Niewola - Gyorgy Spiro

Reflow text when sidebars are open.
- Pojutrze ruszasz do Jerozolimy!
Uri się ocknął.
Stał nad nim ojciec.
Uri podciągnął kolana, wychylił się do przodu, podniósł z ziemi zwój Tory, który wyśliznął mu się z rąk, i nadal siedząc, przepraszająco spojrzał w górę. Zmieszany, uśmiechał się półgębkiem, jak zwykle, kiedy go na czymś przyłapano, a zawsze go przyłapywali, nawet gdy nic złego nie zrobił.
Ojciec stał jakiś czas w spowitym półmrokiem kącie, sączące się z dworu światło szarego, lutowego popołudnia oświetlało jego poważną, brodatą twarz, wystające kości policzkowe, głęboko osadzone oczy; tuż nad głową Uriego, nad jego zmierzwionymi, tłustymi włosami jaśniał wycięty w ścianie nieduży kwadrat. Ojciec więcej na niego nie spojrzał, posępnie patrzył na podwórze, potem odwrócił się na pięcie i tak gwałtownie odsunął wiszący w przejściu kilim, że zawarł w tym geście całe swoje niezadowolenie z syna, z własnej sytuacji i w ogóle z Dzieła Stworzenia.
Uriemu nie wróciła jeszcze pełna świadomość, odczuwał tylko wstyd, że ojciec przyłapał go na tym, iż zasnął w trakcie czytania. Ucinał sobie drzemkę popołudniami, nie miał nic do roboty, w każdej chwili mógł się skryć w swoim kącie i robić, co chciał, również drzemać, a jednak miał teraz wyrzuty sumienia. Jakby czytanie było przykrym obowiązkiem, pokutą nałożoną na samego siebie za jakiś dawny grzech, którego zresztą nie popełnił. A przecież lubił czytać, jedynie to lubił.
Ściskając w ręku zwój Tory, wstał, mimo bólu w krzyżu wyprostował się, pokręcił parę razy głową, aż zatrzeszczały mu kręgi, wyciągnął ramiona, wykonał skłon, po czym wyjrzał przez okno.
Mokry, zimny, unurzany w błocie początek lutego w Rzymie; Uri się wzdrygnął. W jego duszy unosiły się jeszcze senne wizje, chociaż zapadały się coraz głębiej, niczym ryby w mule Tybru, i zlewały z mrocznym światłem podwórza. Nie mogło mu się przyśnić nic nieprzyjemnego, bo wciąż miał w sobie jakieś miłe uczucie, jakiś obraz napawający otuchą, choć na próżno próbował go przywołać. Odnosił wrażenie, że ten sen to jawa. Ludzie kręcili się po podwórzu, na tyle daleko, że nie mógł ich rozpoznać, widział tylko rozmyte sylwetki. O tej porze krzątały się tam zapewne kobiety, bo mężczyźni załatwiali jeszcze swoje sprawy.
Uri miał kiepski wzrok.
Miał też kłopoty z nogami, przy chodzeniu bolały go stopy i łydki, od małego nękał go również ból krzyża, prawe biodro miał większe niż lewe, ale najgorzej było z oczami: ostro widział jedynie z bliska. Nie zawsze tak było, do jedenastego, dwunastego roku życia potrafił wszystko, co potrafili chłopcy w jego wieku, ale potem już nie nadążał, nie mógł uczestniczyć w ich grach i zabawach, poruszał się mniej sprawnie niż oni, mrużył oczy i podczas czytania coraz niżej pochylał głowę nad zwojami Tory. Z początku wcale mu to nie przeszkadzało, nawet tego nie zauważał, bo działo się to stopniowo, tylko głowa często go bolała.
Euzebiusz, nauczyciel, który zajmował się nim podobnie jak innymi dziesięcioma czy piętnastoma chłopcami w domu modlitwy, za co płaciła gmina, powiedział Józefowi, że jego zdaniem Uri kiepsko widzi. Józef zaprotestował: w rodzinie nikt nie miał kłopotów ze wzrokiem, a więc i jego syn nie może ich mieć. Nauczyciel tylko pokręcił głową. Józefowi pierwszy urodził się chłopiec, potem dziewczynka, lecz po narodzinach drugiej córki żona już nie zaszła w ciążę, nauczyciel zatem rozumiał, że Józef jest w trudnej sytuacji.
Tamtego dnia wieczorem ojciec wziął Uriego na rozmowę.
- Czy to prawda, że nie najlepiej widzisz? - zapytał surowo.
Stanął w najodleglejszym kącie dużego pokoju i spytał, ile palców trzyma w górze. Duży pokój nie był przesadnie duży, a jednak ręka znajdowała się daleko, panował też mrok, oliwny kaganek ledwie się tlił, za to jak zwykle kopcił, co też utrudniało zadanie; Uri westchnął i na chybił trafił powiedział: dwa. Z ciszy wywnioskował, że się pomylił.
Wtedy to popsuły się jego stosunki z ojcem.
Dotąd był jedynym chłopcem, jedynym całym człowiekiem, jakiego Józef zdołał spłodzić. Dotąd był ulubieńcem. Ojca rozpierała duma, kiedy syn nauczył się pisać i liczyć wcześniej niż jego rówieśnicy, chwalił się nim i nawet zaczął wprowadzać w świat swoich interesów niczym dorosłego.
Pół roku później ojciec powtórzył eksperyment. Uri uczciwie wtedy przyznał, że nie widzi, ile palców ojciec pokazuje.
- Bo nie chcesz widzieć! - krzyknął wzburzony Józef.
Słowa te miały odtąd prześladować Uriego.
Ojciec od tamtej pory unikał z nim kontaktu. Nie chciał dostrzec, że syn nie widzi. Zdaniem lekarzy zbawienny wpływ na zeza i na krótki wzrok ma suszona żywica z drzewa balsamicznego, a że Józef niegdyś handlował balsamem i daktylami, nadal dostarczano mu czasem z Judei owe produkty, polecił więc Uriemu, żeby każdego wieczoru stosował na oczy kompres nasączony wodnym roztworem żywicy balsamicznej. Uri pilnie kładł sobie kompresy, od woni balsamu dostawał mdłości, ale wzrok mu się nie poprawiał. Po pół roku, kiedy Uri znowu nie widział, ile palców ojciec pokazuje, Józef powiedział mu, by nie kładł więcej kompresów, bo balsam jest drogi.
Uri poczuł ulgę i jednocześnie wpadł w rozpacz.
Chociaż bez trudu czytał, a jeśli porządnie zmrużył oczy, wcale nieźle widział na odległość, kiedy zaś zwinął dłoń w trąbkę i spojrzał przez nią, widział nawet bardzo daleko. Co prawda malutki wycinek, ale bardzo daleko. Wielokrotnie robił takie próby w samotności, z czasem bowiem wycofał się do swojego kąta i nawet na podwórze prawie nie wychodził: w tym swoim kącie widział dobrze, wszystko było blisko. Kiedy zaś przez szparę utworzoną z palców spoglądał na zewnątrz, widział nawet odległe zaułki.
Podwórze było ogromne, nie wiadomo właściwie, gdzie się kończyło. Tak naprawdę nie miało ani początku, ani końca.
Domy za Tybrem, tworzące coś, co po łacinie nazywano Transtiberim, a co rzymscy Żydzi określali mianem Zatybrza, jakby sami na siebie patrzyli z zewnątrz, z prawdziwego Rzymu, ze współczuciem, a nawet lekką pogardą, od początku zbudowano tak, by razem z podwórkami tworzyły całość. Stare Zatybrze było więc skomplikowanym systemem ciągnących się kręto w nieskończoność budynków i podwórek, a ponieważ domy zaplanowano tak jak dawno temu w Palestynie, z drzwiami i oknami od podwórza, z zewnątrz tworzyły jednolitą ścianę, poprzetykaną gdzieniegdzie solidnymi wrotami, która wyglądała jak parterowa, zygzakowata twierdza, egzotyczna i tajemnicza dla tych, którzy nie bywali w tej części Transtiberim. O tym jednak, że Żydzi żyją w nędzy, wiedziano: w okolicy Porta Capena, gdzie zaczyna się Via Appia, wystawali trędowaci Żydzi i żebrali, co mógł zobaczyć każdy, a wielu się tu przewijało, bo była to poza pobliską Via Ostiensis droga dla handlu z Południa, produkty rolne były tu tańsze niż w okolicy Forum, połowa Rzymu przychodziła tutaj po zakupy. Widywała więc też steranych, przygarbionych, brodatych mężczyzn, którzy w zniszczonych sandałach i wystrzępionych togach szli z dzbanami po wodę pitną, bo woda z wodociągu, który zaopatrywał Zatybrze, była zanieczyszczona, zdatna najwyżej do podlewania, lecz na próżno od pokoleń proszono, by miasto coś z tym zrobiło - nadal lepszą wodę musiano kupować w dzielnicach, które ją miały za darmo. Woda z Tybru w gruncie rzeczy nadawała się do picia, ale Żydzi uważali ją za nieczystą, ponieważ od czasu do czasu pływało w niej za dużo trupów, nie pili jej więc, a nawet się w niej nie myli. Używali raczej wody z cystern, choć zdarzali się nieprzejednani, ściślej od innych przestrzegający zasad religijnych swych przodków, którzy wodę z innych dzielnic też uważali za nieczystą i zabraniali swoim rodzinom jej używać. Mogli mieć trochę racji, bo płynąca ołowianymi rurami woda pozostawiała na skórze dzieci szary osad, te zaś stawały się powolniejsze i głupsze od innych.
