Niewolnicy Bogów - Paulina Leśniewicz

Kup ebooka

24.99 zł
19.99 zł (18,24 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 2

Mijały dni, a wraz z nimi chłód stawał się coraz dotkliwszy. Co prawda nadal nie była to zima jak na północy, ale nie zmieniało to faktu, że zmarznięte dłonie zaczęły utrudniać Iris pracę. Z połowu przybywało też coraz mniej ryb, ale bardziej ją to niepokoiło niż dawało ulgę. Dzięki maści od Torina, plecy przestały jej z czasem doskwierać, a jedyne, co zostało po biczowaniu, to długie, białe blizny zlewające się z jej jasną skórą. Pewnego ranka, kiedy jak zwykle zmierzała zapakować swój wóz, wszyscy niewolnicy zostali wezwani na plac przed domem Pana Carima. Kiedy tak stali i czekali aż się pojawi, Iris nie potrafiła stłumić w sobie złego przeczucia. Jej instynkt był wyjątkowo wyczulony i nieraz ratował ją z opresji. Bywały jednak sytuacje, w których bardziej jej szkodził, a czasami wręcz z pełną premedytacją go ignorowała. Tym razem zapaliły jej się wszystkie czerwone lampki. Pan Carim był tym, który nie karał swoich niewolników, dzięki czemu zaskarbił sobie ich lojalność i chęć do pracy. Co prawda karmiono ich kleikiem i kwasem chlebowym, ale nie było mowy o biciu czy łamaniu kości. Niewolnicy potrafili doceniać tego rodzaju Panów. Nagle pojawił się w progu swojego domu. Był rosłym mężczyzną w podeszłym wieku. Wywodził się z ludu Hirsha, a jego ciemna skóra przypominała kłodę wyrzuconą na brzeg morza. Nic więcej - z wyjątkiem mieniących się niczym ogień oczu - nie pozostało w nim po jego dalekich przodkach. Na jedno machnięcie dłonią jego strażnicy ustawili się przy wozach z różnoraką zawartością na sprzedaż - od sieci rybackich najlepszej jakości, po skrzyneczki z niezwykle cennymi amuletami Milów czy naszyjniki z oszlifowanych bursztynów i muszli.

- Nastał sezon zimowy i jak większość wie, połów jest wtedy niezwykle ciężki. Niestety port w Orin został odcięty od handlu. Ci, którzy nie będą już potrzebni, wyruszą razem z Parishem na Targ Północny. Wybrał już tych, którzy pojadą, reszta powinna dziś skupić się na przygotowaniach ziemi na zimę.

Powiedziawszy to, wrócił do domu, zostawiając wszystkich z tą informacją. Parish, zarządzający siłą roboczą, szybko wskazywał palcem kolejnych niewolników, a ci natychmiast trafiali do klatek na bydło. Iris nie wiedziała, w którym momencie namiestnik wskazał ją, ale w ogóle jej to nie zdziwiło - w końcu od początku jej tu nie chciał. Podróż na Północny Targ z takim dobytkiem trwała niemal tydzień, dwa razy tyle ile zajęłoby to pojedynczemu jeźdźcowi. Iris rozmyślała nie nad tym, co się z nią stanie - była gotowa chyba na wszystko - ale niepokoiła ją informacja o odcięciu Portu Orin. Skrawek lądu, który w drodze porozumienia stał się neutralnym gruntem. Tylko Królestwo Garish doszło do porozumienia z tubylcami, dzięki czemu mieli nowe możliwości handlowe. W zamian za tkaniny i żywność Północni byli skłonni oddawać to, wszystko to, co rodził ich górzysty teren, jak węgiel czy kamienie szlachetne. Był to bardzo kruchy sojusz. Kilka razy w historii wymiana dóbr była wręcz niemożliwa. Elementalni nienawidzili bestii zza gór lub też barbarzyńców - tak nazywali północne plemiona. Gdyby mogli, wybiliby ich wszystkich, ale dostęp do Orin był zbyt cenny dla Króla Garishan, by na to pozwolił, a Góry Dairosh z kolei były nie do przebycia. Iris zastanawiała się też, czy to przez politykę, czy może ma to związek z nadchodzącym świętem Innari. Już dawno przestała wierzyć w miłosierdzie i wspaniałość Bogów. Gdyby choć jeden z nich naprawdę był taki dobry, nie pozwoliłby na niewolnictwo. Usłyszeliby błagania swych dzieci w niedoli.

Iris każdej nocy, kiedy nie mogła zasnąć, siedziała oparta o kraty i rozmyślała o Torinie oraz jego prośbie. Starała się nie przywiązywać do niczego. Pogodzona ze swoim losem, zobojętniała na wszystko w jej życiu. Wciąż jednak wracała pamięcią do jego niewinnego uśmiechu i oczu pełnych radości. Nie kochała go tak, jak chciał. Czuła w nim uczucie, które przybierało na sile wraz z wiekiem, a którego nie była w stanie odwzajemnić. Chciała chronić tego jedynego człowieka, któremu pozwoliła zbliżyć się do siebie. Chciała mieć pewność, że ta jedna czysta dusza pozostanie w jej życiu pomimo wszystko. Jedyne, co podtrzymywało ją na duchu to fakt, że Torin zawsze ją znajdzie.

- Wysiadać! - Iris usłyszała zarządcę zaraz po tym jak wóz nagle stanął.

Wszyscy kolejno wyszli, po czym zostali spięci w żelazne kajdany z obręczą. Rozglądając się dookoła, Iris wyjątkowo chłonęła wszystkie możliwe obrazy ze swojego nowego otoczenia. Nigdy nie była w tej części kontynentu i tak blisko centrum. Targ Północny był o wiele większy i bogatszy niż Południowy, gdzie kupiono ją po raz pierwszy. Miało na to wpływ częste pojawianie się w tym miejscu Kapłanów i reszty Elementalnych z graniczących Ziem Świętych. Przecinały się tu również granice Królestwa Mairim, które swymi plonami zasilały cały kontynent. Idąc w rzędzie za resztą niewolników, dziewczyna dostrzegała też Panów z ludu Hirsha podobnych do jej aktualnego właściciela. Zobaczyła również bardzo małą grupkę patrzącą nieufnie na wszystkich wokół. Mieli bladoniebieską skórę i przerażające, czarne oczy, które przyprawiały o dreszcze. "Milanie" - pomyślała Iris i spojrzała w innym kierunku, czując chłód na plecach. Była otoczona przez wszelkie rasy łącznie z różnorakimi ich mieszankami. Swoshe i Milanie jednak, jak słyszała, bardzo dbali o czystość krwi. Ci pierwsi głównie po to, by nie rozrzedzić swoich talentów. Ci drudzy - z czystego obrzydzenia i niechęci do innych.

Niewolnicy zatrzymali się na prawdopodobnie wcześniej zakupionym miejscu, między dwoma innymi zarządcami, wozy natomiast pojechały dalej. To, co w nich było, miało cenę o wiele wyższą niż którykolwiek z niewolników, więc zostanie to wystawione na straganie w centralnej części targu. Ustawiono wszystkich w rzędach w oczekiwaniu na potencjalnych kupców. Pan Carim oprócz Iris chciał sprzedać dziewięciu niewolników. Tylko ona była kobietą. Na innych miejscach za to było mnóstwo dziewcząt w różnym wieku, często nawet czystych. Starzec po lewej zauważył konsternację wymalowaną na twarzy dziewczyny.

- Każda z nich liczy na to, że zostanie ofiarą - powiedział cicho, starając się nie przyciągnąć zbytniej uwagi. - Każda z wybranych dziewcząt musi być dziewicą i dostąpić obrzędu na cześć Świętych Innae i Yeeli.

- Na czym polega ten obrzęd? - spytała Iris znowu, czując alarmujące dzwonki, cicho brzęczące z tyłu głowy.

