2
Robie minął ostatni zakręt. Usłyszał przewodnika odtwarzającego z pamięci tajemniczym głosem swoją gadkę. Melodramat lepiej się sprzedaje, pomyślał Robie. I rzeczywiście, niepowtarzalność tego głosu miała znaczenie dla dzisiejszego planu.
Wycieczka zbliżała się do zakrętu w prawo.
Robie też, tylko z przeciwnego kierunku.
Czas był tak ściśle wyliczony, że nie pozostawał żaden margines błędu.
Robie liczył kroki. Wiedział, że przewodnik robi to samo.
Sprawdzali wcześniej nawet długość swoich kroków, żeby wszystko idealnie się zgrało. Siedem sekund później przewodnik - tego samego wzrostu i budowy ciała co Robie, ubrany w identyczną pelerynę - idący pięć kroków przed resztą, wyszedł zza zakrętu. W dłoni trzymał latarkę. To jedno różniło go od Robiego. Robie musiał mieć z oczywistych powodów obie ręce wolne. Przewodnik obrócił się w lewo i zniknął w wykutej w skale szczelinie, prowadzącej do innego pomieszczenia z drugim wyjściem.
W tym samym momencie Robie obrócił się plecami do grupy mężczyzn, którzy chwilę później wyłonili się zza zakrętu. Jedną ręką sięgnął pod pelerynę do przyczepionego do paska magnetofonu i go włączył. Rozległ się głos przewodnika kontynuującego dramatycznym tonem swoją opowieść, którą na moment przerwał, kryjąc się w szczelinie muru.
Robie nie lubił stać tyłem do kogokolwiek, ale nie było innego sposobu, żeby plan mógł się powieść. Mężczyźni za nim mieli latarki. Zauważyliby, że nie jest przewodnikiem. Że to nie on mówi. Z magnetofonu płynęło ględzenie. Robie ruszył naprzód.
Zwolnił. Mężczyźni się zbliżyli. Światło ich latarek błądziło po jego plecach. Słyszał ich zbiorowy oddech. Czuł ich zapach. Potu, wody kolońskiej, czosnku, który musiał być w ich posiłku. Ostatnim posiłku.
Albo moim, w zależności od tego, jak potoczą się wydarzenia.
Już pora. Odwrócił się.
Głębokie pchnięcie noża dosięgło pierwszego z nich. Gość upadł na posadzkę, łapiąc się za uszkodzone wnętrzności. Drugiemu Robie strzelił w twarz. Stłumiony odgłos wystrzału zabrzmiał jak ciche plaśnięcie. Odbił się echem od kamiennych ścian i zmieszał z krzykiem konającego.
Pozostali natychmiast zareagowali. Ale nie byli profesjonalistami. Może poradziliby sobie z kimś słabym i kiepsko wyszkolonym. Robie nie był ani słaby, ani kiepsko wyszkolony. Pozostało trzech, lecz tylko dwóch mogło sprawić jakiś kłopot.
Robie rzucił nożem prosto w pierś trzeciego ochroniarza, który upadł na ziemię z sercem rozpłatanym niemal na pół. Stojący za nim kolega strzelił, ale Robie zdążył już się przesunąć, używając trzeciego z mężczyzn jako tarczy. Pocisk trafił w kamienną ścianę i rozpadł się na dwie części. Jedna pozostała w ścianie, a druga odbiła się rykoszetem i utkwiła w murze naprzeciwko. Mężczyzna wystrzelił drugi i trzeci raz, ale nadmiar adrenaliny sprawił, że stracił zdolności motoryczne i chybił. Zdesperowany zaczął strzelać na oślep, opróżniając cały magazynek. Pociski odbijały się od twardej skały. Jeden z nich odbił się rykoszetem i trafił w głowę pierwszego z mężczyzn. Nie zabił go jednak, ponieważ tamten zdążył się już wykrwawić na śmierć, a nie można umrzeć drugi raz. Piąty mężczyzna rzucił się na ziemię z rękami nad głową.
Widząc to, Robie też padł na ziemię i strzelił w środek czoła mężczyźnie numer cztery. Tak ich nazwał. Liczbami. Byli anonimowi. Anonimowych ludzi łatwiej się zabija.
Pozostał już tylko mężczyzna numer pięć.
Ten piąty był jedynym powodem, dla którego Robie przyleciał dziś do Edynburga. Pozostali byli celem drugorzędnym, ich śmierć nie miała znaczenia dla powodzenia wielkiego planu.
Numer piąty podniósł się i cofnął, kiedy i Robie stanął na nogi. Ten nie miał broni. Nie widział potrzeby, by nosić broń. Uważał to za niegodne siebie. Teraz na pewno żałował swojej decyzji.
Błagał. Skomlał. Chciał zapłacić. Każde pieniądze. Ale kiedy zobaczył wycelowaną w siebie lufę pistoletu, zaczął grozić. Jaką to jest ważną personą. Jak potężnych ma przyjaciół. Co może zrobić z Robiem. Jak bardzo Robie będzie tego żałował. On i jego rodzina.
Robie nie słuchał tego. Słyszał to już nie raz.
Strzelił dwukrotnie.
W prawą i lewą półkulę mózgu. Taki strzał jest zawsze śmiertelny. Dzisiaj też był.
Numer piąty runął twarzą na posadzkę i z ostatnim tchnieniem wyrzucił z siebie przekleństwo skierowane do Robiego, którego ten nie dosłyszał.
Robie odwrócił się i zniknął w tej samej szczelinie w ścianie, przez którą wcześniej przeszedł przewodnik.
Nie zginął w Szkocji. Czuł za to wdzięczność.
Robie spał twardo po zabiciu pięciu mężczyzn.
Obudził się o szóstej. Zjadł śniadanie i wypił kawę w lokalu za rogiem.
Później poszedł na stację Waverly obok hotelu Balmoral i wsiadł do pociągu do Londynu. Ponad cztery godziny później dotarł na stację King's Cross i taksówką pojechał na Heathrow. Złapał popołudniowy lot nr 777 linii British Airways. Czołowy wiatr był słaby i po siedmiu godzinach samolot wylądował na lotnisku Dulles. W Szkocji było pochmurno i przenikliwie zimno. W Wirginii gorąco i sucho. Słońce dawno już zaczęło zniżać się ku horyzontowi na zachodzie. W wyniku panującego za dnia upału na niebie powstały chmury, ale nie zanosiło się na burzę, bo w powietrzu nie czuć było wilgoci. Matka Natura mogła co najwyżej przybrać groźną minę.
Przed budynkiem terminalu czekał na niego samochód. Na tabliczce za szybą nie było żadnego nazwiska.
Czarny SUV.
Rządowe tablice.
Wsiadł, zapiął pasy i wziął do ręki leżący na fotelu egzemplarz "Washington Post". Nie wydał kierowcy żadnego polecenia. Kierowca wiedział, dokąd jechać.
Ruch na Dulles Toll Road był zaskakująco mały.
Telefon Robiego zawibrował. Mężczyzna spojrzał na wyświetlacz.
Jedno słowo: "Gratulacje".
Schował telefon do kieszeni marynarki.
"Gratulacje" nie były, jego zdaniem, właściwym słowem. Równie nieodpowiednim byłoby "dziękuję". Sam nie wiedział, co byłoby właściwym określeniem na zabicie pięciu ludzi.
Może nie ma takiego słowa. Może po prostu wystarczy milczenie.
Dotarł do budynku przy Chain Bridge Road w północnej Wirginii. Nie będzie żadnej odprawy. Lepiej nie zostawiać żadnych śladów. W razie jakiegokolwiek śledztwa nikt nie odnajdzie dokumentów, które nie istnieją.
Gdyby jednak coś poszło nie tak, Robie nie mógł liczyć na oficjalne wsparcie.
Wszedł do biura, które formalnie nie było jego biurem, ale którego czasami używał. Mimo późnej pory wciąż pracowali tu ludzie. Nie odezwali się do Robiego. Nawet na niego nie spojrzeli. Wiedział, że nie mają pojęcia, czym się zajmuje, lecz i oni wiedzieli, że nie powinni się z nim zadawać.
Usiadł za biurkiem, wcisnął kilka klawiszy na klawiaturze komputera, wysłał kilka maili i wyjrzał przez okno, które tak naprawdę wcale nim nie było. Było tylko skrzynką symulującą światło słoneczne, ponieważ przez prawdziwe okno ktoś mógłby zajrzeć do środka.
Godzinę później pojawił się pucołowaty mężczyzna o ziemistej cerze, w wymiętym garniturze. Nie przywitali się. Pucołowaty położył na biurku przed Robiem pendrive'a. A potem obrócił się na pięcie i odszedł. Robie spojrzał na mały srebrny przedmiot. Kolejne zlecenie już czekało. W ostatnich latach miał coraz więcej roboty.
Schował pendrive'a do kieszeni i wyszedł z biura. Tym razem sam usiadł za kierownicą Audi zaparkowanego w przylegającym do budynku garażu. Wreszcie poczuł się komfortowo. Audi było jego, miał je od czterech lat. Przejechał przez punkt kontrolny. Strażnik nawet na niego nie spojrzał.
Niewidzialny człowiek z Edynburga.
Kiedy znalazł się na ulicy, zmienił bieg i przyspieszył.
Jego telefon znów zawibrował. Mężczyzn znów spojrzał na wyświetlacz.
Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
Wcale się nie ucieszył. Rzucił tylko telefon na fotel pasażera i dodał gazu.
Nie będzie tortu ani świeczek.
Jadąc, myślał o podziemnym tunelu w Edynburgu. Czterech zabitych mężczyzn było ochroniarzami. Twardymi, bezwzględnymi ludźmi, którzy w ciągu ostatnich pięciu lat zabili rzekomo ponad pięćdziesiąt osób, w tym dzieci. Piąty mężczyzna, z dwoma otworami w głowie, nazywał się Carlos Rivera. Handlował heroiną i żywym towarem - nastolatkami zmuszanymi do prostytucji. Był nieprawdopodobnie bogaty, a do Szkocji przyjechał na urlop. Robie wiedział jednak, że w rzeczywistości Rivera ma wziąć w Edynburgu udział w spotkaniu na wysokim szczeblu z rosyjskim carem świata przestępczego. Chodziło o doprowadzenie do połączenia ich interesów. Nawet kryminaliści zaczęli się globalizować.
Robie otrzymał rozkaz zabicia Rivery, ale nie z powodu handlu narkotykami czy żywym towarem. Rivera musiał umrzeć, ponieważ Stany Zjednoczone dowiedziały się, że planuje dokonać zamachu stanu w Meksyku z pomocą kilku generałów tamtejszej armii. Powstały w wyniku takiego zamachu rząd nie byłby przyjazny Ameryce, należało więc temu zapobiec. Spotkanie z rosyjskim carem było pułapką, przynętą. Nie było żadnego cara ani spotkania. Wplątani w spisek meksykańscy generałowie też zginęli, zabici przez ludzi takich jak Robie.
Kiedy Robie dotarł do domu, najpierw przez dwie godziny włóczył się po pogrążonych w mroku ulicach. Szedł wzdłuż rzeki i patrzył na światła na drugim, znajdującym się już w Wirginii, brzegu. Po gładkiej tafli Potomacu sunęła policyjna łódź patrolowa.
Spojrzał na bure bezksiężycowe niebo - tort bez świeczek.
Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.