Tajemniczy nadawca
Popołudnie było szare i senne. Od kilku dni niemal bez przerwy padał
deszcz, a wiatr, strącając ostatnie liście, naganiał z morza nad miasto
nowe zwały chmur. Brytyjski attaché morski John Briks oderwał na moment
wzrok od leżących przed nim papierów i wyjrzał przez okno. Pomyślał, że
nawet jak na Norwegię jesień kończyła się zbyt szybko - przecież to
zaledwie 6 października 1939 roku. Komandor Briks był równie ponury jak
i pogoda za oknem. Kilka dni temu wygasły walki w Polsce, umilkła
radiostacja na Helu. Wielokrotnie powracał w myślach do pytania, jak
dalej potoczą się wypadki. Na froncie zachodnim panował stan ni to
wojny, ni to pokoju, trafnie określony mianem dziwnej wojny. W Londynie
i Paryżu łudzono się, iż Niemcy niemieckie zrezygnują z agresywnych
planów, a ponadto - zdaniem Briksa - pokładano zbyt wielkie nadzieje w linii Maginota, o którą miały rozbić się kolejne ataki wojsk
niemieckich.
Briks zbyt długo pracował w wywiadzie wojskowym i zbierał dane na temat
wyposażenia i uzbrojenia niemieckich sił zbrojnych, by nie żywić
uzasadnionych obaw co do wyniku ich starcia z siłami anglo-francuskimi.
Od rana studiował raport o rozbudowie przemysłu zbrojeniowego w Zagłębiu
Ruhry, dostarczony przez dobrze zakonspirowanego informatora. Kontakty z owym informatorem utrzymywał pewien Norweg, który pozując na gorącego
zwolennika narodowego socjalizmu i korzystając z poparcia partii
rodzimych faszystów odbywał wiele podróży handlowych po terenie całej
Rzeszy. Wiadomości zawarte w tym właśnie raporcie pogłębiały jeszcze zły
humor komandora. A w ogóle Briks ostatnio był rozgoryczony, ponieważ
zamiast do Paryża, na co liczył od pewnego czasu, przed kilkoma
miesiącami zupełnie niespodziewanie wysłano go do Oslo, co wydawało mu
się zesłaniem. Przejrzawszy raport attaché starannie poskładał
rozrzucone po stole kartki, a potem umieścił je w kasie pancernej,
zamaskowanej boazerią. Do przeczytania miał jeszcze dwa listy. Pierwszy
nie zawierał niczego interesującego. Drugi, dostarczony Briksowi przed
godziną z sekcji wizowej, był dość zastanawiający. List ów znalazł w stosie podań o wizę jeden z urzędników konsulatu. Miał nawet ochotę
otworzyć kopertę zaadresowaną na nazwisko komandora, ale po chwili
namysłu sam zaniósł ją Briksowi. Attaché rozciął kopertę i wyjął arkusik
papieru. W miarę jak czytał, jego zainteresowanie rosło.
"Komandorze - brzmiał tekst - piszę ten list w imieniu grupy
zdecydowanych przeciwników nazizmu. Jesteśmy gotowi przekazać ważne
informacje dotyczące prowadzonych aktualnie w laboratoriach niemieckich
badań, których wyniki mogą wywrzeć istotny wpływ na przebieg dalszych
działań wojennych. Nie żądamy w zamian niczego. Jeśli ta oferta jest
interesująca, proszę dać nam znać. Sygnałem będzie podanie w dniu 20
października zapowiedzi codziennej audycji BBC w języku niemieckim, a nie jak to miało zawsze miejsce w angielskim". List zamykało zdanie:
"Chcemy do końca pozostać anonimowymi, dlatego też informacje będą
docierały bezpośrednio na Pańskie ręce wyłącznie naszym kanałem".
Zaintrygowany komandor przeprowadził dyskretne śledztwo starając się
ustalić, kto mógł być doręczycielem tego listu. Nie należało bowiem
wykluczać, iż wszystko to było kolejnym podstępem Abwehry. Badania linii
papilarnych wykazały, że na kopercie i papierze poza odciskami palców
urzędnika konsulatu nie ma żadnych innych śladów, co wyraźnie
wskazywało, iż nadawca chciał przerwać wszelkie prowadzące do niego
nici. Ani Briks, ani jego najbliższy współpracownik, który został
wtajemniczony w sprawę, mimo energicznych wysiłków i rozmów z ludźmi,
zatrudnionymi w pobliżu pomieszczeń biura konsulatu, nie zdołali ustalić
wyglądu tajemniczego nadawcy. Co więcej - w następnym liście, który
został doręczony komandorowi wraz z przysłanym ze sklepu zakupionym
wcześniej strojem narciarskim, nieznany nadawca wezwał Briksa do
zaprzestania prowadzenia śledztwa, gdyż mogło ono naprowadzić na ślad
kuriera nie tylko Brytyjczyków, ale również agentów niemieckich, którzy
prowadzili obserwację ambasady brytyjskiej, a także mieli
współpracownika wśród miejscowego personelu. Teraz już obaj oficerowie
byli pewni, że albo doręczyciel jest pracownikiem ambasady, albo też ma
możność wnikliwego obserwowania rozgrywających się w niej wypadków.
