Sowie Ucho
Był ciepły lipcowy wieczór 1835 roku, gdy Kasper Boeck, pasterz z małego miasteczka o nazwie Hirschwiller, zjawił się w filcowym kapeluszu zsuniętym niemal na plecy, z płócienną torbą na biodrze i z wielkim płowym psem u nogi przed obliczem burmistrza Petrusa Mauerera, który spożył właśnie wieczerzę i raczył się kieliszeczkiem kirschu na trawienie.
Burmistrz, wysoki i szczupły, z górną wargą ukrytą pod bujnym, siwym wąsem, służył swego czasu w armii arcyksięcia Karola. Był wesołego usposobienia, ale jak mawiano, trzymał w garści całe miasteczko, rządząc nim silną ręką.
- Panie burmistrzu! - zawołał wyraźnie poruszony pasterz.
Petrus Mauerer jednak nie dał mu powiedzieć tego, z czym przyszedł, tylko zmarszczył brwi i rzekł:
- Kasprze Boecku, w pierwszej kolejności zdejmij kapelusz, wyprowadź swojego psa, a jak wrócisz, przemów jasno i wyraźnie, bez jąkania, tak, żebym cię mógł zrozumieć.
To powiedziawszy, burmistrz, stojąc przy stole, spokojnie opróżnił kieliszeczek i obojętnym gestem otarł siwe wąsiska.
Kasper wyprowadził psa i wrócił bez kapelusza.
- A więc? - odezwał się Petrus, widząc milczącego pasterza. - Co się dzieje?
- Ano dzieje się, panie, to, że w ruinach Geierstein znowu pojawił się "duch".
- Ach tak! Spodziewałem się tego. Dobrze mu się przyjrzałeś?
- Bardzo dobrze, panie burmistrzu.
- Nie zamknąłeś oczu ze strachu?
- Nie zamknąłem, panie burmistrzu. Miałem oczy szeroko otwarte. To była jasna, księżycowa noc.
- Jaką miał postać?
- Niewysokiego człowieka.
- Doskonale! - rzekł Mauerer, po czym obracając się ku przeszklonym drzwiom po swojej lewej stronie, krzyknął: - Katel!
Drzwi się uchyliły i zajrzała przez nie stara służąca. - Tak, panie?
- Wybieram się na spacer na wzgórza. Zaczekasz na mnie do dziesiątej. Tu jest klucz.
- Tak, panie.
Stary żołnierz zdjął znad drzwi strzelbę, sprawdził, czy jest nabita, i przewiesił ją sobie przez ramię, po czym zwrócił się do Kaspra:
- Zawiadomisz strażnika ziemskiego, że czekam na niego w tej wąskiej, wysadzanej ostrokrzewem alejce za młynem. Ten twój "duch" to zapewne jakiś rabuś, choć gdyby się okazało, że to lis, sprawię sobie wspaniałą czapkę z nausznikami.
Mauerer i pełen pokory Kasper wyszli. Pogoda była cudowna, gwiazdy świeciły jasno i w nieprzebranej ilości. Gdy pasterz odszedł, żeby zawiadomić strażnika, burmistrz oddalił się wąską drożyną, która wiła się za starym kościołem wśród krzewów dzikiego bzu. Dwie minuty później Kasper i strażnik ziemski Hans Goerner z flintą na ramieniu już biegli, by w ostrokrzewowej alejce dołączyć do pana Petrusa. Cała trójka ruszyła następnie ku ruinom Geierstein.
Ruiny owe, położone jakieś dwadzieścia minut drogi od miasteczka, nie były niczym znaczącym - ot, kilka fragmentów rozpadających się murów od czterech do sześciu stóp wysokich, wystających to tu, to tam pośród wrzosowiska. Archeolodzy nazywali je w zależności od kaprysu akweduktami Seranusa, Castrum Romanum Holderlocka albo ruinami Teodoryka. Jedynym elementem, jaki zasługiwał tu na uwagę, były schody prowadzące do wykutego w skale zbiornika na wodę. W przeciwieństwie do zwykłych spiralnych schodów, te zamiast zataczać kręgi takiej samej wielkości, rozszerzały się, tak iż na samym dnie zbiornik był trzy razy szerszy niż na górze. Czy tak dziwaczna konstrukcja była owocem architektonicznego kaprysu, czy może powstała z jakiejś racjonalnej przyczyny? Nie ma to większego znaczenia. Liczy się tylko fakt, że dzięki takiej budowie w zbiorniku rozbrzmiewał osobliwy szum, taki, jaki można usłyszeć, przyciskając do ucha muszlę, i że dało się w nim pochwycić kroki wędrowców na żwirowej drożynie, szmer wiatru, szelest liści, a nawet odległe słowa ludzi przechodzących u stóp wzgórza.
Nasi trzej bohaterowie podążali zatem ścieżką wijącą się wśród winnic i ogrodów Hirschwiller.
- Jakoś niczego nie widzę - rzekł cierpko burmistrz.
- Ani ja - powiedział strażnik takim samym tonem.
- Jest na dole, w dziurze - wyszeptał pasterz.
- Zobaczymy, zobaczymy - odrzekł burmistrz.
I tak rozmawiając, po jakimś kwadransie cała trójka dotarła do zbiornika.
Jak już wspomniałem, noc była bezchmurna, przejrzysta i zupełnie spokojna. Księżyc wydobywał z mroku ciągnący się jak okiem sięgnąć nocny krajobraz pełen niebieskawych konturów i cieni smukłych drzew, czarnych, jakby je ktoś naniósł węglem. Zapach kwitnących wrzosów i żarnowców przesycał powietrze, a żaby na pobliskich moczarach wyśpiewywały swój hymn akcentowany tylko co jakiś czas momentami ciszy. Żadne takie szczegóły nie zaprzątały jednak uwagi naszych poczciwców, ci bowiem myśleli tylko o tym, jak dorwać ducha.
Gdy dotarli do schodów, wszyscy trzej stanęli i nasłuchiwali, po czym utkwili spojrzenia w nieprzeniknionym cieniu. Nic się nie pojawiło - ani nic się nie poruszyło.
- A niech to! - rzekł burmistrz. - Zapomnieliśmy zabrać choćby małą świeczkę. Kasprze, zejdziesz pierwszy, znasz drogę lepiej ode mnie. Ja pójdę za tobą.
Na tę propozycję pasterz natychmiast się cofnął. Gdyby mógł sam decydować, nieszczęśnik najchętniej wziąłby nogi za pas. Burmistrz, widząc jego minę, parsknął śmiechem.
- No dobrze, Hans, skoro on nie chce zejść, to ty mnie poprowadzisz - zwrócił się do strażnika.
- Ależ burmistrzu - odezwał się tamten - wie pan przecież, że brakuje niektórych stopni. Jak nic poskręcamy sobie karki.
- No to co zrobimy?
- No właśnie, co zrobimy?
- Poślij swego psa - powiedział Mauerer do Kaspra.
Pasterz gwizdnął na psa, pokazał mu schody i kazał iść, ale zwierzak nie zamierzał narażać się bardziej niż jego pan i pozostali.
W tej chwili strażnikowi ziemskiemu wpadł do głowy pewien pomysł.
- Ha! Panie burmistrzu - rzekł - a gdyby tak wystrzelił pan tam z broni?
- Oczywiście! - zawołał burmistrz. - Masz rację. Przynajmniej uda nam się zerknąć.
I bez chwili wahania Petrus Mauerer podszedł do schodów i złożył się do strzału.
Jednak akustyczny efekt, który już tu zdążyłem opisać, sprawił, że duch, rabuś czy ktokolwiek to był, kto przebywał w zbiorniku, wszystko usłyszał. Myśl o bliskim spotkaniu z kulką ze strzelby raczej go nie rozbawiła, bo przeraźliwym, przeszywającym głosem krzyknął:
- Stać! Nie strzelać! Już wychodzę.
Trzej strażnicy porządku popatrzyli na siebie i cicho się roześmiali, po czym burmistrz, nachyliwszy się nad zejściem, zawołał ostrym tonem:
- Lepiej się pospiesz, psubracie, zanim wypalę. Lepiej się pospiesz!
Odbezpieczył broń, co słysząc, tajemniczy osobnik wyraźnie przyspieszył; dało się słyszeć toczenie kilku strąconych kamieni, ale minęła dobra minuta, a jego wciąż nie było widać, gdyż zbiornik miał prawie sześćdziesiąt stóp głębokości.
Co mógł ów człowiek robić w tak nieprzeniknionym mroku? Musiał być jakimś strasznym przestępcą! Tak przynajmniej pomyślał Petrus Mauerer i jego pomocnicy.
Z otchłani wyłonił się wreszcie niewyraźny kształt, który powoli, stopniowo przybrał postać drobnego mężczyzny mierzącego najwyżej cztery i pół stopy wzrostu, chudego, obdartego, o twarzy pomarszczonej i pożółkłej, o błyszczących jak u sroki oczkach i potarganych włosach. Stanął u szczytu schodów i krzyknął:
- Jakim prawem przychodzicie tutaj, nędznicy, i przeszkadzacie mi w badaniach?
Taka górnolotność zupełnie kłóciła się z ubiorem mężczyzny i jego fizjonomią. Z tego też powodu burmistrz odparł z oburzeniem:
- Dowiedź nam, żeś uczciwy, niegodziwcze, albo dam ci nauczkę!
- Nauczkę! - powtórzył człowieczek, podskakując ze złości i prostując się pod nosem burmistrza.
- Tak - odparł ten drugi, którego uwadze nie uszła bynajmniej wielka odwaga liliputa. - Jak nie odpowiesz zadowalająco na moje pytania, pokażę ci, gdzie raki zimują. Jestem burmistrzem Hirschwiller i jest ze mną tutejszy strażnik ziemski i pasterz z psem. Mamy nad tobą przewagę, więc nie bądź głupcem i powiedz mi grzecznie, kim jesteś, co tutaj robisz i dlaczego nie ośmielisz się pokazać w biały dzień. Wtedy zdecydujemy, co z tobą począć.
- Nic wam do tego - odpowiedział człowieczek rwącym się głosem. - Nie odpowiem wam.
- W takim razie naprzód marsz - rozkazał burmistrz, łapiąc go za kark. - Przenocujesz w ciupie.
Człowieczek wił się jak piskorz, próbował nawet kąsać, a pies węszył mu wokół łydek; w końcu, mocno zmęczony, ale pełen godności, rzekł:
- Proszę mnie już puścić. Nic nie poradzę wobec waszej siły. Pójdę po dobroci.
Burmistrz, któremu nieobce były zasady dobrego wychowania, od razu się uspokoił.
- Słowo? - rzekł.
- Słowo!
- Wybornie. Pójdziesz pan przodem.
I tak oto nocą 29 lipca 1835 roku burmistrz pojmał małego rudego człowieczka, który wyłonił się z jamy w Geierstein.
Po przybyciu do Hirschwiller strażnik pobiegł poszukać klucza do więzienia i wagabunda został zamknięty na dwa zamki, nie wspominając już o zewnętrznej zasuwie i kłódce. Wszyscy mogli się wreszcie udać na spoczynek, a sam Petrus Mauerer położył się do łóżka i do północy rozmyślał o swej niezwykłej przygodzie.
Rankiem, około dziewiątej, Hans Goerner - strażnik ziemski - otrzymawszy rozkaz sprowadzenia więźnia do urzędu na przesłuchanie, udał się do więzienia w asyście czterech osiłków. Otworzyli drzwi, wszyscy ciekawi zobaczyć aresztanta. Nietrudno wyobrazić sobie ich zdumienie, gdy ujrzeli go wiszącego na chuście przywiązanej do okiennej kraty! Niektórzy mówili, że jeszcze wierzgał, inni - że był już sztywny. Tak czy inaczej, pobiegli do domu Petrusa Mauerera, żeby go powiadomić o zajściu, i z całą pewnością można stwierdzić tylko to, że nim burmistrz przybył, nieszczęśnik zdołał wydać ostatnie tchnienie.
Miejscowy sędzia pokoju i doktor sporządzili stosowny raport. Nieznany nikomu z imienia i nazwiska człowiek został pochowany na łączce, i tyle!
Otóż jakieś trzy tygodnie po tym wydarzeniu udałem się w odwiedziny do mego kuzyna Petrusa Mauerera. Byłem jego najbliższym krewnym, a zarazem dziedzicem, która to okoliczność wpłynęła na nawiązanie przez nas bardzo bliskiej relacji. Jedliśmy obiad i gawędziliśmy o tym i owym, a burmistrz opowiedział mi tę krótką historyjkę tak, jak ją tu właśnie przedstawiłem.
- To dziwne, kuzynie - rzekłem - doprawdy dziwne. I nie masz żadnych informacji na temat tego nieznanego człowieka?
- Żadnych.
- I nie natknąłeś się na jakąkolwiek podpowiedź odnośnie do jego intencji?
- Nawet na najmniejszą, Christianie.
- Ale co właściwie mógł on robić w tym zbiorniku na wodę? Jak tam żył?
Burmistrz jedynie wzruszył ramionami, napełnił nam kieliszki i rzekł:
- Twoje zdrowie, kuzynie.
- I twoje.
Przez kilka minut żaden z nas się nie odzywał. Nie umiałem się pogodzić z tak nagłym zakończeniem tej przygody i chcąc nie chcąc, przepełniony melancholią, rozmyślałem o smutnym losie ludzi, którzy jak to ziele na polu - dziś są na tym świecie, a jutro już z niego znikają, nie pozostawiając po sobie żadnych wspomnień, ani odrobiny żalu.
- Kuzynie - odezwałem się znowu - jak daleko jest stąd do ruin Geierstein?
- Da się tam dojść na piechotę w niespełna dwadzieścia minut. Dlaczego pytasz?
- Bo chciałbym je zobaczyć.
- Wiesz, że odbywa się dzisiaj spotkanie rady miasta i nie będę mógł ci towarzyszyć.
- Och! Sam je znajdę.
- Nie, zaprowadzi cię tam strażnik ziemski. I tak nie ma nic lepszego do roboty.
Mój zacny kuzyn zastukał o kieliszek i zawołał służącą:
- Katel, sprowadź tu Hansa Goernera. Tylko szybko, bo sam za dwie godziny muszę wyjść.
Służąca odeszła i wkrótce wróciła ze strażnikiem, który dostał polecenie, by zaprowadzić mnie do ruin.
W czasie gdy burmistrz kroczył poważnie ku sali obrad rady miasta, my już wspinaliśmy się na wzgórze. Hans Goerner machnął dłonią w stronę pozostałości akweduktu. W tej samej chwili skaliste grzbiety sterczące z równiny, błękitniejące w oddali wzniesienia Hunsrück, przygnębiające, sypiące się mury porośnięte posępnym bluszczem, bicie dzwonu wzywającego na posiedzenie rajców Hirschwiller, zasapany i chwytający się zarośli strażnik ziemski - wszystko to wydało mi się nader ponure. Historia wisielca pozbawiła ciepłych barw cały otaczający mnie świat.
Schody do zbiornika, tworzące elegancką spiralę, wydały mi się nader interesujące. Cierniste krzewy wyrastające ze szczelin w każdym niemal stopniu i sprawiająca wrażenie opuszczonej okolica współgrały z moim przygnębieniem. Zaczęliśmy schodzić i wkrótce otwór w górze, który zdawał się zmniejszać z każdym naszym krokiem, przybierając kształt gwiazdy, stał się dla nas jedynym źródłem bladego światła.
Gdy dotarliśmy na samo dno zbiornika, naszym oczom ukazał się wspaniały widok oświetlonych z góry schodów, rzucających wyraźny cień o cudownie regularnych kształtach. W pewnym momencie dotarł do moich uszu szum, o którym mówił mi Petrus: w ogromnej granitowej konsze echo było równie wielką atrakcją jak jej konstrukcja!
- Czy od czasu spotkania z tamtym małym człowieczkiem nikt tutaj nie schodził? - spytałem strażnika.
- Nie, panie. Chłopi się boją. Myślą, że ten wisielec powróci.
- A pan?
- Ja? Ja nie jestem ciekawski.
- A sędzia pokoju? Przecież miał obowiązek...
- Phi! Czego niby miałby szukać w Sowim Uchu?
- Nazywają to Sowim Uchem?
- Tak.
- Rzeczywiście budowla bardzo je przypomina - stwierdziłem, podnosząc wzrok. - To jakby odwrócone sklepienie tworzy coś na kształt ucha zewnętrznego, spód schodów przypomina bębenek, a ich zakręty - ślimaka, błędnik i przedsionek ucha wewnętrznego. Stąd ten szum, który słyszymy: stoimy na dnie olbrzymiego ucha.
- Bardzo możliwe - rzekł Hans Groener, który chyba z mojego wywodu niczego nie zrozumiał.
Ruszyliśmy z powrotem na górę. Na jednym z pierwszych stopni poczułem chrupnięcie pod stopą. Schyliłem się, żeby zobaczyć, co to takiego, i w tej samej chwili zauważyłem coś białego przed sobą. Był to oderwany kawałek papieru. Tym zaś, co chrupnęło, okazał się szkliwiony kamionkowy garnuszek.
- Oho! - mruknąłem pod nosem. - To może rzucić nieco światła na opowiedzianą przez burmistrza historię.
Po czym dołączyłem do Hansa Goernera, który czekał już przy wyjściu.
- Dokąd chciałby pan teraz pójść? - krzyknął do mnie.
- Najpierw usiądźmy na chwilę, a potem zobaczymy.
I znalazłem spory głaz, na którym przysiadłem, podczas gdy strażnik swym sokolim wzrokiem przeczesywał okoliczne zabudowania, wypatrując ogrodowych rabusiów, gdyby się jacyś pojawili.
Uważnie przyjrzałem się kamionkowemu naczyniu, z którego pozostał jedynie fragment. Fragment ów miał kształt lejka wysłanego w środku puchem. W żaden sposób nie potrafiłem się domyślić jego przeznaczenia. Następnie zacząłem czytać to, co bardzo pewną ręką napisano na rozerwanej kartce - przytaczam ów tekst poniżej. Zdaje się, że był to ciąg dalszy jakiegoś listu, którego początkową część próbowałem znaleźć w pobliżu ruin, ale na próżno.
... Mój róg mikroakustyczny przynosi zatem podwójną korzyść: nieskończenie wzmacnia natężenie dźwięków i wprowadza je do ucha, nie powodując najmniejszych niedogodności u korzystającej z niego osoby. Łaskawy Pan nie jest nawet w stanie wyobrazić sobie, jakie to cudowne, usłyszeć te tysiące nieuchwytnych dźwięków, które w piękny letni dzień zlewają się w jeden potężny szum. Bzyczenie pszczoły brzmi jak pieśń słowika, osy - jak śpiew gajówki, konik polny w wysokiej trawie odzywa się jak skowronek, a robak w ziemi jak strzyżyk - wzdycha zaledwie, ale jakże melodyjne jest to westchnienie!
To odkrycie, które z sentymentalnego punktu widzenia umożliwi nam życie w zjednoczeniu z naturą, przewyższa swą wagą wszystko, o czym byłbym w stanie powiedzieć.
Zaznawszy tyle cierpienia, tylu zmartwień i niedostatków, możemy się wreszcie cieszyć nagrodą za nasze trudy! Z jaką radością wznosi się dusza ku Boskiemu Twórcy tych mikroskopijnych światów, których wspaniałość właśnie się przed nami odsłoniła! Czymże przy tym są te długie godziny niepewności, głodu, pogardy, które nękały nas w przeszłości? Niczym, Panie, niczym! Oczy nasze wypełniają się łzami wdzięczności. Duma rozpiera człowieka, który przez swe cierpienie może dostarczyć rodzajowi ludzkiemu nowych radości i przyczynić się do jego rozwoju. A przecież pierwsze efekty działania mojego rogu mikroakustycznego, choć niesamowite i godne podziwu, nie są jedynymi. Oprócz nich istnieją inne skutki, jeszcze bardziej pozytywne, pod pewnymi względami bardziej namacalne i dające się przełożyć na liczby.
Tak jak teleskop pozwolił na odkrycie niezliczonych światów wirujących harmonijnie w nieskończonej przestrzeni, tak mój róg przesunie granice niesłyszalności daleko poza to, co dotąd wydawało się możliwe. Tak więc, łaskawy Panie, nawet przepływ krwi i innych płynów w ciele nie będzie dłużej zagadką; słychać je będzie niczym wzburzone wody spływające po kataraktach, zabrzmią z przeraźliwą wręcz wyrazistością, a najlżejsze zakłócenie pulsu, najmniejsza przeszkoda wywoła wstrząsające wrażenie przywodzące na myśl skałę, o którą rozbija się pędzący strumień!
Jest to niewątpliwie ogromna zdobycz, gdy idzie o wzbogacenie ludzkiej wiedzy z dziedziny fizjologii i patologii, ale nie na tym pragnąłbym się skupić. Albowiem, Szanowny Panie, po przyłożeniu ucha do ziemi można usłyszeć gorące źródła tryskające w niezmierzonej głębi, można oszacować ich wielkość, siłę ich nurtu i wielkość napotykanych przez nie po drodze przeszkód!
Czy życzy Pan sobie więcej? Proszę wejść do obszernej podziemnej groty skupiającej dźwięki i nocą, gdy wszystko wokół śpi, gdy nic nie zakłóca odgłosów naszej planety - posłuchać!
Szanowny Panie, jedyne, co mogę teraz powiedzieć - ponieważ dręczony biedą, niedostatkiem i rozpaczą, czuję, iż zostało mi ledwie kilka chwil niezmąconej poczytalności na podsumowanie moich badań geologicznych - jedyne, o czym mogę Pana zapewnić, to to, że bulgotanie żarzącej się lawy, poblask wrzących substancji jest czymś tyleż strasznym, co cudownym, wywołującym wrażenia, które da się porównać tylko z odczuciami astronoma za pomocą lunety sondującego niezmierzone kosmiczne przestworza.
Jednak muszę wymóc na Panu zobowiązanie, że wrażenia te zostaną dogłębniej zbadane, a odkrycia metodycznie sklasyfikowane, tak by można z nich było wysnuć konkretne wnioski. W związku z tym, mój drogi, szlachetny Panie, gdy tylko raczy Pan przysłać mi do Neustadt niewielką sumkę, o którą prosiłem, a która posłuży zaspokojeniu moich podstawowych potrzeb, postaramy się poczynić niezbędne uzgodnienia dotyczące ustanowienia trzech wielkich, podziemnych stanowisk badawczych: w jednej z dolin Katanii, na Islandii i wreszcie gdzieś w Capac-Uren, Songay bądź Cayembé-Uren w głębi Kordylierów. Dlatego też...
Tutaj list się urywał.
Odebrało mi mowę. Czy to, co przeczytałem, było jedynie bredzeniem wariata, czy raczej dowodem na zrealizowane pomysły geniusza? Cóż miałem powiedzieć? Albo pomyśleć? A więc ten człowiek, ten przymierający głodem nędzarz żyjący na dnie jamy w ziemi jak jakiś lis, prawdopodobnie był jednym z wybrańców, których Siła Wyższa zsyła na ziemię, by oświecili przyszłe pokolenia.
I taki człowiek powiesił się, przepełniony zniechęceniem i rozpaczą! Nikt nie odpowiedział na jego błagania, choć w zamian za swe odkrycie prosił tylko o kawałek chleba. Okropność...
Długo, bardzo długo siedziałem tam i rozmyślałem, dziękując niebiosom, że obdarzyły mnie ograniczoną inteligencją i prostym życiem, że nie uczyniły mnie człowiekiem wybitnym, wyróżniającym się z tłumu zwykłych śmiertelników. W końcu strażnik ziemski, widząc mnie ze wzrokiem utkwionym nieruchomo przed siebie, z otwartymi ustami, dotknął nieśmiało mojego ramienia:
- Panie Christianie - rzekł do mnie - zrobiło się późno. Pan burmistrz zapewne wrócił już z posiedzenia.
- Ach! Racja - zawołałem, mnąc papier. - W drogę!
Zeszliśmy ze wzgórza.
Mój zacny kuzyn powitał mnie na progu domu, śmiejąc się radośnie.
- No i co tam, Christianie, dowiedziałeś się czegoś o tym idiocie, który się powiesił?
- Nie.
- Tak podejrzewałem. To musiał być jakiś szaleniec zbiegły z zakładu dla obłąkanych. Właściwie to dobrze zrobił, że się powiesił. To najlepsze, co można zrobić, kiedy się człowiek do niczego nie nadaje.
Nazajutrz opuściłem Hirschwiller. Już nigdy tam nie powrócę.