Prolog
PLAYA DEL PADRÓN, COMBARRO, GALICJA
Istnieją takie miejsca, z których wyparowała wszelka nadzieja.
Lucia spojrzała przez przednią szybę na wygiętą w rogalik plażę; na jej
końcu we mgle majaczyły granitowe domy.
Następnie ona i Arias zeszli do miejsca, w którym dalszą drogę
wyznaczała plastikowa taśma. Wiatr targał jej włosy, łagodny szum fal to
narastał, to cichł. Piasek delikatnie ustępował pod jej stopami. Tu i ówdzie ślady opon, przecinające się ząbkowane bruzdy, niektóre
specjalnie oznaczone przez techników. Przygotowywała się na wstrząs.
To tutaj. U stóp dużego kamiennego krzyża. Mgłę zaludniały ciche jak
duchy białe kombinezony krążące wokół wykopanej w piasku płytkiej
dziury. W dziurze coś było. Na asfaltowej drodze schodzącej ku plaży
stały karetka oraz furgonetka zakładu pogrzebowego, która miała
przewieźć zwłoki do tutejszej filii Instytutu Medycyny Sądowej Galicji,
w skrócie Imelga1.
Lucia Guerrero, której humor w pełni harmonizował z panującą aurą,
uniosła połę skórzanej kurtki, by odsłonić przypięty do paska
identyfikator. Arias nosił swoją plakietkę na szyi.
- Wiadomo, kto to jest? - zapytała.
- Vera Sáez Louro, rocznik tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt cztery,
narodowość hiszpańska. Miała przy sobie dokumenty, ale nie miała
telefonu.
- Tak jak reszta.
Oficer policji kryminalnej z Pontevedry przyjrzał się Lucii. Słyszał o niej. Po drugim morderstwie dziennik "La Voz de Galicia" ogłosił, że
Madryt zamierza przysłać do A Coru?i ludzi z UCO, Głównej Jednostki
Operacyjnej, wraz z jej "najsłynniejszą detektywką", jak zdążyła ją już
okrzyknąć prasa, by pomogli w rozwiązaniu sprawy "porwań w Galicji".
Rozpracowywali temat od kilku tygodni, a mimo to przed pięcioma dniami
zgłoszono zaginięcie Very Sáez Louro w drodze z miejsca zamieszkania do
pracy w Rinaxo.
Gdzie jesteś? Co teraz robisz? Czy już polujesz na kolejną ofiarę? Lucia
spojrzała w dół na podłużny kształt leżący w dziurze, która zresztą nie
była nawet dziurą - raczej płytkim zagłębieniem w ziemi, obniżeniem
terenu. Już dawno nauczyła się odkładać własne uczucia na bok, musiała
jednak przyznać, że widok tej kobiety wyglądającej, jakby zasnęła na
piasku po nocy spędzonej na imprezie, był jakoś uderzający. Ofiara była
kompletnie ubrana: dżinsy, gruby sweter i zimowy płaszcz, ciepłe
skórzane botki, wełniane rękawiczki i duże kolczyki, a usta pociągnięte
szminką.
W ostrym świetle reflektorów widać było zwróconą ku niebu kredowobiałą
twarz. Mgła snuła się wokół niej niczym dym z ogniska. Włosy miała
czyste, a paznokcie pomalowane. Jak pozostałe kobiety. Wyglądała, jakby
za chwilę miała się obudzić. Ale to jej nie groziło, zważywszy na
tkwiące w tętnicy szyjnej nożyczki.
Arias i Lucia dostrzegli też starannie ułożone obok kobiety niewielkie
sitko, różaniec i trzy główki czosnku. Za każdym razem ten sam rytuał.
Wiedzieli, co oznacza obecność tych przedmiotów. Wyjaśniono im to
wcześniej. Chodziło o el aire, w dosłownym tłumaczeniu "powietrze".
Zanim Lucia przyjechała do Galicji, w przeciwieństwie do sierżanta
Ariasa, który miał w tej prowincji rodzinę od strony matki, nie
wiedziała, jakie znaczenie przypisuje się tutaj temu słowu. Z wielkim
zdumieniem odkryła, że w el aire wierzy całkiem sporo Galisyjczyków.
