Niewidzialne oczy - Sławomir Klimkiewicz

Kup ebooka

12.99 zł
10.78 zł (10,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tajemniczy nadawca

Popo­łu­dnie było szare i senne. Od kilku dni nie­mal bez prze­rwy padał deszcz, a wiatr, strą­ca­jąc ostat­nie liście, naga­niał z morza nad mia­sto nowe zwały chmur. Bry­tyj­ski attaché mor­ski John Briks ode­rwał na moment wzrok od leżą­cych przed nim papie­rów i wyj­rzał przez okno. Pomy­ślał, że nawet jak na Nor­we­gię jesień koń­czyła się zbyt szybko - prze­cież to zale­d­wie 6 paź­dzier­nika 1939 roku. Koman­dor Briks był rów­nie ponury jak i pogoda za oknem. Kilka dni temu wyga­sły walki w Pol­sce, umil­kła radio­sta­cja na Helu. Wie­lo­krot­nie powra­cał w myślach do pyta­nia, jak dalej poto­czą się wypadki. Na fron­cie zachod­nim pano­wał stan ni to wojny, ni to pokoju, traf­nie okre­ślony mia­nem dziw­nej wojny. W Lon­dy­nie i Paryżu łudzono się, iż Niemcy nie­miec­kie zre­zy­gnują z agre­syw­nych pla­nów, a ponadto - zda­niem Briksa - pokła­dano zbyt wiel­kie nadzieje w linii Magi­nota, o którą miały roz­bić się kolejne ataki wojsk nie­miec­kich.

Briks zbyt długo pra­co­wał w wywia­dzie woj­sko­wym i zbie­rał dane na temat wypo­sa­że­nia i uzbro­je­nia nie­miec­kich sił zbroj­nych, by nie żywić uza­sad­nio­nych obaw co do wyniku ich star­cia z siłami anglo-fran­cu­skimi.

Od rana stu­dio­wał raport o roz­bu­do­wie prze­my­słu zbro­je­nio­wego w Zagłę­biu Ruhry, dostar­czony przez dobrze zakon­spi­ro­wa­nego infor­ma­tora. Kon­takty z owym infor­ma­to­rem utrzy­my­wał pewien Nor­weg, który pozu­jąc na gorą­cego zwo­len­nika naro­do­wego socja­li­zmu i korzy­sta­jąc z popar­cia par­tii rodzi­mych faszy­stów odby­wał wiele podróży han­dlo­wych po tere­nie całej Rze­szy. Wia­do­mo­ści zawarte w tym wła­śnie rapor­cie pogłę­biały jesz­cze zły humor koman­dora. A w ogóle Briks ostat­nio był roz­go­ry­czony, ponie­waż zamiast do Paryża, na co liczył od pew­nego czasu, przed kil­koma mie­sią­cami zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie wysłano go do Oslo, co wyda­wało mu się zesła­niem. Przej­rzaw­szy raport attaché sta­ran­nie poskła­dał roz­rzu­cone po stole kartki, a potem umie­ścił je w kasie pan­cer­nej, zama­sko­wa­nej boaze­rią. Do prze­czy­ta­nia miał jesz­cze dwa listy. Pierw­szy nie zawie­rał niczego inte­re­su­ją­cego. Drugi, dostar­czony Brik­sowi przed godziną z sek­cji wizo­wej, był dość zasta­na­wia­jący. List ów zna­lazł w sto­sie podań o wizę jeden z urzęd­ni­ków kon­su­latu. Miał nawet ochotę otwo­rzyć kopertę zaadre­so­waną na nazwi­sko koman­dora, ale po chwili namy­słu sam zaniósł ją Brik­sowi. Attaché roz­ciął kopertę i wyjął arku­sik papieru. W miarę jak czy­tał, jego zain­te­re­so­wa­nie rosło.

"Koman­do­rze - brzmiał tekst - piszę ten list w imie­niu grupy zde­cy­do­wa­nych prze­ciw­ni­ków nazi­zmu. Jeste­śmy gotowi prze­ka­zać ważne infor­ma­cje doty­czące pro­wa­dzo­nych aktu­al­nie w labo­ra­to­riach nie­miec­kich badań, któ­rych wyniki mogą wywrzeć istotny wpływ na prze­bieg dal­szych dzia­łań wojen­nych. Nie żądamy w zamian niczego. Jeśli ta oferta jest inte­re­su­jąca, pro­szę dać nam znać. Sygna­łem będzie poda­nie w dniu 20 paź­dzier­nika zapo­wie­dzi codzien­nej audy­cji BBC w języku nie­miec­kim, a nie jak to miało zawsze miej­sce w angiel­skim". List zamy­kało zda­nie: "Chcemy do końca pozo­stać ano­ni­mo­wymi, dla­tego też infor­ma­cje będą docie­rały bez­po­śred­nio na Pań­skie ręce wyłącz­nie naszym kana­łem". Zain­try­go­wany koman­dor prze­pro­wa­dził dys­kretne śledz­two sta­ra­jąc się usta­lić, kto mógł być dorę­czy­cie­lem tego listu. Nie nale­żało bowiem wyklu­czać, iż wszystko to było kolej­nym pod­stę­pem Abwehry. Bada­nia linii papi­lar­nych wyka­zały, że na koper­cie i papie­rze poza odci­skami pal­ców urzęd­nika kon­su­latu nie ma żad­nych innych śla­dów, co wyraź­nie wska­zy­wało, iż nadawca chciał prze­rwać wszel­kie pro­wa­dzące do niego nici. Ani Briks, ani jego naj­bliż­szy współ­pra­cow­nik, który został wta­jem­ni­czony w sprawę, mimo ener­gicz­nych wysił­ków i roz­mów z ludźmi, zatrud­nio­nymi w pobliżu pomiesz­czeń biura kon­su­latu, nie zdo­łali usta­lić wyglądu tajem­ni­czego nadawcy. Co wię­cej - w następ­nym liście, który został dorę­czony koman­dorowi wraz z przy­sła­nym ze sklepu zaku­pio­nym wcze­śniej stro­jem nar­ciar­skim, nie­znany nadawca wezwał Briksa do zaprze­sta­nia pro­wa­dze­nia śledz­twa, gdyż mogło ono napro­wa­dzić na ślad kuriera nie tylko Bry­tyj­czy­ków, ale rów­nież agen­tów nie­miec­kich, któ­rzy pro­wa­dzili obser­wa­cję amba­sady bry­tyj­skiej, a także mieli współ­pra­cow­nika wśród miej­sco­wego per­so­nelu. Teraz już obaj ofi­ce­ro­wie byli pewni, że albo dorę­czy­ciel jest pra­cow­ni­kiem amba­sady, albo też ma moż­ność wni­kli­wego obser­wo­wa­nia roz­gry­wa­ją­cych się w niej wypad­ków.

Koman­dor doszedł do wnio­sku, że ewen­tu­alna póź­niej­sza kore­spon­den­cja może dostar­czyć pew­niej­szych dowo­dów w tej kwe­stii, a tym­cza­sem należy przy­jąć suge­stie autora listu i prze­rwać poszu­ki­wa­nia. Briks prze­słał do Lon­dynu depe­szę zawie­ra­jącą opis sprawy i pyta­nie, co czy­nić dalej. Odpo­wiedź przy­szła po dwóch dniach: "Akcję należy pod­jąć, sygnał zosta­nie prze­ka­zany".

Pro­wa­dzący audy­cję dla Nie­miec bry­tyj­ski spi­ker nie miał 20 paź­dzier­nika naj­lep­szego dnia - w ciągu wie­czoru pomy­lił się aż trzy razy. Teraz koman­do­rowi nie pozo­stało nic innego jak tylko cze­kać. Upły­nęły pra­wie dwa tygo­dnie bez naj­mniej­szego znaku. Briks nie bar­dzo wie­dział, co o tym myśleć. Jed­nego dnia sądził, iż ktoś po pro­stu zro­bił mu nie­wy­bredny kawał, dru­giego zaś uwa­żał, że zbyt ener­gicz­nym docho­dze­niem sam znie­chę­cił tajem­ni­czego współ­pra­cow­nika i sma­ko­wity kęsek przy­pad­nie attaché woj­sko­wemu amba­sady bry­tyj­skiej w innym kraju.

4 listo­pada 1939 r., gdy jak zwy­kle od dwóch tygo­dni z nie­cier­pli­wo­ścią prze­glą­dał poranną pocztę, ktoś zapu­kał do drzwi. Był to jego zastępca, który z nie­ukry­waną rado­ścią poło­żył przed nim skó­rzane etui na klu­cze.

- Zna­la­złem to dzi­siaj rano wraz z mle­kiem i gaze­tami - powie­dział.

Koman­dor obej­rzał etui - było ono wyko­nane z dwóch gru­bych pła­tów skóry, zakoń­czo­nych uchwy­tem w kształ­cie głowy wikinga. Na pierw­szy rzut oka nie róż­niło się ono od dzie­siąt­ków innych, które można było bez trudu kupić w skle­pach z wyro­bami skó­rza­nymi. Uwagę oby­dwu męż­czyzn zwró­ciła wybita na skó­rze data: 20 paź­dzier­nika. Koman­dor się­gnął do biurka i wyjął scy­zo­ryk. Mocne nici łączące płaty skóry ustę­po­wały powoli. Kiedy roz­pruł szew, jego oczom uka­zała się nie­wielka bibułka. Briks prze­łknął gło­śno ślinę, roz­wi­nął kar­teczkę i prze­czy­tał: "Ze względu na stałą obser­wa­cję amba­sady przez Abwehrę bez­po­śred­nie dorę­cze­nie prze­syłki nie­moż­liwe. Odbiór w dniu dzi­siej­szym. Godzina 13.30. Pod wień­cem na gro­bie radcy Thorpa, cmen­tarz miej­ski, kwa­tera 139".

Attaché zamy­ślił się głę­boko. Zada­wał sobie pyta­nie, czy przy­pad­kiem nie jest to pułapka. Może wszystko zaaran­żo­wał wywiad nie­miecki, który chce go skom­pro­mi­to­wać w oczach Nor­we­gów, pod­rzu­ca­jąc mate­riały doty­czące ich tajem­nic woj­sko­wych i prze­ka­zu­jąc jed­no­cze­śnie sygnał miej­sco­wemu kontr­wy­wia­dowi, któ­rego pra­cow­nicy będą cze­kali na cmen­ta­rzu? Dla Bry­tyj­czy­ków nie było tajem­nicą, iż wielu spo­śród licz­nych pra­cow­ni­ków amba­sady Rze­szy w Oslo i Insty­tutu Kul­tu­ral­nego oraz przed­sta­wi­cielstw han­dlo­wych pro­wa­dziło dzia­łal­ność wywia­dow­czą. Mogli oni liczyć na pomoc człon­ków nor­we­skiej par­tii faszy­stow­skiej na czele z Quislin­giem. Wywiady bry­tyj­ski i nor­we­ski pod­jęły co prawda od kilku tygo­dni współ­pracę, ale były to zale­d­wie początki. Z dru­giej jed­nak strony zapro­po­no­wany spo­sób prze­ka­za­nia mate­ria­łów wska­zy­wał, iż tajem­niczy nie­zna­jomy sta­rał się stwo­rzyć warunki gwa­ran­tu­jące pomyślny prze­bieg całej ope­ra­cji. Zarówno Briks jak i inny współ­pra­cow­nik amba­sady bez wzbu­dza­nia spe­cjal­nych podej­rzeń mógł zja­wić się przy gro­bie nor­we­skiego radcy Thorpa, który był wie­lo­let­nim pra­cow­ni­kiem amba­sady bry­tyj­skiej w Oslo.

Co prawda w imie­niu amba­sady zło­żono wie­niec w Zaduszki, ale można było prze­cież pod zręcz­nym pre­tek­stem zło­żyć drugi - na przy­kład w imie­niu będą­cego obec­nie amba­sa­do­rem w dale­kiej Japo­nii byłego prze­ło­żo­nego Thorpa. Zde­cy­do­wano, iż na cmen­tarz poje­dzie pra­cow­nik ata­szatu porucz­nik Prowse oraz wice­kon­sul, który nale­żał rów­nież do pionu wywia­dow­czego.

Żeby ewen­tu­al­nym agen­tom nie­miec­kim utrud­nić pro­wa­dze­nie obser­wa­cji, koman­dor zade­cy­do­wał, iż w cza­sie prze­rwy na lunch pra­wie wszy­scy pra­cow­nicy pla­cówki wyjdą do mia­sta. Będzie to sta­no­wiło zasko­cze­nie i utrud­nie­nie dla zapewne nie­licz­nego grona "cieni". On sam posta­no­wił odbyć wędrówkę po mie­ście, aby sku­pić na sobie uwagę Niem­ców. Zgod­nie z instruk­cją oby­dwaj uda­jący się na cmen­tarz mło­dzi męż­czyźni wyje­chali z amba­sady dopiero wtedy, gdy opu­ścili ją wszy­scy pra­cow­nicy ata­szatu woj­sko­wego, któ­rzy mogli pocią­gnąć za sobą ewen­tu­alne "ogony". Po kupie­niu małego wieńca w skle­pie kwia­ciar­skim prze­je­chali szybko przez cen­trum Oslo.

Prowse sta­rał się obser­wo­wać w lusterku, czy nie towa­rzy­szy im jakiś samo­chód. Nie zauwa­żył jed­nak niczego podej­rza­nego. Jadąc tro­chę okrężną drogą po kwa­dran­sie dotarli do bramy cmen­ta­rza poło­żo­nego na wzgó­rzu, z któ­rego otwie­rał się widok na mia­sto i zatokę.

Było tu pusto i tak cicho, że obaj Anglicy sły­szeli szum pada­ją­cego dżdżu. Wysie­dli z samo­chodu i otwo­rzyli żela­zną furtę; zawiasy wydały prze­raź­li­wie skrzy­piący jęk. Zasko­czeni, w odle­głych od sie­bie czę­ściach cmen­ta­rza dostrze­gli dwie osoby, które krzą­tały się przy gro­bach. Szybko prze­cięli żwi­rową alejkę i po kilku minu­tach klu­cze­nia sta­nęli przed płytą z nazwi­skiem "Sven Thorpe", na któ­rej leżały dwa wieńce i wią­zanka kwia­tów.

Prowse się­gnął do kie­szeni i wyjął zło­żoną szarfę. Zakła­da­jąc ją na przy­wie­ziony przez nich wie­niec z gałęzi świer­ko­wych mógł swo­bod­nie zlu­stro­wać cmen­tarz. Pod pozo­rem robie­nia porządku na gro­bie schy­lił się i pod­niósł pierw­szy wie­niec. Pusto. Się­gnął po drugi. Leżała pod nim koperta z sza­rego impre­gno­wa­nego płótna, którą szybko wsu­nął do kie­szeni mary­narki. Następ­nie zło­żył przy­wie­ziony przez nich wie­niec i roz­pro­sto­wał szarfę z napi­sem: "Radcy Thorpe w dowód pamięci Cecil Chubb". Oby­dwaj Bry­tyj­czycy stali przez chwilę przy gro­bie, ale nikt z obec­nych nie zwra­cał na nich uwagi. W chwili jed­nak gdy otwie­rali drzwiczki samo­chodu, zza zakrętu wyło­niła się czarna maska Opla. Auto zatrzy­mało się tuż obok nich na małym par­kingu, wysiadł z niego męż­czy­zna śred­niego wzro­stu, w ciem­nej jesionce i z gołą głową. Obrzu­cił ich szyb­kim spoj­rze­niem i pod­szedł do furty.

Prowse mruk­nął do towa­rzy­sza:

- Zapa­mię­taj numer samo­chodu.

Po dwu­dzie­stu minu­tach jazdy byli już w amba­sa­dzie. Koman­dor podzię­ko­wał im uści­skiem dłoni. Kiedy został sam w gabi­ne­cie, roz­ciął płótno, potem kopertę z gru­bego papieru. Po chwili na stole leżało kil­ka­na­ście kar­tek maszy­no­pisu i wykre­sów. Briks prze­rzu­cił je kolejno i stwier­dził, iż zawie­rały zwarte i tre­ściwe infor­ma­cje doty­czące pro­wa­dzo­nych w labo­ra­to­riach nie­miec­kich prac badaw­czych z dzie­dziny radio­lo­ka­cji. Naj­bar­dziej zain­te­re­so­wał się infor­ma­cją opa­trzoną napi­sem: "Nie­miec­kie bada­nia - kryp­to­nim "Reflec­tion"". Mówiła ona o apa­ra­cie radio­lo­ka­cyj­nym nazwa­nym "Freya", który miał być umiesz­czany w samo­lo­tach typu Jun­kers Ju-52, oraz apa­ra­tu­rze wytwa­rza­nej w fir­mie Lorenz dla potrzeb arty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej Ponadto nie­znany nadawca sygna­li­zo­wał, iż Niemcy pra­cują nad apa­ra­turą rada­rową "Würtzburg" dla potrzeb Krieg­sma­rine. Urzą­dze­nie owo miało nosić nazwę "Seetakt". Wspo­mi­nał rów­nież o pró­bach z bro­nią rakie­tową.

Briks na wszelki wypa­dek pozo­sta­wił foto­ko­pie listu w kasie pan­cer­nej swego gabi­netu w Oslo i już po dwóch dniach wylą­do­wał z prze­syłką w Lon­dy­nie. Zarówno jego prze­ło­żeni z wywiadu woj­sko­wego MI-6, jak i Mini­ster­stwa Wojny zasy­pali go pole­ce­niami doty­czą­cymi opisu wszyst­kich szcze­gó­łów całej sprawy. Raport wraz z ory­gi­na­łem listu tra­fił na biurko szefa sztabu oraz jego doradcy do spraw naukowo-tech­nicz­nych prof. Regi­nalda V. Jonesa.

Pro­fe­sor Jones, jeden z bar­dziej zna­nych spe­cja­li­stów bry­tyj­skich w dzie­dzi­nie radio­lo­ka­cji, za biurko w Mini­ster­stwie Lot­nic­twa tra­fił wprost z labo­ra­to­rium Cla­ren­down w Oxfor­dzie. Jego pod­sta­wo­wym zada­niem była ana­liza infor­ma­cji z dzie­dziny lot­nic­twa, a szcze­gól­nie radio­lo­ka­cji, dostar­cza­nych przez wywiad bry­tyj­ski. Raporty pro­fe­sora Jonesa docie­rały do pre­miera Cham­ber­la­ina, sze­fów wywiadu i kontr­wy­wiadu woj­sko­wego oraz mini­stra lot­nic­twa.

Nauko­wiec po zapo­zna­niu się z rapor­tem z Oslo przez kilka dni zwle­kał ze sfor­mu­ło­wa­niem osta­tecz­nej oceny. Jego pierw­szym zada­niem, jakie otrzy­mał tuż po wypo­wie­dze­niu wojny III Rze­szy przez Wielką Bry­ta­nię 3 wrze­śnia 1939 r., była ana­liza frag­mentu prze­mó­wie­nia Hitlera. Co prawda Wielka Bry­ta­nia i Fran­cja nie wywią­zały się z przy­ję­tych zobo­wią­zań sojusz­ni­czych wobec Pol­ski i nie pod­jęły dzia­łań wojen­nych prze­ciwko Niem­com, ale już sam fakt wypo­wie­dze­nia przez nie wojny wywo­łał atak wście­kło­ści "wodza", gdyż był sprzeczny z jego rachu­bami. Hitler w publicz­nym wystą­pie­niu zapo­wie­dział, że oby­dwa kraje otrzy­mają należną im nauczkę. Krzy­czał z try­buny, iż Niemcy są nie­zwy­cię­żone, tym bar­dziej, że dys­po­nują nową tajem­ni­czą bro­nią, za pomocą któ­rej poko­nają każ­dego prze­ciw­nika. Szef wywiadu bry­tyj­skiego w trak­cie lek­tury prze­mó­wie­nia Hitlera zwró­cił uwagę na ten wła­śnie frag­ment i zapy­tał pro­fe­sora Jonesa, czy jego zda­niem jest to bluff pro­pa­gan­dowy, czy też Niemcy nie­miec­kie rze­czy­wi­ście dys­po­nują jaki­miś nowymi rodza­jami broni.

Szef Secret Service pole­cił, by zająć się zwłasz­cza sprawą posia­da­nej ewen­tu­al­nie przez Niemcy nowo­cze­snej apa­ra­tury radio­lo­ka­cyj­nej. Pro­fe­sor Jones został dopusz­czony do naj­bar­dziej pie­czo­ło­wi­cie prze­cho­wy­wa­nych rapor­tów wywiadu bry­tyj­skiego, doty­czą­cych badań i pro­duk­cji nie­miec­kiego prze­my­słu zbro­je­nio­wego. Przez kilka dni wraz z gro­nem współ­pra­cow­ni­ków prze­rzu­cał kartki sko­ro­szy­tów wypeł­nio­nych spra­woz­da­niami i rapor­tami z wizyt bry­tyj­skich prze­my­słow­ców w przed­się­bior­stwach nie­miec­kich, na wysta­wach prze­my­sło­wych, zdję­cia z defi­lad i parad woj­sko­wych, wresz­cie donie­sie­nia agen­tów zakon­spi­ro­wa­nych w nie­miec­kich kołach nauko­wych, prze­my­sło­wych i woj­sko­wych. Wywiad bry­tyj­ski w zasa­dzie orien­to­wał się w bie­żą­cej pro­duk­cji prze­my­słu nie­miec­kiego, ale w infor­ma­cjach, któ­rymi dys­po­no­wał, było dużo luk i nie­wia­do­mych.

Jones po głę­bo­kim namy­śle doszedł do wnio­sku, że wypo­wiedź Hitlera była tylko fan­fa­ro­nadą, nie­opie­ra­jącą się na żad­nych kon­kret­nych pod­sta­wach. Mimo wysiłku nie zdo­łano wpaść na ślad badań czy też pro­duk­cji nowej broni. Kiedy już raport spo­czął na biurku pre­miera Cham­ber­la­ina, wywiad bry­tyj­ski uzy­skał dane doty­czące wypro­du­ko­wa­nej przed kil­koma tygo­dniami nie­miec­kiej miny magne­tycz­nej. Ofi­cer Krieg­sma­rine, który od kilku lat dostar­czał infor­ma­cji wywia­dowi bry­tyj­skiemu, potwier­dził, że wspo­mniany nowy typ miny jest wła­śnie ową tajem­ni­czą bro­nią. Wia­do­mość ta uspo­ko­iła naj­więk­szych nawet nie­do­wiar­ków w Mini­ster­stwie Wojny, któ­rzy z rezerwą odno­sili się do kate­go­rycz­nych stwier­dzeń pro­fe­sora Jonesa.

W mie­siąc póź­niej, po prze­sła­niu do Lon­dynu raportu z Oslo, sprawa ponow­nie nabrała rumień­ców. Czyżby jed­nak Niemcy nie­miec­kie dys­po­no­wały nowo­cze­snymi urzą­dze­niami radio­lo­ka­cyj­nymi, na któ­rych trop wywiad bry­tyj­ski nie wpadł mimo kilku lat poszu­ki­wań? A jeśli tak, to czy Niemcy nie wykra­dli i nie wyko­rzy­stali radaru bry­tyj­skiego? Dotych­czas w Lon­dy­nie pano­wało nie­za­chwiane prze­ko­na­nie, iż nie tylko zdo­łano prze­nik­nąć naj­głęb­sze tajem­nice nie­miec­kiego prze­my­słu zbro­je­nio­wego, ale rów­nież wspól­nie z kontr­wy­wia­dem MI-5 udało się ochro­nić rewe­la­cyjny wyna­la­zek - radar, przed nie­po­wo­ła­nymi oczami. A więc się mylono? Aby udzie­lić odpo­wie­dzi na to pyta­nie, należy cof­nąć się do lat poprze­dza­ją­cych wybuch dru­giej wojny świa­to­wej.