Komandor doszedł do wniosku, że ewentualna późniejsza korespondencja
może dostarczyć pewniejszych dowodów w tej kwestii, a tymczasem należy
przyjąć sugestie autora listu i przerwać poszukiwania. Briks przesłał do
Londynu depeszę zawierającą opis sprawy i pytanie, co czynić dalej.
Odpowiedź przyszła po dwóch dniach: "Akcję należy podjąć, sygnał
zostanie przekazany".
Prowadzący audycję dla Niemiec brytyjski spiker nie miał 20 października
najlepszego dnia - w ciągu wieczoru pomylił się aż trzy razy. Teraz
komandorowi nie pozostało nic innego jak tylko czekać. Upłynęły prawie
dwa tygodnie bez najmniejszego znaku. Briks nie bardzo wiedział, co o tym myśleć. Jednego dnia sądził, iż ktoś po prostu zrobił mu niewybredny
kawał, drugiego zaś uważał, że zbyt energicznym dochodzeniem sam
zniechęcił tajemniczego współpracownika i smakowity kęsek przypadnie
attaché wojskowemu ambasady brytyjskiej w innym kraju.
4 listopada 1939 r., gdy jak zwykle od dwóch tygodni z niecierpliwością
przeglądał poranną pocztę, ktoś zapukał do drzwi. Był to jego zastępca,
który z nieukrywaną radością położył przed nim skórzane etui na klucze.
- Znalazłem to dzisiaj rano wraz z mlekiem i gazetami - powiedział.
Komandor obejrzał etui - było ono wykonane z dwóch grubych płatów skóry,
zakończonych uchwytem w kształcie głowy wikinga. Na pierwszy rzut oka
nie różniło się ono od dziesiątków innych, które można było bez trudu
kupić w sklepach z wyrobami skórzanymi. Uwagę obydwu mężczyzn zwróciła
wybita na skórze data: 20 października. Komandor sięgnął do biurka i wyjął scyzoryk. Mocne nici łączące płaty skóry ustępowały powoli. Kiedy
rozpruł szew, jego oczom ukazała się niewielka bibułka. Briks przełknął
głośno ślinę, rozwinął karteczkę i przeczytał: "Ze względu na stałą
obserwację ambasady przez Abwehrę bezpośrednie doręczenie przesyłki
niemożliwe. Odbiór w dniu dzisiejszym. Godzina 13.30. Pod wieńcem na
grobie radcy Thorpa, cmentarz miejski, kwatera 139".
Attaché zamyślił się głęboko. Zadawał sobie pytanie, czy przypadkiem nie
jest to pułapka. Może wszystko zaaranżował wywiad niemiecki, który chce
go skompromitować w oczach Norwegów, podrzucając materiały dotyczące ich
tajemnic wojskowych i przekazując jednocześnie sygnał miejscowemu
kontrwywiadowi, którego pracownicy będą czekali na cmentarzu? Dla
Brytyjczyków nie było tajemnicą, iż wielu spośród licznych pracowników
ambasady Rzeszy w Oslo i Instytutu Kulturalnego oraz przedstawicielstw
handlowych prowadziło działalność wywiadowczą. Mogli oni liczyć na pomoc
członków norweskiej partii faszystowskiej na czele z Quislingiem.
Wywiady brytyjski i norweski podjęły co prawda od kilku tygodni
współpracę, ale były to zaledwie początki. Z drugiej jednak strony
zaproponowany sposób przekazania materiałów wskazywał, iż tajemniczy
nieznajomy starał się stworzyć warunki gwarantujące pomyślny przebieg
całej operacji. Zarówno Briks jak i inny współpracownik ambasady bez
wzbudzania specjalnych podejrzeń mógł zjawić się przy grobie norweskiego
radcy Thorpa, który był wieloletnim pracownikiem ambasady brytyjskiej w Oslo.
Co prawda w imieniu ambasady złożono wieniec w Zaduszki, ale można było
przecież pod zręcznym pretekstem złożyć drugi - na przykład w imieniu
będącego obecnie ambasadorem w dalekiej Japonii byłego przełożonego
Thorpa. Zdecydowano, iż na cmentarz pojedzie pracownik ataszatu
porucznik Prowse oraz wicekonsul, który należał również do pionu
wywiadowczego.
Żeby ewentualnym agentom niemieckim utrudnić prowadzenie obserwacji,
komandor zadecydował, iż w czasie przerwy na lunch prawie wszyscy
pracownicy placówki wyjdą do miasta. Będzie to stanowiło zaskoczenie i utrudnienie dla zapewne nielicznego grona "cieni". On sam postanowił
odbyć wędrówkę po mieście, aby skupić na sobie uwagę Niemców. Zgodnie z instrukcją obydwaj udający się na cmentarz młodzi mężczyźni wyjechali z ambasady dopiero wtedy, gdy opuścili ją wszyscy pracownicy ataszatu
wojskowego, którzy mogli pociągnąć za sobą ewentualne "ogony". Po
kupieniu małego wieńca w sklepie kwiaciarskim przejechali szybko przez
centrum Oslo.
Prowse starał się obserwować w lusterku, czy nie towarzyszy im jakiś
samochód. Nie zauważył jednak niczego podejrzanego. Jadąc trochę okrężną
drogą po kwadransie dotarli do bramy cmentarza położonego na wzgórzu, z którego otwierał się widok na miasto i zatokę.
Było tu pusto i tak cicho, że obaj Anglicy słyszeli szum padającego
dżdżu. Wysiedli z samochodu i otworzyli żelazną furtę; zawiasy wydały
przeraźliwie skrzypiący jęk. Zaskoczeni, w odległych od siebie częściach
cmentarza dostrzegli dwie osoby, które krzątały się przy grobach. Szybko
przecięli żwirową alejkę i po kilku minutach kluczenia stanęli przed
płytą z nazwiskiem "Sven Thorpe", na której leżały dwa wieńce i wiązanka
kwiatów.
Prowse sięgnął do kieszeni i wyjął złożoną szarfę. Zakładając ją na
przywieziony przez nich wieniec z gałęzi świerkowych mógł swobodnie
zlustrować cmentarz. Pod pozorem robienia porządku na grobie schylił się
i podniósł pierwszy wieniec. Pusto. Sięgnął po drugi. Leżała pod nim
koperta z szarego impregnowanego płótna, którą szybko wsunął do kieszeni
marynarki. Następnie złożył przywieziony przez nich wieniec i rozprostował szarfę z napisem: "Radcy Thorpe w dowód pamięci Cecil
Chubb". Obydwaj Brytyjczycy stali przez chwilę przy grobie, ale nikt z obecnych nie zwracał na nich uwagi. W chwili jednak gdy otwierali
drzwiczki samochodu, zza zakrętu wyłoniła się czarna maska Opla. Auto
zatrzymało się tuż obok nich na małym parkingu, wysiadł z niego
mężczyzna średniego wzrostu, w ciemnej jesionce i z gołą głową. Obrzucił
ich szybkim spojrzeniem i podszedł do furty.
Prowse mruknął do towarzysza:
- Zapamiętaj numer samochodu.
Po dwudziestu minutach jazdy byli już w ambasadzie. Komandor podziękował
im uściskiem dłoni. Kiedy został sam w gabinecie, rozciął płótno, potem
kopertę z grubego papieru. Po chwili na stole leżało kilkanaście kartek
maszynopisu i wykresów. Briks przerzucił je kolejno i stwierdził, iż
zawierały zwarte i treściwe informacje dotyczące prowadzonych w laboratoriach niemieckich prac badawczych z dziedziny radiolokacji.
Najbardziej zainteresował się informacją opatrzoną napisem: "Niemieckie
badania - kryptonim "Reflection"". Mówiła ona o aparacie radiolokacyjnym
nazwanym "Freya", który miał być umieszczany w samolotach typu Junkers
Ju-52, oraz aparaturze wytwarzanej w firmie Lorenz dla potrzeb artylerii
przeciwlotniczej Ponadto nieznany nadawca sygnalizował, iż Niemcy
pracują nad aparaturą radarową "Würtzburg" dla potrzeb Kriegsmarine.
Urządzenie owo miało nosić nazwę "Seetakt". Wspominał również o próbach
z bronią rakietową.
Briks na wszelki wypadek pozostawił fotokopie listu w kasie pancernej
swego gabinetu w Oslo i już po dwóch dniach wylądował z przesyłką w Londynie. Zarówno jego przełożeni z wywiadu wojskowego MI-6, jak i Ministerstwa Wojny zasypali go poleceniami dotyczącymi opisu wszystkich
szczegółów całej sprawy. Raport wraz z oryginałem listu trafił na biurko
szefa sztabu oraz jego doradcy do spraw naukowo-technicznych prof.
Reginalda V. Jonesa.
Profesor Jones, jeden z bardziej znanych specjalistów brytyjskich w dziedzinie radiolokacji, za biurko w Ministerstwie Lotnictwa trafił
wprost z laboratorium Clarendown w Oxfordzie. Jego podstawowym zadaniem
była analiza informacji z dziedziny lotnictwa, a szczególnie
radiolokacji, dostarczanych przez wywiad brytyjski. Raporty profesora
Jonesa docierały do premiera Chamberlaina, szefów wywiadu i kontrwywiadu
wojskowego oraz ministra lotnictwa.
Naukowiec po zapoznaniu się z raportem z Oslo przez kilka dni zwlekał ze
sformułowaniem ostatecznej oceny. Jego pierwszym zadaniem, jakie
otrzymał tuż po wypowiedzeniu wojny III Rzeszy przez Wielką Brytanię 3
września 1939 r., była analiza fragmentu przemówienia Hitlera. Co prawda
Wielka Brytania i Francja nie wywiązały się z przyjętych zobowiązań
sojuszniczych wobec Polski i nie podjęły działań wojennych przeciwko
Niemcom, ale już sam fakt wypowiedzenia przez nie wojny wywołał atak
wściekłości "wodza", gdyż był sprzeczny z jego rachubami. Hitler w publicznym wystąpieniu zapowiedział, że obydwa kraje otrzymają należną
im nauczkę. Krzyczał z trybuny, iż Niemcy są niezwyciężone, tym
bardziej, że dysponują nową tajemniczą bronią, za pomocą której pokonają
każdego przeciwnika. Szef wywiadu brytyjskiego w trakcie lektury
przemówienia Hitlera zwrócił uwagę na ten właśnie fragment i zapytał
profesora Jonesa, czy jego zdaniem jest to bluff propagandowy, czy też
Niemcy niemieckie rzeczywiście dysponują jakimiś nowymi rodzajami broni.
Szef Secret Service polecił, by zająć się zwłaszcza sprawą posiadanej
ewentualnie przez Niemcy nowoczesnej aparatury radiolokacyjnej. Profesor
Jones został dopuszczony do najbardziej pieczołowicie przechowywanych
raportów wywiadu brytyjskiego, dotyczących badań i produkcji
niemieckiego przemysłu zbrojeniowego. Przez kilka dni wraz z gronem
współpracowników przerzucał kartki skoroszytów wypełnionych
sprawozdaniami i raportami z wizyt brytyjskich przemysłowców w przedsiębiorstwach niemieckich, na wystawach przemysłowych, zdjęcia z defilad i parad wojskowych, wreszcie doniesienia agentów
zakonspirowanych w niemieckich kołach naukowych, przemysłowych i wojskowych. Wywiad brytyjski w zasadzie orientował się w bieżącej
produkcji przemysłu niemieckiego, ale w informacjach, którymi
dysponował, było dużo luk i niewiadomych.
Jones po głębokim namyśle doszedł do wniosku, że wypowiedź Hitlera była
tylko fanfaronadą, nieopierającą się na żadnych konkretnych podstawach.
Mimo wysiłku nie zdołano wpaść na ślad badań czy też produkcji nowej
broni. Kiedy już raport spoczął na biurku premiera Chamberlaina, wywiad
brytyjski uzyskał dane dotyczące wyprodukowanej przed kilkoma tygodniami
niemieckiej miny magnetycznej. Oficer Kriegsmarine, który od kilku lat
dostarczał informacji wywiadowi brytyjskiemu, potwierdził, że wspomniany
nowy typ miny jest właśnie ową tajemniczą bronią. Wiadomość ta uspokoiła
największych nawet niedowiarków w Ministerstwie Wojny, którzy z rezerwą
odnosili się do kategorycznych stwierdzeń profesora Jonesa.
W miesiąc później, po przesłaniu do Londynu raportu z Oslo, sprawa
ponownie nabrała rumieńców. Czyżby jednak Niemcy niemieckie dysponowały
nowoczesnymi urządzeniami radiolokacyjnymi, na których trop wywiad
brytyjski nie wpadł mimo kilku lat poszukiwań? A jeśli tak, to czy
Niemcy nie wykradli i nie wykorzystali radaru brytyjskiego? Dotychczas w Londynie panowało niezachwiane przekonanie, iż nie tylko zdołano
przeniknąć najgłębsze tajemnice niemieckiego przemysłu zbrojeniowego,
ale również wspólnie z kontrwywiadem MI-5 udało się ochronić rewelacyjny
wynalazek - radar, przed niepowołanymi oczami. A więc się mylono? Aby
udzielić odpowiedzi na to pytanie, należy cofnąć się do lat
poprzedzających wybuch drugiej wojny światowej.