Trędowatych traktowano zresztą przyzwoicie, nie wykluczano ich ze wspólnoty, na mieszkanie przeznaczano im sporą zagrodę i zapewniano minimum pożywienia, dostawali cupę, na którą w każdej żydowskiej gminie na świecie mogą liczyć najbiedniejsi oraz przybysze, lecz że trędowaci byli nieczyści, nawet członkowie rodzin nie mogli się już z nimi kontaktować, rozmawiali więc, krzycząc do siebie na odległość. Chorzy mieli też obowiązek raz użyte naczynia gliniane, w których od gminy dostawali jedzenie, od razu tłuc i zakopywać na głębokości trzech stóp, ku zadowoleniu tych, którzy naczyniami handlowali. Poza tym chodzili sobie swobodnie, również poza murami dzielnicy żydowskiej, gdzie mogli żebrać podobnie jak inni chorzy. Trędowaci też musieli bywać w domu modlitwy, lecz kapłan nie tylko nie mógł się z nimi stykać, ale nawet na nich patrzeć, by nie stać się nieczystym, stali więc przez całe nabożeństwo w odgrodzonym deskami, ciemnym kącie świątyni, przychodzili znacznie wcześniej i wychodzili później niż kapłan. Swoją czystość kapłani chronili wedle najstarszych i najsurowszych zasad religijnych, bo było ich bardzo niewielu; przysyłano ich, potomków Arona, z Judei do Rzymu z okazji ważniejszych świąt, by udzielili błogosławieństwa, po czym wracali do Jerozolimy. Od czasu do czasu przysyłano też z Jerozolimy paru lewitów, którzy kapłanami być nie mogli, lecz ich pomocnikami owszem; to oni podczas świąt dęli w szofar, oni śpiewali i grali na instrumentach, oni zbierali podatki, spośród nich też wywodzili się mohele i rzezacy; lewitów było w Rzymie więcej niż kapłanów.
Rodziny kapłanów i lewitów prowadziły ściśle określoną działalność religijną i nie wtrącały się do życia gmin. W Rzymie, inaczej niż na Wschodzie, bogate i znaczące rody nie pozwalały nikomu wpływać na tyczące ich ważkie decyzje, toteż wielu rzymskich lewitów poprosiło o zgodę na powrót do Jerozolimy, a rzymski magistrat chętnie ich puścił. Na ich miejsce przyjechali inni, z kręgu niższego duchowieństwa i niższych lewitów; w Jerozolimie też pewnie nie wszystkim kapłanom i nie wszystkim lewitom dobrze się powodziło. Nieco zwlekając z załatwieniem formalności, na ogół wpuszczano ich do Rzymu, zwłaszcza jeśli bogate rodziny żydowskie zagwarantowały im utrzymanie. W takich wypadkach urzędnicy magistratu oddychali z ulgą; nie trzeba było przybyszom ani ich rodzinom przydzielać darmowego zboża, bo przecież przyjeżdżali oni z rodzinami; to zresztą była zasadnicza przyczyna, dla której opuszczali Święte Miasto i udawali się do nieczystej diaspory; po paru tygodniach czy miesiącach mieli jednak dość rzymskiego klimatu, wracali więc do Jerozolimy i albo przysyłano na ich miejsce kogoś innego, albo nie przysyłano. W końcu kilka rodzin lewitów osiadło w Rzymie i tu się wzbogaciło, głównie dzięki importowi z Judei i Galilei rytualnie czystej oliwy oraz wina.
Rzymskich nie-Żydów nie bardzo obchodziło, jak żyją Żydzi na prawym brzegu Tybru.
W Rzymie mieszkało wiele małych grup etnicznych, w ich życie osoby postronne też nie miały wglądu, enklawa żydowska nie należała zresztą do największych ani najbardziej znaczących: w tym milionowym mieście liczyła co najwyżej trzydzieści-czterdzieści tysięcy ludzi; większość stanowili wyzwalani z biegiem czasu potomkowie niewolników, przywożonych do Rzymu wcale nie tak często. Ale mieli swoje domy modlitwy, dokładnie dwanaście, z czego jeden na Via Appia, gdzie były też katakumby, podziemny cmentarz, bo z uwagi na przyszłe zmartwychwstanie nie palili swoich zmarłych jak niemądrzy Latynowie; siedem domów modlitwy mieli przy samej drodze do Ostii, czyli szlaku, którym docierają do Rzymu towary transportowane morzem.
Pierwszy dom modlitwy, nazwany tymczasem imieniem popierającego Żydów rzymskiego magnata Marka Agrypy, zbudowany ze sto lat wcześniej, stał jeszcze i chociaż rodzina Uriego tam nie chodziła, Józef pokazał go synowi, opowiadając przy okazji, że Żydzi z pierwszego transportu jeńców nie chcieli przystąpić do pracy, póki ich rzymscy właściciele nie przystali na to, by mogli w sobotę odpoczywać, ściśle przestrzegać zasad swojej religii i posiadać własny dom modlitwy. Kilku z nich z tego powodu straciło życie, ale reszta i tak nie ustąpiła. Uri, słysząc to, zaklaskał w ręce i postanowił sobie, że on też będzie taki dzielny, jeśli zajdzie potrzeba.
Z radością słuchał, gdy ojciec opowiadał, że panowie rzymscy kojarzyli w pary swoje niewolnice i niewolników, by za darmo rozmnożyć ich liczbę, ale żydowscy mężczyźni byli skłonni współżyć z nieżydowskimi kobietami, które im do tego celu przeznaczono, tylko wówczas, gdy te się nawróciły i zostały Żydówkami; żeby rzecz uprościć, zaczęto z czasem importować dla nich kobiety z imperium żydowskiego. Herod Wielki, przyjaciel Marka Agrypy, był w dobrych stosunkach z cesarzem Augustem, załatwił więc sobie zgodę na dostarczanie kobiet do Rzymu. Były wśród nich prostytutki, złodziejki i wszelkiej maści latawice, ale Żydówki, toteż nie trzeba już było zaprzątać sobie głowy ich nawracaniem.
Każda taka dostawa oznaczała wszak koszty, opowiadał ojciec, a tego żadna władza państwowa nie lubi. Herod Wielki i cesarz August też musieli to przyznać, toteż źródło, z którego czerpali, niebawem wyschło.
Wedle prawa rzymskiego potomkowie niewolników dziedziczyli wyznanie po właścicielu, Żydzi jednak nie chcieli się w tej sytuacji rozmnażać, dla nich więc trzeba było zrobić wyjątek. Nieżydowscy niewolnicy, nie mogąc się powołać na zasady swojej religii, ulg takich nie otrzymywali, nienawidzili więc Żydów, co nie było żadną nowością: odkąd Aleksander Wielki podbił Wschód, mieszkający tam nie-Żydzi zawsze boczyli się na Żydów, którzy żądali wyjątkowego traktowania, powołując się na przywileje, jakie sobie wywalczyli za perskiego panowania. Inna to sprawa, kiedy Grek i Żyd są razem pod obcym - perskim - panowaniem, a inna, kiedy Żydzi znajdą się pod panowaniem Greków; lecz tego Żydzi od stuleci nie chcieli przyjąć do wiadomości, kiedy zaś zarówno Grecy, jak i Żydzi znaleźli się pod panowaniem rzymskim, Żydzi zaczęli traktować Rzym jak Babilon i w praktyce byli mu bardziej ulegli niż Grecy. Niewolnice zresztą chętnie zostawały Żydówkami, wiedziały bowiem, że Żydzi, w odróżnieniu od Greków i Latynów, nie porzucają dzieci. Bywali też niewolnicy, którzy przechodzili na religię żydowską, licząc na to, że gminy żydowskie dołożą się do sumy, jakiej potrzeba do uzyskania wyzwolenia, i rzeczywiście niektórych z nich gminy wykupywały. Jedynym, co skłaniało ich do namysłu, było obrzezanie, dla dorosłego człowieka procedura bolesna i nie zawsze bezpieczna, lecz kobietom obrzezanie łechtaczki nie groziło, rzymscy Żydzi go nie wymagali, tak więc mnóstwo Syryjek, Greczynek, Arabek, Etiopek, Abisynek, Egipcjanek, Germanek, Galijek, Hiszpanek, Traczek, Iliryjek oraz niewolnic innego jeszcze pochodzenia zostało w Rzymie Żydówkami, na chwałę Boga Jedynego, i rodziło żydowskie dzieci w zygzakowatej dzielnicy nędzy, która nazywa się Zatybrze. A ponieważ na terenie Transtiberim, który wówczas jeszcze nie był ogrodzony, choć władze - mimo że nieoficjalnie - uznawały go już za dzielnicę miasta, mieszkali nie tylko Żydzi, lecz również rozmaite inne podbite nacje, to często dziewczyny nawrócone na religię żydowską, zbędne w swoich rodzinach, przeprowadzały się ledwie parę domów dalej, mogły więc odwiedzać dom rodzinny, jeśli tylko chciały. Lecz nie bardzo chciały, bo każdy rodzic nie-Żyd cieszył się, że w końcu się od nich uwolnił, i dawał im to do zrozumienia. Tak czy owak kobieta na zawsze trafiała do rodziny męża i z własną rodziną nic już jej nie łączyło; w tym prawo rzymskie i żydowskie było zgodne. Dziewczyny te mogły być wdzięczne Bogu Jedynemu, na którego łono przeszły, za to, że rodzice nie wydali ich niegdyś na pastwę wilków czy ludzi albo ich zaraz po urodzeniu nie udusili.
Tak powstała diaspora żydowska w stolicy imperium.
Józef wprawdzie uważał za rzecz niegodną, że muszą żyć na obcej ziemi, bo przecież, ściśle biorąc, każdy, kto nie żyje w Ziemi Świętej, jest nieczysty i nie ma takiej wody, która by ten brud zmyła, ale to w końcu żadna nowość w dziejach żydowskich, mawiał i zwracał Uriemu uwagę na to, że rzymscy Żydzi są bardzo użyteczni dla Żydów w kraju, o czym tamci dobrze wiedzą: działają w Rzymie niczym stała, bardzo liczna ambasada i jeśli tylko sprytnie uprawiają handel, by tym ściślej związać Rzym z żydostwem, do czego, chcąc nie chcąc, i tak już zostali powołani, robią to, co wedle wszelkich znaków Stwórca im do zrobienia powierzył.
