1990
*
Granatowy T-shirt przyklejał się do pleców mężczyzny, a krople potu lśniły na ogorzałej od słońca skórze. Powietrze gęste niczym zawiesista zupa raz po raz przecinała jakaś leniwa mucha, która w czerwcowej spiekocie szukała schronienia. Romek Babicz jadący na swoim pomarańczowym jubilacie pedałował tak szybko, że z wysiłku poczerwieniał na twarzy. Podskakujący na wybojach metalowy dzwonek roweru wydawał z siebie niekontrolowane brzęknięcia. Za składakiem na nieutwardzonej piaskowej drodze unosiły się tumany kurzu, w promieniach słońca przypominające kłęby dymu. Mężczyzna odkaszlnął zbierający się w gardle pył i z ulgą skręcił w asfaltową drogę. Powietrze nad nią wydawało się rozedrgane, przez co wyglądało jak mgła. Odległe kontury domostw migotały, a na jezdni rysowały się kształty nieistniejących kałuż, będących jedynie złudzeniem optycznym. Babicz otarł przedramieniem zroszone czoło. Starał się kryć w cieniach nielicznych drzew, ale słońce i tak bezlitośnie lizało jego kark.
Kiedy dotarł do ogrodzenia z metalowej siatki, zeskoczył z roweru i pchnął skrzypiącą furtkę, ozdobioną żółtym banerem z napisem MECHANIK oraz obrazkiem dwóch skrzyżowanych ze sobą kluczy płaskich. W przezroczystej reklamówce na kierownicy jubilata kołysało się podłużne tekturowe pudełko, które mężczyzna odebrał ze sklepu motoryzacyjnego. Części zapasowe potrzebne dla klienta mającego zjawić się lada chwila. Opakowanie stukało teraz o koło, wydając przy tym głuchy odgłos, a z posesji sąsiada dobiegały dźwięki nowego hitu It Must Have Been Love zespołu Roxette.
Romek oparł składaka o ścianę warsztatu, zabrał zakupy, a następnie wkroczył do swojego królestwa pełnego narzędzi, olei i kabli. Jego ciało musnął przyjemny chłód, a w nozdrza uderzył go znajomy zapach smaru i benzyny. Ze ściany zerkała skąpo ubrana modelka w kostiumie kąpielowym w panterkę, zmysłowo wyginająca ciało na plaży. Babicz szukał w jej spojrzeniu pocieszenia, ale nawet dziewczyna czerwca nie była w stanie go uspokoić.
Na dobrą sprawę zakład należał do ojca Romka, Jerzego Babicza, o którym w okolicy mówiono, że od narodzin skazany był na życie wśród samochodów. Senior rodu przyszedł na świat na tylnej kanapie FSO warszawy będącej własnością zamożnego sąsiada z końca ulicy, który zgodził się odwieźć samotną ciężarną kobietę do szpitala. Na zewnątrz szalała wtedy sroga zima, auto brnęło przez zaśnieżone drogi, aż w końcu utknęło na odcinku między polami, gdzie gwiżdżący wiatr nawiewał kopce białego puchu. To właśnie tam, wśród krzyków i ku przerażeniu uczynnego znajomego, narodził się mały chłopiec o fioletowej, pomarszczonej skórze. Gdyby z zaspy nie wyciągnął ich wtedy przejeżdżający traktor, słaby Jureczek zmarłby na rękach swojej matki, a Romek nigdy nie pojawiłby się na świecie. Los zdecydował jednak inaczej, okazał rodzinie Babiczów łaskawą twarz.
Tyle że fortuna bywa przewrotna i skoro opatrzność długo ich obdarzała, to nieuniknionym było, że któregoś dnia będzie musiała zacząć odbierać.
Romek był tego pewien jak nikt inny.
Dwudziestoczterolatek zdjął mokry T-shirt, odsłaniając umięśnione plecy, na które pospiesznie narzucił flanelową koszulę w czerwono-czarną kratę, swój najwygodniejszy strój roboczy. Podwinął rękawy, zmienił spodnie, ochlapał twarz lodowatą wodą z kranu, a pokaleczone dłonie trzykrotnie wyszorował mydłem, bo cały czas wydawały mu się brudne. Zamierzał właśnie obudzić ojca z poobiedniej drzemki, ale na szafce narzędziowej, obok butelki po oranżadzie Ptyś, dostrzegł paczkę czerwonych marlboro Jerzego. Wprawdzie sam rzucił palenie niecałe trzy lata wcześniej, gdy urodził mu się syn, jednak tego dnia dopadła go niepohamowana potrzeba wypełnienia płuc nikotyną.
Z papierosem w jednej i zapalniczką w drugiej dłoni wyszedł przed zakład. Żar lał się z nieba od wielu dni, sprawiając, że mizerny przydomowy trawnik żółkł coraz bardziej. Pogrążony w myślach Babicz zaciągnął się smolistym dymem. Ten jednak nie smakował jak dawniej ani nie przynosił znajomej ulgi. Był ciężki i gorzki jak to popołudnie, które mężczyzna miał zapamiętać do końca życia.
Na podjazd wtoczył się lśniący w słońcu czarny mercedes. Zza kierownicy srogo spoglądał Staszek Górka, stały klient Babiczów i miejscowy biznesmen, który handlował sprowadzanym z Zachodu sprzętem AGD. Znany był ze skąpstwa, mrukliwości oraz wiecznie niezadowolonej miny. Skinął na Romka z oddali, lecz zanim zdążył wysiąść z samochodu, z domu Babiczów wybiegł Jerzy.
Otyły mężczyzna z potarganą fryzurą, czerwoną twarzą i dłonią odciśniętą na policzku bez wątpienia przed momentem się obudził. Nerwowość w jego ruchach kazała sądzić, że wydarzyło się coś złego. Sapiąc, obuty jedynie w kapcie wsunięte na gołe stopy, z rozchełstaną koszulą gnał w stronę syna, który na widok ojca w popłochu rzucił papierosa na betonową wylewkę i przydepnął go butem, jakby nadal był wąsatym podrostkiem przyłapanym na gorącym uczynku, a nie dorosłym facetem.
- Leć na policję, Romek! - zawołał Jerzy, ściskając syna za ramię. Pachniał piwem, miał mętny wzrok i ledwie mógł złapać oddech. - Twoja Ela już tam jest. Podobno Kubuś zaginął, musisz złożyć zeznania.
Młody Babicz otworzył szeroko usta, po czym spod zmrużonych powiek posłał ojcu spojrzenie pełne niedowierzania.
- O czym ty mówisz? Przecież mały pojechał z Elą do teściowej. Jakim cudem miałby zaginąć?
- Nie wiem, kurwa, nie wiem! Tłumaczę ci tylko, że dzwonili z komendy, żebyś się u nich jak najszybciej stawił.
- Ale co dokładnie powiedzieli?
- Że szukają go wszędzie już od kilku godzin, i nic.
- I dopiero teraz się odezwali?
Jerzy przecząco pokręcił głową.
- Chwilę temu znalazłem wiadomość na sekretarce. Musieli ją zostawić wcześniej, ale nie słyszałem telefonu. Ten cholerny upał mnie wykończył i spałem jak zabity.
Żeby tylko upał, pomyślał zgryźliwie Romek, po czym zachwiał się, a następnie pobladł, jakby sens słów ojca niespodziewanie do niego dotarł. Początkowo mężczyzna cofnął się do warsztatu, mamrocząc coś pod nosem, ale nie potrafił sobie przypomnieć, po co w ogóle tam poszedł. Przez dłuższy czas patrzył na nasmarowane olejkiem ciało dziewczyny czerwca, jednocześnie wsłuchując się w miarowe tykanie ściennego zegara, a w końcu złapał saszetkę z dokumentami i wyskoczył na zewnątrz.
Jego policzki zapadły się, wzrok błądził, czerwień odpłynęła z pełnych warg. Z pobliskiej posesji dobiegł dziecięcy śmiech, przywołujący obraz roześmianego trzyletniego Kubusia o błękitnych oczach i skręconych jak sprężynki, jasnych włosach. Mężczyźni spojrzeli po sobie z nadzieją, ich ciała napięły się, gotowe, by ruszyć w stronę dźwięku, ale wówczas dziecko zawołało mamę i zrozumieli, że to dziewczynka. Stary Babicz zacisnął zęby, rzucając pod nosem przekleństwo.
