Pacholę jadąc przodem, albo-li téż za mną, pobrzdękiwało na
teorbaniku, a mnie żałość i tęsknota za Marysią ściskały serce - i
im daléj od niej odjeżdżałem, tém ją miłowałem goręcéj.
Przychodziły mi wonczas na myśl słowa: "post equitem sedet atra
cura," lecz gdy w tak wielkiém fortuny mojéj uszczupleniu z J. W.
Tworzyańskim mówić, ani mu się wyspowiadać z afektów nie śmiałem,
nie pozostało mi nic innego, jak szablą na nową fortunę zarobić i
gloria militari się przyozdobiwszy, dopiéroż przed nim stanąć. Bóg
mi, ani Marychna moja serdeczna nie mogli wziąć za złe, żem tego
wprzódy nie uczynił. Gdyby mi ona kazała w ogień albo téż w wodę
skoczyć, albo zgoła krew przelać, Ty, Jezu Chryste, który patrzysz
w serce moje, widzisz, że byłbym to uczynił. Ale jednéj rzeczy,
nawet dla wdzięcznéj dzieweczki mojéj nie mogłem poświęcić, a to
honoru szlacheckiego. Fortuna moja była żadna, lecz zasię krwi
zacność wielka, a po ojcach jakoby testamentem miałem przekazane,
bym wiecznie uważył, iż gardło jest rzeczą moją i one wolno mi na
szwank podawać, ale
integra rodu dignitas jest puścizną przodków, którą mam
oddać, tak jak ją wziąłem:
integram. - Wieczny odpoczynek racz ojcom moim dać Panie,
a światłość wiekuista niechaj im świeci na wieki wieków. Choćby J.
W. Tworzyański dzieweczkę swą oddać mi się był zgodził, nie miałbym
jéj gdzie wprowadzić, gdyby zaś bacząc na szczupłość méj fortuny w
dumie swéj
pauprem, albo zgoła szarakiem mnie nazwał, tedybym się w
rozumieniu o wyborności rodu mego czuł dotknięty i pomścićbym się
na nim musiał - czego, gdy on jest ojcem mojéj Marysi, Panie Boże
nie dopuść. Owóż i nie zostało jak jechać na kresy. Rzędziki, pasy i co było
lepszego po ojcach, częścią zastawiwszy, częścią przedawszy,
zebrałem dukatów ważnych trzysta, które zaraz na prowizyą J. W.
Tworzyańskiemu oddałem, potém łzami i ciężkiém wzdychaniem
pożegnawszy Marysię, przez noc gotowałem się do drogi, a nazajutrz
oba z pachołkiem obróciliśmy konie ku Wschodowi. Wypadło jechać na Zasław, Bar do Haysynia. Po zamkach, dworach lub
karczmach na noclegi stawając, dotarliśmy wreszcie do Umania, za
którym step już otworzył się przed nami równy, bujny, głuchy.
Pachołek, jadąc przodem, coraz to w teorbanik uderzał i pieśni
śpiewał, a mnie się zdało że przedemną leci, jako ptak za którym
gonię: sława - a za mną jako drugi ptak: tęsknota. Jechaliśmy do
stannicy, zwanéj Mohylna, gdzie czasu swego J. W. ojciec mój,
pułkownik z chorągwią pancerną strażował, którą był własnym sumptem
na wojnę z bisurmany wystawił; ale do Mohylnéj jest bardzo daleko,
bo chwalić Boga, Rzeczpospolita szeroko rozsiadła się po ziemi, i
prócz tego, trzeba tam jechać przez stepy, na których dzień i noc
myszkują Tatarzy i różni łotrzykowie, więc i szyi własnéj strzedz
bardzo wypada. Po drodze dziwowałem się wszystkiemu, jako, że
piérwszy raz na Ukrainie będąc, same nieznane spotykałem sprawy i
rzeczy. Ziemia to wojenna, lud téż w niéj twardszy niż u nas i
hardziejszy, a w chłopie fantazya taka, jakiéj szlachcicby się nie
powstydził. Gdy osadą przejeżdżasz, choć pozna żeś urodzonym,
ledwie ci czapki uchyli, a w oczy prosto patrzy. W każdéj chacie
jest tam i szabla i rusznica, a niejeden chłop obuszek w ręku nosi,
właśnie jako gdzieindziéj ślachcic. Zawzięta téż natura jest w tych
ludziach i nawet - za co ich szabla już karała i jeszcze pokarze -
z komisarzów Rzeczypospolitéj nie wiele sobie robią, taki blizkość
pogaństwa i ciągła wojenna gotowość wyrobiły w nich animusz. Rolą
niezbyt chętnie się parają, a jeśli któremu i płuży gospodarka,
woli na swojém, niż na pańskiém osiadać. Za to do pocztów
dworskich, albo i pod lekkie znaki Rzeczypospolitéj chciwie się
zaciągają i żołnierz, zwłaszcza do zwiadów i harców z nich wyborny,
choć i w polu
non obtrectant, ale krzyk wielki uczyniwszy, na