Zjawisko nazywane było też "cieniem" albo "małym złem". Nie chodziło w dosłownym sensie o chorobę. Ani o urok. Raczej o jakiś rodzaj
niedomagania, znużenia, poczucie spoczywającego na barkach niewidocznego
ciężaru, który ciągnie człowieka w dół, wysysając z niego siły i energię. Osoba dotknięta el aire snuje się noga za nogą, przeżuwa
czarne myśli, nic nie sprawia jej przyjemności. A skoro istnieje el
aire, to istnieją też osoby, które je "zdejmują", potrafią quitar el
aire. Na galisyjskich wsiach żyją kobiety, w większości starsze, które
przekazują sobie tę sztukę z pokolenia na pokolenie - wszyscy je tam
znają i wielu odwiedza, w tajemnicy bądź jawnie.
Lucia zdziwiła się, że na miejscu nie ma jeszcze prasy. Zazwyczaj kiedy
w odstępach kilku tygodni następują porwania trzech młodych kobiet,
których ciała znajduje się po kilku dniach, dziennikarze zlatują się
tłumnie jak miłośnicy Burning Mana, zapominając o wszelkiej
powściągliwości i przyzwoitości. Najwyraźniej ratownicy medyczni, którzy
przybyli tu jako pierwsi, oraz lekarz, który stwierdził zgon, zachowali
dyskrecję. Ale i tak media wkrótce się pojawią. Czas naglił.
- Co z lekarzem sądowym?
- Jest w drodze.
- Kto znalazł zwłoki?
- Nie wiadomo. Dostaliśmy anonimowe zgłoszenie.
- Kobieta czy mężczyzna?
- Mężczyzna.
- Jacyś świadkowie?
Wskazała na czarne budynki tłoczące się do końca półwyspu wcinającego
się w zamglone wody. Wyspa Tambo oraz drugi brzeg z dźwigami i obiektami
szkoły morskiej były niewidoczne.
- Nie przeprowadziliśmy jeszcze rozpytania w sąsiedztwie - odparł
śledczy z Guardia Civil w Pontevedrze. - Ale większość tych domów jest
otwarta tylko w wysokim sezonie.
Był styczeń. Tłumy turystów już dawno wyjechały z galisyjskiego
wybrzeża. Zerknęła na Ariasa, a ten odwzajemnił jej spojrzenie. Miał
zeza rozbieżnego - jedno oko uciekało mu w prawo, a drugie w lewo, co
wprawiało w zakłopotanie większość rozmówców, ale nie Lucię. Zrozumiał:
na razie nie mają nic do roboty na miejscu zbrodni. Skinął głową i opuściwszy plażę, zagłębili się w miejskie uliczki.
Na każdym kroku widać było hórreos, charakterystyczne dla północnej
Hiszpanii spichlerze wzniesione na kamiennych palach. W Combarro było
ich więcej niż w innych miejscach w Galicji. Stały nawet w ogrodach,
wypełniając całą przestrzeń. Rowami spływały strumyki wody, we mgle
szemrały fontanny. Poza tym było tu cicho - i pusto. Lucia uznała, że
zabójca dostał się na plażę od jej drugiego końca, tak jak oni,
znajdującym się w sporej odległości od domów asfaltowym zjazdem, przy
którym stały teraz karetka i furgonetka zakładu pogrzebowego. Następnie
musiał dojechać po piasku do miejsca, w którym zostawił zwłoki. Jak w przypadku poprzednich porwań musiał to zrobić wcześnie rano, zanim wstał
dzień, być może w świetle samochodowych reflektorów, kiedy mieszkańcy
miasteczka jeszcze spali. Na pewno działał szybko, wyjął zwłoki z bagażnika, wykopał ten niby-dół i poukładał przedmioty rytualne.
Zamordował i wszystko przygotował gdzie indziej.
W jednej z uliczek spotkali chłopca, który samotnie rzucał piłką,
odbijając ją od muru. Kiedy zobaczył, że podchodzą, przerwał zabawę.
- Widziałem go - powiedział.