- Nie martw się, tato, dam ci znać, jak tylko się czegoś dowiem - zapewnił Romek, chwytając kierownicę roweru. - To na pewno tylko jakaś pomyłka.
Jerzy pokiwał uspokajająco głową, choć wyraz jego twarzy nie potwierdzał, że miał w sobie równie dużo nadziei co syn. Pionowa zmarszczka na czole, opadające kąciki ust i zaszklone oczy zdradzały smutek. A jednak pozwalał Romkowi karmić się złudzeniami słodkimi jak landrynki. Bo nawet gdyby miały mu zaszkodzić, w tej krótkiej chwili łagodziły gorycz niepewności.
- Niech pan się nie wygłupia z tym rowerem! - zawołał Staszek Górka, który od jakiegoś czasu przysłuchiwał się rozmowie mechaników. - Proszę wsiadać, podwiozę pana na komendę. Robota przecież może zaczekać.
Młody Babicz podziękował cicho, a kiedy ruszyli, utkwił wzrok w srebrnej klamce na drzwiach, jakby zamierzał je otworzyć i wyskoczyć na jezdnię. Radio samochodowe nadawało właśnie wiadomości, w których mówiono o protestach rolników i narastającym konflikcie między liderem Solidarności Lechem Wałęsą a rządem Tadeusza Mazowieckiego. Mechanik rejestrował jednak tylko pojedyncze słowa, niemo, niczym zahipnotyzowany skubał skórki wokół paznokci, sprawiając, że na palcach pojawiały się drobne krople krwi. Po informacjach o mistrzostwach świata w piłce nożnej, w których po raz pierwszy od dwudziestu lat zabrakło polskiej reprezentacji, poirytowany wyłączył radio. Korzenny zapach wody kolońskiej w samochodzie Górki drażnił go, podobnie jak słowa otuchy padające z ust kierowcy. Sam nie podejmował dialogu w obawie, że jeśli to zrobi i choćby uchyli wargi, z emocji zwymiotuje na skórzaną tapicerkę. Godnie zniósł wyrazy współczucia, rozważania o tym, jakie to musi być straszne stracić swoje dziecko z oczu nawet na kilka chwil, i komplementy pod adresem Kubusia. Przestał się kontrolować dopiero przy słowach "wszystko będzie dobrze".
- Zamknij się! - warknął, uderzając pięścią w podłokietnik.
Bo niby skąd ktoś mógł wiedzieć, czy cokolwiek jeszcze będzie dobrze? To brzmiało jak naiwne zaklęcie, które z reguły prowadziło donikąd. Poza tym Romek nie znosił czczej gadaniny, wolał rozsądnie milczeć niż paplać bez sensu.
Staszek Górka musiał poczuć się dotknięty wybuchem pasażera, bo skóra na jego policzkach napięła się, a dłonie ścisnęły kierownicę tak mocno, że aż pobielały mu kostki. Od tej chwili żaden z nich nie wypowiedział już ani jednego słowa. Zatopieni w szumie chłodzącej wentylacji oddawali się własnym rozmyślaniom.
Był jeszcze jeden powód, dla którego Babicz zareagował tak ostro na próbę pokrzepienia. Czuł całym sobą, że nigdy już nie będzie dobrze i że coś zmieniło się bezpowrotnie.
Gutek miał odstające uszy, ogromne, wiecznie zdziwione oczy i nadłamaną górną jedynkę. Szesnastolatek z powodu swojej kościstej budowy oraz pokaźnego wzrostu w szkole zyskał przezwisko "Długi". Wprawdzie był typem łobuza, ale zdecydowanie z gatunku tych słodkich, którym dużo się wybacza, bo ich największe przewinienia to parodiowanie nauczycieli, wypite nielegalnie piwo czy sporadyczne podglądanie koleżanek przebierających się po zajęciach z wychowania fizycznego.
W dniu, w którym zaginął Kuba Babicz, Gutek był od rana mocno podekscytowany. Biegał niespokojnie po mieszkaniu, pogwizdując pod nosem skoczną melodię. Za kieszonkowe z emerytury babci i pieniądze, które dostał dzień wcześniej w skupie za butelki po browarach ojca, planował kupić używanego discmana. Oczyma wyobraźni już widział siebie leżącego na jednym ze stogów siana w polu niedaleko starej żwirowni, ze źdźbłem trawy w ustach i słuchawkami na uszach, nucącego przeboje Jona Bon Joviego. Na samą myśl o tym błyszczały mu oczy, a stopy wystukiwały skoczny rytm.
Pierwsze trzy lekcje stanowiły udrękę. Chłopak nie potrafił się skupić, rysował w zeszycie emblematy ulubionych zespołów i prawie w ogóle nie słyszał, co mówili do niego nauczyciele. Z niecierpliwością wyglądał przez okno, wypatrując rudego dzieciaka, od którego miał kupić odtwarzacz płyt. I kiedy w końcu go zobaczył, skłamał, że musi natychmiast wyjść do toalety, po czym jak na skrzydłach pognał na dziedziniec, ściskając w spoconej dłoni banknoty.
- Masz kasę? - zapytał stojący za bramą zawodówki chłopak w wieku Gutka, o ognistej czuprynie.
- No jasne, trzymaj. - Oddając z trudem uciułane pieniądze, nie żałował ani grosza, jego wzrok śledził przezroczystą siatkę z przenośnym odtwarzaczem Sony w środku i tylko to miało dla niego znaczenie. Ta bliskość upragnionego przedmiotu, symbolu wolności.
Sprzedający przeliczył kwotę, po czym cmoknął z niezadowoleniem.
- Dobra, niech ci będzie. Na pamiątkę starych dobrych czasów. - Wręczył mu reklamówkę. - Jest twój - dodał z dziwnym uśmiechem wyższości.
Rudzik niegdyś mieszkał w tym samym bloku co Gutek, chłopcy chodzili razem do podstawówki i spędzali ze sobą sporo czasu, bawiąc się na podwórku w chowanego, wojnę i podchody. Być może zostaliby przyjaciółmi, takimi na dobre i na złe, którzy później świadkują sobie na ślubach albo wybierają się wzajemnie na rodziców chrzestnych swoich dzieci, ale ojciec Rudzika zaczął wyjeżdżać do Stanów. Zarabiał tam grube zwitki dolarów, za które rodzina Rudzkich mogła robić zakupy w Pewexie i stawać się coraz bardziej wytworna, a zarazem obca. Wkrótce wyprowadzili się na obrzeże miasta do trzypiętrowego domu, przed którym zaparkowali poloneza o błyszczącej karoserii, raz na zawsze zrywając relacje z Gutkowskimi. Kiedy jeden z chłopców poszedł do lokalnego ogólniaka, drugi zaś trafił do zawodówki, zniknęły ostatnie preteksty do podtrzymywania znajomości i dziecięca przyjaźń uschła jak długo niepodlewana roślina.
Pewnego popołudnia Rudzik przyjechał odwiedzić babcię na dawnym osiedlu. Wpadli na siebie na klatce schodowej i od słowa do słowa Gutek wyznał, że marzy o discmanie, a Rudzki zaoferował mu transakcję.
Teraz Gutek uśmiechał się szeroko, bez wstydu prezentując swoją uszkodzoną jedynkę. Kiedy rozrywał foliową siatkę, jego palce dygotały. Ze środka wyciągnął słuchawki na metalowej opasce z czarnymi gąbkami chroniącymi głośniki. Natychmiast założył je na szyję, a po chwili wydobył kartonowe pudełko z odtwarzaczem. Rudzik obserwował rumieńce na policzkach chłopaka, gdy je otwierał, oraz wyraz zawodu w jego oczach, kiedy jedynym, co znalazł w środku, okazały się pogniecione strony starych gazet.
- To jakiś żart? Gdzie discman? - dopytywał Gutek, który nie mógł zdecydować, czy jest bardziej smutny, czy zły.
Rudzik prychnął.
- Jak sobie zarobisz i będzie cię stać, to se kupisz, naiwniaku - drwił. - Na razie wystarczyło ci tylko na słuchawki, ale nie byle jakie, amerykańskie. - Zachichotał.
- Gnojek z ciebie.
- Lepszy gnojek niż frajer. Wracaj do tej swojej zawodajki i zakuwaj, to może kiedyś do czegoś dojdziesz. - Rudzik pokazał mu środkowy palec, a następnie włożył ręce do kieszeni i ruszył w dół ulicy, śmiejąc się szyderczo.
Gutek był tak wściekły, że zerwał z szyi słuchawki, rzucił je na ziemię i skakał po nich, aż plastikowe części popękały z trzaskiem. Wtedy zrozumiał swój błąd. Dysząc, kucnął na chodniku i w popłochu usiłował poskładać wszystkie elementy, jakoś je naprawić, a kiedy pojął, że to niemożliwe, potwornie się rozpłakał.
Nie wrócił już na lekcje. Poszedł na pola, z palącym ogniem w trzewiach. Jeszcze do niedawna wydawało mu się, że świat nie zawsze jest do końca sprawiedliwy i nie zawsze wynagradza uczciwość, a teraz był o tym przekonany. Rzeczywistość składała się z ofiar i drapieżników. Jedni nieustająco wygrywali, drudzy musieli się pogodzić ze swoim marnym losem.
Tamtego dnia, gdy czara goryczy się przelała, Gutek zdecydował, że on także stanie się drapieżnikiem.
Najlepszym, jakiego kiedykolwiek sam widział.
Wyskoczywszy z mercedesa, mechanik pognał na komendę, nie oglądając się za siebie. Czuł, jakby biegł w jednym z tych koszmarów sennych, gdy nogi grzęzną w gęstej melasie, uniemożliwiając ucieczkę przed czymś przerażającym. Łomot pchniętych z impetem drzwi wejściowych uderzających o ścianę przyciągnął spojrzenia funkcjonariuszy, a dotychczasowy gwar przeistoczył się w pełną napięcia ciszę.
- Nazywam się Roman Babicz. Dostałem wiadomość, że mój syn zaginął. Powiedzcie, że go odnaleźliście, błagam - prosił łamiącym się głosem, ściskając w dłoniach zdjętą z głowy czapkę z daszkiem.
Jeden z policjantów odłożył słuchawkę na widełki telefonu i podszedł do niego. Już sam zatroskany wyraz twarzy mężczyzny zirytował mechanika do głębi.
- Bardzo mi przykro, proszę pana, ale nadal szukamy pańskiego syna - wyjaśnił policjant. - Proszę pójść za mną, sprowadzę kogoś, kto z panem porozmawia i wszystko wytłumaczy.
Funkcjonariusz położył dłoń na ramieniu Babicza, ale ten natychmiast ją strząsnął.
- Zabieraj łapska! Chcę wiedzieć, gdzie są moja żona i mój syn!
- Doskonale pana rozumiem - kontynuował policjant głosem miękkim jak przyjemny koc. - Żona składa zeznania, niedługo będą się mogli państwo zobaczyć. Pójdziemy teraz do drugiego pokoju i tam dowie się pan wszystkiego.
Mężczyzna patrzył na Romka wyczekująco. Musiał mieć doświadczenie w takich rozmowach, nie ponaglał go, nie wywierał presji i nie próbował więcej przekraczać fizycznej bariery. Być może zrozumiał, że dotyk w podobnych sytuacjach przypomina wkładanie palców do niezagojonej rany. Rozsierdza i pali.
Babicz zwilżył językiem wargi, po czym ledwie zauważalnie kiwnął głową i powlókł się za funkcjonariuszem. Gdy zniknęli za załomem korytarza, za ich plecami przetoczyło się westchnienie ulgi i szept wymienianych komentarzy. Wszystko działo się niczym w zwolnionym tempie. Roman położył dłoń na ścianie i podążał dalej, wodząc palcami po jej chropowatej powierzchni. Szedł zgarbiony, ze spuszczoną głową i nieobecnym wzrokiem; sportowe buty na jego stopach głucho dudniły o poprzecieraną wykładzinę.
- Proszę tu zaczekać. - Funkcjonariusz wskazał wnętrze niewielkiego pokoju, wyposażonego jedynie w stolik i cztery krzesła.
- Na co mam niby czekać?! Ma pan pojęcie, że każdą minutę, którą tu przez was marnuję, mógłbym wykorzystać na szukanie mojego syna? Na litość boską, on nie ma jeszcze nawet trzech lat, a wy mi nadal nic nie mówicie!
Policjant drgnął, ale nie cofnął się przed wściekłością zrozpaczonego ojca. Po drugiej stronie korytarza skrzypnęły drzwi, zza których wyszedł komendant Leszek Suski w towarzystwie swojego syna Bernarda o stopniu aspiranta. Dwóch postawnych mężczyzn o blond włosach, szerokich barkach i mocno zarysowanych szczękach, wyglądem przypominających agentów z amerykańskich filmów sensacyjnych, które mechanik czasami oglądał. Ich kroki odbijały się echem w ciasnym przejściu. Obaj mieli poważne miny: usta zwarte w wąskie kreski i ciemne, nabiegłe gniewem spojrzenia. W Romku na ten widok coś jakby pękło, jego ramiona opadły, twarz poszarzała, a kąciki warg wykrzywiły się ku dołowi. Przypominał teraz człowieka, z którego niczym z dziurawego balonika uszło całe powietrze, a wraz z nim wola życia.
- Dzięki, stary, biegnij jeszcze podzwonić - zwrócił się komendant do policjanta, który przyprowadził Babicza. - Sprawdź też, czy w Krysztale mieli jakąś kamerę, dobrze? - Kiedy mundurowy kiwnął głową i się oddalił, Suski otworzył szerzej drzwi pokoju przesłuchań. - Niech pan wejdzie - rzucił do mechanika.
Babicz nie wiedział, jak do tego doszło, ale po chwili siedział już na trzeszczącym krześle przy stoliku z pobrudzonym blatem. Naprzeciw niego znajdował się komendant, a nieco z boku aspirant pochylony nad stosem kartek. Niewiele starszy od Romana Bernard z zapałem skręcał długopis, który chwilę wcześniej rozpadł się w jego rękach. Umieścił w plastikowej obudowie wkład i kilka razy pstryknął nim, chcąc zyskać pewność, że wszystko zadziała jak należy.
Ojciec Kubusia obserwował go wnikliwie. Znali się od kilku lat, wypili razem niejedną butelkę w warsztacie, gdy do późna rozmawiali o zyskach, jakie mógłby im przynieść wspólny biznes - sprowadzanie uszkodzonych samochodów z Zachodu, remontowanie ich u Babiczów i wreszcie sprzedaż. Szkopuł tkwił jednak w tym, że z dziesiątek obietnic, które składał Bernard Suski, większość pozostawała bez pokrycia. Zawsze po drodze wydarzało się coś ważniejszego, angażująca praca w policji, kłopoty z narzeczoną, a w szczególności imprezy i dziewczyny. Pewnego dnia Romek zrozumiał, że nigdy nie zrealizują żadnej z kuszących fantazji snutych wieczorami na brudnej podłodze zakładu, i rozczarowany odsunął się od Bernarda.
Teraz Babicz zwarł palce ze sobą, przełknął nadmiar śliny, a gdy zrobiło mu się nieswojo, wcisnął dłonie pod pachy.
- Musimy zadać panu kilka pytań, to nam pomoże w poszukiwaniu dziecka - oznajmił komendant. - Zacznijmy od tego, kiedy ostatnio widział pan swojego syna.
Twarz przesłuchiwanego wykrzywił skurcz.
- Chciałbym najpierw usłyszeć...
- Za chwilę - uciął ostro komendant. - Teraz proszę odpowiedzieć na pytanie.
Mechanik potarł czoło i westchnął.
- Rano. Kubuś przybiegł do naszego pokoju i jak zawsze wskoczył do łóżka. Łaskotaliśmy się jakiś czas, a później Ela zawołała nas na śniadanie.
- Co stało się potem?
- Nic niezwykłego. - Roman wzruszył ramionami. - Poszedłem do pracy, bo w zakładzie czekał już na mnie ojciec, a Ela wzięła samochód i pojechała z małym do swojej matki. Mieli wrócić wieczorem na kolację.
- Jakieś kłótnie, problemy w małżeństwie, coś, co mogło przestraszyć dziecko, skłonić je do ucieczki?
- Nie, nic tych rzeczy.
- Czy w ciągu dnia kontaktował się pan z żoną albo widział syna? - drążył Leszek Suski.
Roman pokręcił głową, nieufnie mrużąc oczy, jakby docierało do niego, że policjant weryfikuje właśnie, czy to nie sam przesłuchiwany stoi za zniknięciem dziecka. I choć była to standardowa procedura, w której śledczy musieli wykluczyć z grona podejrzanych najbliższą rodzinę, to kłuła jak kolce dzikiej róży.
- Chce pan powiedzieć, że cały dzień spędził w warsztacie samochodowym ojca i nie zbliżał się pan w okolice domu towarowego Kryształ? - doprecyzował komendant.
- Nie było mnie tam, dlaczego to was tak interesuje? Niech mi ktoś, do licha, w końcu wyjaśni, co się wydarzyło!
- Proszę odpowiedzieć do końca.
- To są jakieś żarty? - oburzył się Babicz. - Mój syn błąka się gdzieś sam, przerażony i głodny, a wy zadajecie jakieś idiotyczne pytania. Oczywiście, że siedziałem cały dzień w robocie, gdzie niby miałbym być? Wyskoczyłem tylko na chwilę odebrać zamówienie ze sklepu motoryzacyjnego. Zadowolony? Mogę już iść szukać dziecka czy dalej będziemy tracić czas?
Aspirant Suski, który dotychczas skupiony był na notowaniu, podsunął mechanikowi nietkniętą szklankę z gorącą i czarną jak smoła kawą po turecku.
- Uspokój się, Romek, nikt ci niczego nie zarzuca, musimy po prostu zebrać wszystkie informacje - odezwał się pojednawczo. - Wiesz, co twoja żona mogła robić w Krysztale?
- Nie mam pojęcia. Mówiłem już, że wyjechała z Kubą rano. Nie wiedziałem nawet, że wybierają się na zakupy, mieli spędzić dzień u babci, jak zwykle. Nie mogę uwierzyć, że to się w ogóle dzieje... Czy to tam zaginął? - Gdy Bernard potwierdził, oczy mechanika zaszkliły się, pociągnął nosem, po czym ukrył twarz w dłoniach. - Przepraszam - wymamrotał i zaczął płakać.
Plecy mężczyzny drgały, targane niemożliwym do dalszego tłumienia smutkiem. Cała jego hardość uleciała, przez co sprawiał wrażenie tak kruchego, że gdyby mocniej tknąć go palcem, rozpadłby się na kawałki.
- Czy twój ojciec mógłby podjechać do nas i potwierdzić, że cały czas przebywałeś na posesji? - zapytał ostrożnie Bernard Suski. - Oczywiście poza tym momentem, gdy wyskoczyłeś do sklepu.
Babicz uniósł mokrą od łez, czerwoną twarz. Prychnął, a następnie zrezygnowany kiwnął głową.
- Coś jeszcze czy mogę już porozmawiać z żoną?
Aspirant spojrzał na komendanta, który podniósł ciężkie ciało zza stołu i bez słowa wyszedł na korytarz. Romek zacisnął drżące dłonie w pięści, wbijając spojrzenie w Bernarda.
- To koniec, nie wytrzymam tego - wyszeptał, nachylając się w stronę kolegi.
- Dasz radę, stary - rzucił tamten i nim zdążył coś dodać, do pokoju weszła Elżbieta Babicz, odprowadzana przez policjantkę.
Twarz miała napuchniętą od płaczu, a na niebieskiej bluzce rysowały się wilgotne plamy od łez. Wytarła czerwony nos w pomiętą chusteczkę, po czym z lękiem zbliżyła się do męża i przywarła do niego całym ciałem. Początkowo trwali niemo w objęciach, niczym rozbitkowie na dryfującej tratwie, zdani tylko na siebie. On zanurzył twarz w jej włosach, ona zdołała wziąć pierwszy od kilku godzin głębszy wdech. Wreszcie z jej gardła doleciał dziwny pisk, dźwięk zbyt długo połykanego bólu, który po chwili zmienił się w lament.
- Przepraszam, kochanie. To wszystko moja wina - wyrzucała z siebie między kolejnymi falami szlochu.
- Ciii... - wyszeptał jak do małego, przestraszonego dziecka, całując jej policzek i obejmując ramiona. - Powiedz mi, proszę, co się stało? Nic z tego wszystkiego nie rozumiem.
- Gdybyśmy zostali u mamy, nic by się nie wydarzyło, ale przyjechała moja siostra z Zosią i wyciągnęła nas na zakupy - chlipała. - Dzieciaki były przeszczęśliwe, dostały lody, Kubuś mógł polatać helikopterem, wiesz, takim na monety, ze światłami i głośną syreną... - Westchnęła ciężko. - A potem zaczęły się ganiać i coraz trudniej było nam je opanować. Obie stwierdziłyśmy, że pora wracać do domu. Weszłam jeszcze tylko po mięso na obiad. Kuba stał obok mnie, trzymał rączką za rąbek sukienki, a potem podszedł do drzwi obejrzeć automat z gumami balonowymi. Był tam przez cały czas, przysięgam, zerkałam na niego, ale kiedy sięgnęłam po portfel, na moment spuściłam go z oczu, i to wystarczyło. - Kobieta zalała się łzami. - W jednej chwili tam był, a w następnej zniknął. Ktoś powiedział, że wyszedł na zewnątrz. Spanikowałam. Wybiegłam ze sklepu, wołałam go, ale przepadł, nie mogłam go nigdzie znaleźć. - Bezradnie pokręciła głową. - Tak bardzo cię przepraszam, Romek.
Babicz tulił do piersi swoją żonę, ale choć kochał ją nade wszystko, w jego trzewiach zaczął tlić się żal o to, że nie upilnowała dziecka. Podstępna złość kusiła, by ścisnął kobietę z całych sił, pozbawiając ją tchu, ale czy to przyniosłoby mu ukojenie i przywróciło Kubę? Supeł w żołądku mężczyzny zaciskał się coraz bardziej, a mdłości wróciły. Słowa Elżbiety docierały do niego jak z zaświatów. Ciche, mętne i dziwne, jakby wypowiadane w obcym języku, którego nie rozumiał.
Dowiedział się, że po zniknięciu dziecka Ela postawiła na nogi ochronę domu towarowego Kryształ i w jej asyście przemierzyła każdy centymetr budynku. Dwa piętra, ponad czterdzieści sklepów i ogromny parking. Przez głośniki w domu handlowym zostały nadane komunikaty o zaginięciu malca. Każdego, kto mógłby w jakikolwiek sposób pomóc, proszono o natychmiastowy kontakt z biurem ochrony. Elżbieta zaczepiała nieznajomych, pytała, czy ktoś nie widział niespełna trzyletniego chłopca o błękitnych oczach, aż do zdartego gardła wykrzykiwała jego imię. Bliska obłędu biegała od sklepu do sklepu, w dłoni ściskając fotografię Kubusia wyjętą z portfela. Mógł się przecież ukryć gdzieś pod wieszakami na ubrania albo w jakiejś szafce i zasnąć nieświadomy, jakie to wywoła poruszenie. Zaalarmowała również kierowców taksówek, czatujących przed budynkiem na obładowanych zakupami klientów.
W końcu Elżbieta Babicz zatrzymała się pod szklaną kopułą na środku Kryształu. Sufit wirował coraz szybciej i gdy zaczęła szukać ławki, o którą mogłaby się oprzeć, zemdlała. Ocknęła się jakiś czas później z nadzieją, że to wszystko okaże się jedynie złym snem. Mirażem, który przegoni jak papierosowy dym. Ale tak się nie stało.
Jej syn rozpłynął się w powietrzu i nikt nie potrafił pomóc.