nieprzyjaciela jako w dym idą, siekąc i koląc. Każda ich osada
podobniejsza jest do taboru, niż do wsi; - koni mnóstwo trzymają,
które na stepie zimą i latem się pasą, a są tak ścigłe jak
tatarskie. Wielu z nich także na
insulae dnieprowe ucieka, i tam w siczy, żywot jakoby
zakonny, ale wojenny i wcale rozbójniczy prowadzą, na którychto ich
swawolach wiele ucierpiała i cierpieć jeszcze będzie, póki ich nie
poskromi miła ojczyzna nasza. Na miejscu - jakowemu szlachcicowi, a
choćby i możnemu panu, trudno ich utrzymać, albowiem raz wraz się
zrywają i w puste stepy, których tam dowolna, idą na własnéj woli
osiadać. Konstrukcyą ciała są zarówno jak i
moribus od naszych chłopów odmienni, gdyż wysocy są i
krzepcy, cerę mają śniadą, do tatarskiéj podobniejszą, wąsy tak jak
u wołochów czarne, łby zaś, modę od pogaństwa przejąwszy, golą, na
samym tylko czubie, srogi osełedec zostawując. Co widząc i
rozważając dziwowałem się bardzo i téj ziemi i wszystkiemu co w
niéj jest, a jakom ją nazwał wojenną, tak téż i powtórzę, że krainy
dla zbrojnego i konnego ludu przygodniejszéj, próżnoby po całym
świecie szukać. Gdy jedni zginą, drudzy ze wszech stron nadciągają,
i po wszystkich szlakach, tak właśnie jakoby stada ptaków ciągną, a
w onéj pustoszy stepowéj łacniéj usłyszyć niźli skowronka nad
glebą, huk samopałów, szczęk szabel, rżenie koni, furkotanie
chorągwi na wietrze i krzyki żołnierskie. Chodzą tam także, jak
również na Podolu i Wołyniu, stare dziady, których wszyscy wielce
szanują. Ci ślepi będąc, na lyrach grają i pieśni rycerskie
cantant, przez co animusz i czułość na sławę bardzo
kwitnie. Żołnierz téż tam widząc, że ci co dziś żyją, jutro gniją,
na żywot własny, jakby na złamany grosz nie baczy, szafując krwią
jako magnat złotem - i więcéj o piękną śmierć niźli o życie lub
dostatki dba doczesne. Inni wojnę nad wszystko umiłowawszy, choć
nieraz z wielkiéj krwi pochodząc, w ustawicznéj żołnierce prawie
dziczeją i na bitwę, jakby właśnie na wesele, z radością wielką i
śpiewaniem idą; ale czasu pokoju przykrzą sobie wielce, nie
najdując zaś ujścia dla swych wojennych umorów, spokojności
powszechnéj zagrażają. Tych straceńcami zowią. Gdy człowiek tam
zginie, wszyscy poczytują to za rzecz zwyczajną i nawet najbliżsi
nie bardzo go płaczą, mówiąc, że lepiéj przystoi mężowi na stepie,
niźli w łożnicy jako niewieście konać. Jakoż tam jest najlepsza
rycerska szkoła i zaprawa. Gdy pułk jaki młody w stannicy rok,
albo-li téż dwa postoi, tak się jako turecka szabla wyostrzy, że
potém ani rajtarya niemiecka, ani janczary furyi jego w równéj
liczbie się nie ostoją, a cóż dopiéro inny podlejszy żołnierz, jako
naprzykład wołoski, lub wszelaki najemnik. O zwadę tam łatwo i téj
unikać należy, gdyż cała ziemia roi się mężami zbrojnymi. Jadąc z
pachołkiem napotykaliśmy to poczty dworskie, więc panów Potockich,
Wiśniowieckich, Kisielów, Zbarażskich, Jazłowieckich i Kalinowskich
w różnych czarnych, czerwonych i pstrych barwach, to wojska
komputowe, to chorągwie królewskie. Konie owych żołnierzyków szły
po brzuchy w trawach, prychając jakoby płynęły we wodzie;
rotmistrze oganiali chorągwie, jako psy owczarskie stada, kozacy
bili w kotły, dęli w surmy i piszczałki, lub śpiewali pieśni,
czyniąc gwar tak srogi, że bywało i przeszli i zniknęli, a jeszcze
wiater niósł od ich strony rozhowór, jakoby właśnie od burzy
dalekiéj. Między pułkami ciągnęły także maże czumackie skrzypiące
przeraźliwie, od których konie nam się płoszyły. Czumakowie owi,
jedni sól z Limanu nad Euxinem biorą, drudzy aż do Palus Meotis z
pomiędzy sprosnych pogan wracają lub z Moskwy, inni wino mołdawskie
na Sicz wiozą, a żórawim ordynkiem jedni za drugiemi ciągnąc,
czasem łańcuch na milę w stepie tworzą. Napotykaliśmy także tabuny
wołów, wszystko jednéj siwéj maści o wielkich porozginanych rogach.
Te stłoczywszy się, idą tak ciasno, iż kupę zbitą czynią i tylko
łby rogate chwieją im się w obie strony. Za stannicą kisielową
zaszła nam drogę rota z pod poważnego znaku usarskiego. Ludzie byli
w pełnéj zbroi i taki szum szedł od ich skrzydeł, jakby od
orłowych. Oczuśmy obaj z wyrostkiem nie mogli od nich oderwać, choć
i trudno było patrzyć, bo słońce na zbrojach okrutnym blaskiem
raziło powieki, a ostrza u podniesionych w górę kopij błyskały
jakoby płomyki jarzęcych świec, pozawieszane w powietrzu. Ale serce
nam rosło, usarze ci bowiem więcéj byli podobni do roty królów
niźli do żołnierzy, taka w nich
auctoritas i taki majestat bojowy. Za stannicą kraj stał
się głuchszy. Często po stepie błyskały nocami ogniska gońców
kozackich, do różnych stannic rozsyłanych, lub téż chłopów na
pustkowia uciekających. Nie zbliżaliśmy się do nich, własne mając
zwyczaj niecić ognisko. Inni téż czasem do nas przychodzili, bądźto
zgłodnieli, bądź zabłąkani w stepie, a raz zbliżył się dziwny jakiś
człek z twarzą całkiem zarosłą i do wilczéj paszczęki podobną.
Ujrzawszy go pacholę, krzyczeć od wielkiego strachu poczęło, a ja
sam, sądząc mieć sprawę z wilkołakiem, sięgnąłem już po szablę, by
go ściąć. Gdy jednakże owo monstrum, miasto zawyć, pochwaliło
Chrystusa, dałem mu spokój. Potém nieznajomy opowiedział się
tatarem z pochodzenia, ale katolikiem, czemum się nawet dziwił, bo
ci, co są w Litwie, koranu się trzymają. Ów zaś dla żony wiarę
zmienił, a późniéj służąc jako vexillifer w swoim ściahu, dla
znajomości tatarskiego języka, z listami do Ordy od hetmanów
litewskich był wysyłany. Ale przecie pachołkowi markotno było z nim
spać przy jednym ogniu. Częściéj téż noce spędzaliśmy samowtór
śpiąc, albo i nieśpiąc, by na konie dawać baczenie. Nieraz
układłszy się na trawie, patrzyłem w gwiazdki migocące w
niebiesiech, rozważając sobie w duchu, że ta co najserdeczniéj na
mnie mruga, to właśnie moja Marysia. I in luctu miałem takową
otuchę, że ona gwiazdka nigdy nie zaświeci innemu, ale wiary mnie
dochowa, mając serce ućciwe i duszę tak czystą, jako kropla łzy
wypłakanéj w modlitwie przed Bogiem. Czasem przychodziła do mnie we
śnie, właśnie jakoby żywa, a niejakiéj nocy przyszedłszy, rzekła,
iż się za mnie modli i że jako jaskółka za mną poleci przez
niebieskie przestworza, a zmęczy się, to na mojéj glewii spocznie,
a wciąż świegotać będzie do nieba o sławę i szczęście dla mnie.
Potém rozpłynęła się w parę, ja zasię, gdym się zbudził, myślałem:
anioł był koło mnie, a co mnie przytém dziwiło, to, że i konie
strzygąc uszami, prychały mocno, jakby czuły kogoś wedle siebie.
Uważając takie zjawienie za znak łaski Bożéj i za zachętę w
imprezach, ślubowałem N. P. Maryi i Św. Aleksemu, memu patronowi,
by łaskę ich i nadal zachować, nigdy grzechem śmiertelnym się nie
zmazać. Modliłem się téż onéj nocy aż do świtania, czyli do pory
odjazdu. Ruszaliśmy zwykle w dalszą drogę przed wschodem słońca,
który to fenomen wcale w tamtych stronach piękniejszy jest niż u
nas, bo gdy pierwsze promienie strzelą na równinę zroszoną chłodem
nocy, to cały step dla mnogości kwiecia wygląda jakby bisior
perłami tkany. Ztąd radość jest wszelkiemu stworzeniu. Dopiéroż
kuropatki, przepiórki, pardwy i inni ptacy stepowi smyrgając w
gąszczy, strącają one perły na ziemię. Ptastwa moc jest
nieprzebrana w téj krainie. Napotykaliśmy co dnia to dropie chytre,
to żórawie misterne. Te siedząc na ziemi, wyciągnąwszy szyje długie
jakoby dzidy do góry, straż koło mogił w ordynku odprawują, gdy zaś
po niebie z gęganiem okrutném lecą, to tak wysoko, że ich okiem nie
sięgnąć. Czumakowie wielce je szanują, bo w locie kształtem krzyż
święty przypominają. Żołnierze téż, licząc je szablami, szczęście
sobie z ich liczby wróżyć zwykli, ale wedle mojego rozumu, to niéma
nic do rzeczy, bo co komu Pan Bóg w miłosierdziu swojém ma dać, to
i tak da. Z innych ptaków są tu wrony, kruki, jastrzęby i orłowie,
którzy pod zorzę wieczorną wielkie korowody nad mogiłami czynią, to
siadając wieńcem na jakowéj mogile, to zrywając się bez racyi z
łopotem i krakaniem tak ogromném, a żałościwém, że uszy sobie
zatykać trzeba. Zorze wieczorne czerwienią się tu mocniéj niż u
nas, a to z tego powodu, iż wiele krwi chrześcijańskiéj rozlewają
poganie, która to krew idzie do nieba i czerwieni się, wołając o
pomstę. Mogiły téż tu, jak okiem sięgnąć, pokrywają całą krainę, a
w nich leżą rycerze, czekając dnia sądu. Inni wszakże twierdzą, że
rycerstwo to śpi tylko, ale rozbudzi się, gdy wyprawa wszystkich
królów chrześcijańskich na pogan zostanie otrąbiona - co czy prawdą
jest, nie wiem, ale tak mniemam, iż może się zdarzyć, bo w mocy
Bożéj jest wszystko. Ziemia to jest mężów walecznych, którą kopytami końskiemi depcą
polacy, kozaki i tatarzy w ustawicznym harcu, jedni za drugimi
zbrojno się uganiając. A tak całe pokolenia, jako one figurki w
papierowém zapustném teatrum ukazują się i nikną. Wielu tam także
dobréj szlachty na zamieszkanie przychodzi, i ci chłopa z Korony
lub téż miejscowego uzbierawszy, całe osady zakładają, bo choć tam
żywot pod ciągłą grozą wojenną wieść trzeba, przecie taką już dał
Pan Bóg narodowi naszemu fantazyą, że niebezpieczeństwa miasto go
zrazić, lepem mu są właśnie i ponętą. Jakoż, gdy pacholę ślacheckie
do lat dojdzie, trudno je w domu przy gospodarce, alboli téż na
szkolnéj ławie utrzymać, bo się jako białozór do lotu zrywa na
kresy. Niejeden tam szyję traci, ale inny chudopachołek na pana
wychodzi, jako już wielu wyszło, których dzieci na zamkach swoich
żyją, poczty trzymają i senatorskie godności w Rzeczypospolitéj
piastują. Po bożéj téż to jest myśli rycerskiemu człeku z roli i
wojny na pana wyrastać, a przytém przez takie osadzanie stepu,
potęga Rzeczypospolitéj się pomnaża. Z mazurów, który to naród
bardzo jest mnożny i tak się właśnie jako pszczoły w ulu roi,
najwięcéj tam ludzi przychodzi. Ci step pługami orzą i w rolników
chętnie się zmieniają, a w czasie wojny kupią idą, jeden za
drugiego zginąć gotowy......
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.