Niewierni - Ilona Gołębiewska

Kup ebooka

35.90 zł
29.07 zł (28,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział I

Ży­cie to ilu­zja

Żeby za­pa­no­wać nad czło­wie­kiem, trzeba spra­wić, aby za­czął się bać. Lęk po­wstaje w gło­wie. Jest jak pa­ję­cza sieć. Za­czyna się od po­je­dyn­czej nici. Po­je­dyn­czej my­śli. Po­tem są ko­lejne. Aż na­gle oka­zują się la­bi­ryn­tem bez wyj­ścia. Lęk ła­pie w swoje si­dła. Nie po­zwala się wy­do­stać. Pa­ra­li­żuje. Ude­rza w my­śli, uczu­cia, ma­rze­nia. Za­biera wszystko.

Lena Sze­fer wie­działa o tym jak nikt inny. Lęk to­wa­rzy­szył jej każ­dego dnia. Był jak cień. Za­wsze obok, za­wsze na wy­cią­gnię­cie ręki. Cień jest jed­nak do­wo­dem na to, że ist­nieje świa­tło. Nie trzeba się go bać. Znika nocą. Jej strach tego nie ro­bił. Nie od­pusz­czał. Nie zni­kał. Na­uczyła się z nim żyć. Ale było w niej coś, co po­ma­gało oswoić strach. Od­waga. Tak, jej rów­nież się na­uczyła, wie­dząc, że tylko tak może prze­żyć.

Te­raz było po­dob­nie. Gnała ile sił w no­gach. Co ja­kiś czas czuła na twa­rzy mocne ude­rze­nia ga­łęzi. Sta­rała się bro­nić przed nimi rę­koma, a do tego się nie prze­wró­cić. Grunt nie był grzą­ski, za to nie­równy. Wie­działa, że je­den mały błąd może ją kosz­to­wać na­prawdę wiele. Tym bar­dziej że sły­szała za sobą groźne głosy dwóch ro­słych ochro­nia­rzy. Go­nili ją. Jak na jej oko dzie­liło ich ja­kieś trzy­sta me­trów. Wy­star­cza­jąco, by ją do­pa­dli, a po­tem zgło­sili wtar­gnię­cie i kra­dzież na po­li­cję. To ozna­cza­łoby spore pro­blemy.

Przy­spie­szyła, wi­dząc przed sobą wy­soki mur. Pod­bie­gła do niego. Szyb­kim ru­chem prze­rzu­ciła na drugą stronę ple­cak. Nie był wcale taki lekki. Po chwili za­częła się wspi­nać na mur. Miała wprawę. Zwin­nie go po­ko­nała, czu­jąc sa­tys­fak­cję. Ochro­nia­rze byli już na­prawdę bli­sko, prze­kli­na­jąc ją w głos. Do­bie­gli do muru. Wie­działa, że nie będą jej da­lej go­nić.

Nie mo­gła jed­nak so­bie po­zwo­lić na mo­ment sła­bo­ści. Znowu za­częła biec w stronę wy­zna­czo­nego punktu spo­tka­nia. Serce wa­liło jej jak osza­lałe. W ustach czuła su­chość. Nogi co­raz bar­dziej za­czy­nały od­ma­wiać jej po­słu­szeń­stwa. Mimo to nie mo­gła się pod­dać.

Do domku nad je­zio­rem do­bie­gła mniej wię­cej po dzie­się­ciu mi­nu­tach. Po­de­szła do drew­nia­nych drzwi, za­pu­kała, po­da­jąc ha­sło: "Szar­lotka na stole". Po chwili otwo­rzyła je Grace, ro­zej­rzała się po oko­licy i wpu­ściła Lenę do środka. Ta opa­dła na drew­nianą pod­łogę i czuła, jak trzę­sie się jej całe ciało. Pró­bo­wała uspo­koić od­dech.

- Prze­kro­czy­łaś czas o całe pięć mi­nut. Co tak długo? - do­cie­kała Grace, która przez ostat­nie pół go­dziny umie­rała ze stra­chu o ko­le­żankę. Nie mo­gła po­zwo­lić na to, by coś jej się stało albo zo­stała schwy­tana. Gdyby Lena wpa­dła, to ona i Emma skoń­czy­łyby tak samo. Je­den błąd mógł znisz­czyć cały ich do­pra­co­wany plan.

- Wy­lu­zuj. Daj jej od­po­cząć. Zo­bacz, że le­dwo dy­szy. Kop­snij mi szluga, bo przez ten cały stres chce mi się pa­lić. - Na sta­rej ka­na­pie sie­działa Emma. Skie­ro­wała stru­mień świa­tła z la­tarki pro­sto na twarz Leny. Ta aż za­klęła.

- Do­bra, nie prze­gi­naj. Bie­gła po ciemku, niech od­pocz­nie. Masz szluga, tylko nie zja­raj domku, bo ścią­gniemy na sie­bie kło­poty. - Grace po­dała Em­mie paczkę pa­pie­ro­sów. W tym cza­sie Lena pod­nio­sła się z pod­łogi i usia­dła na sta­rym krze­śle przy rów­nie zde­wa­sto­wa­nym stole, który skrzy­piał nie­mi­ło­sier­nie.

Emma za­pa­liła pa­pie­rosa, a Grace sto­jącą na stole lampę, któ­rej pro­mień oświe­tlił nieco wnę­trze pod­upa­dłego drew­nia­nego domu. Nie było w nim prak­tycz­nie nic. Na­le­żał kie­dyś do oko­licz­nego miesz­kańca, który przy­cho­dził nad je­zioro ło­wić ryby. Trzy­mał tu swoje sprzęty. Zmarł dwa lata temu. Nikt nie prze­jął domku i ten stał opusz­czony. Dla dziew­czyn był ide­alną kry­jówką.

- Wszystko po­szło zgod­nie z pla­nem. Tylko nie prze­wi­dzia­łam, że ten głupi ochro­niarz wyj­dzie na fajkę. Mu­sia­łam za­cze­kać. - Lena mo­gła wresz­cie nor­mal­nie mó­wić.

- Fajki zgu­biły już nie­jed­nego - stwier­dziła fi­lo­zo­ficz­nie Emma, za­cią­ga­jąc się moc­nym pa­pie­ro­sem. Pa­liła je od ja­kie­goś roku. Tak dla fanu.

- Na szczę­ście szybko wszedł do domu, a ja mo­głam dzia­łać. Za­kra­dłam się od strony ogrodu. Do ga­rażu mia­łam bli­sko. Był otwarty. We­szłam do środka. Wzię­łam, co trzeba. No i po­tem za­częły się pro­blemy.

- Ja­kie?

- Na pię­tro­wym ta­ra­sie stał pies. Ro­twa­iler. Szcze­kał, rzu­cał się. Jak be­stia. Za­czę­łam od razu ucie­kać, ale ochro­niarz mnie zo­ba­czył. Po­tem drugi. Go­nili mnie. I tak im zwia­łam.

- No i o to cho­dziło. Po­każ sprzęt.

Le­nie nie trzeba było dwa razy po­wta­rzać. Wy­jęła z ple­caka cztery nie­wiel­kie gło­śniki wy­glą­da­jące na na­prawdę dro­gie.

- Epicko. Każdy z nich wart jest ja­kieś dwa ty­siące fun­tów. Jak do­brze pój­dzie, to opchnę je za ty­siąc albo i wię­cej. - Emma wstała z ka­napy. Po­de­szła do stołu i do­kład­nie obej­rzała sprzęt przy­nie­siony przez Lenę.

- Masz już kupca? Wiesz, że mi i Le­nie po­trzebna jest kasa. - Grace od razu prze­szła do rze­czy.

- Mam. Stały klient. Opchnę­łam mu ostat­nio ten tan­detny pu­char. Cie­szył się jak głupi. Nie wiem, po co on to zbiera.

- Ważne, że chce od nas to­war - ucięła krótko Lena. - Na­ro­bi­łam się jak głu­pia.

- Nie mo­żesz wyjść z wprawy. Nie­długo szy­kuje się coś grub­szego. Dam wam znać. Na ra­zie bez kon­taktu przez ko­lejne trzy dni. Sama się ode­zwę, wy mnie nie szu­kaj­cie. Tak bę­dzie le­piej. I nie bój­cie żaby. Kasa wam się na­leży, nie ucieknę z nią - rzu­ciła na jed­nym tchu Emma.

- No ra­czej. To Lena wy­ko­nuje całą brudną ro­botę, a ja two­rzę plan - upo­mniała ją Grace. Niby żar­tem, ale wcale ni­komu nie było do śmie­chu.

- Wy­lu­zuj. Jesz­cze ni­gdy was nie oszu­ka­łam. Dzięki za dziś. Spa­dam. - Emma wzięła ze stołu gło­śniki i spa­ko­wała je do du­żego ple­caka, po czym wy­szła z domku.

- Co są­dzisz? - spy­tała Grace.

- Znam ją. Dużo szczeka i stra­szy, ale nie oszu­kuje. Poza tym jej się to nie opłaca. Sama nie ogar­nę­łaby ta­kiego skoku jak dzi­siaj - po­wie­działa ze spo­ko­jem Lena.

- No. Ty od­wa­lasz całą ro­botę. Je­steś wielka.

- Wszystko ro­bię dla kasy. Mu­szę wy­rwać się z tej dziury, z tego kraju. Od tej pa­to­lo­gii na­zy­wa­nej hucz­nie ro­dziną. Każdy funt, do­lar czy euro to mój krok do wol­no­ści - wy­ja­śniła szybko Lena.

- Wiem, co czu­jesz. Ty chcesz uciec, a ja po­móc matce wyjść z na­łogu - do­dała Grace ci­cho.

- Już ci mó­wi­łam, że to bez sensu. Nie dasz rady. No ale rób, co chcesz. Ucie­kam. Już późno. W domu bę­dzie awan­tura. Jak zwy­kle. - Lena wstała i wy­szła.

***

Miesz­kała na obrze­żach Lon­dynu. W nie­wiel­kim par­te­ro­wym domu. Jej oj­ciec wy­na­jął go za nie­wiel­kie pie­nią­dze od star­szego męż­czy­zny. W dziel­nicy, która była owiana złą sławą. O tej po­rze nie po­winna włó­czyć się po oko­licy. Było to dość nie­bez­pieczne. Szcze­gól­nie dla czter­na­sto­latki. Wie­działa o tym, ale prze­go­niła strach do naj­dal­szych za­ka­mar­ków du­szy. Do­piero zbli­żał się czer­wiec i noce wciąż były zimne, dla­tego na­rzu­ciła na głowę duży kap­tur od bluzy. W płu­cach czuła ostrą nutę po­wie­trza.

Idąc przez las, mocno przy­spie­szyła. Spoj­rzała na te­le­fon ze zbitą szybką. Po­winna wy­mie­nić go na nowy, jed­nak ża­ło­wała na to pie­nię­dzy. Był kwa­drans po dwu­dzie­stej. Mi­nęła nie­zau­wa­że­nie domy przy pierw­szej ulicy. Gdzieś w od­dali szcze­kały psy. Z każdą mi­nutą ro­biło jej się co­raz zim­niej.

Scho­dziły z niej emo­cje i w miej­sce stra­chu po­ja­wiło się zmę­cze­nie. Ma­rzyła o tym, by scho­wać się pod koł­drą i naj­le­piej nie wyjść z łóżka przez kilka ko­lej­nych dni. Ju­tro za­czy­nał się nowy ty­dzień w szkole, któ­rej nie cier­piała z ca­łego serca. Chciała, by szybko nad­szedł dzień, kiedy bę­dzie mo­gła ją rzu­cić i wy­rwać się z tego ba­gna. Po­woli re­ali­zo­wała swój plan. Krok po kroku, mi­nuta po mi­nu­cie. Zda­wała so­bie sprawę, że wy­maga to czasu i cier­pli­wo­ści, ale mimo wszystko cze­kała na wy­ma­rzoną wol­ność.

Prze­krę­ciła ci­cho klucz w drzwiach. Wie­działa, że o tej po­rze oj­ciec bę­dzie pi­jany, i wo­lała go nie de­ner­wo­wać. Tak samo jak ma­co­chy, która nie­na­wi­dziła jej z ca­łych sił. Ona z pew­no­ścią też już była w łóżku z ma­łym Lia­mem, przy­rod­nim bra­tem Leny. Ci­cho za­kra­dła się do środka. Za­mknęła drzwi. Na pal­cach we­szła na pierw­szy sto­pień scho­dów, które pro­wa­dziły na nie­wiel­kie, ni­skie pod­da­sze, gdzie znaj­do­wał się jej po­kój. A ra­czej pa­ka­mera, która była w dość kiep­skim sta­nie. Ale i tak lu­biła to swoje gniazdko. Da­wało jej na­miastkę nor­mal­no­ści. Za­częła iść na górę.

- Stój - usły­szała za ple­cami zna­jomy głos.

Jej klatkę pier­siową prze­szył po­tworny strach. Już wie­działa, że cze­kają ją pro­blemy. Od­wró­ciła się. Po­środku holu stał jej oj­ciec Ma­rek Sze­fer. W sa­mych bok­ser­kach. Kom­plet­nie pi­jany. W jego oczach można było do­strzec złość. Wie­działa, że le­piej się nie od­zy­wać. Znała go. Był fu­ria­tem. A przy­naj­mniej stał się taki, od­kąd za­czął pić. Wie­działa, że je­den fał­szywy ruch może go roz­sier­dzić.

- Gdzie by­łaś? - spy­tał zło­wrogo.

- U Grace. Mu­sia­ły­śmy do­koń­czyć pro­jekt na bio­lo­gię.

- Szla­jasz się po no­cach.

- Tak wy­szło. Ju­tro wrócę wcze­śnie.

- Może to ja­kiś Tim albo John? - Oj­ciec pod­parł się o ścianę i zła­pał za głowę. Przez kilka chwil nic nie mó­wił.

- Nie - od­po­wie­działa ci­cho i ru­szyła po scho­dach.

- Jak wró­cisz kie­dyś z brzu­chem, to cię stąd wy­pie­rzę. Ro­zu­miesz?

- Tak.

- No. To tyle. Idź spać. A ju­tro do szkoły.

- Ja­sne.

- Jak jesz­cze raz... - mó­wił z tru­dem, ury­wał słowa. - Jak jesz­cze raz przy­czepi się do nas ta cho­lerna opieka... to mam to w du­pie... niech cię za­bie­rają, gdzie chcą.

- Nie. Tak nie bę­dzie.

Oj­ciec nic nie od­po­wie­dział, tylko ru­szył w stronę sy­pialni. Lena po­czuła ulgę. Nie chciała mu pod­pa­dać. Za to po­spiesz­nie we­szła po scho­dach i za­mknęła za sobą drzwi. Rzu­ciła ple­cak na fo­tel. Za­pa­liła nie­wielką lampkę, która rzu­ciła de­li­katne świa­tło na cały po­kój. Było to nie­cie­kawe miej­sce, ale Lena ro­biła wszystko, by nieco je ocie­plić. Miała kilka lam­pek, ko­lo­rowe po­duszki ku­pione na pchlim targu dwa miłe w do­tyku koce.

Te­raz jed­nak na­wet to jej nie cie­szyło. Po­ło­żyła się na łóżku.

Za­częła pła­kać.

Czuła się naj­bar­dziej sa­motną dziew­czyną na świe­cie.

***

Po­ra­nek nie na­le­żał do naj­lep­szych. Lena obu­dziła się z sil­nym bó­lem głowy. Złe sny nie da­wały jej spo­koju - zresztą jak co noc. Mu­siała ze­brać się do szkoły. Choć jej nie­na­wi­dziła, i tak wo­lała iść na lek­cje, niż sie­dzieć w bez­na­dziej­nym domu. W końcu zwlo­kła się z łóżka. Nie miała siły na po­ranną to­a­letę, mu­siała jed­nak się sobą za­jąć. Po­przed­niego wie­czoru nie­źle się ubru­dziła w ogro­dzie i roz­darła spodnie. Po ci­chu ze­szła na dół, gdzie wpa­dła od razu na ma­co­chę.

- Ła­zienka wolna, masz dzie­sięć mi­nut, po­tem oj­ciec musi się ogar­nąć - rzu­ciła od nie­chce­nia Alice, trzy­ma­jąc na rę­kach trzy­let­niego Liama.

- Ja­sne, nie zaj­mie mi to dużo. - Lena wie­działa, że żadne dys­ku­sje nie mają sensu.

- Na śnia­da­nie zrób so­bie płatki. Na nic in­nego nie ma czasu. Wie­czo­rem będą u nas Betty z Lu­ca­sem. Le­piej, że­byś nie scho­dziła na dół.

Lena nic nie od­po­wie­działa. Po­szła do ła­zienki. My­jąc zęby, pa­trzyła w lu­stro, w któ­rym wi­działa od­bi­cie smut­nej czter­na­sto­latki. Miała wiel­kie sza­fi­rowe oczy, oto­czone rzę­dami gę­stych rzęs. Jej uwy­dat­nione ko­ści po­licz­kowe ide­al­nie pa­so­wały do owalu twa­rzy i ma­łego smu­kłego nosa. Re­gu­larne brwi do­peł­niały ca­ło­ści. Były ja­sne, ale nie aż tak bar­dzo jak jej dłu­gie włosy w ko­lo­rze blond. Bar­dzo je lu­biła, nie chciała ich ści­nać. Za­zwy­czaj no­siła je sple­cione w ści­sły war­kocz, tylko cza­sami po­zwa­lała, by nie­sforne ko­smyki le­żały luźno na jej ple­cach. Była szczu­pła. Skraj­nie szczu­pła. Nie za­wdzię­czała tego je­dy­nie mło­demu wie­kowi i do­brym ge­nom. Nie do­ja­dała. W jej domu czę­sto bra­ko­wało je­dze­nia. Tak samo jak wielu in­nych rze­czy.

Wy­szła po ci­chu z ła­zienki. Do­my­ślała się, że oj­ciec śpi. To za­wsze było lep­sze od co­dzien­nych awan­tur. Lena sta­rała się być nie­wi­dzialna. Chyba słabo jej szło, bo ma­co­cha lub oj­ciec co chwilę się jej o coś cze­piali. Po­szła do swo­jego po­koju. Wło­żyła na sie­bie dżinsy, pod­ko­szu­lek i ob­szerną bluzę z kap­tu­rem. Ta­kie uwiel­biała naj­bar­dziej. To dzięki nim czuła się nie­wi­dzialna.

Po­now­nie spoj­rzała w lu­stro, prze­cze­su­jąc dłu­gie włosy, które po­tem zwią­zała w war­kocz. Usta po­cią­gnęła de­li­kat­nym błysz­czy­kiem. Nie ro­biła ma­ki­jażu. Nie miało to dla niej więk­szego zna­cze­nia. Za to za­wie­siła na szyi ulu­biony wi­sio­rek. Do­stała go od mamy na szó­ste uro­dziny. Srebrny, z za­wieszką w kształ­cie mo­tyla. Uwiel­biała go.

Zer­k­nęła na sto­jące na pa­ra­pe­cie czarno-białe zdję­cie przed­sta­wia­jące Annę Sze­fer. Jej matka była piękną ko­bietą. Do tego życz­liwą, opie­kuń­czą i czułą. Była. Słowo klucz. Anna zmarła, kiedy Lena miała osiem lat. Przy­je­chali wów­czas do Lon­dynu - szu­kać po­mocy u naj­lep­szych le­ka­rzy. Mama cho­ro­wała na agre­sywną po­stać no­wo­tworu jaj­nika. W Pol­sce za­bra­kło już dla niej na­dziei. Trzeba było szu­kać jej więc za gra­nicą. Czym prę­dzej, bo czas był na wagę złota. Le­cze­nie wią­zało się z ogrom­nymi wy­dat­kami.

Oj­ciec Leny, wtedy jesz­cze do­brze ra­dzący so­bie biz­nes­men, zro­bił wszystko, by dać uko­cha­nej żo­nie ostat­nią na­dzieję na ra­tu­nek, a ta po­ja­wiła się wła­śnie w Lon­dy­nie. O matkę Leny wal­czyli naj­lepsi le­ka­rze. Bez skutku. Zmarła nie­cały rok po prze­pro­wadzce. Lena zo­stała z oj­cem. Sama. Sa­motna. Zdru­zgo­tana. I tak bar­dzo po­kie­re­szo­wana przez ży­cie.

Na po­czątku oj­ciec do­brze so­bie ra­dził. Otwo­rzył w Lon­dy­nie fi­lię swo­jej firmy, bu­do­wał różne in­we­sty­cje, za­trud­niał sporo lu­dzi. Miał pracę, cel w ży­ciu i za­ję­cie. Ja­koś się trzy­mał. Ja­koś. Le­d­wie pięć mie­sięcy po śmierci żony wró­cił z cmen­ta­rza, gdzie nad jej gro­bem po­tra­fił sie­dzieć i po kilka go­dzin. Wy­jął z szafki whi­sky, otwo­rzył, po­sta­wił na stole, na­lał so­bie całą szklankę. Po­tem ko­lejną. Po go­dzi­nie bu­telka była pu­sta. Tam­tego dnia zro­bił pierw­szy krok w stronę tego, by się sto­czyć.

Lena była nie­mym świad­kiem jego upadku i nie bar­dzo wie­działa, jak może mu po­móc. Zo­stała sama ze sobą i swo­imi lę­kami. Nie było go­dziny, żeby nie tę­sk­niła za matką. W jej gło­wie po­ja­wiały się co­raz czar­niej­sze my­śli. Bała się wszyst­kiego. Lęk w jej ciele rósł z mie­siąca na mie­siąc. Nie wi­działa, jak go prze­go­nić, i tego nie zro­biła. Za­wład­nął nią na do­bre.

Tak jak al­ko­hol jej oj­cem. Sze­fer za­czął przy­pro­wa­dzać do domu ko­biety. Wtedy miesz­kali jesz­cze w do­brej dziel­nicy Lon­dynu. Jed­nak oj­ciec prze­pił wszystko. Firmę, sprzęt, cały do­by­tek. Wła­ści­ciel wy­rzu­cił ich z wy­naj­mo­wa­nego miesz­ka­nia. I tym spo­so­bem wy­lą­do­wali na przed­mie­ściach Lon­dynu, w dziel­nicy sły­ną­cej ze złej opi­nii.

Po­tem po­ja­wiła się Alice. Była kro­plą na­dziei w tej ca­łej bez­na­dziej­no­ści. Szybko oka­zało się, że jej w ciąży. Wzięli ślub. Oj­ciec Leny na chwilę się uspo­koił. Wie­rzyła, że przy Alice wresz­cie się ustat­kuje. Do­brze było jed­nak tylko do na­ro­dzin Liama. Póź­niej wszystko po­to­czyło się z dnia na dzień. Oj­ciec wró­cił do pi­cia, Alice zo­sta­wała sama z dziec­kiem, a z cza­sem za­częła spra­szać so­bie ko­le­żanki. Do tego znie­na­wi­dziła Lenę. Za wszystko. Na każ­dym kroku da­wała jej od­czuć, że jest ba­la­stem. Kimś, kogo nie po­winno być. Na­zy­wała ją pa­so­ży­tem i ro­biła wszystko, by uprzy­krzyć jej ży­cie.

Dla­tego Lena chciała znik­nąć. Od­kła­dała pie­nią­dze za­ro­bione na kra­dzieży rze­czy na­le­żą­cych do bo­ga­tych lu­dzi. To było je­dyne sen­sowne wyj­ście, choć wie­działa, że jej ży­cie jest da­le­kie od ide­ału.

Nie­pa­su­jące do czter­na­sto­latki.

Dzięki temu znaj­do­wała w so­bie chęć do walki o każdy ko­lejny dzień.

Je­dy­nie no­cami... je­dy­nie wtedy ro­dziła się na­dzieja, że za­śnie i już ni­gdy się nie obu­dzi.

***

Do przy­stanku miała nie­da­leko. Była to nędzna sta­cyjka na ubo­czu. Co­dzien­nie od rana ob­le­gana przez oko­licz­nych miesz­kań­ców, któ­rzy chcieli do­stać się do cen­trum Lon­dynu. Je­śli udało jej się za­jąć miej­sce sie­dzące, to za­zwy­czaj przy­sy­piała. Sto­jąc, ga­piła się w okno au­to­busu.

Tym ra­zem we­pchnęła się na jedno z sie­dzeń. Nie było dużo lu­dzi. Ra­czej same młode osoby. Po­ło­żyła ple­cak na są­sied­nim miej­scu, chcąc je za­re­zer­wo­wać dla Grace, która miała do­łą­czyć trzy przy­stanki da­lej. Tego dnia za­czy­nały od dru­giej lek­cji. Nie lu­biły się spóź­niać. Gdy przy­ja­ciółka wsia­dła do au­to­busu, wy­glą­dała tak, jakby wy­grała na lo­te­rii. Uśmiech­nięta. Za­do­wo­lona. Pach­niało od niej wa­ni­lią.

- Cześć, piękna - za­gad­nęła Grace, jakby wła­śnie miała do prze­ka­za­nia tajną wia­do­mość.

- Cześć. Co taka szczę­śliwa?

- Emma się ode­zwała.

- I co? Już opchnęła wczo­raj­sze łupy? - Lena spoj­rzała do tyłu, czy aby na pewno nikt ich nie pod­słu­chuje. Nie po­trze­bo­wała pro­ble­mów.

- Nie. Ale ma na­miar na nową ro­botę.

- Już?

- A co? Chcesz na coś cze­kać?

- Nie. Ale za­wsze ro­bi­ły­śmy dłuż­sze prze­rwy.

- To te­raz bę­dzie ina­czej. Emma to ogar­nie.

Lena skie­ro­wała my­śli w stronę Emmy. Była od nich star­sza. Miała sie­dem­na­ście lat, na kon­cie kilka wy­kro­czeń, a na­wet je­den wy­rok. Miesz­kała u ku­zyna i nie za­mie­rzała pro­wa­dzić się po­praw­nie. Za to lu­biła do­brze się za­ba­wić, mieć ła­twe pie­nią­dze i ni­czym się nie mar­twić.

Po­znały się przy­pad­kiem. Kie­dyś Lena z Grace po­szły do opusz­czo­nego bu­dynku w cen­trum Lon­dynu. Tam ją spo­tkały. Mó­wiła z sen­sem. Obie­cy­wała lep­sze ży­cie i kasę. Deal był pro­sty: ona znaj­duje rze­czy do kra­dzieży, a dziew­czyny to ogar­niają. Ona sprze­daje i dzielą się po równo. Pro­ste za­sady. Pro­ste roz­li­cze­nie.

Do­stały dwa dni na pod­ję­cie de­cy­zji. Grace bała się jak rzadko. Lena rów­nież, ale gdy do­tarło do niej, że to je­dyny spo­sób na wy­rwa­nie się z tok­sycz­nej ro­dziny, to wie­działa, że nic nie bę­dzie już w sta­nie jej po­wstrzy­mać. Pierw­szą ak­cję prze­pro­wa­dziły kilka mie­sięcy temu. Niby nic spe­cjal­nego. Kra­dzież cen­nego przed­miotu z sa­mo­chodu oko­licz­nego bo­ga­cza. Po­szło gładko. Po­dzie­liły się kasą. Równo po dwa ty­siące fun­tów. Dla Leny była to for­tuna. I prze­pustka do lep­szego ży­cia. Nie chciała re­zy­gno­wać z ob­ra­nej drogi.

***

Szkoła, do któ­rej cho­dziły, mie­ściła się w do­syć ob­skur­nym bu­dynku w dziel­nicy Ne­wham. W tym sa­mym kom­plek­sie znaj­do­wał się rów­nież col­lege. Miało to swoje plusy. Choćby ta­kie, że uczyło się w nim sporo przy­stoj­nia­ków, co było wy­jąt­kowo dużą za­letą dla Grace, ma­rzą­cej o wiel­kiej mi­ło­ści. Le­nie było wszystko jedno. Nie my­ślała o fa­ce­tach, sku­piała się wy­łącz­nie na so­bie. Choć i jej co ja­kiś czas zda­rzało się za­wie­sić oko na ja­kimś przy­stoj­niaku, szcze­gól­nie z dru­żyny ko­szy­kar­skiej Union Bra­ves, ma­ją­cej na kon­cie sporo suk­ce­sów.

W każdą środę od­by­wał się ofi­cjalny mecz z dru­żyną z in­nej szkoły albo dziel­nicy. To wła­śnie wtedy spor­towa hala wy­peł­niała się po brzegi. Ki­bice nie tylko za­grze­wali do gry, ale też mieli nie­złe wi­do­wi­sko. Grace cho­dziła pra­wie na każdy mecz. Lena rzadko. Tym bar­dziej że w prze­rwach wy­stę­po­wały che­er­le­aderki, a wśród nich znie­na­wi­dzona przez nią Oli­via i jej banda. Lena za­darła z nią ja­kieś dwa lata wcze­śniej i od tam­tej pory co ja­kiś czas ob­ry­wała. Za­częło się ba­nal­nie. Kie­dyś przez przy­pa­dek roz­darła jej strój pod­czas za­jęć. Była py­skówka. Oli­via się od­gra­żała i zo­stało jej tak do dzi­siaj. Dla­tego oglą­da­nie jej na pły­cie bo­iska było ostat­nim, na co dziew­czyna miała ochotę.

Ale znaj­do­wał się tam ktoś, dla kogo warto było się cza­sami po­świę­cić. Ale­xan­der Hejmo Alex. Gra­jący na po­zy­cji środ­ko­wego. Z po­cho­dze­nia Po­lak. Sie­dem­na­sto­la­tek miesz­ka­jący od ja­kichś pięt­na­stu lat w Lon­dy­nie. Lena wie­działa o nim nie­wiele. No może poza tym, że ab­so­lut­nie znaj­duje się poza jej za­się­giem. Kilka lat star­szy, przy­stojny, a do tego ko­szy­karz. Czy miała u niego szanse? Zni­kome, co Grace pod­su­mo­wała nie­dawno sło­wami, że Lena nie po­winna się za nim na­wet oglą­dać. Tak też ro­biła, sta­ra­jąc się uda­wać, że go nie ma.

Miała zresztą inne pro­blemy na gło­wie. Jej ro­dzina była ob­jęta opieką po­mocy spo­łecz­nej. Ojcu gro­ziło ode­bra­nie praw ro­dzi­ciel­skich, a nad Leną wi­siała groźba tego, że w pew­nych okre­ślo­nych sy­tu­acjach może tra­fić do ro­dziny za­stęp­czej. Tego bar­dzo nie chciała, mimo wszystko. Dla­tego sta­rała się nie spra­wiać kło­po­tów, tak jak to było jesz­cze dwa lata temu, gdy po­tra­fiła wa­ga­ro­wać całe dnie. Te­raz re­gu­lar­nie cho­dziła do szkoły, w miarę do­brze się uczyła i ro­biła wszystko, by nikt nie zwró­cił na nią uwagi.

Ow­szem. Tu też była nie­wi­dzialna.

Przy­naj­mniej tak jej się wy­da­wało.

Tego dnia nie miała dużo lek­cji. Po­tem mu­siała iść na kółko ję­zy­kowe, które li­czono jako do­dat­kowy przed­miot. Miała za nie eks­tra punkty i szanse na do­brą ocenę z za­cho­wa­nia. Wo­lała pra­co­wać nad ję­zy­kiem an­giel­skim, niż tak jak Grace cho­dzić na kółko te­atralne. Dla Leny były to strata czasu i fa­na­be­ria.

Za­ję­cia od­by­wały się w od­dziel­nym bu­dynku, gdzie było sporo sal. Znaj­do­wał się on na ty­łach szkoły, za nie­wiel­kim skwe­rem.

Lena lu­biła tam spa­ce­ro­wać. Tego dnia miała jed­nak pe­cha. Spo­tkała Oli­vię. A wręcz od­nio­sła wra­że­nie, że dziew­czyna tam na nią czeka. Nie sama, ale z całą bandą swo­ich ko­le­ża­ne­czek z dru­żyny. Ona i Ra­chel rzą­dziły, reszta się ich słu­chała. Gdy tylko zo­ba­czyły Lenę, od razu ją ob­stą­piły.

- Na­sza lo­kalna bo­ha­terka. Jak tam ta­tuś? Za­pija da­lej? - Oli­via za­śmiała się nie­mal hi­ste­rycz­nie. Reszta jej za­wtó­ro­wała.

- Daj spo­kój, spie­szę się. - Lena chciała ją wy­mi­nąć, ale w tym sa­mym cza­sie za ple­cak szarp­nęła ją Eve. Lenę aż za­bo­lały ra­miona od pa­sków.

- Mamy do po­ga­da­nia.

- Nie są­dzę.

- To ty mnie pod­pie­przy­łaś za pa­le­nie na skwe­rze?

- Nie. Szkoda mi my­śli na cie­bie.

- Grzecz­niej - wark­nęła na nią Eve.

- Na­sza lo­litka się rzuca. No to może jej po­ka­żemy, kto tu rzą­dzi? - Oli­via spoj­rzała wy­mow­nie na swoje to­wa­rzyszki.

No i się za­częło. Jedna po­wa­liła Leną na zie­mię, a druga za­częła ją okła­dać pię­ściami. Za­brały jej ple­cak i wy­rzu­ciły z niego całą za­war­tość. Pro­sto na trawę, mo­krą po wczo­raj­szym desz­czu. Lena wal­czyła ostro. Raz pra­wie że wy­rwała się Eve, ale ta przy­wa­liła jej pro­sto w twarz. Za­bo­lało. Po­czuła pie­cze­nie. Wie­działa, że prze­grywa. Jedna z nich na­gle po­de­szła z no­życz­kami i ob­cięła jej ko­smyk wło­sów. Reszta śmiała się jak opę­tana.

- Ej! Zo­staw ją! - krzyk­nął ktoś na­gle z da­leka.

Eve pu­ściła Lenę, która i tak była już zwi­nięta w kłę­bek ni­czym jeż. Bała się na­wet na nią spoj­rzeć.

- Zbie­ramy się - za­rzą­dziła Eve.

- Spo­koj­nie, za­ła­twię to - za­po­wie­działa Oli­via.

Lena w tym sa­mym cza­sie pod­nio­sła się na przed­ra­mie­niu. Krę­ciło jej się w gło­wie. Spoj­rzała w bok. Do­strze­gła Alexa. Tak, tego z dru­żyny ko­szy­kar­skiej. Po­czuła naj­wyż­szy po­ziom za­że­no­wa­nia.

- Od­biło wam? Od­pieprz się od niej - rzu­cił ner­wowo do Eve. - A ty? Tak rzą­dzisz tą swoją bandą? - zwró­cił się do Oli­vii.

- O co ci cho­dzi? Ko­le­żanka się prze­wró­ciła i chcia­ły­śmy jej po­móc - od­po­wie­działa dziew­czyna, ro­biąc przy tym minę nie­wi­niątka. - Już nas nie ma. Wy­lu­zuj.

Oli­via dała znać resz­cie grupy i dziew­czyny ru­szyły w kie­runku szkoły. Gdy Lena za­częła się pod­no­sić, po­czuła na przed­ra­mie­niu uścisk Alexa.

- Zo­staw - po­wie­działa ci­cho, nie pa­trząc na niego. Po kil­ku­na­stu se­kun­dach po­de­szła do ple­caka i otrze­pała go z pia­chu i błota. Za­częła po­woli zbie­rać swoje rze­czy.

- Daj, po­mogę - za­pro­po­no­wał Alex. - Czym im pod­pa­dłaś?

- Ni­czym.

- No wąt­pię. Za ładne oczy nie biją. Masz roz­cięte usta, wiesz? Mu­sisz iść do hi­gie­nistki. Nie wy­gląda to do­brze.

- Po­ra­dzę so­bie.

- Okej, jak chcesz. Ale trzeba po­my­śleć o Oli­vii. Musi wresz­cie się od cie­bie od­cze­pić.

- Dam so­bie radę.

- Mogę po­móc.

- Nie, dzięki. - Lena wciąż na­wet na niego nie spoj­rzała. Wpa­ko­wała wszyst­kie swoje rze­czy do ple­caka i za­rzu­ciła go na ra­mię. Ru­szyła w stronę sal.

- Jak masz na imię? - spy­tał, idąc za nią.

- Nie twój in­te­res.

- Za­wsze je­steś taka roz­mowna?

- Nie. Tylko dzi­siaj się tak roz­ga­da­łam.

Ro­ze­śmiał się. Szedł za nią da­lej.

- Nie od­pusz­czasz. One też ci nie od­pusz­czą. Mu­sisz to ja­koś ina­czej za­ła­twić.

- Ogarnę to. Nie twój pro­blem.

- Jakby co, to po­mogę, tylko daj znać. No i przyjdź w środę na mecz.

- Mam cie­kaw­sze za­ję­cia.

Przy­spie­szyła kroku, a on już nic nie mó­wił. Za­trzy­mał się. Po­zwo­lił jej odejść.

Lena nie po­szła jed­nak na za­ję­cia. Nie miała na to siły ani od­wagi. Nie chciała, by się z niej śmiano. Znowu. Pa­trząc na sie­bie w lu­strze, czuła się jak ktoś, kto prze­grał nie­mal wszystko. Szkolna to­a­leta była je­dy­nym miej­scem, gdzie mo­gła przez mo­ment po­czuć ulgę. Na jej rzę­sach trzy­mały się jesz­cze ostat­nie łzy, które otarła szyb­kim ru­chem dłoni. Nie chciała da­lej pła­kać. Za to ma­rzyła o tym, by jak szyb­ciej uciec ze szkoły.

W tej sa­mej chwili otwo­rzyły się drzwi. Za­marła. Spoj­rzała nie­uf­nie w ich stronę, bo­jąc się, że to znowu Oli­via i jej banda. Po­czuła ulgę. W jej stronę szły Grace i Aria. Na wi­dok Leny aż jęk­nęły. Ona za to roz­kle­iła się na do­bre. Na szczę­ście przy nich nie mu­siała uda­wać sil­nej. Na­wet nie chciała.

- Co te mendy ci zro­biły? - Grace po­de­szła do przy­ja­ciółki i do­tknęła jej ra­mie­nia. - Gdzie to się stało?

- Na skwe­rze. Cze­kały na mnie.

- Tak nie może być. Idziemy do dy­rek­torki.

- Co to da?

- Jak to co? Szkoła coś z tym zrobi. - Aria rów­nież czuła wzbu­rze­nie.

- Ja­kąś po­ga­dankę, a Oli­via do­sta­nie śmieszną karę. Prze­cież to pu­pilka więk­szo­ści na­uczy­cieli. Wszystko jej wy­ba­czą.

- Nie tym ra­zem. - Grace była nie­ustę­pliwa. - Zo­bacz, roz­cięły ci wargi.

- Nie tylko. Ob­cięły mi też tro­chę wło­sów.

- Co za hieny. Gdzie?

- Nie wiem. To te­raz nie­ważne. Wra­cam do domu. Mam do­syć. - Lena była na skraju wy­trzy­ma­ło­ści. Czuła, że się roz­pada od środka.

- Wra­cam z tobą. Na spo­koj­nie za­sta­no­wimy się, co zro­bić z Oli­vią. Prze­gięła. Ja tak tego nie zo­sta­wię. - Grace czuła po­tworną złość.

Lena nic nie od­po­wie­działa. Jej od­bi­cie w lu­strze mó­wiło wię­cej niż ty­siąc słów.

***

Jest taki ro­dzaj lęku, który prze­szywa na wskroś. Pa­ra­li­żuje. Od­biera zmy­sły. Wstrzy­muje od­dech. Jak nóż wbity pro­sto w serce. Wiesz, że nie masz już za wiele szans na prze­ży­cie, ale da­lej trzy­masz się my­śli, że być może jesz­cze nie wszystko stra­cone. Chwy­tasz się ostat­nich skraw­ków na­dziei. Czu­jesz, że tak trzeba, że to je­dyne wyj­ście.

Dla Leny każdy dzień na­zna­czony był ta­kim lę­kiem. Kła­dła się z nim spać i bu­dziła o po­ranku. O ile w dzień mo­gła jesz­cze ja­koś nad nim pa­no­wać, o tyle no­cami do­pa­dał ją na do­bre. Za­bie­rał sen. Plą­tał my­śli. Spra­wiał, że z każdą se­kundą czuła co­raz więk­szą pustkę.

Gdy wró­ciła do domu, od razu po­szła do swo­jego po­koju. Po­ło­żyła się na łóżku. Na­wet nie za­uwa­żyła, kiedy po­le­ciały jej ko­lejne łzy. Jej ciało za­częło drżeć. Czuła ból w każ­dym miej­scu. Ale ten naj­więk­szy obej­mo­wał jej po­ha­ra­taną du­szę.

Wstała i opu­ściła spodnie. Usia­dała po­now­nie na łóżku, po czym się­gnęła ręką do szu­flady. Były w niej trzy ży­letki. Wzięła jedną z nich. Drżącą dło­nią przy­ło­żyła ją do uda. Do­ci­snęła mocno, aż po­czuła ból. Po­tem wpraw­nym ru­chem po­cią­gnęła nią po skó­rze. Zro­biła ko­lejne dwie kre­ski, tuż obok sta­rych blizn. Za­mknęła oczy, do któ­rych znowu na­pły­wały łzy. Po­czuła ulgę. Chwi­lową. Złudną. A jed­nak tak bar­dzo jej te­raz po­trzebną.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki