Niewidzialny człowiek - Herbert George Wells

Kup ebooka

23.90 zł
19.83 zł (20,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

Zja­wie­nie się dziw­nego czło­wieka

Pew­nego wietrz­nego dnia, w pierw­szej poło­wie lutego, zja­wił się obcy przy­bysz. Brnął przy ostrym wie­trze przez obfity śnieg, ostatni w tym roku. Szedł przez bło­nie od sta­cji kolei Bram­ble­hurst, nio­sąc mały czarny tłu­mo­czek w ręce okry­tej grubą ręka­wiczką. Zawi­nięty był od stóp do głów, a miękki fil­cowy kape­lusz zakry­wał każdy cen­ty­metr jego twa­rzy, z wyjąt­kiem końca błysz­czą­cego nosa; śnieg pokrył grubo jego plecy i piersi, doda­jąc bia­łej osłony nie­sio­nemu prze­zeń pakun­kowi. Dziwny przy­bysz wto­czył się do hotelu "Pod kon­nym powo­zem" led­wie żywy i cisnął swój tłu­mok na zie­mię.

- Ognia - krzyk­nął - w imię lito­ści i ludz­ko­ści! Pokoju i ognia!

Zaczął tupać nogami i strze­py­wać z sie­bie śnieg w bufe­cie, po czym udał się za panią Hall do gościn­nego pokoju, aby zawrzeć umowę. Przed­sta­wił się, cisnął na stół kilka brzę­czą­cych monet i poszedł zająć kwa­terę.

Pani Hall roz­pa­liła ogień i, pozo­sta­wia­jąc gościa w pokoju, poszła przy­go­to­wać mu wła­sno­ręcz­nie jakiś posi­łek. Gość zatrzy­mu­jący się w Iping w środku zimy to było nie­sły­chane szczę­ście, nie mówiąc już o tym, że nie tar­go­wał się, toteż posta­no­wiła oka­zać się godna tego nie­spo­dzie­wa­nego, a pomyśl­nego dla niej zrzą­dze­nia losu.

Skoro sło­nina zaczęła się już dobrze przy­sma­żać, a Mil­lie, jej fleg­ma­tyczna pomoc­nica, ruszyła się nieco żywiej pod wpły­wem kilku zręcz­nie dobra­nych, pogar­dli­wych zdań, pani Hall zanio­sła obrus, tale­rze i szklanki do salonu i zaczęła roz­kła­dać je z pie­czo­ło­wi­to­ścią.

Jak­kol­wiek ogień pło­nął już dosyć żywo, jed­nak, ku jej zdzi­wie­niu, gość cią­gle jesz­cze stał w kape­lu­szu i płasz­czu, zwró­cony ple­cami ku niej, wyglą­da­jąc przez okno i spo­glą­da­jąc na pada­jący na dzie­dzińcu śnieg.

Ukryte w ręka­wicz­kach dło­nie zało­żył w tył i zda­wał się zato­piony w myślach. Zauwa­żyła, że top­nie­jący śnieg, który cią­gle jesz­cze zwil­żał jego plecy, spa­dał kro­plami na dywan.

- Czy mogę wziąć pań­ski kape­lusz i płaszcz - spy­tała - do wysu­sze­nia w kuchni?

- Nie - odparł bez odwra­ca­nia się.

Nie była pewna, czy sły­szała jego słowa i już miała powtó­rzyć pyta­nie, gdy gość odwró­cił głowę i spoj­rzał na nią przez ramię.

- Wolę je zatrzy­mać na sobie - rzekł z naci­skiem.

Przy tej spo­sob­no­ści pani Hall zauwa­żyła, że miał on wiel­kie nie­bie­skie oku­lary z bocz­nymi skrzy­dłami i że krza­cza­ste boko­brody wyzie­rały mu zza koł­nie­rza, który cał­ko­wi­cie zasła­niał jego policzki i twarz.

- Bar­dzo dobrze, panie - powie­działa. - Jak się panu podoba. Za chwilę pokój będzie cie­plej­szy.

Nic na to nie odrzekł, odwró­cił od niej znowu twarz, a pani Hall, widząc, że jej próby nawią­za­nia roz­mowy speł­zły na niczym, poło­żyła tylko zastawę i wymknęła się z pokoju. Gdy powró­ciła, gość stał cią­gle jesz­cze w tym samym miej­scu, jak gdyby wykuty z kamie­nia, zgar­biony, z pod­nie­sio­nym koł­nie­rzem, skrzy­dłami kape­lu­sza opusz­czo­nymi w dół, twa­rzą i uszami zupeł­nie zakry­tymi. Posta­wiła jaja, sło­ninę i dobit­nie zawo­łała raczej, niż powie­działa:

- Śnia­da­nie pań­skie gotowe!

- Dzię­kuję - odparł gość i nie ruszył się, póki nie zamknęła za sobą drzwi. Potem uczy­nił szybki zwrot i zbli­żył się do stołu z pewną skwa­pli­wo­ścią.

Gdy gospo­dyni udała się do kuchni, usły­szała tam dźwięk, powta­rza­jący się w pew­nych odstę­pach. Był to dźwięk łyżki wyskro­bu­ją­cej sta­ran­nie miskę.

- Ach, ta dziew­czyna! - zawo­łała pani Hall. - Ot, zupeł­nie zapo­mnia­łam! Ona zawsze tak maru­dzi!

Kiedy skoń­czyła mie­sza­nie musz­tardy, wymie­rzyła Mil­lie kilka słow­nych cio­sów za jej nad­zwy­czajną powol­ność.

Sama prze­cież przy­go­to­wała jaja ze sło­niną, nakryła stół i zro­biła wszystko, kiedy Mil­lie, ładna z niej pomoc!, zdą­żyła zale­d­wie spóź­nić się z musz­tardą. A to prze­cież nowy gość zamie­rza­jący zostać dłu­żej.

Po tych sło­wach napeł­niła słoik musz­tardą, umie­ściła go z pewną wynio­sło­ścią na złoto-czar­nej tacy her­ba­cia­nej i zanio­sła do salonu.

Zapu­kała i weszła nagle. W tej chwili jej gość poru­szył się tak szybko, iż led­wie ujrzała jakiś biały przed­miot zni­ka­jący za sto­łem. Zda­wało się, że pod­nosi coś z pod­łogi. Posta­wiła mocno słoik z musz­tardą na stole, a potem zauwa­żyła, że płaszcz i kape­lusz zostały już zdjęte i zawie­szone na krze­śle przed ogniem. Para mokrych butów gro­ziła rdzą sta­lo­wej kra­cie przy kominku. Pode­szła śmiało ku tym przed­miotom.

- Sądzę, że obec­nie mogę zabrać to do wysu­sze­nia? - powie­działa gło­sem, który nie dopusz­czał sprze­ciwu.

- Pro­szę zosta­wić kape­lusz - odparł gość przy­tłu­mio­nym gło­sem, a gdy się znowu odwró­ciła, spo­strze­gła, iż pod­niósł głowę i patrzył na nią.

Przez chwilę stała, wpa­tru­jąc się w niego zbyt zdu­miona, by móc mówić. Przy­nie­sioną przez nią ser­wetę trzy­mał przed dolną czę­ścią twa­rzy tak, że usta i zęby były cał­ko­wi­cie zakryte i to było przy­czyną przy­tłu­mie­nia jego głosu. Ale nie to by­naj­mniej wpra­wiło panią Hall w zdu­mie­nie. Zdzi­wił ją fakt, że czoło ponad nie­bie­skimi oku­la­rami pokry­wał ban­daż, a drugi osła­niał uszy, nie zosta­wia­jąc ani odro­biny twa­rzy wol­nej, z wyjąt­kiem różo­wego zadar­tego nosa. Był on tak samo jasny, różowy i poły­sku­jący jak poprzed­nio. Gość miał na sobie bru­natny wel­we­towy żakiet z wyso­kim, czar­nym, pod­szew­ko­wym koł­nie­rzem obej­mu­ją­cym szczel­nie szyję. Grube czarne włosy, wymy­ka­jące się spod ban­daży wysta­wały w kształ­cie dziw­nych ogon­ków i rogów, nada­jąc mu oso­bliwy wygląd. Oban­dażowana i otu­lona głowa była tak bar­dzo nie­po­dobna do tego, co się spo­dzie­wała ujrzeć pani Hall, iż przez chwilę gospo­dyni stała jak wryta.

Gość nie usu­nął ser­wety, lecz trzy­mał ją, jak to dobrze teraz widziała, dło­nią okrytą w bru­natną ręka­wiczkę i wpa­try­wał się w gospo­dy­nię przez swe nie­zba­dane, pozba­wione wyrazu oczy.

- Pro­szę zosta­wić kape­lusz - powie­dział, wyrzu­ca­jąc nie­wy­raźne słowa przez białą ser­wetę.

Zaczęła się uspo­ka­jać po dozna­nym wstrzą­sie. Powie­siła znowu kape­lusz na krze­śle przy ogniu.

- Nie wie­dzia­łam, panie - zaczęła - że...

I urwała nagle zakło­po­tana.

- Dzię­kuję - powie­dział sucho, prze­no­sząc wzrok z niej na drzwi, a potem z drzwi znowu na nią.

- Ja to wszystko, panie, zaraz pięk­nie wysu­szę - powie­działa i wynio­sła ubra­nie z pokoju.

Spoj­rzała na jego spo­witą w biel głowę i ciemne oku­lary w chwili, gdy wysu­wała się za drzwi; ser­weta nie­ustan­nie jesz­cze zakry­wała twarz męż­czy­zny. Pani Hall zadrżała nieco, zamy­ka­jąc za sobą drzwi, a obli­cze jej wyra­żało bez­brzeżne zdu­mie­nie i zmie­sza­nie.

- Ni­gdy! - szep­nęła. - Patrz­cie!

Udała się spo­koj­nie do kuchni, gdzie była zanadto zajęta myślami, by zapy­tać Mil­lie, w czym się w tej chwili grze­bie.

Gość sie­dział i słu­chał jej odda­la­ją­cych się kro­ków. Spoj­rzał badaw­czym wzro­kiem ku oknu, potem znowu napeł­nił usta, wresz­cie powstał i bio­rąc ser­wetę w rękę, prze­szedł w poprzek pokoju i ścią­gnął na dół roletę aż do gór­nego rąbka bia­łego muślinu zasła­nia­ją­cego dolne szyby. W pokoju zapa­no­wał zmrok. Powró­cił z wyra­zem spo­koju do stołu i do pokarmu.

- Bie­dak, musiał mieć jakiś wypa­dek albo ope­ra­cję, czy coś takiego - powie­działa pani Hall. - Jakże mnie te ban­daże zdzi­wiły!

Doło­żyła nieco węgla roz­su­nęła kozła i roz­ło­żyła na nim ubra­nie podróż­nego.

- A te oku­lary! Wszakże wygląda w nich bar­dziej jak nurek w heł­mie niż czło­wiek.

Sza­lik zawie­siła na rogu kozła.

- Cały czas trzyma chustkę na ustach i mówi przez nią!... Może i usta ule­gły uszko­dze­niu, być może!

Uczy­niła nagły zwrot jak czło­wiek, który sobie coś przy­po­mina.

- Na mą duszę! - zawo­łała, rusza­jąc z miej­sca. Czyś nie skoń­czyła jesz­cze z ziem­nia­kami, Mil­lie?

Gdy pani Hall udała się w celu uprząt­nię­cia zastawy po śnia­da­niu, jej przy­pusz­cze­nie, iż usta jej gościa musiały być także pocięte lub zde­for­mo­wane, zostało potwier­dzone, ponie­waż, choć palił fajkę, w ciągu całego jej pobytu w pokoju nawet wkła­da­jąc w usta cybuch, nie odwią­zy­wał jedwab­nego sza­lika osła­nia­ją­cego dolną część twa­rzy. Było to celowe dzia­ła­nie, ponie­waż widziała, że zaj­rzał w tytoń, gdy prze­stał się palić. Sie­dział w kącie zwró­cony ple­cami ku role­cie, a najadł­szy się i roz­grzaw­szy, mówił obec­nie z mniej przy­krą zwię­zło­ścią niż poprzed­nio. Ogień odbi­jał się teraz w jego wiel­kich oku­la­rach, powo­du­jąc pewne oży­wie­nie całej postaci, któ­rego dotąd bra­ko­wało.

- Mam nieco bagażu - powie­dział - na sta­cji Bram­ble­hurst...

I spy­tał, jakim spo­so­bem mógłby rze­czy spro­wa­dzić. Skła­niał swą oban­da­żo­waną głowę uprzej­mie w odpo­wie­dzi na jej wyja­śnie­nia.

- Jutro! - powie­dział. - Czyż nie mogą być szyb­ciej dostar­czone?

Zda­wało się, że doznał zawodu, gdy mu odparła:

- Nie.

- Czy jest pani cał­kiem pewna? Czy nikt nie mógłby poje­chać z wóz­kiem?

Pani Hall skwa­pli­wie odpo­wia­dała na jego pyta­nia i stąd roz­wi­nęła się poga­wędka.

- Na bło­niu bar­dzo stroma droga, panie - odparła na pyta­nie odno­szące się do wozu. A potem, usi­łu­jąc kon­ty­nu­ować dal­szą roz­mowę, rze­kła:

- Prze­szło rok temu prze­wró­cił się na dro­dze powóz, a podróżny i woź­nica zgi­nęli na miej­scu. O wypa­dek nie­trudno, pro­szę pana, w jed­nej chwili!

Ale gość nie dał się prze­ko­nać.

- Nie­trudno - powie­dział przez swój sza­lik, patrząc na nią spo­koj­nie przez swe nie­prze­nik­nione oku­lary.

- Ale za to trzeba wiele czasu, żeby się z niego wygoić, prawda, panie? Oto na przy­kład syn mojej sio­stry, Tomasz, roz­ciął sobie rękę kosą, na którą upadł przy kosze­niu siana; cho­ro­wał przez to całe trzy mie­siące, panie! Trudno w to uwie­rzyć. Od tego czasu, panie, mam strach przed kosą.

- Zupeł­nie to rozu­miem - rzekł gość.

- Pew­nego razu oba­wia­li­śmy się, że będzie musiał pod­dać się ope­ra­cji, tak mu było źle, panie.

Gość roze­śmiał się krótko, a raczej wark­nął ochry­ple.

- Czy tak? - spy­tał.

- Naprawdę, panie. A nie było się z czego śmiać dla tych, któ­rzy musieli tań­czyć około niego tak, jak ja musia­łam, bo sio­stra była zajęta swym dziec­kiem. Musia­łam zakła­dać, panie, ban­daże i odwi­jać je znowu. Tak, że jeżeli mi pan pozwoli powie­dzieć sobie, to...

- Pro­szę o zapałki - powie­dział gość nagle. - Fajka mi zga­sła.

Pani Hall została nagle powstrzy­mana w swym zapale. Nie­wąt­pli­wie postą­pił bar­dzo nie­uprzej­mie po tym wszyst­kim, co mu powie­działa. Dyszała przez chwilę z urazą, potem jed­nak przy­po­mniała sobie dwie otrzy­mane złote monety. Poszła więc po zapałki.

- Dzię­kuję - powie­dział krótko i węzło­wato, gdy pani Hall poło­żyła przed nim zapałki.

Odwró­cił się ku niej ple­cami i zaczął znowu wyglą­dać przez okno. Widocz­nie był draż­liwy na punk­cie ope­ra­cji i ban­daży. W każ­dym razie nie miała już śmia­ło­ści powie­dzieć nic wię­cej. Jed­nak jego lek­ce­wa­żący spo­sób trak­to­wa­nia draż­nił ją, co się mocno tego popo­łu­dnia odbiło na bied­nej Mil­lie.

Gość pozo­stał w salo­nie aż do godziny czwar­tej, nie dając naj­mniej­szej spo­sob­no­ści do wtrą­ca­nia się w jego sprawy. W ciągu tego czasu zacho­wy­wał się prze­waż­nie spo­koj­nie; zda­wało się, iż sie­dział w ciem­no­ści, paląc fajkę przy świe­tle ognia, a może drze­miąc.

Raz czy dwa cie­kaw­ski pod­słu­chi­wacz mógł usły­szeć jego kroki w pokoju. Zda­wało się, że mówił do sie­bie. Potem fotel zaskrzy­piał, gdy na nim znowu usiadł.

Rozdział II

Pierw­sze wra­że­nia pana Teddy'ego Hen­freya

O godzi­nie czwar­tej, gdy się cał­ko­wi­cie ściem­niło, a pani Hall zbie­rała się na odwagę, by wejść i spy­tać swego gościa, czy życzy sobie her­baty, wszedł do bufetu Teddy, napra­wiacz zega­rów.

- O na Boga! Pani Hall - zawo­łał. - Ależ to psia robota, na cien­kie buciki!

Śnieg padał coraz gęściej.

Pani Hall potwier­dziła, a potem zauwa­żyła, że Hen­frey ma ze sobą worek z narzę­dziami.

- Skoro pan już jest tutaj, panie Teddy - powie­działa - chcia­ła­bym, żeby pan zaj­rzał do mego sta­rego zegara w salo­nie. Idzie i bije wcale dobrze, tylko wska­zówka godzi­nowa cią­gle poka­zuje szó­stą.

Idąc, pierw­sza prze­szła w poprzek, ku drzwiom salonu, zapu­kała i weszła. Otwie­ra­jąc drzwi, spo­strze­gła, iż jej gość sie­dzi w fotelu przed ogniem, drze­miąc, pozor­nie przy­naj­mniej, z oban­da­żo­waną głową zwie­szoną na bok. Jedyne świa­tło pocho­dziło od ognia w kominku. Wszystko miało rudawy kolor, przed­sta­wiało się jej oczom jak nie­wy­raźne cie­nie, a to tym bar­dziej, iż dopiero co zapa­liła lampy w bufe­cie i miała nieco pora­żony wzrok. Przez chwilę zda­wało się jej, że męż­czy­zna, na któ­rego patrzy, ma olbrzy­mie usta, sze­roko roz­warte, nie do uwie­rze­nia olbrzy­mie, zaj­mu­jące całą dolną część twa­rzy. Gdy weszli, ruszył się na swym krze­śle, żach­nął i pod­niósł dłoń. Pani Hall otwo­rzyła drzwi na oścież tak, że w pokoju zro­biło się wid­niej, wsku­tek czego ujrzała go wyraź­niej, z sza­li­kiem przy ustach, tak samo, jak go widziała poprzed­nio z ser­wetą. Sądziła, że to po pro­stu cie­nie oma­miły jej wzrok.

- Pozwoli pan, by ten czło­wiek zaj­rzał do zegara? - spy­tała, odzy­sku­jąc znowu spo­kój.

- Zaj­rzeć do zegara? - odpo­wie­dział, spo­zie­ra­jąc wkoło sen­nie i mówiąc przez rękę, a potem, roz­bu­dziw­szy się zupeł­nie, dodał: - I ow­szem.

Pani Hall poszła po lampę, a tym­cza­sem gość wstał i prze­cią­gnął się. Potem poja­wiło się świa­tło, a pan Teddy Hen­frey, wcho­dząc, zna­lazł się nie­opo­dal tej zaban­da­żo­wa­nej oso­bi­sto­ści. Poczuł wtedy jakiś lęk.

- Dobre popo­łu­dnie - rzekł obcy, patrząc na niego jak rak...

- Sądzę - rzekł pan Hen­frey - że nie jestem natrętny.

- By­naj­mniej - odparł obcy. - Jak­kol­wiek, o ile rozu­miem - rzekł, zwra­ca­jąc się do pani Hall - pokój ten prze­zna­czony jest do mego wyłącz­nie użytku.

- Przy­pusz­czam - odparła pani Hall - że pan woli mieć zega­rek...

- Zapewne - odparł obcy - zapewne, ale poza tym pra­gnę być sam i nie dozna­wać żad­nej prze­szkody.

Zwró­cił się ple­cami do kominka i zało­żył ręce w tył.

- A teraz - dodał - skoro tylko naprawa zegara się skoń­czy, chciał­bym dostać nieco her­baty. Ale nie wcze­śniej, niż napra­wia­nie zegarka się skoń­czy.

Pani Hall miała zamiar opu­ścić pokój, nie czy­niła tym razem żad­nej próby nawią­za­nia roz­mowy, ponie­waż nie pra­gnęła być pogar­dli­wie potrak­to­wana w obec­no­ści pana Hen­freya. Gdy gość spy­tał ją, czy poczy­niła już jakieś kroki w celu spro­wa­dze­nia jego rze­czy z Bram­ble­hurst, obja­śniła że wspo­mniała o spra­wie pocz­ty­lio­nowi i że bagaż zosta­nie spro­wa­dzony naza­jutrz.

- Jesteś pani pewna, że wcze­śniej nie można? - spy­tał.

Była pewna z wyraźną ozię­bło­ścią.

- Powi­nie­nem wyja­śnić - dodał - czego nie uczy­ni­łem poprzed­nio, będąc fak­tycz­nie zanadto zmar­z­nięty i znu­żony, iż jestem bada­czem doświad­czal­nym.

- Ach tak, panie - powie­działa pani Hall, mocno zain­try­go­wana.

- A mój bagaż zawiera apa­raty i odczy­niki. Spie­szy mi się oczy­wi­ście do dal­szego pro­wa­dze­nia moich docie­kań.

- Oczy­wi­ście, panie.

- Powo­dem, dla któ­rego przy­by­łem do Iping - cią­gnął dalej z pewną roz­wagą - było... pra­gnie­nie samot­no­ści. Pra­gnę, aby mi w pracy nie prze­szka­dzano. W dodatku do mojej pracy, przy­pa­dek...

Tak mi się zda­wało, pomy­ślała pani Hall.

- ...zmu­sza mnie do pew­nego odosob­nie­nia. Oczy moje są nie­raz tak słabe i tak mnie bolą, że muszę się zamy­kać w ciem­no­ści na całe godziny... zamy­kać się cza­sami... kiedy... nie­kiedy. Oczy­wi­ście nie w tej chwili. W takich razach naj­słab­sza prze­szkoda, wej­ście kogoś obcego do pokoju, staje się dla mnie źró­dłem nad­zwy­czaj bole­snego udrę­cze­nia... Pra­gnął­bym, aby to zostało zro­zu­miane.

- Oczy­wi­ście, panie - rze­kła pani Hall. - Ale jeżeli mi wolno ośmie­lić się i spy­tać...

- To już wszystko - rzekł obcy z tym spo­koj­nym i nie­za­wod­nym wyra­zem osta­tecz­nego zała­twie­nia sprawy, jaki mógł przy­bie­rać dowol­nie.

Pani Hall zacho­wała swe pyta­nia i swą empa­tię na lep­szą chwilę.

Kiedy pani Hall opu­ściła pokój, gość został w pozy­cji sto­ją­cej przed ogniem, spo­glą­da­jąc, jak powia­dał pan Hen­frey, na zegar. Pan Hen­frey pra­co­wał z lampą przy sobie, a zie­lony klosz rzu­cał silne świa­tło na jego dło­nie, na zegar i kółka, pogrą­ża­jąc resztę pokoju w cie­niu. Gdy spoj­rzał przed sie­bie, barwne płatki latały mu przed oczami. Będąc z natury czło­wie­kiem bar­dzo cie­ka­wym, wyjął maszy­ne­rię - co było cał­kiem nie­po­trzebne - z myślą odda­le­nia chwili odej­ścia i być może z zamia­rem wda­nia się w roz­mowę z obcym. Ale obcy stał niemy i cichy. Tak cichy, że to zaczęło dzia­łać Hen­freyowi na nerwy. Poczuł się samotny w pokoju, a gdy pod­niósł oczy, ujrzał ciem­no­szarą oban­da­żo­waną głowę i olbrzy­mie ciemne soczewki wpa­trzone w niego upar­cie; zie­lono-pla­mi­sta mgła uno­siła się przed nimi. Zja­wi­sko to wzbu­dziło w Hen­freyu tak zabo­bonną trwogę, iż przez minutę wpa­try­wali się w sie­bie w mil­cze­niu. Potem Hen­frey spu­ścił znowu wzrok. Było to nad wyraz nie­miłe poło­że­nie. Tak by chciał coś powie­dzieć... Czy miałby może zauwa­żyć, iż pogoda była, jak na tę porę roku, nieco za zimna? Spoj­rzał znowu w górę, jak gdyby w celu wymie­rze­nia tego pierw­szego strzału.

- Pogoda... - zaczął.

- Czemu pan nie koń­czy i sobie nie idzie? - rze­kła sztywna postać, wyraź­nie w sta­nie led­wie powścią­ga­nego gniewu. - Wszystko, co pan ma zro­bić, to utwier­dzić wska­zówkę godzi­nową na jej osi. Pan po pro­stu urzą­dza jakieś sztuczki.

- Oczy­wi­ście, panie, w minutę będę gotów. Prze­śle­pi­łem...

Pan Hen­frey skoń­czył robotę i wyszedł.

Ale wyszedł z uczu­ciem nad­zwy­czaj­nego udrę­cze­nia.

- Niech licho porwie! - bąk­nął sam do sie­bie, brnąc przez świeżo spa­dły śnieg ku wsi. - Czło­wiek musi zaba­wiać się nie­kiedy napra­wia­niem zega­rów.

Potem znowu cią­gnął dalej.

- Czyż nie wolno czło­wie­kowi spoj­rzeć na cie­bie? Szka­radny! Widać, że nie. Gdyby nawet poli­cja szu­kała cię, nie mógł­byś być bar­dziej oban­da­żo­wany i otu­lony.

W zaułku Gle­esona Hen­frey spo­tkał Halla, który świeżo poślu­bił gospo­dy­nię dziw­nego przy­by­sza i cza­sami trud­nił się prze­wo­że­niem podróż­nych do przy­stanku Sid­der­bridge, jeżeli ktoś tego zażą­dał; teraz wła­śnie wra­cał do domu.

Hall widać zatrzy­my­wał się na chwilę w Sid­der­bridge, co można było wnio­sko­wać ze spo­sobu jego powo­że­nia.

- Jak się masz, Teddy? - zawo­łał, mija­jąc go.

- Macie tam w domu dzi­waka! - rzekł Teddy.

Hall uprzej­mie ścią­gnął cugle.

- Co powia­da­cie? - spy­tał.

- Dzi­wacz­nie wyglą­da­jący pan zatrzy­mał się w waszym zajeź­dzie - odparł Teddy. - Niech­że mnie licho!

Powie­dziaw­szy to, zaczął żywo opi­sy­wać gro­te­sko­wego gościa jego żony.

- Wygląda mi to tro­chę na prze­bra­nie, czyż nie? Ja bym tam musiał widzieć twarz czło­wieka, który by się zatrzy­mał u mnie na miesz­ka­nie - rzekł Hen­frey. - Ale kobiety są pełne ufno­ści, gdy cho­dzi o ludzi obcych. Zajął wasze pokoje i nie zdra­dził nawet swego nazwi­ska.

- Czy być może? - rzekł Hall, który słabo rozu­miał, o co cho­dzi.

- Tak - odparł Teddy. - Na tygo­dnie. Kto­kol­wiek to jest, nie można się go pozbyć przed upły­wem tygo­dnia. Powiada, że jutro spo­dziewa się mnó­stwa pakun­ków. Miejmy nadzieję, Hallu, że to nie będą kamie­nie w pakach.

Opo­wie­dział Hal­lowi o tym, jak to ciotkę jego w Hastings oszu­kał obcy przy­bysz z pustym tłu­mocz­kiem.

W ogóle pozo­sta­wił Halla w sta­nie nie­ja­snego podej­rze­nia.

- Wio! Sta­ru­cha - zawo­łał Hall. - Zdaje mi się, że trzeba będzie pomy­śleć o tej spra­wie.

Teddy poszedł dalej swoją drogą, z umy­słem znacz­nie uspo­ko­jo­nym.

Hall nato­miast, zamiast pomy­śleć o tej spra­wie, został po powro­cie mocno zła­jany przez swą żonę za to, że tak długo sie­dział w Sid­der­bridge, a jego łagodne wypy­ty­wa­nia spo­tkały się ze zgryź­li­wymi odpo­wie­dziami, wcale go nie­za­spo­ka­ja­ją­cymi. Ale ziarno podej­rze­nia, zasiane przez Teddy'ego, kieł­ko­wało w umy­śle Halla pomimo tych znie­chę­ca­ją­cych począt­ków.

- Wy, baby, nie wie­cie wszyst­kiego - rzekł Hall, zde­cy­do­wany dowie­dzieć się cze­goś pew­niej­szego o oso­bie swego gościa przy naj­bliż­szej spo­sob­no­ści.

A kiedy obcy przy­bysz poło­żył się spać, co nastą­piło około godziny wpół do dzie­sią­tej, Hall udał się zama­szy­ście do salonu i spo­glą­dał bar­dzo surowo na meble swo­jej żony na dowód, że obcy nie był tam panem; wresz­cie przej­rzał badaw­czo, a nieco pogar­dli­wie, arkusz obli­czeń mate­ma­tycz­nych pozo­sta­wiony tam przez gościa. Uda­jąc się na spo­czy­nek, zale­cił pani Hall, aby bar­dzo tro­skli­wie zba­dała bagaż gościa, kiedy go przy­wiozą następ­nego dnia.

- Patrz swego nosa i inte­resu - odparła pani Hall - a ja będę pil­no­wała swego.

Czuła się o tyle bar­dziej skłonna do swa­rów z mężem, iż obcy gość był nie­wąt­pli­wie nie­zwy­kle dziw­nym gatun­kiem przy­by­sza, a ona sama wcale nie miała naj­mniej­szej co do niego pew­no­ści. W środku nocy zbu­dziła się z powodu snu o olbrzy­mich, bia­łych jak bru­kiew, gło­wach pomy­ka­ją­cych za nią na końcu nie­zmier­nie dłu­giej szyi i ści­ga­ją­cych ją spoj­rze­niami czar­nych oczu. Ale, będąc roz­sądną kobietą, przy­tłu­miła wszel­kie obawy, odwró­ciła się na drugi bok i zasnęła.

Rozdział III

Tysiąc i jedna butelka

Stało się więc, że 28 lutego, na samym początku odwilży, szcze­gólna oso­bi­stość przy­była z nie­skoń­czo­no­ści do wsi Iping. Następ­nego dnia przy­wle­kły się po bło­cie i rze­czy - istot­nie oso­bliwe. Skła­dało się na nie kilka kufrów, takich, jakie roz­tropny czło­wiek mógł posia­dać, ale w dodatku do kufrów zna­la­zła się skrzy­nia z książ­kami, wiel­kimi gru­bymi książ­kami, z któ­rych kilka było w jakimś nie­zro­zu­mia­łym piśmie, ponadto tuzin czy wię­cej kla­tek z desek drew­nia­nych, pak i skrzy­nek, zawie­ra­ją­cych przed­mioty opa­ko­wane w słomę... butelki szklane. Przy­bysz, otu­lony w kape­lusz, palto, ręka­wiczki i szal, wyszedł nie­cier­pli­wie na spo­tka­nie wozu z Pearen­side, kiedy Hall gawę­dził sobie nieco przed zanie­sie­niem rze­czy do pokoju. Wyszedł, nie zwra­ca­jąc uwagi na psa, który wąchał nogi Halla.

- Spiesz­cie się ze skrzy­niami - powie­dział. - Już i tak dosyć długo cze­ka­łem.

Zszedł po scho­dach ku wozowi, jak gdyby z zamia­rem uję­cia mniej­szych skrzy­nek. Gdy tylko pies spo­strzegł Halla, zaczął się jeżyć i war­czeć zaja­dle, a kiedy ten biegł po scho­dach, pies pod­sko­czył, a potem dał susa pro­sto do jego ręki.

- Hej! Hej! - zawo­łał Hall, odska­ku­jąc, bo nie był wcale boha­te­rem wobec psów.

Woź­nica zaś zawo­łał:

- Leżeć! - I chwy­cił za bicz.

Oka­zało się, że zęby psa ześli­znęły się po ręce, dało się sły­szeć kop­nię­cie, a pies uczy­nił skok w bok i oparł się o nogi gościa, co spo­wo­do­wało pęk­nię­cie jego spodni. Potem cień­szy koniec bata woź­nicy dosię­gnął jego wła­sno­ści, a pies, wyjąc z trwogi, schro­nił się pod kołami wozu. Wszystko to stało się w ciągu pół minuty. Nikt nie wymó­wił ani słowa, każdy krzy­czał. Przy­bysz spoj­rzał pospiesz­nie na swą roz­dartą ręka­wiczkę i na swą nogę, pochy­lił się ku niej, potem odwró­cił się na miej­scu i wbiegł szybko po scho­dach do zajazdu. Woź­nica i Hall sły­szeli, jak biegł pospiesz­nie przez kory­tarz, potem po scho­dach do pokoju sypial­nego.

- Ach, ty bydlaku! - rzekł woź­nica, zła­żąc z wozu z biczem, gdy pies śle­dził go poprzez koła. - Do nogi! - zawo­łał woź­nica. - Chodź lepiej dobro­wol­nie.

Hall stał, gapiąc się.

- Został przez psa pogry­ziony - ode­zwał się. - Pójdę zoba­czyć, co się z nim dzieje. - I powlókł się za przy­by­szem.

W przej­ściu spo­tkał panią Hall.

- Pies woź­nicy ugryzł gościa - rzekł.

Udał się pro­sto na pierw­sze pię­tro, a ponie­waż drzwi były uchy­lone, roz­warł je sze­roko i wszedł bez cere­mo­nii, gdyż z natury swej był wścib­ski. Roleta była opusz­czona, a w pokoju pano­wała ciem­ność. Hall spo­strzegł naj­oso­bliw­szą rzecz pod słoń­cem, bo zwra­ca­jące się ku niemu, a pozba­wione ręki ramię i twarz o trzech olbrzy­mich nie­okre­ślo­nych bia­łych pla­mach, podobną do twa­rzy bla­dego bratka. Potem poczuł gwał­towne ude­rze­nie w piersi, odrzu­ce­nie, a następ­nie drzwi zatrza­snęły się za nim i zostały zamknięte na klucz. Działo się to wszystko tak prędko, iż nie miał nawet czasu na poczy­nie­nie spo­strze­żeń. Teraz stał w małej ciem­nej sieni, myśląc o tym, co widział. W kilka chwil potem przy­łą­czył się do małej grupki ludzi zgro­ma­dzo­nych przed zajaz­dem. Woź­nica opo­wia­dał wszystko od początku po raz drugi, pani Hall tłu­ma­czyła mu, że jego pies nie powi­nien gryźć jej gości. Był tam też Huxter, skle­pi­karz z naprze­ciwka, wypy­tu­jący o wszystko, dalej Sandy Wad­gers z kuźni, bawiący się w sędziego, obok nich zaś jesz­cze kobiety i dzieci wygła­sza­jące mnó­stwo bzdur.

- Już ja bym tam nie pozwo­liła sie­bie ugryźć! To nie ma sensu mieć takie psy. Za cóż on go ugryzł? - I tak dalej.

Hall, patrząc na nich ze scho­dów i przy­słu­chu­jąc się, nie mógł uwie­rzyć, iż widział przed sobą coś tak oso­bli­wego. Jego słow­nik był za ubogi na okre­śle­nie dozna­nych wra­żeń.

- Nie potrze­buje pomocy, jak sam powiada - odparł na pyta­nie posta­wione mu przez żonę. - Ot, lepiej zno­śmy rze­czy do środka.

- Powi­nien sobie zaraz kazać wypa­lić - ode­zwał się Huxter - zwłasz­cza że może się wywią­zać zapa­le­nie.

- Ja bym przede wszyst­kim zastrze­liła psa - ode­zwała się jakaś nie­wia­sta w gru­pie.

Nagle pies zaczął znowu war­czeć.

- Śpiesz­cie się! - wołał gniewny głos w drzwiach, gdzie stał opa­tu­lony przy­bysz z posta­wio­nym do góry koł­nie­rzem i opusz­czo­nym ron­dem kape­lu­sza. - Im prę­dzej znie­sie­cie rze­czy do środka, tym mi będzie przy­jem­niej.

Jakiś świa­dek sceny zauwa­żył, że spodnie i ręka­wiczki zostały zmie­nione.

- Czy pies pana ugryzł? - spy­tał woź­nica. - Jest mi bar­dzo przy­kro...

- Ani odro­binę - rzekł gość. - Nawet skóry nie dra­snął. Śpiesz­cie się z wypa­ko­wa­niem.

Potem, według zezna­nia Halla, zaklął pod nosem.

Zale­d­wie pierw­szą skrzy­nię zanie­siono do salonu, gość rzu­cił się na nią z nie­sły­chaną łap­czy­wo­ścią i zaczął roz­pa­ko­wy­wać, roz­rzu­ca­jąc słomę po dywa­nie pani Hall, wydo­by­wa­jąc butelki: małe pękate butelki zawie­ra­jące proszki, małe deli­katne bute­leczki zawie­ra­jące zabar­wione i białe płyny, row­ko­wane nie­bie­skie butelki z napi­sem "tru­ci­zna", butelki pękate o wysmu­kłych szyj­kach, wiel­kie zie­lone butelki, butelki ze szkla­nymi kor­kami i przy­kle­jo­nymi ety­kie­tami, butelki z deli­kat­nymi kor­kami, butelki z czo­pami, butelki z drew­nia­nymi głów­kami, butelki do wina, do oliwy sto­ło­wej - a wszyst­kie, w miarę wyj­mo­wa­nia, usta­wiał rzę­dami na biurku, na kominku, na stole pod oknem, na pod­ło­dze, na pół­kach do ksią­żek, sło­wem - wszę­dzie. Wła­ści­ciel dro­ge­rii w Bram­ble­hurst nie miał nawet połowy tych bute­lek. Było doprawdy na co patrzeć. Jedna skrzy­nia po dru­giej były wypa­ko­wane, aż wresz­cie wszyst­kie, w licz­bie sze­ściu, zostały opróż­nione, a na stole zale­gła sterta słomy. Jedyne przed­mioty, jakie zna­la­zły się obok bute­lek, to pro­bówki i sta­ran­nie zapa­ko­wane szalki do badań.

Skoro tylko skrzy­nie zostały roz­pa­ko­wane, gość pod­szedł ku oknu i zabrał się do roboty, nie trosz­cząc się wcale o pod­ściółkę ze słomy, o ogień, który wygasł, o skrzy­nię z książ­kami na dwo­rze ani o kufry i inne przy­nie­sione na górę pakunki.

Gdy pani Hall przy­nio­sła obiad, gość był już tak zato­piony w swej pracy i tak zajęty wle­wa­niem drob­nych kro­pe­lek pły­nów do pro­bó­wek, że nie sły­szał jej, póki nie zmio­tła roz­sy­pa­nej słomy i nie posta­wiła tacy na stole, może z odro­biną nie­chęci, widząc, w jakim sta­nie znaj­do­wała się pod­łoga. Wtedy odwró­cił nieco głowę i natych­miast powró­cił do pier­wot­nej pozy­cji. Ale widziała, że zdjął oku­lary, które leżały obok niego na stole, a przy tym zda­wało się jej, że oczo­doły miał nie­sły­cha­nie głę­bo­kie. Wło­żył znowu oku­lary, po czym odwró­cił się i spoj­rzał na nią. Już miała skar­żyć się na słomę na pod­ło­dze, gdy zaczął mówić pierw­szy:

- Życzę sobie, aby pani nie wcho­dziła bez puka­nia - powie­dział tonem nad­zwy­czaj­nego znie­cier­pli­wie­nia, tak mu wła­ści­wego.

- Puka­łam, ale widocz­nie...

- Być może, iż pani pukała. Ale przy moich bada­niach... przy moich istot­nie bar­dzo pil­nych i nie­zbęd­nych bada­niach... naj­lżej­sza prze­szkoda, wstrzą­śnie­nie drzwiami... Muszę pro­sić panią...

- Ow­szem. Ależ może pan zamy­kać się na klucz, jeżeli panu się tak podoba.

- Bar­dzo dobra myśl - powie­dział gość.

- Tylko ta słoma, panie! Jeżeli mi wolno zro­bić uwagę...

- Nie czyń pani żad­nej uwagi. Jeżeli słoma robi pani jaką róż­nicę, to pro­szę odpo­wied­nią kwotę wsta­wić do rachunku.

Ona zaś mruk­nęła coś pod nosem, jak gdyby klą­twę.

Gość tak był dziwny, tak napa­stliwy i wybu­cha­jący, gdy stał, trzy­ma­jąc w jed­nej ręce butelkę, a w dru­giej pro­bówkę, że pani Hall cał­kiem się zanie­po­ko­iła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki