Prolog
Manon chodziła po izbie, kołysząc w ramionach marudzącą Aydę. Miała wrażenie, że odkąd córeczce zaczęły wyrzynać się ząbki, w ogóle nie udało jej się zmrużyć oczu. Przystanęła i zerknęła na szeroki, drewniany podest, na którym Gniewko rozłożył swoje posłanie. Jej pierworodny potrafiłby z powodzeniem przespać burzę z piorunami. Takoż i teraz - spod pikowanej kołdry widać było tylko jego dzikie, czarne loki. Miała nadzieję, że w końcu przestanie się burmuszyć, ale był w takim wieku, że nie wahał się wyrażać zdecydowanych opinii na każdy temat, a teraz ostentacyjnie okazywał swoje niezadowolenie z powodu pozostania z nią w domu. Najbardziej zaś doprowadzał go do szału fakt, iż jego ojca z kolei nic nie było w stanie wyprowadzić z równowagi.
Pod tym względem świetnie go rozumiała. Czasami, kiedy próbowała kłócić się z Khodżą, a ten jedynie uśmiechał się pogodnie i przytakiwał jej, miała szczerą ochotę go udusić. Któregoś razu ich sprzeczka zakończyła się tym, że z całej siły cisnęła w niego swoim aptecznym moździerzem. Dzięki bogom, nie trafiła, choć jej mąż przypisał to później chełpliwie swemu błyskawicznemu refleksowi. Jedyną ofiarą jej gniewu stał się wyszczerbiony moździerz, który oglądała w osłupieniu, podczas gdy Khodża przez cały ten czas szczerzył się do niej niczym głupi do sera. Pamiętała, że kusiło ją straszliwie, by zacząć wrzeszczeć, aż wszystko wokół będzie się kładło pokotem, ale jego chichot okazał się tak zaraźliwy, że cała złość przeszła Manon, jak ręką odjął i zaczęła śmiać się razem z nim. Nawet nie wiedziała już, o co się wówczas złościła.
Z drugiej strony - kiedy to on miał zły dzień, po prostu zabierał swoją nawiańską lutnię i jechał przed siebie, by zaszyć się z dala od ludzkich oczu. Choć w codziennym życiu Khodża był skłonny do większych ustępstw, czasem trafiała się sprawa, przy której gotów był się upierać z zajadłością stepowego wilka. Rzadko się to zdarzało, ale Manon wiedziała, że trzeba mu wówczas ustąpić.
Westchnęła, pocierając zmęczone oczy wierzchem dłoni. Pięć dni temu Khodża wyruszył do stolicy odwiedzić Wojciecha, jednak nie zabrał syna ze sobą, każąc mu opiekować się rodziną w zastępstwie głowy rodu.
A teraz wystarczy pomyśleć: zostać na miejscu z matką i półroczną siostrą, czy wyruszyć do wielkiego miasta, by odwiedzić rzadko widywanego wuja, który cię rozpieszcza. Ha!
Uśmiechnęła się, wyglądając przez okno, za którym bury świt przeglądał się w kałużach i siąpiącym deszczu. Jeśli tak dalej pójdzie, młody nie będzie mógł nawet ćwiczyć strzelania do celu i zostanie mu ćwiczenie pisania znaków oraz pomoc w przygotowaniu zamówień dla sanktuarium Mokoszy. Wprawdzie świątynia miała swoich uzdrowicieli, ale jako wysłanniczka Welesa Manon cieszyła się specjalnymi względami. Zresztą była w tej wyjątkowej sytuacji, że czerpała dochody z dzierżawionej ziemi, którą otrzymała z nadania najstarszego brata. Świętej pamięci Dobrawa, która opuściła ten świat jeszcze przed narodzinami Aydy, także pozostawiła życzenie, aby jej wychowanka pozostawała - nieformalnie wprawdzie - ale jako należąca do zgromadzenia w Wysokim Lesie.
Westchnęła po raz wtóry i podskoczyła mimowolnie, słysząc tętent końskich kopyt. Narzuciła na siebie pelerynę i wyszła do sieni. Za jej plecami Gniewko wymamrotał coś, wyplątując się z okryć. W szarpniętych z impetem drzwiach wejściowych niespodziewanie ukazał się Wojciech. Odruchowo mocniej przytuliła do siebie Aydę.
Wojciech nie tracił czasu na powitania.
Złapał ją za ramiona i krzyknął - Pakujcie się! Musimy uciekać.
Manon odwróciła się bez słowa i podała córeczkę przecierającemu oczy Gniewkowi. Wojciech złapał pled i zaczął do niego wrzucać sztuki odzieży ze skrzyni w rogu izby. Manon podbiegła, żeby zagasić palenisko.
- Co się stało?
- Radko zatrzymał Khodżę w stolicy i wysłał po ciebie swoją straż - odparł krótko.
Stanęła jak wryta, z wiklinowym koszem w ręku.
- Wysłał po mnie ludzi? Ale po co?!
Rozejrzała się szybko po izbie. Poza księgami matki i recepturami medycznymi nie było tu nic, czego nie mogłaby później odzyskać.
- Siodłaj nasze konie! - rozkazała synowi, odbierając od niego Aydę.
Wojciech położył dłoń na ramieniu siostry - Olga urodziła dziewczynkę.
Olga, Druga Żona jej najstarszego brata. Druga Żona księcia.
Manon spojrzała na córeczkę.
- Radko nadal nie ma następcy - stwierdziła i zaczęła przymocowywać do pleców chustę z małą.
Zamknęła drzwi na skobel i spojrzała na wznoszące się na wzniesieniu zabudowania sanktuarium.
- Nie! - Wojciech chyba odczytał jej myśli - Nie możesz szukać azylu w Wysokim Lesie - teraz, kiedy nie ma już...
"Dobrawy" - dokończyła w myślach.
- Wojciechu, co się, na wszystkich bogów, dzieje?!
- Radko nie chce ryzykować wewnętrznych napięć związanych z sukcesją.
- Co to ma wspólnego z nami?! Przecież zrobił wszystko, żebyśmy nie dziedziczyli!
Dla Wojciecha było to znacznie bardziej bolesne doświadczenie niż dla niej.
Zadała to pytanie, ale mgliste zrozumienie błyskawicznie napełniło jej żyły lodowatym strachem. Serce kołatało się w piersi Manon niczym przerażony ptak. Poczuła ból w skroniach i zmusiła się, żeby spowolnić oddech. Zaciskając usta, próbowała powstrzymać drżenie warg. Nie pamiętała już, kiedy ostatni raz bała się aż tak. Pewnie podczas niewoli u Perepłuty. Tylko, że wtedy chodziło wyłącznie o nią.
Wojciech podsadził Manon na bułanka, którego Khodża ułożył od źrebaka specjalnie dla niej.
- Radko chce usynowić... - brat wskazał wzrokiem na Gniewka, wpatrującego się w nich z bladą twarzą.
Jak na dwunastolatka był wyjątkowo bystry.
Wyprostował się, rzucając okiem na Wojciechowego gniadosza i stwierdził - Daleko na nim nie ujedziesz, wuju. Jest kompletnie zgoniony.
Wojciech przygryzł wargę i podał siostrzeńcowi pakunek z jedzeniem.
- Jedźcie do świętego gaju Welesa. A jeśli trzeba, ruszajcie dalej. Tam, gdzie nie będą w stanie za wami podążyć.
Manon nachyliła się do niego, czując ciepły ciężar Aydy na plecach.
- O tej porze roku nie dam rady przerzucić nas wszystkich do Nawii. Nie bez pomocy Khodży! Jesteśmy Welesową diadą, ale odległość między nami ma znaczenie! Zresztą Nawia to nie miejsce dla żywych.
- Myślałem raczej o siostrzanych światach, o których mówił mi twój mąż...
Poczuła, jak do oczu napływają jej łzy. Nie chciała po raz kolejny skazywać rodziny na wygnanie.
Wojciech uścisnął jej dłoń i potrząsnął głową. Manon zrozumiała, że według niego była to taktyka na przeczekanie; że dobrze będzie mieć choć chwilę, by zastanowić się, co dalej.
Jedno wiedziała na pewno - nie zamierzała oddać Radkowi swojego syna. Nie w sytuacji, w której Gniewko odziedziczył po rodzicach nawiańską moc. Było zbyt wcześnie, by wybierał między kłębowiskiem żmij, którym był książęcy dwór, a powołaniem na służbę Welesowi. Działania jej najstarszego brata stawiały ich między młotem a kowadłem.
- Pamiętaj. To tylko ostateczność - rzucił łagodnie Wojciech.
- Nic ci nie będzie? - zapytała - Nie chcę, żeby Radko oskarżył cię o zdradę stanu.
Uśmiechnął się słabo i obejrzał na drogę, na której majaczyły ciemne, szybko poruszające się sylwetki. Ich czas się kończył. Manon bez słowa zawróciła konia i pogalopowała w stronę miejsca kultu. Lżejszy Gniewko wysforował się naprzód. Był zdecydowanie lepszym jeźdźcem od niej. W pewnym momencie obrócił się, żeby sprawdzić, jak daleko została w tyle. Kaptur częściowo zsunął się z jego ciemnych włosów. Spojrzenie tych niesamowitych, srebrzystoszarych oczu wzbudziło w Manon nagły niepokój.
Oczy, które jej syn odziedziczył po babce.
Podobne widziała tylko u dwóch innych istot. Jedna z nich rządziła nocą. Druga - zamknięta w kryształowej trumnie - spała tysiącletnim snem nad Jasnym Stawem.
Pożegnania
Kiedy dotarli do świętego gaju Welesa, jego matka zsiadła z konia i odwiązała chustę z Aydą, kładąc zawiniątko z dzieckiem na głazie ofiarnym. Sprawiała przy tym wrażenie zupełnie spokojnej, mimo to mała zaczęła nagle płakać, jakby wyczuwała, że dzieje się coś niedobrego.
Jedyną reakcją na bezwiedny okrzyk zgorszenia chłopaka była uniesiona pytająco brew Manon. Gniewko przełknął rodzący się w krtani protest i podniósł Aydę z ołtarza, kołysząc ją w ramionach i wydając przy tym uspokajające pomruki.
Sam nie wiedział, dlaczego postępowanie matki jeszcze go dziwuje. Odkąd tylko sięgał pamięcią, Manon stanowiła wzór najbardziej lojalnego poddanego oraz łamiącego normy renegata - wszystko w jednym i naraz. Wuj Wojciech mawiał, że matka Gniewka nie stawia się ponad przepisami prawa, ale uznaje jedynie te, z którymi się zgadza. A czyż to nie jest definicja występującego przeciwko porządkowi buntownika? Wszak twarde prawo, ale prawo - jak dawał do zrozumienia wuj Radko, jaśnie panujący im władca.
Podczas ostatniej wizyty w stolicy Gniewko, ignorując dyplomację i narażając się na niezadowolenie Radomira, zapytał księcia o powód wykreślenia matki z drzewa genealogicznego rodu. Zrozumiałby banicję jako skutek złamania kodeksu. Wuj nie chciał o tym rozmawiać. Odparł tylko, że specjalna pozycja Manon nie jest osadzona w porządku ziemskim, lecz boskim. To również budziło wątpliwości Gniewka, bo o ile jego ojciec traktował tutejszych bogów z szacunkiem, choć raczej z ceremoniałem przewidzianym dla wysokich rangą zagranicznych dygnitarzy, o tyle matka zachowywała się czasami zupełnie bezbożnie, mimo że była przecież służką samego Welesa, Pana Zaświatów.
Gniewko zadrżał, kiedy wyjęła nóż z kościaną rękojeścią i nacięła dłoń, wyznaczając wokół nich ochronny krąg. Przywiązała konie do drzewa rosnącego parę sążni dalej i zarzuciła na ramiona kosz z tym, co udało im się zabrać z chaty. Chustka, która wcześniej utrzymywała w ryzach matczyne loki, owijała teraz ściśle jej lewą rękę, szybko nasiąkając krwią. Manon podeszła do niego i zdecydowanym ruchem odgarnęła mu włosy z czoła.
Kładąc dłoń na ramieniu syna, wyrzekła z naciskiem
- Gniewko, posłuchaj mnie teraz uważnie. Choćby nie wiadomo, co się działo, nie wypuszczaj z rąk Aydy.
Pokiwał głową.
Manon zawahała się i dodała - Naprawdę nie chciałam tego robić, ale w obecnych okolicznościach nie mamy innego wyjścia... Muszę zaczerpnąć z twojej mocy - inaczej nie uda nam się przekroczyć granicy wyznaczonej przez Wielką Rzekę. Ja zajmę się resztą, ale ty nie możesz się przede mną bronić, rozumiesz?
Wcześniej, kiedy prosił, żeby go uczyła, odmawiała z uporem, twierdząc, że jest jeszcze za młody na sprawy władców i bogów. Obiecywała, że w końcu nadejdzie jego czas. Wyglądało na to, że nadszedł on, nie czekając na niczyją zgodę, a teraz było już za późno, żeby Gniewko dowiedział się, czego ma się spodziewać.
Manon przymknęła oczy, przytrzymując go za ramię. Powietrze między nimi zaczęło gęstnieć i iskrzyć jak przed burzą. Usta matki zbielały i przez chwilę Gniewko słyszał tylko jej spracowany oddech, a potem jakaś siła sięgnęła do samego serca jego istnienia, by wyprowadzić z wnętrza ciepły strumień czegoś znacznie bardziej życiodajnego od krwi. Nie potrafił nazwać, co to jest, ale instynktownie zapragnął przeciwstawić się tej inwazji. Dzięki bogom, wypowiedziana wcześniej instrukcja sprawiła, że zdołał oprzeć się temu impulsowi, pozwalając bez oporu na przepływ.
Świat wokół nich zatrzepotał niczym malowany welon i nagle znaleźli się... gdzieś indziej. Morze traw falowało łagodnie w popołudniowym słońcu, choć przecież jeszcze przed chwilą niebo zasnuwały ciężkie, deszczowe chmury. Na odległym wzgórzu wznosiła się potężna twierdza zbudowana z bloków jasnego kamienia. Z oddali Gniewko mógłby pomylić ją z fortecą na Golubnej, gdyby nie kompletnie inna topografia terenu i nieprzystające do siebie odległości. Pamiętając nauki ojca, spojrzał w górę, żeby określić ich położenie i natychmiast zacisnął powieki, owładnięty gwałtowną falą mdłości. Nie wypuszczając Aydy z rąk, zatoczył się i w ostatniej chwili oparł o pień rosnącego nieopodal gigantycznego drzewa. Drzewa, które oplatało swoimi konarami mrowie gwiazd. Drzewa, które obejmowało korzeniami biały, rzeźbiony fantazyjnie tron.
Matka przeprowadziła ich do Nawii.
Gniewko poczuł, jak zabiera z jego ramion siostrę i pomaga mu usiąść na trawie, a potem przygina jego głowę między kolana. Oddychał powoli, tak jak go nauczyła. Usiadła tuż obok, opierając drobną dłoń na jego plecach.
- Kiedy spowolnisz puls, spróbuj się wyprostować, ale nie wcześniej, aż ustąpi mrowienie w palcach - pouczyła.
Rzeczywiście, po chwili mroczki przed oczami zniknęły, choć jego skórę nadal pokrywał lepki pot.
- Czy zawsze tak to wygląda? - jęknął.
Matka podała mu bukłak z wodą - Nie. Nie zawsze. Pomijając to, że okoliczności nie były idealne... Po prostu nie jesteś zainicjowany. A początek zawsze jest trudny. Na razie postaraj się nie patrzeć w górę. I niczego tutaj nie pij ani nie jedz, prócz rzeczy, które zabraliśmy z domu.
- Ayda... Nic jej nie będzie?
Mała spoczywała w jej ramionach zupełnie spokojnie, spoglądając w koronę drzewa i śmiejąc się na widok świetlnych rozbłysków przepływających w górę pnia. Matka ściągnęła brwi i przyłożyła złożony palec wskazujący i środkowy do czoła małej, lecz nim zdążyła odpowiedzieć Gniewkowi, zachłysnęła się nagle i zaczęła kaszleć, zasłaniając usta rękawem. Ułożyła córkę na podołku, jakby niespodziewanie opuściły ją siły. Na rękawie, którym otarła usta, pozostała smuga jasnoczerwonej krwi.
- Matko, co ci jest?! - wykrzyknął zaniepokojony Gniewko.
Lodowaty strach chwycił go za gardło. Bez wątpienia to Manon była sercem ich małego świata. Oglądanie jej w tym stanie sprawiło, że w przypływie paniki ponownie zaczął chwytać powietrze całymi haustami. Manon przygarnęła syna ramieniem.
- Rób tak dalej, a doprowadzisz się do omdlenia - usłyszał słowa wypowiedziane stanowczym, równym tonem.
Gniewko wtulił twarz w zagłębienie jej szyi i dotarło do niego, że musi się skulić, żeby to uczynić. Uświadomił sobie z zaskoczeniem, że przewyższa ją wzrostem. Wcześniej zupełnie mu to umknęło. Wstrzymał oddech, czując na barku miarowy rytm wystukiwany przez jej palce. Skupiając się, bezgłośnie odliczał w myślach. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Po chwili matka, kasłając, ujęła go za nadgarstek, żeby sprawdzić puls. Przez otaczający ją przyjemny, zielony zapach coraz bardziej przebijała się żelazista, metaliczna woń krwi.
- Lepiej? - zapytała.
- Lepiej - odparł przygaszonym tonem.
Manon była jedną z najlepszych uzdrowicielek w sanktuarium w Wysokim Lesie. Na zdrowy rozum Gniewko powinien wierzyć, że nic jej nie będzie, ale w jakiś nieokreślony sposób pojmował, że wkrótce jego życie zmieni się nie do poznania.
- Do tego stopnia nie chciałaś, żebym został następcą tronu? - wyszeptał, wtulony w matczyny płaszcz.
Westchnęła - Z pewnego źródła wiem, że Radko będzie miał w przyszłości przynajmniej jednego prawowitego dziedzica ze swojej linii rodowej. Jak myślisz, co się z tobą stanie, kiedy przestaniesz być mu potrzebny, a staniesz się niewygodny? Jeśli książę ujawni prawdę o twoim pochodzeniu i namaści cię na następcę tronu, nim urodzi mu się syn, wywoła to mnóstwo niepotrzebnych komplikacji. A Wojciech nie jest wystarczająco silny, żeby cię przed nimi uchronić. Poza tym - wierz mi - bycie władcą to okropne zajęcie, którego nie życzyłabym najgorszemu wrogowi.
- Jak pewne jest to źródło wiedzy? - wydukał oszołomiony.
- Najpewniejsze. Słowa z ust bogini.
Gniewko czuł, jak palce matki gładzą jego włosy.
- Przykro mi, synku, ale wkrótce nie będziesz miał dotychczasowej swobody prostego myślenia: czarne - białe, dobre - złe. Dlatego, błagam cię, zapamiętaj - nie mieszaj się w nic, jeśli nie masz pewności, że będziesz w stanie udźwignąć ewentualne konsekwencje swoich decyzji. Wasze życie - twoje i Aydy - jest najważniejsze.
- Wcześniej... kiedy prosiłaś, żebym nie stawiał oporu. Popełniłem jakiś błąd?
- Byłeś wspaniały. Doskonale sobie poradziłeś, mój mały Kruku[1]. Tylko niekiedy czas nam się niespodziewanie kończy.
- To nie przeze mnie?
- Oczywiście, że nie, głuptasku! Jeśli już, to twój ojciec wybrał sobie kiepski moment na ucieczkę z aresztu.
- Strofujesz mnie nawet w takiej chwili, lalla?
Dźwięk głosu ojca sprawił, że do oczu chłopaka napłynęły łzy ulgi. Czy matka nie mówiła, że odległość między nimi wpływa na sposób manipulowania mocą? A skoro są tutaj razem, wszystko będzie już dobrze, prawda?
- Khodża! Przyszedłeś! - twarz Manon rozpromieniła się w wyrazie czystej radości.
Tak, jakby jej myśli stanowiły lustrzane odbicie tego, co przed chwilą przemknęło przez głowę jej syna.
- Zawsze, dżana.
Gniewko uniósł głowę, lekko zawstydzony, że ojciec widzi go tulącego się do Manon niczym małe dziecko, jednak oprócz matki i siostry nie dojrzał nikogo. Tylko Ayda zaczęła nagle śmiać się i wierzgać, wyciągając rączki do kogoś, kogo on nie był w stanie zobaczyć. Ale choć nie widział tego, co siostra, nie znaczyło to, że nie był wyczulony na znajomą obecność.
Poczuł na głowie ciepłą dłoń ojca i usłyszał skierowane do siebie słowa - Teraz to ty jesteś głową rodziny, Gniewko. Opiekuj się naszym małym skarbem i pamiętaj, czego cię uczyliśmy.
Matka odetchnęła powoli i zdjęła z siebie płaszcz, owijając w niego dziecko. Gniewko odruchowo przytulił do siebie podaną mu Aydę, a matka wyjęła z włosów swój ulubiony grzebyk z malachitu i bursztynów i wsunęła go synowi za pazuchę. Dopiero teraz Gniewko zauważył, jak bardzo jest blada i jak zimna jest jej skóra.
- Jeszcze jedno, synku. Jeśli chodzi o służbę Welesowi, wiedz, że trzeba wyrazić na nią zgodę. Masz prawo veta, a On nie może cię do niczego zmusić. Przenigdy nie daj sobie wmówić, że nie masz wyboru. Co do reszty - wierzymy, że sobie poradzisz.
Objęła dzieci ramionami, przytulając je z całych sił - Pamiętaj, że was kochamy - zawsze, bez względu na wszystko. Pamiętaj, że jesteście dla nas najważniejsi. I że kiedyś znów się spotkamy...
Gniewko zacisnął powieki i zagryzł usta, dusząc rodzący się w gardle protest, desperacko próbując wymyślić sposób, aby ich zatrzymać - na próżno.
Manon podniosła się z trudem, opierając dłoń na płonącym jasnością pniu Wielkiego Drzewa.
Ich ostatnie słowa nie były przeznaczone dla uszu Gniewka.
- Wybacz mi, najmilszy. Myślałam, że czasu będzie więcej...
Usłyszał westchnienie.
- Manon, gdybyśmy mogli wrócić nad Jasny Staw, moja odpowiedź brzmiałaby dokładnie tak samo. Miałem szczęście znaleźć cię w tym życiu. Oby i w następnym, jeśli bogowie okażą się łaskawi. Niczego nie żałuję, dżana.
A potem zapanowała głucha cisza - nieobecność miłości.
Gniewko otworzył oczy, żeby raz jeszcze spojrzeć na rodziców, ale oprócz dziecka w jego ramionach, jak okiem sięgnąć, nie było tutaj nikogo.
[1] Góra w prowincji Shaanxi, w Chinach, leżąca ok. 100 km na wschód od miasta Xi'an, w pobliżu miasta Huayin. Zaliczana jest do pięciu wielkich gór taoizmu, za: Insight Guides. China, pod red. Le Bas T., Apa Publications, London 2005, str. 189słowo "shan" oznacza "górę", więc zgodnie z lokalnym językiem używano by jedynie określenia "Hua Shan".
[2] lit. "rzeki i jeziora"; termin odnosi się do fikcyjnego świata, w którym osadzone są opowieści z gatunku wuxia i xianxia - mocno inspirowane chińską mitologią i odnoszące się zazwyczaj do przygód artystów sztuk walki o nadnaturalnych zdolnościach.
[3] Wudang Shan - niewielkie pasmo górskie w chińskiej prowincji Hubei. Znajduje się tam taoistyczny, średniowieczny zespół świątyń i klasztorów, za: Insight Guides. China, pod red. Le Bas T., Apa Publications, London 2005, str. 241
[4] da ye (wuj) - tutaj: tytuł, którym młodsza osoba zwraca się z szacunkiem do starszego od siebie mężczyzny.
[5] l?o n?inai jest zwrotem używanym z szacunkiem w stosunku do starszej kobiety (prababka). Tutaj w znaczeniu - starsza wioski.
[6] Dao - podstawowe pojęcie filozofii chińskiej, kluczowe dla taoizmu, mające wiele znaczeń: od "uniwersalnej zasady kierującej wszechświatem" po "metodę postępowania [danej osoby]"; bywa nazywane "drogą, którą Niebo odcisnęło w sercu człowieka", za: https://pl.wikipedia.org/wiki/Dao_(taoizm) [dostęp 2024-05-05]
[7] tutaj: duchowy mistrz, wysoce szanowany mnich; samo pojęcie pochodzi z taoizmu.
[8] wymowa: Dżang (z prawie niesłyszalnym [g]) An
[1] Yijing, Księga przemian - jeden z najstarszych chińskich tekstów klasycznych, reprezentujących rdzennie chińską kosmologię i filozofię. Jest księgą kanoniczną taoizmu i konfucjanizmu, za: https://pl.wikipedia.org/wiki/Yijing [dostęp z dnia 17.04.2025]
[2] starszy brat; używane w odniesieniu do czyjegoś miejsca w hierarchii w sekcie szkolącej w sztukach walki.
[3] Wu wei - podstawowa zasada taoizmu, mówiąca o tym, że należy pozwolić rzeczom istnieć zgodnie z naturą, a zdarzenia mają biec tak, jak biec mają, bez wszelkiej ingerencji i narzucania czegokolwiek. Po chińsku wu wei znaczy "niedziałanie", za: https://pl.wikipedia.org/wiki/Wu_wei [dostęp z dnia 17.04.2025]
[4] Energię yin symbolizuje woda i drzewo. Odpowiada jej m.in. dusza po (jedna z dwóch dusz wyróżnianych w metafizyce taoistycznej). Jeżeli zasady pochówku zostały drastycznie naruszone, zmarły zaznał w życiu wielkiej krzywdy albo po śmierci po prostu o nim zapomniano, jego dusza może się przeistoczyć w upiora, za: https://pl.wikipedia.org/wiki/Po_(filozofia_chińska) [dostęp z dnia 11.05.2025]
[5] młodszy brat; honorowy tytuł oznaczający młodszego w hierarchii ucznia tego samego mistrza
[6] starsza siostra; termin może być używany grzecznościowo w odniesieniu do dziewczyny nieco starszej od mówiącego.
[7] urząd i siedziba urzędników lokalnej administracji
[8] z mandaryńskiego - dziadek
[9] Tai tai - kolokwialny termin na określenie bogatej mężatki, która nie pracuje.
[10] z mandaryńskiego - matka męża
[11] Shizun - termin używany w taoizmie i buddyzmie, który można przetłumaczyć jako "szacowny mistrz".
[12] Minghun - tradycja zaślubin w zaświatach (związana z kultem przodków).