Rozdział I
Życie to iluzja
Żeby zapanować nad człowiekiem, trzeba sprawić, aby zaczął się bać. Lęk powstaje w głowie. Jest jak pajęcza sieć. Zaczyna się od pojedynczej nici. Pojedynczej myśli. Potem są kolejne. Aż nagle okazują się labiryntem bez wyjścia. Lęk łapie w swoje sidła. Nie pozwala się wydostać. Paraliżuje. Uderza w myśli, uczucia, marzenia. Zabiera wszystko.
Lena Szefer wiedziała o tym jak nikt inny. Lęk towarzyszył jej każdego dnia. Był jak cień. Zawsze obok, zawsze na wyciągnięcie ręki. Cień jest jednak dowodem na to, że istnieje światło. Nie trzeba się go bać. Znika nocą. Jej strach tego nie robił. Nie odpuszczał. Nie znikał. Nauczyła się z nim żyć. Ale było w niej coś, co pomagało oswoić strach. Odwaga. Tak, jej również się nauczyła, wiedząc, że tylko tak może przeżyć.
Teraz było podobnie. Gnała ile sił w nogach. Co jakiś czas czuła na twarzy mocne uderzenia gałęzi. Starała się bronić przed nimi rękoma, a do tego się nie przewrócić. Grunt nie był grząski, za to nierówny. Wiedziała, że jeden mały błąd może ją kosztować naprawdę wiele. Tym bardziej że słyszała za sobą groźne głosy dwóch rosłych ochroniarzy. Gonili ją. Jak na jej oko dzieliło ich jakieś trzysta metrów. Wystarczająco, by ją dopadli, a potem zgłosili wtargnięcie i kradzież na policję. To oznaczałoby spore problemy.
Przyspieszyła, widząc przed sobą wysoki mur. Podbiegła do niego. Szybkim ruchem przerzuciła na drugą stronę plecak. Nie był wcale taki lekki. Po chwili zaczęła się wspinać na mur. Miała wprawę. Zwinnie go pokonała, czując satysfakcję. Ochroniarze byli już naprawdę blisko, przeklinając ją w głos. Dobiegli do muru. Wiedziała, że nie będą jej dalej gonić.
Nie mogła jednak sobie pozwolić na moment słabości. Znowu zaczęła biec w stronę wyznaczonego punktu spotkania. Serce waliło jej jak oszalałe. W ustach czuła suchość. Nogi coraz bardziej zaczynały odmawiać jej posłuszeństwa. Mimo to nie mogła się poddać.
Do domku nad jeziorem dobiegła mniej więcej po dziesięciu minutach. Podeszła do drewnianych drzwi, zapukała, podając hasło: "Szarlotka na stole". Po chwili otworzyła je Grace, rozejrzała się po okolicy i wpuściła Lenę do środka. Ta opadła na drewnianą podłogę i czuła, jak trzęsie się jej całe ciało. Próbowała uspokoić oddech.
- Przekroczyłaś czas o całe pięć minut. Co tak długo? - dociekała Grace, która przez ostatnie pół godziny umierała ze strachu o koleżankę. Nie mogła pozwolić na to, by coś jej się stało albo została schwytana. Gdyby Lena wpadła, to ona i Emma skończyłyby tak samo. Jeden błąd mógł zniszczyć cały ich dopracowany plan.
- Wyluzuj. Daj jej odpocząć. Zobacz, że ledwo dyszy. Kopsnij mi szluga, bo przez ten cały stres chce mi się palić. - Na starej kanapie siedziała Emma. Skierowała strumień światła z latarki prosto na twarz Leny. Ta aż zaklęła.
- Dobra, nie przeginaj. Biegła po ciemku, niech odpocznie. Masz szluga, tylko nie zjaraj domku, bo ściągniemy na siebie kłopoty. - Grace podała Emmie paczkę papierosów. W tym czasie Lena podniosła się z podłogi i usiadła na starym krześle przy równie zdewastowanym stole, który skrzypiał niemiłosiernie.
Emma zapaliła papierosa, a Grace stojącą na stole lampę, której promień oświetlił nieco wnętrze podupadłego drewnianego domu. Nie było w nim praktycznie nic. Należał kiedyś do okolicznego mieszkańca, który przychodził nad jezioro łowić ryby. Trzymał tu swoje sprzęty. Zmarł dwa lata temu. Nikt nie przejął domku i ten stał opuszczony. Dla dziewczyn był idealną kryjówką.
- Wszystko poszło zgodnie z planem. Tylko nie przewidziałam, że ten głupi ochroniarz wyjdzie na fajkę. Musiałam zaczekać. - Lena mogła wreszcie normalnie mówić.
- Fajki zgubiły już niejednego - stwierdziła filozoficznie Emma, zaciągając się mocnym papierosem. Paliła je od jakiegoś roku. Tak dla fanu.
- Na szczęście szybko wszedł do domu, a ja mogłam działać. Zakradłam się od strony ogrodu. Do garażu miałam blisko. Był otwarty. Weszłam do środka. Wzięłam, co trzeba. No i potem zaczęły się problemy.
- Jakie?
- Na piętrowym tarasie stał pies. Rotwailer. Szczekał, rzucał się. Jak bestia. Zaczęłam od razu uciekać, ale ochroniarz mnie zobaczył. Potem drugi. Gonili mnie. I tak im zwiałam.
- No i o to chodziło. Pokaż sprzęt.
Lenie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wyjęła z plecaka cztery niewielkie głośniki wyglądające na naprawdę drogie.
- Epicko. Każdy z nich wart jest jakieś dwa tysiące funtów. Jak dobrze pójdzie, to opchnę je za tysiąc albo i więcej. - Emma wstała z kanapy. Podeszła do stołu i dokładnie obejrzała sprzęt przyniesiony przez Lenę.
- Masz już kupca? Wiesz, że mi i Lenie potrzebna jest kasa. - Grace od razu przeszła do rzeczy.
- Mam. Stały klient. Opchnęłam mu ostatnio ten tandetny puchar. Cieszył się jak głupi. Nie wiem, po co on to zbiera.
- Ważne, że chce od nas towar - ucięła krótko Lena. - Narobiłam się jak głupia.
- Nie możesz wyjść z wprawy. Niedługo szykuje się coś grubszego. Dam wam znać. Na razie bez kontaktu przez kolejne trzy dni. Sama się odezwę, wy mnie nie szukajcie. Tak będzie lepiej. I nie bójcie żaby. Kasa wam się należy, nie ucieknę z nią - rzuciła na jednym tchu Emma.
- No raczej. To Lena wykonuje całą brudną robotę, a ja tworzę plan - upomniała ją Grace. Niby żartem, ale wcale nikomu nie było do śmiechu.
- Wyluzuj. Jeszcze nigdy was nie oszukałam. Dzięki za dziś. Spadam. - Emma wzięła ze stołu głośniki i spakowała je do dużego plecaka, po czym wyszła z domku.
- Co sądzisz? - spytała Grace.
- Znam ją. Dużo szczeka i straszy, ale nie oszukuje. Poza tym jej się to nie opłaca. Sama nie ogarnęłaby takiego skoku jak dzisiaj - powiedziała ze spokojem Lena.
- No. Ty odwalasz całą robotę. Jesteś wielka.
- Wszystko robię dla kasy. Muszę wyrwać się z tej dziury, z tego kraju. Od tej patologii nazywanej hucznie rodziną. Każdy funt, dolar czy euro to mój krok do wolności - wyjaśniła szybko Lena.
- Wiem, co czujesz. Ty chcesz uciec, a ja pomóc matce wyjść z nałogu - dodała Grace cicho.
- Już ci mówiłam, że to bez sensu. Nie dasz rady. No ale rób, co chcesz. Uciekam. Już późno. W domu będzie awantura. Jak zwykle. - Lena wstała i wyszła.
***
Mieszkała na obrzeżach Londynu. W niewielkim parterowym domu. Jej ojciec wynajął go za niewielkie pieniądze od starszego mężczyzny. W dzielnicy, która była owiana złą sławą. O tej porze nie powinna włóczyć się po okolicy. Było to dość niebezpieczne. Szczególnie dla czternastolatki. Wiedziała o tym, ale przegoniła strach do najdalszych zakamarków duszy. Dopiero zbliżał się czerwiec i noce wciąż były zimne, dlatego narzuciła na głowę duży kaptur od bluzy. W płucach czuła ostrą nutę powietrza.
Idąc przez las, mocno przyspieszyła. Spojrzała na telefon ze zbitą szybką. Powinna wymienić go na nowy, jednak żałowała na to pieniędzy. Był kwadrans po dwudziestej. Minęła niezauważenie domy przy pierwszej ulicy. Gdzieś w oddali szczekały psy. Z każdą minutą robiło jej się coraz zimniej.
Schodziły z niej emocje i w miejsce strachu pojawiło się zmęczenie. Marzyła o tym, by schować się pod kołdrą i najlepiej nie wyjść z łóżka przez kilka kolejnych dni. Jutro zaczynał się nowy tydzień w szkole, której nie cierpiała z całego serca. Chciała, by szybko nadszedł dzień, kiedy będzie mogła ją rzucić i wyrwać się z tego bagna. Powoli realizowała swój plan. Krok po kroku, minuta po minucie. Zdawała sobie sprawę, że wymaga to czasu i cierpliwości, ale mimo wszystko czekała na wymarzoną wolność.
Przekręciła cicho klucz w drzwiach. Wiedziała, że o tej porze ojciec będzie pijany, i wolała go nie denerwować. Tak samo jak macochy, która nienawidziła jej z całych sił. Ona z pewnością też już była w łóżku z małym Liamem, przyrodnim bratem Leny. Cicho zakradła się do środka. Zamknęła drzwi. Na palcach weszła na pierwszy stopień schodów, które prowadziły na niewielkie, niskie poddasze, gdzie znajdował się jej pokój. A raczej pakamera, która była w dość kiepskim stanie. Ale i tak lubiła to swoje gniazdko. Dawało jej namiastkę normalności. Zaczęła iść na górę.
- Stój - usłyszała za plecami znajomy głos.
Jej klatkę piersiową przeszył potworny strach. Już wiedziała, że czekają ją problemy. Odwróciła się. Pośrodku holu stał jej ojciec Marek Szefer. W samych bokserkach. Kompletnie pijany. W jego oczach można było dostrzec złość. Wiedziała, że lepiej się nie odzywać. Znała go. Był furiatem. A przynajmniej stał się taki, odkąd zaczął pić. Wiedziała, że jeden fałszywy ruch może go rozsierdzić.
- Gdzie byłaś? - spytał złowrogo.
- U Grace. Musiałyśmy dokończyć projekt na biologię.
- Szlajasz się po nocach.
- Tak wyszło. Jutro wrócę wcześnie.
- Może to jakiś Tim albo John? - Ojciec podparł się o ścianę i złapał za głowę. Przez kilka chwil nic nie mówił.
- Nie - odpowiedziała cicho i ruszyła po schodach.
- Jak wrócisz kiedyś z brzuchem, to cię stąd wypierzę. Rozumiesz?
- Tak.
- No. To tyle. Idź spać. A jutro do szkoły.
- Jasne.
- Jak jeszcze raz... - mówił z trudem, urywał słowa. - Jak jeszcze raz przyczepi się do nas ta cholerna opieka... to mam to w dupie... niech cię zabierają, gdzie chcą.
- Nie. Tak nie będzie.
Ojciec nic nie odpowiedział, tylko ruszył w stronę sypialni. Lena poczuła ulgę. Nie chciała mu podpadać. Za to pospiesznie weszła po schodach i zamknęła za sobą drzwi. Rzuciła plecak na fotel. Zapaliła niewielką lampkę, która rzuciła delikatne światło na cały pokój. Było to nieciekawe miejsce, ale Lena robiła wszystko, by nieco je ocieplić. Miała kilka lampek, kolorowe poduszki kupione na pchlim targu dwa miłe w dotyku koce.
Teraz jednak nawet to jej nie cieszyło. Położyła się na łóżku.
Zaczęła płakać.
Czuła się najbardziej samotną dziewczyną na świecie.
***
Poranek nie należał do najlepszych. Lena obudziła się z silnym bólem głowy. Złe sny nie dawały jej spokoju - zresztą jak co noc. Musiała zebrać się do szkoły. Choć jej nienawidziła, i tak wolała iść na lekcje, niż siedzieć w beznadziejnym domu. W końcu zwlokła się z łóżka. Nie miała siły na poranną toaletę, musiała jednak się sobą zająć. Poprzedniego wieczoru nieźle się ubrudziła w ogrodzie i rozdarła spodnie. Po cichu zeszła na dół, gdzie wpadła od razu na macochę.
- Łazienka wolna, masz dziesięć minut, potem ojciec musi się ogarnąć - rzuciła od niechcenia Alice, trzymając na rękach trzyletniego Liama.
- Jasne, nie zajmie mi to dużo. - Lena wiedziała, że żadne dyskusje nie mają sensu.
- Na śniadanie zrób sobie płatki. Na nic innego nie ma czasu. Wieczorem będą u nas Betty z Lucasem. Lepiej, żebyś nie schodziła na dół.
Lena nic nie odpowiedziała. Poszła do łazienki. Myjąc zęby, patrzyła w lustro, w którym widziała odbicie smutnej czternastolatki. Miała wielkie szafirowe oczy, otoczone rzędami gęstych rzęs. Jej uwydatnione kości policzkowe idealnie pasowały do owalu twarzy i małego smukłego nosa. Regularne brwi dopełniały całości. Były jasne, ale nie aż tak bardzo jak jej długie włosy w kolorze blond. Bardzo je lubiła, nie chciała ich ścinać. Zazwyczaj nosiła je splecione w ścisły warkocz, tylko czasami pozwalała, by niesforne kosmyki leżały luźno na jej plecach. Była szczupła. Skrajnie szczupła. Nie zawdzięczała tego jedynie młodemu wiekowi i dobrym genom. Nie dojadała. W jej domu często brakowało jedzenia. Tak samo jak wielu innych rzeczy.
Wyszła po cichu z łazienki. Domyślała się, że ojciec śpi. To zawsze było lepsze od codziennych awantur. Lena starała się być niewidzialna. Chyba słabo jej szło, bo macocha lub ojciec co chwilę się jej o coś czepiali. Poszła do swojego pokoju. Włożyła na siebie dżinsy, podkoszulek i obszerną bluzę z kapturem. Takie uwielbiała najbardziej. To dzięki nim czuła się niewidzialna.
Ponownie spojrzała w lustro, przeczesując długie włosy, które potem związała w warkocz. Usta pociągnęła delikatnym błyszczykiem. Nie robiła makijażu. Nie miało to dla niej większego znaczenia. Za to zawiesiła na szyi ulubiony wisiorek. Dostała go od mamy na szóste urodziny. Srebrny, z zawieszką w kształcie motyla. Uwielbiała go.
Zerknęła na stojące na parapecie czarno-białe zdjęcie przedstawiające Annę Szefer. Jej matka była piękną kobietą. Do tego życzliwą, opiekuńczą i czułą. Była. Słowo klucz. Anna zmarła, kiedy Lena miała osiem lat. Przyjechali wówczas do Londynu - szukać pomocy u najlepszych lekarzy. Mama chorowała na agresywną postać nowotworu jajnika. W Polsce zabrakło już dla niej nadziei. Trzeba było szukać jej więc za granicą. Czym prędzej, bo czas był na wagę złota. Leczenie wiązało się z ogromnymi wydatkami.
Ojciec Leny, wtedy jeszcze dobrze radzący sobie biznesmen, zrobił wszystko, by dać ukochanej żonie ostatnią nadzieję na ratunek, a ta pojawiła się właśnie w Londynie. O matkę Leny walczyli najlepsi lekarze. Bez skutku. Zmarła niecały rok po przeprowadzce. Lena została z ojcem. Sama. Samotna. Zdruzgotana. I tak bardzo pokiereszowana przez życie.
Na początku ojciec dobrze sobie radził. Otworzył w Londynie filię swojej firmy, budował różne inwestycje, zatrudniał sporo ludzi. Miał pracę, cel w życiu i zajęcie. Jakoś się trzymał. Jakoś. Ledwie pięć miesięcy po śmierci żony wrócił z cmentarza, gdzie nad jej grobem potrafił siedzieć i po kilka godzin. Wyjął z szafki whisky, otworzył, postawił na stole, nalał sobie całą szklankę. Potem kolejną. Po godzinie butelka była pusta. Tamtego dnia zrobił pierwszy krok w stronę tego, by się stoczyć.
Lena była niemym świadkiem jego upadku i nie bardzo wiedziała, jak może mu pomóc. Została sama ze sobą i swoimi lękami. Nie było godziny, żeby nie tęskniła za matką. W jej głowie pojawiały się coraz czarniejsze myśli. Bała się wszystkiego. Lęk w jej ciele rósł z miesiąca na miesiąc. Nie widziała, jak go przegonić, i tego nie zrobiła. Zawładnął nią na dobre.
Tak jak alkohol jej ojcem. Szefer zaczął przyprowadzać do domu kobiety. Wtedy mieszkali jeszcze w dobrej dzielnicy Londynu. Jednak ojciec przepił wszystko. Firmę, sprzęt, cały dobytek. Właściciel wyrzucił ich z wynajmowanego mieszkania. I tym sposobem wylądowali na przedmieściach Londynu, w dzielnicy słynącej ze złej opinii.
Potem pojawiła się Alice. Była kroplą nadziei w tej całej beznadziejności. Szybko okazało się, że jej w ciąży. Wzięli ślub. Ojciec Leny na chwilę się uspokoił. Wierzyła, że przy Alice wreszcie się ustatkuje. Dobrze było jednak tylko do narodzin Liama. Później wszystko potoczyło się z dnia na dzień. Ojciec wrócił do picia, Alice zostawała sama z dzieckiem, a z czasem zaczęła spraszać sobie koleżanki. Do tego znienawidziła Lenę. Za wszystko. Na każdym kroku dawała jej odczuć, że jest balastem. Kimś, kogo nie powinno być. Nazywała ją pasożytem i robiła wszystko, by uprzykrzyć jej życie.
Dlatego Lena chciała zniknąć. Odkładała pieniądze zarobione na kradzieży rzeczy należących do bogatych ludzi. To było jedyne sensowne wyjście, choć wiedziała, że jej życie jest dalekie od ideału.
Niepasujące do czternastolatki.
Dzięki temu znajdowała w sobie chęć do walki o każdy kolejny dzień.
Jedynie nocami... jedynie wtedy rodziła się nadzieja, że zaśnie i już nigdy się nie obudzi.
***
Do przystanku miała niedaleko. Była to nędzna stacyjka na uboczu. Codziennie od rana oblegana przez okolicznych mieszkańców, którzy chcieli dostać się do centrum Londynu. Jeśli udało jej się zająć miejsce siedzące, to zazwyczaj przysypiała. Stojąc, gapiła się w okno autobusu.
Tym razem wepchnęła się na jedno z siedzeń. Nie było dużo ludzi. Raczej same młode osoby. Położyła plecak na sąsiednim miejscu, chcąc je zarezerwować dla Grace, która miała dołączyć trzy przystanki dalej. Tego dnia zaczynały od drugiej lekcji. Nie lubiły się spóźniać. Gdy przyjaciółka wsiadła do autobusu, wyglądała tak, jakby wygrała na loterii. Uśmiechnięta. Zadowolona. Pachniało od niej wanilią.
- Cześć, piękna - zagadnęła Grace, jakby właśnie miała do przekazania tajną wiadomość.
- Cześć. Co taka szczęśliwa?
- Emma się odezwała.
- I co? Już opchnęła wczorajsze łupy? - Lena spojrzała do tyłu, czy aby na pewno nikt ich nie podsłuchuje. Nie potrzebowała problemów.
- Nie. Ale ma namiar na nową robotę.
- Już?
- A co? Chcesz na coś czekać?
- Nie. Ale zawsze robiłyśmy dłuższe przerwy.
- To teraz będzie inaczej. Emma to ogarnie.
Lena skierowała myśli w stronę Emmy. Była od nich starsza. Miała siedemnaście lat, na koncie kilka wykroczeń, a nawet jeden wyrok. Mieszkała u kuzyna i nie zamierzała prowadzić się poprawnie. Za to lubiła dobrze się zabawić, mieć łatwe pieniądze i niczym się nie martwić.
Poznały się przypadkiem. Kiedyś Lena z Grace poszły do opuszczonego budynku w centrum Londynu. Tam ją spotkały. Mówiła z sensem. Obiecywała lepsze życie i kasę. Deal był prosty: ona znajduje rzeczy do kradzieży, a dziewczyny to ogarniają. Ona sprzedaje i dzielą się po równo. Proste zasady. Proste rozliczenie.
Dostały dwa dni na podjęcie decyzji. Grace bała się jak rzadko. Lena również, ale gdy dotarło do niej, że to jedyny sposób na wyrwanie się z toksycznej rodziny, to wiedziała, że nic nie będzie już w stanie jej powstrzymać. Pierwszą akcję przeprowadziły kilka miesięcy temu. Niby nic specjalnego. Kradzież cennego przedmiotu z samochodu okolicznego bogacza. Poszło gładko. Podzieliły się kasą. Równo po dwa tysiące funtów. Dla Leny była to fortuna. I przepustka do lepszego życia. Nie chciała rezygnować z obranej drogi.
***
Szkoła, do której chodziły, mieściła się w dosyć obskurnym budynku w dzielnicy Newham. W tym samym kompleksie znajdował się również college. Miało to swoje plusy. Choćby takie, że uczyło się w nim sporo przystojniaków, co było wyjątkowo dużą zaletą dla Grace, marzącej o wielkiej miłości. Lenie było wszystko jedno. Nie myślała o facetach, skupiała się wyłącznie na sobie. Choć i jej co jakiś czas zdarzało się zawiesić oko na jakimś przystojniaku, szczególnie z drużyny koszykarskiej Union Braves, mającej na koncie sporo sukcesów.
W każdą środę odbywał się oficjalny mecz z drużyną z innej szkoły albo dzielnicy. To właśnie wtedy sportowa hala wypełniała się po brzegi. Kibice nie tylko zagrzewali do gry, ale też mieli niezłe widowisko. Grace chodziła prawie na każdy mecz. Lena rzadko. Tym bardziej że w przerwach występowały cheerleaderki, a wśród nich znienawidzona przez nią Olivia i jej banda. Lena zadarła z nią jakieś dwa lata wcześniej i od tamtej pory co jakiś czas obrywała. Zaczęło się banalnie. Kiedyś przez przypadek rozdarła jej strój podczas zajęć. Była pyskówka. Olivia się odgrażała i zostało jej tak do dzisiaj. Dlatego oglądanie jej na płycie boiska było ostatnim, na co dziewczyna miała ochotę.
Ale znajdował się tam ktoś, dla kogo warto było się czasami poświęcić. Alexander Hejmo Alex. Grający na pozycji środkowego. Z pochodzenia Polak. Siedemnastolatek mieszkający od jakichś piętnastu lat w Londynie. Lena wiedziała o nim niewiele. No może poza tym, że absolutnie znajduje się poza jej zasięgiem. Kilka lat starszy, przystojny, a do tego koszykarz. Czy miała u niego szanse? Znikome, co Grace podsumowała niedawno słowami, że Lena nie powinna się za nim nawet oglądać. Tak też robiła, starając się udawać, że go nie ma.
Miała zresztą inne problemy na głowie. Jej rodzina była objęta opieką pomocy społecznej. Ojcu groziło odebranie praw rodzicielskich, a nad Leną wisiała groźba tego, że w pewnych określonych sytuacjach może trafić do rodziny zastępczej. Tego bardzo nie chciała, mimo wszystko. Dlatego starała się nie sprawiać kłopotów, tak jak to było jeszcze dwa lata temu, gdy potrafiła wagarować całe dnie. Teraz regularnie chodziła do szkoły, w miarę dobrze się uczyła i robiła wszystko, by nikt nie zwrócił na nią uwagi.
Owszem. Tu też była niewidzialna.
Przynajmniej tak jej się wydawało.
Tego dnia nie miała dużo lekcji. Potem musiała iść na kółko językowe, które liczono jako dodatkowy przedmiot. Miała za nie ekstra punkty i szanse na dobrą ocenę z zachowania. Wolała pracować nad językiem angielskim, niż tak jak Grace chodzić na kółko teatralne. Dla Leny były to strata czasu i fanaberia.
Zajęcia odbywały się w oddzielnym budynku, gdzie było sporo sal. Znajdował się on na tyłach szkoły, za niewielkim skwerem.
Lena lubiła tam spacerować. Tego dnia miała jednak pecha. Spotkała Olivię. A wręcz odniosła wrażenie, że dziewczyna tam na nią czeka. Nie sama, ale z całą bandą swoich koleżaneczek z drużyny. Ona i Rachel rządziły, reszta się ich słuchała. Gdy tylko zobaczyły Lenę, od razu ją obstąpiły.
- Nasza lokalna bohaterka. Jak tam tatuś? Zapija dalej? - Olivia zaśmiała się niemal histerycznie. Reszta jej zawtórowała.
- Daj spokój, spieszę się. - Lena chciała ją wyminąć, ale w tym samym czasie za plecak szarpnęła ją Eve. Lenę aż zabolały ramiona od pasków.
- Mamy do pogadania.
- Nie sądzę.
- To ty mnie podpieprzyłaś za palenie na skwerze?
- Nie. Szkoda mi myśli na ciebie.
- Grzeczniej - warknęła na nią Eve.
- Nasza lolitka się rzuca. No to może jej pokażemy, kto tu rządzi? - Olivia spojrzała wymownie na swoje towarzyszki.
No i się zaczęło. Jedna powaliła Leną na ziemię, a druga zaczęła ją okładać pięściami. Zabrały jej plecak i wyrzuciły z niego całą zawartość. Prosto na trawę, mokrą po wczorajszym deszczu. Lena walczyła ostro. Raz prawie że wyrwała się Eve, ale ta przywaliła jej prosto w twarz. Zabolało. Poczuła pieczenie. Wiedziała, że przegrywa. Jedna z nich nagle podeszła z nożyczkami i obcięła jej kosmyk włosów. Reszta śmiała się jak opętana.
- Ej! Zostaw ją! - krzyknął ktoś nagle z daleka.
Eve puściła Lenę, która i tak była już zwinięta w kłębek niczym jeż. Bała się nawet na nią spojrzeć.
- Zbieramy się - zarządziła Eve.
- Spokojnie, załatwię to - zapowiedziała Olivia.
Lena w tym samym czasie podniosła się na przedramieniu. Kręciło jej się w głowie. Spojrzała w bok. Dostrzegła Alexa. Tak, tego z drużyny koszykarskiej. Poczuła najwyższy poziom zażenowania.
- Odbiło wam? Odpieprz się od niej - rzucił nerwowo do Eve. - A ty? Tak rządzisz tą swoją bandą? - zwrócił się do Olivii.
- O co ci chodzi? Koleżanka się przewróciła i chciałyśmy jej pomóc - odpowiedziała dziewczyna, robiąc przy tym minę niewiniątka. - Już nas nie ma. Wyluzuj.
Olivia dała znać reszcie grupy i dziewczyny ruszyły w kierunku szkoły. Gdy Lena zaczęła się podnosić, poczuła na przedramieniu uścisk Alexa.
- Zostaw - powiedziała cicho, nie patrząc na niego. Po kilkunastu sekundach podeszła do plecaka i otrzepała go z piachu i błota. Zaczęła powoli zbierać swoje rzeczy.
- Daj, pomogę - zaproponował Alex. - Czym im podpadłaś?
- Niczym.
- No wątpię. Za ładne oczy nie biją. Masz rozcięte usta, wiesz? Musisz iść do higienistki. Nie wygląda to dobrze.
- Poradzę sobie.
- Okej, jak chcesz. Ale trzeba pomyśleć o Olivii. Musi wreszcie się od ciebie odczepić.
- Dam sobie radę.
- Mogę pomóc.
- Nie, dzięki. - Lena wciąż nawet na niego nie spojrzała. Wpakowała wszystkie swoje rzeczy do plecaka i zarzuciła go na ramię. Ruszyła w stronę sal.
- Jak masz na imię? - spytał, idąc za nią.
- Nie twój interes.
- Zawsze jesteś taka rozmowna?
- Nie. Tylko dzisiaj się tak rozgadałam.
Roześmiał się. Szedł za nią dalej.
- Nie odpuszczasz. One też ci nie odpuszczą. Musisz to jakoś inaczej załatwić.
- Ogarnę to. Nie twój problem.
- Jakby co, to pomogę, tylko daj znać. No i przyjdź w środę na mecz.
- Mam ciekawsze zajęcia.
Przyspieszyła kroku, a on już nic nie mówił. Zatrzymał się. Pozwolił jej odejść.
Lena nie poszła jednak na zajęcia. Nie miała na to siły ani odwagi. Nie chciała, by się z niej śmiano. Znowu. Patrząc na siebie w lustrze, czuła się jak ktoś, kto przegrał niemal wszystko. Szkolna toaleta była jedynym miejscem, gdzie mogła przez moment poczuć ulgę. Na jej rzęsach trzymały się jeszcze ostatnie łzy, które otarła szybkim ruchem dłoni. Nie chciała dalej płakać. Za to marzyła o tym, by jak szybciej uciec ze szkoły.
W tej samej chwili otworzyły się drzwi. Zamarła. Spojrzała nieufnie w ich stronę, bojąc się, że to znowu Olivia i jej banda. Poczuła ulgę. W jej stronę szły Grace i Aria. Na widok Leny aż jęknęły. Ona za to rozkleiła się na dobre. Na szczęście przy nich nie musiała udawać silnej. Nawet nie chciała.
- Co te mendy ci zrobiły? - Grace podeszła do przyjaciółki i dotknęła jej ramienia. - Gdzie to się stało?
- Na skwerze. Czekały na mnie.
- Tak nie może być. Idziemy do dyrektorki.
- Co to da?
- Jak to co? Szkoła coś z tym zrobi. - Aria również czuła wzburzenie.
- Jakąś pogadankę, a Olivia dostanie śmieszną karę. Przecież to pupilka większości nauczycieli. Wszystko jej wybaczą.
- Nie tym razem. - Grace była nieustępliwa. - Zobacz, rozcięły ci wargi.
- Nie tylko. Obcięły mi też trochę włosów.
- Co za hieny. Gdzie?
- Nie wiem. To teraz nieważne. Wracam do domu. Mam dosyć. - Lena była na skraju wytrzymałości. Czuła, że się rozpada od środka.
- Wracam z tobą. Na spokojnie zastanowimy się, co zrobić z Olivią. Przegięła. Ja tak tego nie zostawię. - Grace czuła potworną złość.
Lena nic nie odpowiedziała. Jej odbicie w lustrze mówiło więcej niż tysiąc słów.
***
Jest taki rodzaj lęku, który przeszywa na wskroś. Paraliżuje. Odbiera zmysły. Wstrzymuje oddech. Jak nóż wbity prosto w serce. Wiesz, że nie masz już za wiele szans na przeżycie, ale dalej trzymasz się myśli, że być może jeszcze nie wszystko stracone. Chwytasz się ostatnich skrawków nadziei. Czujesz, że tak trzeba, że to jedyne wyjście.
Dla Leny każdy dzień naznaczony był takim lękiem. Kładła się z nim spać i budziła o poranku. O ile w dzień mogła jeszcze jakoś nad nim panować, o tyle nocami dopadał ją na dobre. Zabierał sen. Plątał myśli. Sprawiał, że z każdą sekundą czuła coraz większą pustkę.
Gdy wróciła do domu, od razu poszła do swojego pokoju. Położyła się na łóżku. Nawet nie zauważyła, kiedy poleciały jej kolejne łzy. Jej ciało zaczęło drżeć. Czuła ból w każdym miejscu. Ale ten największy obejmował jej poharataną duszę.
Wstała i opuściła spodnie. Usiadała ponownie na łóżku, po czym sięgnęła ręką do szuflady. Były w niej trzy żyletki. Wzięła jedną z nich. Drżącą dłonią przyłożyła ją do uda. Docisnęła mocno, aż poczuła ból. Potem wprawnym ruchem pociągnęła nią po skórze. Zrobiła kolejne dwie kreski, tuż obok starych blizn. Zamknęła oczy, do których znowu napływały łzy. Poczuła ulgę. Chwilową. Złudną. A jednak tak bardzo jej teraz potrzebną.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki