigdy nie było.
[10] Jak większość akademii sportowych, EAT podtrzymuje dobrotliwą fikcję, że 100% jej uczniów przychodzi tu z własnej i nieprzymuszonej ambitnej woli, a nie, dajmy na to, dlatego że zmusili ich rodzice, wśród których (co dotyczy zarówno rodziców tenisistów, jak i matek niedoszłych legend Hollywoodu) trafiają się potwory.
[11] Gra towarzyska kobiet arabskich, rozgrywana muszelkami na pikowanej planszy, podobna do madżonga pozbawionego reguł, jak uważają mężowie dyplomaci i lekarze.
[12] Chlorowodorek meperydyny i chlorowodorek pentazocyny, odurzające środki przeciwbólowe z grup, odpowiednio, C-II i C-IVa, oba dostępne dzięki dobrym ludziom z Sanofi Winthrop Pharm-Labs, Inc.
a Kontynentalna ustawa o kontroli substancji uzależniających hierarchizuje kategorie środków przeciwbólowych/przeciwgorączkowych/przeciwlękowych od II do IV, przy czym te należące do C-II (np. Dilaudid, Demerol) uważane są za najsilniej uzależniające, a C-IV mają działanie równe matczynemu pocałunkowi w czoło.
[13] Zamaskowanym na zdjęciu dowodowym osobnikiem, którego nazwiska Gately nikomu nie podał, mógł być niejaki Trent "Quo Vadis" Kite, stary i niegdyś zdolny kumpel Gately'ego z dzieciństwa spędzonego w Beverly, MA.
[14] Drobnym znakiem szczególnym tego konkretnego A.P.O. było to, że stale chodził w anachronicznym, lecz markowym kapeluszu typu Stetson, jakie noszą biznesmeni, z dekoracyjnym piórkiem za wstążką, i w sytuacjach napięcia często dotykał jego ronda lub obracał go w dłoniach.
[15] Urząd ds. Alkoholu/Tytoniu/Broni Palnej, podówczas tymczasowo pod egidą Biura Służb Niesprecyzowanych USA.
[16] Nadzwyczaj nieprzyjemne późniejsze wydarzenia mające związek z quebeckimi powstańcami i kartridżem nie pozostawiają wątpliwości, że (i tym razem) był nim Trent "Quo Vadis" Kite.
[17] Jednak bezkodeinowego - ten szczegół fizyczny dostrzegł Gately jako pierwszy w przykrym błysku zapalonej przez właściciela sypialni żarówki, co daje jakiś obraz konstrukcji psychicznej człowieka uzależnionego od doustnych narkotyków.
[18] Nie licząc bardziej dyskusyjnej zawartości sejfu za morskim pejzażem, spiętrzonej na odłączonym od sieci autentycznym, markowym odbiorniku TP z wizorem w wieloprzegródkowej żaluzjowej konsoli kina domowego, ze stacją kartridżów i podwójną głowicą w schowku pod spodem, zamkniętym drzwiczkami z szykownymi mosiężnymi gałkami w kształcie klonowych liści, oraz kilku półek ciasno wypełnionych kartridżami o wyglądzie rasowym i artystowskim, nad którymi kolega Dona Gately'ego cmokał z zachwytu i z żalu, że nie są transferowalne na taśmę celuloidową ani dostępne w Sieci Dystrybucyjnej InterLace.
[19] "Une Personne de l'Importance Terrible" (zapewne).
[20] Fluorescencja została zakazana w Quebecu, podobnie jak nachalne oferty telefoniczne ze skomputeryzowanych call center, ulotki wypadające z pism ilustrowanych, które zmuszają do zerknięcia i podniesienia, celem wrzucenia ich do kosza, a także wzmianki o wszelkich świętach religijnych w reklamach sprzedaży produktów i usług - więc choćby z tego jednego powodu dobrowolne osiedlanie się tamże było aktem altruizmu.
[21] Zob. przypis 211 poniżej.
[22] Nazwa firmowa terfenadyny produkcji Marion Merrell Dow Pharmaceuticals, taktycznej broni nuklearnej nieotępiających antyhistamin i eksykatorów śluzu.
[23] Office of Naval Research USDD - Biuro Badań Naukowych Marynarki Wojennej przy Departamencie Obrony USA.
[24] JAMES O. INCANDENZA: FILMOGRAFIAa
Niniejszy spis jest najkompletniejszym zestawieniem, jakie udało nam się sporządzić. Dorobek tego filmowca stawia przed archiwistami trudne zadanie, jako że jego dwunastoletnia działalność reżyserska zbiegła się w czasie z wielkimi przemianami w dziedzinie filmu - od kin publicznych, poprzez magnetowidowe rejestracje magnetyczne, po TeleRozrywkę InterLace wykorzystującą kartridże laserowe do wielokrotnego odtwarzania - a także dlatego, że twórczość Incandenzy obejmuje filmy przemysłowe, dokumentalne, konceptualne, reklamowe, techniczne, parodystyczne, niekomercyjne fabularne, niekomercyjne niefabularne ("antymainstreamowe"), niefabularne komercyjne i fabularne komercyjne. Dodatkowa trudność wynika stąd, że po pierwsze: do nastania Czasu Sponsorowanego Incandenza unikał komunikacji i formalnego datowania; po drugie: tworzył coraz więcej, a w ostatnich latach życia miał w produkcji po kilka filmów jednocześnie; po trzecie: jego producent był firmą prywatną i co najmniej czterokrotnie zmieniał nazwę; po czwarte zaś: niektóre z jego wysoce konceptualnych scenariuszy podlegały wymogowi nadania tytułu i ocenie krytyków, chociaż nie zostały sfilmowane, co stwarza kontrowersję odnośnie do ich filmowego statusu.
W związku z powyższym, jakkolwiek poniższy spis wymienia dzieła w prawdopodobnym porządku ich ukończenia przez autora, pragniemy zaznaczyć, że porządek ten, podobnie jak zawartość listy, nie są w chwili obecnej definitywne.
Po tytule każdego dzieła podane zostały: rok jego ukończenia albo oznaczenie PS, odnoszące się do filmów niedatowanych, jednak ukończonych Przed Sponsoringiem; nazwa producenta; odtwórcy głównych ról, jeśli zostali wymienieni; dane techniczne nośnika; czas trwania z zaokrągleniem do najbliższej minuty; kolor (cz/b, barwny, mieszany); dźwięk (niemy, dźwiękowy, mieszany); zwięzłe streszczenie lub komentarz krytyczny; rodzaj nośnika (taśma celuloidowa, wideo, Spontaniczne Rozpowszechnianie InterLace, kartridż InterLace kompatybilny z TP, przekaz prywatny z firmy Incandenzy). Oznaczenie NIEROZPOWSZECHNIANY odnosi się do dzieł, które nigdy nie były dystrybuowane i są niedostępne w domenie publicznej bądź też zaginione.
a Źródło: Comstock, Posner i Duquette, The Laughing PathologistsL Exemplary Works of the Anticonfluential Apres Garde: Some Analyses of the Movement Toward Stasis in North American Conceptual Film (w/ Beth B., Vivienne Dick, James O. Incandenza, Vigdis Simpson, E.&K. Snow); ONANite Film and Cartridge Studies Annual, vol. 8, nr 1-3 (rok PM z SA), s. 44-117.
Cage b. Datowany jedynie Przed Sponsoringiem, Meniscus Films, Ltd. Obsada niepodana; 16 mm; 5 min; czarno-biały; dźwiękowy. Monolog parodiujący telewizyjną reklamę szamponu z wykorzystaniem czterech wypukłych luster, dwóch luster płaskich i jednej aktorki. NIEROZPOWSZECHNIANY.
b Z ewentualnym wyjątkiem Cage III - Free Show [Klatka III - Seans darmowy], seria Klatka w reżyserii Incandenzy nie nawiązuje w sposób bezpośredni do klasyka Sidneya Petersona, The Cage (1947).
Kinds of Light [Odmiany światła] - PS; Meniscus Films, Ltd.; bezobsadowy; 16 mm; 3 min; barwny; niemy; 4444 klatki, każda będąca zdjęciem światła o innym źródle, długości fali i mocy, odbitego w niepolerowanym blaszanym talerzu; przy normalnej prędkości projekcji całość wywołuje efekt dezorientacji, gdyż zdjęcia następują po sobie z prędkością przekraczającą prędkość reakcji siatkówki; CELLULOID, ROZPOWSZECHNIANIE OGRANICZONE DO MIASTA BOSTON, WYMAGA ODTWARZANIA Z 0.25 NORMALNEJ PRĘDKOŚCI PRZESUWU FILMU.
Dark Logistics [Mroczna logistyka] - PS; Meniscus Films Ltd.; 35 mm; 21 min; barwny; niemy z ogłuszającym soundtrackiem Wagner/Sousa. Hołd dla Griffitha, parodia Iimury. Drżąca dziecięca rączka odwraca stronice inkunabułowych manuskryptów z dziedziny matematyki, alchemii, religii i fikcyjnej autobiografii politycznej, a każda stronica zawiera przykład lub obronę nietolerancji i nienawiści. Film dedykowany D.W. Griffithowi i Tace Iimurze. NIEROZPOWSZECHNIANY.
Tennis, Everyone? [Tenis dla każdego?] - PS; Heliotrope Films Ltd./ USTA Films. Obsada dokumentalna i prelegent Judith Fukuoka-Hearn; 35 mm; 26 min; barwny; dźwiękowy. Film PR/reklamowy dla Stowarzyszenia Tenisowego Stanów Zjednoczonych [USTA] w połączeniu z Wilson Sporting Goods, Inc. VHS.
There Are No Losers Here [Tutaj nie ma przegranych] - PS; Heliotrope Films Ltd./ USTA Films; obsada dokumentalna i prelegent P.A. Heaven; 35 mm; barwny; dźwiękowy. Dokumentalny zapis Krajowych Mistrzostw Juniorów 1997 PS w Kalamazoo, MI, i Miami, FL, w połączeniu z USTA i Wilson Sporting Goods. VHS.
Flux in a Box [Przepływ w pudełku] - PS; Heliotrope Films, Ltd./Wilson Inc.; Obsada dokumentalna i prelegentka Judith Fukuoka-Hearn; 35 mm; 52 min; czarno-biały/barwny; dźwiękowy. Dokumentalna historia pudełka, platformy, trawnika i kortu tenisowego od XVII-wiecznego Dworu Delfina do współczesności. VHS.
Infinite Jest (I) [Niewyczerpany żart (I)] - PS Meniscus Films, Ltd. Judith Fukuoka-Hearn; 16/35 mm; 90(?) min; czarno-biały; niemy. Niedokończone, niewidziane pierwsze podejście Incandenzy do tematu komercyjnej rozrywki; NIEROZPOWSZECHNIANY.
Annular Fusion Is Our Friend [Fuzja pierścieniowa naszym przyjacielem] - PS Heliotrope Films, Ltd./Sunstrand Power & Light Co. Obsada dokumentalna i prelegent C.N. Reilly; język migowy dla niesłyszących; 78 mm; 45 min; barwny; dźwiękowy. PR/reklama nowoangielskiego zakładu Sunstrand Power & Light, potoczne objaśnienie procesu DT-cyklicznej litowanej fuzji pierścieniowej i jej zastosowań w produkcji energii dla użytku domowego. TAŚMA CELULOIDOWA, VHS.
Annular Amplified Light: Some Reflections [Wzmocnione światło pierścieniowe. Garść refleksji] - PS Heliotrope Films Ltd./Sunstrand Power & Light, Co.; Obsada dokumentalna i prelegent C.N. Reilly; język migowy dla niesłyszących; 78 mm; 45 min; barwny; dźwiękowy. Druga inforeklama Sunstrand Co., potoczne objaśnienie zastosowań zimnych laserów fotonicznych w DT-cyklicznej litowanej fuzji pierścieniowej. TAŚMA CELULOIDOWA, VHS.
Union of Nurses in Berkeley [Związek Zawodowy Pielęgniarek w Berkeley] - PS Meniscus Films, Ltd.; Obsada dokumentalna; 35 mm; 26 min; barwny z napisami kodowanymi; wywiady z niesłyszącymi pielęgniarkami dyplomowanymi i niedyplomowanymi przeprowadzone podczas zamieszek w Bay Area (1996) wokół reformy służby zdrowia. VHS, ROZPOWSZECHNIANIE PRYWATNE MENISCUS FILMS, LTD.
Union of Theoretical Grammarians in Cambridge [Związek Teoretyków Gramatyki w Cambridge] - PS Meniscus Films Ltd. Obsada dokumentalna; 35 mm; 26 min; barwny; niemy; liczne komputerowe zniekształcenia zbliżeń twarzy. Dokumentalny, z napisami kodowanymi, zapis wywiadów z uczestnikami debaty publicznej Steven Pinker - Avril M. Incandenza nt. politycznych implikacji gramatyki normatywnej podczas niesławnej konwencji Bojowych Gramatyków z Massachusetts, która rzekomo przyczyniła się do wzniecenia zamieszek na tle językowym w MIT, PS 1997. NIEROZPOWSZECHNIANY Z POWODU OBJĘCIA PROCESEM SĄDOWYM.
Widower [Wdowiec] - PS Latrodectus Mactans Productions. Cosgrove Watt, Ross Reat; 35 mm; 34 min; czarno-biały; dźwiękowy. Nakręcona w naturalnej scenerii Tucson, AZ, parodia telewizyjnej komedii rodzinnej, ojciec kokainista (Watt) oprowadza syna (Reat) po ich pustynnej posiadłości, puszczając z ogniem jadowite pająki. TAŚMA CELULOIDOWA; INTERLACE TELENT CARTRIDGE RERELEASE #357-75-00 (Rok Cudownego Kurczaka Perdue).
Cage II [Klatka II] - PS Latrodectus Mactans Productions. Cosgrove Watt, Disney Leith; 35 mm; 120 min; czarno-biały; dźwiękowy. Sadystyczna dyrekcja więzienia umieszcza więźnia niewidomego (Watt) w jednej celi z więźniem głuchoniemym, osadzeni usiłują się komunikować. TAŚMA CELULOIDOWA; ROZPOWSZECHNIANY NA KASETACH WIDEO.
Death in Scarsdale [Śmierć w Scarsdale] - PS Latrodectus Mactans Productions. Cosgrove Watt, Marlon R. Bain; 78 mm; 39 min; barwny; niemy z napisami. Parodia Manna/Allena; światowej sławy dermatolog endokrynolog (Watt) popada w platoniczną obsesję na punkcie chłopca (Bain), którego leczy na nadpotliwość, i sam zaczyna cierpieć na tę przypadłość. NIEROZPOWSZECHNIANY.
Fun with Teeth [Zęby na wesoło] - PS Latrodectus Mactans Productions. Herbert G. Birch, Billy Tolan, Pam Heath; 35 mm; 73 min; czarno-biały, niemy z nieludzkimi wrzaskami i jękami. Parodia Kosińskiego/Updike'a/Peckinpaha; dentysta (Birch) leczy kanałowo bez znieczulenia szesnaście zębów wykładowcy akademickiego (Tolan), którego podejrzewa o romans ze swoją żoną (Heath). VHS, ROZPOWSZECHNIANIE PRYWATNE LATYRODECTUS MACTANS PROD.
Infinite Jest (II) [Niewyczerpany żart (II)] - PS Latrodectus Mactans Productions. Pam Heath; 35/78 mm; 90(?) min; czarno-biały; niemy. Niedokończona, niepokazywana próba remake'u Infinite Jest (I). NIEROZPOWSZECHNIANY.
Immanent Domain [Strefa immanentna] - PS Latrodectus Mactans Productions. Cosgrove Watt, Judith Fukuoka-Hearn, Pam Heath, Pamela-Sue Voorheis, Herbert G. Birch; 35 mm; 88 min; czarno-biały plus mikrofotografia; dźwiękowy. Trzy neurony pamięciowe (Fukuoka-Hearn, Heath, Voorheis w poliuretanowych kostiumach) w zakręcie czołowym dolnym mózgu mężczyzny (Watt) toczą heroiczną walkę w obronie swoich pozycji przed nowymi neuronami pamięciowymi, które usiłują zająć ich miejsca w wyniku intensywnej psychoanalizy, której poddaje się mężczyzna. TAŚMA CELULOIDOWA, INTERLACE TELENT CARTRIDGE RELEASE #340-03070 (RPW).
Kinds of Pain [Rodzaje bólu] - PS Latrodectus Mactans Productions. Obsada anonimowa; 35/78 mm; 6 min; barwny; niemy. 2222 nieruchome zbliżenia mężczyzn w średnim wieku cierpiących na wszystkie niemal odmiany bólu, jakie można sobie wyobrazić, od wrośniętego paznokcia, poprzez newralgię czaszkowo-twarzową, po nieoperacyjny guz jelita grubego. TAŚMA CELULOIDOWA, ROZPOWSZECHNIANIE OGRANICZONE DO MIASTA BOSTON, WYMAGA ODTWARZANIA Z .25 NORMALNEJ PRĘDKOŚCI PRZESUWU FILMU.
Various Small Flames [Różne małe płomienie] - PS Latrodectus Mactans Productions. Cosgrove Watt, Pam Heath, Ken N. Johnson; 16 mm; 25 min z funkcją Automatic Replay; barwny; niemy z odgłosami ludzkiego orgazmu zapożyczonymi z wideo dla dorosłych produkcji Caballero Control Corp. Parodia filmów neokonceptualnych strukturalistów Godbouta i Vidriarda: obrazy płomyków spotykanych w gospodarstwie domowym, od zapalniczek i świeczek na torcie urodzinowym po palnik gazowy i siano podpalone światłem słonecznym przez szkło powiększające, na przemian z antynarracyjnymi sekwencjami z mężczyzną pijącym burbon w ciemnym pokoju, podczas gdy jego żona (Heath) i agentka Amwaya (Johnson) spółkują akrobatycznie w oświetlonym korytarzu w tle sceny. NIEROZPOWSZECHNIANY Z RACJI POZWU SĄDOWEGO WNIESIONEGO W LATACH 60. PRZEZ AMERYKAŃSKIEGO REŻYSERA KONCEPTUALNEGO FILMU VARIOUS SMALL FIRES EDA RUSHĘ - INTERLACE TELENT CARTRIDGE RELEASE #330-54-94 (Rok Mydełka Dove w Rozmiarze Próbnym).
Cage III - Free Show [Klatka III - Pokaz darmowy] - PS Latrodectus Mactans Productions/Infernatron Animation Concepts, Kanada. Cosgrove Watt, P.A. Heaven, Everard Maynell, Pam Heath; częściowa animacja; 35 mm; 65 min; czarno-biały; dźwiękowy. Figura Śmierci (Heath) strzeże wejścia na widowisko karnawałowe, którego wykonawcy poddawani są serii niewymownych upokorzeń, tak groteskowo wciągających, że oczy widzów powiększają się z chwili na chwilę, aż sami widzowie zamieniają się w gigantyczne gałki oczne usadowione w fotelach; tymczasem w drugim końcu cyrkowego namiotu figura Życia zaprasza przez megafon gości wesołego miasteczka na pokaz, w którym - jeśli zgodzą się poddać niewymownym upokorzeniom, mogą w nagrodę zobaczyć, jak zwykli ludzie zamieniają się stopniowo w gigantyczne gałki oczne. INTERLACE TELENT FEATURE CARTRIDGE #357-65-65.
The Medusa v. the Odalisque [Meduza kontra Odaliska] - PS Latrodectus Mactans Productions. Obsada niepodana; strefująca holografia laserowa - James O. Incandenza i Urquhart Ogilvie, Jr; holograficzna fotografia walk - Kenjiru Hirota, dzięki uprzejmości Sony Entertainment-Asia; 78 mm; 29 min; czarno-biały; niemy z odgłosami publiczności z transmisji telewizyjnej. Ruchome hologramy dwóch mitologicznych postaci żeńskich pojedynkują się na zwierciadła na scenie, a tymczasem żywa widownia obraca się w kamień. TAŚMA CELULOIDOWA; ROZPOWSZECHNIANIE PRYWATNE NA TAŚMIE WIDEOMAGNETYCZNEJ - LATRODECTUS MACTANS PRODUCTIONS.
The Machine in the Ghost: Annular Holography for Fun and Prophet [Maszyna w duchu. Holografia pierścieniowa do zabawy i proroctw] - PS Heliotrope Films, Ltd./National Film Board of Canada. Prelegent P.A. Heaven; 78 mm; 35 min; barwny; dźwiękowy. Potoczne wprowadzenie w teorię rozszerzenia pierścieniowego i strefowania oraz ich zastosowania w holografii laserowej wysokiej rozdzielczości. NIEROZPOWSZECHNIANY Z UWAGI NA NAPIĘCIA DYPLOMATYCZNE NA LINII USA-KANADA.
Homo Duplex - PS Latrodectus Mactans Productions. Prelegent P.A. Heaven; Super-8 mm; 70 min; czarno-biały; dźwiękowy. Parodia "poststrukturalnych antydokumentów", wywiady z czternastoma Amerykanami noszącymi nazwisko John Wayne, ale niebędącymi legendarnym XX-wiecznym aktorem filmowym Johnem Wayne'em. VHS (OGRANICZONY ZASIĘG ROZPOWSZECHNIANIA).
Zero-Gravity Tea Ceremony [Ceremonia herbaty w grawitacji zero] - PS Latrodectus Mactans Productions. Ken N. Johnson, Judith Fukuoka-Hearn, Otto Brandt, E.J. Kenkle; 35 mm; 82 min; czarno-biały/kolor; niemy. Zawiła ceremonia Ocha-Kai przeprowadzana 2,5 m nad ziemią w komorze symulacji zero-grawitacyjnej Centrum Kosmicznego Johnsona. TAŚMA CELULOIDOWA; INTERLACE TELENT RELEASE #357-40-01 (RPW).
Pre-Nuptial Agreement of Heaven and Hell [Intercyza Nieba z Piekłem] - PS Latrodectus Mactans Productions/Infernatron Animation Concepts, Kanada. Animowany z niepodaną obsadą dubbing; 35 mm; 59 min; barwny; dźwiękowy. Bóg i Szatan grają w pokera kartami tarota o duszę sprzedawcy torebek śniadaniowych - alkoholika z obsesją na punkcie Ekstazy św. Teresy Berniniego. ROZPOWSZECHNIANIE PRYWATNE NA TAŚMIE MAGNETYCZNEJ I MAGNETOWIDOWEJ - LATRODECTUS MACTANS PRODUCTIONS.
The Joke [Żart] - PS Latrodectus Mactans Productions. Widownia jako lustrzana obsada; 35 mm × 2 kamery; długość zmienna; czarno-biały; niemy. Parodia angażujących publiczność programów Hollisa Framptona, dwie wideokamery Ikegami EC-35 nagrywają na żywo widownię filmu, a raster nagrania rzutują na ekran - publiczność obserwuje siebie obserwującą siebie, a uświadomiwszy sobie oczywisty "żart", doznaje nasilających się uczuć wstydu, skrępowania i wrogości, co jest istotą "antynarracyjnej" treści filmu. To pierwsze prawdziwie kontrowersyjne dzieło Incandenzy; recenzent "Film & Cartridge Kultscher" scharakteryzował je jako "mimowolne podzwonne dla filmu postpoststrukturalistycznego wedle kryterium czystej irytacji". NIEZAPISANA TAŚMA WIDEOMAGNETYCZNA DO PROJEKCJI W KINIE, OBECNIE NIEROZPOWSZECHNIANY.
Various Lacrymose U.S. Corporate Middle-Management Figures [Rozmaite łzawe postacie ze średniego szczebla zarządzania amerykańskich korporacji] - NIEROZPOWSZECHNIANY.
Every Inch of Disney Leith [Disney Leith w każdym calu] - PS Latrodectus Mactans Productions/Medical Imagery of Alberta, Ltd. Disney Leith; powiększone komputerowo 35 mm/× 2 m; 253 min; barwny; niemy. Zminiaturyzowane kamery endoskopowe i mikroinwazyjne wędrują po całej powierzchni i całym wnętrzu ciała jednego z członków ekipy technicznej Incandenzy, który siedzi na złożonym serape na Bostońskich Błoniach, słuchając publicznej debaty nt. ujednolicenia północnoamerykańskiego systemu metrycznego. PRYWATNE ROZPOWSZECHNIANIE NA TAŚMIE WIDEOMAGNETYCZNEJ - LATRODECTUS MACTANS PRODUCTIONS; INTERLACE TELENT RELEASE #357-56-34 (RPW).
Infinite Jest (III) [Niewyczerpany żart (III)] - PS Latrodectus Mactans Productions. Obsada niepodana; 16/35 mm; barwny; dźwiękowy. Niedokończony, nieznany remake Infinite Jest (I), (II). NIEROZPOWSZECHNIANY.
Found Drama I [Dramat znaleziony I].
Found Drama II [Dramat znaleziony II].
Found Drama III [Dramat znaleziony III]... konceptualne, niesfilmowane. NIEROZPOWSZECHNIANE.
The Man Who Began to Suspect He Was Made of Glass [Człowiek, który zaczął podejrzewać, że jest zrobiony ze szkła] - Rok Whoppera. Latrodectus Mactans Productions. Cosgrove Watt, Gerhardt Schtitt; 35 mm; 21 min; czarno-biały; dźwiękowy. Mężczyzna w trakcie intensywnej psychoterapii odkrywa, że jest kruchy, wydrążony i przezroczysty dla innych, w związku z czym doznaje transcendentalnego oświecenia albo zapada na schizofrenię. INTERLACE TELENT FEATURE CARTRIDGE #357-59-00.
Found Drama V [Dramat znaleziony V].
Found Drama VI [Dramat znaleziony VI] - konceptualny, niefilmowalny. NIEROZPOWSZECHNIANY.
The American Century As Seen Through a Brick [Amerykańskie stulecie - widok przez cegłę] - Rok Whoppera. Latrodectus Mactans Productions. Obsada dokumentalna, prelegent P.A. Heaven; 35 mm; 52 min; barwny z czerwonym filtrem i oscylofotografią; niemy z narracją z offu. Z ulic historycznej dzielnicy Bostonu, Back Bay, zostaje zdarta cegła, a na jej miejsce kładziony jest polimeryzowany beton; śledzimy losy pojedynczej cegły wyrwanej z bruku od czasowej wystawy sztuki znalezionej poprzez katapultowanie ewakuatorem śmieci EWD na wysypisko w południowym Quebecu po użycie w zamieszkach protestacyjnych FLQ przeciwko ONAN w styczniu Roku Whoppera; obrazy przeplatane dwuznacznymi ujęciami zmian ludzkiego kciuka w sieci interferencji trącanej struny. ROZPOWSZECHNIANIE PRYWATNE NA TAŚMIE MAGNETOWIDOWEJ - LATRODECTUS MACTANS PRODUCTIONS.
The ONANtiad [ONANcjada] - Rok Whoppera. Latrodectus Mactans Productions/sekwencje ruchome Claymation @ Infernatron Animation Concepts, Kanada. Cosgrove Watt, P.A. Heaven, Pam Heath, Ken N. Johnson, Ibn Said Chawaf, Squyre Frydell, Marla-Dean Chumm, Herbert G. Birch, Everard Maynell; 35 mm; 76 min; czarno-biały/kolor; dźwiękowy/niemy. Obsesyjna i niezbyt śmieszna animacja plastelinowa o trójkącie miłosnym, rozgrywana na tle scen z udziałem żywych aktorów ukazujących początki Północnoamerykańskiej Współzależności i Rekonfiguracji Kontynentalnej. ROZPOWSZECHNIANIE PRYWATNE NA TAŚMIE WIDEOMAGNETYCZNEJ - LATRODECTUS MACTANS PRODUCTIONS.
The Universe Lashes Out [Bunt Wszechświata] - Rok Whoppera. Latrodectus Mactans Productions. Obsada dokumentalna, prelegent Herbert G. Birch; 16 mm; 28 min; barwny; niemy z narracją. Dokument o ewakuacji Atkinson, NH/Nowy Quebec w początkowej fazie Rekonfiguracji Kontynentalnej. TAŚMA WIDEOMAGNETYCZNA (ROZPOWSZECHNIANIE OGRANICZONE).
Poultry in Motion [Drób w ruchu] - Rok Whoppera. Latrodectus Mactans Productions. Obsada dokumentalna, prelegent P.A. Heaven; 16 mm; 56 min; barwny; niemy, z narracją z offu. Film dokumentalny o zdradzieckiej inicjatywie hodowców drobiu z North Syracuse, NNJ, którzy w celu zapobieżenia zakażeniu dostaw drobiu na Święto Dziękczynienia organizują transport przeszło 200 tysięcy zakażonych krztuścem ptaków na południe, do Ithaca, w długich lśniących tirach ONAN. TAŚMA WIDEOMAGNETYCZNA (ROZPOWSZECHNIANIE OGRANICZONE).
Found Drama IX [Dramat znaleziony IX].
Found Drama X [Dramat znaleziony X].
Found Drama XI [Dramat znaleziony XI]... - konceptualny, niefilmowalny. NIEROZPOWSZECHNIANY.
Moebius Strips [Wstęgi Moebiusa] - Rok Whoppera. Latrodectus Mactans Productions. "Hugh G. Rection", Pam Heath, "Bunny Day", "Taffy Appel"; 35 mm; 109 min; czarno-biały; dźwiękowy. Parodia pornografii, być może parodystyczny hołd filmowi Fosse'a Cały ten zgiełk: fizyk teoretyczny ("Rection"), który doznaje matematycznych olśnień tylko podczas stosunku seksualnego, ma wizję Śmierci jako zabójczo pięknej kobiety (Heath), INTERLACE TELENT FEATURE CARTRIDGE #357-65-32 (RW).
Wave Bye-Bye to the Bureaucrat [Zrób pa, pa biurokracie] - Latrodectus Mactans Productions. Everard Maynell, Philip T. Smothergill, Paul Anthony Heaven, Pamela-Sue Voorheis; 16 mm; 19 min; czarno-biały; dźwiękowy. Przypuszczalnie parodia/hołd wobec serii ogłoszeń społecznych z lat PS reklamujących Kościół Jezusowy Świętych Dni Ostatnichc: sterany mężczyzna dojeżdżający do pracy zostaje wzięty za Jezusa Chrystusa przez dziecko, które niechcący przewrócił.
c Zob. Romney i Sperber, Czy James O. Incandenza zrobił kiedykolwiek chociaż jedną rzecz autentycznie oryginalną, niezawłaszczoną i nie wtórną?; "Post-Millennium1 Film1 Cartridge1 Journals" 7-9 (jesień/zima RPW), s. 4-26.
Blood Sister: One Tough Nun [Siostra Krwi. Twarda zakonnica] - Rok Podpasek Higienicznych Tucks. Latrodectus Mactans Productions. Telma Hurley, Pam Heath, Marla-Dean Chumm, Diane Saltoone, Soma Richardson-Levy, Cosgrove Watt; 35 mm; 90 min; barwny; dźwiękowy. Parodia filmu gatunkowego o zemście: zakonnica z przeszłością kryminalną (Hurley) bezskutecznie usiłuje reedukować młodocianą przestępczynię (Chumm), doprowadzając ją do aktu krwawej zemsty. INTERLACE TELENT PULSE-DISSEMINATION 21 LIPCA RPLT, KARTRIDŻ #357-87-04.
Infinite Jest (IV) [Niewyczerpany żart (IV) - Rok Podpasek Higienicznych Tucks. Latrodectus Mactans Productions. Pam Heath (?), "Madame Psychosis" (?); 78 mm; 90 min (?); barwny; dźwiękowy. Niedokończony; niepokazywana próba dokończenia Infinite1 Jest1 (III); NIEROZPOWSZECHNIANY.
Let There Be Lite [Niech się stanie światło] - Rok Podpasek Higienicznych Tucks. Poor Yorick Entertainment Unlimited. Obsada dokumentalna, prelegent Ken N. Johnson; 16 mm; 50 min (?); czarno-biały; niemy, narracja z offu. Nieukończony dokument o powstaniu przemysłu niskokalorycznego burbona. NIEROZPOWSZECHNIANY.
Untitled [Bez tytułu] - Niedokończony. NIEROZPOWSZECHNIANY.
No Troy [Troy nie ma] - Rok Whoppera. Latrodectus Mactans Productions. Bezobsadowy; holografia ciekłopowierzchniowa - Urquhart Ogilvie, Jr; 35 mm; 7 min; wzmocniony kolor; niemy. Holograficzny model bombardowania Troy w stanie NJ przez źle skalibrowane Machiny Ewakuacji Odpadów i starcie tej miejscowości z map przez ONAN-skich kartografów. TAŚMA WIDEOMAGNETYCZNA (ROZPOWSZECHNIANIE PRYWATNE OGRANICZONE DO OBSZARÓW NOWEGO BRUNSZWIKU, ALBERTA, QUEBEC) Uwaga: Archiwiści Kanady i Zachodniego Wybrzeża USA nie podają tytułu No1 Troy, ale podają tytuły The1 Violet1 City [Fioletowe miasto] i The1 Violet1 Ex-City [Fioletowe eksmiasto], nasuwając badaczom wniosek, że ten sam film był rozpowszechniany pod kilkoma tytułami.
Untitled [Bez tytułu] - Nieukończony. NIEROZPOWSZECHNIANY.
Valuable Coupon Has Been Removed [Cenny kupon został usunięty] - Rok Podpasek Higienicznych Tucks. Poor Yorick Entertainment Unlimited. Cosgrove Watt, Philip T. Smothergill, Diane Saltoone; 16 mm; 52 min; barwny; niemy. Być może parodia skandynawskiej psychodramy: chłopiec pomaga ojcu alkoholikowi i rozkojarzonej matce rozebrać łóżko w celu poszukiwania gryzoni, a następnie przeczuwa przyszłą dostępność DT-cyklicznej litowanej fuzji pierścieniowej. TAŚMA CELULOIDOWA (NIEROZPOWSZECHNIANY).
Baby Pictures of Famous Dictators [Niemowlęce zdjęcia słynnych dyktatorów] - Rok Podpasek Higienicznych Tucks. Poor Yorick Entertainment Unlimited. Dokument, obsada niepodana, prelegent P.A. Heaven; 16 mm; 45 min; czarno-biały; dźwiękowy. Dzieci i nastolatki grają sprzętem tenisowym w prawie niezrozumiałą nuklearną grę strategiczną, na realnym lub holograficznym (?) tle eksplozji i ruin wież przemieszczania atmosferycznego ATHSCME 1900 podczas Wielkiej Awarii Chemicznej w Nowej Nowej Anglii w Roku Whoppera. TAŚMA CELULOIDOWA (NIEROZPOWSZECHNIANY).
Stand Behind the Man Behind the Wire [Stań za człowiekiem za drutami] - Rok Podpasek Higienicznych Tucks. Poor Yorick Entertainment Unlimited. Obsada dokumentalna, prelegent Soma Richardson-Levy; Super-8 mm; 52 min; czarno-biały/kolor; dźwiękowy. Nakręcony na północ od Lowell, MA, dokument o wyprawie Biura Szeryfa hrabstwa Essex oraz Wydziału Służb Socjalnych Stanu Massachusetts, której celem jest wyśledzenie, weryfikacja i pojmanie groźnego gigantycznego niemowlęcia, rzekomo winnego zgniecenia, uduszenia dziąsłami i rzucenia o ziemię co najmniej dwunastu mieszkańców Lowell, w styczniu RPLT INTERLACE TELENT CARTRIDGE #357-16-09.
As of Yore [Jak dawniej] - Rok Podpasek Higienicznych Tucks. Poor Yorick Entertainment Unlimited. Cosgrove Watt, Marlon Bain; 16/78 mm; 181 min; czarno-biały/kolor; dźwiękowy. Instruktor tenisa w średnim wieku, przygotowując się do treningu z synem, upija się w przydomowym garażu i zmusza syna do słuchania rozwlekłego monologu, podczas którego syn szlocha i poci się. INTERLACE TELENT CARTRIDGE #357-16-09.
The Clever Little Bastard [Cwany mały drań] - Nieukończony, niewidziany. NIEROZPOWSZECHNIANY.
The Cold Majesty of the Numb [Zimny majestat odrętwiałych] - Nieukończony, niewidziany. NIEROZPOWSZECHNIANY.
Good-Looking Men in Small Clever Rooms That Utilize Every Centimeter of Available Space With Mind-Boggling Efficiency [Przystojni mężczyźni w sprytnie urządzonych pokoikach, których przestrzeń wykorzystano co do centymetra z porażającą biegłością] - Nieukończony z powodu hospitalizacji. NIEROZPOWSZECHNIANY.
Low-Temperature Civics [Wiedza o społeczeństwie w niskich temperaturach] - Rok Podpasek Higienicznych Tucks. Poor Yorick Entertainment Unlimited. Cosgrove Watt, Herbert G. Birch, Ken N. Johnson, Soma Richardson-Levy, Everard Maynell, "Madame Psychosis", Philip T. Smothergill, Paul Anthony Heaven; 35 mm; 80 min; czarno-biały; dźwiękowy. Parodia Wylera: czterech synów (Birch, Johnson, Maynell, Smothergill) próbuje za pomocą intryg objąć kontrolę nad konglomeratem produkcji śniadaniówek, gdy ich ojciec, dyrektor przedsiębiorstwa, zapada w nieodwracalną katatonię po ekstatycznym spotkaniu ze Śmiercią ("Psychosis"). ROZPOWSZECHNIANIE KRAJOWE W SERII INTERLACE TELENT "KAWALKADA ZŁA" - STYCZEŃ, ROK MYDEŁKA DOVE W ROZMIARZE PRÓBNYM - ORAZ JAKO INTERLACE TELENT CARTRIDGE #357-89-05.
(At Last) Three Cheers for Cause and Effect [(Nareszcie) trzykrotne hura dla związków przyczynowo-skutkowych] - Rok Podpasek Higienicznych Tucks. Poor Yorick Entertainment Unlimited. Cosgrove Watt, Pam Heath, "Huge G. Rection"; 78 mm; 26 min; czarno-biały; dźwiękowy. Dyrektor (Watt) świeżo wybudowanej akademii sportowej na wysokim wzniesieniu popada w neurotyczną obsesję na tle sporu prawnego o przypadkowe uszkodzenie w trakcie budowy stojącego poniżej Szpitala Weteranów, aby oderwać myśli od źle skrywanego romansu swojej żony (Heath) ze sławnym w świecie akademickim topologiem matematycznym, pełniącym funkcję architekta placówki ("Rection"). TAŚMA CELULOIDOWA (NIEROZPOWSZECHNIANY).
(The) Desire to Desire [Pożądanie pożądania] - Rok Podpasek Higienicznych Tucks. Poor Yorick Entertainment Unlimited. Robert Lingley, "Madame Psychosis", Marla-Dean Chumm; 35 mm; 99 min (?); czarno-biały; niemy. Rezydent Oddziału Patologii (Lingley) zakochuje się w pięknym trupie ("Psychosis") i w sparaliżowanej siostrze nieboszczki (Chumm), za którą ta oddała życie, ratując ją przed atakiem groźnego przerośniętego niemowlaka. W niektórych archiwach figuruje jako nieukończony. NIEROZPOWSZECHNIANY.
Safe Boating Is No Accident [Bezpieczne żeglowanie to nie przypadek] - Rok Podpasek Higienicznych Tucks (?). Poor Yorick Entertainment Unlimited/Zdjęcia rentgenowskie i w podczerwieni - Shuco-Mist Medical Pressure Systems, Enfield, MA. Ken N. Johnson, "Madame Psychosis", P.A. Heaven. Parodia Kierkegaarda/Lyncha (?): cierpiący na klaustrofobię instruktor nart wodnych (Johnson), zmagający się z romantycznymi wyrzutami sumienia po wypadku, w którym zewnętrzna śruba motorówki groteskowo zmasakrowała twarz jego narzeczonej ("Psychosis"), zostaje uwięziony w zatłoczonej szpitalnej windzie, wraz z mnichem trapistą, który zrzucił sutannę, dwoma ulizanymi misjonarzami Kościoła Jezusowego Świętych Dni Ostatnich, enigmatycznym guru od fitnessu, Komisarzem ds. Plaż i Bezpieczeństwa na Wodzie Stanu Massachusetts oraz siedmioma pijanymi optykami w śmiesznych kapeluszach, demonstrującymi wybuchowe cygara. W niektórych archiwach figuruje jako ukończony w roku następnym, tj. Roku Mydełka Dove w Rozmiarze Próbnym. NIEROZPOWSZECHNIANY.
Very Low Impact [Ślimacze tempo] - Rok Podpasek Higienicznych Tucks, Poor Yorick Entertainment Unlimited. Marla-Dean Chumm, Pam Heath, Soma Richardson-Levy-O'Byrne; 35 mm; 30 min; kolor; dźwiękowy. Cierpiąca na narkolepsję instruktorka aerobiku (Chumm) usiłuje ukryć swoją przypadłość przed kursantkami i pracodawcami. WYEMITOWANY POŚMIERTNIE W ROKU ZMYWARKI MAYTAG MÓW SZEPTEM; INTERLACE TELENT CARTRIDGE #357-97-29.
The Night Wears a Sombrero [Noc chodzi w sombrero] - Rok Podpasek Higienicznych Tucks (?); Ken N. Johnson, Philip T. Smothergill, Dianne Saltoone, "Madame Psychosis"; 78 mm; 105 min; kolor; niemy/dźwiękowy. Parodia/hołd dla filmu Ranczo złoczyńców Fritza Langa: cierpiący na krótkowzroczność początkujący kowboj (Smothergill) poprzysięga zemstę rewolwerowcowi (Johnson), który w jego niesłusznym mniemaniu zgwałcił dobrotliwą burdelmamę (Saltoone), w której on (początkujący kowboj) skrycie się podkochuje, a źle odczytawszy tablicę drogową, gubi trop rewolwerowca i trafia na zbójeckie meksykańskie ranczo, gdzie tajemnicza zawoalowana zakonnica ("Psychosis") rytualnie oślepia rewolwerowców obciążonych kompleksem Edypa. W niektórych archiwach figuruje jako ukończony rok wcześniej, tj. w Roku Whoppera. INTERLACE TELENT CARTRIDGE #357-56-51.
Accomplice! [Wspólnik!] - Rok Podpasek Higienicznych Tucks. Poor Yorick Entertainment Unlimited. Cosgrove Watt, Stokely "Ciemna Gwiazda" McNair; 16 mm; 26 min; kolor; dźwiękowy. Podstarzały pederasta okalecza się z miłości do dziwacznie wytatuowanego ulicznego handlarza. INTERLACE TELENT CARTRIDGE #357-10-10; wycofany z dystrybucji po recenzji w "Cartridge Scene", której autorzy nazwali Wspólnika! "najgłupszym, najzłośliwszym, najmniej subtelnym, niestarannie zredagowanym produktem pretensjonalnej i żałośnie nierównej kariery". OBECNIE NIEROZPOWSZECHNIANY.
Untitled [Bez tytułu] - Nieukończony. NIEROZPOWSZECHNIANY.
Untitled [Bez tytułu] - Nieukończony. NIEROZPOWSZECHNIANY.
Untitled [Bez tytułu] - Nieukończony. NIEROZPOWSZECHNIANY.
Dial C for Concupiscence [Wybierz C jak Chuć] - Rok Mydełka Dove w Rozmiarze Próbnym. Poor Yorick Entertainment Unlimited. Soma Richardson-Levy-O'Byrne, Marla-Dean Chumm, Ibn Said Chawaf, Yves Francoeur; 35 mm; 122 min; czarno-biały; niemy z napisami. Parodystyczny hołd w stylu noir dla filmu Bressona Les Anges du Peche [Anioły grzechu]: operatorka telefonii komórkowej (Richardson-Levy-O'Byrne) omyłkowo zostaje wzięta przez quebeckiego terrorystę (Francoeur) za inną operatorkę telefonii komórkowej (Chumm), którą ów terrorysta niesłusznie chciał zabić; kobieta (Richardson-Levy-O'Byrne) omyłkowo bierze jego nieudolne przeprosiny za próbę zamachu i ucieka do dziwacznej islamskiej wspólnoty religijnej, której członkowie komunikują się kodem flagowym; tam zakochuje się w bezrękim bliskowschodnim attaché medycznym (Chawaf). ROZPOWSZECHNIANY W PODZIEMNEJ SERII FILMOWEJ INTERLACE TELENT WYCIA Z MARGINESU - MARZEC, RMDWRP - ORAZ INTERLACE TELENT CARTRIDGE #357-75-43.
Insubstantial Country [Nieistotna kraina] - Rok Mydełka Dove w Rozmiarze Próbnym. Poor Yorick Entertainment Unlimited. Cosgrove Watt; 16 mm; 30 min; czarno-biały; niemy/dźwiękowy. Mało znany reżyser nurtu apresgarde (Watt) bądź to doznaje porażenia płata czołowego i traci mowę, bądź też pada ofiarą masowego złudzenia, że stracił mowę wskutek porażenia płata czołowego. KARTRIDŻ ROZPOWSZECHNIANY PRYWATNIE PRZEZ POOR YORICK ENTERTAINMENT UNLIMITED.
It Was a Great Marvel That He Was in the Father Without Knowing Him [To był wielki cud, że pozostawał on w ojcu, nie znając go] - Rok Mydełka Dove w Rozmiarze Próbnym. Poor Yorick Entertainment Unlimited. Cosgrove Watt, Philip T. Smothergill; 16 mm; 5 min; czarno-biały; niemy/dźwiękowy. Ojciec (Watt) cierpiący na złudzenie, że jego etymologicznie nadrozwinięty syn (Smothergill) udaje niemego, przebiera się za "profesjonalnego konwersanta", aby go odblokować. ROZPOWSZECHNIANY W PODZIEMNEJ SERII FILMOWEJ WYCIA Z MARGINESU - MARZEC, RMDWRP - ORAZ INTERLACE TELENT CARTRIDGE #357-75-50.
Cage IV [Klatka IV] - Web [Pajęczyna] - Nieukończony. NIEROZPOWSZECHNIANY.
Cage V [Klatka V] - Infinite Jim [Bezkresny Jim] - Nieukończony. NIEROZPOWSZECHNIANY.
Death and the Single Girl [Śmierć i samotna dziewczyna] - Nieukończony. NIEROZPOWSZECHNIANY.
The Film Adaptation of Peter Weiss's "The Persecution and Assassination of Marat as Performed by the Inmates of the Asylum at Charenton Under the Direction of the Marquis de Sade" [Filmowa adaptacja sztuki Petera Weissa Prześladowanie i zamordowanie Marata odegrane przez pacjentów domu wariatów w Charenton w reżyserii Markiza de Sade] - Rok Mydełka Dove w Rozmiarze Próbnym. Poor Yorick Entertainment Unlimited. James O. Incandenza, Disney Leith, Urquhart Ogilvie, Jr. Jane Ann Prickett, Herbert G. Birch, "Madame Psychosis", Marla-Dean Chumm, Marlon Bain, Pam Heath, Soma Richardson-Levy-O'Byrne-Chawaf, Ken N. Johnson, Dianne Saltoone; Super-8 mm; 88 min; czarno-biały; niemy/dźwiękowy. Fikcyjny "dokument interaktywny" o bostońskim spektaklu XX-wiecznej sztuki w sztuce Weissa: zaburzony chemicznie reżyser dokumentu (Incandenza) co chwila przerywa niemy spektakl pacjentów oraz dialogi Marata z Sade'em, wygłaszając bełkotliwy wykład o wpływie gry Brando techniką Metody oraz artaudowskiego Teatru Okrucieństwa na północnoamerykański przemysł filmowy, irytując tym aktora grającego Marata (Leith) do tego stopnia, że dostaje on wylewu krwi do mózgu i pada na scenie grubo przed przewidzianą scenariuszem śmiercią Marata, na co krótkowzroczny dyrektor spektaklu (Ogilvie), biorąc aktora grającego Sade'a (Johnson) za Incandenzę, wrzuca Sade'a do wanny Marata i dusi go gołymi rękami, a wówczas postać Śmierci ("Psychosis") zstępuje deus ex machina z wysokości, aby zabrać ze sobą Marata (Leith) i Sade'a (Johnson), a Incandenza wymiotuje na cały pierwszy rząd widowni. 8 MM TAŚMA CELULOIDOWA ZSYNCHRONIZOWANA. NIEROZPOWSZECHNIANY Z POWODU PROCESU SĄDOWEGO, HOSPITALIZACJI.
Too Much Fun [Za dobra zabawa] - Nieukończony. NIEROZPOWSZECHNIANY.
The Unfortunate Case of Me [Niefortunny przypadek mnie] - Nieukończony. NIEROZPOWSZECHNIANY.
Sorry All Over the Place [Przepraszanie po całości] - Nieukończony. NIEROZPOWSZECHNIANY.
Infinite Jest (V?) [Niewyczerpany żart (V?)] - Rok Mydełka Dove w Rozmiarze Próbnym. Poor Yorick Entertainment Unlimited. "Madame Psychosis"; pozostałych danych brak. Twardy orzech do zgryzienia dla archiwistów. Ostatni film Incandenzy, który zmarł w trakcie jego postprodukcji. Większość archiwów wymienia ten film wśród nieukończonych, niewidzianych. Niektóre jednak podają, że jest to ukończona wersja Infinite Jest (IV), w której też wystąpiła "Madame Psychosis", w związku z czym w spisach tych archiwów film ten jest zaliczany do dorobku Incandenzy za Rok Podpasek Higienicznych Tucks. Jakkolwiek brak akademickich streszczeń i doniesień o obejrzeniu dzieła, istnieją dwa krótkie eseje w dwóch różnych numerach "Cartridge Quarterly East", w których film ten nazwany został "nadzwyczajnym"d i "zdecydowanie najlepszym dziełem [Jamesa O. Incandenzy]"e. Archiwiści z Zachodniego Wybrzeża podają szerokość taśmy jako "16... 78... n mm", opierając się na krytycznych aluzjachf do "radykalnych eksperymentów z perspektywą optyczną widowni oraz z kontekstem"f jako cechy wyróżniające IJ (V?). Wprawdzie kanadyjski archiwista Tete-Beche zalicza film do ukończonych i rozpowszechnianych prywatnie przez PYEU dzięki pośmiertnemu funduszowi zapisanemu w testamencie reżysera, to we wszystkich innych pełnych filmografiach figuruje on bądź to jako nieukończony, bądź też NIEROZPOWSZECHNIANY, gdyż jego kartridż Matka albo został zniszczony, albo pozostaje sui testator.
d E. Duquette, Beholden to Vision: Optics and Desire in Four Apres Garde Films, "Cartridge Quarterly East", vol. 4, nr 2, Rok Zmywarki Maytag Mów Szeptem, s. 35-39.
e Anonim, Zobaczyć a uwierzyć, "Cartridge Quarterly East", vol. 4, nr 4, RZMM-S; s. 93-95.
f Ibid.
[25] W istocie raczej lipcowo-październikowy.
[26] Syntetycznie wzmocniony enkefalin, opiatopodobny pentapeptyd czy tak zwana endorfina produkowana w ludzkim kręgosłupie, jeden ze związków stosowanych na wielką skalę w sławetnej "skóragate", skandalu, który doprowadził do ruiny wielu przedsiębiorców pogrzebowych w Roku Cudownego Kurczaka Perdue.
[27] W bostońskim żargonie subkulturowym - pochodzenie nieznane - kanabis, zioło, trawa, DuBois, gandzia, bang, hasz etc.; tamże, "Bing Crosby" oznacza kokainę i organiczne metoksy ("dryny"), podczas gdy "Doris" - nie wiadomo czemu - odnosi się do syntetycznych dickies, psychotropów i fenyli.
[28] Inhibitory monoaminooksydazy, antydepresanty/anksjolityki starszej generacji, do których należy Parnate - produkowany przez SmithKline Beecham siarczan tranylcyprominy. Zoloft to chlorowodorek sertraliny, należący do grupy inhibitorów wychwytu zwrotnego serotoniny (SRI), niezbyt różniący się od Prozacu, produkowany przez Pfitzer-Roerig.
[29] Electro-Convulsive Therapy - terapia elektrowstrząsowa.
[30] Neutralny kwas borny do przemywania oczu, rodzaj wzmocnionych kropli Visine, dostępny bez recepty, producent: Wyeth Labs, sprzedawany z plastikowym kieliszkiem do płukania oczu w kolorze ultramaryny, który przepięknie wygląda pod światło.
[31] To termin Schtitta określający A. deLinta, który technicznie znaczy "bratnia dusza" lub "współmałżonek", lecz w stosunku do deLinta pozbawiony jest całkowicie konotacji seksualnych, o czym niniejszym zapewniamy.
[32] W przybliżonym przekładzie: "Mogą Cię Zabić, Ale Zjedzenie Cię Przedstawia Ryzyko Prawne".
[33] Tj. Przed Sponsoringiem, czyli początkiem sponsorowanego lunarnego kalendarza ONAN za rządów prezydenta Gentle'a; zob. poniżej.
[34] Extra-Linear Dynamics a.k.a. "ELD" - zielony jeszcze pęd gałęzi czystej matematyki zajmującej się systemami i zjawiskami, których chaos przekracza nawet granice Dziwnych Równań i Losowych Atraktorów z matematyki Mandelbrota. ELD bada systemy i zjawiska podważające zaczerpniętą z Teorii Chaosu koncepcję fraktali, która zadowala meteorologów i analityków systemów. Postgödelowskie teorematy i dowody nieistnienia stanowią w niektórych przypadkach logicznie przejrzyste i eleganckie akty kapitulacji. Incandenza, który z pasją frustrata interesował się zjawiskiem walnej kapitulacji, nie ugiął się w swych przekonaniach przez cztery różne kariery zawodowe i gdyby żył, bez wątpienia obstawałby nadal przy Dynamice Pozalinearnej.
[35] Zapewne dotyczące Georga Cantora, który był XX-wiecznym teoretykiem zbiorów (jak również Niemcem) i z grubsza biorąc, ojcem matematyki transfinitowej. To on udowodnił, że pewne nieskończoności są większe od innych nieskończoności, a jego sformułowany w r. 1905 Dowód Przekątniowy wykazał, że między dowolnymi dwiema rzeczami może istnieć nieskończoność rzeczy, bez względu na wzajemną bliskość tych dwóch. Dowód Przekątniowy w znacznym stopniu ukształtował przeczucie transstatystycznej estetyki tenisa, które żywił dr J. Incandenza.
[36] W dialekcie dolnobawarskim znaczy to mniej więcej: "błąkanie się samotnie po dezorientującym pustkowiu, z dala od wytyczonych granic i znaków orientacyjnych", przypuszczalnie.
[37] Wózek inwalidzki.
[38] Zjawisko Upiornego Światła i Potwornego Cienia właściwe jest pewnym górom, zob. np. część I Fausta Goethego: w scenie maratonu tanecznego w noc Walpurgi na szczycie Brocken w górach Harz opisany jest klasyczny Bröckengespenstphänom (Gespenst oznacza zjawę lub widmo).
[39] Zwierzchnik Marathe'a w AFRa, dowódca amerykańskiej komórki Zamachowców na Wózkach Inwalidzkich i przyjaciel z dzieciństwa obu tragicznie zmarłych starszych braci Rémy'ego Marathe'a, którzy niezależnie od siebie wpadli pod pociągb.
a Les Assassins des Fauteuils Rollents, a.k.a Zamachowcy na Wózkach Inwalidzkich, siejąca największy postrach i najbrutalniejsza anty-ONAN-ska quebecka komórka terrorystyczna.
b Zob. przypis 304 poniżej.
[40] Innymi słowy, M. Fortier i AFR (o ile orientował się Marathe) wierzyli, że Marathe działa niejako w roli "potrójnego agenta" - z polecenia Fortiera Marathe udawał, że zwraca się do BSN z propozycją wymiany informacji o anty-ONAN-skich działaniach AFR na ochronę i opiekę medyczną dla swojej paskudnie chorej żony - a jedynie (według wiedzy Marathe'a) sam Marathe i bardzo nieliczni działacze BSN wiedzą, że Marathe tylko udaje, że udaje, że zdradza; że Steeply jest w pełni świadom tego, że Marathe sprzedaje BSN wszystko, co (według Fortiera) wie Fortier; że Fortier nie wie (jak przypuszczają Marathe i Steeply), że Steeply i BSN wiedzą, że Fortier wie o spotkaniach Marathe'a ze Steeplym i że okrutna śmierć Marathe'a będzie jego (Marathe'a) najmniejszym problemem, jeśli jego ziomkowie z Mont-Tremblant zaczną patrzeć podejrzliwie na podwójną sumę jego honorariów.
[41] W żargonie wewnątrz-ONAN-skim oznacza to "działanie w roli podwójnego agenta"; na tej samej zasadzie używa się "trebluje" i tak dalej.
[42] Ważne wydaje się to, że zwierzchnicy Marathe'a z AFR wierzą, że on tylko udaje, że zdradza ich w celu pozyskania zaawansowanej technologicznie pomocy medycznej dla żony w zakresie protetyki serca, a tymczasem Marathe zdradza naprawdę (swoich zwierzchników, swoje państwo) - zapewne faktycznie we wspomnianym celu medycznym - a zatem tylko udaje, że tylko udaje.
[43] Chroniczne zapalenie końcowej części jelita krętego i przyległych tkanek, nazwane tak na cześć (sic!) niejakiego doktora Crohna w roku 1932 PS.