- Gdzieś ty się uchowała? - zdziwił się starzec, po czym widząc jej puste spojrzenie, odchrząknął i dodał: - Dziewczęta wybrane na Innari, będą od tej chwili służyć w Świątyni Kryształu. Poświęcą całe swoje życie na pomaganiu Kapłanom i innym Elementalnym. Myślałaś, że kto im służy? Pobłogosławieni nie mogą sami sobie służyć.

Iris spojrzała w oczy starca i zagłuszając rozbrzmiewające ostrzeżenie wewnątrz niej, z kamienną twarzą rzuciła:

- Naprawdę w to wierzysz? Skoro tak służą swoim Bogom całe życie, są jego Kapłanami, to dlaczego sami się nie oporządzają? Czy właśnie to nie jest wymagane od najbliższych sług Bogów?

- Ponieważ bycie Kapłanem jest bardzo wycieńczające. - Podskoczyli oboje, po czym rzucili się na kolana, składając obie dłonie na ziemi.

Urzekający głos, który jej odpowiedział, należał do kogoś, kogo nigdy wcześniej nie widziała. Biała szata jednak sugerowała, że owa postać pochodziła ze Świętych Ziem. Iris poczuła, jak po plecach przechodzą jej ciarki, jednocześnie usłyszała pochlipywanie starca obok niej. Z płaczem zaczął błagać o wybaczenie. Ona za to, sparaliżowana strachem, nie odezwała się słowem. Zobaczywszy to, Parish podszedł prędko i głęboko się pokłonił.

- Wybacz, Kapłanie Giltarze. Jeśli powiedzieli lub zrobili cokolwiek, co cię uraziło, niezwłocznie wymierzę im karę... - Kapłan przerwał mu.

- Starzec mnie nie interesuje. Kim jest ta niewolnica i skąd pochodzi? - spytał zaintrygowany.

- To sierota złapana w Królestwie Bolran i sprzedana na Targu Południowym. - odparł nieco roztrzęsionym głosem zarządca. Kapłan zrobił krok w przód, zatrzymując stopy tuż przed jej dłońmi złożonymi na ziemi.

- Wstań - rozkazał Giltar. - I ściągnij pelerynę.

Iris podniosła się z kolan i rozplątując płaszcz, przybrała najbardziej obojętną minę, na jaką ją było stać. Zrzuciwszy materiał na ziemię, patrzyła przed siebie, zupełnie jakby nie jej dotyczyło to, co się działo.

- Ile ma lat?

- Prawdopodobnie jakieś siedemnaście... - W rzeczywistości Iris miała dwadzieścia jeden lat, ale, jak każdy niedożywiony niewolnik, rozwijała się wolniej. Oczywiście nikogo to nie obchodziło.

- Jest czysta? - Iris drgnęła mimowolnie, słysząc to pytanie.

- Tak, jej sprzedawca ręczył, że nigdy z nikim nie obcowała. Nie omieszkaliśmy tego sprawdzić, rzecz jasna. Stąd jej cena. Potrafi niezwykle dużo, w dodatku szybko się uczy... - Kapłan uniósł dłoń, prosząc tym gestem o ciszę. Tę samą dłoń skierował ku twarzy Iris. Złapał ją za brodę, zmuszając dziewczynę do spojrzenia mu prosto w oczy. Tańczyło w nich coś żywego, pierwotnego i strasznego, a jednocześnie pięknego. Przypominały szmaragdy w złotym okuciu rzęs. Długie i delikatne włosy w kolorze słońca spływały mu daleko za ramiona. Był smukły i dostojny, jak nadludzkie stworzenie. Przez chwilę Iris nie mogła złapać oddechu.

- Ma niezwykłe oczy, jak przetopione metale. Ile?

- Dziesięć srebrnych monet. - Dziewczyna oprzytomniała, gdy usłyszała kwotę. Parish znacznie zawyżył jej wartość - wiedziała, że kupiono ją za trzy monety.

Giltar puścił jej brodę najwyraźniej już zdecydowany. Odchodząc, pstryknął palcami. Dwie dotychczas stojące poza wzrokiem Iris kobiety zbliżyły się do nadzorcy, dając mu mieszek z pieniędzmi. Kajdany rozkuto i zamieniono na sznur nieprzyjemnie drażniący okaleczone nadgarstki. Jedna z kobiet podążała za Kapłanem, a druga prowadziła Iris przez targ. Po chwili ciszy przemówiła:

- Mam na imię Deyla, ja i moja siostra Meyla jesteśmy od dzisiaj twoimi zwierzchniczkami. Zostałaś wybrana na Sługę Świątyni.

Rozdział 3

Torin miał zawsze informacje, których potrzebował. Niektórzy chłopacy z kwater śmiali się z niego za jego plecami, ale większość nie mogła oprzeć się wrodzonej prostocie i szczerości. Łatwo zaskarbiał sobie przyjaźń niewolników, a jego Pan naprawdę cenił pracowitość. Być może właśnie dlatego to on został wysłany kilka dni po powrocie z Portu Narish, by zanieść modlitwy i prośby samego Króla. Święto Innari było niemal tak wyjątkowe jak Pielgrzymki, ale te odbywały się co sześć lat i stanowiły wydarzenie na skalę całego kontynentu. Nie było żadnej innej możliwości, by wejść na Święte Ziemie. Wszyscy z wyższych sfer za punkt honoru objęli sobie bycie na każdej z nich, jednak Innari rządziło się zgoła innymi prawami. Święto triumfu miłości i czystości nad ciemnością było świetną okazją, by ci, którzy mają niemal wszystko, zyskali jeszcze więcej. Królowie, a także większość Panów, wysyłali skrupulatnie przemyślane sentencje o miłości do sześciu Bogów, napomykając nieśmiało o tym, o co proszą z nadzieją na ochłapy rzucone przez Kapłanów. Tylko te wywyższone istoty mogły wkraczać na Ziemię Świętą przez prowadzącą tam olbrzymią bramę. Zaledwie garstka żyła na co dzień w świątyniach rozsianych po wszystkich królestwach, lecz dla niewolników pozostawały one poza zasięgiem, przez co nikt nie mógł tego zweryfikować.

Podekscytowany Torin pędził konno wraz z dwójką innych posłańców, którzy mieli do dostarczenia mniej ważne listy. Chłonął krajobrazy, bo jeszcze nigdy nie miał okazji być w tych rejonach. Droga na Północny Targ w tym tempie zajmie im nieco ponad dwa dni, więc postanowili zatrzymać się na nocleg, przy często uczęszczanym trakcie w połowie trasy. Posłańcy byli traktowani nieco lepiej niż przeciętni niewolnicy, ale Torin nie czuł się z tego powodu lepszy - wręcz przeciwnie, doceniał jeszcze bardziej każdą kromkę świeżego chleba czy kubka tłustego mleka wypełniającego jego żołądek. Siedząc i powoli przeżuwając każdy kęs, patrzył przez okno karczmy na dalekie pola Królestwa Mairim. Dzięki niżej położonemu terenowi łatwiej było objąć te połacie wzrokiem. Pomyślał wtedy, że to wygląda jak kompletnie dwa różne światy. Po jego lewej stronie wystarczyło otworzyć drzwi i znalazłby się na ruchliwej ulicy miasteczka, w którym głośno było od nawoływaczy zachęcających do kupna różnorakich towarów - od przypraw, przez zioła do medykamentów różnej maści i wielkości. Ceria, bo tak nazywało się owe miasteczko, niemal graniczyła z polami uprawnymi i Mairimscy handlarze często tu zaglądali. Było tu mnóstwo budynków z pokojami do wynajęcia, kramów z tkaninami, biżuterią oraz perfumami, które, zdaniem Torina, tylko dodawały do tej kakofonii zapachów mdłą słodycz. Nie zabrakło również burdelu - obowiązkowego punktu każdego miasta - o czym ochoczo przypominali mu jego towarzysze podróży. Nie interesowało ich nic, co Torin widział za oknem. Kontrastujące z gwarną ulicą pojedyncze drzewa, z których pod wpływem wiatru opadały ostatnie liście, rozległe połacie pól podzielonych na prostokąty... chłopak nie sądził, że ziemia może mieć tyle różnych odcieni. Zdecydowanie bardziej podobał mu się ten drugi świat. Może kiedyś uda mu się być właśnie tam z Iris... Nie, nie śmiał nawet o tym marzyć. Serce biło mu szybciej na samą myśl o tym, że mogliby być kiedyś blisko, że to, o czym śnił może się spełnić. Przywołał w pamięci jej obraz. Smukłą twarz, inteligentne spojrzenie oczu, przeszywające na wskroś jego duszę, lekki garb na zadartym nosie i zawsze spierzchnięte, pełne usta. Czasem nawet zastanawiał się, jakie w dotyku są jej białe włosy splecione w warkocz...

- A ty, co się tak rumienisz, Torin? - spytał Neel, jeden z pozostałych posłańców o niezwykle wścibskiej naturze. - Zdecydowałeś w końcu zakraść się z nami do burdelu, czy może myślałeś o seksie z... jak jej tam było? - Z wrednym uśmieszkiem skierował pytanie do siedzącego obok niego Serla.

- Nie pamiętam - odpowiedział znudzony zaczepkami Neela.

Serl był najstarszy z całej trójki. Wiecznie poważny, pesymistyczny i niezbyt angażujący się w rozmowy, przyuczał ich oboje, kiedy trafili do pracy w stolicy. Torin postanowił brać z niego przykład i również przemilczał zaczepkę, po czym już miał wstać od stołu i pójść na górę do ich wspólnego pokoju, kiedy podszedł do nich pijany Pan. Wyglądał jak typowy mieszaniec - ci może nie byli bardzo szanowani, ale przynajmniej byli wolni. Dosiadł się do nich i spytał nieco bełkotliwie:

- A wy, dokąd podróżujecie?

- Na Targ Północny, Panie. Jedziemy zawieźć modlitwy na Innari - powiedział szczerze Torin, siadając z powrotem na drewnianej ławie razem z mężczyzną, jak zauważył, w dość podeszłym wieku.

- Ach... modlitwy... - westchnął nieznajomy, po czym wziął łyk mocno śmierdzącego trunku. Stuknął kuflem o stół, a jego spojrzenie i głos przybrały poważny ton.

- Nie jest tam bezpiecznie dla niewolników. Kapłani wychodzą na łowy. - Posłańcy nie byli tym zdziwieni. Każdy wiedział, że wtedy kupowana jest potrzebna przy święcie służba.

- I co z tego? Oni zawsze biorą głównie dziewczyny - odpowiedział obcesowo Neel. Nie bał się mówić tym tonem, bo osobiście uważał, że mieszańcy są gorsi od niewolników. Spaczone owoce związków, które nie mają prawa bytu. Mieli jednak w sobie przynajmniej w niewielkiej ilości krew Pierwotnych, czasem nawet kilku. Dla Neela jednak to była akurat wada. Zgodnie z jego pokrętną logiką, Eliowie byli przynajmniej czystej krwi. Nie zmieniało to jednak faktu, że często nawet mieszańcy mieli Dary, co stawiało ich wyżej w hierarchii.

- A no dlatego, że całkiem ładni z was chłopcy, a przynajmniej on - tu wskazał Torina. - Jesteś czysty, chłopcze?

Torinowi spłonęły uszy i zawstydzony, tylko skinął głową.

- Dlatego mówię, nie jeździe tam. Dla waszego dobra, a przynajmniej dla twojego - spojrzał ze smutkiem prosto w oczy chłopaka.

- Liczę na to, że spotkam tam kogoś...

- Jeśli jest niewolnicą, w dodatku czystą, to bardzo możliwe, że już nigdy jej nie zobaczysz, a to najlżejsze, co może się wydarzyć w tym przypadku. - Nie wiedzieć czemu, po plecach Torina przeszły dreszcze.

Kiedy dowiedział się o tym, że Iris zmierza z towarem Pana Carima ku Północnemu Targowi, nie pomyślał o tym, że dziewczyna może iść tam w roli tegoż towaru. Był tak szczęśliwy, że znowu ją zobaczy i kompletnie umknęło mu potencjalne stracenie jej na zawsze. Nie wątpił, że Kapłani się nią zainteresują. Wyróżniała się i mimo że w Bolran uważano ją za przeklętą, w Garish jedynie - a może aż - przyciągała uwagę. Zmroziło go to do szpiku kości.

- Współczuję - powiedział podstarzały mężczyzna, klepiąc Torina po ramieniu. Czemu miał wrażenie, że kryje się za tym coś więcej?

- Co dokładnie ma Pan na myśli? - spytał wyjątkowo zaintrygowany Serl, dostrzegając wymalowane na twarzy kolegi poruszenie.

- Oni nie idą tam służyć w sposób, o którym myślimy... - odpowiedział mieszaniec przyciszonym głosem. - Naprawdę myślicie, że ta siódemka niewolników poradzi sobie ze służeniem dziesiątkom Elementalnych i Kapłanów?

- A co innego mieliby robić? - zapytał Neel, kompletnie zbity z tropu. Torin zdrętwiał, miał bardzo złe przeczucia. Mężczyzna uchwycił jego spojrzenie i ze śmiertelną powagą, dobitnie powiedział:

- Oddają je w ofierze Bogom. Właśnie tak straciłem córkę. - To usłyszawszy, wszystko w chłopaku zaczęło krzyczeć.

***

Torin leżał niespokojnie na swoim skromnym posłaniu. Jego głowa była wypełniona okropnymi obrazami zakrwawionej Iris w Kapłańskich szatach. To nie mogła być prawda. Ten cały Olhin siedział z nimi jeszcze przez dłuższy czas, dopóki stojący za barem mężczyzna w kwiecie wieku nie przyszedł i go nie pognał. Chłopak już nie zwracał na to zbyt dużej uwagi. Neel i tak zdążył zadać mu mnóstwo pytań, na które Torin nie mógł się zdobyć. Na początku dla trójki posłańców opowieść Olhina była jak wiele innych, on sam niemal malował słowami, niczym farbą na płótnie.

Ciepły dom, żona i piękna córka, która na nieszczęście nie odziedziczyła zbyt wielu cech Istot. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak Elianka. Cała rodzina zarabiała na wyrabianiu tkanin, toteż poszli z nimi na Targ Północny, wiedząc, że dostaną tam najlepszą cenę. Jego córka, Malun, pierwszy raz miała być na Targu, więc z podekscytowaniem oglądała wszystkie stragany, często nigdy przez nią nie widziane cuda, które przyjechały tam z całego kontynentu. Na jej nieszczęście dostrzegł ją jeden z Kapłanów.

- A od kiedy to niewolnicy chodzą samopas? - spytał z pogardą, patrząc na jej brązowe włosy, a potem oczy. Dziewczynka skłoniła się głęboko z czcią i strachem wymalowanymi na twarzy.

- O wielki Panie, przepraszam, ale nie jestem niewolnicą. Przyjechałam tu handlować z rodziną - słowa te usłyszał jej ojciec. Widząc z daleka, co się dzieje, przybiegł i również skłonił się po pas.

- Wybacz, Kapłanie, moje dziecko zawsze chciało zobaczyć największy targ na kontynencie.

- Jest czysta, jak mniemam, skoro pochodzi z zacnej rodziny?

- Oczywiście, to nasz najcenniejszy skarb.

- A zatem dostąpi zaszczytu służby na Święto Innari. Zabrać ją - kapłan machnął dłonią i po chwili znikąd pojawiły się dwie Elementalistki, które spętały dłonie dziewczynki. Olhin padł na kolana i błagał ich, by ją zostawili. Przecież nie była niewolnikiem. Lecz Kapłana nie interesowało jej pochodzenie. Zagrzmiał nad mężczyzną:

- Ważysz się odmówić Bogom sługi?! Dla swoich egoistycznych uczuć?!

- Nie, mój Panie, ale błagam, to moja córka... - Kapłan odwrócił się na pięcie i zniknął w tłumie wraz z córką Olhina. Ten zwijał się na ziemi, zawodząc i płacząc.

- Malun... córeczko... Malun...

Po chwili strażnicy targu zabrali go i rzucili pod drewniany budynek, w którym rodzina wynajęła pokój. Jego żona, zobaczywszy go w tym stanie, od razu domyśliła się najgorszego.

- Gdzie jest Malun? Gdzie nasza córka?! Miałeś ją pilnować! - Padła przy nim na kolana prosto w błoto.

- Kapłani... oni... - Na te słowa jego żona zaczęła go okładać swymi delikatnymi dłońmi po plecach, wpadając w histerię i rzewnie płacząc.

- Jak mogłeś? Jak mogłeś do tego dopuścić? Malun... Nasza mała córeczka! - Samemu płacząc, starał się ją uspokoić, ale na nic się to zdało. Oboje wiedzieli, że z Kapłanami nie wygra nikt.

W końcu po paru godzinach jego żona położyła się i zamilkła. Olhin przez kilka kolejnych dni codziennie chodził na targ i błagał każdego napotkanego Kapłana o oddanie mu córki, jednak na próżno. Po tygodniu wszyscy Kapłani zniknęli z targu, a bramy na Święte Ziemie zamknęły się. Przez kolejny miesiąc miały tam trwać wszystkie niezbędne przygotowania do Innari. Tego dnia, kiedy wrócił do wynajętej izby, bezradny i rozgoryczony, znalazł swoją żonę. Jego ukochana powiesiła się z rozpaczy. Jeszcze dzień wcześniej, po długim czasie mrocznego milczenia, powiedziała do niego przepełnionym nienawiścią głosem:

- To twoja wina. Sprzedałeś ją. Nie była niewolnikiem, a ty ją sprzedałeś... - Te słowa dźwięczały mu w głowie, gdy patrzył na jej martwe ciało. Stracił wszystko, co kochał i na czym zależało mu najbardziej na świecie.

Przez kolejny miesiąc każdego dnia przychodził pod Bramy Świętych Ziem i siedział tam, błagając o zwrócenie mu córki, gdy tylko słyszał po drugiej stronie najmniejszy szelest. Elementalni mieli swoje warty, ale tylko jedno z nich czasem z nim rozmawiało. Była to kobieta imieniem Meyla, która darzyła go współczuciem. W międzyczasie skradziono cały jego dobytek, ale nie obeszło go to ani trochę. Niektórzy, widząc go każdego dnia podążającego tą samą trasą, wsuwali mu w dłonie jedzenie. On jednak nie tracił nadziei na odzyskanie córki, zwłaszcza że Meyla stała się jego towarzyszką rozmów. Nie była oschła i dumna jak inni Elementalni. Próbowała go przekonać w te nieliczne dni jej warty, by wrócił do swojego życia. By zapomniał o córce. Mówiła to jednak takim tonem, że za każdym razem serce Olhina wypełniał niepokój. Opowiadał jej też o swoim wcześniejszym życiu, czego ona z kolei słuchała z uwagą, tęsknym wzrokiem patrząc w przestrzeń.

Minął miesiąc i Święto Innari dobiegło końca. Dwa dni po święcie, w nocy zjawiła się Meyla z wielkim bawełnianym workiem poplamionym krwią. Widok ten złamał Olhinowi serce.

- Pochowaj ją tak, jak sobie tego życzysz. Tylko tyle mogłam dla ciebie zrobić -powiedziała, odwracając wzrok, w momencie przekazania zwłok. Jej głos przepełniony był współczuciem i smutkiem.

- Dlaczego... - wyszeptał kompletnie zdruzgotany, jakby i z niego uszło życie, ale gdy podniósł głowę, szukając odpowiedzi, kobiety już nie było.

Olhin cały drżał, gdy niósł ciało swej córki przez kolejny dzień, blisko muru okalającego Ziemie Święte. W końcu doszedł do skraju lasu. Znalazł tam niewielką polanę. Tam padł na kolana i rzewnie zapłakał, wyrzucając z siebie całe cierpienie. Własnymi rękami rył w zmarzniętej o tej porze roku ziemi, nie bacząc na zerwane paznokcie i poranioną skórę. Kiedy podłużny dół był już gotowy, wytarł dłonie o swój kubrak i rozwiązał worek. Wyjął z niego martwą Malun i zwinął w kłębek materiał, układając go pod jej głową jak poduszkę. Mimo iż sine zwłoki zaczęły kwaśno pachnieć zepsutym mięsem, w jego oczach wyglądała nadal tak niewinnie i żywo, jakby spała.

- Śpij dobrze, moja kruszynko. - Wyszeptał łamiącym się głosem, całując ją w czoło, dokładnie tak, jak miał w zwyczaju robić każdego wieczoru, gdy się urodziła. Ułożył ją delikatnie w wykopanym przez siebie grobie.

Coś jednak nie dawało mu spokoju i chociaż ignorował wcześniej to przeczucie, teraz nie był w stanie mu się oprzeć. Rozchylił górną część halki Malun, tam gdzie była zaschnięta krew. Ku jego zdumieniu i przerażeniu zobaczył jakby wypaloną pieczęć tuż nad jej lewą piersią. Od mocno wystającego obojczyka aż poniżej pieczęci ciągnęło się długie, głębokie cięcie. Myśli kotłowały się Olhinowi w głowie, a obraz ten wrył mu się głęboko w pamięć. Nie chcąc już, by jego córka czekała dłużej na pochówek, zakopał jej ciało. Obszedł całą polanę w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby zaznaczyć grób. W końcu znalazł spory, płaski kamień, wyciągnął nóż z hartowanej stali i wyrył na nim najmocniej jak mógł:

Tu spoczywa ciało Malun, ukochanej córki Olhina i Firshy. Wieczny pokój jej duszy.

Umieścił go w miejscu, gdzie pod ziemią spoczywała jej głowa. Chciało mu się płakać, wyć jak zwierzę i krzyczeć do utraty tchu, ale głośniejsze od tego były myśli, które kłębiły się w jego głowie. Czy jego córka padła ofiarą jakiegoś chorego rytuału? Jeśli tak, to dlaczego? Czy Bogowie tego zażądali, czy może Kapłani? Tyle pytań, ale na żadne nie było jasnej odpowiedzi. Siedział przy grobie całą noc i postanowił, że odkryje prawdę. Zapragnął odnaleźć oprawcę córki i pomścić ją.

Przez kolejne dwadzieścia lat starał się wypytywać, szukać i wyciągać od ludzi wszelkie informacje, ale nikogo nie obchodziły losy niewolników idących na Innari, bowiem niezbyt często zdarzało się, by ktoś z mieszańców został wybrany na sługę. Podróżował do różnych świątyń na kontynencie. Dzięki starym znajomościom udało mu się nawet dostać do kilku z nich, jednak jedyne, co udało mu się znaleźć w czasie tych ryzykownych wojaży, to słowa spisane w kopii Świętej Księgi w Bolran dostępnej dla modlących się wiernych. Brzmiały one następująco:

Mądry Bóg Innae powiedział wtedy do swych wybranych dzieci: Życiem musicie strzec tego Kryształu. Daję wam moje błogosławieństwo i dar używania żywiołów. Od dzisiaj jesteście moimi Kapłanami, Strażnikami Najczystszego Kryształu, a każdego roku, w najdłuższą noc, składajcie ofiary miłości i życia mej ukochanej, tak, by jej blask lśnił w ciemności jeszcze mocniej.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Rozdział 1

Pierwszy dzień pracy w porcie Nawish kiedyś przypominał Iris rozpoczęcie nowego życia. Za każdym razem, kiedy sprzedawano ją nowemu panu, miała nadzieję na lepsze życie. Jednak wkrótce okazywało się, że to chyba nigdy nie będzie możliwe. To, że wciąż żyła, zawdzięczała tylko sobie i temu, że szybko uczyła się tego, czego od niej oczekiwano. Potrafiła także, w razie potrzeby, trzymać język za zębami walczyć o swoje wśród istot takich jak ona.

Większość dziewcząt była niewolnicami innego rodzaju niż te zatrudnione do pracy fizycznej, na przykład w porcie. Wykorzystywano je w burdelach i prywatnych przybytkach. Mogły pełnić rolę służących, jeśli tylko były na tyle sprytne, by sprostać obowiązkom. Wielokrotnie je gwałcono i katowano, gdy tylko nie wykonały polecenia lub ich Pan się nudził. Nikt się tym jednak nie przejmował. Niewolnik to w końcu niewolnik - zawsze można kupić sobie nowego.

Iris intrygowała otoczenie swym wyglądem. Wyróżniała się mocno zarówno na tle reszty Eliów, jak i pozostałych ras. Kiedy miała sześć lat, jeden z jej pierwszych panów zapragnął spróbować tego kwiatu. Jednakże nie udało mu się to, tak samo jak jego następcom. Wszyscy padali martwi w momencie jej największego przerażenia i rozpaczy.

- Iris! Hej! Aż stąd czuję twój zapach! - Szeroki uśmiech nie schodził Torinowi z twarzy.

Zmierzwione wiatrem, brązowe włosy zdradzały, że miał dziś wyjątkowo dużo do rozniesienia. Odziany w błękitno-srebrny kubrak posłańca podszedł bliżej, zasłaniając ręką oczy przed słońcem.

- Jak tam w nowej pracy?

- Masz aż tyle czasu, żeby zatrzymywać się na pogawędki? - Spojrzała na niego z ukosa, po czym podniosła kosz z rybami i wysypała jego zawartość stół o wysokich rantach.

- Pan Farish ma coś do przekazania kapitanowi Zariemu. Pomyślałem, że przy okazji wstąpię i zapytam, jak się czujesz. Nadal boli?

Skrzywiła się na wspomnienie potwornego bólu, który towarzyszył piętnastu ciosom bicza na jej plecach. Potrząsnęła głową i spojrzała w zmartwione oczy przyjaciela.

- W nocy ciężko mi się ułożyć, a ruszanie nadal sprawia trudności. Po tym, jak pan Carim mnie kupił, przez kilka dni nie było połowu ani innych rzeczy, którymi mogłabym się zająć oprócz pomagania w kuchni. Część zdążyła się zagoić.

- Rozumiem. - Jego oczy znów rozbłysły tak, że brąz tęczówek wydawał się jaśniejszy. - Mam coś dla ciebie. - Rozejrzał się wokół, lecz wszyscy byli tak zaabsorbowani pracą, że nie zwrócili uwagi na drobnego chłopaka podającego jej maleńki słoiczek.

- To maść ziołowa na ból. Przepraszam, że nie udało mi się przynieść jej szybciej, ale nie miałem jak. Powinna przyspieszyć gojenie. - Podrapał się z zakłopotaniem po głowie.

Odkąd Iris pamiętała, bardzo dużo gestykulował, a jego twarz nie była w stanie nigdy ukryć żadnych emocji.

- Dziękuję. - Gula utknęła w jej gardle i nie była w stanie powiedzieć nic więcej. Byli swoim całkowitym przeciwieństwem. Delikatnie uśmiechnęła się z wdzięcznością.

- Muszę już iść, spotkamy się nocą? - Wypalił niepewnie, zanim odszedł.

Iris skinęła głową, ciesząc się w duchu, że ponownie go ujrzała. Schowała prezent do kieszeni w wewnętrznej stronie koszuli, patrząc jak Torin pobiegł przez platformę na statek. Gdy zniknął z jej pola widzenia, wróciła do patroszenia ryb.

***

Po zmroku, kiedy wszyscy niewolnicy już zasnęli, Iris zakradła się w stronę tylnego wyjścia w ich baraku, prowadzącego przez stajnie do uliczek miasta. Zakryła głowę kapturem, by ukryć swoją twarz, a w szczególności srebrno-złote oczy.

Wielokrotnie przeklinała swój wygląd, gdyż utrudniał jej wtapianie się tłum. Była nazbyt charakterystyczna, by przemknąć niepostrzeżenie. Wiele razy słyszała komplementy - aż do chwili, gdy uznano ją za bezużyteczną pod kątem seksualnym. Wtedy biczowano ją i bito tyle razy, że nie można było już mówić o niej jako o pięknej.

Dotarła wreszcie do murku, niedaleko miejsca, w którym przez większość dnia zajmowała się rybami. Jej skóra nadal śmierdziała ich wnętrznościami, jednak nie robiło to większej różnicy. Czekała, siedząc i spoglądając w gwiazdy, aż pojawił się Torin - cichy i zwinny jak zwykle.

- Głodna? - spytał, siadając obok niej na murku.

- Głupie pytanie - skwitowała.

Większość niewolników głodowała, tylko niektórzy z Panów rozumieli, że najedzony niewolnik jest wydajniejszy. Torin wyciągnął z sakwy dużą bułkę posypaną solą morską. Iris poczuła jej cudowny zapach jeszcze mocniej, gdy przyjaciel rozerwał ją na pół, podając jej jedną część. Ślina napłynęła jej do ust.

- Skąd masz takie dobroci? - zapytała, próbując ukryć drżenie rąk.

- To jeszcze nic - powiedział z podekscytowaniem, wyciągając zza kamizelki bukłak. - Może wina dla panienki?

- Skąd to masz? - Spojrzała na jego wesołą twarz na wpół oświetloną przez blask księżyca.

- Strażnik przy bramie ewidentnie miał już na dziś dosyć alkoholu. Spał pijany jak szpadel. Miało się zmarnować? - Chytry uśmieszek, który próbował wymalować na twarzy, nijak pasował do jego dobrodusznej twarzy.

- Kiedyś będziesz miał przez to kłopoty - rzekła Iris, sięgając po bukłak. Poczuła zapach taniego wina. Był bardzo słodki i mdlący, lecz mimo to wzięła łyk rozgrzewającego trunku. Noce zaczynały być naprawdę nieprzyjemne - w końcu zbliżała się zima.

Siedzieli w milczeniu, spokojnie delektując się każdym okruchem bułki. Kiedy skończyli, Torin westchnął i spojrzał na Iris smutnym wzrokiem.

- Z samego rana wyjeżdżam z powrotem do stolicy.

- Ach... Już jutro? - rzuciła, starając się nie okazać smutku. Usilnie próbowała wpatrywać się w morskie fale.

- Tak, Kapłani są w trakcie odwiedzania wszystkich świątyń. Przygotowują się do Innari. Wszyscy musimy być wtedy w gotowości. - Torin chwycił ją za rękę. - Obiecaj, że nie wpakujesz się znowu w kłopoty. Obiecaj, że gdy ponownie mnie tu przyślą, znajdę cię w tym miejscu. - Patrzył na nią błagalnie wielkimi łatwowiernymi oczami, ściskając desperacko jej palce.

Zawsze znajdował sposób, żeby ją znaleźć, bez względu na miasto, w którym mieszkał jej Pan. Królestwo Garish znał jak własną kieszeń dzięki pracy posłańca. Tyle się zmieniło, odkąd po raz pierwszy razem trafili na targ niewolników. Z ich dwójki Torin bardzo szybko trafił na tych, którzy dostrzegli jego zdolności.

- Innari... - powtórzyła pod nosem, czując gdzieś w środku niewyjaśniony niepokój. Zignorowała go niemal od razu i wyszeptała: - Wiesz, że nie ode mnie zależy, gdzie będę. Nie jestem w stanie ci tego obiecać.

Torin milczał przez chwilę, po czym, zapatrzony w ginący w mroku horyzont, powiedział:

- Wiem. - Przysunął się do niej i jedną ręką objął ją w talii. Była wyższa od niego, mimo tego samego wieku, więc oparł swoją głowę bez wysiłku na jej ramieniu.

Chciał jej tyle powiedzieć, ale nie mógł się zdobyć na odwagę. Nie po tym wszystkim, czego doświadczyła. Zresztą, co by to zmieniło? Widzieli się tylko kilka razy w roku na parę godzin nocą. O ile w ogóle była taka możliwość. Dziękował Miłościwej Bogini Elli za to, że od ostatnich trzech lat Iris przebywała w miasteczkach blisko morza. Tym sposobem mógł namierzyć ją tego samego dnia, którego przybywał. Nagle poczuł jak Iris wtula policzek w jego włosy.

- Postaram się z całych sił tu być, kiedy wrócisz... - wyszeptała.

Kiedy noc stawała się coraz jaśniejsza, nadeszła pora na pożegnanie. Zmarznięci, wstali z murku, ostatni raz patrząc na zaróżowiony horyzont. Przytulili się na pożegnanie i słysząc, jak port powoli budzi się do życia, zniknęli między uliczkami. Każde udało się w swoją stronę.

Prolog

Powstanie Istot

Wszystko we wszechświecie wymaga równowagi. Właśnie dlatego w momencie pojawienia się Pustki, od razu powstały w niej pęknięcia, a z nich wypłynęło siedem Istot. To one stały się bogami. Każda z tych Istot, choć niebywale silna, nie była sobie równa. Podzieliły się na dwie grupy.

Do pierwszej grupy należały Istoty Elementalne. Tak, nieprzewidywalna Mila - Istota wody - nie odstępowała swego pełnego ognia męża, Hirsha, którego jestestwo ocieplało przestrzeń wokół całej siódemki. Tym samym Elia - Istota Ziemi - cierpliwie znosiła humory swego męża, Swosha, który, gdyby chciał, mógłby zmieść wszystko, co stanęło na jego drodze.

Drugą grupę tworzyły Istoty Esencjonalne. Istota Światła tak piękna, że gdyby nie boskość pozostałych, padliby martwi od samego jej blasku. Yeela - bo tak zwano tę istotę - była gotowa oświetlać każdy zakamarek powstałego wszechświata przez całą wieczność, gdyby nie Leir - jej przeciwieństwo - Istota Ciemności. Unikał jej światła, nie wiedział, dlaczego, ale czuł, że przebywanie w pobliżu Yeeli zraniłoby jego wnętrze. Ilekroć Yeela próbowała dosięgnąć go swym światłem, Leir jeszcze bardziej otulał się swoją ciemnością.

Temu wszystkiemu przyglądało się Innae. Spośród całej siódemki wyglądało najbardziej ludzko. To w nim kiełkowała mądrość większa niż w pozostałych. Miało cechy dziecka, a jego wzrok świdrował wszystkich niczym ostrze. Nie mając ani płci ani żadnych wyróżniających cech, ta Istota jako jedyna była zdolna do odczuwania o wiele większej gamy uczuć niż te pierwotne u swych pobratymców. Innae całymi wiekami rozmyślało o tym, co robili pozostali. Jego fascynacja Mili, Elii, Hirshu i Swoshu szybko zgasła, zawiesiło więc swoje spojrzenie na Yeeli. Byłoby głupcem, gdyby nie doceniło tego, co ujrzały jego wszechwidzące oczy.

Przy egzystencji i przywiązaniu między Elementalnymi, to, co tkwiło w Yeeli, było niepodważalnie olbrzymie. Dwa potężne uczucia nasilały się w niej z każdym coraz mocniejszym pulsowaniem jej mocy i kotłując się, przenikały przez siebie i odpychały na przemian.

Innae nazwało je miłością i smutkiem. Dostrzegło również kiełkowanie czegoś wewnątrz niej za każdym razem, kiedy wysyłała światło do Leira tylko po to, by przysychać po zderzeniu ze ścianą jego ciemności. Innae nazwało to nadzieją, jednocześnie doświadczając w środku jakiegoś nowego uczucia. Myślało na początku, że jest to ból, lecz to nie było to. Była to mieszanka bólu, złości i nadziei, gdy światło odbijało się od ciemności. Odkryło też, że wewnątrz ma podobne uczucie co Yeela - skierowane właśnie ku niej. Postanowiło nazwać je zazdrością.

Powstanie Świata

Pewnego razu Elia poczuła chęć posiadania czegoś więcej. Czegoś, co połączyłoby ją jeszcze bardziej z innymi. Wyciągnęła ze swojego wnętrza maleńką grudkę o nieregularnym kształcie, chcąc pokazać ją Swoshowi. On zaś, gdy zobaczył tę nieidealną drobinkę, wysłał w jej kierunku wichry, które stępiły ostre krawędzie i otuliły kulkę w dłoni jego żony.

Zainteresowani tym małym stworzeniem Mila i Hirsh, nie pozostali obojętni. Hirsh ogrzał kulkę pod powierzchnią powietrza, a Mila dodała od siebie nieregularne zdobienia wyglądające jak pojedyncze włosy na powierzchni grudki. W niektórych miejscach zbierały się już znane im dzięki Yeeli łzy. Swosh jednak nie pozwolił im wydostać się poza swą barierę.

Elia sprawiła, że kulka zawisła na wysokości jej oczu. Zadowolona z efektu osiągniętego wspólnymi siłami, zapragnęła, by inni też podziwiali to cudo, które nazwała Ziemią. Yeela, dostrzegając piękno owego tworu, postanowiła dodać coś od siebie. Nie chciała jednak psuć pracy pobratymców, więc wyciągnęła ze swego wnętrza jedną iskierkę, większą od kulki, ale świecącą tak mocno, by można było jeszcze wyraźniej widzieć dzieło pozostałych. Następnie dorzuciła kilka innych iskier i rozsiała je wokół nich, tworząc Słońce i Gwiazdy.

Leir, przyglądając się z daleka temu, co się dzieje, spojrzał wewnątrz siebie. Poszukiwał czegoś, co mógłby dodać, ale jedyne, co znalazł, poza ciemnością, było zniekształconym odbiciem jego uczuć. Wyciągnął zatem kawałek i ujrzał srebrzystą kulkę, mniejszą od Ziemi. Może to coś, co wykiełkowało, kiedy rozmyślał o Yeeli? W takim razie to najcenniejsze, co miał. Posłał to na drugą stronę Ziemi, wypuszczając przy okazji odrobinę ciemności, by twory Yeeli były jeszcze bardziej widoczne. To coś niewielkiego z jego wnętrza nazwał Księżycem.

Zobaczył, że mimo iż zasłania on nieco jedną stronę Ziemi, Słońce rzuca tak dużo światła, że odbija je od Księżyca, tworząc srebrzystą tarczę. Nie widział nic piękniejszego od Yeeli, a jednocześnie tak samotnego jak on sam.

Powstanie Ludzi

Innae znowu poczuło zazdrość. Jego pobratymcy stworzyli coś tak pięknego z pomocą swoich mocy... A co takiego mogło dać ono? Spojrzawszy na Yeelę, pomyślało, że może udekorować Ziemię czymś, co przypominałoby jego samego, by widziała, że to również prezent dla niej.

Podeszło więc do Ziemi i ukształtowało z jej serca ludzi, a następnie wydobyło z jego wnętrza cząstkę, którą tchnęło w swoje stworzenia. Były żywe i ruchliwe, pełne emocji, które odczuwało Innae. Pozostali bogowie nie potrafili tego powtórzyć, lecz postanowili po raz kolejny dać coś od siebie.

Zaczęło się od Elii, której spodobały się dzieci Innae. Pozostawiła im swoje błogosławieństwo i nauczyła, jak uprawiać ziemię, zbierać plony i dbać o wszystko, co rodzi się i co umiera. Tym sposobem powstali Eliowie. Pozostałe pół Istoty jednak znacznie przewyższały Eliów.

Powstanie Milanów

Mila skinieniem palca połączyła wodne pasma z błotnym człowiekiem. W efekcie powstał pierwszy Milan. Jego skóra przypominała szafiry, a włosy wyglądały niczym wodospad - były lśniące i miękkie, w kolorze rzecznego piasku. Tylko oczy były nieludzko czarujące i okrutne jednocześnie, czarne - jak najmroczniejsze głębiny. Stworzyli osadę z dala od innych, uważając siebie za najlepszych i najdoskonalszych.

Powstanie Hirshów

Pół istoty zwane Hirshami były dokładnie tym, co reprezentował sobą ukochany Elii. Mieli ciemną skórę i bursztynowe oczy. Powstał z nich spokojny, rodzinny naród, wspierający się, wielbiący całym sercem swego ojca. Cierpliwość, którą w sobie mieli, pomogła im w hodowaniu zwierząt, oswajaniu i trenowaniu ich. To jednak nie wszystko, co potrafili. Ich ciała, całkowicie odporne na żar, mogły zapłonąć niczym pochodnie.

Powstanie Swoshów

Dzieci Swosha zaraz po Eliach - czy po prostu ludziach - nie wyróżniały się tak, jak Hirshe czy Milanowie. Wyglądały wręcz tak zwyczajnie, że gdyby jeden z nich przeszedł obok, nikt nie zwróciłby na niego uwagi. Z pozoru byli przeciętni, lecz ich skóra zdawała się nigdy nie zaznać słońca ani ciepła. Oczy miały barwę rozwodnionej zieleni, bystre i przenikliwe, niemal przecinające przestrzeń tam, gdzie padł ich wzrok.

Swosh dał im włosy swej ukochanej. Ziemisty odcień nie był aż tak żywy, przez co wyglądały jak wypłowiałe. Nie można było też odmówić Swoshom szybkości. Nadludzka prędkość na lądzie potrafiła prześcigać nawet Milów, którzy w swym wodnym środowisku byli niepokonani. Swoshe zmieszali się z ludźmi Elii, żyjąc wszędzie tam, gdzie oni.

Miłość Bogów

Wszystko musi się równoważyć. Miłość i nienawiść, odwaga i strach, światło oraz ciemność. Tak samo starania Yeeli o Leira były niestrudzone i nieprzerwane. Nie mogła przebić się przez fasadę ciemności swego wybranka. Nie wiedziała jednak, że to, co się za nią kryło, było miłością do niej równie silną, co jej własne uczucia. Yeela nie widziała w swojej naiwności tego, co dostrzegał Leir. Mianowicie światło i ciemność pożerają się nawzajem. Leir miał świadomość, że ta miłość unicestwiłaby ich oboje, dlatego nie odważył się opuścić swoich czarnych jak noc skrzydeł dla jednej egoistycznej chwili.

Nie mógłby istnieć bez niej, tak jak ona bez niego. Yeela była świadoma konsekwencji, ale różnica polegała na tym, że ona pragnęła tej jednej chwili bez względu na cenę.

Innae przyglądało się tej tragicznej sytuacji, rozmyślając, a zazdrość zaczęła wypełniać całe jego wnętrze. Wpadło na pomysł, by określić samego siebie nieco klarowniej, tak, by spodobać się Yeeli. Przybrał męską postać, doroślejszą, tworząc przy okazji skrzydła na podobieństwo Leira, które zostały utkane z szeptów. Otulił nimi piękną Yeelę, kompletnie ignorując rozwój Ziemi, po czym zaczął szeptać:

- Piękna Yeelo, Istoto światła, ideale, ból sprawia mi patrzenie jak cierpisz. Czy ktoś, kto wciąż ci się opiera, może cię kochać? Ja będę przy tobie na zawsze. Leir nie ma odwagi albo nie odwzajemnia twych uczuć. Ja jestem tu dla ciebie, odmieniony dla ciebie, pozostając twym wiernym sługą, gdy tylko zajdzie taka potrzeba.

Innae wiedziało, że to nie wystarczy. Yeela wciąż miała w sobie ziarenko nadziei, które uporczywie nie gasło.

- Mądry Innae, ojcze nowego stworzenia, nie mogłabym się okłamywać. Brzydzę się kłamstwem, więc szczerze powiem, że w momencie naszego zaistnienia poczułam nierozerwalną więź z Leirem. Nie jestem w stanie go zostawić. Wiem, że on czuje to samo, choć nie chce do siebie dopuścić tego uczucia.

- Ktoś, kto czułby tę więź, nie byłby w stanie się jej oprzeć, nie sądzisz, dobra Yeelo? Myślę jednak, że można to sprawdzić. Zrobię dla ciebie wszystko.

- Porozmawiaj z nim, proszę, Innae. Spytaj go, czy darzy mnie tym samym uczuciem, albowiem nie zniosę dłużej stanu, w którym trwam. A jeśli powie, że tak, dam mu czas, by mógł przygotować się na nasze pierwsze i ostatnie spotkanie. Siedem ziemskich dni, tak jak nas jest siedmioro.

Innae skinęło głową i ruszyło do Leira. Przebiwszy się szeptami przez jego masywne skrzydła ciemności, dostrzegł go pierwszy raz w pełnej krasie. Innae nie spodziewał się tego, co ujrzał. Zaśmiał się w zażenowaniu widząc, jak marnie wyszło mu upodobnienie się do Leira. Był piękny jak Yeela, ale ostrzejszy, był jej lustrzanym odbiciem, a jednocześnie przeciwieństwem. Od razu dotarło do niego, że tych dwoje było dla siebie stworzonych. Uzupełniali się tak jak nikt inny.

Granatowe oczy, w których odbijały się gwiazdy stworzone przez Yeelę, przypominały nocne niebo na świeżo stworzonej Ziemi. Spojrzał na niego chłodno, pytająco, jakby zirytowany tym, że ktoś zakłóca jego spokój.

- Przybyłem jako posłaniec Yeeli.

Potężna sylwetka Leira jakby drgnęła, gdy gość wymówił jej imię, ale twarz nadal nie uległa zmianie. A zatem trzeba mu pokazać, że na nią nie zasługuje.

- Yeela nie jest w stanie dłużej bez ciebie istnieć. Jeśli ją kochasz prawdziwie, za siedem ziemskich dni spotkacie się sam na sam. Zastanów się przez ten czas, czy tego właśnie chcesz.

Ta informacja wstrząsnęła Leirem. Przerażały go konsekwencje takiego spotkania. Yeela, istota najpiękniejsza ze wszystkich, najczystsza, najwspanialsza, równoważąca wszystko w nim samym, miałaby przestać istnieć. Przez niego. Przez to, kim byli. W dodatku nie dała mu wyboru.

Oczywiście, że ją kochał. Przez niego i przez to, czym był, wszystkie nowe stworzenia jego pobratymców żyłyby w ciemności. Bez jej światła, jej dobra i czystości. To jednak niosło ze sobą naiwność, na którą Leir nie mógł jej pozwolić.

- Jednakże jest jeden sposób.

Te słowa przyciągnęły uwagę Leira. Od dawna widział starania Innae. Szepty, którymi otaczał i koił Yeelę, ignorując wszystko wokół. Stał się jej powiernikiem w sprawie tak dla niej ważnej. Ufała mu. Innae kontynuował:

- Jeśli zależy ci na niej, odejdź na Ziemię. Kiedy cię nie będzie, ona nie będzie w stanie przestać istnieć.

"To ja będę przy niej" - pomyślał, ale słowa jakby same wymalowały się na jego twarzy.

- Jeśli naprawdę ją kochasz, zrezygnujesz ze swej boskości dla dobra jej i nowych stworzeń. Zabierz tę miłość tam, gdzie nie będzie mogła jej odszukać ani wyczuć. Zrób to za siedem dni, bym i ja był gotowy do działań o jej przeżycie.

- Cóż takiego zrobisz? - spytał zrezygnowany Leir, wiedząc, że niebawem już na zawsze straci to, co było dla niego najcenniejsze. Czuł jednocześnie, że coś mu umyka, ale istnienie Yeeli było dla niego cenniejsze niż domysły.

- Zostaw to mnie. Mam zaledwie kilka dni na uratowanie jej i otoczenie opieką tak, by nic złego się nie wydarzyło.

Leir skinął głową, a po odejściu Innae zatopił się w swoim cierpieniu, czasem tylko spoglądając w stronę Yeeli, by zapamiętać każdy skrawek jej idealnego jestestwa, tak długo aż jej obraz wypalił się w nim samym. Przez kolejne dni, kiedy Yeela niestrudzenie wysyłała czyste iskierki swojego blasku w kierunku ciemności, Innae szeptał do niej różne słowa, które miały zasiać w niej ziarno zwątpienia. Bez narzucania się, powoli, ale sukcesywnie szepty doprowadziły do tego, że ziarno wykiełkowało.

Siódmego dnia Yeela po raz ostatni wysłała swoją iskrę, pełną tęsknoty za tym, czego nigdy nie miała. Trzymała wspierającą dłoń mądrego Innae, czując przy tym stabilność, której było jej brak. Tak długo czekała na Leira, że zbliżyła się do Innae. Nie czuła jego intrygi. Od początku chciało ją mieć tylko dla siebie, w swej zazdrości niezdolne do prawdziwej oceny uczucia dwóch istot połączonych tragiczną, nierozerwalną więzią.

Leir odsłonił się spod swych czarnych skrzydeł, przyjmując iskierkę wysłaną prosto w jego wnętrze. W momencie, w którym go przeszyła, zrozumiał, że to sztylet. Innae, tak jak ukształtował ludzi, tak przekształcił pełną nadziei iskrę w broń, która pozbawiła Leira znacznej części jego boskości.

Sztylet ze światła był zimny i ciepły jednocześnie. Wypełniony nie tylko nadzieją, ale też zazdrością Innae. Leir spojrzał ostatni raz w kierunku Yeeli. Nie wierzył w to, że chciała go unicestwić, jednocześnie dostrzegając ich splecione dłonie. "To mogła być moja dłoń" - pomyślał w rozpaczy. "Chociaż przez moment to mogłem być ja."

Istota Ciemności, wielki bóg Leir, zapadł się w sobie, a jego cząstki upadły na najzimniejszą część Ziemi, za północnymi górami, gdzie światło Słońca sięgało najrzadziej. Tak powstali Leirowie, nieliczny lud, który nigdzie indziej nie mógł dla siebie znaleźć miejsca. Wypędzeni, a później przeklęci przez resztę istot.

Yeela, widząc to, nie rozumiejąc w pełni, co się wydarzyło, pierwszy raz w swym istnieniu odkryła, czym jest cierpienie. Innae przytulił ją, szepcząc o zdradzie Leira. W trakcie, kiedy piękna Istota Światła próbowała zrozumieć decyzję ukochanego, jej powiernik wciąż sączył jej w uszy jad. Tuląc ją, mówił o strachu, który wypełniał Leira.

- Wiesz sama, moja piękna, że gdyby czuł to samo, zaryzykowałby. Miałaś dla niego tak wiele, a on postanowił od tego uciec.

Widziało jednak, że te słowa nie pomagają, przyciągają uwagę, ale niewystarczająco. Yeela rozpaczliwie zaczęła szukać po wszechświecie choć śladu Leira, niestety bezskutecznie. Pozostała jedynie przenikliwa cząstka ciemności, którą wysłał, by wzmocnić blask jej gwiazd, ale ani odrobiny jego samego.

W końcu pomyślała, że skoro ona istnieje, on też gdzieś nadal jest. Wszystko we wszechświecie musi mieć równowagę. Zrozumiała również swój błąd, nie dając mu wyboru poza wspólnym unicestwieniem, a jednocześnie dając mu tak niewiele czasu. Nie wiedziała, co zrobił Innae i nie dopuszczała do siebie myśli, że mógłby mieć nieczyste intencje, poprosiła go więc o ostatnią rzecz.

- Przyjacielu mój, mądra Istoto Duszy, widzę i wierzę, że mnie nie opuścisz, dlatego mam ostatnią prośbę. Proszę, strzeż mnie, dopóki mój ukochany Leir nie odnajdzie do mnie drogi, tak jak moje iskry zawsze odnajdywały drogę do niego.

Po tych słowach bez dalszej zwłoki skumulowała w sobie światło najmocniej, jak potrafiła. Niewielkie jego drobiny spadły we wszystkie strony ziemi, a ona sama zmieniła się w przepiękny, smukły, mleczno-bezbarwny kryształ, który mienił się tysiącami odcieni, kiedy padało na niego Słońce. Upadł w samym centrum lądu, nie wiedząc, jak blisko swego ukochanego jest. Zakochanych dzieliły - tylko i aż - potężne góry nazwane później Górami Dairosh.

Innae, sfrustrowane tym, co się wydarzyło wpadło w szał. Nasłało tych, których stworzył, ludzi wpieranych przez Elię na poszukiwanie każdego z cząstką Leira, by nigdy nie mogli się połączyć. W końcu, gdy żadne z ludzi nie mogło przekroczyć gór, w złości nakazał także innym stworzeniom odszukać i zabić swój cel. I mimo próśb i błagań swych pobratymców o pozostawienie ich ludów w spokoju, Innae nie spoczęło. Właśnie ono natchnęło życiem ich wszystkich, bez względu na dalsze modyfikacje.

Góry Dairosh były jednak nadal zbyt dużym wyzwaniem dla wszystkich. Uznało więc, że skoro nie można ich przebyć, Kryształ Yeeli będzie bezpieczny. Dla pewności zmniejszył się jednak na tyle, by móc przy nim stanąć. Kilkoro stworzeń było przy tym i padło na kolana przed swym bogiem. Wśród nich znajdowali się głównie Eliowie, najbliżsi jemu samemu. Brzydzili go poniekąd. Widziało, jak niedoskonali byli w porównaniu do nich, Istot, ale mieli w sobie jego cząstkę. Rozum i mądrość, ale także całą gamę innych uczuć, które w nim egzystowały.

Postanowiło więc zrobić z tych ludzi strażników. Nakazało im spisać historię jego i Yeeli, pięknej bogini światła, którą chciał ukraść Leir. Jako że byli przez ono stworzeni, ludzie uwierzyli w każde słowo boga mądrości.

- Swym życiem musicie strzec tego Kryształu. Daję wam moje błogosławieństwo i dar używania żywiołów. Od dzisiaj jesteście moimi Kapłanami, Strażnikami Najczystszego Kryształu.

Natchnęło ich drobinami uchowanych odpadków mocy, które wyzbierał po stworzeniu Ziemi. Nie mając litości po wszystkich tych wydarzeniach, egoistycznie dodało:

- Każdego roku, w najdłuższą noc, składajcie ofiary miłości i życia dla mej ukochanej, by jej blask lśnił w ciemności jeszcze mocniej.

To powiedziawszy, opuściło Ziemię. Czuło, będąc na niej, że wysysa zeń istnienie i wiedziało, że to zasługa Mili, Elii, Hirsha i Swosha. Rozpoznawało ich gniew domyślając się, że to z powodu rozdania mocy swym tworom, Kierowane było własnymi pobudkami, których nikt nie rozumiał. Gdy wróciło do Elementalnych, oni byli już gotowi. Karali Innae swymi mocami, by już nigdy nie mogło zejść na Ziemię, a jednocześnie płakali nad losem Yeeli i Leira.