Tak więc jednym wielkim labiryntem był pierwotnie ów obszerny, wijący się w nieskończoność wewnętrzny dziedziniec, rodzaj spontanicznie ukształtowanej fortyfikacji, choć najbogatsi zaczęli z czasem odgradzać swoje podwórza od wspólnego wysokim murem, a nawet trzymać własnych strażników, jak to się dzieje wszędzie, gdzie rządzi Mammon; niech pieniądz będzie przeklęty po wsze czasy, a tym bardziej obecnie, kiedy wśród rzymskich Żydów jest coraz więcej bogaczy, choć jeszcze szybciej rośnie liczba nędzarzy; między tymi dwoma zjawiskami musi chyba istnieć jakiś związek.
Pierwotne Zatybrze znajdowało się pośrodku dzielnicy żydowskiej, wokół niego zaś powstawały nowe domy, bogaci przedsiębiorcy zaczęli też wznosić piętrowe kamienice i Józef się obawiał, że ich walącą się chatę razem z okolicznymi domkami zetrą kiedyś z powierzchni ziemi i postawią tam cztero-, pięciopiętrowy budynek. Tak działo się na Zatybrzu tuż obok nich, w bliskim sąsiedztwie, w enklawach nieżydowskich, gdzie Egipcjanie, Syryjczycy i Grecy z Azji Mniejszej żyli tak samo biednie jak większość Żydów, a na terenie żydowskim poruszali się równie swobodnie jak u siebie.
Podwórza tworzyły ongiś jedną kapryśną, niezmierzoną przestrzeń, bo w dzień świąteczny Żyd nie może oddalać się od domu na odległość większą niż dwa tysiące kubitów, czyli łokci, nie może wychodzić poza swoje podwórko. Jeden łokieć to mniej więcej czterdzieści cztery centymetry, w zależności wszak od rozmiaru przedramienia może on być krótszy lub dłuższy. Nie mogli się więc Żydzi w święto oddalać od swoich domów dalej niż na niespełna kilometr, ściśle: na osiemset osiemdziesiąt metrów, co stanowi z grubsza połowę długości antycznego stadionu, bo cały stadion mierzy 1776 metrów.
Żydzi mieli dużo świąt: w roku były cztery wielkie święta, wszystkie wielodniowe, były też soboty od piątkowego zachodu słońca do zachodu sobotniego i również wtedy ludzie mieli ochotę wyjść z domu dalej niż na dwa tysiące łokci, co odpowiada mniej więcej stu krokom. Lubili bywać u sąsiadów, pogadać, poplotkować, co nie jest w święto zakazane, inaczej niż praca, pogaduszki pracą bowiem nie są, o czym i Stwórca wie, sam na pewno gawędzi sobie z archaniołami, bo przecież własną robotę wykonał już w rzeczone sześć dni; ludzie łączyli więc swoje podwórza i mogli już pokonywać odległość nie tylko dwóch tysięcy łokci, ale nawet dziesięciu tysięcy, chociaż było święto - pozostawali przecież w obrębie podwórka, a przynajmniej tak mogli powiedzieć surowemu Stwórcy, który tę bezbłędną argumentację musiał przyjąć. W ten sposób rzymscy Żydzi obchodzili Prawo, podobnie jak reszta, czyli mniej więcej pięć milionów Żydów na całym ówczesnym świecie, lub może właśnie przestrzegali Prawa, bo wszak litery się trzymali.
Dla uświęcenia tego chytrego wybiegu powstała specjalna zasada, zasada mieszania, która zaowocowała zgrabnymi podpunktami; w Rzymie w mocy był ten, który głosił, że ówczesne Zatybrze to jedno podwórze, można więc na nim w sobotę i w każde inne święto robić to, co człowiek robi we własnym domu. Gorąca dyskusja toczyła się nad tym, czy zasada mieszania podwórek dotyczy również nowych żydowskich domów, wzniesionych poza murami starego Zatybrza: jedni argumentowali, że cała Jerozolima to jedno wielkie podwórze i że nawet w sobotę można tam dostarczać pewne rzeczy, inni byli przeciwnego zdania, mówiąc, że Rzym nie jest miastem żydowskim i Transtiberim też nim nie jest (Trasteberin, jak to na ogół już wtedy wymawiano, nosowa spółgłoska poprzedzająca "s" zniknęła, końcówkę wyrazu też zjadano, i wkrótce zrobiło się z tego "Trastevere", którym to słowem określano ów teren również dwa tysiące lat później); cały Rzym jest nieczysty, podobnie jak Zatybrze, argumentowali zwolennicy powrotu do fundamentów religii, którzy sami też byli nieczyści, bo przecież w diasporze każdy Żyd taki jest; tak czy owak mieszkańcy starego Zatybrza nadal korzystali z dobrodziejstw zasady mieszania.
W labiryncie podwórkowym Zatybrza niepotrzebne było poczciwe oszustwo, jakiego w Judei dopuszczał się niemal każdy Żyd, kiedy przed nastaniem święta wystawiał jedzenie w odległości dwóch tysięcy łokci od domu, oznaczając w ten sposób granicę swojego gospodarstwa, w święto mógł się więc oddalić od pokarmów na odległość kolejnych dwóch tysięcy łokci. Tam również przestrzegano Prawa tak, jak było wygodniej. W Rzymie jednak tego wybiegu nie sposób było stosować, bo wystawiane jedzenie natychmiast rozkradano; świat zewnętrzny korumpuje wewnętrzny, wierzący w wielu bogów, a więc bezbożny Rzymianin psuje żydowską społeczność i próżne wszelkie lamenty. Znamienne dla głupoty Latynów jest to, że nawet ich pierwszy cesarz sądził, że w sobotę Żydzi nic nie jedzą, jakby sobota była dniem postu! Od dziesięcioleci rzymscy Żydzi śmieją się z tego w kułak, bo w domach modlitwy w sobotę się modlą, słuchają objaśniania Tory i pism proroków, lecz jednak istotą święta jest wspólny posiłek, którego koszt gmina pokrywa z podatku. Świąteczny posiłek nie może być skąpy: na stole musi się znaleźć wino, mięso, warzywa i owoce, o przaśnym chlebie nie wspominając; ubogie rodziny cały tydzień prawie głodują, ale w sobotę mogą się wreszcie najeść do syta, na cały tydzień, dzięki gminie za darmo.
Religijny - czyli zapobiegający śmierci głodowej - był zatem powód wzniesienia tej specyficznej budowli, choć jej fortyfikacyjny charakter też nie był bezzasadny.
Kiedy szesnaście lat temu cesarz Tyberiusz nakazał wyznawcom Izydy i wyznawcom religii żydowskiej wynosić się z Rzymu, motłoch rzymski, gdy tylko zwietrzył pismo nosem, próbował oblegać owe tajemnicze mury, lecz że nic przez nie nie widział, nie zdołał wtargnąć do środka, Żydzi się obronili, zasypując go z płaskich dachów gradem strzał i włóczni.
Musieli jednak opuścić swoje domy, Józef też uciekł wtedy z Rzymu z żoną i trzyletnim Urim.
Znaleźli schronienie dwadzieścia mil od Rzymu, w maleńkiej Ariccii, w stajni z dziurawym dachem - Józef wynosił nawóz, orał, jego żona dbała o ściółkę, Uri cały dzień ganiał za kurami - by po upływie pół roku Józef, dzięki łasce rzymskiego patrona, którego klientem został, bo miał już wyzwolonego ojca, mógł razem z rodziną wrócić do swego zburzonego i splądrowanego domu.
Poza czterema tysiącami młodych, nieżonatych Żydów, których wcielono do wojska i posłano na Sardynię, by ich tam ponoć rzucić przeciwko jakimś złodziejskim bandom, choć to w końcu nie one, tylko klimat i tęsknota za domem ich zdziesiątkowały, niemal wszyscy Żydzi wraz z rodzinami wcześniej czy później wrócili do Rzymu, z wyjątkiem paruset zamordowanych dla rabunku na prowincji, a cesarz Tyberiusz nigdy więcej podobnego zarządzenia nie wydał.
Domostwa doprowadzili do porządku, powoli uzupełnili sprzęty. Choć niewiele mieli do uzupełniania, bo rzymscy Żydzi byli ubodzy.
Uri z tego przymusowego przenoszenia się z miejsca na miejsce prawie nic nie pamiętał, jedynie smród kurzego łajna i to, że ojciec brał go na barana i długo nosił, co było takie miłe, że nawet teraz, kiedy ma dziewiętnaście lat, widuje to w snach. Śni, że się budzi, a ojciec mówi: "Chodź, synku, wezmę cię na barana".
Po owym tymczasowym wygnaniu pozostało jeszcze tylko to, że Sara, jego matka, podnosi lament, ilekroć uświadomi sobie brak jakiegoś pięknego naczynia, którego nieżydowscy wyzwoleńcy, będący również klientami ich patrona, nie oddali, mimo że wzięli je tylko na przechowanie. Choć prawda jest taka, że kilku z nich uczciwie zwróciło wartościowe przedmioty; dziś rodzina je z tych naczyń, o czym ojciec ma zwyczaj przypominać. Mimo to Sara wciąż lamentuje.
Ojciec ostatnio już nie podnosi wzroku, tylko łyżka za łyżką, ponuro spożywa posiłek, a jeśli czasem spojrzy na żonę, na jej szpetną, spowitą chustą twarz, ma w oczach głęboką nienawiść. Nie złodziei nienawidzi, tylko żony. I milczy. W Rzymie Żydom trudno się rozwieść: jest ich niewielu. W Judei rozwód jest łatwy, o czym głosi nie tylko fama, lecz również zapis w Prawie: jeśli ktoś znajdzie kobietę ładniejszą od żony, ma wystarczający powód, by się rozwieść; może też przegnać żonę, jeśli ta się obnaża, co między małżonkami w pewnych sytuacjach nie jest wszak zakazane; ale Judea to nie twierdza kresowa żydostwa, tylko jądro narodu, tam różne rzeczy są możliwe. Żyd w Rzymie, w odróżnieniu od Latyna, może nawet poślubić kuzynkę, bo rzymscy Żydzi wiedzą, że jest ich niewielu i że to zresztą zasada, która dawniej była w mocy. W Judei i w Galilei takie małżeństwo jest zabronione, bo uchodzi za kazirodztwo, no, ale tam Żydów jest dużo. Z drugiej strony wdowa w Rzymie nie ma obowiązku poślubić brata zmarłego męża, chociaż w Palestynie to wciąż jeszcze jest obowiązkowe.
Ojciec nigdy nie mówił o tej półrocznej poniewierce. Ponoć powodem wygnania był fakt, że czterech występnych Żydów, którzy w jakiś sposób pozyskali przychylność żony senatora Saturnina, Fulwii, wyłudziło od niej pieniądze na zakup drogich dywanów dla Świątyni w Jerozolimie; z pieniędzmi, rzecz jasna, zbiegli, o czym wzburzona Fulwia opowiedziała cesarzowi, a Tyberiusz wpadł w gniew.
W świetle innych zasłyszanych opowieści Uri wszak podejrzewał, że to był tylko pretekst i że zostali wygnani z Rzymu z powodu Germanika.
Germanik, słynny wódz, był bratankiem i zarazem przybranym synem cesarza, lecz Tyberiusz nie przepadał za nim i posłał go na Wschód. Germanik zrobił błąd, wyruszając z Syrii do Aleksandrii, chociaż Egipt to teren, który każdy wyżej postawiony Rzymianin powinien omijać z daleka, o czym w Rzymie wie nawet dziecko; Egipt bowiem jest spiżarnią Rzymu, stamtąd Rzymianie otrzymują darmowe zboże, z czego korzystają również Żydzi, którzy mają prawa obywatelskie. Jeśli więc ktoś Egipt rozsierdzi, ściągnie na Rzym nędzę. Ostatnim, który tego próbował, był Antoniusz, lecz został pod Akcjum pobity przez Augusta, ten zaś zakazał ekwitom i senatorom wizyt w Egipcie. Tyberiusz myślał zapewne, że Germanik, przejeżdżając przez Judeę, porozumiał się z tamtejszymi Żydami co do tego, że staną przy nim, jeśli dojdzie do wojny między Egiptem a Tyberiuszem. A nawet na pewno tak myślał, bo razem z Żydami nie wygnałby Egipcjan, którzy w Transtiberim trzymali się od Żydów z daleka. Germanika potem otruto. Podobno zresztą poprzedniego namiestnika Judei, Waleriusza Gratusa, cesarz odwołał, bo ten spotkał się z Germanikiem, choć tak naprawdę nie mógł uniknąć spotkania z przybranym synem cesarza, skoro ten bawił w Judei. Rzecz nieszczególnie ciekawa, jeden namiestnik nie różni się od drugiego, zwłaszcza z perspektywy Rzymu, a jednak stała się głośna: cesarz bowiem z siedmioletnim poślizgiem zdymisjonował Gratusa, i to nie przez słabą pamięć, tylko, zdaniem politycznych komentatorów, wręcz przeciwnie: cesarz niczego nie zapomina i wcześniej czy później zawsze się zemści. Tyberiusz nie miał zresztą zwyczaju dymisjonować prokuratorów ani prefektów, pozostawiał ich raczej na stanowisku, mawiając: "Syta mucha mniej krwi wyssie aniżeli głodna".
Niewykluczone, rzecz jasna, jest również to, że poprzedni prefekt był jakoś zamieszany w sprawę Sejana.
O pamiętliwości cesarza, twierdzą niektórzy komentatorzy, ma też świadczyć przykład Agrypiny, wielce popularnej wdowy po Germaniku, którą czternaście lat po śmierci męża Tyberiusz zagłodził. To nie tak, wtrącają inni analitycy, Agrypina na wyspie Pandateria, dokąd została zesłana, rozpoczęła strajk głodowy, pewien centurion wybił jej oko, potem na rozkaz Tyberiusza zaczęli ją karmić na siłę, ale tak niefortunnie, że zmarła. Tak czy owak, zabili ją. Żydzi znają rzymskie plotki nie gorzej niż przedstawiciele innych nacji, mogą się też poszczycić podobną liczbą wiarygodnych komentatorów politycznych.
Uri interesował się historią, ciekawiła go każda barwna opowieść, czytał w swoim kąciku ambitnych autorów greckich i łacińskich, miał tam święty spokój, całymi dniami marzył sobie i rozmyślał. Obrazy, które widywał w swoich snach na jawie, były ostre i kolorowe, nieomal namacalne. Wyobraźnia to wielka rzecz, jeśli tylko ktoś ją ma.
Grekę znał dlatego, że grecki był językiem ojczystym mieszkańców dzielnicy żydowskiej; większość dzieci żydowskich w Rzymie miała też greckie imiona. Obyczaj ten Żydzi przywieźli ze sobą z Palestyny, gdzie hellenizacja okazała się najbardziej skuteczna, jeśli chodzi o język, i przekazali w spadku swoim rzymskim potomkom. Wykształceni Latynowie mówili ładniejszą greką, ale i ten język był greką; Żydzi mówili taką samą greką jak Grecy, po wymowie nie można ich było odróżnić.
Józef i jego rodzina, co było wyjątkiem, mówili w domu również po aramejsku, który jest spokrewniony z hebrajskim, oryginalnym, wymarłym już językiem Pisma Świętego; w tym, że używali aramejskiego, było coś ze spisku; Józef twierdził, że dopóki musi handlować z pośrednikami mówiącymi tylko po aramejsku, jego dzieci powinny się uczyć tego języka, bo może im się przydać.
Rzymscy Żydzi od dawna już nie znali aramejskiego ani hebrajskiego, modlący się po hebrajsku kapłani tłumaczyli więc dla wiernych tekst hebrajski na grekę. Istniał już grecki przekład Pisma Świętego, Septuaginta, którego przed jakichś dwustu laty dokonało siedemdziesięciu dwóch Żydów w ciągu siedemdziesięciu dwóch dni na wyspie Faros w Aleksandrii, toteż modląc się w domu, każdy czytał sobie na głos tę właśnie grecką Torę. Nie wolno było cytować tekstów świętych z pamięci, by nie popełnić fatalnego błędu, to znaczy nie powiedzieć czegoś, co nie zostało zapisane, bo to mogłoby mieć nieobliczalne skutki dla całego Dzieła Stworzenia. W domu modlitwy, na użytek obecnych, tłumaczono jednak tekst hebrajski, w gruncie rzeczy improwizując. Nie było, rzecz jasna, zakazane nauczenie się przypadającej na dany dzień porcji Septuaginty na pamięć, trzeba było tylko udawać, że się hebrajski rozumie i na bieżąco tłumaczy.
Uri jako dziecko nie bardzo zdawał sobie sprawę z tego, że fakt, iż jego matka mówi po aramejsku, nie jest zrozumiały sam przez się i że inne matki poprawniej niż ona posługują się greckim. Był wyrostkiem, kiedy po raz pierwszy zastanowiło go, że matka ma na imię Sara, a przecież to imię, wiedział już o tym, często nadawano prozelitkom, kiedy przeszły na wiarę żydowską. Wówczas jego stosunki z ojcem były już nie najlepsze, toteż nie spytał go, czy Sara urodziła się jako Żydówka. Matki zaś tym bardziej pytać nie chciał, bo z nią nigdy mu się nie układało; matka troszczyła się tylko o to, by jej mąż i dzieci bezwzględnie przestrzegali nakazów religijnych. Jeśli nawet Sara nie była z urodzenia Żydówką, na co wskazywałaby również jej nadgorliwość w kwestii religii, świeżo nawróceni już tak mają, to urodziła się niewolnicą, a Józef ją wykupił. Kierując się też być może zmysłem handlowym, wybrał sobie niewolnicę, która zna aramejski, musiała więc pochodzić z Syrii lub z Babilonu. Uri doszedł do wniosku, że ojciec, który został sierotą we wczesnym dzieciństwie, nie był na tyle zamożny, by dostać za żonę Żydówkę, nawet zrzekając się posagu, nie stanowił dostatecznie dobrej partii, toteż musiał ożenić się z niewolnicą. Wedle praw obowiązujących w Palestynie on, Uri, syn niewolnicy prozelitki, byłby tam człowiekiem nisko urodzonym, bo ciążyłoby na nim pochodzenie matki. Nie byłby wprawdzie ani niewolnikiem, ani prozelitą, uchodziłby za Izraelitę, ale stojącego najniżej w tamtejszej hierarchii. Jakie to szczęście, że urodził się w żydowskim Rzymie, gdzie liczy się tylko pochodzenie ojca.
Uriemu nie było łatwo nauczyć się łaciny.
Młodzież z dzielnicy żydowskiej mówiła łamaną łaciną; młodzi ludzie rzadko bywali po drugiej stronie Tybru, gdzie rozciągał się prawdziwy Rzym, wystarczało im lokalne życie na Zatybrzu, a jeśli nawet odważyli się przekroczyć rzekę, świetnie dawali sobie radę ze swoim ojczystym greckim. Nieżydowscy mieszkańcy Zatybrza też mówili po grecku lub używali języka, jakiego nikt poza nimi nie znał.
Żydzi zazwyczaj pisali po łacinie, używając liter greckich, tak im było wygodniej. Rzecz jasna, nauczyli się również alfabetu hebrajskiego, który nazywali pismem asyryjskim, żeby móc przeczytać przynajmniej Szemę i psalmy, jeśli ich o to poproszą w domu modlitwy. Owe trzy alfabety mieszali czasem w jednym zdaniu, a nawet w jednym słowie. Uri robił to bardzo często, jednak nie z niechlujstwa czy ignorancji, tylko dla zabawy; pasjami lubił zapisywać hebrajskim alfabetem teksty łacińskie i greckie lub na odwrót; wynalazł własne skróty we wszystkich trzech językach, żeby szybciej przepisać zwój, który pożyczał na parę dni, jeśli szczególnie go zaciekawił; opuszczał samogłoski, znaki diakrytyczne, a więc nikt poza nim tych jego stenogramów nie potrafił odczytać, on sam po kilku miesiącach też zresztą nie. Tekst hebrajski pisał lewą ręką od prawej do lewej, tekst grecki i tekst łaciński prawą ręką od lewej do prawej, sam nie wiedział dlaczego. Bardzo się zdziwił, kiedy natknął się na zwój, z którego wynikało, że istnieje już stenografia grecka i łacińska, ktoś inny wymyślił to, na co i on wpadł; ze szczęścia nauczył się więc również tamtego zapisu.
Gaius Theodorus - podpisywał się swoim oficjalnym imieniem gdzie popadło, kiedy był dzieckiem, bo imienia Uriel, które znaczy "Bóg jest moim światłem", używali tylko w kręgu rodzinnym; nikt nawet nie wiedział, że w domu tak go nazywają.
Ojciec oficjalnie też nie był Józefem, tylko Luciusem Iosesem.
Jeśli chodzi o Uriego, imię Gajusz pochodziło od pierwszego imienia patrona, Józef natomiast imię Lucjusz miał po ojcu patrona, który wyzwolił jego ojca. Taki był zwyczaj: pierwsze imię wyzwolonego Żyda, które często pozostawało jedynym, było imieniem, jakie nosił patron; dlatego też rzymscy Żydzi mieli przede wszystkim imiona łacińskie, w drugiej kolejności greckie i nie było pośród nich niemal nikogo, kto miałby imię semickie. To, że ojciec mimo wszystko nadał Józefowi imię semickie, wiele o nim mówiło: źle znosił swój status niewolnika i tęsknił do Palestyny, której nigdy nie widział, bo on też urodził się już jako niewolnik w Rzymie, zresztą nie tylko on, jego ojciec również.
Rzymscy Żydzi nosili więc imiona łacińskie i greckie, co nie przeszkadzało im być Żydami: nie jadali trefnych potraw, obchodzili szabat i święta, modlili się sumiennie i zgodnie z zasadami.
Jeśli Uri akurat nie czytał ani nie pisał, mrużył oczy i obserwował zygzakowate podwórze mniej więcej do trzeciego domu przed sobą, a przez kratkę z palców aż do szóstego czy siódmego. Chciał widzieć. Niczym żywa rana paliła go uwaga ojca. Czasem o świcie, ćwicząc oczy, miał wrażenie, że widzi lepiej, ale pod wieczór musiał przyznać, że i tego dnia nie dołożył starań, by dostatecznie dobrze widzieć.
Niedawno zmajstrował sobie urządzenie z drewnianej listwy, które umieszczał na siodełku nosa, by nie musieć stale patrzeć przez palce; wywiercił w listewce dwa otwory na oczy i kiedy umieszczał ją na nosie, przez te dwie dziurki uzyskiwał wąski wprawdzie, ale piękny obraz. Piękny, bo każdą rzecz widział ostrzej niż jednym okiem przez dziurkę tworzoną z kciuka i palca wskazującego, zupełnie tak, jak gdy patrzył przez zwinięte w trąbkę pięści. Deseczka miała taką zaletę, że można ją było przytrzymać jedną ręką. Jednak nie śmiał się z nią nigdzie pokazać, boby go wyśmiano. Nawet do okna nie podchodził za blisko, bez względu na to, czy miał przyrząd na nosie, czy nie, bo na podwórzu wiedziano, że ma zwyczaj sterczeć przy oknie i się gapić; wywoływał tym drwiny i nawet ojciec go upomniał, by tego nie robił, "bo podglądanie to paskudna rzecz"; Uri więc w swoim kącie, najdalej jak mógł od okna, wystawał w półmroku, mając nadzieję, że z zewnątrz go nie widać. Słyszał, że ponoć bogaci Latynowie, którzy mają słaby wzrok, trzymają przed oczami sprytnie oszlifowany diament, przez który patrzą i wszystko dobrze widzą; z czymś takim Uri dotąd się nie zetknął, nigdy też jeszcze nie widział drogiego kamienia.
Bał się, że całkiem oślepnie.
Ślepota nie zdarzała się za często w tym podwórkowym labiryncie, a kto oślepł, ten nie wychodził z domu, ale czasem o tym czy owym mówiono, że doświadczył go w ten sposób zagniewany Bóg. Ślepców, z wyjątkiem tych, którzy cierpieli na jaglicę, nie izolowano, nie uważano za nieczystych, tylko za nieszczęśliwych. Uri głowił się przez całe dnie, tygodnie i miesiące, co takiego się stało, że ma kiepski wzrok; czy Bóg z góry przeznaczył mu ślepotę, czy po prostu, mając tyle innych spraw na głowie, przeoczył ten jego defekt, a może wtrącił się Szatan albo raczej Fatum czy Los spowodowały to nieszczęście - Uri miał pomieszane, żydowsko-łacińsko-greckie wyobrażenia, bo dużo czytał. A już zupełnie nie rozumiał, dlaczego od razu nie urodził się ślepy, skoro taki los był mu pisany; jak Bóg może po drodze zmienić zamiar? Co Nim powoduje? Analizując swoją dziecięcą przeszłość, Uri szukał winy, lecz mimo najlepszych chęci nie mógł doszukać się grzechu, przez który koniecznie musiałby stracić wzrok.
Wyjaśnienie, które mu się samo nasuwało, było najśmielsze z najśmielszych: Pan Bóg nie przejmuje się nikim, nawet synami narodu wybranego, miał tylko dokonać Dzieła Stworzenia i przekazać swemu ludowi przez Mojżesza kamienne tablice. To wyjaśnienie nie wynikało z oryginalnego rozumowania Uriego: rzymscy Żydzi, zwolennicy Zadoka, nazywani też saduceuszami, którzy przyjęli tylko Pięcioksiąg Mojżeszowy i nic poza tym, z tradycji ustnej dosłownie nic, takie właśnie mieli zbiorowe wyobrażenie Boga; podobne zresztą było oficjalne stanowisko wyższych kapłanów Jerozolimy: Stwórca wielkodusznie stworzył świat oraz człowieka, żeby w nim był, po czym zostawił go samemu sobie, nie wtrąca się w jego życie, każdy może ze swoim życiem zrobić, co zechce, oczywiście w granicach określonych przez Prawo, a kto naruszy Prawo, tego, rzecz jasna, Bóg pokarze.
Człowiek żyje tak, jak potrafi, po czym umiera, nie ma piekła, nie ma nieba, jak to sobie wyobrażają prymitywni Żydzi w Palestynie; nie ma wędrówki dusz, w którą prymitywni, faryzejscy Żydzi też wierzą, i nikt nie zmartwychwstanie, aż dopiero po przyjściu Pomazańca, ale wówczas już wszyscy i od razu, choć to nastąpi nieprędko: jeszcześmy się nie dość nacierpieli, byśmy byli zdolni do samooczyszczenia, powiedział kiedyś ojciec, co stało w sprzeczności z głupimi, zaślepionymi, ograniczonymi i szkodliwymi wyobrażeniami łatwowiernych żydowskich wieśniaków w Palestynie, ubogich duchem am-haareców, o których ze zgrozą i potępieniem wspominali trudniący się handlem podróżni, kiedy wracali z Palestyny do rzymskiej dzielnicy żydowskiej.
O zmartwychwstaniu Uri dużo rozmyślał w swoim kąciku, dochodząc do wniosku, że jeśli Stwórca ma w sobie choć odrobinę współczucia, umożliwi ludziom zmartwychwstanie i on, Uri, spotka wtedy wielu pięknych, mądrych ludzi, którzy żyli przed jego urodzeniem, żyć też będą po jego śmierci, wiodąc po Sądzie Ostatecznym nieograniczoną w czasie ważką rozmowę w wonnej, rozświetlonej, bezczasowej przestrzeni, gdzie ciała staną się nieważkie, odporne na wszelki ból, gdzie w cudowny sposób całe i zdrowe ciała ludzkie będą się unosić, frunąć bez skrzydeł, jak on w swoich najpiękniejszych snach, które są zadatkiem owego istnienia po Sądzie Ostatecznym. Całkiem racjonalne, naturalne myślenie, bo gdyby u końca czasów nie było zmartwychwstania, życie ludzkie nie miałoby sensu.
Uri albo oglądał, mrużąc oczy, życie toczące się na podwórzu, przeczuwając, że w gruncie rzeczy ma szczęście, że jeszcze widzi, albo czytał.
Nie trzeba go już było niczego uczyć, sam mógłby uczyć innych, ale nie miał ochoty, choć nawet ojciec go o to prosił. Skoro już nie jest pełnowartościowym mężczyzną, to niech przynajmniej wspólnota ma z niego pożytek, a poza tym nauczycielowi płacą, co też się liczy. Prosił go również jego nauczyciel Euzebiusz, który lubił Uriego i szanował za umiejętności, ale na próżno: Uri nie cierpiał wspólnoty.
Inni dobrze widzieli, on nie widział.
Innych nie bolała głowa, nogi, krzyż.
Inni gryźli bez trudu, a on tylko prawą stroną, bo po lewej zęby mu się nie schodziły i nawet zaczynały się chwiać, co było zapowiedzią, że wcześnie je straci. A już okropne było to, że siekacze sterczą mu do przodu, przez co nie może porządnie zamknąć ust. Co prawda dzięki szparze między owymi siekaczami i językiem potrafi pięknie gwizdać, za co go czasem podziwiano, lecz wolałby mieć równe zęby.
Inni chłopcy w jego wieku jeszcze nie łysieli, a on owszem, od szesnastego roku życia.
Inni nie urodzili się jako wybryk natury, on się urodził. Wprawdzie nie wyglądał na kalekę, ale czuł się tak i w końcu nim został.
Lecz nie tylko z powodu fizycznych niedostatków izolował się w swoim kącie.
Z pięć lat temu, kiedy jeszcze nieźle widział, niedługo po bar micwie, a więc po tym, jak go w domu modlitwy uroczyście pasowano na mężczyznę, dość często chodził na drugą stronę Tybru. Żydzi w Rzymie mogli sobie chodzić, gdzie chcieli, a Uri, dzięki dziadkowi, który jako niewolnik w pocie czoła zapracował na to, żeby się móc wykupić, ożenił się, spłodził syna i zaraz potem umarł, a więc Uri, jego wnuk, urodził się już jako rzymski obywatel.
Był Żydem, lecz jednocześnie pełnoprawnym obywatelem Rzymu, który nie płacił Rzymianom podatku nakładanego na nie-Rzymian i niemieszkańców Italii, co więcej, Rzym płacił jemu: przyznano mu, po interwencji patrona, tesserę, która wedle prawa należała mu się, odkąd skończył czternaście lat, ale magistrat pewnie zwlekałby z tym w nieskończoność, gdyby na niego nie huknąć. Tesserę, ołowianą blaszkę, w której wywiercił dziurkę i nosił pod tuniką zawieszoną na szyi, by mu nie ukradli, odruchowo wciąż jej dotykając, szukając ręką na piersi.
Po jej okazaniu w mieszczącym się na Polu Marsowym największym punkcie rozdziału żywności otrzymywał miesięczną rację zboża, która należała się rzymskim niemającym nic do roboty wyzwoleńcom, libertynom, inaczej proletariuszom, nędzarzom, dysponującym tylko zdolnością rozmnażania się. Mięso, podobnie jak wino, odbierał u siebie, na prawym brzegu Tybru, koszernego mięsa na lewym brzegu nie było. Nie brakowało tam wprawdzie gospód, które głosiły, że podają koszerne jedzenie i picie, ale rzymska geruzja, inaczej synedrion, czyli Sanhedryn, jak mawiano w Judei, obradująca nieregularnie władza zwierzchnia, zakazała członkom gmin bywania w tych gospodach, gdyż była zainteresowana tym, by każdy Żyd kupował produkty wyłącznie u oficjalnych rzeźników żydowskich z Zatybrza i żeby pił tylko to wino, które sprzedają potężni żydowscy handlarze win w Rzymie. Na winie można było zarobić więcej nawet niż na mięsie, bo z okazji świąt picie wina było obowiązkowe; handlarze winem sprzedawali też wolne od wszelkich śladów nieczystości, wypalane z białej gliny dwuuszne flaszki, z których należało pić wino. Rzymscy Żydzi i nie-Żydzi pili dużo wina, bo po winie nie dostawali rozstroju żołądka, a po wodzie często. I tak się jakoś złożyło, że również koszerną oliwę przywozili z Palestyny dla rzymskiej gminy żydowskiej ci sami kupcy; używanie włoskiej oliwy stanowiło jeden z grzechów głównych i jako takie było zakazane, co wspólne kierownictwo gmin wciąż na nowo potwierdzało, mając w swoim szacownym gronie bardzo licznych importerów wina i oliwy.
Z porcji żywności, jaką otrzymywał dzięki tesserze, Uri, powodowany ambicją, zjadał dużo mniej, niż na ową porcję przypadało, toteż obok ojca mógł się czuć żywicielem rodziny. W dni, kiedy po okazaniu tessery rozdzielano racje, razem z Urim zjawiała się cała rodzina, czyli ojciec, matka i dwie młodsze siostry; razem taszczyli z magazynu do domu przydzieloną im żywność. Zamożniejsi zjawiali się z taczkami, oni zaś brali ze sobą worki i sportule, bo na taczki nie było ich stać. Uri był wtedy bardzo szczęśliwy, cieszył się, że dzięki zbiegowi okoliczności, dzięki niewidzianemu nigdy dziadkowi może pomóc rodzinie. Jego ojciec Józef też nigdy nie widział swego ojca, bo miał parę miesięcy, kiedy Tadeusz umarł. Umarł w wieku dwudziestu pięciu lat, czyli pięć lat wcześniej, niż wynosiła średnia dla niewolnika; z całą pewnością nie poprawiło jego stanu zdrowia to, że przez długie lata katorżniczo pracował na sumę, za którą mógł się wykupić.
Jeśli dzień rozdziału miesięcznych racji wypadał w sobotę albo inne żydowskie święto, to w myśl wciąż obowiązującego rozporządzenia błogosławionej pamięci cesarza Augusta mogli się stawić wyjątkowo w poniedziałek albo w dzień po święcie; tego rozporządzenia Tyberiusz nie cofnął nawet wtedy, kiedy wygnał Żydów z Rzymu. Byli Żydzi z tesserą, którzy ukrywali się wówczas pod Rzymem, lecz bezczelnie zakradali się do miasta i zgłaszali po żywność, a urzędnicy magistratu, zgrzytając zębami, byli zmuszeni wydać im ich rację, bo ustawy zabraniającej tego nie było. Opowiadano, że trafił się nawet taki Żyd, który wahającemu się urzędnikowi zagroził procesem, i urzędnik w końcu ustąpił, chociaż mógł wezwać wigilów, by hucpiarza aresztowali. Świat głupi jest, był i głupi pozostanie aż do przyjścia Pomazańca.
To prawda, że i Józef mógłby zostać obywatelem Rzymu, bo miał troje dzieci, a rozporządzenie Augusta, że rodzice z trojgiem dzieci mogą otrzymać rzymskie obywatelstwo, nie utraciło ważności. Uri próbował namówić ojca, by złożył wniosek o przyznanie mu obywatelstwa ze względu na dzieci, co za wstawiennictwem patrona z pewnością by mu się udało i też miałby tesserę.
Ale ojciec nie chciał.
Dobrze jest, jak jest, mówił Józef. Uri nalegał, aż ojciec w końcu przyznał: woli zarobić niż dostać coś za darmo, bo może się kiedyś zdarzyć sprawa, naprawdę ważna sprawa, w której będzie się musiał zwrócić o pomoc do swego patrona Gajusza Lucjusza, nie chce go więc bez potrzeby niepokoić, by go jako natręta nie znienawidził.
Uri widział, że na próżno ojca przekonuje, toteż więcej tego tematu nie poruszał. Zastanawiał się, co by to mogła być za sprawa. Chyba ojciec nie obawia się ponownego wygnania?
Uri często spacerował samotnie po drugim brzegu Tybru, po "prawdziwym" Rzymie, i gapił się na wszystko z rozdziawionymi ustami. Przychodził tam zza rzeki; jakoś zawsze Żydzi mieszkają za rzeką, nawet słowo "hebrajski" to właśnie znaczy: w Babilonie Żydzi też mieszkali na drugim brzegu Eufratu, zanim pozwolono im wyruszyć do siebie, na Zachód.
Uri włóczył się, przyglądał, nie miał nic do roboty, okazał się bowiem niezdatny do pracy fizycznej. Ostatecznie spisano go na straty, kiedy członkowie gminy namówili Józefa, by go oddał na dekarza, bo to łatwa praca. Uri miał lęk wysokości, już pierwszego dnia spadł z dachu i złamał sobie prawą rękę. Ręka się zrosła - na szczęście lewą rękę miał i tak sprawniejszą, lewą ręką pisał po hebrajsku i po aramejsku, a przy okazji nauczył się nią pisać po grecku i po łacinie - i od tego czasu dano ojcu spokój.
Kiedy Józef zaproponował: a może tak wypalanie wapna, bo to też niezły fach, Uri się zbuntował i zaczął krzyczeć: on nie tylko nigdy nie będzie wypalał wapna, ale nawet dmuchał szkła, raczej umrze. To wstrząsnęło Józefem, który zaczynał od dmuchania szkła, czyli właściwie jako złotnik, bo tylko Żydzi w całym Imperium Rzymskim umieli misterne złote precjoza otaczać szklaną bombką, i bez słowa zostawił syna, który jeszcze długo wrzeszczał i skakał, grożąc, że zostanie tragarzem portowym.
To było niepoważne, z bólem w nogach i w krzyżu nie wytrzymałby dźwigania ciężarów. Po jednym dniu miałby dosyć. Obok garbarstwa była to najpośledniejsza praca, jakiej imali się Żydzi. Źle opłacana, lecz jak ktoś miał tesserę, to z darmowych przydziałów i dodatkowych dochodów z pracy tragarza mógł utrzymać nawet wielodzietną rodzinę. Można też było uszczknąć coś z ładunku, jeśli nadzorca nie patrzył, a nie patrzył, jeśli sam w takim łupie miał udział.
Żydowskiego ładunku Żyd robotnik, zgodnie z zasadami religii, skubnąć nie może, ale nieżydowski już tak. Trudno wszak stwierdzić, co przychodzi z Judei czy z Aleksandrii od Żydów, a co nie od nich. Towar nie jest już zresztą żydowski, jeśli nie był przeznaczony dla Żyda, przestaje być koszerny, bruka go docelowy odbiorca. Płaca jest mała, rodzina duża, konieczność uczy ludzi kraść, której to konieczności nie Bóg wszak jest przyczyną, tylko ci, którzy są głusi na słowo Boże. Uczynienie szkody bezbożnikowi może nawet uchodzić za czyn zbożny. Żydzi tragarze kradli więc dokładnie tyle samo co inni, czyli tyle, ile się dało. A ilu kradło po drodze? Lecz to wszystko nic w porównaniu z tym, czy raczej z tymi, którzy z wyrachowania windują ceny, tych dopiero jest mnóstwo!
Jednak praca tragarza uchodziła wśród Żydów za zajęcie poślednie. A ponieważ musieli oni wyładowywać również towary nieczyste, brali od nich haracz także kapłani, dopomagający samooczyszczeniu, nikogo nie zwalniając z podatku od rytualnej kąpieli, który w Palestynie nie istniał, a i w Rzymie nie w każdym domu modlitwy była mykwa.
Tybrem woziły towar z Ostii flotylle czajek i statki o płytkim zanurzeniu, woziły dniem i nocą, nierzadko wpadając na siebie, jakby się zahaczały, mała handlowa wojna toczyła się o miejsca przy nabrzeżu, dzień i noc trwał wyładunek na obu brzegach Tybru, świetnie prosperowały szynki i burdele. Na brzegu i na statkach pijani byli wszyscy, Żydzi i nie-Żydzi pospołu, nie wiadomo było zresztą, kto jest kim, bo wszyscy wrzeszczeli i przeklinali po grecku. W dokach były wprawdzie zainstalowane podnośniki ze ślimakową przekładnią, lecz załadunek i wyładunek odbywały się przede wszystkim ręcznie. Wypakowywano i dźwigano bele wszelakich surowców, które niemal bez śladu połykało, pożerało to ogromne miasto, wypróżniając się potem do kanałów, które również uchodziły do Tybru. Nic dziwnego, że Żydzi bali się pić z niego wodę, nigdy też w nim nie prali, a podczas epidemii izolowali tragarzy.
W celu stwierdzenia epidemii stosowano metodę od dawna znaną w Palestynie: jeśli we wspólnocie liczącej pięciuset członków przez trzy dni z rzędu wynosi się trzy razy dziennie po trzy trupy, to jest dżuma. Jeśli mniej, to to nie jest dżuma, nie zachodzi zatem konieczność kwarantanny. W niektórych gminach biedacy ukrywali zwłoki, żeby żywiciele rodzin mogli nadal pracować, i grubo po czasie zgłaszali wypadki śmiertelne; przeciwko temu zdecydowanie występowali archisynagodzy oraz lewici, którzy byli dobrze opłacanymi fachowcami od pogrzebów; co drugi, trzeci dzień wybuchały straszne kłótnie; dochodziło do tego, do czego dochodzi wszędzie, gdzie człowiek żyje osaczony, zniewolony przez innych ludzi.
Józef podjął jeszcze jedną próbę, by syn wykonywał jakąś normalną pracę.
W gminie zwolniła się posada grammateusa.
Grammateus to skryba, notariusz i sekretarz, prawa ręka archisynagoga, postać wpływowa, bo stojącemu na czele gminy zwierzchnikowi zawsze może podszepnąć i zasugerować, co zechce; potrafi odrobinę pomóc, ale potrafi też bardzo zaszkodzić. Poprzedni grammateus Fortunatus był i chory, i zapominalski, a mimo to wielu członków gminy odprowadziło jego ciało do katakumby przy Via Appia. Na uroczystości pogrzebowej, odprawianej na wiodących do miejsca pochówku półokrągłych schodach, które przypominały mały amfiteatr, obecni byli również Józef i Uri.
Taka żydowska gmina w Rzymie nie jest duża, jeśli więc ktoś z jej członków umrze, to tak jak w małym miasteczku uczestniczy w pogrzebie pięciuset, sześciuset mężczyzn, kobiety i dzieci też mogą brać w nim udział, bo w Rzymie kobiety są niemal równe mężczyznom, inaczej niż w Palestynie, gdzie kobieta nic nie jest warta.
Droga była długa, nie z powodu odległości, bo ta z Zatybrza na leżący tuż za bramą miejską cmentarz równała się jakimś trzem, czterem stadionom, ale po drodze siedem razy trzeba było usiąść, po raz pierwszy, rzecz jasna, na moście Żydowskim, którego część przylegająca do wyspy nosi oficjalną nazwę Pons Cestius, część za wyspą zaś Pons Fabricius, i ktoś, zawsze kto inny, długo opiewał zasługi zmarłego.
Nie dlatego jednak ów pogrzeb był pamiętny, tylko dlatego, że gościł wtedy w gminie kapłan z Jerozolimy, Philippos. Spędzał w Rzymie Pesach i został do Pentekoste, czyli do Zielonych Świąt, a skoro już tam był, to i z okazji pogrzebu pobłogosławił ludzi. Kapłańskie błogosławieństwo to wielka rzecz, bo nikt poza kapłanem nie może go udzielić; Uri również zawsze czuł dreszcz, kiedy z okazji tego czy innego wielkiego święta wygłaszała je taka godna osoba, potomek Arona. Philippos nie mógł podejść do zwłok, nie mógł też nie tylko zobaczyć dwukółki wiozącej zwłoki, ale nawet stanąć w jej cieniu, bo to uczyniłoby go nieczystym; Philippos pobłogosławił żałobników przy łukowatym wejściu na cmentarz, również podnosząc zasługi zmarłego i wyrażając nadzieję, że niedalekie już jest powszechne zmartwychwstanie, a zatem żywi i martwi nie będą zbyt długo czekać, by znowu się spotkać; przeczytał modlitwę, zgromadzeni płakali, na koniec powiedzieli amen, po czym kapłana odprowadzono, a dwukołowy wózek przyciągnięto przed bramę cmentarną dopiero wówczas, gdy Philippos był już daleko. Grabarze lewici, którzy podczas mowy pogrzebowej, wsparci na łopatach, gapili się znudzeni, przenieśli owinięte w białe płótno ciało przez bramę i zeszli z nim pod ziemię. Członkowie rodziny rozdarli na sobie szaty, po czym też weszli do katakumby, by widzieć, w której wnęce składają ciało, i by umieścić w wyżłobionym w tufie zagłębieniu wielkości cegły przyniesioną ze sobą cienką, marmurową tabliczkę z imieniem Fortunatus oraz informacją, że żył sześćdziesiąt jeden lat i był grammateusem. Najstarszy syn Fortunata zszedł ze zwojem Tory, w niskim przejściu wciągając głowę w ramiona, pozostali członkowie rodziny mieli w rękach płonące pochodnie i kaganki oliwne, by w podziemnych korytarzach coś niecoś widzieć.
Józef złożył wtedy zaskakujące oświadczenie: poprosił, by Uri zszedł pod ziemię tylko wtedy, kiedy jego, ojca, będą chowali, i by nigdy więcej tam nie schodził. Poprosił, żeby Sara i córki pozostały na zewnątrz. I by na tabliczce grobowej nie było nic poza menorą. Ani imienia, ani wieku, nic po prostu. A już zwłaszcza, żeby nie był na niej wyryty ani namalowany ptak, szofar, flaszka wina, lulav czy etrog, nic w tym rodzaju.
Uri był wstrząśnięty, że ojciec mówi o śmierci.
Niedługo potem zdał sobie sprawę, że ojciec chce, by syn poszedł w ślady Fortunata, tym wyznaniem zamierzał go więc duchowo do tego przygotować.
Jakkolwiek emocjonalny szantaż ojca wydał mu się poniżający i podstępny, to nie miałby nic przeciwko pracy skryby. Wygodna posada, nie trzeba codziennie bywać w bóżnicy, można w domu skrobać te wszystkie nieważne pisma, nieprzyjemne byłoby tylko to, że byłby sługą archisynagoga i musiałby się stosownie do tego zachowywać.
Archisynagog nie jest kapłanem, tylko osobą świecką, która cieszy się autorytetem w gminie, na przykład dlatego, że ma pieniądze. Wybierają go zwykle na pięć, dziesięć lat, by załatwiał sprawy gminy. Annianus, obecny archisynagog, jest wyniosłym, histerycznym człowiekiem, trudno z nim było dojść do ładu, grammateusowi jednak dobrze płacą, dwa razy tyle co nauczycielowi i cztery razy tyle co wypalaczowi wapna. Co prawda dmuchacze szkła zarabiają znacznie więcej, od nich zaś lepiej zarabiają obrotni kupcy, ale grammateus jest dobrą partią, może przebierać w dziewczynach. Niemal każdy młody Żyd w Rzymie żeni się, nim skończy dwadzieścia lat, Uri ma więc na to jeszcze rok. Jako grammateus mógłby do woli wybierać spośród panien powyżej dwunastego roku życia, a tych jest bardzo wiele, i każdy ojciec drży, by jego córka nie została starą panną. Uri wzdragał się przed żeniaczką, ale musiał przyznać, że go to nie ominie. Całymi dniami podniecony rozmyślał, jak robiłby przegląd potencjalnych kandydatek, patrzył na dziewczyny, ważąc ich wady i zalety, oceniał kształty, figurę; miewał potem straszne sny, co rano w pośpiechu prał swoją tunikę. Ani Sara, ani Józef nigdy nie czynili uwag na temat suszącej się na sznurze tuniki, udawali, że jej nie widzą.
Pewnego wieczoru Józef z irytacją powiedział: Honoratus chce swojego szesnastoletniego syna, kompletnego idiotę, wepchnąć na posadę grammateusa, choć ten ledwie umie pisać, poza greką nie mówi w żadnym języku i nie potrafi liczyć. Honoratus jest bogatym, wpływowym człowiekiem, w dzielnicy syryjskiej ma trzy kamienice, jego żona jest kuzynką Tuliusza Bazyleusza, bankiera. Syna Honoratusa mógłby więc pokonać tylko ktoś taki jak Uri.
Uri nic nie mówił, kiwał głową. Ów chłopak, Gaudencjusz, jest rzeczywiście kretynem, na posadę grammateusa nie ma żadnych szans.
Uszczęśliwiony Józef się uśmiechnął, biorąc milczenie Uriego za zgodę. Poruszył potem niebo i ziemię, lecz mimo to grammateusem został idiota, Annianus poparł właśnie jego.
Uri odzyskał spokój. Być skrybą i mieć za zwierzchnika takiego histerycznego archisynagoga to średnia przyjemność. Żeniaczka też może poczekać.
Gaudencjusz, głupi syn Honoratusa, dwa miesiące później niespodziewanie zmarł; żył szesnaście lat, dwa tygodnie i trzy dni, co pięknie wyryto na jego tablicy nagrobnej; Uri w kąciku modlił się za niego. Szczerze żałował tego kretyna. Cóż mógł poradzić, że tamten z woli Pana nic a nic ze swego życia nie pojmował.
Józef się ożywił i znowu zaczął odwiedzać wpływowych członków gminy.
Owi wpływowi członkowie postanowili, na wniosek Annianusa, że grammateusem będzie syn Honoratusa, który dopiero się urodzi, a dopóki nie zostanie poczęty i nie przyjdzie na świat, funkcja ta ma być pełniona przez zastępców, którzy co trzy miesiące będą się zmieniali. Józefa zapewniono, że Uri znajduje się na liście zastępców na bardzo dobrej pozycji, chociaż jest ślepawy. Józef rzucił wtedy kilka obelg, toteż Gaiusa Theodorusa, syna Luciusa Iosesa, natychmiast z listy wykreślono.
Odtąd Uri miał spokój i poczucie bezpieczeństwa, jeśli nie czytał sobie w kąciku, to włóczył się po prawdziwym Rzymie.
Wiele widział i słyszał, o swoich wędrówkach chętnie opowiedziałby ojcu, lecz ten unikał rozmowy z synem. Chętnie opowiedziałby o nich przyjaciołom, ale nie miał przyjaciół. Wyśmiewali go, szydzili z jego fizycznych ułomności i nienawidzili, bo lepiej od nich pisał, czytał, liczył, a mimo to nie pracował.
Na takich samotnych, przyjemnych peregrynacjach spędziłby całe życie, utrzymałby się jakoś z darowizn od państwa i od patrona, wegetowałby, czytając sobie, jak pasożyt, bez trosk i bez wymagań, gdyby się coś nie wydarzyło.
Nieoczekiwanie, z dnia na dzień, po drugiej stronie Tybru wybuchły zamieszki: obalono Sejana, który jako wyposażony w pełnię władzy zausznik cesarza Tyberiusza, mieszkającego na wyspie Capri, sprawował despotyczne rządy (nad latyńskimi bogaczami, gwoli ścisłości, bo Żydów nie krzywdził, ci go nie obchodzili); uwięziono wielu ludzi i wymieniono całe dowództwo gwardii, stare zdążono nawet wyrżnąć. Uri przechadzał się właśnie nieopodal Forum, po Via Sacra, ulicy złotników, chciał sobie pooglądać klejnoty, kiedy usłyszał krzyki i został zepchnięty razem z falującym tłumem w stronę Tybru, przedarł się, rozpychając łokciami, do podnóża Schodów Gemońskich, gdzie na widok publiczny wystawiono zwłoki. Tam po raz pierwszy w życiu zobaczył trupa, niejednego zresztą, co najmniej z tuzin, tyle zdołał naliczyć, większość nie miała już głów. Uri chętnie by się stamtąd ulotnił, ale tłum mu na to nie pozwolił, co więcej, wypchnięto go do pierwszego szeregu, tuż przed nacierających żołnierzy, kiedy pojawił się kat i jego pomocnicy, ciągnący ku schodom za włosy jakiegoś nastoletniego chłopca i mniej więcej dziesięcioletnią dziewczynkę; obydwoje mieli jasne, długie włosy, nadające się w sam raz, by za nie ciągnąć.
- Dzieci Sejana! - zawył tłum.
Uri stał tuż przy schodach, widział więc dokładnie.
Kat wziął się najpierw do chłopca, chłopiec bardzo roztropnie się nie bronił, toteż jego głowa spadła od jednego ciosu.
Dziewczynka jednak krzyczała przez łzy: nie wątpi, że popełniła jakiś grzech, prosi więc, by ją ukarać tak, jak się karze dzieci, głównego grzechu nigdy nie popełniła, niech więc nie odbierają jej życia.
Zapadła cisza. Kat się zawahał.
W tłumie rozległy się okrzyki:
- Dziewicy nie wolno zabijać!
Co było prawdą, na tyle Uri znał prawo rzymskie, które studiował sobie z wrodzonej pilności, bo Żydów, na ich własną prośbę, w myśl skwapliwie wydanej zgody wielkiego Augusta, uczono tylko prawa żydowskiego. Nie za mądra decyzja, myślał często Uri, jeśli tylko chytry August nie miał na celu tego, by Żyd nie mógł zostać adwokatem.
Kat chwilę pomyślał, rozchylił togę, spod przepaski na biodrach wyciągnął członek i prawą ręką zaczął pociągać, póki ten nie zesztywniał. Kutas kata zrobił się wielki, miał z pół łokcia, z żołędzi zniknął napletek, wyglądał teraz jak rosnący poziomo grzyb z długim korzeniem. Żołnierze rzucili się ku dziewczynce, zerwali z niej ubranie, rozciągnęli ją na ziemi i rozsunęli jej chudziutkie nogi. Kat opadł na kolana i wepchnął członek. Dziewczynka przeraźliwie krzyczała. Kat w rytm zachęt padających z tłumu poruszał się coraz szybciej, błyskając białym zadkiem, nagle wrzasnął, zatrząsł się, podniósł głowę i dyszał. Wyciągnął zakrwawionego kutasa z dziewczynki, z dumą pokazał go tłumowi, przeszedł się wzdłuż pierwszego rzędu niczym zwycięski wódz, z ciągle sterczącym, zakrwawionym członkiem w prawej ręce, lewą zaś machał do tłumu, tłum rechotał. Następnie kat chwycił miecz i pijany triumfem zaczął dźgać ciało dziewczynki. Posiekał je na strzępy, które potem strącił kopnięciem na schody pomiędzy inne trupy.
Tłum, który dotąd z zapałem dopingował kata, teraz ucichł. Tego było za wiele nawet dla rzymskiego plebsu. Kat wyczuł zmianę nastroju, pośpiesznie owinął się togą i razem z pomocnikami zniknął.
Tłum, niezadowolony, w milczeniu zaczął się rozchodzić. Jakiś żebrak wszedł jeszcze na schody i zaczął gwałcić jedne z bezgłowych zwłok, a wtedy resztka żołnierzy w pośpiechu wrzuciła trupy do Tybru.
Z Uriego pot spływał strumieniami, zalewał oczy, serce mu waliło, chwiał się, żołądek podchodził mu do gardła. Chciał odwrócić głowę, nie patrzeć, lecz nie był w stanie. Słyszał krzyki: poczekajcie, prowadzą żonę Sejana, popatrzymy, jak odprawia żałobę, lecz on już biegł, tak szybko, jak tylko potrafił. Po drodze zwymiotował na własne stopy. Nie pamiętał potem, przez jaki most wracał, musiał to być albo most Emiliusza albo most Żydowski, bo to one prowadziły do dzielnicy żydowskiej. Zaszył się w swoim kącie i tygodniami się stamtąd nie ruszał.
Nie mógłby zresztą, bo starszyzna mu zabroniła.
Ktoś widział go na moście, jak brudny i zdyszany biegnie do domu, i doniósł o tym. Starszyzna postanowiła się zebrać i wezwać Józefa. Józef bronił się, mówiąc, że Uri jest już w wieku męskim, pracować nie może, chodzi więc sobie, gdzie chce. Starcy jednak, których było siedemdziesięciu, by w godny sposób odtworzyć jerozolimski Sanhedryn, zbierając się bardzo rzadko i tylko w najważniejszych sprawach, a poprzez ojców szacownych rodzin reprezentując poszczególne gminy, po długiej dyskusji doszli do wniosku, że każdy, kto w tych dniach i tygodniach grozy chodzi tam, gdzie trwa jatka, ściąga niebezpieczeństwo na całą wspólnotę rzymskich Żydów.
- Nie możemy się w to mieszać - mówili. - To sprawa Latynów, nam nic do tego, nie powinniśmy zwracać na siebie uwagi. Twój syn sprowadził zagrożenie na nas wszystkich, choć to prawda, że mimowolnie. Dopóki nie damy znać, nie wolno mu opuszczać twego domu.
Józef musiał się ugiąć.
Przy okazji zamienił z synem parę słów. Przyznał, że inni też tam chodzili i nie zostali skazani na areszt domowy, ale - tłumaczył - to znamienne, bo "my jesteśmy tutaj z dziada pradziada, nie oni, i tego nam nigdy nie darują".
Nie zapytał, czego Uri doświadczył w ogarniętym zamętem Rzymie, tym prawdziwym.
Uri milczał. Już we wczesnym dzieciństwie uświadomiono mu, ile jest napięć w rzymskiej gminie żydowskiej i jak zacięta rywalizacja toczy się między "starymi" a "nowymi" jej członkami.
Starzy są potomkami tych, którzy trafili do Rzymu w pierwszym transporcie jeńców żydowskich. Wywieziono ich z Judei w roku, w którym Pompejusz zajął Jerozolimę. Lecz to nie Pompejusz ich pojmał, tylko Gabiniusz, który z Żydów walczących u boku Aleksandra trzy tysiące wyrżnął, a trzy kolejne wziął do niewoli. Bolesne jest to, że po stronie rzymskich najemników na rozkaz Arystobula - brata Aleksandra - walczyli przeciwko swoim braciom w wierze również żołnierze żydowscy; później w podobnych okolicznościach, z rzymską pomocą, kiedy znowu Żydzi wyrzynali dziesiątki tysięcy Żydów, doszedł do władzy Herod Wielki.
Pośród owych trzech tysięcy pojmanych przez Gabiniusza znalazł się również prapradziadek Uriego.
Za nowych przybyszów uchodziło w Rzymie trzydzieści tysięcy ludzi, których niedługo później wziął do niewoli Kasjusz, kiedy z Syrii wtargnął do Judei i zajął Taricheję. Jakaś ich resztka dotarła do Rzymu, bo większość po drodze została sprzedana lub zmarła z wycieńczenia.