Lucia spojrzała na dzieciaka. Miał pociągłą twarz, spiczasty podbródek,
duże, ruchliwe oczy. Nie sprawiał wrażenia zaskoczonego ani
przestraszonego.
- Kogo?
Wskazał palcem w kierunku plaży. Wyglądał na jakieś dziesięć lat.
- Tego, który to zrobił. Slendermana. Był na plaży, widziałem go.
- Kogo?
- Slendermana - powtórzył chłopiec.
Wyjął telefon, wystukał coś na ekranie i pokazał jej obraz, na którym
widać było bawiące się dzieci. W lewym rogu stała dziwna postać, bardzo
wysoka, o nieproporcjonalnie długich rękach i niewyraźnej twarzy. Na jej
widok Lucia poczuła dziwny niepokój. Zastanawiała się, skąd pochodzi to
zdjęcie.
- Slenderman to legenda miejska - wyjaśnił Arias. - Wymyślony potwór,
który pojawia się na setkach zdjęć w Internecie. Straszydło. Chodzi o to, że był bardzo wysoki, tak?
Dzieciak skinął głową. Lucia pomyślała, że w Internecie codziennie
powstają nowe mitologie, wypierając stare opowieści.
- Którędy poszedł? - zapytała.
Chłopiec wskazał na wąską uliczkę wijącą się między domami miasteczka, o tej porze cichego i zamkniętego jak grób. Granitowe fasady lizane
pasmami mgły lśniły od wilgoci.
Lucia poczuła napięcie w karku, niczym promieniujące jądro żaru.
- Chodźmy - zarządziła i ruszyła przed siebie.
- Nie ma go tutaj - powiedział Arias. - Już dawno się stąd zmył.
Spojrzała na swoje buty. Brudne, zapiaszczone. Miała ochotę je
wytrzepać.
- Pani porucznik - szepnął nagle Arias.
Podniosła wzrok.
We mgle, około trzydziestu metrów od nich, ujrzała oddalającą się
spokojnym krokiem wysoką postać. Ogromne ciało, szerokie plecy, mała
głowa na potężnych ramionach, bardzo długie ręce. Wiatrówka w rozmiarze
cztery lub pięć XL, kaptur naciągnięty na głowę.
- Kurwa - szepnął sierżant.
Lucia usłyszała, że oddech kolegi nagle stał się cięższy. Prawą ręką
sięgnęła do tyłu, pod skórzaną kurtkę, gdzie nosiła broń. Zacisnęła
palce na rękojeści. Arias nosił swój pistolet HK USP Compact na biodrze.
Po chwili obydwoje, trzymając broń oburącz przed sobą, ruszyli naprzód
szybkim krokiem.
- Hej, ty! - zawołała, kiedy dzieliło ich od niego mniej niż dziesięć
metrów. - Stój!
Wysoka postać nie odwróciła się ani nie zatrzymała. Nadal mieli przed
sobą jej szerokie plecy.
- Stój! Nie ruszaj się!
Mężczyzna wykonał polecenie. Trwało to pół sekundy. Chwilę później - z zadziwiającą, zważywszy na jego zwalistą budowę, zwinnością - zniknął w uliczce odchodzącej w prawo.
- Ożeż kurwa! - zaklęła Lucia.
- Za nim! Ja pójdę tędy! - krzyknął Arias i popędził na lewo.
Rzuciła się w pościg. Gdzie on się podział? Biegła w górę ulicy,
świadoma zbyt głośnego dudnienia swoich butów na bruku.
Od strony skalistego wybrzeża doszedł ją widmowy dźwięk rogu mgłowego.
Serce jej waliło. Gdzie on jest? Uliczka się wiła, za każdym zakrętem
odsłaniając nowy, równie zamglony widok. Żelazne balkony, zamknięte
okiennice, milczące, nadgryzione słonym wiatrem fasady, opuszczone
niczym gilotyny drewniane rolety sklepów, których większość nie otworzy
się aż do wiosny.
Nagle go zobaczyła. Stał twarzą do morza, z rozłożonymi ramionami. Bez
ruchu. Uderzył ją ten widok, ponieważ przypomniał jej inny ponury obraz:
jej młodszego brata Rafaela, który w pewien letni poranek stanął na
szczycie urwiska. A chwilę później rzucił się w dół. Przegnała tę wizję.
Skup się! Psiakrew, co on wyprawia? Nie poruszył się nawet o milimetr,
stał zwrócony do niej plecami, jakby pogrążony w kontemplacji osnutej
mgłą powierzchni wody. Jakby czekał. Na nią. Aż podejdzie, aż będzie
mógł jej dosięgnąć.
- Guardia Civil! Ręce za głowę!
Zero reakcji.
- Mam broń! Połóż ręce na karku!
W co on gra? Wpatrując się w kaptur, podeszła do niego pod kątem
czterdziestu pięciu stopni, tak jak uczył podręcznik procedur
operacyjnych.
- Słyszałeś? Ręce na kark! Na kolana!
Dlaczego on się nie rusza? I nagle zrozumiała. Dolną część wiatrówki
przysłaniała kępa kwiatów. Lucia z wściekłością szarpnęła kaptur. Jej
oczom ukazał się szczyt kamiennego krzyża. Obmacała rękawy. Ich
zawartość była równie twarda.
Włączyła radiotelefon.
- Do wszystkich jednostek: podejrzany zbiegł na terenie Combarro!
Powtarzam: podejrzany zbiegł na terenie Combarro! Zablokować wszystkie
drogi wyjazdowe! Przeczesać teren! Może jeszcze tu jest!
Chciało jej się wyć. Kurtka naciągnięta na krzyż wyglądała jak strach na
wróble w polu. Już miała ruszyć w pogoń za uciekinierem, kiedy w kieszeni dżinsów poczuła wibracje telefonu. Pe?a, jej szef w UCO. Też
sobie wybrał moment! O mało nie odrzuciła połączenia - ale Pe?a nigdy
nie dzwonił bez powodu.
- Guerrero.
- Wracasz do Madrytu - oświadczył.
- Co?!
Natychmiast pomyślała, że coś się stało z jej synem Álvarem albo z matką, która po udarze, który dopadł ją w listopadzie, była w śpiączce.
Poczuła, jakby na dnie żołądka osiadł jej kamień.
- Coś się stało?
- Jest robota - odparł Pe?a, który wyczuł jej niepokój. - Priorytetowa.
- Niemożliwe! Jest szansa, że zaraz złapiemy tego drania. Mamy go! Nie
mógł odejść daleko. To kwestia kilku minut.
- Wracasz - uciął, jakby nie słyszał jej słów. - Natychmiast. Grupę w Galicji przejmie Arias. Wysyłam do pomocy jeszcze dwie osoby.
- Kurwa, nie ma opcji, żebym teraz odpuściła! - odparowała ze złością. -
Nie może mi pan tego zrobić. Nie teraz, kiedy w końcu mamy trop!
- Guerrero, to jest rozkaz.
Wal się, Pe?a. Wzięła głęboki oddech.
- A mogę się przynajmniej dowiedzieć, co się dzieje?
- Nie przez telefon. Powiem ci, jak się zobaczymy. Helikopter podejmie
cię z promenady, z placu... Peirao da Chousa, wiesz, gdzie to jest?
- Myślę, że tak - odparła niechętnie. - Tu jest tylko jedna promenada,
mam do niej jakieś dwieście metrów.
- Świetnie. Będę na ciebie czekał z samochodem w bazie lotniczej w Torrejón. Nie mamy chwili do stracenia.
El Instituto de Medicina Legal de Galicia. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]
1
O 8.55, wykorzystując fakt, że mgła się przerzedziła, pilot pchnął
dźwignię i helikopter przeleciał nad mariną Combarro i wodami Atlantyku,
a następnie nad krajobrazem, w którym morze splatało się z lądem niczym
kochankowie w miłosnym uścisku. Parowy, dróżki, głębokie zatoki,
gospodarstwa, wiadukty, ocean... Lucia rozmyślała o krainie riasów, drzew
i poszarpanych brzegów, z którą się żegnała. Opuszczała świat legend,
tajemnic zamkniętych w ludziach jak w ciasnych sakiewkach, hojnych serc,
odważnych dusz. Świat przemytu i korupcji. Nade wszystko jednak
zostawiała Ariasa, który miał sam pokierować resztą grupy - nie żeby
Arias był mniej kompetentny czy zmotywowany niż ona - i zostawiała na
pastwę losu te biedne kobiety. Była wściekła.
Widzieli go z bliska. Nigdy wcześniej tak bardzo się do niego nie
zbliżyli. Mieli jego opis. Pod warunkiem że dzieciak nie plótł bzdur, a olbrzym nie uciekał z całkiem innego powodu. Chciałaby dalej ścigać go
ulicami Combarro.
Zanim wsiadła na pokład helikoptera, zadzwoniła do Ariasa: wyglądało na
to, że olbrzym rozpłynął się we mgle. Wyślizgnął im się z rąk. Wydała
rozkazy. Rozpytanie od drzwi do drzwi, poszukiwanie śladów
daktyloskopijnych, DNA, kurzu i pyłków na wiatrówce, w załamaniach jej
materiału i kieszeniach, sporządzenie bazy wszystkich producentów
odzieży w dużych rozmiarach i punktów jej sprzedaży... Wiedziała jednak,
że jest za późno. Jak się wyłonił z tej mgły, żeby im zagrać na nosie,
tak do niej wrócił. Do następnego razu.
Obawiała się wieści o kolejnym zaginięciu. O kolejnej ofierze porwanej w drodze do pracy: robotnicy, pracownicy wytwórni konserw - jednej z milionów anonimowych dusz, które żyją w cieniu i wstają wcześnie rano,
by ten świat mógł się kręcić, podczas gdy inni leżą sobie w ciepłej
pościeli.
Siedziała w tylnej części kabiny, a w jej żołądku płonął gniew.
Ostatnimi czasy coraz częściej doświadczała tego uczucia. Bo przed Verą
Sáez Louro była Paz Ruíz Barranco, lat dwadzieścia osiem, i Andrea del
Árbol Castro, lat trzydzieści trzy. Obie porwane wczesnym rankiem, gdy
wyruszały do pracy (Andrea harowała w wytwórni konserw, a Paz przy
sprzątaniu). Zwłoki znajdowano za każdym razem po pięciu dniach od
zaginięcia. W pierwszym przypadku na dnie barki porzuconej w zatoczce na
północ od O Pindo, w pobliżu zdewastowanego zakładu, w którym dawniej
oprawiano i porcjowano wieloryby. Zimą zapuszczały się tam jedynie pary
poszukujące chwili intymności - i dokładnie w takich okolicznościach
została znaleziona, z gałkami ocznymi i wargami wydziobanymi przez
morskie ptaki. Drugą znalazł w łyżce maszyny do robót ziemnych, w pobliżu gospodarstwa leżącego na północny wschód od Muros, chłopiec
bawiący się dronem. Przy obu leżały przedmioty rytualne związane z el
aire: sitko, trzy główki czosnku, różaniec i nożyczki, z których
morderca czynił oryginalny użytek - wbijał je w szyję ofiary. Obie też
porzucił w sposób, zdawać by się mogło, desperacki, na chybił trafił,
nie ukrywając ich, ale też nie eksponując.
Nie było wątpliwości, że Vera Sáez została porwana w chwili, gdy
zamierzała wsiąść do auta. W Cambados, naprzeciwko jej domu, na jezdni
przy samochodzie znaleziono niewielkie ślady jej krwi. Pracowała w piekarni w Rianxo i podobnie jak pozostałe kobiety bardzo wcześnie
zaczynała dzień. Zabójca - Lucia była bowiem pewna, że to mężczyzna -
atakował wyłącznie młode, ciężko pracujące kobiety, które wstawały przed
świtem, kiedy inni jeszcze spali. Napadał na nie na pustych ulicach, bez
świadków, nie do końca jeszcze obudzone, ociężałe z przemęczenia. Ale to
już przeszłość, pomyślała. Teraz kobiety z Galicji wyruszające wczesnym
rankiem do pracy są obudzone jak nigdy, mają oczy i uszy szeroko otwarte
i żołądek ściśnięty ze strachu. A mimo to Vera Sáez dała się zaskoczyć
cierpliwemu, podstępnemu, metodycznemu drapieżcy, który przez długi czas
studiował przyzwyczajenia swoich ofiar, by wybrać właściwy moment.
Przeprowadzone przez lekarza sądowego badania ginekologiczne dwóch
pierwszych ofiar nie wykazały śladów gwałtu, przemocy seksualnej ani
nawet brutalnego traktowania. Mimo to jednak Lucia odczuwała ból na myśl
o ich zniewoleniu, o ich drodze krzyżowej, o ostatnich pięciu dniach
życia, które Paz i Andrea spędziły z dala od swoich rodzin (w obu
przypadkach patolog dokładnie ustalił czas, jaki upłynął od zaginięcia
do śmierci), o ich mężach, dzieciach, przyjaciołach, o niewoli, w której
za jedynego towarzysza miały tego potwora i z której jedyne wyjście
stanowiła śmierć. Gdzie je przetrzymywał? W jakich warunkach? I dlaczego
przez pięć dni, a nie cztery albo dziesięć? Czy do ostatniej chwili
robił im nadzieję na uwolnienie? Ostatnia z kobiet z pewnością
dowiedziała się z prasy lub mediów społecznościowych o dwóch poprzednich
porwaniach. Mówili o nich wszyscy. Czy błagała o litość? Czy próbowała
go udobruchać? A może pogodziła się ze swoim losem?
Od pierwszych zaginięć linie telefoniczne wszystkich sił porządkowych w Galicji i sąsiedniej Asturii przeżywały oblężenie. Sprawdzano każdy
telefon: dziwaków, wariatów, mitomanów czy jasnowidzów słuchano z taką
samą uwagą jak tych, którzy naprawdę chcieli pomóc. Ponad tysiąc
zgłoszeń i żadnego konkretnego tropu. Nic. Zero. A tu nagle gość wyłania
się z mgły i staje przed nami, pomyślała Lucia. Czyżby miał dość
anonimowości? Czy jak wielu innych przed nim zapragnął odrobiny sławy? A może zgubiła go pewność siebie?
Krajobraz przesuwał się za oknami śmigłowca, a ona rozmyślała o tych
kobietach, kołysana drganiami kabiny i terkotem wirnika, aż w końcu
zasnęła.
- Pani porucznik...
Otworzyła oczy i natychmiast oślepił ją wpadający przez szyby z pleksi
ostry blask słońca. Rozejrzała się dookoła. Baza wojskowa Torrejón de
Ardoz, na północny wschód od Madrytu. Lucia wysiadła przez tylne drzwi,
kiedy łopaty powoli się zatrzymywały. Pogoda była ładna, niebo czyste,
ale panował tu większy chłód niż w Galicji.
Kawałek dalej zauważyła Pe?ę. Stał obok nieoznakowanego samochodu:
wąsaty mężczyzna o wyglądzie przykładnego ojca rodziny. Była 11.35.
- Co to za superpilna sprawa? - zapytała.
Pe?a, który siedział obok niej na tylnej kanapie, zerknął na kark
kierowcy, jakby się bał powiedzieć w jego obecności za dużo, mimo że
tamten również był funkcjonariuszem UCO. Otworzył teczkę, którą trzymał
na kolanach, i podał Lucii jakieś zdjęcie.
- Poznajesz?
Oczywiście, że poznała. To była Marta Millán. Jedna z najbogatszych
kobiet w Hiszpanii. Znana postać madryckiej śmietanki, przyjaciółka
rodziny królewskiej i wszystkich tak zwanych ważnych osób w kraju.
Regularnie pojawiała się na pierwszych stronach gazet plotkarskich i tabloidów ze względu na swoje nocne życie, wybryki i niewyparzony język.
Na zdjęciu miała zamknięte oczy i twarz bez wyrazu. Lucia zrozumiała:
Marta Millán została zabita.
- A więc o to chodzi, zamordowano celebrytkę. - Nie mogła się
powstrzymać od komentarza. - Dlatego mam zostawić śledztwo prowadzone w sprawie kobiet w Galicji. Czyli jedna Marta Millán znaczy dla Guardia
Civil więcej niż trzy pracownice fizyczne, tak?
Pe?a bez słowa wyjął z teczki drugie zdjęcie i podał jej.
- Szlag.
Miała przed oczami widok, który z miejsca kwalifikował to morderstwo do
katalogu bezprecedensowych - takich, które na wiele tygodni stają się
łakomym kąskiem dla prasy i kanałów informacyjnych, o których kryminalni
śnią jeszcze długo po przejściu na emeryturę i o których lubią
wspominać, za każdym razem ubarwiając swą opowieść nowymi szczegółami. O takich zbrodniach powstają książki, programy telewizyjne i seriale
dokumentalne.
Drugie zdjęcie przedstawiało właściwie połowę Marty Millán: brakowało
kończyn dolnych. Brzuch został przecięty - być może piłą - i kończył się
na wysokości pępka. Z jamy brzusznej zwisały jakieś wnętrzności, poza
tym cięcie było dość czyste. Przy okazji Lucia stwierdziła, że Marta
Millán zoperowała sobie piersi. Górna połowa ciała, z rozłożonymi
rękami, była przywiązana do wielkiego kryształowego żyrandola pod
ozdobionym stiukami sufitem. Wyglądała, jakby próbowała odlecieć,
machając skrzydłami.
- Co za koszmar - szepnęła.
- Otóż to.
- Gdzie ją znaleziono?
- Przy Gran Vía czterdzieści. W jej penthousie.
- To ścisłe centrum, teren policji - zauważyła. - Więc dlaczego my?
Gdzie jest druga połowa ciała?
Podał jej trzecie zdjęcie: dolna część ciała z rozłożonymi nogami,
spoczywająca na kamiennych płytkach. Widok osieroconej miednicy z nogami
sprawiał dziwne wrażenie, przywodził na myśl połówkę manekina leżącą w zapomnieniu na zapleczu sklepu.
- Gran Vía to miejsce, gdzie zwłoki zostały porzucone. Napadnięto ją i zamordowano w Miraflores de la Sierra, strzeżonej letniej rezydencji dla
bogatych amatorów świeżego górskiego powietrza. To tę miejscówkę
znaleziono jako pierwszą. Tam też przecięto ciało. A to jest rejon
Guardia Civil. Nasz rewir.
Ostatnie zdanie wypowiedział z wyczuwalną satysfakcją, co Lucię
poirytowało.
- Kto ją znalazł?
- Dziś przypadają jej urodziny. Wcześnie rano przyszło dwóch
pracowników, którzy mieli przygotowywać wieczorną imprezę: to oni na nią
trafili. A jakieś trzy godziny później w jej mieszkaniu przy Gran Vía
znaleziono, hm... drugą połowę ciała. - Spojrzał na Lucię. - Minister
chce, żeby sprawą zajęła się UCO. I żeby poprowadziła ją twoja grupa.
Odwzajemniła jego spojrzenie.
- Nie mogę, mam już sporo roboty w związku z morderstwami kobiet w Galicji. Musimy złapać tego drania, zanim znowu to zrobi.
Pe?a westchnął.
- Tak jak ci mówiłem, Galicją zajmie się Arias, wyślę mu posiłki.
Wygląda na to, że nie zrozumiałaś: minister nadał tej sprawie najwyższy
priorytet. Znajdziemy się w blasku fleszy. W samym środku medialnego
szaleństwa. Nie możemy dać ciała.
Minister... a więc o to chodzi: na górze uznano, że zabójstwo bogatej,
sławnej kobiety ma o wiele wyższy priorytet niż uwięzienie i śmierć
trzech zwyczajnych kobiet na prowincji, choć wszyscy wiedzieli, iż tamta
seria bynajmniej się nie zakończyła.
2
Wygląd Gran Vía zawsze przywodził jej na myśl dekorację teatralną.
Kanion barokowych i rokokowych kamienic ozdobionych licznymi balkonami,
gzymsami, kolumnami. Budynki przypominające wielkie białe torty nad
rozmigotaną chmarą zaparkowanych samochodów Guardia Civil.
Zamknięto aleję wraz z przyległymi ulicami między stacją metra Callao i calle de Mesonero Romanos, co przełożyło się na monstrualne korki w centrum, sama zaś Gran Vía - zazwyczaj gwarna jak ul i pełna trąbiących
samochodów - była teraz dziwnie opustoszała.
Lucia wysiadła z samochodu i podniosła wzrok na znajdującą się wysoko w górze białą balustradę penthouse'u. Następnie oboje weszli do holu o ścianach polakierowanych na czarno, zdobionym złoceniami suficie i marmurowej posadzce.
Wnętrze windy było jedną wielką grą luster, boazerii i ostrego światła.
Dyskretnie spojrzała na własne oblicze odbijające się w nieskończoność w formie pokawałkowanych refleksów. To, co zobaczyła, ani trochę jej się
nie spodobało. Oświetlona jaskrawym blaskiem punktowych reflektorów
blada, zmęczona twarz, zaciśnięte szczęki, wory pod oczami. Bezsenność,
wściekłość, zwątpienie, wyczerpanie.
Dźwig cicho dowiózł ich na ostatnie piętro. Jedyne dwuskrzydłowe drzwi
na tej kondygnacji. W prawym górnym rogu futryny Lucia zauważyła okrągłe
oko kamery obejmujące widok piętra. Poniżej znajdował się czytnik
biometryczny, do którego należało przyłożyć palec wskazujący. Drzwi były
otwarte na oścież.
Pe?a wszedł pierwszy. Już w korytarzu zobaczyła, że wszystko tu jest
ogromne: sam przedpokój mógł pomieścić mieszkanie każdej z ofiar z Galicji. Był to właściwie szeroki korytarz o ścianach obwieszonych
dwumetrowymi, czarno-białymi zdjęciami portretowymi układającymi się w coś w rodzaju szpaleru honorowego, który witał przechodzących. Między
portretami rozmieszczono półokrągłe złocone dekoracje wysadzane
kryształami. Lucia musiała przyznać, że wystrój robi wrażenie na
gościach - jeśli o to chodziło jego twórcom. Szli po wełnianej
wykładzinie tak puszystej, że miała wrażenie, jakby unosili się w powietrzu.
Na końcu korytarza jeszcze jedne obite i pikowane dwuskrzydłowe drzwi.
Również otwarte. Nagle buchnął z nich gwar wielu głosów - w penthousie
Marty Millán musiało być naprawdę sporo ludzi. O wiele za dużo. Tego
ranka, 25 stycznia, runął niejeden plan zajęć, a telefony między policją
kryminalną a Guardia Civil oraz między dyrekcją generalną a ministerstwem musiały dzwonić bez przerwy. Wydano rozkazy, które
pokonały w odwrotnym kierunku tę samą ścieżkę, jaką wcześniej przebyły
pierwsze informacje.
Ucisk w sercu, przyśpieszone tętno... Lucia nie cierpiała na agorafobię,
ale nie znosiła tłumów, zgromadzeń, wszelkich sytuacji, w których dużo
osób gromadziło się w tym samym miejscu. Zawsze wtedy czuła się
zagrożona, przytłoczona, wyobcowana.
Znaleźli się w otwartej przestrzeni, w której wszystko - od wystroju po
meble - zostało zaprojektowane tak, by robić wrażenie: niepewna
równowaga między bogactwem a ostentacją, luksusem a prostactwem.
Wszędzie bibeloty, chińskie smoki, pantery, drogie przedmioty z pasty
szklanej, przezroczyste lampy o czarnych abażurach, dzieła sztuki
współczesnej, lustra o fantazyjnych kształtach, konsole z rżniętego
szkła. Po prawej bar z pozłacaną ladą i białą tapicerką, po lewej
prążkowane sofy, a dalej jadalnia, która mogła pomieścić trzydzieści
osób. Wystrój był grą światła, przezroczystości, kątów, powierzchni,
refleksów i geometrii.
W samym środku zaś, na gigantycznym kryształowym żyrandolu wisiało ciało
Marty Millán. A gwoli ścisłości jego połowa...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki